Rozdział pierwszy
Kallik
- Dawno, dawno temu, jeszcze zanim niedźwiedzie pojawiły się na świecie, zamarznięte morze rozprysnęło się na kawałki, rozrzucając drobinki lodu po skąpanym w ciemności niebie. Każdy z takich okruchów zawiera ducha niedźwiedzia i jeśli będziecie dobre, odważne i silne, kiedyś wasze duchy do nich dołączą.
Kallik oparła się o tylną łapę matki, pochłonięta opowieścią, którą słyszała już tak wiele razy. Jej brat, Takkik, przeciągał się obok, uderzając łapami o śnieżne ściany gawry. Zawsze był niespokojny, gdy pogoda zmuszała ich do pozostania w legowisku.
- Gdy przyjrzycie się uważnie niebu - ciągnęła Nisa, matka Kallik - dostrzeżecie gwiazdy ułożone w kształt Wielkiej Niedźwiedzicy, Silaluk, która bez wytchnienia obiega Gwiazdę Przewodnią.
- Dlaczego to robi? - przerwała jej Kallik. Znała odpowiedź, ale na tym etapie opowieści zawsze o to pytała.
- Ponieważ panuje sezon śnieżnego nieba, a ona oddaje się łowom. Dzięki szybkim ruchom i potężnym pazurom dopada foki i białuchy. Jest najwspanialszą myśliwą spośród polujących na lodzie.
Kallik uwielbiała słuchać o sile Silaluk.
- Lecz nagle lód topnieje i Silaluk już nie może polować - kontynuowała Nisa przyciszonym głosem. - Doskwiera jej coraz większy głód, wciąż jednak musi biec, gdyż tropią ją trzej myśliwi: Rudzik, Sikorka i Sójka. Ścigają ją przez wiele księżycy, przez wszystkie skwarne pory słońca, aż po kres sezonu płonącego nieba. A potem, gdy ciepło zaczyna opuszczać ziemię, w końcu ją doganiają. Otaczają Silaluk i zadają jej śmiertelne ciosy oszczepami. Krew z serca Wielkiej Niedźwiedzicy tryska na glebę, a tam, gdzie dotknie ziemi, liście na drzewach zmieniają barwy na żółtą i czerwoną. Chlusta też na klatkę piersiową Rudzika i z tego powodu ptaki te mają rudą pierś.
- Czy Wielka Niedźwiedzica umiera? - wyszeptał Takkik.
- Tak - przyznała Nisa. Kallik zadrżała. To przerażało ją za każdym razem. Jej matka ciągnęła: - Lecz wtem znów nastaje sezon śnieżnego nieba, sprowadzając lód. Silaluk się odradza, wznawia polowanie, i tak w kółko, cykl za cyklem.
Kallik wtuliła się w miękkie, białe futro matki. Ściany gaw-ry pięły się w górę po łuku naokoło nich, tworząc zaciszną jaskinię wygrzebaną w śniegu, misia jednak ledwie dostrzegała je w mroku, choć rozciągały się jedynie parę długości łapy od jej nosa. Na zewnątrz szalał gwałtowny wiatr, wpychając podmuchy mroźnego powietrza do tunelu u wejścia do legowiska. Kallik cieszyła się, że tej pory księżyca nie musieli nigdzie wychodzić.
W środku, razem z bratem i matką, byli bezpieczni i nie doskwierało im zimno. Zastanawiała się, czy Silaluk miała kiedyś matkę i brata albo chociaż schronienie, w którym mogłaby przeczekać najgorszą pogodę. Gdyby Wielka Niedźwiedzica miała dbającą o nią rodzinę, może nie musiałaby uciekać przed myśliwymi. Kallik wiedziała, że jej własna matka ochroni ją przed wszystkimi straszydłami, aż misia stanie się wystarczająco duża, silna i mądra, by móc bronić się sama.
Takkik zdzielił siostrę w nos wielką kosmatą łapą.
- Kallik się boi - zakpił. Dostrzegła, jak oczy lśnią mu w ciemności.
- Wcale nie! - zaprotestowała.
- Myśli, że będą ją ścigać rudziki i sikorki - powiedział z uciesznym pomrukiem.
- Nieprawda! - odwarknęła, wbijając pazury w śnieg. - To nie dlatego się boję.
- Ha! Czyli jednak się boisz! Wiedziałem!
Nisa lekko trąciła córkę pyskiem.
- Dlaczego się lękasz, misiu? Słyszałaś opowieść o Wielkiej Niedźwiedzicy już tyle razy wcześniej.
- Wiem - przyznała Kallik. - Po prostu... przypomina mi o tym, że niedługo sezon śnieżnego nieba dobiegnie końca, a cały śnieg i lód stopnieją. Wtedy nie będziemy już mogli polować i zacznie doskwierać nam nieustanny głód. Prawda? Czy nie to właśnie dzieje się podczas sezonu płonącego nieba?
Matka westchnęła, jej masywne barki zagrały pod śnieżnobiałym futrem.
- Och, moja gwiazdeczko, nie chciałam cię martwić - wymruczała. Przytknęła czarny nos do nosa Kallik. - Nie przeżyłaś jeszcze sezonu płonącego nieba. Nie jest taki zły, jak mogłoby się wydawać. Znajdziemy sposób na przetrwanie, nawet jeśli będzie to oznaczało pożywianie się przez jakiś czas jagodami i trawą.
- Czym są jagody i trawa? - zapytała misia.
Takkik zmarszczył pysk.
- Czy smakują tak wspaniale jak foka?
- Nie - odparła Nisa. - Ale utrzymają was przy życiu, a to ważna sprawa. Pokażę je wam, gdy staniemy na lądzie. - Zamilkła i przez kilka uderzeń serca Kallik słyszała tylko słabe zawodzenie wiatru uderzającego o ściany gawry.
Przytuliła się mocniej do matki. Wyczuwała ciepło promieniujące od jej skóry.
- Jesteś smutna? - wyszeptała.
Nisa znów trąciła córkę pyskiem.
- Nie obawiaj się. - W jej głosie pobrzmiewała determinacja. - Zapamiętaj historię Wielkiej Niedźwiedzicy. Cokolwiek by się działo, lód zawsze wraca. A wtedy wszystkie niedźwiedzie spotykają się nad brzegiem morza, by go powitać. Silaluk nieodmiennie się podnosi. Jest wojowniczką, tak jak my.
- Przetrwam wszystko! - zapewniał Takkik, pusząc się. - Będę walczył z morsem! Przepłynę cały ocean! Zmierzę się ze wszystkimi białymi niedźwiedziami, jakie spotkamy!
- Nie wątpię, że tak będzie, kochanie. Może zaczniesz od drzemki? - podsunęła Nisa.
Podczas gdy brat wiercił się i mościł wygodnie w śniegu za nią, Kallik oparła szyję na grzbiecie matki i zamknęła oczy. Niedźwiedzica miała rację, nie było sensu się bać. Dopóki miała przy sobie rodzinę, będzie bezpieczna i nie zazna zimna, tak jak teraz w ich legowisku.
Gdy Kallik się obudziła, panowała osobliwa cisza. Nikłe światło przenikało ściany, rzucając blade, niebieskie i różowe cienie na pogrążonych we śnie matkę i brata. W pierwszej chwili misia pomyślała, że ma uszy pełne śniegu, jednak kiedy pokręciła łbem, usłyszała, jak Nisa stęka przez sen. Wtedy zrozumiała, że jest cicho, bo wreszcie minęła śnieżyca.
- Hej - odezwała się, szturchając brata nosem. - Hej, zbudź się. Zadymka już się skończyła.
Zaspany niedźwiadek uniósł łeb. Przyklapnięte futro po jednej stronie pyska nadawało mu asymetryczny wygląd.
Kallik parsknęła śmiechem.
- No dalej, ty wielka leniwa foko - powiedziała. - Chodźmy pobawić się na zewnątrz.
- Dobra! - odparł Takkik, gramoląc się na łapy.
- Pod warunkiem, że będę mieć was na oku - wymamrotała ich matka, nie otwierając oczu. Kallik aż wzdrygnęła się z zaskoczenia: myślała, że Nisa wciąż śpi.
- Nie odejdziemy daleko - obiecała misia. - Będziemy się trzymać blisko gawry. Możemy wyjść? Proszę?
Niedźwiedzica fuknęła, a futro na jej grzbiecie zadrżało, jak gdyby poruszane wiatrem.
- Pójdziemy razem - zadecydowała. Dźwignęła się na masywne łapy i powoli obróciła w niewielkiej przestrzeni, spychając maluchy pod ścianę.
Węsząc ostrożnie, torowała nosem drogę w prowadzącym do wyjścia tunelu, odgarniając śnieg naniesiony przez nawałnicę.
Kallik spostrzegła, że tylne łapy matki są napięte.
- Nie rozumiem, dlaczego jest taka ostrożna - wyszeptała do brata. - Czyż białe niedźwiedzie nie są największymi, najbardziej przerażającymi zwierzętami na lodzie? Nikt nie odważyłby się nas zaatakować!
- Z wyjątkiem większego białego niedźwiedzia, foczy móżdżku! - odpalił Takkik. - Chyba nie zauważyłaś, jaka jesteś mała.
Misia się zjeżyła.
- Może i nie urosłam jeszcze taka duża jak ty, ale jestem równie groźna! - warknęła.
- Przekonajmy się! - zawołał Takkik, gdy ich matka w końcu wymknęła się cicho z gawry. Pognał za nią, ślizgając się w tunelu, i wypadł na śnieg.
Kallik skoczyła na cztery łapy, po czym rzuciła się za nim w pogoń. Po drodze spadła jej na pysk grudka śniegu, potrząsnęła więc gwałtownie łbem, by ją strącić. Jej nozdrza załaskotało świeże zimne powietrze, przesycone wonią ryb, lodu i odległych chmur. Misię opuściły resztki senności. To na lodzie było jej miejsce, a nie pod śniegiem, gdzie czuła się jak pochowana żywcem. Cisnęła w brata bryłką śniegu, przed którą umknął ze skowytem.
Gonili się w kółko, dopóki nie zanurkowała w świeżą zaspę, by kopać w niej długimi pazurami i zachwycać się po-łyskującą w słońcu bielą. Nisa siedziała w pobliżu, obserwując niedźwiadki, od czasu do czasu posapując i węsząc nieufnie.
- Dopadnę cię! - warknął Takkik do siostry, przywierając do lodu. - Jestem krwiożerczym morsem i płynę po ciebie. - Odepchnął się łapami i ruszył przez śnieg. Kallik spięła się do skoku, ale nim zdążyła wykonać ruch, miś rzucił się na nią i zwalił ją z łap. Turlali się po śniegu, piszcząc z uciechy, aż udało jej się wyswobodzić.
- Ha! - zawołała.
Takkik ryknął.
- Mors teraz naprawdę się wściekł! - Zanurzył pazury w śniegu. Kopiąc, opryskał matkę drobinkami lodu.
- Hej! - mruknęła Nisa. Trzepnęła lekko niedźwiadka masywną łapą, przewracając go. - Dość tych wygłupów, czas znaleźć coś do jedzenia.
- Hura, hura! - ucieszyła się Kallik, podskakując wokół łap matki. Ostatnio jedli jeszcze przed śnieżycą, dwa wschody słońca temu, a burczenie w jej brzuchu było głośniejsze niż ryki brata wcielającego się w morsa.
Słońce chowało się za pasmem szarych chmur, które gęstniały, w miarę jak przesuwali się po lodzie, by w końcu spowić cały świat tumanami mgły. W ciszy słychać było tylko śnieg chrzęszczący im pod łapami. Misi raz wydawało się, że słyszy ptaka śpiewającego wysoko na niebie, ale gdy uniosła wzrok, dostrzegła jedynie kłębiącą się mgłę.
- Dlaczego jest tak pochmurno? - narzekał Takkik. Stanął i tarł oczy łapami.
- Mgła nam sprzyja - odparła Nisa, dotykając nosem lodu. - Ukrywa nas podczas łowów, dzięki czemu zdobycz nie spodziewa się naszego nadejścia.
- Wolę widzieć, dokąd się wybieram - upierał się miś. - Nie lubię chodzić w chmurach. Wszystko jest mokre i rozmyte.
- A mi mgła nie przeszkadza - oznajmiła Kallik, wdychając ciężkie powietrze.
- Możesz na mnie wskoczyć - zaoferowała niedźwiedzica synowi, trącając go pyskiem. Takkik zamruczał wesoło, po czym wgramolił się na nią, czepiając śnieżnobiałej sierści. Rozciągnął się na grzbiecie matki, górując nad siostrą, po czym ruszyli dalej.
Kallik lubiła ostry, zimny zapach lodu rozciągającego się pod ich legowiskiem i wilgotną woń mgły. Podobał się jej obecny w powietrzu aromat oceanu, ryb, soli i odległego piasku, który przypominał o tym, co znajduje się pod lodem. Popatrzyła na matkę, również węszącą z uniesionym nosem. Wiedziała, że Nisa nie robiła tego bez powodu: analizowała rześkie, mroźne zapachy, poszukując wskazówki, która doprowadziłaby ich do jedzenia.
- Oboje powinniście spróbować - powiedziała. - Starajcie się znaleźć jakąś woń, która wyróżnia się na tle lodu i śniegu.
Takkik tylko mocniej wtulił się w jej futro, ale Kallik poszła w ślady matki, naśladując jej kołysanie łbem podczas węszenia. Musiała nauczyć się od Nisy tak wiele, jak tylko zdoła, żeby pewnego razu móc samodzielnie zadbać o siebie. Na szczęście miała jeszcze na to sporo czasu: cały nadchodzący sezon płonącego nieba i sezon śnieżnego nieba po nim.
- Niektóre niedźwiedzie potrafią podążać za zapachami przez wiele długości nieba - ciągnęła matka. - Całą drogę aż do krawędzi nieba, potem do kolejnej i jeszcze następnej.
Misia żałowała, że jej nos nie jest tak wyczulony. Może kiedyś to się zmieni.
Nagle matka uniosła łeb i przyspieszyła. Takkik mocniej chwycił jej futro, by nie spaść. Wkrótce Kallik spostrzegła, dokąd zmierzała matka: ku dziurze w lodzie. Dziura oznaczała foki!
Nisa zbliżyła nos do lodu, po czym obwąchała wyrwę ze wszystkich stron. Córka szła tuż za nią, węsząc w tych samych miejscach. Była pewna, że wyczuwa nikły ślad po foce. To musiała być jedna z tych foczych dziur, których foki używały do zaczerpnięcia powietrza, by potem znowu schować się głęboko w lodowatej wodzie.
- Foki są takie durne - stwierdził Takkik ze swojego stanowiska na grzbiecie matki. - Skoro nie mogą oddychać w wodzie, to po co w niej żyją? Dlaczego nie zamieszkają na lądzie, jak białe niedźwiedzie?
- Może dlatego, że wtedy takim niedźwiedziom jak my byłoby dużo łatwiej je łapać i zjadać! - zgadywała Kallik.
- Cicho. Skoncentrujcie się - napomniała ich matka. - Czujesz fokę?
- Tak sądzę - odparła misia. Foki pachniały futrem i tłuszczem, mocniej niż ryby. Poczuła, jak do pyska napływa jej ślina.
- W porządku - Nisa przysiadła nad dziurą. - Takkiku, zejdź i połóż się obok siostry. - Niedźwiadek posłusznie zsunął się z jej grzbietu i przywarł do lodu obok Kallik. - Zachowajcie ciszę. Nie ruszajcie się i nie wydawajcie żadnych dźwięków - pouczyła je.
Zastosowali się do polecenia. Robili to już kilka razy wcześniej, wiedzieli więc, jak się zachować. Za pierwszym podejściem znudzony Takkik zaczął ziewać i się wiercić. Matka trzepnęła go łapą i zrugała, wyjaśniając, że hałas, który spowodował, odstraszył jedyne pożywienie, na jakie mogli liczyć od wielu wschodów słońca. Teraz niedźwiadki były już prawie tak dobre w zachowywaniu ciszy jak Nisa.
Kallik przyglądała się foczej dziurze, nadstawiając uszu z nosem gotowym do wyczucia najmniejszej zmiany w powietrzu. Lekki wiatr rozdmuchiwał śnieg po lodzie, a mgła wciąż kłębiła się wokół trzech niedźwiedzi, przez co futro misi sprawiało wrażenie mokrego i ciężkiego.
Po pewnym czasie zaczęła się niecierpliwić. Nie mogła pojąć, jak jej matka jest w stanie tak długo stać w bezruchu, wpatrzona w jeden punkt w oczekiwaniu na wynurzającą się z wody fokę. Chłód lodu, na którym leżała, powoli przenikał przez jej gęstą sierść i Kallik musiała bardzo się pilnować, żeby nie zadrżeć, co posłałoby przez gładką taflę wibracje, mogące ostrzec ofiarę przed zasadzką.
Kallik zapatrzyła się ponad czubkiem nosa na lód otaczający wyrwę. Ciemna woda chlupotała o wyszczerbioną krawędź. Dziwnie się czuła ze świadomością, że ta sama ciemna woda znajduje się zaledwie o długość pyska pod nią, po drugiej stronie grubego lodu, który sprawiał przecież wrażenie tak solidnego, jakby ciągnął się w dół bez końca...
Wydawało się, że tańczą w nim niezwykłe cienie i kształty, zostawiając po sobie bąbelki i zawijasy. Było to dość osobliwe: lód wyglądał z daleka na całkiem biały, z bliska natomiast okazywał się niemal przezroczysty, pokryty wieloma wzorami. Tak jakby coś w nim żyło. Na przykład tuż pod jej przednimi łapami wolno przemieszczał się ogromny, ciemny pęcherz powietrza. Misia gapiła się na niego, zastanawiając się, czy to duch białego niedźwiedzia uwięziony w lodzie, któremu nie udało się dotrzeć do dalekich gwiazd.
Takkik pochylił się, by zerknąć na bańkę.
- Wiesz, co mówi mama - wyszeptał. - Cienie pod lodem to duchy nieżyjących niedźwiedzi. Obserwują cię... właśnie... teraz.
- Nie boję się ich - zapewniła go siostra. - Są uwięzione w lodzie, prawda? Nie mogą więc wyjść i mnie skrzywdzić.
- Nie, dopóki nie nadejdą roztopy - niedźwiadek starał się zabrzmieć groźnie.
- Cicho - warknęła Nisa, nie odrywając wzroku od foczej dziury. Takkik na powrót zamilkł i złożył łeb na łapach. Powieki mu opadły i wkrótce zasnął.
Kallik też czuła się senna, chciała jednak pozostać przytomna, by doczekać pojawienia się foki. Nie uśmiechało jej się też zasypiać tak blisko ducha, który wciąż poruszał się pod jej łapami. Naprężyła mięśnie, starając się nie odpłynąć.
Wtem rozległ się plusk, a na powierzchnię wody wynurzył się szary łeb. Misia ledwo zdążyła zauważyć ciemniejsze plamy na jego czubku, nim matka runęła ku niemu łbem w dół. Pochwyciła fokę szybkim, płynnym ruchem i wywlekła ją na lód. Zdobycz wiła się i miotała, dopóki Nisa nie wbiła w nią wielkiego pazura i nie zabiła jej na miejscu.
Kallik nie wyobrażała sobie, że kiedyś będzie na tyle szybka, by złapać fokę, nim ta znów zniknie pod powierzchnią wody.
Nisa rozpruła ofiarę, po czym wypowiedziała podziękowania skierowane do duchów lodu. Niedźwiadki zgromadziły się po obu jej stronach, by się posilić. Kallik zaciągnęła się zapachem świeżego mięsa, pysznego tłuszczu oraz idealnej do żucia skóry. Zatopiła zęby w foce, a gdy wyszarpnęła z niej spory kawałek, zdała sobie sprawę, jak bardzo była głodna.
Nagle matka uniosła łeb i się zjeżyła. Misia zamarła, węsząc. Z mgły wynurzył się ogromny samiec białego niedźwiedzia, który człapał powoli w ich stronę. Jego zmierzwione żółtawe futro pokrywał śnieg, a łapy miał wielkie jak łeb Kallik. Kierował się prosto na ich zdobycz, sycząc i burcząc.
Takkik nastroszył się, ale Nisa odepchnęła go do tyłu.
- Trzymajcie się blisko mnie - przykazała. - Zmykamy stąd.
Rzuciła się do biegu, popychając młode przed sobą. Misia pruła, ile sił w łapach, a serce jej łomotało. Co się stanie, jeśli foka nie zaspokoi apetytu dziwnego niedźwiedzia? Czy rzuci się wtedy na nią? Gdy pięli się po pochyłości, zerknęła w tył i przekonała się, że samiec ich nie ścigał. Pochylił się nad zabitą ofiarą i wgryzł się w nią.
- To nie w porządku! - zawyła. - To była nasza foka!
- Wiem - odparła matka, wzdychając. Gdy zwolniła do marszu, ciężko stawiała łapy.
- Dlaczego ten leniwy niedźwiedź dostał nasz posiłek, skoro to ty ją złapałaś? - nie ustępowała Kallik.
- Ten niedźwiedź musi jeść tak samo jak my - wyjaśniła Nisa. - Gdy fok jest mało, trzeba liczyć się z walką o każdy kęs. Nie możecie ufać innym niedźwiedziom, moje maleństwa. Musimy trzymać się razem, bo tylko my zadbamy o siebie nawzajem.
Rodzeństwo wymieniło spojrzenia. Kallik wiedziała, że zrobiłaby wszystko dla matki i brata. Nie widziała dotąd zbyt wielu innych niedźwiedzi, ale gdy już dochodziło do spotkania, zawsze okazywały się wielkie i przerażające - jak ten, który właśnie ukradł im fokę. Może białym niedźwiedziom nie było pisane posiadać przyjaciół. Może lód na to nie pozwalał.
- Nic nam się nie stanie, jeśli tylko będziemy razem - zapewniła Nisa. - Wciąż istnieje sporo jedzenia, jeśli wiecie, gdzie go szukać, i jeśli jesteście dość cierpliwi, by je złapać. Nie przejmujcie się. Zaopiekuję się wami, dopóki nie staniecie się dość silni, by samodzielnie polować. - Zwróciła łeb w lewo. - Czujecie to?
Kallik pociągnęła nosem. Coś wywęszyła! Ale to nie była foka... tylko coś innego. Bardziej rybnego, ale nie do końca ryba. Nie rozpoznawała tego zapachu.
- Jak myślisz, co to jest? - zapytała brata. Przywarł do lodu, jakby się na coś czaił, a gdy zadała mu pytanie, skoczył naprzód, by przygnieść łapą płatek śniegu spadający z nieba. Misia uniosła wzrok. Znów padał śnieg. Takkik uganiał się radośnie za śnieżynkami i wyglądało na to, że nawet nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, co zwróciło uwagę matki. - Skup się - zrugała go. - W końcu będziesz musiał zacząć sam polować.
- Dobrze już, nie rządź się tak - odpalił, przesadnie marszcząc nos i kołysząc nim.
- Chodźcie, prędko - nakazała Nisa. - Starajcie się nie hałasować. - Ruszyli za matką przez lód najciszej, jak się dało. Dziwna woń wyraźnie się nie przemieszczała.
- Stoi w miejscu? - zapytała Kallik. - Czy to oznacza, że nie spodziewa się naszego nadejścia?
- Jeden ze sposobów zmylenia ofiary polega na ukryciu własnego zapachu - tłumaczyła matka. - Właśnie tak. Idźcie za mną. - Zaprowadziła ich nad kanał w lodzie, którym płynęła woda. Przepłynęli go jedno po drugim.
- Fuj, teraz moje futro jest mokre - marudził Takkik, otrzepując się, gdy już wgramolili się na przeciwległy brzeg.
- To powinno utrudnić wyczucie nas - odparła Nisa.
- A ten wielki stary niedźwiedź też nie będzie mógł podążyć naszym śladem, prawda? - spytała misia.
- Mam nadzieję. - Matka trąciła ją pyskiem.
Gdy się zbliżyli, rybna woń przybrała na sile, a Kallik wyczuła zmieszany z nią zapach soli, krwi i odległego oceanu. Niedługo potem dostrzegła ciemny kształt spoczywający na lodzie. Z początku myślała, że to olbrzymia foka, co wywnioskowała z rozłożenia płetw. Okazało się jednak, że mieli przed sobą martwego wieloryba. Wyrwano z niego wielkie kawały mięsa, a na boku widniały rozległe ślady zębów i pazurów. Śnieg dokoła plamiła krew.
- To pływacz szary - odezwała się Nisa. - Widocznie inny niedźwiedź zabił go i wyciągnął na lód.
Misia przypatrywała się truchłu z zachwytem. To musiał być naprawdę potężny niedźwiedź, skoro udało mu się zwyciężyć w starciu z czymś tak wielkim i zatargać zdobycz tak daleko od wody. Nawet pomimo tego, że ktoś zdążył się już poczęstować, wciąż pozostawało dość mięsa, by nakarmić ich trójkę. Nachyliła się i łapczywie odgryzła kawałek.
Matka szturchnęła ją, przez co upuściła zdobyty kęs.
- Nie zapominaj okazać wdzięczności duchom lodu - pouczyła ją łagodnie. - Musisz zawsze pamiętać, że jesteś częścią większego świata. - Skłoniła łeb, by przyłożyć nos do lodu. - Dziękujemy wam, duchy lodu, za doprowadzenie nas do tego posiłku - wymamrotała. Kallik wyszeptała te same słowa, powtórzył je też Takkik. A potem zabrali się do jedzenia, pomrukując radośnie.
Nim zapadła pora księżyca, mgła się rozwiała i gwiazdy rozbłysły jasno na czystym niebie. Kallik rozciągnęła się na lodzie, pełny żołądek rozgrzewał ją od środka. Matka i brat byli tuż obok. Futra na ich barkach nie mierzwił nawet najlżejszy podmuch bryzy; choć raz wiatr ustał, a morze - obecne głęboko pod lodem - milczało.
- Opowiedz mi jeszcze raz o duchach pod lodem, proszę - zwróciła się do matki.
Takkik zaśmiał się, lecz Nisa trąciła nosem córkę w bok z poważnym wyrazem pyska.
- Gdy biały niedźwiedź umiera, jego duch wsiąka w lód, opadając coraz niżej i niżej, aż w końcu możesz dostrzec tylko cień pod taflą - zaczęła. - Nie powinnaś jednak się ich obawiać, gwiazdeczko. Są tam, by cię prowadzić. Jeśli będziesz dobra, zawsze się tobą zaopiekują i pomogą znaleźć pożywienie lub schronienie.
- Wolałabym, żebyś to ty się mną opiekowała - odparła misia z drżeniem.
- Tak też zrobię - obiecała matka.
- A co z okruchami lodu na niebie? - zapytała Kallik, unosząc pysk. - Czy one też są duchami niedźwiedzi?
- Gdy lód topnieje, duchy go opuszczają i płyną w górę ku niebu, unoszone śnieżnymi wiatrami, lekkie jak płatki śniegu, gdzie przeistaczają się w gwiazdy. Te duchy też cię obserwują, tylko z większej odległości - wyjaśniła Nisa.
- Co to za gwiazda? - zapytał Takkik. - Ta taka jasna. Raz widziałem ją nawet podczas pory słońca. Nigdy się nie rusza, inaczej niż pozostałe.
- To Gwiazda Przewodnia - oznajmiła niedźwiedzica.
- Dlaczego tak się nazywa? - dopytywał syn.
- Ponieważ jeśli za nią podążysz, zaprowadzi cię do miejsca daleko, daleko stąd, w którym śnieg nigdy nie topnieje - odparła matka uroczystym tonem.
- Nigdy? - sapnęła Kallik. - Masz na myśli, że nie nastaje sezon płonącego nieba i moglibyśmy polować bez ustanku?
- Żadnego sezonu płonącego nieba, topniejącego lodu, przymusu jedzenia jagód czy życia na lądzie. Duchy niedźwiedzi tańczą tam na niebie radośnie wśród wielu różnych kolorów.
- Dlaczego tam nie pójdziemy? - spytał Takkik. - Skoro jest tam tak wspaniale?
Siostra przytaknęła jego słowom. Mrowiły ją łapy, czuła, że mogłaby pokonać biegiem całą drogę dzielącą ją od tego miejsca, w którym już zawsze byłaby bezpieczna.
- To bardzo daleko - zaburczała Nisa. - Zbyt daleko, byśmy mogli się tam udać. - Wpatrywała się w dal czarnymi oczami, w których głębi odbijał się księżyc. - Ale może będziemy zmuszeni odbyć taką podróż... kiedyś.
- Naprawdę? Kiedy? - chciała wiedzieć misia, lecz matka właśnie ułożyła łeb na łapach i zamilkła. Wyraźnie nie zamierzała już odpowiadać na żadne pytania. Kallik zwinęła się w kłębek u jej boku i, dopóki nie zasnęła, patrzyła, jak lód migocze w księżycowej poświacie. Śniło jej się, że duchy niedźwiedzi powstały z lodu i zaczęły tańczyć, łapy miały lekkie jak futro, gdy tak dokazywały i ślizgały się na tle zamarzniętego krajobrazu.
O świcie obudziło ją dziwne skrzypienie. Brzmiało jak ziewający głośno niedźwiedź albo wiatr wyjący pod wodą, ale powietrze było nieruchome, a hałas nie dobiegał z nieba, lecz z lodu. Matka już nie spała, człapała naokoło nich z uniesionym nosem.
Kallik dźwignęła się na łapy i otrząsnęła. Futro miała ciężkie od wilgoci wiszącej w łagodnym powietrzu, które nie przypominało już tego rześkiego i przejrzystego z pory księżyca. Odwróciła się do brata, który leżał obok niej na lodzie. Chyba wciąż spał. Trąciła go pyskiem.
- Atak morsa! - ryknął Takkik, podrywając się nagle i zwalając ją z łap. Nisa odwróciła się, warcząc, ale zaraz się uspokoiła, gdy spostrzegła, że jej młode tylko się bawią.
- Cisza - burknęła. - Takkiku, przestań się zachowywać jak dzika gęś. To nie czas na zabawy, musimy się zbierać. - Ruszyła przez lód, nie oglądając się za siebie. Niedźwiadki zerwały się, by za nią nadążyć. Zrzędliwość matki zaniepokoiła Kallik. Dlaczego teraz ich zrugała, skoro wcześniej pozwoliła im dokazywać?
Podczas marszu ponownie usłyszeli to dziwne skrzypienie. Nisa przystanęła i zakołysała łbem, nasłuchując. Wydawało się, że ten jęczący, przeciągły dźwięk pod ich łapami potężnieje. Misia wyczuwała, że matka doskonale wie, co się dzieje. I że oznaczało to coś bardzo złego.
Wtem rozległ się głośny trzask, po którym nastąpił przerażający odgłos ssania, a grunt pod łapami Kallik zaczął się przechylać. Jeszcze przed chwilą płaski, zmienił się w strome zbocze, a ona straciła równowagę i zaczęła ześlizgiwać się ku ciemnej wodzie. Drapała lód, piszcząc z przerażenia, pazury jednak nie znajdowały zaczepienia na jego gładkiej powierzchni.
Ogromna łapa pochwyciła ją i zaczęła wlec z powrotem na stabilne podłoże. Misia zatoczyła się, odciągana przez matkę od szczeliny w lodzie, której krawędzie atakowały łapczywe fale.
- Rany! - krzyknął Takkik. - Lód po prostu przełamał się na dwie części! Myślałem, że pochłonie cię morze i już nigdy się nie zobaczymy!
Nisa syknęła ze złości. Kallik wyjrzała zza jej łap i spostrzegła, że lód przed nimi rozbił się na dwie ogromne bryły, które dryfowały teraz po morzu.
- Już? - wymamrotała niedźwiedzica. - Ale przecież spędziliśmy zbyt mało czasu na lodzie! Jak mamy przetrwać na lądzie, skoro wcześniej nie możemy wystarczająco długo polować? - Dreptała wzdłuż poszarpanego brzegu, powarkując na fale rozbijające się u jej łap.
- Mamo? - zakwiliła Kallik. - Co się dzieje? Czy to... czy to sezon płonącego nieba?
- Za wcześnie na niego. Ale z każdym cyklem topnienie zaczyna się wcześniej. Mamy coraz mniej i mniej czasu na łowy. - Dyszała wściekle. - Tak dalej być nie może.
- Co zrobimy? - spytała misia. - Co się z nami stanie, gdy lód stopi się zbyt wcześnie?
Nisa tylko burknęła, drapiąc krawędź tafli.
- Przeniesiemy się na ląd? - wtrącił Takkik. - Czy nie to właśnie powinniśmy robić, gdy topnieje lód?
- Nie - ucięła matka, unosząc łeb. - Musimy dalej polować, inaczej nie przetrwamy długich, chudych księżyców sezonu płonącego nieba.
- Ale... - zaczęła Kallik, zerkając na wzburzoną wodę i oderwane kawały lodu. "Co, jeśli wszystko stopnieje, nim zdążą dotrzeć do lądu?" - pomyślała ze strachem.
- Musimy kontynuować łowy - upierała się niedźwie-dzica. - Jeszcze nie możemy podążyć na ląd... inaczej zginiemy.
Podjęła marsz, a Takkik podreptał za nią. Misia zamarudziła jeszcze chwilę nad nierówną krawędzią, fale chlupotały u jej łap. Gapiła się na odpływający blok lodu. Jak daleko znajdował się ląd? Czy zostało dość lodu, by mogli po nim przedostać się na niego? A jeśli nie... jaki los ich czeka?