Pociąg o północy - Matt Haig

Reflow text when sidebars are open.
Przez wenecką lagunę mknęła wodna taksówka, a dwoje siedzących w niej młodych ludzi, będących właśnie w podróży poślubnej, spoglądało przed siebie z zachwytem.
Wilbur przytulał się do Maggie i ściskał jej dłoń, gdy tak siedzieli na rufie niewielkiej łodzi, mając przed sobą połyskujący w promieniach słońca akwen.
- Kocham pana, panie Budd - powiedziała Maggie, a słowa te przyszły jej tak naturalnie jak oddech.
- Ja też panią kocham, pani Budd.
Maggie zaśmiała się z cicha, słysząc, jak zabawnie i zarazem oficjalnie to brzmiało.
Trzymali się za ręce, gdy łódź, pośród cichego warkotu silnika, płynęła w kierunku miasta, a ich palce były ze sobą splecione niczym korzenie, których nie sposób rozdzielić. Był dziewiąty sierpnia 1974 roku.
Wilbur oderwał wzrok od roztaczającego się przed nim widoku i spojrzał na kobietę, którą znał od dzieciństwa.
- Zawsze już tak między nami będzie, prawda? - spytała Maggie.
Wilbur uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Oczywiście. Dlaczego miałoby być inaczej? - zapewnił.
Kiedy z laguny wpływali już niemal na wody Canal Grande, wymienili pocałunek.
- Nie wiem. Wszystko zmienia się z biegiem czasu.
- No, ale spójrz tylko na taką Wenecję: nie zmieniła się przez setki lat. Równie dobrze mógłby być teraz rok 1574, jak i 1974.
Maggie spojrzała na miasto.
- Racja! Nie zawracajmy sobie głowy czasem. Bądźmy jak Wenecja!
Wilbur przyglądał się, jak Maggie unosi swój aparat Pentax - prezent ślubny od ojca - i nakierowuje obiektyw na Pałac Dożów, którego pełna przepychu, biało-różowa, kamienna fasada z misternymi łukami arkad wznosiła się tuż nad wodami laguny niczym w jakimś niewiarygodnie pięknym gorączkowym śnie.
- I pozostańmy tacy już na zawsze! - dodał ze śmiechem Wilbur.
Przeciągnęła dłonią po jego rozczochranej czuprynie, niemal najdłuższej, jaką kiedykolwiek miał.
- O tak, już na zawsze i bez końca...
Łódź nieco zwolniła.
- To tam - rzekł przewoźnik, wskazując ładny, choć trochę zaniedbany budynek z terakotową fasadą. - Hotel Proserpina.
Wilbur i Maggie nigdy wcześniej nie byli za granicą, a hotel wydał im się egzotyczny i wielce obiecujący. W owej chwili żadne z nich nie spostrzegło przypatrującej im się z brzegu postaci, tak podobnej przy tym do Wilbura, że nie sposób byłoby ich rozróżnić.
Godzinę później siedzieli w przyjemnym cieniu jednej z kawiarenek nad Canal Grande, w swobodnym milczeniu sącząc wino i przypatrując się miastu.
Wilbur miał na sobie te same sandały, dżinsowe dzwony oraz zieloną koszulę z krótkim rękawem i szerokim kołnierzykiem, w których wsiadł do samolotu, a Maggie ubrana była w swój pomarańczowy kombinezon. Wilbur stwierdził, że wygląda w nim jak gwiazda filmowa, a ona powiedziała, żeby przestał się silić na takie oklepane komplementy, lecz mimo to się uśmiechnęła.
Nieopodal przepłynął tramwaj wodny pełen turystów, a Maggie zaczęła wspominać wesele.
- Nigdy dotąd nie widziałam, żeby twoja mama była taka szczęśliwa - powiedziała. - Nawet słowem nie wspomniała o... - Tu przerwała, nie chcąc psuć nastroju tej chwili.
- O Dougiem? Rzeczywiście, w ogóle o nim nie wspomniała. Nigdy jej takiej nie widziałem po tym wszystkim, co się stało. Myślę, że pomógł tutaj gin, a także twój tata...
- No popatrz tylko na siebie - rzekła Maggie, uśmiechając się promiennie w blasku słońca.
- Niby po co mam na siebie patrzeć?
- Rozparłeś się w fotelu jak cesarz na tronie.
- Po prostu jestem szczęśliwy.
- I słusznie. W końcu przeżywasz swój miesiąc miodowy.
Wilbur poczuł, że Maggie zaczęła przyglądać mu się nieco uważniej.
- Nie myślisz chyba o sklepie? - spytała.
Pokręcił głową.
- Nie, właściwie to nie - skłamał. A raczej powiedział półprawdę. - Przynajmniej nie w tej chwili. Teraz myślę tylko o tobie. A takie myślenie bywa dosyć absorbujące...
I rzeczywiście w tamtej chwili to szczęście nie wydawało im się niczym nadzwyczajnym. Przepływało przez palce ich otwartych dłoni swobodnie niczym strumień i oboje myśleli, że tak już będzie zawsze i że strumień ten nigdy nie wyschnie. Będzie tak właśnie płynął i płynął, a oni nigdy nie będą musieli się zastanawiać, skąd wytryska. Ani się wysilać, aby z niego czerpać i się nim sycić, tak jakby życie mogło być niekończącym się miesiącem miodowym.
Po lampce wina ruszyli w stronę Kościoła Świętego Jana Jałmużnika. Gdy w oddali dostrzegli Most Rialto, Maggie zaczęła wesoło podśpiewywać fragment swojej ulubionej piosenki: Bridge Over Troubled Water.
Mijali szykowne włoskie pary: mężczyzn w rozpiętych pod szyją koszulach i kobiety w eleganckich sukienkach, a potem ulicznego muzyka grającego na akordeonie oraz starego Amerykanina palącego fajkę i rozprawiającego ze swoim towarzyszem o jazzie.
- Tu wszystko wydaje się zupełnie inne, prawda? - zauważyła Maggie.
Podniosła wzrok i rozejrzała się dokoła, chłonąc kolory Wenecji. Terakota i róż, odrobina żółtego, ciemnoniebieskie okiennice - a wszystko to w promieniach słońca wyglądało tak, jakby zostało powleczone cieniutką warstewką miodu.
- Inne? Od czego?
- Od wszystkiego, co dotąd widzieliśmy.
Wilbur się zaśmiał. Nigdy nie czuł się tak szczęśliwy jak teraz. Kiedyś, w tamtych mrocznych dniach, nawet nie sądził, że może taki być. Ani że wystarczy mu do szczęścia to, że będzie spacerował wzdłuż jednego z weneckich kanałów, co rusz spoglądając na kobietę, którą uwielbia.
Odwrócił się ku Maggie, na której obliczu zagościł promienny uśmiech pełen życia. Wyraz jej twarzy był równie szczery i otwarty jak wtedy, gdy spotkał ją po raz pierwszy. Tak samo zresztą jak ona sama. Twarda jak stal z Sheffield i gorąca jak słońce. Był nią zafascynowany. Umiała sprawić, że na jakiś czas zapominał o ranach z przeszłości, i miał nadzieję, że i on wywierał na nią taki sam wpływ. Kiedyś wcale nie chciał zakochać się w niej, ani zresztą w nikim innym. Miłość bywa przecież niebezpieczna. Ale teraz, kiedy już się to stało, odczuwał wdzięczność. Przy niej czuł się spełniony i kompletny, jak pytanie, które znalazło właściwą odpowiedź.
Kiedy mieli wejść na schody wiodące na Most Rialto, Wilbur zatrzymał Maggie, aby ją pocałować.
- Moglibyśmy się tutaj przeprowadzić - powiedział.
Kilka minut później, gdy mijali stragan z książkami na moście, dodał:
- Mógłbym sprzedać sklep.
To był tylko żart. W końcu dopiero co tutaj przyjechali. Ale w pewnym sensie mówił zupełnie poważnie, na tyle, na ile odwoływał się do jakiegoś pierwiastka swobody i spontaniczności, który nosił w swoim wnętrzu.
- I co byśmy tutaj robili? - spytała Maggie, dając się ponieść wyobraźni.
- Mogłabyś zostać artystką... albo oprowadzać po mieście miłośników sztuki.
- A ty mógłbyś otworzyć mały stragan z książkami, taki jak ten na moście.
I właśnie wtedy Wilbur usłyszał ten szept. Tuż przy samym uchu. Coś jakby chłodne tchnienie.
Musisz zachować to w sobie.
Gwałtownie potarł ucho.
- Wszystko w porządku, kochanie? - spytała Maggie.
- Och, tak. To tylko komar czy coś.
I w ogóle się tym nie przejął. Czasami myśli rozbrzmiewają na głos, to wszystko.
Wziął Maggie za rękę i mocno ścisnął jej dłoń. W tym upale czuł się nieco oszołomiony i zdezorientowany pośród tłumu, a mimo to nigdy w życiu nie był tak szczęśliwy.
Szli dalej, lecz zaraz potem coś innego przykuło uwagę Wilbura. Coś, czego nie dało się już zignorować. Zaniepokojona Maggie spojrzała na niego ukradkiem. Być może uznała, że myśli o swoim bracie. Tak jednak nie było. Przed nimi, w cieniu portyku obok małego sklepiku z rzeźbami ze szkła, Wilbur ujrzał coś tak niezwykłego, że widok ten napełnił go przerażeniem.
Dostrzegł bowiem człowieka, którego sylwetka ledwie majaczyła w powietrzu. Jakby nie był całkiem przezroczysty, ale także niezupełnie istniał w przestrzeni. Był to ten sam mężczyzna, który obserwował ich, gdy wysiadali z taksówki wodnej przed hotelem, lecz tym razem nie pozostał niezauważony. Mężczyzna, który w jakiś tajemniczy sposób wyglądał dokładnie tak samo jak Wilbur. Istny sobowtór. Takie same sandały, dżinsowe dzwony, zielona koszula z krótkim rękawem i szerokim kołnierzykiem. Takie same rozczochrane włosy i wydatne bokobrody. Taka sama szczupła sylwetka i sto osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu. Dwudziestodziewięcioletni Wilbur z sierpnia 1974 roku. Ten, który miał u stóp cały świat.
Ten drugi Wilbur najwyraźniej się zorientował, że został zauważony, i pomachał do niego, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Wilbur nieznacznie uniósł dłoń.
- Wszystko w porządku, kochanie? - spytała zaniepokojona Maggie.
Nie chciał jej martwić, więc pokręcił tylko głową i rzekł:
- Tak. Po prostu trochę mąci mi się w głowie od upału.
- Daj spokój, chłopie - powiedziała, celowo przedrzeźniając swój własny sposób mówienia. - Musisz obejrzeć sobie jakiś ładny, odjechany kościół i pogapić się na parę obrazków Tycjana.
Roześmiał się. Ale schodząc po schodach, usłyszał coś jeszcze.
Cichy gwizd i rytmiczne sapanie.
Brzmiało to prawie tak, jakby tuż obok pociąg odjeżdżał właśnie ze stacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wilbur Budd zmarł około północy, ale trudno mu było przypomnieć sobie wszystkie szczegóły.
Nieco wcześniej stał u siebie na żwirowym podjeździe, żegnając swoją nauczycielkę gry na pianinie.
- Dzięki! - powiedział, nieco zdyszany po przejściu przez cały dom. - I baw się dobrze dziś wieczorem w Cambridge!
Nauczycielka gry na pianinie otwarła drzwi czekającego na nią samochodu. Była po czterdziestce. O połowę młodsza od niego, lecz wydawała się mieć już dość dobrze poukładane życie. Uśmiechnęła się jeszcze w promieniach popołudniowego słońca, gdy ogrodnik Wilbura przejechał obok kosiarką ciągnikową, pielęgnując trawnik, który rozciągał się aż po sam skraj leżących w dole dzikich łąk. Kwietniowa sobota. Niebo było błękitne, wiał lekki wiatr, a przez dochodzący z oddali szum samochodów co rusz przebijał się głośny śpiew ptaków. Ot, jeden z tych jasnych, tchnących spokojem wiosennych dni, które rozsiewały nadzieję na przyszłość.
- Tak właśnie zrobię. I dzięki za rozmowę. Pamiętaj, co mówiłam: staraj się tak nie pędzić, kiedy grasz. Nie śpiesz się... Rób to wolno i spokojnie. W końcu do tego dojdziesz.
- Tak - odrzekł Wilbur. - Pewnie tak.
Trochę zakręciło mu się w głowie. Poczuł lekkie mdłości.
Uniósł słabowite starcze ramię, otworzył pilotem bramę i machał na pożegnanie swojej nauczycielce gry na pianinie, gdy odjeżdżała wiejską drogą, a następnie wrócił do środka, pokonując krótki dystans dzielący dom od podjazdu.
Lekcje gry na pianinie brał od dwóch lat, od momentu, gdy zobaczył odnośne ogłoszenie w witrynie sklepu muzycznego. Lekarz powiedział mu wcześniej, że bardzo ważne jest, aby po przekroczeniu osiemdziesiątki uczyć się nowych rzeczy, i Wilbur z niecierpliwością wyczekiwał tych cotygodniowych spotkań.
Kiedy wrócił do środka, przeszedł przez przestronny, wyłożony płytkami salon i skierował się w stronę instrumentu.
Znowu poczuł się dziwnie. Tym razem był to jakiś ucisk w lewym ramieniu, który jednak minął, więc Wilbur usiadł i zaczął ćwiczyć swój szkoleniowy utwór, pamiętając przy tym, aby zanadto się nie spieszyć.
Muzyka, jak bodaj nic innego, potrafiła snuć się za człowiekiem przez całe dekady. W końcu piosenka była niczym igła, ciągnąca za sobą nić czasu i zszywająca zupełnie różne nieraz chwile w pewną całość. Była w tym słodycz, zaprawiona jednak kroplą goryczy. Taka igła mogła solidnie ukłuć. A ta akurat melodia niosła ze sobą aż nazbyt wiele bolesnych wspomnień. Lecz przecież takie było jego życie. Przeżył to, co przeżył.
Był mniej więcej w połowie utworu i usiłował właśnie sięgnąć małym palcem dźwięku es, kiedy rozległ się dzwonek. Telefon stacjonarny. Dotarcie do niego zajęło mu dłuższą chwilę. Jego nogi nie były już takie jak kiedyś. Zresztą nic nie było takie jak dawniej. Zebrał się w sobie, spodziewając się rozmowy z jakimś sprzedawcą lub jednego z tych telefonicznych szwindli z mechanicznie wygenerowanym głosem. Właściwie tylko takie telefony ostatnio odbierał.
Ale nie tym razem. Nie był to żaden automat ani oszust, a sama rozmowa nie miała nic wspólnego z marketingiem ani sztuczną inteligencją.
- Halo, czy to Wilbur?
Był to głos, którego nie słyszał od bardzo dawna. Mówiąc ściśle, od paru dziesięcioleci. Brzmiał jakby nieco ciszej. Trochę słabiej. Ale bez wątpienia należał właśnie do niej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
- Maggie... O Boże! Maggie, to ty?
Potknął się i osunął na najbliższy fotel. Po drugiej stronie pokoju, nad kominkiem, schowane pośród trofeów dla Przedsiębiorcy Roku w Wielkiej Brytanii, stało ślubne zdjęcie. Wilbur i Maggie wychodzili na nim z kościoła.
- Tak, to ja.
- Skąd masz mój numer? - spytał i natychmiast w myśli przeklął sam siebie za to pytanie. Zabrzmiało tak asekurancko. A przecież najbardziej na świecie pragnął właśnie tego, by miała jego numer i dzwoniła do niego, ale wyszło zupełnie inaczej.
- Sam mi go dałeś, pamiętasz? Sześć lat temu wysłałeś mi wiadomość na Facebooku.
- A... Ach, tak. No tak. Rzeczywiście, wysłałem. Myślałem, że w ogóle nie widziałaś tej wiadomości.
- Widziałam. Nie siedzę na Facebooku, ale ją widziałam. Tylko nie wiedziałam, co odpowiedzieć...
Wilbur znowu poczuł dziwny ucisk w ramieniu. Spoglądał na ślubne zdjęcie, zniekształcone nieco przez pleksi jednego z jego trofeów. Na fotografii widać było roześmianą Maggie i niewymuszony uśmiech na twarzy Wilbura. Na papierze ich małżeństwo trwało dwadzieścia lat, choć, jeśli miał być szczery, umarło znacznie wcześniej. Ale wtedy myśleli, że będzie trwać wiecznie.
- Gdzie jesteś?
- W Sheffield. A ty? Gdzieś w Bedfordshire, prawda?
- Tak. W Clophill. To urocza mała mieścina - odparł, omal nie dodając przy tym: "ale odludna". - Miło cię słyszeć, Maggie...
Dziwne to było. Po wszystkich tych latach nie wiedział, jak z nią rozmawiać. Jakby upływ czasu wprowadził specyficzną etykietę w tej dziedzinie. Jak to możliwe, że ktoś, przy kim zasypiało się kiedyś każdej nocy, mógł stać się obcym człowiekiem na skutek wielu lat milczenia? Jak gdyby naturalną kondycją wszystkich ludzi - poza krótkimi okresami bliskości - było życie w niemożliwym do pokonania oddaleniu od siebie nawzajem.
Spróbował raz jeszcze.
- Są rzeczy, które już od dawna chcę ci powiedzieć. Albo takie, o które chciałem cię zapytać. I takie, które chciałem ci jakoś wynagrodzić...
- Nie wygłupiaj się, Wilburze. Tyle wody w rzece już upłynęło...
- To zabawne, że akurat tak to ujęłaś... Bo widzisz, zacząłem grać na pianinie.
Spojrzał na swoje sfatygowane, starcze dłonie z wydatnymi żyłami, przypominające plan jakiegoś nieznanego miasta.
- W każdą sobotę biorę lekcje... Teraz właśnie grałem Bridge Over Troubled Water i przypomniało mi się, że uwielbiałaś tę piosenkę. Mnie też zebrało się przez nią na wspomnienia...
- Stare, dobre czasy.
- Tak. Stare, dobre czasy.
- Ech, Wilburze. Wilburze.
Gdy powtórzyła jego imię po raz drugi, zabrzmiała w tym nutka stanowczości. Zdał sobie sprawę, że sam ciągle miele językiem, w ogóle nie pytając, co u niej.
- Przepraszam, że tyle gadam, Maggie. A jak ty się miewasz? Tyle czasu upłynęło... Widziałem w internecie, że miałaś wystawę swoich prac w...
- Och, to było lata temu - przerwała mu takim tonem, jakby niemal się tego wstydziła. - Teraz już prawie nie robię takich rzeczy.
Martwił się, że zaraz mu powie, że jest umierająca. Rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że to właśnie był główny powód, dla którego kontaktowali się z nim dawni znajomi: żeby mu powiedzieć, że sami niedługo umrą albo że niebawem odejdzie ktoś, kogo znał.
- To naprawdę głupie.
- Co takiego?
- Ten telefon.
- Ależ bardzo miło cię słyszeć.
- No cóż, nie mam absolutnie żadnego powodu, żeby do ciebie dzwonić. Właściwie to zawsze sobie mówiłam, że nigdy tego nie zrobię...
- Och! No tak...
- Nie ze względu na jakąś urazę czy coś podobnego... Tylko dlatego, że to po prostu trochę smutne, prawda? Ale tak jakoś ostatnio sobie pomyślałam, że byłoby dobrze... Cóż, chciałam usłyszeć twój głos. Co samo w sobie brzmi dość absurdalnie.
- Nie, wcale nie - zaprotestował, po czym się uśmiechnął. - Mój głos jest dosyć wyjątkowy.
Zaśmiała się krótko, lecz ten jej śmiech skończył się ponurą nutą.
- Owszem, wciąż masz coś z tego specyficznego sposobu mówienia. Przynajmniej odrobinę.
- Odrobinę.
- Chyba mogłam po prostu posłuchać w internecie jakiejś wygłaszanej przez ciebie mowy. Albo jednego z twoich telewizyjnych wywiadów...
- O nie, po co ci to...
- Po prostu chciałam cię usłyszeć.
Przypomniało mu się, jak całe wieki temu siedział obok Maggie na ławce w parku, kiedy rysowała tamtejszy staw.
- Jeszcze tu jestem. Chciałbym cię spytać o tak wiele spraw. Jest tyle rzeczy, które chciałbym wiedzieć.
Na krótką chwilę zapadła cisza. Wyobraził sobie, że Maggie właśnie myśli: "Szkoda tylko, że nie zawsze taki byłeś".
Pomyślał o wszystkich tych rzeczach, których o niej nie wiedział. O wszystkich sekretach, które narosły w ciągu dziesięcioleci rozłąki. Czy ma teraz kogoś? Czy kiedykolwiek miała? Czy jest szczęśliwa? Czy ma nowych przyjaciół? Czy utrzymuje wciąż kontakt z którymś z tych dawnych? Jakie programy ogląda? Co robi całymi dniami? A co z jakością jej życia? Czy dopisuje jej zdrowie? Czy wciąż może samodzielnie się poruszać? Co sądzi o tym, co dzieje się na świecie? Jaki ma widok z okna? Czy kiedykolwiek próbowała matchy? Jak się miewa?
- Tak naprawdę to nie wiem, czy chciałabym ci cokolwiek powiedzieć - odparła.
Wilbur czuł się tak, jakby miał zamglony umysł.
Jeszcze chwilę wpatrywał się w ich ślubne zdjęcie. Uśmiech Maggie, gdy w tamten słoneczny sierpniowy dzień wychodziła z Kościoła Świętego Tymoteusza wprost w chmurę konfetti, wyrażał tyle szczęścia. Otaczający ich wtedy starzy przyjaciele - Charlie, Claudette, Doreen - to teraz tylko imiona. Nawet nie wiedział, czy żyją. Oto jak krucha bywa przeszłość.
- Po prostu śniłeś mi się zeszłej nocy - powiedziała Maggie. - Miałam sen o nas. Niewiele się w nim działo, ale był bardzo realistyczny. To było jeszcze przed przeprowadzką do Londynu. Byliśmy w naszym domu w Broomhill i rozmawialiśmy tak jak dawniej. Ale byliśmy szczęśliwi. Po prostu bardzo szczęśliwi. To takie głupie! Zastanawiam się, dlaczego ten sen z ostatniej nocy był...
- Och, Maggie! Ja też miewam o nas sny.
- Nigdy nie pamiętam snów, ale akurat ten zapamiętałam. Przepraszam. Chyba powinnam już kończyć. To dla mnie trochę za dużo. Chciałam tylko...
- Przecież dopiero co... - Wilbur przerwał, nie kończąc zdania. Chciał, żeby nie odkładała słuchawki. Prawdziwą męką było słyszeć ją tylko przez kilka chwil, gdyby to wszystko miało się zaraz skończyć. Wiedział jednak, że Maggie nic mu nie jest winna. Życie już takie właśnie jest. Nikt nie może zmienić tego, co już się wydarzyło. A wydarzyło się tak wiele. Po prostu tak miało być.
Mimo to nie mógł się powstrzymać.
- Chciałbym jeszcze kiedyś z tobą porozmawiać. Czy miałabyś coś przeciwko temu?
- Nie - odparła swoim łamliwym, starczym głosem. - Wręcz przeciwnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki