Początek światła - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

unikając światła

przyszedł omijając natrętne zakręty

i niepowtarzalne słowa

powrócił gubiąc się w tłumie

unikając światła bijącego

od ich myśli

był zatwardziałym samotnikiem

łzy nie miały znaczenia

kochał się w życiu

najczęściej bez wzajemności

przybywał w bólu skazany

na dożywotnie jutro

zaprzepaszczony niby łza na deszczu

pewnego dnia zrozumiał lęk

który zawzięcie pielęgnował

był to cień powiewający u ramion

płachta nocy ciągnęła się

niby najcięższa tęsknota

jak wyglądała jego śmierć?

była przypadkiem jak zwykle

niedokończoną intencją pretekstem

nie do podważenia

łzy wyrywały się spod powiek

wbrew woli oddalenia

tak jego niepewność była

zbyt łakoma i niepotrzebna

powierzył swoje ciało pustce

aby czas odszukał drogę powrotną

lustrzane spojrzenie

nie przerywajcie mi bardzo proszę

w połowie zdania

nie unikajcie słów

którymi pragnę was nasycić

pędzi haust wyłudzonego powietrza

piętrzą się odpowiedzi

bardzo retoryczne

nie jesteście skargą w której objęciach

pragnę stawać się zachętą

do zmartwychwstania

pięść poematu zaciska się na gardle

milkną sztandary gasną

osamotnione myśli

czy umarłaś z przypadku

nie zasłużywszy na wymyśloną śmierć

czy zaginęłaś pośród snów

próbując odnaleźć siebie

zanim znów cię zobaczę usłyszę

szelest serca

doszukam się ciała

gdzie nie ma wstępu

niegdysiejszy zmierzch

tańczymy w imię rozpustnej ciszy

szukamy ziarenka piasku gdzie tkwi

lustrzane spojrzenie

oznaki przyszłości

oddalona od wątłej granicy

między zakazanym ciałem

a błagalną karą

zaginiona na krawędzi jutra

nie mogę odnaleźć człowieka

którego napotkałam przedwczoraj

przypadkiem w lustrze

oddzielona przez lata świetlne

od krzywoprzysięstwa

zakochana w twym wyczuleniu

jestem najwyżej łzą

wydartą bez żalu łykiem milczenia

za którym podążę

poza kraniec wytrzymałości

martwe łzy wzbierają

w oczach tłumu

nie słychać wołania o ciszę

wciąż wysłuchuję wyznań

płynących pod prąd czarnej rzeki

gdzie zalęgła się

moja niemoc

skrupulatność w poszukiwaniach

oznak przyszłości

być może pożegnałam cię

serdecznie

pokonałam ciszę jątrzącą się

pod znoszonym ochłapem języka

przywołać wolność

ukryta między cudem a wtórnością

poszukuję gwiazd

które mogłyby świadczyć

o powrocie czułości

schowana serdecznie

w twoich słowach

żywię się obojętnością

dla jakiej nie warto śnić

pobieżnie

ukrzyżowana na własnym oddechu

usiłuję odrodzić się

u stóp przyszłości

wśród koszmarów

które nawiedzają mój czas

zakończona w twoich łzach

czekam na nawrót serca

na zbyt odległą perspektywę

światła

moje paznokcie szukają

pociechy w nieznanych zakątkach

twojej samotności

słowa gonią myśli nieumiejące żyć

bez wspomnień

muzyko

lśnij wystarczająco wymownie

aby przynęcić lęk

przywołać wolność

szept wzgórz

rude chmury przeszyte

nadmiernymi spojrzeniami

słowa uciekające z pokorą

spomiędzy snów

jesteś tą zaginioną łzą

na którą czekam

odkąd zajaśniała noc

objawiły się nam ubogie

pocałunki

wszystkie urojenia

należą do innych czasów

kiedy to życie przypominało garść

świeżego oddechu

haust ckliwego kamienia

wiem że powrócisz

kiedy spadnie pierworodna

szkarłatna gwiazda

kiedy pochyli się ku nam

zbyt ciężki nieboskłon

wydobyłeś ze mnie westchnienie

wiatru szept wzgórz

nienasycenie echa

wszystkie kroki

które postawiłeś na powrotnej drodze

pielęgnuję i przyznaję się

do kary

nie chcę kochać wbrew sercu

dzięki przyszłości

tak odległej że czuję

twój zapach

twoje oczekiwanie na zmierzch

wbrew wieczorowi

poruszam ciszę obudzoną

w centrum bezludnego wszechświata

modlę się własnymi słowami

do spadających gwiazd

których krew powiela

moje niedowierzanie

przenika mnie wiatr

wskrzeszony twoim oddechem

dotykają łzy przelane zbyt pośpiesznie

jestem dość samotna

żebym mogła sumiennie tęsknić

dziś twoje purpurowe niebo

szuka pocieszenia w moim śnie

twój bezczas koliduje z uśmiechem

który pragnę wręczyć ci

wbrew wieczorowi

ukrywam w płonącym sercu

ostatni słoneczny promień

życie które spóźniło się boleśnie

na własne urodziny

odszukaj mnie między słowami

które nigdy nie padły z niczyich ust

poczuj we mnie ten lęk

który prowadzi na najwyższy szczyt

ostatni pociąg

miłość nigdy nie mogła

zasnąć w cieniu mojego serca

była bolączką z którą nie umiałam

się porozumieć

kosztowała zbyt wiele życia

i bezcennych łez

łączyła brzegi rzek

bezdenne otchłanie

życie i śmierć

powracała zawsze

w nieodpowiednim momencie

delektowała się szczęściem

gardziła samotnością

pewnego dnia ocknęła się

w niewłaściwym śnie

za bardzo pragnęła spełnienia

zgubiła gdzieś po drodze

sens istnienia

jej smutek stał się

zbyt kosztowny

to co miało stanowić kłamstwo

ocknęło się jako krystaliczna prawda

uczucia zamieniły się

na role z marzeniami

usechł ostatni podryg jutra

od ciszy bolały myśli

miłość spotkało to

co dotyka najpiękniejsze pragnienia

zakończyła się wielokropkiem

niemą balladą

zaginionym westchnieniem

spóźniła się na ostatni pociąg

uroniła o łzę za dużo

odnalazła zaginiony cień

kropla strachu

w życiu czasem trzeba

umrzeć dla przykładu

czasami uśmiech oznacza

wołanie o pomoc

siła samotności jest tak znaczna

że sen przystaje

w połowie zdania

noc wyśniona na wszelki wypadek

jest ciałem porzuconym

w koleinie odległości

obcość czasu

często nie oswaja największych myśli

brak znaczenia nieba

doprowadza horyzont

do ufności

powróć moja niepodległa duszo

nieposkromiona wolności

odnajdź prawdę

pośród dalekosiężnych chmur

odszukaj uśmierzenie

dla mojego dotyku

chciałabym obudzić wieczność

ale pobieżność nieboskłonu

ciąży powietrzu

oddech jest niedomówieniem

życiorysem opowiedzianym

od środka

odnajdź kroplę strachu

odmienność języka

którym karmię

najbardziej zmęczonych

zbyt odległe łzy

kocham się w słowach zbyt odległych

by objęły mój smutek

kocham się w gwiazdach

ich purpurowe łzy znaczą serce

nie rozumiem serdecznego bólu

który sprawia obojętność

ludzkich gestów

nicość wypełniająca podartą duszę

żal przepełniony głuchą złością

jest tlenem dla pożegnania

niezrozumieniem dla lęku

zanim odszukam w niebie miejsce

dla buńczucznych wspomnień

przeżyję jeszcze raz

tę kiepską teraźniejszość

nadam przyszłości puste imię

czy warto płakać kiedy noc

jest tak rozległa i osierocona?

czy warto śnić gdy trawi bezsenność?

nie szczycę się odrzuceniem

nie wołam pod prąd zagubienia

zrozum że mój żal jest zbyt rozległy

aby uciszył ostatnią anielską łzę

przeciwstawił się godzinom

ku którym podążają zaciekłe złudzenia

bez podwójnego dna

niezasłużona śmierć spotyka

usychające z przesilenia łzy

cisza którą pielęgnuję

jest świetnym preludium do pożegnania

czarny wietrze

zapomnij na moment o świecie

powróć tam gdzie czekają

na ciebie zmiennocieplne gwiazdy

proszę niech twój śmiech

wypełni moją obolałą myśl

niech ciało doczeka się prawdy

dla jakiej nie warto odchodzić

dlaczego znów umieram w sobie

dlaczego przepełnia mnie

gorycz i bezsenność?

nie potrafię czekać zbyt dogłębnie

nie wiem czy wystarczy mi oddechu

aby zapamiętać łzy

nie znam obaw niewypowiedzianych

nie rozumiem myśli

bez własnego słowa

wszystko co kiedyś należało

do mnie dziś jest tęsknotą

bez podwójnego dna

zastępczej dobrotliwej melancholii

która krzyczy najgłośniej

słowa spływające z twoich ust

nie przypominają

zarodków współczucia

myśli zagnieżdżone

w ciepłym kącie głowy

są pobożną jasnością

ucieleśnieniem najczystszej prawdy

odkąd poczułam na skórze

twój trujący dotyk

odkąd moja rzeczywistość

stała się snem

serce spoczęło w pokoju

dusza zaznała strachu

złudne są pragnienia

uosobione zbyt wcześnie

lepiej nie przyznawać się

do wspomnień

które pożądają twojego cienia

nie chcę żyć zbyt przesadnie

przyglądać się gwiazdom

podziwiać bezsenny urodzaj

moje ciało dryfuje na złość duszy

zmysły kołyszą się

wraz z powiewem westchnienia

proszę nie żegnaj się zbyt późno

nie szukaj pośród myśli tej

która krzyczy najgłośniej

ocucić przyszłość ze śpiączki

moc złudzeń przynosi mi

wskrzeszenie i najgłębszy strach

bezsiła prowadzi

ku najwyższym wzgórzom

ku światłości

która zdobi twoje serce

moje ciało obumiera

z braku uśmiechu

dusza kona zrzucona na niełaskawe dno

powróć moja piękna samotności

udowodnij że przeszłość wciąż należy

do teraźniejszości

ukrywam kłamstwo

pod wycieraczką

najwyższa pora odzyskać

powietrze i znów oddychać

czas aby ocucić przyszłość ze śpiączki

i podzielić się nią z niewinnymi

bezsenny wiatr muska policzek

tęsknota pędzi ile sił w ciszy

piękne są chwile

kiedy łez jest zbyt wiele

momenty kiedy serce łasiło się

do umysłu

przepadły bez szeptu

w przepaść runęła

ostatnia krwawiąca gwiazda

ostatni niedokończony oddech

w połowie drogi

czerwone gwiazdy nie mieszczą się

w moim sercu

purpurowe łzy zdobią

białą skórę

obojętność pozostała tym

czego najmniej się spodziewamy

zabrakło wspomnień

powietrze nie trafia do płuc

tak cicho jest dziś w duszy

tak wiele zrozumiałam

odkąd utraciłam wczorajszy dzień

dalekie tak okropnie dalekie

są gwiazdy

dalsze niż niebo dalsze niż życie

czuję cię wszystkimi zmysłami

przygarniam do pustych łez

wypożyczony czas zakpił sobie

z mojej autobiografii

tak wstrętnie splagiatowanej

mój miły

zanim pozbawię cię bezsenności

zanim zerwę zakazany owoc

przystanę w połowie drogi

powrotnej

ocalę lęk który mi ciebie ofiarował

znów zasypiam w połowie smutku

przedostaję się

na drugą stronę lustra

zaprzeszły sen

nie jestem osobą

z twojej obrazoburczej bajki

nie gram roli

która przekonałaby cię

do dalszego ciągu

jestem warta mniej niż wydaje się

straconym wrogom

odnajduję swój zaprzeszły sen

w twoich oczach

wskrzeszam wolność

która karmi moje godziny

zatrzymaj się

jeśli świat ma dla ciebie znaczenie

powstań skoro ciało

wciąż przynależy do duszy

skupiona na smutku

oddana łzom

podążam za światłem zmysłów

twojej jedności z rzeczywistością

powierzam czułość

przeobrażeniom

dedykuję łzom które nie zasłużyły

na melancholię

odłóż do szafy

niepotrzebne serce

odszukaj postument dla wiary

powstać z popiołów

nie czuję już tego blasku

który w poprzednim życiu

rozjaśniał zakątki

mojej meandrycznej duszy

nie przypominam sobie dróg

które dziś prowadzą

wciąż pod prąd

jestem aby samotność

poznała własny sens

aby wreszcie zakwitły moje myśli

wciąż spoglądam w dal

aby odszukać tam przyjaźń

przerastającą teraźniejszość

otwieram okno

aby czas odnalazł wejście

do świata

cicha spokojna nocy

przybądź z pomocą

dla moich niewypowiedzianych słów

dla łask które tłamszą nicość

pewnego razu zrozumiem

ile serc potrzeba aby pokonać

ostatnią miłość

zrozumiem że ciało także potrzebuje

duszy aby powstać

z popiołów

poczuć żal

zalśnił we mnie pierworodny sens

ocknął się bezczas

który zatruwa krew

przyjdź zanim moje życie zrozumie

że śmierć nie ma

żadnego przeznaczenia

pragnę dotknąć serdecznie

twoich łez

zapoznać się z przyszłością

którą powierzył ci ktoś inny

nie okłamujmy się nawzajem

leciwe dekady już nie współgrają

z łaską dla słów

mój sentyment sprzeciwia się

przeznaczeniu

nadaje niewłaściwie imię

skargom na dzieciństwo

gdzieś pomiędzy wersami

utraciłam puentę

dla tej fraszki

poemat wzniesiony twoim sercem

to tylko przywidzenie

zbyt łatwowierne

by nadać mu myśl

chciałabym przyśnić taki cień

który odnajdzie moje skryte łzy

poczuje mój żal

chciwa obojętność

było odbiciem światła

było jasnością której wstydził się

najgłębszy cień

miłość

poczęta nie w porę

kojarzyła się z lękiem

z bólem w klatce piersiowej

dedykowałam przyszłość

nieodpowiedniej samotności

wątpiłam w czerń

która przepełniała chciwą

obojętność

mój miły

przyodziany w najwykwintniejszy uśmiech

odnajdź własny czas

pośród moich dróg

przekonaj się że szczęście

odebrało mi prawo

do życia

jestem aby twoja przeszłość

była także moja

nie prowokuj moich obaw

do dalszej podróży

nie wschodź po niewłaściwej stronie nieba

lęk jest tym

czego wyrzekamy się najchętniej

senne łzy połyskują

na cienkiej skórze

wyświechtany cień

jesteś kłamstwem ukrytym

w proteście pozorów

jesteś prawdą schowaną

w zaciśniętej pięści serca

nie pożądam twojego światła

nie śnię o kryształowym uśmiechu

jesteś swobodą

wolnością wskrzeszoną

spośród urywanych odpowiedzi

tabliczka mnożenia odmówiona

dość pośpiesznie

może zdziałać cuda

potęga ludzkości nie umknie

władzy śmierci

ból nie zamieni się na role

z prawdą

tańczę dobitnie do ostatniego

haustu powietrza

a gdy zabraknie już wieczności

gdy umknie niewypowiedziane urojenie

wtulę duszę w twoją odległość

przywdzieję wyświechtany cień

nie oddalaj się ulicami

które do nikogo nie należą

spójrz w próżnię czeka tam wstęp

do nonszalanckiego życia

czarno-biała bajka

pogrążam się w objęciach czasu

czuję zapach zakazanych owoców

smutek jest tym co pozwala

prowadzić tę urągliwą grę

niechcący utraciłam pretekst

dla istnienia rzeczywistości

odblaski kłamstw zdobią

twoją bladą twarz

cisza przeciwstawia się wołaniom

o krztynę pokory i odosobnienia

smutny jest twój uśmiech

poświęcony pragnieniu jutra

nie wiem co wybrać

otwarte okno

czy zamknięte drzwi?

co jest ciekawsze

samotność czy obojętność?

pewnego poranka wyśniłam

dalszy ciąg tej czarno-białej bajki

nie było dla ciebie miejsca

w moim domu

nie poczułam światła w twoim wzroku

ciężko jest pokonać przeszłość

gdy księżyc objawia się jasno

zwrócić winę

bezimienne równiny

szczyty bez własnego nieba

księżyc stoi jasno

w mojej popękanej szybie

jestem pustką

którą wypełnić mogą wyświechtane dusze

wykradzione pamięci

krzyczysz

żeby mogli usłyszeć cię

milczący

szepcesz żeby los podniósł się

z klęczek

usiłowałam stać się kimś

odmiennym

ale utraciłam margines wiary

zwątpienia w ostateczną godzinę

nie pozwól mi śnić

zbyt jasno

za oknem trwa głuchoniema

bitwa żywiołów

oddychaj z całych sił duszy

kołysz się na wzburzonym

powiewie wiatru

zanim dotkniesz słońca

przytul się do piersi nocy

w twoich objęciach konają

najpiękniejsze gwiazdy

nie ma człowieka

jakiemu zwróciłabym własną winę

w nieznaną przeszłość

ciche przypadki natręctw

chodzą własnymi wydeptanymi

trotuarami

zanim pożegnasz mnie

na powitanie

podaj mi wspomnienie

tego pięknego kłamstwa

podziel się oddechem zbyt odległym

aby schwytać słoneczny promień

kilka słów

przyodziana

w znoszone płótno nocy

palto wyszywane purpurowymi łzami

płynę pod prąd tej łaskawej rzeki

która nie śmie na mnie zaczekać

nie chcę nie potrafię

żyć tak donośnie żeby mogła zagłuszyć

mnie martwa mowa lat

tracę kontrolę

nad własnym czasem

nad pragnieniem

które polecam ptakom bojącym się nieba

zostanie mi tylko

kilka chciwych oddechów

parę wyuzdanych spojrzeń

prosto w źródło

przykrywam się płachtą śniegu

odpływam w nieznaną przeszłość

umrzeć dożywotnio

wykwintna szczegółowość czasu

nie odzwierciedla się w snach

uległość naniesiona

na plan ciszy nie jest tym

czego się spodziewamy

mój mroczny mesjaszu

złóż ciężkie serce w moje ramiona

poczuj z całych sił drżenie myśli

to co niedokończone

musi odzyskać zwieńczenie

w stuletnich gwiazdozbiorach

podzielona na sen i jawę

wyśniłam bluźnierczy sens

porzuciłam objawienie światła

mroczny mesjaszu

pragnę pokochać cię łapczywie

żeby świat zrozumiał sens szeptu

moje pragnienia

przełamane na pół

potrzebują krztyny oddechu

miłosierdzia czającego się

w mrocznym zakątku duszy

tak jestem tuż obok ciebie

żebyś zrozumiał że czasem potrzeba

wieczności

aby umrzeć dożywotnio

któremu zaufałam

to co nas okrutnie dzieli

nie jest sprzymierzonym światem

potęgą przyszłości wzniesionej

na podejrzanym fundamencie

wszystko co pragnę ci zwrócić

to lęk i pokora

nabawiłam się ich

gdy tęskniłam

wbrew spełnionym pocałunkom

pomimo dotyku zadanego

zbyt wyniośle

wiem

jesteś dość odległy żebym słyszała

krystaliczny śpiew łez

wiem twoje serce postukuje

wbrew światłu

wbrew splecionym dłoniom

wszystko dziś jest nowe

nawet samotność pozwoliła

unieść się tęsknocie

zajaśniała w tobie dziewicza przepaść

przebudził się urodzaj

dla jakiego śnię w milczeniu

przepraszam

nie przypilnuję ci miejsca

w kolejce

nie zdradzę ucieleśnionego smutku

któremu zaufałam

milczenie łez

mój mroczny mesjaszu

opuszczam myśli

które nie prowadzą ku samotności

porzucam bezczas kojarzący się

z milczeniem łez

nie odchodzę jednak

na drugą stronę szkarłatnych chmur

nie pragnę wspomnień

by były niedokończoną nadzieją

nagie myśli rozebrane ze słów

nie wymagają dziś wycieszenia

nie chcą marzeń

by były kamieniem węgielnym

mroczny mesjaszu

odkąd poczułam na skórze twój cień

odkąd ból przepełnił serce

stałeś się wytchnieniem

od bezsenności

zamieniłeś w odległość

którą pokona moja tęsknota

kres położą niewierne usta

mroczny mesjaszu

wskaż zegar co udowodni godzinę

uświadomi przestrzeń chwili

niech to co nadludzkie

zespoi dziś nasze ramiona

zamieni w źródło poznania

istnienia wbrew niebu

nikt nie zawinił

mój mroczny mesjaszu

powracający z sieni ziemskiego piekła

czy stanowisz zwierciadło

dla sumień ludzkości?

czy zamieniasz się w pokój

który zjednoczy

najbardziej skłócone słowa?

jesteś tak blisko

wtulam łzy w twoją rozłożystą pierś

czuję z całych sił bliskość

zachęcam serce do dalszej podróży

nie ma w nas dość smutku

aby położyć kres

nieucieleśnionej tęsknocie

drogi mroczny mesjaszu

dostrzeż we mnie zwierciadło dla łez

doszukaj się prawdy która zastąpi

wieloletnie pożegnanie

nie jestem tu po to abyś śnił

na przekór nocy

przynoszę ci najcudowniejsze gwiazdy

aby złączyła nas przepaść

mroczny mesjaszu

pokonajmy tę niespokojną rzekę

doszukajmy się skrupułów

gdzie nikt nie zawinił

choć usta milczą

mój mroczny mesjaszu

czy siła naszych złudzeń

pokona nieoswojony rozsądek?

czy nieporuszone myśli

odrodzą się ze łzami?

życie jest mi boleśnie obojętne

przeszłość wciąż próbuje

zerwać maskę

pogrążona w jedności

z przeznaczeniem

sponiewierana

przez wyuzdane konstelacje

poszukuję namiastki smutku

w zaprzepaszczonej namiętności

mroczny mesjaszu

znów czuję

uśmierzający powiew melancholii

ponownie doświadczam

tej jedynej obietnicy

dla jakiej mogłabym napisać

splagiatowane epitafium

zespojone bólem dusze

próbują dotknąć myśli opatrzności

odnaleźć sedno

zjednoczenia

mroczny mesjaszu

nie umieraj wbrew miłości

nie odchodź choć usta milczą

przypowieść

nieuniknione słowa należą do zdań

które nie zaznały ani początku

ani rozwinięcia

niepoukładane myśli

subtelnie drażnione

przynoszą najczystsze gwiazdy

dziewicze poranki

pozbawione bezsenności

pogrążam się w tej samotności

niby w oddechu

serce rzuca się do ucieczki

ukrzyżowana we własnym śnie

przeklinam nienarodzoną przyszłość

wyrzekam się nieba

które usiłuje odebrać mi pociechę

nie rozumiem

skąd w moim wołaniu tyle milczenia

nie pojmuję w jaki sposób odkryłeś

że wciąż tu jestem

proszę nakarm mnie ciałem

podaj kielich wina

pewnego razu przebudzę się

między oknem a drzwiami