Początek wyprawy. Wielka Tułaczka - Erin Hunter

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ty­tuł ory­gi­nału: The Qu­est Be­gin

Co­py­ri­ght ? 2008 By Wor­king Part­ners Li­mi­ted

Se­ries cre­ated by Wor­king Part­ners Li­mi­ted

Tłu­ma­cze­nie ? Wy­daw­nic­two Nowa Baśń, 2026

Wszyst­kie prawa za­strze­żone.

Re­dak­tor pro­wa­dząca

Ewe­lina Bojsz­czak

Re­dak­cja

Bar­bara Ko­strzew­ska

Ko­rekta

Łu­kasz Ra­decki

Opieka pro­mo­cyjna

Do­mi­nika Kuc

Ilu­stra­cja okład­kowa i ry­sunki roz­dzia­łowe

Ma­riusz An­drysz­czyk

Mapy

Na­ta­lia Jusz­czak

Pro­jekt ty­po­gra­ficzny i ła­ma­nie

Ju­styna No­wa­czyk

Wszyst­kie prawa za­strze­żone. Żadna część ni­niej­szej pu­bli­ka­cji nie może być ko­pio­wana i wy­ko­rzy­sty­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez zgody wy­dawcy i/lub wła­ści­ciela praw au­tor­skich.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-8203-525-4

Wy­daw­nic­two Nowa Baśń

ul. Święty Mar­cin 77/8a, 61-808 Po­znań

te­le­fon: 881 000 125

www.no­wa­basn.com

Roz­dział pierw­szy

Kal­lik

- Dawno, dawno temu, jesz­cze za­nim niedź­wie­dzie po­ja­wiły się na świe­cie, za­mar­z­nięte mo­rze roz­pry­snęło się na ka­wałki, roz­rzu­ca­jąc dro­binki lodu po ską­pa­nym w ciem­no­ści nie­bie. Każdy z ta­kich okru­chów za­wiera du­cha niedź­wie­dzia i je­śli bę­dzie­cie do­bre, od­ważne i silne, kie­dyś wa­sze du­chy do nich do­łą­czą.

Kal­lik oparła się o tylną łapę matki, po­chło­nięta opo­wie­ścią, którą sły­szała już tak wiele razy. Jej brat, Tak­kik, prze­cią­gał się obok, ude­rza­jąc ła­pami o śnieżne ściany gawry. Za­wsze był nie­spo­kojny, gdy po­goda zmu­szała ich do po­zo­sta­nia w le­go­wi­sku.

- Gdy przyj­rzy­cie się uważ­nie niebu - cią­gnęła Nisa, matka Kal­lik - do­strze­że­cie gwiazdy uło­żone w kształt Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy, Si­la­luk, która bez wy­tchnie­nia obiega Gwiazdę Prze­wod­nią.

- Dla­czego to robi? - prze­rwała jej Kal­lik. Znała od­po­wiedź, ale na tym eta­pie opo­wie­ści za­wsze o to py­tała.

- Po­nie­waż pa­nuje se­zon śnież­nego nieba, a ona od­daje się ło­wom. Dzięki szyb­kim ru­chom i po­tęż­nym pa­zu­rom do­pada foki i bia­łu­chy. Jest naj­wspa­nial­szą my­śliwą spo­śród po­lu­ją­cych na lo­dzie.

Kal­lik uwiel­biała słu­chać o sile Si­la­luk.

- Lecz na­gle lód top­nieje i Si­la­luk już nie może po­lo­wać - kon­ty­nu­owała Nisa przy­ci­szo­nym gło­sem. - Do­skwiera jej co­raz więk­szy głód, wciąż jed­nak musi biec, gdyż tro­pią ją trzej my­śliwi: Ru­dzik, Si­korka i Sójka. Ści­gają ją przez wiele księ­życy, przez wszyst­kie skwarne pory słońca, aż po kres se­zonu pło­ną­cego nieba. A po­tem, gdy cie­pło za­czyna opusz­czać zie­mię, w końcu ją do­ga­niają. Ota­czają Si­la­luk i za­dają jej śmier­telne ciosy oszcze­pami. Krew z serca Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy try­ska na glebę, a tam, gdzie do­tknie ziemi, li­ście na drze­wach zmie­niają barwy na żółtą i czer­woną. Chlu­sta też na klatkę pier­siową Ru­dzika i z tego po­wodu ptaki te mają rudą pierś.

- Czy Wielka Niedź­wie­dzica umiera? - wy­szep­tał Tak­kik.

- Tak - przy­znała Nisa. Kal­lik za­drżała. To prze­ra­żało ją za każ­dym ra­zem. Jej matka cią­gnęła: - Lecz wtem znów na­staje se­zon śnież­nego nieba, spro­wa­dza­jąc lód. Si­la­luk się od­ra­dza, wzna­wia po­lo­wa­nie, i tak w kółko, cykl za cy­klem.

Kal­lik wtu­liła się w mięk­kie, białe fu­tro matki. Ściany gaw-ry pięły się w górę po łuku na­około nich, two­rząc za­ciszną ja­ski­nię wy­grze­baną w śniegu, mi­sia jed­nak le­d­wie do­strze­gała je w mroku, choć roz­cią­gały się je­dy­nie parę dłu­go­ści łapy od jej nosa. Na ze­wnątrz sza­lał gwał­towny wiatr, wpy­cha­jąc po­dmu­chy mroź­nego po­wie­trza do tu­nelu u wej­ścia do le­go­wi­ska. Kal­lik cie­szyła się, że tej pory księ­życa nie mu­sieli ni­g­dzie wy­cho­dzić.

W środku, ra­zem z bra­tem i matką, byli bez­pieczni i nie do­skwie­rało im zimno. Za­sta­na­wiała się, czy Si­la­luk miała kie­dyś matkę i brata albo cho­ciaż schro­nie­nie, w któ­rym mo­głaby prze­cze­kać naj­gor­szą po­godę. Gdyby Wielka Niedź­wie­dzica miała dba­jącą o nią ro­dzinę, może nie mu­sia­łaby ucie­kać przed my­śli­wymi. Kal­lik wie­działa, że jej wła­sna matka ochroni ją przed wszyst­kimi stra­szy­dłami, aż mi­sia sta­nie się wy­star­cza­jąco duża, silna i mą­dra, by móc bro­nić się sama.

Tak­kik zdzie­lił sio­strę w nos wielką ko­smatą łapą.

- Kal­lik się boi - za­kpił. Do­strze­gła, jak oczy lśnią mu w ciem­no­ści.

- Wcale nie! - za­pro­te­sto­wała.

- My­śli, że będą ją ści­gać ru­dziki i si­korki - po­wie­dział z uciesz­nym po­mru­kiem.

- Nie­prawda! - od­wark­nęła, wbi­ja­jąc pa­zury w śnieg. - To nie dla­tego się boję.

- Ha! Czyli jed­nak się bo­isz! Wie­dzia­łem!

Nisa lekko trą­ciła córkę py­skiem.

- Dla­czego się lę­kasz, mi­siu? Sły­sza­łaś opo­wieść o Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy już tyle razy wcze­śniej.

- Wiem - przy­znała Kal­lik. - Po pro­stu... przy­po­mina mi o tym, że nie­długo se­zon śnież­nego nieba do­bie­gnie końca, a cały śnieg i lód stop­nieją. Wtedy nie bę­dziemy już mo­gli po­lo­wać i za­cznie do­skwie­rać nam nie­ustanny głód. Prawda? Czy nie to wła­śnie dzieje się pod­czas se­zonu pło­ną­cego nieba?

Matka wes­tchnęła, jej ma­sywne barki za­grały pod śnież­no­bia­łym fu­trem.

- Och, moja gwiaz­deczko, nie chcia­łam cię mar­twić - wy­mru­czała. Przy­tknęła czarny nos do nosa Kal­lik. - Nie prze­ży­łaś jesz­cze se­zonu pło­ną­cego nieba. Nie jest taki zły, jak mo­głoby się wy­da­wać. Znaj­dziemy spo­sób na prze­trwa­nie, na­wet je­śli bę­dzie to ozna­czało po­ży­wia­nie się przez ja­kiś czas ja­go­dami i trawą.

- Czym są ja­gody i trawa? - za­py­tała mi­sia.

Tak­kik zmarsz­czył pysk.

- Czy sma­kują tak wspa­niale jak foka?

- Nie - od­parła Nisa. - Ale utrzy­mają was przy ży­ciu, a to ważna sprawa. Po­każę je wam, gdy sta­niemy na lą­dzie. - Za­mil­kła i przez kilka ude­rzeń serca Kal­lik sły­szała tylko słabe za­wo­dze­nie wia­tru ude­rza­ją­cego o ściany gawry.

Przy­tu­liła się moc­niej do matki. Wy­czu­wała cie­pło pro­mie­niu­jące od jej skóry.

- Je­steś smutna? - wy­szep­tała.

Nisa znów trą­ciła córkę py­skiem.

- Nie oba­wiaj się. - W jej gło­sie po­brzmie­wała de­ter­mi­na­cja. - Za­pa­mię­taj hi­sto­rię Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy. Co­kol­wiek by się działo, lód za­wsze wraca. A wtedy wszyst­kie niedź­wie­dzie spo­ty­kają się nad brze­giem mo­rza, by go po­wi­tać. Si­la­luk nie­odmien­nie się pod­nosi. Jest wo­jow­niczką, tak jak my.

- Prze­trwam wszystko! - za­pew­niał Tak­kik, pu­sząc się. - Będę wal­czył z mor­sem! Prze­płynę cały ocean! Zmie­rzę się ze wszyst­kimi bia­łymi niedź­wie­dziami, ja­kie spo­tkamy!

- Nie wąt­pię, że tak bę­dzie, ko­cha­nie. Może za­czniesz od drzemki? - pod­su­nęła Nisa.

Pod­czas gdy brat wier­cił się i mo­ścił wy­god­nie w śniegu za nią, Kal­lik oparła szyję na grzbie­cie matki i za­mknęła oczy. Niedź­wie­dzica miała ra­cję, nie było sensu się bać. Do­póki miała przy so­bie ro­dzinę, bę­dzie bez­pieczna i nie za­zna zimna, tak jak te­raz w ich le­go­wi­sku.

Gdy Kal­lik się obu­dziła, pa­no­wała oso­bliwa ci­sza. Ni­kłe świa­tło prze­ni­kało ściany, rzu­ca­jąc blade, nie­bie­skie i ró­żowe cie­nie na po­grą­żo­nych we śnie matkę i brata. W pierw­szej chwili mi­sia po­my­ślała, że ma uszy pełne śniegu, jed­nak kiedy po­krę­ciła łbem, usły­szała, jak Nisa stęka przez sen. Wtedy zro­zu­miała, że jest ci­cho, bo wresz­cie mi­nęła śnie­życa.

- Hej - ode­zwała się, sztur­cha­jąc brata no­sem. - Hej, zbudź się. Za­dymka już się skoń­czyła.

Za­spany niedź­wia­dek uniósł łeb. Przy­klap­nięte fu­tro po jed­nej stro­nie py­ska nada­wało mu asy­me­tryczny wy­gląd.

Kal­lik par­sk­nęła śmie­chem.

- No da­lej, ty wielka le­niwa foko - po­wie­działa. - Chodźmy po­ba­wić się na ze­wnątrz.

- Do­bra! - od­parł Tak­kik, gra­mo­ląc się na łapy.

- Pod wa­run­kiem, że będę mieć was na oku - wy­mam­ro­tała ich matka, nie otwie­ra­jąc oczu. Kal­lik aż wzdry­gnęła się z za­sko­cze­nia: my­ślała, że Nisa wciąż śpi.

- Nie odej­dziemy da­leko - obie­cała mi­sia. - Bę­dziemy się trzy­mać bli­sko gawry. Mo­żemy wyjść? Pro­szę?

Niedź­wie­dzica fuk­nęła, a fu­tro na jej grzbie­cie za­drżało, jak gdyby po­ru­szane wia­trem.

- Pój­dziemy ra­zem - za­de­cy­do­wała. Dźwi­gnęła się na ma­sywne łapy i po­woli ob­ró­ciła w nie­wiel­kiej prze­strzeni, spy­cha­jąc ma­lu­chy pod ścianę.

Wę­sząc ostroż­nie, to­ro­wała no­sem drogę w pro­wa­dzą­cym do wyj­ścia tu­nelu, od­gar­nia­jąc śnieg na­nie­siony przez na­wał­nicę.

Kal­lik spo­strze­gła, że tylne łapy matki są na­pięte.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego jest taka ostrożna - wy­szep­tała do brata. - Czyż białe niedź­wie­dzie nie są naj­więk­szymi, naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cymi zwie­rzę­tami na lo­dzie? Nikt nie od­wa­żyłby się nas za­ata­ko­wać!

- Z wy­jąt­kiem więk­szego bia­łego niedź­wie­dzia, fo­czy móżdżku! - od­pa­lił Tak­kik. - Chyba nie za­uwa­ży­łaś, jaka je­steś mała.

Mi­sia się zje­żyła.

- Może i nie uro­słam jesz­cze taka duża jak ty, ale je­stem rów­nie groźna! - wark­nęła.

- Prze­ko­najmy się! - za­wo­łał Tak­kik, gdy ich matka w końcu wy­mknęła się ci­cho z gawry. Po­gnał za nią, śli­zga­jąc się w tu­nelu, i wy­padł na śnieg.

Kal­lik sko­czyła na cztery łapy, po czym rzu­ciła się za nim w po­goń. Po dro­dze spa­dła jej na pysk grudka śniegu, po­trzą­snęła więc gwał­tow­nie łbem, by ją strą­cić. Jej noz­drza za­ła­sko­tało świeże zimne po­wie­trze, prze­sy­cone wo­nią ryb, lodu i od­le­głych chmur. Mi­się opu­ściły resztki sen­no­ści. To na lo­dzie było jej miej­sce, a nie pod śnie­giem, gdzie czuła się jak po­cho­wana żyw­cem. Ci­snęła w brata bryłką śniegu, przed którą umknął ze sko­wy­tem.

Go­nili się w kółko, do­póki nie za­nur­ko­wała w świeżą za­spę, by ko­pać w niej dłu­gimi pa­zu­rami i za­chwy­cać się po-ły­sku­jącą w słońcu bielą. Nisa sie­działa w po­bliżu, ob­ser­wu­jąc niedź­wiadki, od czasu do czasu po­sa­pu­jąc i wę­sząc nie­uf­nie.

- Do­padnę cię! - wark­nął Tak­kik do sio­stry, przy­wie­ra­jąc do lodu. - Je­stem krwio­żer­czym mor­sem i płynę po cie­bie. - Ode­pchnął się ła­pami i ru­szył przez śnieg. Kal­lik spięła się do skoku, ale nim zdą­żyła wy­ko­nać ruch, miś rzu­cił się na nią i zwa­lił ją z łap. Tur­lali się po śniegu, pisz­cząc z ucie­chy, aż udało jej się wy­swo­bo­dzić.

- Ha! - za­wo­łała.

Tak­kik ryk­nął.

- Mors te­raz na­prawdę się wściekł! - Za­nu­rzył pa­zury w śniegu. Ko­piąc, opry­skał matkę dro­bin­kami lodu.

- Hej! - mruk­nęła Nisa. Trzep­nęła lekko niedź­wiadka ma­sywną łapą, prze­wra­ca­jąc go. - Dość tych wy­głu­pów, czas zna­leźć coś do je­dze­nia.

- Hura, hura! - ucie­szyła się Kal­lik, pod­ska­ku­jąc wo­kół łap matki. Ostat­nio je­dli jesz­cze przed śnie­życą, dwa wschody słońca temu, a bur­cze­nie w jej brzu­chu było gło­śniej­sze niż ryki brata wcie­la­ją­cego się w morsa.

Słońce cho­wało się za pa­smem sza­rych chmur, które gęst­niały, w miarę jak prze­su­wali się po lo­dzie, by w końcu spo­wić cały świat tu­ma­nami mgły. W ci­szy sły­chać było tylko śnieg chrzęsz­czący im pod ła­pami. Misi raz wy­da­wało się, że sły­szy ptaka śpie­wa­ją­cego wy­soko na nie­bie, ale gdy unio­sła wzrok, do­strze­gła je­dy­nie kłę­biącą się mgłę.

- Dla­czego jest tak po­chmurno? - na­rze­kał Tak­kik. Sta­nął i tarł oczy ła­pami.

- Mgła nam sprzyja - od­parła Nisa, do­ty­ka­jąc no­sem lodu. - Ukrywa nas pod­czas ło­wów, dzięki czemu zdo­bycz nie spo­dziewa się na­szego na­dej­ścia.

- Wolę wi­dzieć, do­kąd się wy­bie­ram - upie­rał się miś. - Nie lu­bię cho­dzić w chmu­rach. Wszystko jest mo­kre i roz­myte.

- A mi mgła nie prze­szka­dza - oznaj­miła Kal­lik, wdy­cha­jąc cięż­kie po­wie­trze.

- Mo­żesz na mnie wsko­czyć - za­ofe­ro­wała niedź­wie­dzica sy­nowi, trą­ca­jąc go py­skiem. Tak­kik za­mru­czał we­soło, po czym wgra­mo­lił się na nią, cze­pia­jąc śnież­no­bia­łej sier­ści. Roz­cią­gnął się na grzbie­cie matki, gó­ru­jąc nad sio­strą, po czym ru­szyli da­lej.

Kal­lik lu­biła ostry, zimny za­pach lodu roz­cią­ga­ją­cego się pod ich le­go­wi­skiem i wil­gotną woń mgły. Po­do­bał się jej obecny w po­wie­trzu aro­mat oce­anu, ryb, soli i od­le­głego pia­sku, który przy­po­mi­nał o tym, co znaj­duje się pod lo­dem. Po­pa­trzyła na matkę, rów­nież wę­szącą z unie­sio­nym no­sem. Wie­działa, że Nisa nie ro­biła tego bez po­wodu: ana­li­zo­wała rześ­kie, mroźne za­pa­chy, po­szu­ku­jąc wska­zówki, która do­pro­wa­dzi­łaby ich do je­dze­nia.

- Oboje po­win­ni­ście spró­bo­wać - po­wie­działa. - Sta­raj­cie się zna­leźć ja­kąś woń, która wy­róż­nia się na tle lodu i śniegu.

Tak­kik tylko moc­niej wtu­lił się w jej fu­tro, ale Kal­lik po­szła w ślady matki, na­śla­du­jąc jej ko­ły­sa­nie łbem pod­czas wę­sze­nia. Mu­siała na­uczyć się od Nisy tak wiele, jak tylko zdoła, żeby pew­nego razu móc sa­mo­dziel­nie za­dbać o sie­bie. Na szczę­ście miała jesz­cze na to sporo czasu: cały nad­cho­dzący se­zon pło­ną­cego nieba i se­zon śnież­nego nieba po nim.

- Nie­które niedź­wie­dzie po­tra­fią po­dą­żać za za­pa­chami przez wiele dłu­go­ści nieba - cią­gnęła matka. - Całą drogę aż do kra­wę­dzi nieba, po­tem do ko­lej­nej i jesz­cze na­stęp­nej.

Mi­sia ża­ło­wała, że jej nos nie jest tak wy­czu­lony. Może kie­dyś to się zmieni.

Na­gle matka unio­sła łeb i przy­spie­szyła. Tak­kik moc­niej chwy­cił jej fu­tro, by nie spaść. Wkrótce Kal­lik spo­strze­gła, do­kąd zmie­rzała matka: ku dziu­rze w lo­dzie. Dziura ozna­czała foki!

Nisa zbli­żyła nos do lodu, po czym ob­wą­chała wy­rwę ze wszyst­kich stron. Córka szła tuż za nią, wę­sząc w tych sa­mych miej­scach. Była pewna, że wy­czuwa ni­kły ślad po foce. To mu­siała być jedna z tych fo­czych dziur, któ­rych foki uży­wały do za­czerp­nię­cia po­wie­trza, by po­tem znowu scho­wać się głę­boko w lo­do­wa­tej wo­dzie.

- Foki są ta­kie durne - stwier­dził Tak­kik ze swo­jego sta­no­wi­ska na grzbie­cie matki. - Skoro nie mogą od­dy­chać w wo­dzie, to po co w niej żyją? Dla­czego nie za­miesz­kają na lą­dzie, jak białe niedź­wie­dzie?

- Może dla­tego, że wtedy ta­kim niedź­wie­dziom jak my by­łoby dużo ła­twiej je ła­pać i zja­dać! - zga­dy­wała Kal­lik.

- Ci­cho. Skon­cen­truj­cie się - na­po­mniała ich matka. - Czu­jesz fokę?

- Tak są­dzę - od­parła mi­sia. Foki pach­niały fu­trem i tłuszczem, moc­niej niż ryby. Po­czuła, jak do py­ska na­pływa jej ślina.

- W po­rządku - Nisa przy­sia­dła nad dziurą. - Tak­kiku, zejdź i po­łóż się obok sio­stry. - Niedź­wia­dek po­słusz­nie zsu­nął się z jej grzbietu i przy­warł do lodu obok Kal­lik. - Za­cho­waj­cie ci­szę. Nie ru­szaj­cie się i nie wy­da­waj­cie żad­nych dźwię­ków - po­uczyła je.

Za­sto­so­wali się do po­le­ce­nia. Ro­bili to już kilka razy wcze­śniej, wie­dzieli więc, jak się za­cho­wać. Za pierw­szym po­dej­ściem znu­dzony Tak­kik za­czął zie­wać i się wier­cić. Matka trzep­nęła go łapą i zru­gała, wy­ja­śnia­jąc, że ha­łas, który spo­wo­do­wał, od­stra­szył je­dyne po­ży­wie­nie, na ja­kie mo­gli li­czyć od wielu wscho­dów słońca. Te­raz niedź­wiadki były już pra­wie tak do­bre w za­cho­wy­wa­niu ci­szy jak Nisa.

Kal­lik przy­glą­dała się fo­czej dziu­rze, nad­sta­wia­jąc uszu z no­sem go­to­wym do wy­czu­cia naj­mniej­szej zmiany w po­wie­trzu. Lekki wiatr roz­dmu­chi­wał śnieg po lo­dzie, a mgła wciąż kłę­biła się wo­kół trzech niedź­wie­dzi, przez co fu­tro misi spra­wiało wra­że­nie mo­krego i cięż­kiego.

Po pew­nym cza­sie za­częła się nie­cier­pli­wić. Nie mo­gła po­jąć, jak jej matka jest w sta­nie tak długo stać w bez­ru­chu, wpa­trzona w je­den punkt w ocze­ki­wa­niu na wy­nu­rza­jącą się z wody fokę. Chłód lodu, na któ­rym le­żała, po­woli prze­ni­kał przez jej gę­stą sierść i Kal­lik mu­siała bar­dzo się pil­no­wać, żeby nie za­drżeć, co po­sła­łoby przez gładką ta­flę wi­bra­cje, mo­gące ostrzec ofiarę przed za­sadzką.

Kal­lik za­pa­trzyła się po­nad czub­kiem nosa na lód ota­cza­jący wy­rwę. Ciemna woda chlu­po­tała o wy­szczer­bioną kra­wędź. Dziw­nie się czuła ze świa­do­mo­ścią, że ta sama ciemna woda znaj­duje się za­le­d­wie o dłu­gość py­ska pod nią, po dru­giej stro­nie gru­bego lodu, który spra­wiał prze­cież wra­że­nie tak so­lid­nego, jakby cią­gnął się w dół bez końca...

Wy­da­wało się, że tań­czą w nim nie­zwy­kłe cie­nie i kształty, zo­sta­wia­jąc po so­bie bą­belki i za­wi­jasy. Było to dość oso­bliwe: lód wy­glą­dał z da­leka na cał­kiem biały, z bli­ska na­to­miast oka­zy­wał się nie­mal prze­zro­czy­sty, po­kryty wie­loma wzo­rami. Tak jakby coś w nim żyło. Na przy­kład tuż pod jej przed­nimi ła­pami wolno prze­miesz­czał się ogromny, ciemny pę­cherz po­wie­trza. Mi­sia ga­piła się na niego, za­sta­na­wia­jąc się, czy to duch bia­łego niedź­wie­dzia uwię­ziony w lo­dzie, któ­remu nie udało się do­trzeć do da­le­kich gwiazd.

Tak­kik po­chy­lił się, by zer­k­nąć na bańkę.

- Wiesz, co mówi mama - wy­szep­tał. - Cie­nie pod lo­dem to du­chy nie­ży­ją­cych niedź­wie­dzi. Ob­ser­wują cię... wła­śnie... te­raz.

- Nie boję się ich - za­pew­niła go sio­stra. - Są uwię­zione w lo­dzie, prawda? Nie mogą więc wyjść i mnie skrzyw­dzić.

- Nie, do­póki nie na­dejdą roz­topy - niedź­wia­dek sta­rał się za­brzmieć groź­nie.

- Ci­cho - wark­nęła Nisa, nie od­ry­wa­jąc wzroku od fo­czej dziury. Tak­kik na po­wrót za­milkł i zło­żył łeb na ła­pach. Po­wieki mu opa­dły i wkrótce za­snął.

Kal­lik też czuła się senna, chciała jed­nak po­zo­stać przy­tomna, by do­cze­kać po­ja­wie­nia się foki. Nie uśmie­chało jej się też za­sy­piać tak bli­sko du­cha, który wciąż po­ru­szał się pod jej ła­pami. Na­prę­żyła mię­śnie, sta­ra­jąc się nie od­pły­nąć.

Wtem roz­legł się plusk, a na po­wierzch­nię wody wy­nu­rzył się szary łeb. Mi­sia le­dwo zdą­żyła za­uwa­żyć ciem­niej­sze plamy na jego czubku, nim matka ru­nęła ku niemu łbem w dół. Po­chwy­ciła fokę szyb­kim, płyn­nym ru­chem i wy­wle­kła ją na lód. Zdo­bycz wiła się i mio­tała, do­póki Nisa nie wbiła w nią wiel­kiego pa­zura i nie za­biła jej na miej­scu.

Kal­lik nie wy­obra­żała so­bie, że kie­dyś bę­dzie na tyle szybka, by zła­pać fokę, nim ta znów znik­nie pod po­wierzch­nią wody.

Nisa roz­pruła ofiarę, po czym wy­po­wie­działa po­dzię­ko­wa­nia skie­ro­wane do du­chów lodu. Niedź­wiadki zgro­ma­dziły się po obu jej stro­nach, by się po­si­lić. Kal­lik za­cią­gnęła się za­pa­chem świe­żego mięsa, pysz­nego tłusz­czu oraz ide­al­nej do żu­cia skóry. Za­to­piła zęby w foce, a gdy wy­szarp­nęła z niej spory ka­wa­łek, zdała so­bie sprawę, jak bar­dzo była głodna.

Na­gle matka unio­sła łeb i się zje­żyła. Mi­sia za­marła, wę­sząc. Z mgły wy­nu­rzył się ogromny sa­miec bia­łego niedź­wie­dzia, który czła­pał po­woli w ich stronę. Jego zmierz­wione żół­tawe fu­tro po­kry­wał śnieg, a łapy miał wiel­kie jak łeb Kal­lik. Kie­ro­wał się pro­sto na ich zdo­bycz, sy­cząc i bur­cząc.

Tak­kik na­stro­szył się, ale Nisa ode­pchnęła go do tyłu.

- Trzy­maj­cie się bli­sko mnie - przy­ka­zała. - Zmy­kamy stąd.

Rzu­ciła się do biegu, po­py­cha­jąc młode przed sobą. Mi­sia pruła, ile sił w ła­pach, a serce jej ło­mo­tało. Co się sta­nie, je­śli foka nie za­spo­koi ape­tytu dziw­nego niedź­wie­dzia? Czy rzuci się wtedy na nią? Gdy pięli się po po­chy­ło­ści, zer­k­nęła w tył i prze­ko­nała się, że sa­miec ich nie ści­gał. Po­chy­lił się nad za­bitą ofiarą i wgryzł się w nią.

- To nie w po­rządku! - za­wyła. - To była na­sza foka!

- Wiem - od­parła matka, wzdy­cha­jąc. Gdy zwol­niła do mar­szu, ciężko sta­wiała łapy.

- Dla­czego ten le­niwy niedź­wiedź do­stał nasz po­si­łek, skoro to ty ją zła­pa­łaś? - nie ustę­po­wała Kal­lik.

- Ten niedź­wiedź musi jeść tak samo jak my - wy­ja­śniła Nisa. - Gdy fok jest mało, trzeba li­czyć się z walką o każdy kęs. Nie mo­że­cie ufać in­nym niedź­wie­dziom, moje ma­leń­stwa. Mu­simy trzy­mać się ra­zem, bo tylko my za­dbamy o sie­bie na­wza­jem.

Ro­dzeń­stwo wy­mie­niło spoj­rze­nia. Kal­lik wie­działa, że zro­bi­łaby wszystko dla matki i brata. Nie wi­działa do­tąd zbyt wielu in­nych niedź­wie­dzi, ale gdy już do­cho­dziło do spo­tka­nia, za­wsze oka­zy­wały się wiel­kie i prze­ra­ża­jące - jak ten, który wła­śnie ukradł im fokę. Może bia­łym niedź­wie­dziom nie było pi­sane po­sia­dać przy­ja­ciół. Może lód na to nie po­zwa­lał.

- Nic nam się nie sta­nie, je­śli tylko bę­dziemy ra­zem - za­pew­niła Nisa. - Wciąż ist­nieje sporo je­dze­nia, je­śli wie­cie, gdzie go szu­kać, i je­śli je­ste­ście dość cier­pliwi, by je zła­pać. Nie przej­muj­cie się. Za­opie­kuję się wami, do­póki nie sta­nie­cie się dość silni, by sa­mo­dziel­nie po­lo­wać. - Zwró­ciła łeb w lewo. - Czu­je­cie to?

Kal­lik po­cią­gnęła no­sem. Coś wy­wę­szyła! Ale to nie była foka... tylko coś in­nego. Bar­dziej ryb­nego, ale nie do końca ryba. Nie roz­po­zna­wała tego za­pa­chu.

- Jak my­ślisz, co to jest? - za­py­tała brata. Przy­warł do lodu, jakby się na coś czaił, a gdy za­dała mu py­ta­nie, sko­czył na­przód, by przy­gnieść łapą pła­tek śniegu spa­da­jący z nieba. Mi­sia unio­sła wzrok. Znów pa­dał śnieg. Tak­kik uga­niał się ra­do­śnie za śnie­żyn­kami i wy­glą­dało na to, że na­wet nie za­dał so­bie trudu, by spraw­dzić, co zwró­ciło uwagę matki. - Skup się - zru­gała go. - W końcu bę­dziesz mu­siał za­cząć sam po­lo­wać.

- Do­brze już, nie rządź się tak - od­pa­lił, prze­sad­nie marsz­cząc nos i ko­ły­sząc nim.

- Chodź­cie, prędko - na­ka­zała Nisa. - Sta­raj­cie się nie ha­ła­so­wać. - Ru­szyli za matką przez lód naj­ci­szej, jak się dało. Dziwna woń wy­raź­nie się nie prze­miesz­czała.

- Stoi w miej­scu? - za­py­tała Kal­lik. - Czy to ozna­cza, że nie spo­dziewa się na­szego na­dej­ścia?

- Je­den ze spo­so­bów zmy­le­nia ofiary po­lega na ukry­ciu wła­snego za­pa­chu - tłu­ma­czyła matka. - Wła­śnie tak. Idź­cie za mną. - Za­pro­wa­dziła ich nad ka­nał w lo­dzie, któ­rym pły­nęła woda. Prze­pły­nęli go jedno po dru­gim.

- Fuj, te­raz moje fu­tro jest mo­kre - ma­ru­dził Tak­kik, otrze­pu­jąc się, gdy już wgra­mo­lili się na prze­ciw­le­gły brzeg.

- To po­winno utrud­nić wy­czu­cie nas - od­parła Nisa.

- A ten wielki stary niedź­wiedź też nie bę­dzie mógł po­dą­żyć na­szym śla­dem, prawda? - spy­tała mi­sia.

- Mam na­dzieję. - Matka trą­ciła ją py­skiem.

Gdy się zbli­żyli, rybna woń przy­brała na sile, a Kal­lik wy­czuła zmie­szany z nią za­pach soli, krwi i od­le­głego oce­anu. Nie­długo po­tem do­strze­gła ciemny kształt spo­czy­wa­jący na lo­dzie. Z po­czątku my­ślała, że to ol­brzy­mia foka, co wy­wnio­sko­wała z roz­ło­że­nia płetw. Oka­zało się jed­nak, że mieli przed sobą mar­twego wie­lo­ryba. Wy­rwano z niego wiel­kie ka­wały mięsa, a na boku wid­niały roz­le­głe ślady zę­bów i pa­zu­rów. Śnieg do­koła pla­miła krew.

- To pły­wacz szary - ode­zwała się Nisa. - Wi­docz­nie inny niedź­wiedź za­bił go i wy­cią­gnął na lód.

Mi­sia przy­pa­try­wała się tru­chłu z za­chwy­tem. To mu­siał być na­prawdę po­tężny niedź­wiedź, skoro udało mu się zwy­cię­żyć w star­ciu z czymś tak wiel­kim i za­tar­gać zdo­bycz tak da­leko od wody. Na­wet po­mimo tego, że ktoś zdą­żył się już po­czę­sto­wać, wciąż po­zo­sta­wało dość mięsa, by na­kar­mić ich trójkę. Na­chy­liła się i łap­czy­wie od­gry­zła ka­wa­łek.

Matka szturch­nęła ją, przez co upu­ściła zdo­byty kęs.

- Nie za­po­mi­naj oka­zać wdzięcz­no­ści du­chom lodu - po­uczyła ją ła­god­nie. - Mu­sisz za­wsze pa­mię­tać, że je­steś czę­ścią więk­szego świata. - Skło­niła łeb, by przy­ło­żyć nos do lodu. - Dzię­ku­jemy wam, du­chy lodu, za do­pro­wa­dze­nie nas do tego po­siłku - wy­mam­ro­tała. Kal­lik wy­szep­tała te same słowa, po­wtó­rzył je też Tak­kik. A po­tem za­brali się do je­dze­nia, po­mru­ku­jąc ra­do­śnie.

Nim za­pa­dła pora księ­życa, mgła się roz­wiała i gwiazdy roz­bły­sły ja­sno na czy­stym nie­bie. Kal­lik roz­cią­gnęła się na lo­dzie, pełny żo­łą­dek roz­grze­wał ją od środka. Matka i brat byli tuż obok. Fu­tra na ich bar­kach nie mierz­wił na­wet naj­lżej­szy po­dmuch bryzy; choć raz wiatr ustał, a mo­rze - obecne głę­boko pod lo­dem - mil­czało.

- Opo­wiedz mi jesz­cze raz o du­chach pod lo­dem, pro­szę - zwró­ciła się do matki.

Tak­kik za­śmiał się, lecz Nisa trą­ciła no­sem córkę w bok z po­waż­nym wy­ra­zem py­ska.

- Gdy biały niedź­wiedź umiera, jego duch wsiąka w lód, opa­da­jąc co­raz ni­żej i ni­żej, aż w końcu mo­żesz do­strzec tylko cień pod ta­flą - za­częła. - Nie po­win­naś jed­nak się ich oba­wiać, gwiaz­deczko. Są tam, by cię pro­wa­dzić. Je­śli bę­dziesz do­bra, za­wsze się tobą za­opie­kują i po­mogą zna­leźć po­ży­wie­nie lub schro­nie­nie.

- Wo­la­ła­bym, że­byś to ty się mną opie­ko­wała - od­parła mi­sia z drże­niem.

- Tak też zro­bię - obie­cała matka.

- A co z okru­chami lodu na nie­bie? - za­py­tała Kal­lik, uno­sząc pysk. - Czy one też są du­chami niedź­wie­dzi?

- Gdy lód top­nieje, du­chy go opusz­czają i płyną w górę ku niebu, uno­szone śnież­nymi wia­trami, lek­kie jak płatki śniegu, gdzie prze­ista­czają się w gwiazdy. Te du­chy też cię ob­ser­wują, tylko z więk­szej od­le­gło­ści - wy­ja­śniła Nisa.

- Co to za gwiazda? - za­py­tał Tak­kik. - Ta taka ja­sna. Raz wi­dzia­łem ją na­wet pod­czas pory słońca. Ni­gdy się nie ru­sza, ina­czej niż po­zo­stałe.

- To Gwiazda Prze­wod­nia - oznaj­miła niedź­wie­dzica.

- Dla­czego tak się na­zywa? - do­py­ty­wał syn.

- Po­nie­waż je­śli za nią po­dą­żysz, za­pro­wa­dzi cię do miej­sca da­leko, da­leko stąd, w któ­rym śnieg ni­gdy nie top­nieje - od­parła matka uro­czy­stym to­nem.

- Ni­gdy? - sap­nęła Kal­lik. - Masz na my­śli, że nie na­staje se­zon pło­ną­cego nieba i mo­gli­by­śmy po­lo­wać bez ustanku?

- Żad­nego se­zonu pło­ną­cego nieba, top­nie­ją­cego lodu, przy­musu je­dze­nia ja­gód czy ży­cia na lą­dzie. Du­chy niedź­wie­dzi tań­czą tam na nie­bie ra­do­śnie wśród wielu róż­nych ko­lo­rów.

- Dla­czego tam nie pój­dziemy? - spy­tał Tak­kik. - Skoro jest tam tak wspa­niale?

Sio­stra przy­tak­nęła jego sło­wom. Mro­wiły ją łapy, czuła, że mo­głaby po­ko­nać bie­giem całą drogę dzie­lącą ją od tego miej­sca, w któ­rym już za­wsze by­łaby bez­pieczna.

- To bar­dzo da­leko - za­bur­czała Nisa. - Zbyt da­leko, by­śmy mo­gli się tam udać. - Wpa­try­wała się w dal czar­nymi oczami, w któ­rych głębi od­bi­jał się księ­życ. - Ale może bę­dziemy zmu­szeni od­być taką po­dróż... kie­dyś.

- Na­prawdę? Kiedy? - chciała wie­dzieć mi­sia, lecz matka wła­śnie uło­żyła łeb na ła­pach i za­mil­kła. Wy­raź­nie nie za­mie­rzała już od­po­wia­dać na żadne py­ta­nia. Kal­lik zwi­nęła się w kłę­bek u jej boku i, do­póki nie za­snęła, pa­trzyła, jak lód mi­go­cze w księ­ży­co­wej po­świa­cie. Śniło jej się, że du­chy niedź­wie­dzi po­wstały z lodu i za­częły tań­czyć, łapy miały lek­kie jak fu­tro, gdy tak do­ka­zy­wały i śli­zgały się na tle za­mar­z­nię­tego kra­jo­brazu.

O świ­cie obu­dziło ją dziwne skrzy­pie­nie. Brzmiało jak zie­wa­jący gło­śno niedź­wiedź albo wiatr wy­jący pod wodą, ale po­wie­trze było nie­ru­chome, a ha­łas nie do­bie­gał z nieba, lecz z lodu. Matka już nie spała, czła­pała na­około nich z unie­sio­nym no­sem.

Kal­lik dźwi­gnęła się na łapy i otrzą­snęła. Fu­tro miała cięż­kie od wil­goci wi­szą­cej w ła­god­nym po­wie­trzu, które nie przy­po­mi­nało już tego rześ­kiego i przej­rzy­stego z pory księ­życa. Od­wró­ciła się do brata, który le­żał obok niej na lo­dzie. Chyba wciąż spał. Trą­ciła go py­skiem.

- Atak morsa! - ryk­nął Tak­kik, pod­ry­wa­jąc się na­gle i zwa­la­jąc ją z łap. Nisa od­wró­ciła się, war­cząc, ale za­raz się uspo­ko­iła, gdy spo­strze­gła, że jej młode tylko się ba­wią.

- Ci­sza - burk­nęła. - Tak­kiku, prze­stań się za­cho­wy­wać jak dzika gęś. To nie czas na za­bawy, mu­simy się zbie­rać. - Ru­szyła przez lód, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Niedź­wiadki ze­rwały się, by za nią na­dą­żyć. Zrzę­dli­wość matki za­nie­po­ko­iła Kal­lik. Dla­czego te­raz ich zru­gała, skoro wcze­śniej po­zwo­liła im do­ka­zy­wać?

Pod­czas mar­szu po­now­nie usły­szeli to dziwne skrzy­pie­nie. Nisa przy­sta­nęła i za­ko­ły­sała łbem, na­słu­chu­jąc. Wy­da­wało się, że ten ję­czący, prze­cią­gły dźwięk pod ich ła­pami po­tęż­nieje. Mi­sia wy­czu­wała, że matka do­sko­nale wie, co się dzieje. I że ozna­czało to coś bar­dzo złego.

Wtem roz­legł się gło­śny trzask, po któ­rym na­stą­pił prze­ra­ża­jący od­głos ssa­nia, a grunt pod ła­pami Kal­lik za­czął się prze­chy­lać. Jesz­cze przed chwilą pła­ski, zmie­nił się w strome zbo­cze, a ona stra­ciła rów­no­wagę i za­częła ze­śli­zgi­wać się ku ciem­nej wo­dzie. Dra­pała lód, pisz­cząc z prze­ra­że­nia, pa­zury jed­nak nie znaj­do­wały za­cze­pie­nia na jego gład­kiej po­wierzchni.

Ogromna łapa po­chwy­ciła ją i za­częła wlec z po­wro­tem na sta­bilne pod­łoże. Mi­sia za­to­czyła się, od­cią­gana przez matkę od szcze­liny w lo­dzie, któ­rej kra­wę­dzie ata­ko­wały łap­czywe fale.

- Rany! - krzyk­nął Tak­kik. - Lód po pro­stu prze­ła­mał się na dwie czę­ści! My­śla­łem, że po­chło­nie cię mo­rze i już ni­gdy się nie zo­ba­czymy!

Nisa syk­nęła ze zło­ści. Kal­lik wyj­rzała zza jej łap i spo­strze­gła, że lód przed nimi roz­bił się na dwie ogromne bryły, które dry­fo­wały te­raz po mo­rzu.

- Już? - wy­mam­ro­tała niedź­wie­dzica. - Ale prze­cież spę­dzi­li­śmy zbyt mało czasu na lo­dzie! Jak mamy prze­trwać na lą­dzie, skoro wcze­śniej nie mo­żemy wy­star­cza­jąco długo po­lo­wać? - Drep­tała wzdłuż po­szar­pa­nego brzegu, po­war­ku­jąc na fale roz­bi­ja­jące się u jej łap.

- Mamo? - za­kwi­liła Kal­lik. - Co się dzieje? Czy to... czy to se­zon pło­ną­cego nieba?

- Za wcze­śnie na niego. Ale z każ­dym cy­klem top­nie­nie za­czyna się wcze­śniej. Mamy co­raz mniej i mniej czasu na łowy. - Dy­szała wście­kle. - Tak da­lej być nie może.

- Co zro­bimy? - spy­tała mi­sia. - Co się z nami sta­nie, gdy lód stopi się zbyt wcze­śnie?

Nisa tylko burk­nęła, dra­piąc kra­wędź ta­fli.

- Prze­nie­siemy się na ląd? - wtrą­cił Tak­kik. - Czy nie to wła­śnie po­win­ni­śmy ro­bić, gdy top­nieje lód?

- Nie - ucięła matka, uno­sząc łeb. - Mu­simy da­lej po­lo­wać, ina­czej nie prze­trwamy dłu­gich, chu­dych księ­ży­ców se­zonu pło­ną­cego nieba.

- Ale... - za­częła Kal­lik, zer­ka­jąc na wzbu­rzoną wodę i ode­rwane ka­wały lodu. "Co, je­śli wszystko stop­nieje, nim zdążą do­trzeć do lądu?" - po­my­ślała ze stra­chem.

- Mu­simy kon­ty­nu­ować łowy - upie­rała się niedź­wie-dzica. - Jesz­cze nie mo­żemy po­dą­żyć na ląd... ina­czej zgi­niemy.

Pod­jęła marsz, a Tak­kik po­drep­tał za nią. Mi­sia za­ma­ru­dziła jesz­cze chwilę nad nie­równą kra­wę­dzią, fale chlu­po­tały u jej łap. Ga­piła się na od­pły­wa­jący blok lodu. Jak da­leko znaj­do­wał się ląd? Czy zo­stało dość lodu, by mo­gli po nim prze­do­stać się na niego? A je­śli nie... jaki los ich czeka?