Miesiąc wcześniej
Skończyłem, ale zostałem na sedesie. Per, Hilde i kilka innych osób umawiało się w korytarzu na piątkowe wyjście na piwo. Chciałem odczekać, aż sobie pójdą, aby uniknąć pytań, czy do nich dołączę. Już tyle razy odpowiedziałem "może", że stało się to żartem, swego rodzaju rytuałem. "Może spotkamy się w Dziewięciu Muzach, Terje?" - mawiali ze śmiechem. Nie robili mi w ten sposób przykrości, ale było to nudne. Po chwili zdałem sobie jednak sprawę, że tym razem mam dobrą wymówkę. Pierwszy raz od dawna się wyspałem, więc nie byłem zmęczony, ale właśnie wróciłem z trzydniowego seminarium w Stavanger - rano pojechałem do pracy prosto z lotniska, a zatem nikt by się nie zdziwił, gdybym powiedział, że jestem wyczerpany. Podtarłem się, spuściłem wodę i umyłem ręce, ale kiedy wyszedłem na korytarz, zdążyli już sobie pójść, więc uniknąłem składania wyjaśnień.
Wróciłem na swoje miejsce. Zadzwoniłem do Krajowego Zarządu Dróg i przedstawiciela gminy Meldal, żeby umówić inspekcję terenu, przez który miała przebiegać nowa trasa, następnie otworzyłem raport badawczy o wymyku szarawym oraz ten na temat obszaru chronionego w Dovre, wydrukowałem oba dokumenty i schowałem je do plecaka. Nie miałem siły czytać. Częściowo dlatego, że w domu łatwiej było mi się skupić, a częściowo ze względu na to, że chciałem wyjść wcześniej, aby zdążyć przed piątkowymi korkami. Wziąłem kurtkę i szalik i poszedłem do samochodu.
Korki już zaczęły się tworzyć. Śródmieście stało, ale od tunelu Strindheimstunnellen zator się rozluźnił. Kiedy włączyłem kierunkowskaz i już miałem skręcić do Lade, przypomniałem sobie, że kilka minut wcześniej Marit skończyła lekcje, więc bez zastanowienia wyłączyłem migacz i pojechałem prosto. Bardzo chciałem ją zobaczyć. Podwózka ze szkoły do domu trwa jedynie pięć minut, ale lepsze to niż nic.
Dotarłszy do Skovg?rd, chciałem wjechać na wzgórze i dalej do szkoły, ale zmieniłem zdanie i skręciłem na stację benzynową. Wolałem, żeby wyglądało, jakbym przypadkiem był w okolicy. Gdyby się dowiedziała, że aż tak nadłożyłem drogi tylko po to, by ją odebrać, zrozumiałaby, jak bardzo za nią tęsknię, a tego nie chciałem. Powinna móc robić, na co ma ochotę, bez wyrzutów sumienia z mojego powodu.
Miałem więcej niż pół baku paliwa, mimo to zatrzymałem się przy dystrybutorze i zacząłem tankować. Nie spuszczałem wzroku z chodnika, którym zwykle chodziła, lecz nie pojawiła się tam. Po zatankowaniu objechałem dystrybutory i stanąłem przy punkcie pomiaru ciśnienia opon. Nie chciało mi się sprawdzać ciśnienia, ale wysiadłem z auta, zdjąłem wąż i ukucnąłem przy tylnym kole, aby sprawić wrażenie, że to robię. Cały czas wpatrywałem się w chodnik, na próżno. Po chwili wsiadłem do samochodu i mimo wszystko podjechałem do szkoły. Przy hali sportowej zawróciłem. Pokonałem całą drogę, aż zobaczyłem dom. Wtedy dałem za wygraną i pojechałem do siebie.
Zaparkowałem przy skrzynkach na listy, chwyciłem plecak i walizkę, po czym wszedłem do przedpokoju. Zawołałem, ale mama nie odpowiedziała. Rozebrałem się, odstawiłem buty na półkę, a kurtkę i szalik odwiesiłem na wieszak. Jeszcze raz zawołałem, jednak i teraz nie odpowiedziała. Na pewno jest w sklepie, pomyślałem. Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Była prawie pusta. Tak, na pewno jest w sklepie, utwierdziłem się w przekonaniu. Zamknąłem lodówkę i nalałem sobie szklankę wody, którą wypiłem na poczekaniu, następnie wziąłem ostatni numer "Science", z którym usiadłem w salonie. Gdy tylko otworzyłem czasopismo, poczułem, że nie jestem w pokoju sam. Wstałem i się rozejrzałem, ale mamy nigdzie nie było widać. Nikogo innego też nie, bo kto miałby to być? Usiadłem.
Czytałem o projekcie naukowców z niemieckiego Ulm. Zebrali oni grupę mrówek poszukujących pożywienia, którą później podzielili na dwie mniejsze. Mrówkom z pierwszej grupy odcięto dolną połowę każdego odnóża, a mrówkom z drugiej doczepiono szczudła ze świńskiej szczeciny, aby podwójnie wydłużyć im nogi. Kiedy owady wypuszczono dokładnie w tym samym miejscu, z którego zostały zabrane, okazało się, że mrówki z pierwszej grupy po przejściu połowy drogi zatrzymały się, myśląc, że są już przy mrowisku, natomiast te z drugiej zatrzymały się dopiero po przejściu dwa razy dłuższego odcinka, niż powinny. Innymi słowy mrówki potrafią liczyć swoje kroki, są wyposażone w coś jakby wbudowany krokomierz, dzięki któremu się nie gubią.
Po skończeniu lektury zorientowałem się, że się uśmiecham; byłem zwyczajnie podekscytowany.
Zaraz potem do domu wróciła mama.
- Cześć - powiedziała z radosnym wyrazem twarzy.
Spojrzałem na nią. Nie zrobiła zakupów - nie przyniosła żadnych toreb.
- Gdzie byłaś? - zapytałem.
- Na spacerze - odparła.
- Jeny.
Popatrzyła na mnie. Próbowała udać, że nie rozumie mojego zaskoczenia. Uznałem to za nieco komiczne. Zaśmiałem się, ale przyjaźnie.
- To... dobrze - powiedziałem. - Że byłaś na spacerze.
- Boże - obruszyła się. Nadal wyglądała, jakby nie rozumiała mojego zaskoczenia, ale pokręciła głową z uśmiechem. - Wolno mi chyba pójść na spacer?
- Jasne - zgodziłem się. - Pewnie, że wolno.
Uniosłem pismo, żeby dalej czytać, ale od razu je opuściłem.
- Musimy chyba zrobić zakupy na obiad - odezwałem się. Już chciałem zapytać, czy ma ochotę na pizzę, ale nie zdążyłem.
- Nie jem dzisiaj w domu - oznajmiła.
Jej słowa padły tak niespodziewanie, że nie zdążyłem ukryć zdziwienia.
- Nie? - zapytałem. - A gdzie?
Jej uśmiech zdradzał, że się cieszy.
- Jeszcze nie wiem. - Mówiła, jakby jedzenie poza domem było jej codziennością.
- Z kim? - dodałem. Usiłowałem sprawić wrażenie, jakby nie interesowała mnie odpowiedź, ale mnie przejrzała. Widziałem, jak bardzo jest zadowolona, nie potrafiła tego zataić.
- Z kimś znajomym - powiedziała.
Popatrzyłem na nią bez słowa.
- Co w tym dziwnego?
- Nic, zupełnie nic - odparłem.
Znowu uniosłem czasopismo. Zastanawiałem się, kim może być ta osoba. Z wyjątkiem wieczorów, kiedy grała w bingo, prawie nie wychodziła z domu, więc albo to tam ją poznała, albo to jakaś stara znajomość. Nie chciałem poniżać się dalszym wypytywaniem, ale nie mogłem się powstrzymać.
- No z kim się spotykasz? - rzuciłem, jednocześnie próbując ziewnąć. Oczywiście nie opuściłem też magazynu.
- Nie znasz go.
A więc to "on", pomyślałem.
- Na imię ma Reidar - dodała.
- Jaki Reidar?
Zaśmiała się.
- Dlaczego pytasz?
Opuściłem czasopismo i na nią spojrzałem. Nie chciałem zdradzać, że zamierzam go wygooglować, więc nie powiedziałem ani słowa. Wzruszyłem tylko ramionami, chcąc sprawić wrażenie, że zapytałem bez powodu. Znów usiłowałem czytać. Nie przypuszczałem, że poda mi jego nazwisko, ale to zrobiła; pewnie chciała mi pokazać, że to prawdziwy człowiek, a nie ktoś wymyślony tylko po to, żeby mnie wystraszyć.
- Reidar Austb? - powiedziała.
Opuściłem magazyn.
- Hm? - mruknąłem. Udałem, że umknęła mi jej odpowiedź, bo byłem zbyt pochłonięty czytaniem. Przejrzała mnie. Patrzyła na mnie z szerokim uśmiechem. Zaczęło mnie to wszystko irytować.
- Co? - zapytałem.
Nadal szczerzyła się w uśmiechu.
- Nic.
Uniosłem czasopismo.
- Powiedziałam tylko, że nazywa się Reidar Austb? - powtórzyła.
- Ach tak - bąknąłem.
Krótką chwilę panowała cisza.
- Sam powinieneś gdzieś wyjść. - Próbowała przekonać mnie, że naprawdę tak myśli, ale nie całkiem jej się to udało, bo słowa padły trochę za szybko. - Zamiast siedzieć tu ze mną co wieczór.
Opuściłem magazyn i na nią popatrzyłem. Najpierw tylko siedziałem z otwartymi ustami, jednak po chwili wybuchnąłem śmiechem. Oczywiście rozumiała, skąd taka reakcja, ale starała się udać, że tak nie jest.
- Powiedziałam coś śmiesznego?
- Owszem - odparłem.
Rzuciła mi wściekłe spojrzenie. Prychnęła i poszła do kuchni. Zaraz potem wróciła z pałeczką nawozową, którą wetknęła w ziemię jednej z roślin doniczkowych na parapecie, nie dlatego że roślina tego potrzebowała, tylko żeby mieć pretekst, aby znów mi dociąć, doskonale to wiedziałem.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego odszedłeś od Turid - powiedziała. - Myślałam, że jest wam z sobą dobrze.
Od razu zapragnąłem ją ukarać, ale się nie odezwałem, wystarczył mi uśmiech i przeczący ruch głowy. Wróciła do kuchni. Odczekałem chwilę, następnie odłożyłem czasopismo, wstałem i poszedłem do łazienki. Rozebrałem się, a ubrania położyłem na ławce, obok pustej torby z marketu Biltema i rozdartego opakowania po wentylatorze łazienkowym. Odwróciłem się, żeby spojrzeć na ścianę nad prysznicem. Zepsuty wentylator zastąpiono nowym. Elektrycy nie kupują towarów w Biltema, pomyślałem, a więc to robota tego całego Reidara. Uchyliłem drzwi łazienki, wysunąłem rękę i włączyłem wentylator. Niestety działał. Zamknąłem drzwi na klucz i wszedłem pod prysznic. Namydlając się, przyglądałem się urządzeniu. Miałem nadzieję, że znajdę jakąś usterkę, ale niczego się nie dopatrzyłem, przynajmniej na razie. Skończyłem prysznic i się ubrałem. Zauważyłem plamę na swetrze, więc wrzuciłem go do kosza na brudną bieliznę. Kiedy wyszedłem, mama zaglądała do szafki w kuchni. Nie od razu zorientowała się, że wróciłem.
- Kurde! - zaklęła.
- Co się stało?
Zamknęła szafkę.
- Fajki mi się skończyły.
Nie odpowiedziałem. Podniosłem tylko dzbanek termiczny z blatu i ostrożnie nim potrząsnąłem. Był pusty. Chciałem zaparzyć nowej kawy, ale nie zrobiłem tego, bo najpierw wolałem pójść na zakupy. Odstawiłem dzbanek.
- Widziałem, że masz nowy wentylator w łazience - powiedziałem.
- Tak - odparła.
Skinąłem głową. Próbowałem nadać twarzy poważny wyraz, ale nie zapytała, czy coś nie tak, prawdopodobnie aby uniknąć krytyki, której z pewnością się spodziewała.
- Z jakiej firmy skorzystałaś?
- Dlaczego pytasz?
- Kiedy stary wentylator się zepsuł, czytałem trochę w necie - wyjaśniłem. - Ten nowy to tani model. Eksperci twierdzą, że absolutnie nie powinno się takich montować. Dlatego zdziwiłem się, że jakiś elektryk wybrał właśnie ten. Moim zdaniem to powód do reklamacji.
Mama lekko uniosła podbródek, usta miała mocno zaciśnięte.
- Jak dla mnie ten wentylator jest dobry - stwierdziła.
- Dobrze mieć wentylator, który odprowadza wilgoć z łazienki. - Uśmiechnąłem się, żeby pokazać jak najlepsze intencje. - I który nie zepsuje się po roku czy dwóch.
- Od kiedy tak właściwie jesteś ekspertem od wentylatorów łazienkowych? - zapytała.
- Nie jestem ekspertem od wentylatorów łazienkowych.
- No właśnie - ucięła.
Uniosłem brwi, udając, że nie rozumiem tej nagłej złości.
- Boże. - Roześmiałem się. - Powiedziałem przecież, że czytałem na ten temat w necie, kiedy stary wentylator się zepsuł.
- Od czytania o wentylatorach w łazience nie będzie sucho - skwitowała. - Trzeba też jakiś zamontować.
Popatrzyłem na nią, pokręciłem głową i znów się zaśmiałem.
- Masz głód nikotynowy czy jak?
- Co?
- Co ci jest?
- Zupełnie nic - odpowiedziała.
- Przecież widzę. - Odczekałem chwilę i znów pokręciłem głową. - Powiedziałem tylko, że powinnaś zareklamować wentylator. Nie trzeba zaraz odbierać tego jako obrazy majestatu.
- Obrazy majestatu! - prychnęła.
- Czy zniewagi - poprawiłem.
- Nie czuję się znieważona.
- Pewnie i nie - poddałem się.
- Poza tym to mój dom i mogę w nim robić, co chcę.
- Próbowałem jedynie pomóc - powiedziałem. - Przepraszam, to już się nie powtórzy.
Szeroko się uśmiechnęła.
- I kto tu się czuje znieważony? - rzuciła.
Nie miałem siły dalej dyskutować. Wyszedłem do przedpokoju, włożyłem kurtkę i okręciłem szyję szalikiem.
Mama spojrzała na mnie. Wyglądała, jakby chciała się jeszcze odezwać, ale tylko zasłoniła usta i dwa razy sucho kaszlnęła. Chce, żebym kupił jej fajki, ale nie poprosi mnie o to w tej sytuacji, pomyślałem. Musi pokazać, że znakomicie radzi sobie bez mojej pomocy.
Poszedłem do przedsionka i włożyłem buty. Przypuszczałem, że zatrzyma mnie w ostatniej chwili i poprosi o kupienie paczki prince'ów, ale nie zrobiła tego, była twarda. Wyszedłem z domu i wsiadłem do auta. Włączyłem radiową dwójkę. Mówili o amerykańskich i kanadyjskich klimatologach zajętych rozprzestrzenianiem w internecie wyników badań w obawie przed tym, że rząd Trumpa będzie chciał je skasować. Pomyślałem o wirusach, nie komputerowych, ale o mikroorganizmach wywołujących infekcje. Samego zarażenia się nie zauważa, jednak we właściwym czasie wiadomo, że jest się zarażonym - mruknąłem. Ruszyłem i podjechałem do Coopa. Wszedłem do sklepu, włożyłem do koszyka rostbef, brokuł, paczkę lekko solonych chipsów i butelkę bezalkoholowego piwa imbirowego, po czym udałem się do kasy i wyłożyłem towary na taśmę.
- Reklamówkę? - zapytała kasjerka.
- Nie, spakuję do kieszeni.
Spojrzała na towary, potem znów na mnie. Była całkiem poważna.
- Nie zmieści się - odpowiedziała.
Westchnąłem.
- Żartowałem - wyjaśniłem.
Nie zareagowała od razu, nadal zachowywała powagę.
- Ja też - odezwała się.
Zrozumiałem dopiero po chwili. Dawno już nie śmiałem się przy ludziach, jednak tym razem to zrobiłem. Albo jest inteligentna, albo pochodzi z Finlandii, pomyślałem. Wyjęła reklamówkę z kartonu pod ladą i położyła ją na moich produktach, a następnie spojrzała na mnie z uśmiechem. Reszta dnia będzie dobra, uznałem, więcej mi nie trzeba.
Zapłaciłem, zabrałem zakupy i poszedłem. W domu zastałem mamę rozwiązującą krzyżówkę w salonie. Odwiesiłem kurtkę i szalik na wieszak w przedpokoju i skierowałem się do kuchni, gdzie zacząłem rozpakowywać torbę. Chipsy włożyłem do szafki, wołowinę, brokuł i piwo imbirowe do lodówki, a papierosy zostawiłem na blacie. Wysunąłem szufladę, żeby schować reklamówkę razem z innymi foliowymi torbami, ale nie zrobiłem tego, tylko wpatrywałem się w paczkę papierosów. Nie przypominałem sobie, żebym je dla niej kupił. Oczywiście musiałem to zrobić, w końcu paczka leżała przede mną, ale całkiem wyparowało mi to z głowy. Odłożyłem torbę, zamknąłem szufladę i chwyciłem papierosy.
- Kupiłem ci też fajki - oznajmiłem.
Mama nie skomentowała tego od razu. Pewnie nie wiedziała, jak dużą wdzięczność może mi okazać albo ewentualnie jak bardzo może być jeszcze zła. Wszedłem do pokoju i podałem jej paczkę.
- Och - odezwała się, jakby udając, że wcześniej mnie nie usłyszała. - Dziękuję.
- Proszę - powiedziałem z uśmiechem.
Wróciłem do kuchni. Dobiegł mnie szelest zdejmowanego celofanu.
- Oddam ci, jak tylko wypłacę pieniądze - obiecała.
- Nie, nie, nie - odpowiedziałem.
- Oczywiście, że ci zapłacę.
- Przestań - poprosiłem. - Nie wezmę ani korony.
Odczekała chwilę.
- Uparty jak zawsze - mruknęła z udawaną rezygnacją. Uśmiechnąłem się pod nosem, zgniatając reklamówkę i odkładając ją do szafki. Usłyszałem, jak wstała i wyszła na balkon. Wstawiłem kawę, poszedłem do salonu i opadłem na fotel. Włączyłem NRK. Pokazywali reportaż o El Ni?o, więc od razu wyłączyłem; nie miałem siły, nie teraz. Oparłem się w fotelu i zamknąłem oczy. Zaraz potem mama wróciła. Obejmowała się ramionami, rozdygotana.
- Zimno na dworze - powiedziałem.
Popatrzyła na mnie i potwierdziła ruchem głowy.
- Tak. - Odczekała chwilę. - A ja nie czuję się najlepiej - dodała.
Od razu pojąłem, co próbuje powiedzieć, ale udałem, że nie wiem.
- Ach tak? - zapytałem. - Coś cię bierze?
- Mam takie wrażenie - powiedziała. - Ale nie wiem w sumie, może to też zwyczajne bóle mięśniowe. Pojawiają się na zmianę pogody.
- Niedobrze.
Lekko skrzywiła się z bólu. Poszła do kuchni i napełniła dzbanek kawą, wyjęła z szafki dwie filiżanki i wróciła.
- Zastanawiam się, czy nie zostać dzisiaj w domu.
Popatrzyłem na nią. Próbowałem wyglądać na szczerze zaskoczonego.
- O nie - powiedziałem.
- Jeśli mi się nie polepszy, będę musiała.
- Och, jaka szkoda. - Zabrzmiało, jakbym naprawdę tak sądził. Byłem wręcz pod wrażeniem swoich zdolności.
Postawiła dzbanek z kawą i filiżanki na stole.
- Zobaczę jeszcze - powiedziała. - Poza tym nie wiem, czy jestem już na to gotowa.
- Na co?
- Na spędzanie czasu z ludźmi, którzy piją.
- A on pije? - Zadając pytanie tak szybko, zdradziłem swoje obawy. Zasłoniłem usta dłonią i kaszlnąłem, żeby zmyć złe wrażenie, ale ona nie dała się zbić z tropu. Musiała się uśmiechnąć.
- Chyba nie więcej niż wszyscy - powiedziała. - Ale jest piątek, ludzie na mieście... wiesz, jak to jest.
Skinąłem głową bez słowa.
- Muszę iść do ubikacji - oznajmiła.
Poszła. Chwyciłem dzbanek i nalałem sobie filiżankę kawy. Poczułem rosnący niepokój. To jej życie, mówiłem sobie w duchu, nie mogę odpowiadać za jej wybory. Dorzuciłem do tego jeszcze kilka argumentów, z którymi nikt o zdrowych zmysłach nie mógł się nie zgodzić, ale nadal byłem niespokojny. Zaraz potem mama wróciła. Powoli siadając na kanapie, znowu skrzywiła się z bólu.
- Nie. - Dotknęła jednego ramienia, następnie drugiego. - Coraz bardziej czuję, że będę musiała zostać w domu.
Od razu mi ulżyło, niemal się ucieszyłem. Spiesznie upiłem łyk kawy, żeby ukryć wypływający na twarz uśmiech.
- W takim razie muszę pojechać po więcej jedzenia - powiedziałem.
- Mógłbyś? - poprosiła. - Na wszelki wypadek.
Nie podobał mi się ten "wszelki wypadek", ale postanowiłem zignorować komentarz. Byłem całkiem pewien, że zostanie w domu.
- Może być wołowina? - zapytałem.
- Czy może być? - Pokręciła głową z krótkim śmiechem. - Rozpieszczasz mnie.
- No nie wiem.
- Och tak - upierała się. - Gdybyś tylko wiedział, co jadłam, zanim się wprowadziłeś. Jak by to ująć... Schodziło dużo chleba. A jak już miałam siłę zrobić obiad, zawsze korzystałam z czegoś gotowego, na ogół z puszek. Lekarz też mi powiedział: "Nie dostarcza pani organizmowi dość składników odżywczych. Musi pani zmienić dietę, bo jeszcze źle to się skończy".
Spojrzałem na nią z uśmiechem. Chwilę rozmawialiśmy o gotowych daniach i przyrządzaniu potraw ze świeżych składników. Powiedziałem jej o MOM i glutaminianie sodu, o zawartości soli i tłuszczu w części gotowych dań, które - jak wiedziałem - zwykła kupować, a mama była coraz bardziej zszokowana, w każdym razie chciała, żebym tak myślał.
- Nigdy więcej - postanowiła. - Fuj!
Dopiłem kawę i odstawiłem filiżankę na spodek. Wstając, zauważyłem coś na dywanie. Schyliłem się i podniosłem cząstki skorupek orzechów.
- Chciałam odkurzyć i umyć podłogę w weekend - usprawiedliwiła się mama. - Ale... zobaczę, jak będę się czuła. Jeśli lepiej, możliwe, że się tym zajmę.
- Boże drogi, przecież ja mogę w tym pomóc.
- Dałbyś radę?
- Jasne - potwierdziłem. - Jutro.
Uśmiechnęła się.
- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Popatrzyłem na nią z uśmiechem.
- Zaraz pojadę na zakupy - powiedziałem. - Najpierw przeczytam tylko kilka raportów. Jeżeli potrzebujemy czegoś poza wołowiną, możesz w tym czasie sporządzić listę.
Skinęła głową i posłała mi uśmiech. Wziąłem plecak i walizkę i zszedłem do siebie. Usiadłem przy biurku, włączyłem lampę i wyjąłem raporty. Ten w sprawie obszaru chronionego Dovre postanowiłem przeczytać jako pierwszy. To jego byłem najbardziej ciekaw.