1. Kiedy tęsknię
Nadia
Nigdy cię nie kochałem.
To nie może być koniec. Nie może. Powtarzam w myślach, przebiegając
przez ulicę. Przeskakuję kałuże, omijam przechodniów. To nie może być
prawda. Nie może.
Trzy miesiące od dnia, w którym nastąpił koniec świata, wciąż się budzę,
pracuję, jem. Oddycham, choć czasem muszę się upewnić. Wdech, wydech.
Wdech, wydech. Uff, wciąż tu jestem. Wciąż trwam.
Czy on choć trochę cierpi? Czy tęskni? Wyszukuję na Facebooku jego
nazwisko. A to co? Nowe zdjęcie profilowe dodane kilka godzin temu. Mój
ukochany uśmiecha się, a jego oczy połyskują w promieniach słońca. A może udaje? Może wcale nie jest mu do śmiechu? Zaciska mi się żołądek. A jeśli... a jeśli to zdjęcie zrobił ktoś... nowy? Jakaś... kobieta?
- Nadia... - Męski głos tuż obok sprawia, że wygaszam telefon i gwałtownie
się odwracam. Szef szybko przenosi spojrzenie z moich oczu na trzymaną w dłoniach kartkę. - Najnowsze zlecenia. Do piętnastej. - Biała lista
wyzwań ląduje na biurku. Rozlega się dźwięk oddalających się kroków i moje głośne westchnienie niezadowolenia. Może nie usłyszał.
- Słyszałem. - Filip wychyla się zza monitora. - Co dziś ciekawego w naszym regionie? - Opiera brodę na rękach i czeka na odpowiedź.
Jego brązowym oczom miałam okazję przyjrzeć się już kilka tygodni temu,
kiedy zaprosił mnie na kawę, ale dziś ich odcień wydaje mi się
jaśniejszy... jakby... orzechowy... Orzechy!
On. Jadał je jako przekąskę. Włoskie, nerkowca, ziemne... różnego rodzaju
mieszanki.
- Jakoś tu duszno. - Wstaję i czuję, że Filip mnie obserwuje.
- Może... - Rozgląda się niepewnie. - Może moglibyśmy znów gdzieś razem
wyjść? Kino?
Kino?! Szarpię za klamkę i uchylam stare drewniane okno.
- Jestem ostatnio bardzo zajęta.
Wracam na miejsce i udaję, że nie widzę, jak odprowadza mnie wzrokiem.
Jeszcze przez chwilę mi się przygląda, ale jestem już w innym świecie.
Policyjne podsumowanie tygodnia. Turniej drwali podczas Święta Chleba.
Modernizacja stadionu miejskiego. Ostrzeżenie o burzach z gradem i silnym wietrze. Potrącenie pieszego. Budowa nowego targowiska... Lista
jest spora. Część artykułów, które napiszę, trafi na stronę internetową,
wybrane do biuletynu wydawanego dla mieszkańców Delecka co dwa tygodnie.
Ponownie wzdycham. Wiem, słyszał, ale nawet nie zerkam w jego kierunku.
W piątek ratuje mnie tylko jedno. Myśl, że kiedy wyjdę z naszej ciasnej
redakcji mieszczącej się w piwniczce kamienicy, od razu ruszę na
dworzec.
Długopisy równiutko ułożone, monitor wygaszony, karteczki z odnotowanymi
kwestiami "pilnymi" czekają, aż wrzucę je do kosza, ponieważ wszystko,
co pilne i ważne, mam już załatwione. Zerkam na Filipa. Teraz mnie nie
widzi... tylko w tych momentach mogę mu się tak naprawdę przyjrzeć.
Ciemne, gęste włosy, zarost, po którym często się gładzi, gdy myśli. O!
Tak, jak teraz. Dłonie... duże, zadbane, męskie...
I nagle, tak po prostu, przypominam sobie, jak on mnie obejmował, jak
gładził po włosach... jak dobrze mi było przy nim, spokojnie, bez kłótni,
w dwuletnim zauroczeniu. Zauroczeniu, bo on... on...
Zaczynam drżeć. Jego słowa rozbrzmiewają w mojej głowie.
Nigdy cię nie kochałem.
Poznałam jego rodziców. Wydawali się opiekuńczy, może nawet bardziej niż
on... a może chcieli mi wynagrodzić to, że ja swoich nie mam. Obiady u mamy, damy zawsze eleganckiej, pewnej siebie i dumnej z syna. Opowieści
taty, byłego marynarza, który zwiedzał świat i chętnie o nim opowiadał.
Wyobrażałam sobie nieraz, że tak do nich mówię: mamo, tato. Że mój
ukochany nakłada mi na palec obrączkę, że przeprowadzam się do domu jego
rodziców, bo jest duży, przestronny, bo jego mama pomaga nam przy
dzieciach... bo...
Czy ja oddycham? Czy żyję?
- Nadia...
O Boże... Czuję łzy kapiące na dłonie.
- Przepraszam. - Zasłaniam twarz.
- Mam dla ciebie chusteczkę.
Filip mówi cicho i jakoś tak delikatnie, jakby się bał mojej reakcji.
Nie mogę spojrzeć mu w oczy, ale przyjmuję chusteczkę. Przykładam ją do
policzków i czuję, jak staje się mokra. Jak wsiąkają w nią moje
wyobrażenia, których nigdy już nie wprowadzę w życie. Ale on... przecież
on... może żałuje tego, co powiedział, może miał na myśli coś innego?
Może... jeszcze nie wszystko stracone.
- Gdybym mógł ci jakoś pomóc, daj znać.
Głos kolegi brzmi kojąco, ale ja wcale nie potrzebuję pocieszenia. Kilka
spotkań nie może być lekiem na moją miłość. Na tęsknotę. Na ten żal,
który wciąż się przeze mnie przelewa.
- Dziękuję. - Na tyle mnie stać, gdy widzę, że zegar wybija szesnastą.
Spoglądam na chwilę w kierunku Filipa, żeby nie czuł się urażony, że
wychodzę właściwie bez słowa.
A teraz szybko, na dworzec. Wciąż jestem rozedrgana. Upalne sierpniowe
powietrze dostaje się do płuc i nieprzyjemnie uciska. Jest tylko jedna
osoba, która może mi pomóc. On. Jeśli się do mnie odezwie, jeśli tylko
napisze choć jedną wiadomość, pozwolę mu wrócić. Chociaż... powinnam
wcześniej powiedzieć mu, że się zastanowię. Tak! Powiem, że bardzo mnie
zranił swoimi słowami, zostawił na długie i trudne tygodnie, więc teraz
muszę to przemyśleć. Mądre. Bardzo mądre. Uśmiecham się i ruszam dalej.
Kiedy tylko słyszę dźwięk telefonu, już mam ochotę wykrzyczeć, że nic
się nie stało, ale to nie on. To Tomek.
- Siostrzyczko... - zaczyna.
- Uprzedzam, że jest po szesnastej, a ja pędzę na pociąg.
- Zajęłabyś się bliźniakami? Proszę...
- Oczywiście, że tak. Powiedz tylko kiedy.
- Teraz. - W jego przyciszonym głosie wybrzmiewa nuta niepewności.
- Czy stało się coś poważnego? Wiesz, że ja...
- Oj, Nadia, trafił mi się pilny wyjazd do klienta. Marta ma wizytę u lekarza, na którą czeka od dawna. - Podburza się z każdym kolejnym
słowem. - A ty...
Też mam swoje życie. Ale jak mu odmówić, skoro nie ma kto się zająć
Kacprem i Mikołajem?
- Dobrze - mówię przygaszona.
- Świetnie. W końcu na ciebie nikt nie czeka.
Nim zdążę cokolwiek odpowiedzieć, mój brat się rozłącza. Twarz mi
tężeje. Mam ochotę pójść dalej w stronę dworca, tam, dokąd zmierzałam,
nim poprosił o pomoc.
Ale przecież ja zawsze mogłam na niego liczyć. Zmieniam kierunek, staram
się uspokoić, by Marta, która już na mnie czeka, nie wyczuła, że mam do
nich żal.
Kiedy docieram na miejsce, stoję chwilę przy drzwiach. Próbuję wyciszyć
przyśpieszony oddech i odgonić wyobrażenie o pociągu, o książce, która
czeka w torebce. Trudno, dziś się nie udało. Tomek to moja jedyna
rodzina, a więc układam usta w uśmiech i pukam.
- Widzę, że nie jest ci to na rękę - mówi Marta, gdy tylko przekraczam
próg mieszkania. - Miałaś swoje plany.
- To nie było nic znaczącego. - Wzruszam ramionami i podnoszę
pełzającego po podłodze chłopca.
- Będę się zbierać, a ty zerknij na chłopców, proszę, i opowiadaj...
Marta zaczyna się krzątać w poszukiwaniu ubrań i kosmetyków, a ja siadam
na kolorowej macie, wybieram książeczkę z półki i zaczynam ją
przeglądać.
- Opowiesz mi? - Wychyla się zza stojącego na stole lusterka.
- Nie wiem o czym...
- Oj, Nadia, przyjaźnimy się od lat. Dotąd nie miałaś przede mną
tajemnic. A jednak spotkałaś się z Filipem... siedem razy. - Spuszcza
wzrok, jakby się zawstydziła.
- Siedem? Nawet nie przypuszczałam...
- Że aż tyle? - Zaczyna chichotać.
- Nie. Że Filip jest tak dobry z matematyki.
Jednocześnie wybuchamy śmiechem. Dopiero teraz czuję, że mój brzuch się
rozluźnia. Marta ucina temat. Całe szczęście. To dla mnie o siedem
spotkań za dużo. Siedem spotkań, po których wracałam do domu i zaczynałam płakać. Co tam płacz, ja wyłam! Oglądałam zdjęcia ukochanego
i nie mogłam uwierzyć, że to nie z nim byłam w kinie, że to nie on
przyniósł do stolika tacę z kawą...
- Tomek zna go wiele lat... - Marta przerywa moje wspomnienia.
- To bez znaczenia. Może jeszcze wróci...
- Naprawdę w to wierzysz?! - Z dezaprobatą odsuwa lusterko i uważnie mi
się przygląda.
Spuszczam wzrok. To taki wstyd wierzyć? Takie złe mieć nadzieję? Tak
bardzo niedopuszczalne wyobrażać sobie, że wciąż jest gdzieś obok albo
że czeka... Czeka na dworcu w Poznaniu, dokładnie tak, jak to robił wiele
razy.
Tak, to był związek na odległość. I co z tego, skoro bywały całe
tygodnie, podczas których pomieszkiwaliśmy razem. On mógł pracować
zdalnie, mnie szef rzadziej na to pozwalał, ale zgrywaliśmy się w czasie. Nawet jeżeli ja byłam w redakcji, a on spędzał dzień przy
laptopie w moim mieszkaniu, posiłki jadaliśmy wspólnie. Uwielbiał
gotować i często czekał na mnie z pysznym obiadem, a jeśli nie miał na
to czasu, wychodziliśmy zjeść do miasta. Wieczorami on oglądał ulubione
seriale, ja czytałam książki, trzymając stopy na jego kolanach. Kiedy
zasypialiśmy, przytulał, jakby mnie całą chciał objąć, pochłonąć. Jak
twierdził, sam również tego potrzebował. I co się z tym stało? Co tak
nagle sprawiło, że wszystkie nasze wspólne chwile sprowadził do kilku
słów wypowiedzianych na szybko?
Nigdy cię nie kochałem.
Nigdy nie wyznał, że kocha, a ja, choć czekałam na te słowa, wolałam
wierzyć, że może nie potrafi ich wypowiedzieć, ale swoją miłość wyraża w tym uścisku, najsilniejszym, jaki kiedykolwiek czułam. W obiedzie, który
przygotowuje, wiedząc, że wrócę głodna. W łagodnym spojrzeniu, które
zawsze niosło mi spokój.
Po wyjściu Marty nie ma już możliwości, bym przed oczami wciąż miała
jego twarz. Zajmowanie się dwójką dwuletnich chłopców to wyzwanie,
któremu staram się sprostać, choć to chyba najtrudniejsze zadanie, jakie
dotąd musiałam wykonywać.
Tak, mają słodkie buziaczki, ale nie mam kiedy się nad nimi roztkliwiać.
O, już Mikołaj wdrapuje się na kanapę, a Kacper ściąga ze stołu szklankę
z wodą, którą zostawiła Marta. "Mama!" - odzywa się Mikołaj. "Mama?" -
Kacper zaczyna się niepewnie rozglądać. Jego oczka stają się coraz
większe, buźka coraz mocniej napięta. O nie, nie. Nie mogę do tego
dopuścić. Jak tylko jeden zacznie płakać, dołączy do niego drugi, a uspokoić ich nie będzie łatwo. O! Zauważam kolorowy telefon, niby
smartfon. Bez namysłu przykładam go do ucha.
- Halo? Halllooo?! - Przeciągam, robiąc przy tym najbardziej
zdziwione miny, jakie tylko potrafię. Kacprowi zaczyna drżeć podbródek,
choć nie spuszcza ze mnie wzroku. Za to Mikołaj wygląda, jakby chciał
się popukać w głowę. Niepewnie się wykrzywia. W porządku, rozumiem, to
nie było trafione. - W gęstym lesie mieszkał troll. - Rozkładam ręce i zaczynam intonować, jakbym miała przed sobą publiczność. - Miał wielką,
kudłatą czuprynę. - Wyciągam ręce od głowy w kierunku sufitu, najwyżej
jak potrafię. Dzieci podążają wzrokiem za moimi dłońmi. Choć podbródek
Kacpra wciąż drży, Mikołaj już delikatnie się uśmiecha. - Do tego miał
duuuży nos. - Wyciągam ręce przed siebie. - Bladą twarz. - Przeciągam
dłońmi po twarzy. - I spiczaste uszy. - Ze środkowych i wskazujących
palców tworzę niby-uszka i zginając je, macham nimi do chłopców. Obaj
zaczynają się śmiać. Uff, co za ulga. W pokoju zapada cisza. Dwie
rumiane twarzyczki patrzą na mnie zauroczone. Ani drgną. - Chcecie
jeszcze? - pytam niepewnie. Mikołaj zaczyna bić brawo, a ja... O Boże, nie
wiem, co dalej... Ale nie mam wyjścia. Wpatrzone we mnie oczka nie
pozostawiają mi wyboru. - Troll nie był sam. Miał ogrooomną rodzinę i choć mieszkał w lesie, w którym ludzie uznawani byli za wrogów, on
wymykał się ze swojej chatki o świcie i biegł tam, gdzie wiedział, że
potrzebna jest jego pomoc. - Staram się zobrazować wszystko, o czym
mówię. - Biegł do miasteczka położonego na wzgórzu i choć był maleńki
niczym kciuk - obowiązkowo kciuk do przodu - wiedział doskonale, że jego
wsparcie wielu osobom będzie bardzo potrzebne.
Mikołaj otwiera usta i ostentacyjnie ziewa, Kacper kiwa głową, jakby
próbował dodać mi otuchy.
- Wiem, to pewnie zbyt skomplikowane, ale może kiedyś opowiem wam więcej
- kończę.
Do swojego mieszkania mam piętnastominutowy spacer. Otwieram drzwi i czuję, jak uginają się pode mną nogi. Nawet nie mam sił na kąpiel, na
jedzenie, na czytanie. Zrzucam ubranie, szybko szoruję zęby i wślizguję
się pod kołdrę.
Gdzie on jest? Czuję, że zaczynam dygotać. Nieprzyjemna fala dreszczy
przebiega mi po ciele. Gdzie? Dlaczego nie tu? Nie ze mną? W płucach
zaczyna brakować powietrza, oddech przyśpiesza. Zaciskam palce u stóp,
dłonie... całe ciało poddaje się bolesnemu napięciu. W końcu uwalnia się
ze mnie szloch. Jakby ulatywał przez klatkę piersiową, próbując
rozszarpać ją na kawałki. Jakby każda część mnie chciała się wyrwać i pobiec do niego. Jakby ten ból, który dotąd czułam jedynie pomiędzy
żebrami, sparaliżował mnie całą.
Choć przez otwarte okno do sypialni wdziera się upalne powietrze, drżę z zimna. Czy to możliwe tak bardzo czuć miłość? Nawet jeśli usłyszało się,
że była jednostronna?
Nigdy cię nie kochałem.
To nie może być koniec. Wciąż czuję go blisko siebie. Mam wrażenie, że
zaraz wyjdzie z łazienki, położy się obok i mnie otuli. A wokół cisza...
pustka. Tylko ja. Tylko ja! Nie wytrzymam. Dłużej nie wytrzymam. Łzy
wzbierają, jeszcze chwila napięcia i czuję, jak spływają po policzkach i szyi. Toczą się coraz niżej, w kierunku dekoltu, a ich ciepło pali
chłodną skórę. Zasypiam rozgrzana spływającym po mnie potokiem.
Wspomnieniem i nadzieją.
Długa noc. Kilka łyków wody. Niespokojny sen i ciągłe przeszukiwanie
łóżka... Gdzie jest to najchłodniejsze miejsce? Z boku na bok, z gorącego
w zimne, i tak w kółko. Niby zasypiam, jakiś obraz pojawia się i po
chwili rozmywa. Nie ma szans, by go zapamiętać. Otwieram oczy. Ciemno i pusto. Bez niego, bez jego pochrapywania i spokoju. Ucisk w dole brzucha
i głośne bulgotanie, jakby coś się w nim przelewało. Telefon razi mnie
ostrym światłem. Mrużę oczy, by dostrzec godzinę. Trzecia. Niebawem
zacznie świtać.
Na oślep idę do kuchni, włączam czajnik i otwieram szafkę. Zaraz z przodu stoi jego ulubiona zielona filiżanka. Dotąd nie odważyłam się z niej pić, a nawet na nią spojrzeć. Filiżanka wygląda, jakby czekała.
Jakby nawet ona czekała.
Wybieram kubek ze swoim imieniem, prezent od... od niego! Jeszcze wtedy,
dwa lata temu, pasował mu do mnie ten napis: "Miła, uczynna, pracowita".
Dlaczego porzucił miłą dziewczynę? Uczynną, pracowitą? Drży mi ręka,
kiedy zalewam rumianek wrzątkiem. Szykuję kilka kanapek i siadam w salonie. Na komodzie nasze zdjęcie ze ślubu Marty i Tomka. Na ścianie
cała wielka ramka wypełniona wspomnieniami ze wspólnych wyjazdów. Wstaję
i podchodzę bliżej. Próbuję zajrzeć mu w oczy. Hej, ty! Do ciebie mówię.
Co ja ci zrobiłam? Co takiego, że nagle zniknąłeś? Bez słowa!
Nigdy cię nie kochałem.
Prawie bez słowa! Tak się nie robi!
Zerkam na swoje śniadanie i gryzę kawałek chleba. Mam wrażenie, że
niewielki kęs rośnie mi w ustach. Odkładam resztę i kładę się na sofie.
Jeszcze nigdy nie wstałam o trzeciej. O trzeciej rano... albo w nocy!
Trzecia to jakiś środek, przełom, nawet nie wiadomo, gdzie go bardziej
ulokować, przy dniu czy przy nocy...
Z kim podzielę się tą myślą? Tym, że nie mogłam spać? Komu opowiem, jak
przechadzam się po mieszkaniu, za oknami zupełnie ciemno, a cisza aż
boli?
Nie wiem, jak żyć bez niego. Bez tej myśli, że zaraz zadzwoni lub
napisze. Że będzie czekał na końcowej stacji pociągu, jak dotąd.
- Nadia... nowe tematy. - Szef przekazuje mi kartkę. Mógłby wysyłać tę
listę mailem, ale on woli ją wydrukować, przejrzeć, nanieść pisemnie
swoje poprawki. A mnie pozostaje ich odczytywanie. Widząc sporo znaczków
nakreślonych niebieskim długopisem, głośno wzdycham. Tym razem słyszał,
i to wyraźnie. - No wiesz, już kiedy cię przyjmowałem, zaznaczyłem, że
to zaszczyt mieć cię w swojej redakcji. Jesteś magistrem filologii
francuskiej, prowadziłaś bloga z pięknymi tekstami na temat Francji i twojego pobytu na wymianie studenckiej, a teraz tylko wzdychasz... Cóż,
sama zdecydowałaś o powrocie z Poznania do Delecka po zakończeniu
studiów.
Jestem tak zaskoczona jego wypowiedzią, że przez chwilę nie mam pojęcia,
jak ująć w słowa to, co czuję. Tak, to była moja decyzja i nie myślę o tym, by ją zmieniać. Nie narzekam. Ani trochę... nigdy!
- A więc milczysz... Piszesz wciąż bardzo dobre artykuły, ale jeśli
zechcesz zmienić pracę, poinformuj mnie, proszę, wcześniej.
Odchodzi.
Nie chcę zmieniać pracy. Nie wiem, czy był choć jeden moment, w którym o tym myślałam.
- Nadia.... - Filip wychyla się zza monitora. - On ma rację, trochę się
marnujesz - szepcze i zerka w kierunku gabinetu szefa. - Co z tym
blogiem? Nigdy się nie chwaliłaś, Tomek też mi nie wspominał.
- Nie było czym się chwalić - odpieram, zaskoczona jego
zainteresowaniem.
Filip patrzy wyczekująco. Chyba wyraźnie postawiłam kropkę po swojej
wypowiedzi? Wracam do listy tematów, choć wiem, że on wciąż mi się
przygląda.
Policyjne podsumowanie tygodnia. Zakończenie prac remontowych przy ulicy
Nowogrodzkiej. Gwałtowna zmiana pogody. Wakacje w mieście na sportowo.
Wakacje w bibliotece. Zbiórka żywności dla potrzebujących. Wywóz odpadów
wielkogabarytowych. Uwaga na barszcz Sosnowskiego...
- A co planujesz na urlop? - dopytuje.
- Nie mam planów. - Nie unoszę głowy znad kartki. Od czego dziś zacząć?
- To już za dwa tygodnie.
O Boże... on myśli o moim urlopie. On. Nie ja...
Odwracam się w jego kierunku i już chcę powiedzieć, że to moja sprawa,
czy mam plany, czy nie. W jego wzroku jest jednak sygnał, żebym
przystopowała. Ćśśś... Próbuję się opanować, choć coraz trudniej mi się
oddycha.
Znów go widzę. "Może dokądś się wybierzemy? Zaplanujmy to razem" -
proponowałam jakiś czas temu. "Pewnie" - odpowiedział, a niedługo
później już go nie było. Już się rozmył, rozpłynął.
Człowiek tak po prostu znika, a ja muszę oswoić tę pustkę, uporczywą
nieobecność. To uczucie, którym chciałabym go objąć. Jak mam dalej żyć?
Jak żyć bez miłości? Bez jego miłości?!
Tylko się nie rozpłacz, nie tu, w pracy, nie przy Filipie. Znów czuję,
że cała się zaciskam, ale muszę wytrzymać... muszę. Dziś piątek, a w piątki...
Wsiadam do pociągu, zajmuję miejsce przy oknie i czuję ulgę. Chwilową.
Do tego wrażenia jestem przyzwyczajona, moje ciało się z nim obyło.
Zawsze było mi błogo, gdy jeździłam do niego. Dlatego to powtarzam.
Przez dwie i pół godziny. W dwie strony. Zawsze mam jakieś dwadzieścia
minut do odjazdu pociągu powrotnego, więc wstępuję do starbucksa, kupuję
kawę, kanapkę i wracam w poczuciu zaskoczenia. Że jego tam nie było. Nie
czekał.
Dziś wyjątkowo długo stoimy między rozłożystymi złotymi polami, na
których wylegują się bele siana. Słońce coraz niżej, ale palące
promienie sięgają przez szybę moich dłoni. Zaciągam roletę. Na tekst
książki pada wiązka światła. Próbuję jej dotknąć. Znika. Wszystko jest
takie nieuchwytne. Nie zdążę się z tym obyć, nacieszyć, a już mi umyka.
- Dziś będzie opóźnienie. - Konduktor siada obok mnie i rozkłada ręce.
- Nawet do rozkładu pociągów nie można się przywiązać.
Mężczyzna zaczyna się śmiać i bez skrępowania ukazuje brak przedniego
zęba. Widuje mnie tutaj w każdy piątek. Wie doskonale, że wracam niemal
zaraz po tym, jak wysiądę.
- Ta kawka ze starbunia rzeczywiście taka wyjątkowa? - Zawadiacko mruży
oczy. - Jeździsz z Delecka, tam chyba mają dobrą kawę.
Nie ma sensu tłumaczyć. Kto zrozumie chęć samotnych podróży do celu,
który już dawno przestał istnieć? Tylko ten pociąg, dworzec i ta kawa są
jak jakiś łącznik... choć nie mam pewności, czy i one istnieją, czy tylko
sobie wymyślam... połączenia, jakieś nici, które trwają w moim
wyobrażeniu, mimo że już dawno zostały przerwane.
- O której dojedziemy? - pytam.
- Nadrobimy, będziemy na czas, ale pociąg z Poznania już teraz ma
półtorej godziny opóźnienia. - Wzdycha. - I może wzrosnąć do dwóch. No
nic, muszę lecieć. Pomyślałem, że tobie zrobi to różnicę. Może wrócisz
autobusem albo pójdziesz pozwiedzać. - Macha do mnie i odchodzi.
Pozwiedzać? Pociąg powoli rusza, a ja wyciągam telefon, by sprawdzić
rozkład autobusów. Brak wolnych miejsc. Podpieram się łokciami o stolik
przymocowany do siedzenia przede mną. Pozwiedzać miasto... to miasto... a jeśli naprawdę go spotkam?
Pewne jest jedno. Niedługo trzeba wysiąść, a później coś ze sobą zrobić.
Coś. Cokolwiek. W Poznaniu... bez niego.
Tłum śpieszy do wyjścia. Uderzają o mnie walizki, starsza pani wciska mi
się głową w ramię. Im bliżej drzwi, tym goręcej, w końcu gdy tylko staję
na peronie, atakuje mnie upalna fala. Wśród gnających obcych mi twarzy
próbuję dostrzec tę jedyną, tak dobrze mi znaną, tak bliską. Co chwilę
ktoś mnie potrąca. Czy tylko ja stoję? Ja pośrodku urwanych w połowie
słów, spojrzeń i gestów. Ja, znudzona i niezainteresowana niczym, co nie
jest nim, co się z nim nie wiąże. Jak wmurowana w to miejsce czekam.
A jego wciąż nie ma.
Odzywa się do mnie jedynie głos z semafora. Opóźnienie. Sto dwadzieścia
minut.
Nie mogę tu zostać.
Teraz to ja pędzę, jakbym uciekała. Bo uciekam. Bo może uda mi się zwiać
przed wizją radosnego uścisku, uśmiechu, który zawsze mnie tu witał.
Opuszczam budynek dworca i sunę przed siebie. Na pamięć znam drogę na
przystanek, a później do jego mieszkania. Może wsiądę w tramwaj? Może
zrobię niespodziankę i tak nagle pojawię się u niego?
Staję pod wiatą i zerkam na rozkład. Tramwaj z numerem pięć zatrzymuje
się tuż przy mnie. To ten! Dojechałabym nim. Drzwi otwierają się przede
mną, jakby pojazd pojawił się tu specjalnie dla mnie. Robię krok do
przodu i czuję uginające się kolana. Nie mogę. Nie mogę tego zrobić.
Odwracam się i ruszam w kierunku rynku. Wśród brukowanych uliczek i kamienic udaje mi się zaznać odrobiny chłodu. Idę na oślep, bez celu i oto staję przy ogromnych oknach kawiarni, w której spotkaliśmy się po
raz pierwszy. Przecież nie przyszłam tu specjalnie! Dokładnie przy
naszym stoliku, tuż za szybą, dwie dziewczyny zajadają ciasto i rozmawiają. Zaciskam pięści i czuję, jak w oczach zbierają mi się łzy.
Chciałabym wejść do środka, zamówić kawę i przypomnieć sobie tamten
dzień dwa lata temu. Tamto lato. Tamte słowa, które ani trochę nie
zapowiadały, że usłyszę... że on kiedykolwiek powie coś tak zaskakującego.
Tak dziwnego... tak bardzo... raniącego.
Nigdy cię nie kochałem.
Odwracam twarz od witryny. Naprzeciwko zauważam szyld z napisem
"Antykwariat". Książki! Tylko to może mnie teraz uratować. Przebiegam
przez uliczkę, przestępuję kilka schodków i chwytam za klamkę. Stare,
drewniane drzwi skrzypią głośno. Obawiam się, że narobię hałasu, ale
nikt z obecnych nie zwraca na mnie uwagi. Ogromne regały okalają
wnętrze. Kilka osób przegląda egzemplarze w ciszy i skupieniu. Pani przy
biurku wertuje czasopismo. Zapach starych książek i kurzu jest tu
wszechobecny, a chłód wręcz kojący. Niepewnie robię kilka kroków do
przodu i zauważam przejście do drugiej sali. Nikogo w niej nie ma. Tylko
ogrom książek wypełniających ściany, stojący na środku stolik i fotel
obity beżową tkaniną w brązowe liście i kwiaty. Brak okien. Z lampy na
suficie sączy się pomarańczowe światło.
Podchodzę do regału z napisem "Literatura obcojęzyczna". Boję się
wykonać jakikolwiek ruch. To miejsce jest tak ciche, spokojne, owiane
tajemnicą, jakby czas się tu zatrzymał, a życie toczyło jedynie wśród
historii, które proszą, by zostały opowiedziane. Antykwariat... Czy nie
tutaj trafiają książki, które ktoś oddaje? Powody mogą być różne.
Niepewnie wyciągam dłoń i dotykam grzbietów książek. Większość z nich ma
już swoje lata. Zatrzymuję się na francuskim tytule i czuję, że serce
zaczyna mi bić szybciej. Pociągi wciąż jeżdżą... Wyciągam książkę i gładzę matową okładkę.
Na murku butelka wina, kieliszek wypełniony bordowym płynem, kiść
zielonych i fioletowych winogron, dwa kawałki sera. A tuż za nimi, w dół
zbocza, rozciąga się winnica połyskująca złoto-pomarańczowymi refleksami
zachodzącego słońca. Susanne Verdier? Nazwisko autorki brzmi dla mnie
obco... ale jak pięknie. Wymawiam je w myślach, stawiając akcenty na
ostatnich sylabach. Susanne. Verdier. To takie francuskie. Egzemplarz ma
trochę zagięte rogi okładki. Poza tym wygląda całkiem dobrze. Czytam
nagłówek notki: "Choć odebrano mi ostatnie gwiazdy, pociągi wciąż
jeżdżą..." i czuję, że muszę usiąść. Otwieram książkę. Widzę, jak drżą
mi dłonie. Bo doskonale wiem, że jeśli wciągnie mnie pierwsza strona, to
książka musi być moja. Obym się nie zawiodła. Proszę... niech to nie
będzie zwyczajny romans. Trafiam na dedykację od autorki: "Każdemu, kto
kiedykolwiek czuł, że tęsknota to ból całego ciała".
Zamykam książkę i biorę głęboki wdech. Przytulam ją do siebie. Po chwili
wiem, że nie mogę dłużej czekać. Odnajduję pierwszą stronę...
- Za pięć minut zamykam. - Słyszę głos i unoszę głowę zaskoczona, jakbym
zapomniała, że nie jestem tu zupełnie sama.
- Przepraszam, ja - zrywam się z miejsca - chciałabym ją kupić.
- Zapraszam do kasy. - Kobieta odchodzi.
Czuję, że to nie jest łatwa historia... A jeśli połamie mi serce i ból
stanie się jeszcze większy? Jeśli ona spotęguje to... to, o czym autorka
pisze już na samym początku - ból ciała? Tęsknotę?
Odstawiam książkę na półkę i przechodzę do pierwszej sali.
- Ma niewiele opinii, wydana małym nakładem. Niby istnieje, ale w rzeczywistości... jakby jej nie było... - Kobieta sprawdza coś w komputerze,
nawet na mnie nie patrząc. Nie mam pewności, czy mówi do mnie, choć sala
zupełnie opustoszała.
- To nie jest dla mnie dobry czas...
- Ma pani rację. Książka znajduje nas wtedy, gdy nadchodzi na nią
odpowiedni moment. - Sprzedawczyni odwraca głowę od komputera i zdejmuje
okulary. - Proszę się nie martwić, jeśli to nie ten czas, nie przebrnie
pani nawet przez pierwsze strony. Zamykam dzień, to ostatnia szansa. A więc?
- Dziękuję, to jednak nie jest mój klimat.
Nie mój klimat. Nie mój! Powtarzam, pędząc w kierunku dworca. Ledwo
dobiegam na peron i wsiadam do pociągu zdezorientowana. Tym razem bez
kawy i kanapki, a co najgorsze... bez książki. Bez TEJ książki!
Pociąg rusza, przymykam oczy. Próbuję uspokoić zdyszany oddech, ale nie
mogę. Czuję niepokój, jakby brakowało mi powietrza. Uczucie wiercenia w żołądku nie daje spokoju. Głód... a może coś jeszcze... Przecież to tylko
książka! Nawet nie wiem, o czym dokładnie jest. Zasugerowałam się
dedykacją, być może niepotrzebnie. Pewnie zaraz wyjdzie mi z głowy. W kolejce do przeczytania mam kilka tytułów. Próbuję sobie przypomnieć,
którą powieść, poza trzymaną właśnie w torebce, miałam czytać jako
następną, ale nie mam pojęcia. Jak mogłam zapomnieć? Zależało mi na... na
czymś!
Odtwarzam w głowie słowa sprzedawczyni. Odpowiedni moment. Książka nas
znajduje...
Znalazła mnie, a ja uciekłam.
Kto napisał tak wyjątkową dedykację? Jej znaczenie jest mi tak bliskie,
jakby zostało skierowane właśnie do mnie. W wyszukiwarkę wpisuję imię i nazwisko autorki. Susanne Verdier. Przygryzam dolną wargę w oczekiwaniu...
Internet nie współpracuje, daje znaki, że wyjechaliśmy już poza miasto,
a kiedy otwiera się strona z wynikami, od razu klikam w okienko z napisem "Grafika". Wyświetla się kilka zdjęć książki Pociągi wciąż
jeżdżą. Kim jest autorka? Wracam do strony głównej i dopiero zaczynam
rozumieć. Susanne Verdier to pseudonim. "Debiut wydany w 2005 roku, jak
dotąd jest jedyną powieścią wydaną pod tym nazwiskiem".
Muszę ją zamówić. I właśnie do mnie dociera, że to tytuł zagraniczny,
wydany małym nakładem, że nie ma przekładu na język polski i że dotarcie
do niego może nie być takie proste. Zerkam za okno. Skoszone pola
sięgają krawędzi lasu, ponad nimi promienie słońca padają zza białego
obłoku.
Dlaczego jej nie kupiłam? Czy naprawdę aż tak boję się własnych uczuć?
Emocji, które mogłyby mną zawładnąć podczas lektury?
Że też nie mogę zawrócić, cofnąć czasu, przyciągnąć do siebie tego, co
jeszcze chwilę wcześniej było w moich dłoniach. Przymykam oczy, słyszę
swój ciężki oddech i każde uderzenie serca. Pozwalam, by kołysał mnie
rytm pociągu gnającego po szynach.
Ból tęsknoty...
Odpowiedni moment...
Książki nas znajdują...
To ostatnia szansa, zaraz zamykam...
Zgubiłaś coś w tym Poznaniu?
Zrywam się i rozglądam. Minęła połowa drogi, nawet nie wiem kiedy.
Zerkam w telefon. Nikt nie pyta, czy wrócę na czas. Nikogo to nie
obchodzi. Nikt się nie przejął dwugodzinnym opóźnieniem.
Susanne Verdier - brzmi jakby wokół mnie. Su-sanne Ver-dier. Kobieta mi
nie odpuszcza. Wpisuję w przeglądarkę tytuł i szukam opisu. O czym jest
ta książka?!
"Choć odebrano mi ostatnie gwiazdy, pociągi wciąż jeżdżą...
Rok 2000. Upalne lato na południu Francji. Marie, studentka literatury
przyjeżdża do średniowiecznego miasteczka położonego na wzgórzu, by
odbyć kurs pisarski sprezentowany przez rodziców. Nie w głowie jej
jednak pisanie, wolny czas woli spędzać, słuchając przebojów Roxette.
Laurent stoi przed ogromną zmianą w życiu. Ćwiczy grę na skrzypcach, by
za kilka miesięcy uzyskać dyplom jednego z najlepszych konserwatoriów w Europie".
Kolejna bezsenna noc. Z boku na bok. Łyk chłodnej wody. Tak bardzo
chciałabym spać. Co to za niezwykły przywilej zamknąć oczy wieczorem i otworzyć je rano. Uchylam okno, siadam na łóżku i chowam twarz w dłoniach. Susanne Verdier. Su-sanne Ver-dier! Kim jest ta autorka?
Napisała dedykację, o której nie mogę zapomnieć. Co takiego musi być w tej książce?
Nie dziwi mnie już, że jest trzecia, a ja włączam czajnik i wrzucam
torebkę herbaty do kubka. Trzecia w nocy czy nad ranem, co za różnica.
Za oknem ciemno, jedynie światło padające z latarni oświetla trawnik i parking pełen aut. W budynku naprzeciwko totalna ciemność, wszyscy śpią,
tylko ja snuję się bez celu. Z nim przy boku budziłam się jedynie na
moment. Pamiętam taką noc, kiedy miałam paskudny sen. Zerwałam się
przestraszona, ale już po chwili chwyciłam jego dłoń i strach minął.
Choć on spał i nawet nie drgnął, ja czułam się bezpieczna.
Ucisk w brzuchu sprawia, że wymieniam torebkę czarnej herbaty na
rumianek i zalewam wrzątkiem. Tak będzie lepiej.
Zapalam lampkę w salonie, siadam na sofie i obserwuję, jak nad kubkiem
unosi się para. Ulatuje jak sytuacje, ludzie... momenty. Dlaczego nie
potrafię niczego przy sobie zatrzymać? Jak mam żyć, spać? Jak robić
wszystko sama? Bez niego? Kładę dłonie na brzuchu i czuję, jak unosi się
z każdym oddechem. Kłuje, uciska, na chwilę odpuszcza i znów zaczyna
boleć.
Gdyby on tu był, z pewnością przyniósłby mi kubek z naparem do łóżka.
Gdyby tu był, być może wcale nie byłoby takiej potrzeby...
To naprawdę może boleć? Tęsknota? Czy w książce Susanne Verdier któryś z bohaterów również tęskni tak mocno? Skoro autorka napisała taką
dedykację, te słowa muszą mieć dla niej szczególne znaczenie. Próbuję
przypomnieć sobie opis... brzmiał dość zwyczajnie... a jednak znów wyszukuję
Pociągi wciąż jeżdżą.
Ponownie patrzę na okładkę. Może zachwycić. Zachód słońca w ognistych
barwach, winnica i przekąski. Widok owoców, serów i wina zawsze
przywodzi wspomnienia francuskiego apéro, ale to spotkanie bardziej
intymne i choć chciałoby się powiedzieć, że okładka jest piękna, wręcz
optymistyczna, pojedynczy kieliszek zdecydowanie dodaje jej aury smutku,
a nawet i poczucia samotności.
Tego boję się najbardziej...
Że cisza, ból i rozdarcie przy czytaniu takiej książki nasilą się i mnie
przygniotą. Mogłaby być piękna, ale może nie teraz?
Włączam radio. Nocne audycje zawsze są pełne spokoju. Stonowany, niski
głos spikera sprawia, że przymykam oczy. Nie przeszkadza mi nawet, że
temat ani trochę mnie nie interesuje. Chłodniki w różnych wydaniach. A może... Układam się na poduszce i czuję, jak moje ciało się rozluźnia.
Możliwe, że zaraz odpłynę. A może chłodnik to dobry pomysł na artykuł?
Wprawdzie lato już po półmetku, ale... ale... robi się błogo...
Zielone winnice opadają w dół zbocza. Siedzę na murku, obserwuję
różowofioletowe chmury tuż nad horyzontem i przebijające się przez nie
wiązki światła. Długie, iskrzące pasma wyglądają, jakby chciałby rzucić
ostatnie promienie na okoliczne trawy i drzewa.
Spending my time,
Watching the days go by...
Uderzenia perkusji i melancholijny głos wokalistki sprawiają, że powoli
otwieram oczy. Salon? Sofa? Za oknami zupełnie jasno, a nade mną
rozbrzmiewa piosenka. Wsłuchuję się w tekst i przysłaniam twarz dłońmi.
Tak, to o mnie. Każde słowo pasuje do mojej historii, odzwierciedla to,
jak się teraz czuję. Po prostu trwam. Próbuję przeżyć i obserwuję, jak
mijają dni.
To nie jest idealny poranek. Dopijam zimny napar z rumianku i z ulgą
stwierdzam, że falę upałów mamy już chyba za sobą. W telefonie zauważam
zdjęcie książki i opis, który czytałam, nim zasnęłam. Przebiega mnie
dreszcz. Podchodzę do okna i je zamykam. To pewnie przez te chłodne
podmuchy, bo chyba nie z powodu... Roxette?! Zerkam w kierunku radia i znów powoli czytam opis. "Wolny czas woli spędzać, słuchając przebojów
Roxette". Dla odmiany teraz robi mi się gorąco. Głos w radiu pomaga mi
przeprowadzić szybką kalkulację: "Jest pięć minut po godzinie ósmej. W naszym regionie zanosi się na deszcz...".
Trzęsącą ręką klikam w telefon i sprawdzam godziny otwarcia
antykwariatu, następnie rozkład pociągów. Nie muszę się dłużej
zastanawiać. Po prostu zrzucam piżamę, wskakuję w przetarte dżinsy i biały T-shirt. Nakładam krem z lekkim podkładem i pociągam rzęsy
mascarą. Jasne, proste włosy opadają mi na ramiona. Przeczesuję je, myję
zęby, wkładam trampki i wybiegam z domu.
Na dworcu kupuję kawę i drożdżówkę. Wsiadam do pociągu z uczuciem ulgi.
Następny byłby dopiero za dwie godziny.
- O, proszę! - Słyszę nad sobą znajomy głos. - A jednak mają w Delecku
kawę i bułki! Coś takiego! - Konduktor śmieje się głośno. Widząc brak
mojego entuzjazmu, dodaje: - Ale mamy sobotę, to też jest jakaś zmiana.
Oby na lepsze, myślę, obdarzając go wymuszonym uśmiechem. Choć czuję się
osłabiona i głodna, każdy kęs drożdżówki jest trudny do przegryzienia.
Piję kawę małymi łyczkami i myślę o tym, co powiedział konduktor: jest
jakaś zmiana. Czyżby? Nie chodzi o dzień... a raczej... o cel. Może i oszalałam, nie wiem, czy ktokolwiek byłby w stanie mnie zrozumieć. Jadę
do Poznania. Dwieście kilometrów. Dwie i pół godziny pociągiem.
Po książkę.
Dotąd jeździłam po... pustkę.
Ostatnie skrawki błękitu zostają przysłonięte szarogranatowymi chmurami.
Pojedyncze krople pojawiają się na szybie. Z każdą sekundą deszcz pada
coraz intensywniej. W końcu pola i lasy przestają istnieć. Jest tylko
szarość i nawałnica rozbijająca się falami o okna.
Nakładam słuchawki i czuję, że ponownie mam ochotę usłyszeć Spending my
time, ale... na ile ta piosenka mnie zasmuci? Wywoła łzy szklące się w oczach albo i całe potoki? Aura za oknem zdecydowanie sprzyja
rozpłakaniu się na całego. Usłyszenie piosenki rano wygnało mnie z domu.
Było jak znak. Ale teraz lepiej nie... przeglądam playlistę i stwierdzam,
że każdy utwór przypomina mi albo czas spędzony z nim, albo ten, w którym tęskniłam.
Stojąc tuż przy wyjściu z dworca, zastanawiam się, czy wszystko ze mną w porządku. Całe niebo zasnute jest szarością i nie zanosi się na to, by
ulewa miała ustać. Pociąg do Delecka odjeżdża za dziesięć minut.
Wycofuję się i stwierdzam, że muszę odnaleźć pierwszy lepszy sklep, w którym kupię parasolkę. Przyjechałam tu po coś i bez tego nie wrócę.
Kiedy mam już ochronę przed zmoknięciem i przebiegam przez pełne kałuż
ulice, uderza mnie myśl. Znów go nie było.
Nigdy cię nie kochałem.
Dreszcze biegną po ciele, więc przyśpieszam kroku. Oby tam była. Ona
musi tam być!
Wchodzę w znaną mi uliczkę. Odruchowo zerkam w kierunku kawiarni.
Jeszcze zamknięta, ale za szybą już ktoś się krząta. Nasz stolik pusty,
okryty białą serwetką, czeka, by przyjąć kogoś nowego, być może kolejną
parę, która będzie się mocno trzymać ze ręce. I patrzeć sobie w oczy tak
intensywnie, że żadne z nich nie zauważy wiszącego naprzeciwko
blaszanego szyldu antykwariatu.
Odwracam wzrok. Składam parasolkę i naciskam klamkę. Najchętniej
pobiegłabym od razu po książkę, ale wiem, że tak nie można. Serce bije
mi szybko. Cicho przymykam skrzypiące drzwi. Oczywiście nikt nie zwraca
na mnie uwagi. Kilka osób krząta się w pierwszej sali. Powoli kieruję
się tam, gdzie powinna być moja powieść. W drugim pomieszczeniu tym
razem są dwie osoby. Mężczyzna siedzi w fotelu, zaczytany, nawet mnie
nie zauważa. Przy regale z literaturą obcojęzyczną stoi kobieta.
Najchętniej wcisnęłabym się tuż koło niej i chwyciła to, po co
przyszłam, ale wiem, że tak postąpić nie mogę. Podchodzę do regału obok.
Udaję, że czegoś szukam. Próbuję zerknąć na tytuł, który przegląda, i trafiam na jej spojrzenie. Kobieta uśmiecha się poczciwie i choć zaczyna
się we mnie gotować, odpowiadam jej tym samym. Ręka mi drży, kiedy biorę
przypadkową książkę i próbuję odegrać zainteresowanie. Nie dociera do
mnie nic, co próbuję przeczytać. Znów zerkam w stronę kobiety. Co za
niezdecydowana osoba! Niech już coś weźmie i sobie idzie. Otóż bierze...
Od razu rozpoznaję tę okładkę. Boże! Że też wczoraj byłam tak
rozmemłana, tak niezdecydowana. Trzeba było brać! Brać i nie myśleć,
skoro poczułam. Przecież poczułam już wtedy to ukłucie, tę radość. O nie, ona czyta opis! Czy otworzy tom? Zajrzy do środka? Co ona robi?
Odkłada egzemplarz na stolik.
Może nie zauważy... jak podejdę... jak z nim czmychnę? Przecież nie ukradnę,
zapłacę. Próbuję udawać pozorną obojętność, ale chyba słabo mi idzie, bo
czuję, że całe ciało zaczyna mi drżeć. Próbuję stawiać niesłyszalne
kroki, jeden za drugim. Stolik już tak blisko. Nagłe głośne chrząknięcie
wypełnia pomieszczenie, a mnie gorąco uderza do głowy. Mężczyzna zerka
na mnie przepraszająco, a ja zawieszona w drodze pomiędzy regałami a stolikiem dostrzegam, że kobieta zajęła się czymś innym. Jestem coraz
bliżej, wyciągam dłoń, która teraz drży, tuż nad okładką przedstawiającą
winnicę, kieliszek, wino... i przypominam sobie mój sen dziś nad ranem...
ten widok. Biorę książkę do rąk i odruchowo przytulam. Jakbym się z nią
witała albo chciała przeprosić. Łzy napływają mi do oczu. Próbuję je
powstrzymać, ale szybko spływają po policzkach. Wciąż brzmi we mnie
treść dedykacji od autorki. Nawet nie muszę jej czytać... "Każdemu, kto
kiedykolwiek czuł, że tęsknota to ból całego ciała".
- Czyta pani po francusku? - Słyszę szept. To ona. Być może będę musiała
oddać jej egzemplarz. A może poproszę...
- Tak, czytam. - Odkładam książkę na stolik, choć najchętniej nie
wypuszczałabym jej z rąk.
- Planowałam kupić dla córki, ale napisała mi, że jej nie chce. -
Nieznajoma wzrusza ramionami. - Ona jest dla pani, widzę to. - Podnosi
książkę ze stolika, jeszcze raz zerka na okładkę i przekazuje ją mnie.
Osobie, która miała niecny plan wyszarpania sobie tej historii.
- Dziękuję. Ja też jestem tego pewna. - Stawiam na szczerość.
- Książki potrafią nas przenieść w inne światy. I to nie jest jedynie
metafora... Dobrego dnia.
Kobieta nie czeka, aż jej odpowiem. Wychodzi. Jeszcze przez chwilę
wpatruję się w otaczające mnie regały i czuję ulgę. Jakby właśnie
odpuściło napięcie, które kumulowało się we mnie od wczoraj.
- Jednak pani wróciła. Po nią! - Antykwariuszka wbija kwotę na kasę
fiskalną.
- Pani ją czytała?
- Nie, ale wiem, o czym jest. Jakie lubi pani zakończenia? - pyta, gdy
mam już odchodzić.
Patrzę na nią zaskoczona, bo słowo "zakończenia" kojarzy mi się w chwili
obecnej jedynie z zakończeniem związku.
- No, zakończenia... - Patrzy na mnie wymownie. - Szczęśliwe? Tragiczne?
Otwarte? Zamknięte?
- Nie lubię zakończeń - odpowiadam bez chwili namysłu.
- No masz! - Przyklaskuje i wybucha śmiechem. Przysłania usta i rozgląda
się, czy aby nikomu nie przeszkodziła. - Będzie pani zachwycona!
Zachwycona... myślę o tym, gdy przechodzę przez brukowaną uliczkę i zauważam, że drzwi kawiarni naprzeciwko są już otwarte. Chcę uczcić mój
sukces. Jestem już na progu... zerkam na nasz stolik i dopada mnie ta sama
tęsknota, która przez ostatnie miesiące odbierała mi siłę do życia. Tam,
w antykwariacie, czułam żal, nawet płakałam, ale... to nie dotyczyło jego.
Nie tak... bezpośrednio. A tutaj wszystko wiąże się z nim.
Wycofuję się, bo nie mogę tego poczuć. Nie chcę!
Wracam na dworzec. I choć chciałabym sobie obiecać, że to mój ostatni
pobyt w tym mieście, nie wiem, jak zniosę kolejny piątkowy wieczór bez
podróży pociągiem. Bez tej nadziei.
W starbucksie kupuję kanapkę i latte. Książkę chowam do torebki. Nie
mogę jej przecież zgubić ani pobrudzić, a już zaraz, jak tylko usiądę,
zacznę...
- Nadia?! - Słyszę znajomy głos i zauważam koleżankę z Delecka.
Nie mogę uwierzyć.
- Hej! Co jest? Słów ci zabrakło?! Jedziesz do domu?! - wykrzykuje
euforycznie i przytula mnie mocno.
- Tak. - Uśmiecham się i zaglądam do torebki, jakbym chciała przeprosić
czekającą na mnie historię.
Ta podróż jest wyjątkowa. Dawno już takiej nie miałam. Pytania o "tego
przystojniaka", wymijające odpowiedzi, bo przecież nie mogę powiedzieć
ot tak, w pociągu, w jaki sposób się rozstaliśmy.
Nigdy cię nie kochałem.
Koleżanka od wspomnień, z dawnych lat, więc to, co we mnie trudne,
przeplata się z radosnymi szkolnymi opowieściami.
- A niech mnie! - Głos konduktora rozbrzmiewa tuż nad nami. - Jest kawa,
są kanapki i nawet uśmiech się znalazł.
Nie wiem, czy potrafiłabym to wszystko znieść, czy nie wybuchłabym
płaczem, słysząc pytania dotyczące jego, gdyby nie jedna mała iskra.
Wsuwam dłoń do torebki, jakbym chciała sprawdzić, że moja zdobycz tam
jest, że rzeczywiście po nią wróciłam i zawalczyłam. I że zmierzę się z emocjami, jakie wraz z nią otrzymam. A przynajmniej spróbuję.
Docieram do mieszkania. Szybko przekręcam klucz w zamku, zrzucam
trampki, dżinsy i wkładam wygodne szorty. Zamawiam pizzę, bo nie chcę
tracić czasu na gotowanie. Układam książkę na stoliku, przy sofie. Już
mam odchodzić, ale zawracam, by jeszcze raz przyjrzeć się okładce. Jest
w niej coś, co mnie pociąga, wręcz zasysa do tego świata. Czuję w sobie
drżenie. Chcę zacząć czytać, a jednocześnie mogłabym ten moment
przeciągać, odsuwać od siebie. Jeśli książka zadedykowana została tym,
którzy czuli tęsknotę jako ból, autorka musiała go doświadczyć. Czuła go
i wylewała z siebie na karty powieści. Biorę książkę do rąk, gładzę
okładkę, jakbym dotykała kuleczek winogron, zbocza gór, płonącego nieba,
pól. Zaciskam powieki i przytulam cały obraz stanowiący część jakiejś
historii.
Tęsknię.
Nie wytrzymam dłużej tego napięcia. Jeszcze raz czytam dedykację.
Kartkuję książkę, by poczuć jej zapach. Wdycham aromat, jakbym chciała,
by oprócz charakterystycznego zapachu papieru przyniósł mi powiew
powietrza z południowej Francji, ze zbocza wysadzanego krzewami pnących
winorośli. Kiedy zatrzymuję się na końcu, odginam skrzydełko okładki.
Została za nie wetknięta ostatnia strona. Wyciągam ją, a tuż za nią...
Pocztówka. Serce wali mi tak szybko, że muszę usiąść. Miasteczko
położone na wzgórzu. Kamienne, szare domki wśród zieleni drzew, a u podnóża gęsta mgła, jakby miasteczko unosiło się w chmurach.
Odwracam widokówkę i czuję przepływ gorąca. Czyżby był na niej jakiś
tekst? Przymykam oczy, a kiedy je otwieram, widzę, że druga strona
została zapisana drobnymi literkami. Niewyraźnie, po francusku. Powoli
odczytuję każde słowo...
Ta książka przypomina mi o Tobie. Choć odebrano mi ostatnie gwiazdy,
każdego dnia wyobrażam sobie, że jesteś tuż obok. Czuję Twoją obecność,
słyszę każde słowo. Pociągi wciąż jeżdżą, więc czekam...
2. Pociągi wciąż jeżdżą. Cordes-sur-Ciel, lipiec 2000
Marie
Do zobaczenia, maman. Trzymaj się, papa! Marie z uśmiechem
obserwowała oddalające się auto rodziców. Kiedy tylko zniknęło jej z pola widzenia wśród zielonych, zalanych słońcem traw, przebiegła przez
kamienną bramę, stanowiącą wąski przesmyk w zabytkowych średniowiecznych
murach okalających miasteczko. Gnała pod górę. Niewygodne czółenka
utrudniały poruszanie się po śliskiej, brukowanej drodze, nogi chwiały
się przy każdym kroku, oddech stawał się ciężki, serce biło coraz
szybciej, a opięta spódnica krępowała ruchy. Jeszcze chwila, jeszcze
tylko chwila!
Laurent
Przyglądał się uważnie czarnemu futerałowi. Oddychał głęboko, jakby
chciał przeciągnąć ten moment. Otworzył na oścież małe, drewniane okno i poczuł ciepłe powietrze. Przez chwilę delektował się ciszą i wiatrem,
który delikatnie poruszał liśćmi bluszczu na murach kamienicy
naprzeciwko. Była tak blisko... czasem miał wrażenie, że gdyby porządnie
wyciągnął rękę, mógłby otwierać zielone okiennice sąsiadki.
Dobrze, dłużej nie powinien tego odwlekać. Odpiął metalowe sprzączki,
usłyszał charakterystyczny dźwięk i poczuł ucisk w gardle. Poprawił nuty
na pulpicie, chwycił gryf skrzypiec i ułożył instrument pod brodą. Od
razu przeszył go chłód ciągnący się wzdłuż szyi i lewego policzka. W prawą dłoń ujął smyczek. Przymknął oczy i zobaczył salę wypełnioną
publicznością. Serce zaczęło bić coraz szybciej, w głowie pojawił się
szum, więc postanowił, że podczas tego wykonania woli być sam. Jakby
ocknięty ze snu, wyprostował się, wziął głęboki wdech, ułożył palce na
odpowiednich strunach, pociągnął smyczkiem, wydając pierwszy dźwięk, i...
Przeraźliwy stukot dobiegający z podwórka sprawił, że opadły mu ręce.
Dosłownie. I choć czuł się w tym momencie pozbawiony sił, w dłoniach
wciąż mocno ściskał cenne przedmioty. W lewej skrzypce, w prawej
smyczek. Oddychał głęboko. Próbował zignorować zbliżający się, coraz
bardziej dudniący pogłos.
Kołatanie odbijało się od ścian średniowiecznych kamienic, zlewało z echem w tętniącą melodię i niosło ponad nimi. Laurent czuł, że narasta w nim napięcie, chęć wykrzyczenia, że oto przerwano mu ciężką pracę, lecz
zdał sobie sprawę, że odgłos ten brzmi niczym muzyka... że tworzy dźwięki,
różne wysokości, jakby nuty same układały się na pięciolinii.
To muzyka duszy, pasji, przesycona niepokojem.
Ułożył palce na strunach, próbując zapamiętać układ nut.
Nigdy dotąd nie widział, by jakaś kobieta biegała po bruku Cordes w szpilkach, więc z zaciekawieniem wychylił się przez okno. Dopiero
zmierzała w jego kierunku. Gnała wręcz, prawie łamiąc przy tym obcasy i...
nogi. Na głowie podskakiwał jej jasny kok. Elegancka, ubrana w czarną
spódnicę i białą koszulę, wyglądała tak, jakby zaraz miała zdawać ważny
egzamin. Turystki... co roku przyjeżdżają ciekawsze, ale... takiego porywu
jeszcze tu nie widział. Co za zawzięcie, zdecydowanie! Co za pasja i determinacja w oczach! Nie widział... Niewiele myśląc, zerwał się i zbiegł
po schodach z pierwszego piętra, by podążyć śladem nieznajomej. Pchnął
drewniane drzwi i ruszył pod górę, pozwalając, by brama sama się za nim
zatrzasnęła.
- Laurent, na litość boską! Co to za hałasy od rana! - Usłyszał głos
sąsiadki wychylającej się z okna.
- Przepraszam, madame Blanc! - Złożył ręce, posłał jej jeden ze swoich
słodkich uśmiechów i biegł dalej, nie zważając, że ma na nogach klapki,
w których chodził jedynie po domu. Teraz i on poruszał się nieudolnie,
kierowany odgłosem zanikającego stukotu szpilek.
Dokąd ona biegnie? Skąd się tu wzięła? Dlaczego jest tak odświętnie
ubrana? Targały nim myśli, a kołatanie cichło, zanikało, aż w końcu
ustało zupełnie. Laurent biegł jeszcze przez chwilę, rozglądał się, lecz
zrozumiał, że szanse na dogonienie dziewczyny uleciały... jak i ona.
Zrezygnowany podparł się pod boki i uświadomił sobie, jak bardzo
marnieje jego kondycja fizyczna, skoro on, dwudziestotrzyletni
mężczyzna, nie jest w stanie dogonić dziewczyny. I to w butach na
obcasach. Oby nikt się o tym nie dowiedział. Konsjerżka, madame Blanc,
z pewnością nie odpuściłaby takiej rewelacji. A on? Co z nim? Jak niby,
w tak fatalnym stanie, miałby znaleźć żonę? Musiałaby chyba stać pod
jego oknami.
- Laurent! - Madame Blanc zaczepiła go, gdy tylko wchodził do
kamienicy. Stanęła tuż przy nim w szlafroku, wałkach na głowie i klapeczkach na niewysokim obcasie. Przyglądała mu się z bliska. Laurent
niemal parsknął śmiechem, lecz z grzeczności zdołał powstrzymać wybuch.
- Dokąd tak biegłeś? - Zmrużyła oczy. - A może... za kim? - Podparła się
pod boki w oczekiwaniu odpowiedzi.
- Za smyczkiem, madame Blanc. - Zrobił asekuracyjny krok w tył, gdyż
poczuł odurzający zapach alkoholu. - Proszę mi wybaczyć. Wyleciał przez
okno, tak zamaszyście ćwiczyłem... - Laurent z rozbawieniem obserwował,
jak oczy konsjerżki powiększają się z każdą sekundą. Być może była po
wczorajszym apéritif. Możliwe też, że charakterystyczny zapach
wskazywał na dzisiejsze poranne upojenie drinkiem. Wykorzystując jej
zmieszanie, wycofał się i skierował na schody. - Dobrego dnia, au
revoir, madame Blanc.
- Au revoir - odpowiedziała, przyglądając mu się uważnie. - Twoi
rodzice prosili, bym miała cię na uwadze, a mnie nic nie umknie.
Laurent był już piętro wyżej i choć miał ochotę zatrzasnąć za sobą
drzwi, wiedział doskonale, że nie może tego zrobić. Rodzice koncertowali
we Włoszech, niepotrzebne im były telefony z Cordes, zawiadamiające o niegrzecznym zachowaniu ich syna. Dorosłego syna!
Marie
Pchnęła małe drewniane drzwi. Przez chwilę stała zdyszana, połykając
łapczywie chłodne powietrze wnętrza kamienicy. W Paryżu, gdzie
mieszkała, lato nie było aż tak upalne, a lipiec na południu Francji
zapowiadał się wręcz gorączkowo. Będzie musiała spędzić tu cały miesiąc.
Jak to wytrzyma? Wbiegła do pokoju, otworzyła butelkę wody i wzięła
kilka zachłannych łyków. Przejrzała się w lustrze z odrazą i bez
zastanowienia zaczęła rozpinać guziki białej, sztywnej bluzki. Zrzuciła
ją z siebie, jakby się pozbywała ciążącego balastu. Następnie sięgnęła
zamka spódnicy i pociągnęła go jednym zamaszystym ruchem. Materiał
opinający dotąd jej biodra z gracją osunął się na podłogę. Przez chwilę
patrzyła, jak jej biust unosi się i opada z każdym wdechem. Piersi
zamknięte w twardym biustonoszu zdawały się błagać o uwolnienie, więc
dotarła do zapięcia, wykrzywiając się przy tym, i już po chwili poczuła
się tak swobodnie, jak w swojej paryskiej kawalerce.
Ostatni tydzień spędzony z rodzicami w rodzinnym domu był tak sztywny
jak te materiały. Zwinęła znienawidzone ubrania i wcisnęła w najgłębszą
część szafy. Z rozżaleniem wspominała pytania mamy o to, czy zabrała
odpowiednią liczbę sukienek, bluzek, spódnic i rajstop. Oczywiście
wszystko w stonowanych szarociemnych odcieniach, zasłaniające, budujące
mur między nią a światem, nią a mężczyznami. Nią a jej narzeczonym.
Studentka literatury, jeśli dobrze pójdzie - doktorantka, musi się
nienagannie prezentować. Zawsze.
Przecież prezentuję się wspaniale, myślała, oglądając się w lustrze. Z dumą spojrzała na walizki pozostawione przez rodziców. Całe szczęście
nie mieli pojęcia, co skrywały. Wiedząc, że czeka ją lato na upalnym
południu, zrobiła zakupy w jednej z paryskich galerii. Buszowała w sklepach, których mama nigdy nie uznałaby za godne tego, by choćby
przejść obok nich. Z ekscytacją mierzyła podarte na kolanach dżinsy i obcisłe T-shirty odsłaniające brzuch. Wydała mnóstwo pieniędzy,
przekonując rodziców, że skoro już wysyłają ją na tak ważny kurs, musi
prezentować się odpowiednio. Odpowiednio, przecież nie kłamała.
Wiedziała doskonale, że z rodzicami nawet nie ma co zaczynać tego
tematu. W życiu nie pochwaliliby pomysłu, by na poważnym kursie
pisarskim, prowadzonym przez słynną autorkę Ritę Simon, ich córka
pojawiła się w... szmatach. Tak, dokładnie tak mama nazywała ubrania,
które pochodziły spoza butików.
Otworzyła walizkę i aż zapiszczała na widok ubrań, które dla siebie
przygotowała. Na początek wybrała dżinsowe szorty postrzępione przy
nogawkach i czerwoną koszulkę na ramiączkach. Co by powiedział Robert?
Zerknęła na pierścionek zaręczynowy i przez chwilę się zawahała. Może,
choćby ze względu na niego, nie powinna tego robić, ubierać się tak...
wygodnie... a może i... wyzywająco? Ale! Przecież nie to miała na myśli. Jak
niby w upały sięgające czterdziestu stopni ma chodzić w czarnych i szarych ubraniach, rajstopach i butach na obcasach? Poza tym przecież
jest młoda, ma dwadzieścia lat.
Włożyła czerwony podkoszulek, a osuwając go w dół, zerknęła na swój nowy
nabytek, kolczyk w pępku. Dotknęła srebrzącego się diamencika. Od razu
przypomniały jej się chwile, gdy cierpiała z bólu, zalewając
zaczerwienione miejsce wodą utlenioną. Zagojone wyglądało tak, jak sobie
wymarzyła.
Przez chwilę stała, wpatrując się w lustro, i nie mogła uwierzyć. To
była ona, Marie. Od dawna chciała mieć takie spodnie, taką bluzkę. Kilka
razy próbowała przekonać mamę, że jej koleżanki na roku ubierają się
inaczej. Owszem, noszą sukienki, spódnice, ale ubrania te nie są aż tak
staromodne jak jej. Gdyby chociaż Robert mógł ją poprzeć, niestety, miał
na ten temat bardzo podobne zdanie, a kurs pisarski traktował jak
wielkie wydarzenie, które wpłynie pozytywnie na jej rozwój. Szkoda, że
ona sama nie cieszyła się aż tak z prezentu. Zgodziła się jednak wziąć
udział w kursie, bo zdała sobie sprawę z wolności, jakiej pozwolono jej
zaznać przez jeden miesiąc.
Zerknęła na zegarek i stwierdziła z ulgą, że do rozpoczęcia zajęć ma
jeszcze pół godziny. Znała już drogę, więc mogła w spokoju poświęcić
dwadzieścia minut na to, na co od dawna czekała. Z walizki wyjęła
discmana, upewniła się, że w środku znajduje się płyta Roxette, włożyła
słuchawki i rzuciła się na łóżko. Pościel uniosła się i opadła,
sprawiając, że wokół roztoczył się świeży zapach lawendowego płynu do
płukania.
Już pierwsze dźwięki gitary elektrycznej sprawiły, że na jej twarzy
pojawił się uśmiech, a całe ciało zaczęło podrygiwać do rytmu.
Hold on tight,
You know she's a little bit dangerous...
Otworzyła oczy. Wiedziała już, że jest w innym świecie. W miasteczku
oddalonym od bacznego spojrzenia rodziców, od ich uwag i wymogów. W średniowiecznym Cordes-sur-Ciel na południu Francji, któremu jeszcze nie
zdążyła się przyjrzeć, ale w okolicy serca już czuła dreszcz...
Discmana włożyła do torebki. Szła drogą w dół, delektując się świeżymi
powiewami wiatru i dźwiękami piosenki, która sprawiała, że jej serce
zdawało się kołysać, a każda niewygodna myśl układać do snu wraz z nim.
Listen to your heart, nuciła cicho, pozwalając sobie, by gdzieś na
skraju myśli przysiadło wyobrażenie, że kiedyś posłucha swojego serca.
Że to nie będzie jedynie zryw w postaci szalonych zakupów, a coś więcej.
Prawdziwa wolność, nie taka udawana, na chwilę. Ale. Córka mera Paryża,
głowy stolicy Francji, nie może pozwolić sobie na wszystko. Nie przy
ludziach. Jedynie w zaciszu kawalerki sprezentowanej jej przez rodziców
z okazji rozpoczęcia studiów. Jedynie wtedy, gdy wybrzmiewa jej ulubiona
muzyka, a ona może się w niej zatracić, zapomnieć, kim naprawdę jest, i wyobrazić sobie, że oto unosi się na rękach tłumu, a ze sceny
wybrzmiewają dźwięki jej ulubionych utworów. I być może tutaj, w Cordes-sur-Ciel.
Z każdym krokiem czuła, że drży coraz bardziej. Niosła ją muzyka,
otaczał powiew świeżości nowego, zupełnie obcego miasteczka, ale
przecież na kursie będą... ludzie. Może nikt jej nie rozpozna? Oby. Z pewnością bardziej rzucałaby się w oczy w swoim codziennym mundurku niż
w czerwonej bluzeczce i dżinsowych szortach. To zabawne, z jednej strony
czuła się swobodnie, z drugiej miała świadomość, że strój, który miała
na sobie, był jedynie przebraniem. Maską, która przez jeden miesiąc
będzie niczym wybawienie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki