Pochwała głupoty
I. Mimo ludzkie o mnie języki i przekąsy samych nawet uprzywilejowanych
głupców, że jednak ja tylko, ja mówię, jedna koję troski i uszczęśliwiam
i bogów, i ludzi, wy sami żywym tego jesteście dowodem. Zaledwie bowiem
wstąpiłam na to miejsce zagaić mową to poczesne i liczne wasze zebranie,
chociaż jeszcze ust nie otworzyłam, już na sam tylko widok mój lica
wasze tak niespodzianą i niezwyczajną jakąś zabłysły radością, wnet tak
wypogodziliście swe czoła i tak mnie uprzejmym i radosnym powitaliście
uśmiechem, że gdy na was patrzę, tak mi się i zdaje, jakbyście wszyscy
co do jednego, ile was tu widzę obecnych, pod dobrą byli datą,
przykładem bogów Homera1 hojnie się uraczywszy nepentowym
nektarem2, bo przedtem, spuściwszy nos na kwintę,
siedzieliście smutni, jakbyście z jaskini Trofoniusza3
wrócili. Jak wszystkie przedmioty nowy zazwyczaj kształt, nową barwę i świeżą, że tak powiem, przybierają młodość, skoro wschodzące słońce
ukaże ziemi swoje okazałe i złote oblicze lub gdy po przykrej i ostrej
zimie świeża wiosna miłym tchnie zefirem, tak właśnie i wasze lica na
widok mój nagle się zmieniły.
I tak ja samym tylko moim pojawieniem się rozproszyłam czarną waszą
posępność, czego wielcy skądinąd mówcy zaledwie zdołaliby dokazać długą
i z wielkim mozołem wyślęczoną mową.
II. Nie zataję przed wami, dlaczego dzisiaj w tak niezwyczajnym
występuję stroju i orszaku, jeśli tylko mej mowie nie odmówicie uszu;
wszakże nie takich, jakimi zwykliście słuchać kaznodziejów, lecz jakimi
właśnie włóczęgów, kuglarzy i błaznów i jakimi niegdyś ów Midas4,
godny nasz koleżka, przysłuchiwał się melodyjnym dźwiękom bożka
Pana5. Chce mi się bowiem przed wami wystąpić sofistą6,
jednak nie takim, proszę, co to dziś nabija głowy młodzieży nudnymi
jakimiś bredniami i uczy ją kłócić się w dysputach7, jak
jakieś przekupki, lecz postaram się pójść w ślady owych dawnych
nauczycieli, co to unikając hańbiącego imienia filozofów, woleli nazywać
siebie sofistami. Tych było dziełem opiewać w panegirykach pochwały
bogów i ludzi. A więc i ode mnie także posłyszycie panegiryk, tylko nie
Herkulesa8, ani Solona9, ale mnie samej, to jest
Głupoty.
III. Nie dbam o owych mędrków, co to chwalić samego siebie
próżnochwalstwem, a nawet niedorzecznością i głupstwem mienią10.
Niech sobie będzie głupstwem, byle tylko było w miejscu i, jak mówią, do
twarzy. A cóż być może stosowniejszego i bardziej, i w miejscu, i do
twarzy, jak kiedy Głupota swych pochwał sama jest trębaczem? Któż
godniej ode mnie potrafi mówić o mnie? Alboż kto inny może znać mnie
lepiej, niż ja znam siebie sama? Wreszcie postępuję w tym razie skądinąd
daleko sumienniej, niż owa niezliczona czereda jaśnie wielmożnych i mędrków, co to do wyśpiewania sobie w oczy kłamanych i czysto wyłganych
swych pochwał, przez głupią jakąś skromność najmują sobie za pieniądze
jakiego łapigrosza mówcę albo misoliza poetę, i gdy bezczelny pochlebca
nikczemnego człowieka niemal równa z bogami i wbrew swemu przekonaniu
stawia go za wzór wszelkich doskonałości, gdy, mówię, kawkę w cudze
przystraja pióra11, gdy, iż tak rzekę, Murzyna sili się wybielić,
na koniec, gdy z komara słonia robi, ów niby skromniś tymczasem puszy
się jak kiszka w sobolach, jak paw się nadyma i swój czub nastrzępia.
Trzymam się na koniec znanego owego przysłowia:
Na czyjej się wartości drudzy nie poznali.
Ten, ile jego siła, niech sam siebie chwali.
Choć skądinąd nie mogę się nadziwić niewdzięczności czy raczej lenistwu
ludzi, którzy chociaż co do jednego wszyscy biją mi czołem i hojnie
moich używają darów, jednak w ciągu tylu wieków żaden się nie znalazł,
co by we wdzięcznej mowie wyłożył pochwałę Głupoty, gdy tymczasem byli
zapaleńcy, że nie powiem szaleńcy, którzy z wielką stratą i czasu, i zdrowia12, z szerokimi rozpisali się pochwałami Buzyrysów,
Falarysów, febry kwarcianej, muchy, łysiny i innych tego rodzaju bredni.
Powiem tedy wam mowę, nieprzygotowaną wprawdzie i niewypracowaną, ale
improwizowaną, a więc prawdziwszą.
IV. Nie myślcie, że to robię dla popisania się tylko z moim dowcipem,
jak to czyni zwykła szajka oklepanych mówców13. Oni to, jak
wiecie, nieraz występują z mową, która ich całe trzydzieści lat pracy
kosztowała, a często nawet i z cudzą, chełpią się jednak i klną się, że
ją właśnie przed trzema dniami dorywczo i dla własnej tylko napisali
rozrywki, ba, nawet czasem tylko podyktowali. Co do mnie, mam sobie za
punkt honoru zawsze mówić to, co mi ślina do gęby
przyniesie14. Nie oczekujcie też ode mnie mojego określenia,
tym bardziej żadnych podziałów. Możnaż bowiem określać bóstwo, żadnych
nieznające granic, lub je dzielić15, gdy mu bez wyjątku wszyscy
biją czołem? I na cóż by się wreszcie przydało cień mój lub słabe tylko
przedstawiać wam rysy, gdy mnie tu właśnie obecną oko w oko widzicie?
Jestem bowiem, jak dobrze wiecie, owa dóbr wszelkich
szafarka16, którą łacinnicy zowią Stultitia, a Grecy ???;?, to jest Głupota.
V. Nie miałam nawet potrzeby wymieniać wam mojego nazwiska, gdyż samo
już moje wejrzenie, samo czoło, jak powiadają, dowodzą aż nadto, czym
jestem i kto by myślał, że jestem Minerwą, czyli mądrością, tego i bez
szczerej mej mowy, skarciłby natychmiast i wyprowadził z błędu już sam
widok mej twarzy, tego wiernego duszy zwierciadła17. Nie
znam bowiem, co to jest obłuda, nie umiem co innego udawać na twarzy, co
innego myśleć, a co innego mówić; jestem bowiem tak zawsze do siebie
podobna, że nawet ci mnie nie mogą zataić, co to będąc istne w purpurze
małpy albo osły we lwiej skórze18, stroją się jednak w maskę i tytuł rozumnych. Nic im jednak nie pomaga staranne udawanie, sterczące
uszy aż nadto już zdradzają Midasa. Są to zaiste najniewdzięczniejsi
ludzie, bo choć najbardziej do mego należą cechu, tak się jednak wstydzą
mojego imienia, że nieraz go używają na łajankę drugich. Takich więc, co
to w rzeczy samej największymi będąc głupcami, za mędrców i Talesów19 chcą uchodzić, czyż niesprawiedliwie z grecka ?????????? półgłówkami nazwać mi się godzi?
VI. Chce mi się bowiem i w tej nawet mierze iść za przykładem owych to
sławnych wieku naszego mówców, którzy się prawie bogami sobie zdają, gdy
jak pijawki20 dwujęzycznymi się okażą i poczytują za rzecz
wielkiej wagi do ojczystej mowy, jakby jakich mozaikowych ozdób21
napchać obcych greckich wyrazów, chociaż im tu nie miejsce22, i przypadają, jak kwiatek do kożuszka; w braku zaś słów obcych, żeby
otumanić czytelnika i umysł jego omroczyć, ze zbutwiałych szpargałów
dobywają kilka podstarzałych wyrazów, zapewne dlatego, żeby rozumiejącym
je szczególną sprawić przez to samo rozkosz, nierozumiejących zaś w tym
większy wprawić podziw swojej uczoności. Niepoślednim bowiem jest
rodzajem naszej rozkoszy, jak najwięcej podziwiać obczyznę. Nadęte zaś
nieuki, chociaż nic zgoła z tego nie rozumieją, dla pokazania jednak, że
z gruntu rzecz pojmują, uśmiechają się i przyklaskują, trzepiąc jak
osioł uszami23, jakby właśnie chcieli powiedzieć: tak, tak jest
niezawodnie24. Teraz wracam do mego przedsięwzięcia.
VII. Znacie więc już moje imię, panowie, i jakiż wam dodam grzeczności i szacunku epitet, jeżeli nie arcygłupcy, głupcy na wybór. Jestże bowiem
jakieś uczciwsze miano, którym Głupota mogłaby uraczyć swoich
powierników25 i czcicieli? Lecz ponieważ nie wszystkim ród
mój jest znajomy, nie uciekając się do heroldii, przy pomocy muz
łaskawych26 i ten wam wywiodę. Nie Chaos, nie Pluton27,
nie Saturn28, ani Japet29 lub inny jaki z tych
strupieszałych i cuchnących bogów był moim ojcem, lecz na przekorę
Hezjodowi30, Homerowi i samemu nawet Jowiszowi ???????, Plutos, to jest bogactwo31, ów
jedyny i prawdziwy ojciec bogów i ludzi, od którego jednego skinienia,
jak zawsze, tak i teraz wszystkie święte i świeckie zależą sprawy; w którego jednego ręku jest wojna i pokój, najwyższa władza i publiczne
obrady, sądy i sejmy, małżeństwa i ugody, przymierza i prawa, sztuki,
zabawy i rzeczy poważne, już mi i tchu nie staje, słowem wszystkie, a wszystkie publiczne, niemniej jak i prywatne ludzkie sprawy, bez którego
względów całego owego orszaku bóstw poetyckich, ba, nawet samych
najwyższych i majestatycznych bogów32 albo wcale by nie było,
albo, co pewne, pozbawieni ofiar jak piecuchy z własnego tylko
patrzeliby i smoktali garnka33, nędzne, chude i prawie głodowe, o chlebie i wodzie, prowadząc życie, którego jeśli kto na siebie zagniewa,
temu już nie poradzi i sama Pallada, a przeciwnie, kto w jego jest
łasce, ten, że nie powiem więcej, może nie dbać i o samego Jowisza, i mimo jego pioruny narzucić mu stryczek34; takiego to ja mam
zaszczyt mieć ojca. I to bóstwo spłodziło mnie nie z mózgu swojego, jak
Jowisz ową straszną i wybredną Palladę, ale z najładniejszej i miluchnej
nimfy35 Neotety36, to jest młodości, i przy tym nie
wprzężony w jarzmo nudnego małżeństwa, jak się rodził ów chromy
kowal37, lecz jak powiada nasz Homer, niewybredny w miłostkach
pożądliwym uniesiony szałem, a więc, co nierównie jest słodsze, z jedynej miłości38. A kiedy wam mówię, że spłodził mnie Plutos,
nie myślcie, że to ów Plutos Arystofanesa39, już bliski
grobu40 i ślepy, ale jeszcze rześki i wrzący
młodością41, a bardziej rozogniony nektarem, którego wówczas
na biesiadzie bogów rzęsistymi uraczył się puchary.
VIII. A że dziś niemało się przyczynia do świetności rodu, gdzie
pierwsze wydasz kwilenie, zechcecie zapewne wiedzieć także miejsce
mojego urodzenia. Nie na błędnym Delos42 ani wśród bałwanów
spienionego morza43 lub w jakichś innych rodziłam się jarach i rozdołach, lecz na samych szczęśliwych wyspach44, gdzie natura
bez ludzkiej ręki, ani siana, ani orana45, wszelkie swoje hojnie
rozsypała dary, gdzie nie są znane ani praca, ani starość, ani żadna
zgoła choroba, a na polach nie spotkasz pietruszki, sałaty, kapusty,
cebuli, grochu, bobu46 lub innych tego rodzaju bredni, ale wszędzie
wabią oczy i łechcą twoje powonienie moly, ponak, nepent, amarant,
ambrozja, lotus47, drzewo chlebowe, róża, fiołek, hiacynt, słowem,
istny ogród samego Adonisa48. Wśród tych zrodzona rozkoszy nie
płaczem, jak zazwyczaj zwiastowałam moje życie, lecz natychmiast miłym i wdzięcznym ku matce uśmiechem. Nie zazdroszczę też bynajmniej
najwyższemu synowi Saturna, że go karmiła koza, mnie bowiem dawały swych
piersi dwie najładniejsze nimfy. Mete, pijatyka, córka
Bachusa49, i Apedia, to jest ciemnota, córka bożka Pana50,
stojące tu właśnie w orszaku innych nieodstępnych moich towarzyszek,
których imiona jeśli chcecie poznać, w greckim tylko posłyszycie
języku51.
IX. Ta z zadartym do góry nosem jest ????????, miłość własna52, czyli sobkostwo.
Co się ku wam uśmiecha i klaszcze w ręce nazywa się ???????, pochlebstwo. Tamta drzemiąca i prawie
półsenna ????, niepamięć, czyli zapomnienie.
Owa wsparta na łokciach z założonymi rękami ?????????, to jest niechęć do pracy, czyli
lenistwo. Z wieńcem różowym na głowie i cała zlana pachnidłami ?????, rozkosz. Ze szklanym, że tak powiem, i obłędnym wejrzeniem i rozstrzelonymi oczyma, zowie się ?????, lekkomyślność. Owa zaś tłuściocha ze lśniącą
się cerą ?????, miękkość. Wśród tych panien
widzicie i dwóch bożków ?????, smakosza i ????????? ?????53 śpiocha. Z pomocą tej
wiernej mi drużyny wszystko podbijam pod moje panowanie, dając rozkazy
samym nawet koronowanym panom.
X. Znacie już mój ród, moje wychowanie i nieodstępne grono moich
towarzyszek i towarzyszów; lecz żebyście nie sądzili, że niesłusznie
przywłaszczam sobie imię bóstwa, z pilną teraz posłuchajcie uwagą,
jakimi to ja dobrodziejstwami bogów równie, jak i ludzi darzę, i jak się
daleko rozciąga ma władza. Jeżeli bowiem ktoś tam sprawiedliwie
dobroczyńcę ludzi nazywa bogiem54, jeśli w poczet bóstw słusznie
są policzeni ci, co wskazali użytek wina, chleba lub innych podobnych
rzeczy służących ku ludzkiej wygodzie, czemuż ja, ja nie mam się
słusznie i sprawiedliwie nazywać i być alfą55, to jest czołem bóstw
wszystkich, ja, mówię, która jedna wszystkich i wszystkim tak hojnie
obdarzam?
XI. A naprzód cóż może być milszego, cóż droższego nad życie? I komuż,
jeżeli nie mnie, słusznie należy się jego początek? Nie włócznia bowiem
Pallady, córy wszechmocnego ojca56, ani tarcza piętrzącego
chmury57 Jowisza rodzaj ludzki rodzi lub rozmnaża, owszem, sam
nawet ojciec, król bogów i ludzi, na którego skinienie drży cały
Olimp58, skoro go zaweźmie chętka ??????????59 zostać tym, czym zawsze mu się
chce, to jest ojcem, musi porzucić swój troisty piorun i ową tytaniczną
postać, na której widok truchleją wszyscy bogowie, musi na wzór kuglarzy
wcale inną, nieborak, przybrać na siebie osobę. Stoicy60, jak
wiecie, stawiają siebie niemal na równi z bogami. Ale dajcie mi
najzagorzalszego nawet stoika i ten jednak, skoro tylko zechce zostać
ojcem, musi, jeśli nie wyrzec się swej brody, tego godła mądrości,
wspólnego wreszcie z kozłami, tedy koniecznie zmienić surową swą minę i wypogodzić czoło, porzucić kamienne61, że tak powiem, swoje
maksymy, musi na chwilę zbłaźnić się i zgłupieć, słowem, mnie, mnie,
mówię, wezwać na pomoc. I czemuż moim obyczajem nie mam z wami otwarcie
i poufale pomówić? Cóż, proszę, czy głowa, czy twarz, pierś, ręka lub
usta, które się liczą do szlachetniejszych niby części ciała, rodzą
bogów i ludzi? Bynajmniej. Owszem, krzewicielką ludzkiego rodzaju jest
część ciała tak niepoczesna i głupia, że bez śmiechu ani samemu na nią
spojrzeć, ani ją drugim pokazać, ani nawet wymienić nie można, a tak
pogardliwa, że nazwa jej służy nieraz na połajankę drugich, rzadko tylko
zdarzają się wdzięczne serca, co ją każą całować: ona to jest tym
świętym zdrojem, z którego tryska wszelkie życie daleko pewniej niż z owej Pitagorasa czwórki62. I któryż mężczyzna dałby się okiełzać
wędzidłem małżeństwa, gdyby pierwej, mędrców zwyczajem, bacznie rozważył
tego życia przykrości; albo któraż kobieta dopuściłaby do siebie
mężczyznę, gdyby pierwej niebezpieczne boleści połogu, gdyby ciężar
wychowania albo znała, albo rozważyła? Ale właśnie z mego to natchnienia
dwie osoby, całkiem nigdy sobie nie poznane, a nawet niewidziane i niesłyszane, z ostatnich nieraz krańców świata wyszukują siebie
nawzajem, a to dlatego, żeby przyszłe stadło było pobrane kubek w kubek,
żeby jeden głupiec wart był drugiego, znajomią się, poufalą się, na
koniec łączą się, często nawet wyniósłszy się cichaczem i wykradłszy z domu rodziców i krewnych, a to wszystko tym łacniej, im obie są głupsze,
bo jeśli się któraś okaże potem zarażona choć krztą rozumu, tedy, jeśli
już nie natychmiast, to nieraz nawet od ołtarza uciekają jedna od
drugiej; po miodowym i różowym miesiącu pożycia niezawodnie następują
grymasy, niezadowolenia, dalej, zrazu tajemne, pokątne, a po tym i jawne
przeniewierzania się; stąd naprzód fochy, wreszcie zawzięty gniew, na
koniec otwarta wojna, a tej skutkiem rozwody. I nie jestże to wszystko
jawne i szczere głupstwo? Tymczasem jest ono koniecznie potrzebne do
życia jak powietrze i woda, i tak słodkie, tak radosne, że to połączenie
się uprawniają publicznym uroczystym aktem, który się przecież nie darmo
nazywa weselem. Gapią się na to wszystko jak owce ciekawe tłumy gapiów i winszują potem złączonemu stadłu tego tryumfu głupoty. Co się dzieje
potem, szanując wasze uszy, nie chcę opowiadać; wszakże wiecie, że tam
dopiero właśnie zaczyna się moje panowanie; rozumu tam nie szukajcie na
pewno, bo on i zgoła nie jest potrzebny. A więc jeśli małżeństwu
winniście życie, a małżeństwo zawdzięczacie ????? lekkomyślności, bezrozumowi, nieodstępnej
mojej towarzyszce, jawna rzecz ile mi zobowiązani jesteście. Któraż
wreszcie kobieta, raz już doświadczywszy tych boleści, zechciałaby się
na nowo im poddać, jeśliby i tu bóstwo ?????
zapomnienia nie pośpieszyło ze swoją pomocą? Sama nawet Wenera63,
niech mi w tej mierze wybaczy Lukrecjusz64, nie może
zaprzeczyć, że bez mojego wspólnictwa jej moc jest nieudolna i daremna.
Takim tedy sposobem z owej pijanej mojej i śmiesznej zabawy rodzą się i zrzędliwi filozofowie, których dziś miejsce zajęli mnisi, i szkarłatni
królowie, i pobożni księża, i najświętsi ojcowie papieże, cała na koniec
owa hierarchiczna gawiedź poetyckich bogów, tak liczna, że i na samym
Olimpie, jakkolwiek obszernym, zmieścić się nie może.
XII. Ale mało tego, że jestem dawczynią i krzewicielką życia, jestem
także pokładnicą i szafarką wszelkich jego wygód i powabów. Czyż nie
prawda, że to życie bez rozkoszy niegodne jest swojego
imienia65? Przyklasnęliście. Bardzo dobrze! Wreszcie wiedziałam,
że między wami żadnego nie ma do tego stopnia rozumnego albo raczej
głupiego, owszem, słusznie mówię tak dalece mądrego, by innego był
zdania. Stoicy nawet, chociaż przed gminem tysięcznymi potwarzami
okrywają i poniewierają rozkosz, a podobno dlatego, aby odstręczywszy
drugich66, tym pewniej samym jednym nią się napawać i w niej
rozpływać, chociaż mówię, starannie ukrywają swój do niej niepokonany
pociąg, dziwna wszakże, jak w niej smakują. Niechże mi proszę powiedzą,
któraż pora życia bez przyprawy rozkoszy, to jest głupstwa, nie jest
nudna, smutna, przykra, ba, nawet nieznośna? A chociaż w tej mierze
najlepszym jest świadkiem nieporównany Sofokles67, który
wyrzekł na moją pochwałę: życie bez rozumu to prawdziwa rozkosz, rzecz
tę jednak rozważmy nieco bliżej i szczegółowiej.
XIII. Lecz najpierw, któż nie wie, że wiek dziecinny najszczęśliwszy
jest i najbardziej wszystkich ujmujący? I cóż to jest takiego w dzieciach, za co ich tak słodko całujemy, serdecznie uściskamy,
pieścimy, tak dalece, że nawet i zbrojny nieprzyjaciel nie może im
odmówić swojej opieki i pomocy; cóż jest, powiadam, jeżeli nie ten powab
głupoty, którym przezorne przyrodzenie, już od samych pieluch otoczyło
dziatki, a to, żeby niejaką rozkoszą osłodzić trudy wychowania; że tak
rzekę, wyłudzić dla nich opiekunów względy? Następujący za nim wiek
młodociany jakże jest miły wszystkim, jak niewolący, jakże mu ochoczo
wszyscy nadskakują i podają rękę pomocy!
I skądże proszę, ten urok w młodzieży, jeżeli nie stąd, że z mojej łaski
jest płocha, nierozważna, nierozumna, a więc szczęśliwa, bo najmniej
pracuje, najmniej się niepokoi i o niczym zgoła nie myśli?
Alboż nieprawda, że skoro podrośnie, a przez doświadczenie męskiej
skosztuje mądrości, natychmiast więdnie krasa lica, gaśnie urok, tępieje
rześkość, niknie jędrność i im się bardziej ode mnie oddala, tym mniej
okazuje życia, póki na koniec nie nastąpi przykra starość68, nie
tylko drugim, lecz i sobie samej obrzydła, której żaden nie mógłby
przenieść, jeślibym ja tylu użalona nieszczęść, znowu nie pośpieszyła z moją pomocą, i na wzór poetyckich bogów, co ginących ratują nieraz jakąś
przemianą69, już u grobu stojących starców do pierwotnego, ile
można, nie przywracała dzieciństwa? Skąd też sprawiedliwie nazywają ich
zazwyczaj zdziecinniałymi, to jest powtórnie dziećmi ???????????70. Nie zataję, jeśli spytacie,
jakim tego dokazuję sposobem? Oto prowadzę ich do mego źródła
zapomnienia71, to bowiem wytryska tylko na szczęśliwych
wyspach, bo na tamtym świecie zaledwie mały tylko sączy się jego
strumień; z niego to napiwszy się długiego, a prawie wiecznego
zapomnienia, pozbywszy się powoli wszelkich trosk duszy, do szczęśliwego
wracają dzieciństwa. Ale może ktoś powie, że oni już potem bredzą i całkiem głupieją. Alboż być dzieckiem, nie znaczy to mówić od rzeczy i bredzić? Czyż nie brak zupełny rozumu nam się najbardziej w tym wieku
podoba? Na dziecko z męską mądrością alboż nie każdy spogląda ze zgrozą
i stroni od niego jak od jakiego upiora i wyrodka natury? Potwierdza i owo łacińskie przysłowie: Nie lubię dziecka z przedwczesnym
rozumem72. I któż by się mógł użyć z takim starcem, który by z tak wielkim doświadczeniem łączył jeszcze i równą moc umysłu, trafność i przenikliwość sądu73? Z mojej więc to łaski głupieje starzec; lecz
za to ten mój głupiec wolny jest od owych trosk, które tak dręczą i pożerają mędrca. Ochoczo sobie popija i w kuflu topi przykrości i nudy
życia, którym i wiek męski zaledwie zdoła podołać. Niekiedy na wzór
Plautowego74 starca zbiera go chętka do sześciu liter, chcę
mówić, do wdania się w miłostki, i nieborak byłby najnieszczęśliwszy,
gdyby miał rozum. Z mojej tymczasem łaski jest szczęśliwy, rad z siebie,
miły przyjaciołom i pocieszny w towarzystwie gaduła. Wedle słów Homera,
z ust Nestora75 płynie mowa słodsza od miodu, gdy przeciwnie,
Achillesa76 szorstka jest i cierpka; tenże sam poeta
przedstawia nam innych starców siedzących na murach Troi i gwarzących
pieszczotliwym głosikiem77. W tym zaś względzie starcy mają
nawet pierwszeństwo przed samymi dziećmi, miłymi wprawdzie i ujmującymi,
ale małomównymi i pozbawionymi gadatliwości, szczególnej owej życia
przyprawy. Dodać tu należy, że starcy nadzwyczaj lubią dzieci i te
nawzajem tulą się do nich jako całkiem do nich podobnych, tak to zawsze
równy równemu rad i swój swego zna. I w rzeczy samej, jakaż między nimi
zachodzi różnica, chyba tylko, że starcy są pokryci zmarszczkami i więcej liczą lat swoich urodzin? Zresztą białość włosów, gęba bez zębów,
mniejsza objętość ciała, szczególny gust do mleka, jąkanie się,
gadatliwość, niedorzeczność, zapominanie się, nierozmyślność, słowem,
wszystko a wszystko dziwnie jednakie; i im bardziej się starzeją, tym
podobniejszymi stają się do dzieci, aż na koniec tych obyczajem schodzą
z tego świata bez żalu życia, bez bojaźni śmierci i przyszłości.
XIV. Niechże teraz, kto chce, porówna to moje dobrodziejstwo z ową tak
głośną i wielbioną innych bogów przemianą, czyli metamorfozą. Zgroza
pomyśleć, jak się oni znęcają nad biednymi ludźmi, gdy się zapalą
gniewem; lecz na kogo są łaskawi, tego zazwyczaj już to w drzewo, już to
w ptaka, już w polnego konika, albo nawet i w samego zamieniają węża,
właśnie jakby stać się czym innym nie znaczyło to samo co zginąć! Ja zaś
tego samego człowieka do najlepszej i najszczęśliwszej pory życia
przywracam. O, jeśliby ludzie, całkiem unikając wszelkiego związku z mądrością, ze mną tylko jedną stale trzymali, żadnej zapewne nie
doznaliby starości, ale szczęśliwi cieszyliby się niezmienną młodością.
Alboż nie widzicie, jak ludzie zatopieni w rozmyślaniu i filozoficznym
oddani badaniom, zajęci ważnymi i trudnymi sprawami, jeszcze nie
rozkwitłszy zupełnie, już się zazwyczaj starzeją, bo troski i wytężenie
myśli pomału pozbawiają ich ducha, wysuszając ów sok, który jest życia
żywiołem? Kiedy przeciwnie, głupcy moi są pulchni, rumiani, dobrej
zazwyczaj tuszy i lśniącej się cery; słowem, jak powiadają, karmne
akarnańskie wieprze78 i nigdy by żadnych bynajmniej nie doznali
cierpień starości, gdyby, czego na nieszczęście nie mogą, nie zarazili
się choć szczyptą mądrości. Tak to, niestety, życie ludzkie nigdy nie
pozwala człowiekowi być zupełnie szczęśliwym79. Zdanie to
potwierdza i owo znane przysłowie, że jedna tylko głupota zatrzymuje
najdłużej, skądinąd bardzo prędko przemijającą, młodość i opróżnia
dokuczliwą i obmierzłą starość. Słusznie mówią o Brabantczykach, że gdy
inni ludzie z postępem lat większego nabierają rozumu, oni tymczasem, im
się bardziej starzeją, tym więcej głupieją80. A jednak nad ten
naród nie ma w świecie ani przyjemniejszego w pożyciu, ani
szczęśliwszego w starości. Do nich, jak miejscem tak i sposobem życia
najbliżsi są moi kochani Holendrzy81; i czemuż nie mam ich
nazwać moimi, ich, mówię, tak zapalonych moich wielbicieli, że stąd
nawet otrzymali i swoje przezwisko, którego nie tylko, że się nie
wstydzą, ba, nawet się nim pysznią? Nie szukajcie więc odtąd, wy głupi
biedacy, żadnej Medei82, Kirke83, Wenery lub nie wiem
jakiego tam źródła84, które by wam ubiegłą przywróciły młodość,
gdyż ja, ja to jedna tylko i mogę nią obdarzyć, i zazwyczaj darzę. Ja to
mam owe cudowne krople, którymi córka Memnona85 dziadowi swemu
Tytonowi przedłużyła młodość. Ja właśnie jestem ową Wenerą, z której
łaski tak odmłodniał Faon86, że go potem namiętnie pokochała
Safona87. W moim to ręku są owe zioła, jeśli tylko są jakieś, ja
znam owe czarodziejskie słowa i to źródło, które nie tylko ubiegłą
przywracają młodość, ale co więcej, ją zachowują niezmienną i wieczną. A jeśli się zgadzacie na to, że nic nie ma lepszego nad młodość, a nic
dokuczliwszego nad starość, rozumiecie, zda mi się, ile winiliście mnie,
mnie, mówię, która tak nieocenionym darzę dobrodziejstwem, a chronię od
tak wielkiego nieszczęścia.
XV. Lecz co tu mówić o ludziach! Obejrzyjcie calutkie niebo i jeśli się
podoba, złajcie mnie moim własnym imieniem, kiedy choć jednego
znajdziecie jakiegoś tam boga, który by beze mnie nie był opryskliwy i nieznośny. I dlaczegóż, proszę, Bachus jest zawsze bez brody88, z długimi i w pierścienie wijącymi się włosami89? Dlatego, ani
wątpić, że zawsze będąc głupim i pijanym, pędząc całe życie na
biesiadach, tańcach, przechadzkach i zabawach, niczym się nie zajmuje,
najmniejszej z Palladą nie ma znajomości i nie tylko nie ma pretensji,
by go nazywano mądrym, lecz owszem, chce być uczonym przez same
głupstwa, śmieszności i żarty90. Nie obraża się bynajmniej owym
przysłowiem, które mu głupca nadaje nazwę: ???????
????????? głupszy od Morycha, to jest od Bachusa. Dlatego nadano
mu imię Morycha, to jest głupca, że psotni wieśniacy posąg jego stojący
u drzwi kościoła niemusowanym zlewali winem i świeże figi kładli mu w usta. Jakichże przycinków i uszczypliwych żartów nie wymyślili na niego
starożytni komicy91? O, głupi bożek! - mawiali - godny synalek
pomiotek Jowisza92. Ale któż by nie wolał być tym głupcem, tym
śmiesznym, ale zawsze dla wszystkich miłym i rozkosznym, zawsze młodym,
niż owym niezbadanym, skrytym w swoich zamiarach93 i dla
wszystkich strasznym Jowiszem albo Panem94, co tylko rzuca
postrach i wszystko napełnia zgrozą i smutkiem, lub Wulkanem wiecznie
obsypanym skrami i pokrytym kurzem swej kuźni, albo nawet samą Palladą
zabijającą swoim wejrzeniem ze straszną swoją Meduzą i włócznią? Czemuż
Kupidyn95 jest zawsze dzieckiem? Czemu? Jeżeli nie dlatego, że
zawsze trzpiot, nigdy niczego rozumnego ani nie pomyśli, ani nie powie,
ani nie zrobi? Czemu u złotowłosej Wenery zawsze wiosenna piękność?
Dlatego, że będąc spokrewniona ze mną, stale zachowuje rysy twarzy i barwę mojego ojca: stąd Homer zowie ją złotą Afrodytą. Przy tym jeśli
mamy wierzyć poetom i ich naśladowcom snycerzom, zawsze się
uśmiecha96. Jakież bóstwo z większą kiedykolwiek pobożnością
czcili Rzymianie, jeżeli nie Florę97, matkę wszystkich rozkoszy? A nawet wczytawszy się lepiej u Homera w życie samych majestatycznych
bogów, przekonamy się, że i ci są pełni głupstwa. Na cóż mam przypominać
postępki innych, kiedy dobrze znacie miłostki i wybryki samego
piorunującego Jowisza? Kiedy owa surowej niby cnoty Diana98, na
płeć swoją niepomna, ustawicznie tylko poluje, szalejąc z miłości ku
Endymionowi. Lecz niech im postępki wytyka Momos99, jak to pierwej
często od niego słyszeli; ale zagniewani, strącili go niedawno z nieba
wraz z boginią Ate100 za to, że zatruwał ich szczęście, i biednemu
temu wygnańcowi odmawiają gościnności nie tylko w pałacach królów, w tych bowiem zagnieździło się moje pochlebstwo i wszystkim przewodzi, a tak życzliwe Momosowi jak wilk baranowi, ale nawet i nikt z ludzi nie
daje mu przytułku. Po jego więc wygnaniu swobodniejsze teraz101
wiodą życie bogowie, żadnego już swych postępków nie mając przyganiacza.
Jakimiż bowiem figlami nie śmieszy ich ów z figowego klocu wyciosany
Priap102! Jakimiż matactwami i szalbierstwami nie bawi
Merkury103. A nawet i sam Wulkan nieraz występuje
błaznem104, i już to swoim kuleniem, już to żarcikami i pociesznymi dykteryjkami rozwesela ucztę. Przy tym i Sylen105, ów
stary gach, wywraca koziołki i z Polifemem106 tańcuje swojego
kozaczka107, a wygorsowane półnagie nimfy, w króciutkich
spódniczkach z gołymi nóżkami uwijają się w balecie108. Satyrowie
o kozich nogach grają wodewile109. Pan śmieszy karczemnymi
swoimi ariami110, których bogowie chętniej słuchają niż samych Muz
pienia, zwłaszcza kiedy się już dobrze podchmielą nektarem. Nie pytajcie
się proszę, czym się po uczcie bawią bogowie, są to bowiem tak głupie
rzeczy, iż sama nieraz pękam ze śmiechu. Ale przypomnijmy sobie
Harpokratesa111, żeby i nas także nie podsłuchali jakiś
koryncki bożek112, że opowiadamy to, co i samemu Momosowi nie uszło
bezkarnie.
XVI. Lecz porzuciwszy niebo, gdzie, jak widzicie, nie ma beze mnie zgoła
ani wesołości, ani szczęścia, czas już przykładem Homera zstąpić na
ziemię. A naprzód, któż nie widzi, z jaką to przezornością zastrzegło
przyrodzenie, ta dobra matka i rządczyni ludzkiego rodzaju, że nic się
na świecie nie może obejść bez przyprawy głupstwa. Gdy bowiem, wedle
stoików pojęcia, być mądrym jest to rządzić się rozumem, a przeciwnie,
być głupim, znaczy powodować się namiętnościami, Jowisz więc, żeby życie
ludzkie nie było całkiem smutne i przykre, wszczepił w nas więcej
namiętności, niż dał rozumu, rzekłbyś w stosunku funta do łuta113.
Ten bowiem uwięził w ciasnym głowy zakątku, resztę ciała poddawszy pod
panowanie namiętności i uczuć. Dwóch przy tym naprzeciw rozumowi
postawił nieprzebłaganych wrogów, jakby jakich tyranów, chcę mówić
gniew, zagnieżdżony w sercu, a więc w samym źródle i tętnie życia, i pożądliwość, panującą nad całą niższą częścią ciała114. Ile się
rozum zdoła opierać tej podwójnej sile, już samo ludzkie życie aż nadto
dowodzi, mimo bowiem jego gardłowe, co tylko jedno może, aż do
chrypnięcia115, krzyki i wrzaski, i dyktowane moralności
prawidła, ci niby jego poddani zarzucają stryczek swojemu
królowi116, z większym nierównie piorunując na niego hałasem, aż
wysilony, na koniec im się podda i za ręce ująć się pozwoli.
XVII. Lecz ponieważ dla mężczyzny jako zrodzonego do rządu więcej nieco
należało udzielić z tej szczypty rozumu, przyrodzenie nie umiejąc temu w pojedynkę sobie poradzić, jak w innych rzeczach, mnie wezwało na pomoc i wnet przysłużyłam się godną mnie radą, to jest żeby mężczyźnie przydało
kobietę, głupie wprawdzie i nierozumne zwierzę, ale zabawie i pocieszne,
a to żeby w domowym pożyciu swoim głupstwem zaprawiała i łagodziła
szorstkość charakteru mężczyzny. Bo gdy Platon117 wątpić się
zdaje, do jakiego rzędu ma zaliczyć kobietę, czy do istot rozumnych, czy
do nierozumnych zwierząt, chce tylko przez to właściwą tej płci okazać
głupotę. I jeżeli która kobieta zechce na przekorę uchodzić za rozumną,
podwójnie tylko przez to staje się głupia, jak gdyby kto właśnie wbrew
zdrowemu rozumowi chciał wołu prowadzić w zapasy118. Kto bowiem
przeciw woli przyrodzenia chce na siebie przybrać godności maskę i wrodzony sobie przetworzyć charakter, ten się podwójnego dopuszcza
błędu. Jako bowiem, wedle Greków przysłowia, małpa zawsze będzie małpą,
chociażbyś ją odział w purpurę, tak i kobieta zawsze zostanie kobietą,
to jest głupią, jaką by się nie okryła maską. Nie spodziewam się, żeby
kobiety do tego stopnia były głupie, by się za to miały na mnie gniewać,
że im przypisuję głupotę, sama będąc i kobietą, i głupotą, jeśli bowiem
bezstronnie rozważą swe życie, przekonają się niezawodnie, że mnie
właśnie, to jest głupocie zawdzięczają, iż z wielu względów są
szczęśliwsze od mężczyzn. A naprzód, co do owego uroku piękności, którzy
sprawiedliwie cenią nade wszystko, i którą to bronią właśnie samych
podbijają tyranów, komuż go winne, jeśli nie mnie? Skądże bowiem ta
mężczyzn marsowa postać, ta szorstkość skóry i zarost brody, słowem
istne znamiona starości, jeżeli nie z łaski mądrości, podczas gdy kobiet
policzki zawsze są gładkie, głos pieszczotliwy i dzwoniący, skóra
mięciutka jak atłas, słowem, obraz wiekuistej młodości. I o cóż wreszcie
dbają najwięcej w życiu, jeśli nie o to, by się jak najwięcej podobać
mężczyznom? Alboż nie do tego służy tyle strojów, bielideł, kąpieli,
wanien, przyczesań, fryzur, tyle olejków, pomad, pachnideł, tyle
sztucznych sposobów układania, wygładzania, barwienia i przystrajania
twarzy, oczu i skóry? Przez cóż, jeżeli nie najwięcej przez głupstwo,
ujmują sobie i niewolą mężczyzn? I czegóż ci im nie pozwalają, gdy w ich
uściskach zechcą utonąć? Skądże ta kobiet przewaga, jeśli nie z głupstwa? Zaiste ujmują i czarują mężczyzn kobiety nie inną rzeczą,
jedno tylko głupstwem. Nikt temu nie zaprzeczy, gdy zważy, jakichże to
głupstw, jakich bredni nie nagada się mężczyzna z kobietą, ile razy
zbierze go chętka zażyć jej - wdzięków!
XVIII. Widzicie tedy z jakiego to źródła wypływa pierwsza i główna
rozkosz ludzkiego życia. Są jednak niektórzy, a szczególnie
podtatusiali, bardziej skorzy do kieliszka niż do kobiety, ci największą
rozkosz czerpią w kuflu. Czy wystawna jakaś uczta lub bal mogą być
przyjemne bez kobiet, niech sądzą drudzy; przynajmniej to pewna, że bez
przyprawy głupstwa wszelka uczta, każda hulanka jest tak dalece nudna,
że gdy nie ma komu rzeczywistym czy udanym głupstwem rozweselać
biesiadników i gości grono, natychmiast umyślnie najmują za pieniądze
jakiegoś trefnisia lub zapraszają pociesznego jakiego z profesji
misoliza próżniaka, żeby śmiesznymi, to jest głupimi dykteryjkami
przerywał pijących milczenie i rozpędzał nudy. Na cóż bowiem nadziewać
sobie brzuch tylu przysmakami i łakociami, ładować go tylu wymysłami,
skoro przy tym nie tylko oczy i uszy, ale sam nawet umysł nie będą
żywione przyjemnością i bawione śmiechem i żartami. Tych zaś wszystkich
zabaw i wymysłów i że tak powiem, wetów119 życia, ja, mówię, jestem
pierwszą i jedyną wynalazczynią. Wreszcie i inne w czasie uczt i balów
niezbędne rzeczy jako wybór króla120, czyli gospodarza balu, gra w karty i fanty, picie kolejno kielichami zdrowia121, śpiewy z pucharem w ręku122, tańce i skoki, na koniec owe społeczności
prawdziwe i jedyne ogniwa: pańszczyzna wielkiego świata, to jest różnych
barw i nazw wizyty, kluby, reduty, maskarady, pikniki, wieczory, teatry
i któż je wszystkie potrafi wyliczyć, wymyślone są dla dobra i szczęścia
ludzkiego nie przez siedmiu zapewne owych greckich mędrców123,
ale przeze mnie, to jest przez moich próżniaków i głupców, i im one
więcej są nacechowane głupstwem, tym więcej uroku dodają życiu, które
gdy smutne, niegodne jest swojego imienia, smutne zaś koniecznie być
musi, jeśli przed tego rodzaju rozrywkami nie pierzchnie nuda, ta smutku
prawdziwa siostra.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki