Poczuj Paryż. Alternatywny przewodnik po mieście i jego tajemnicach - Joanna Glogaza

Kup ebooka

59.99 zł
49.79 zł (41,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bonjour!

Która pora roku jest najlepsza na przyjazd do Paryża? Każda! Wszystkie mają do zaoferowania coś wyjątkowego. Wiosenny Paryż to kwitnące wiśnie w parkach, letni - długie wieczory nad Sekwaną, jesienny aż prosi się o wycieczkę po książkę z antykwariatu w Dzielnicy Łacińskiej, z którą siądziemy w kawiarni, zima zaś to świąteczne dekoracje i jeśli naprawdę będziemy mieć szczęście, niezapomniany widok płatków śniegu wirujących wokół wieży Eiffla.

Ale to, co wydaje mi się znacznie ważniejsze od wyboru pory roku, to znalezienie chwili na zastanowienie się, czego tak właściwie chcemy w Paryżu doświadczyć.

Bo to, że nie doświadczymy wszystkiego, jest więcej niż pewne. Mieszkam w Paryżu już drugi rok i wciąż zdarza mi się trafić w sieci na listę "piętnastu najlepszych restauracji", z których nie kojarzę absolutnie żadnej, czy wyjść z metra i stwierdzić, że nie mam pojęcia, gdzie jestem. I gdyby nie punkty orientacyjne, jak wieża Eiffla czy wieża Montparnasse, nie wiedziałabym zupełnie, w którą stronę iść, by dotrzeć do domu. A przecież Paryż pod względem powierzchni jest pięć razy mniejszy od Warszawy!

Widok na Paryż z kopuły Panteonu

Nie znam drugiego tak napakowanego atrakcjami miasta, jak stolica Francji. Ale też nie znam drugiego miejsca, wobec którego przyjezdni mieliby tak duże oczekiwania. A tam, gdzie wielkie nadzieje, nietrudno o wielkie rozczarowanie. To na tyle powszechna dolegliwość, że doczekała się swojej nazwy - syndrom paryski. Odczuwany głównie przez turystów z Azji, którzy pokonują długą drogę, by zobaczyć Paryż jak z filmów, a na miejscu okazuje się, że to po prostu... miasto.

Piękne, niezwykłe, ale wciąż miasto. Ze śmieciarką blokującą przejazd, z myszami w dziale nabiału w supermarkecie (gdy kiedyś pokazałam jedną z nich panu z obsługi, to pokiwał entuzjastycznie głową i powiedział, że ją kojarzy, bo często tam przychodzi), z wdeptanymi w chodnik frytkami, które spadły komuś przy wejściu do metra.

Jeśli ograniczymy się do przemieszczania od jednej topowej atrakcji turystycznej do drugiej, czekają nas tłumy, naganiacze wciskający wszelkiego rodzaju pamiątki i co najważniejsze, stracimy okazję do podejrzenia, jak Paryżanie faktycznie żyją na co dzień.

I od razu warto pogodzić się z brutalną prawdą - turystyczne hity Paryża nie będą wyglądać tak, jak wyglądają na Instagramie. Na zdjęciach zrobionych z idealnym światłem o wschodzie słońca, zanim ktokolwiek się obudzi, dodatkowo podkręconych obróbką. Wiem to doskonale, bo sama jestem fotografką.

Więc zamiast denerwować się, że słupki wyznaczające kolejkę do kasy psują nam kadr, nie ograniczajmy się do "Paryża z folderu turystycznego" i dajmy się zaskoczyć. A nuż okaże się, że zalana bursztynowym światłem wieża Eiffla, dostrzeżona pomiędzy budynkami podczas zachodu słońca w Belleville, zrobi o wiele większe wrażenie niż oglądana z zatłoczonego Trocadéro?

Pozwól, że pokażę Ci moje spojrzenie na Paryż. Z szacunkiem do znanych zabytków, ale i z mnóstwem mniej znanych zakątków. Będziemy kupować najlepsze przysmaki w piekarniach, odkrywać magię paryskich targów staroci i odwiedzać muzea, w których jakby czas się zatrzymał. Podpowiem Ci, co wybrać, by z Paryża wrócić zainspirowanym i nasyconym pięknem, zamiast z totalnym przebodźcowaniem tłumami i hałasem.

Jeden z paryskich vintage shopów

Skąd to wiem? Nie zgadnę, co lubisz, co Cię najbardziej ciekawi. Ale jestem ekspertką w dostosowywaniu doświadczania miasta do siebie i pod swoje zainteresowania. Nie dla mnie jest odhaczanie kolejnych obowiązkowych punktów dla samego ich odhaczania. Wierzę, że najważniejsze jest kierowanie się tym, co faktycznie daje nam radość. Dla jednej osoby będą to klasyczne muzea, dla innej galerie ze sztuką nowoczesną. Ktoś ceni wycieczki rowerowe i dobrą kawę, a ktoś inny buduje cały plan pobytu wokół rezerwacji stolików w wymarzonych restauracjach czy oglądania ciekawej architektury.

Popularnym deserem we francuskich restauracjach jest le café gourmand, espresso podawane z kilkoma drobnymi smakołykami. Często pośród nich znajdziemy mały kawałek ciasta czekoladowego, mini cr?me br?lée czy niewielki słoiczek musu czekoladowego. Dzięki temu można spróbować wielu różnych smaków przy jednej okazji i nie wyjść z kawiarni przejedzonym.

Chciałam zaproponować Ci coś podobnego - różne odsłony Paryża, z których możesz wybrać dla siebie to, co najbardziej pasuje do Twojego ulubionego sposobu spędzania czasu.

Wspominałam o tym, że syndrom paryski dopada turystów wtedy, gdy miasto okazuje się nie spełniać ich oczekiwań. Mam sekretną teorię, że może się też brać z nieprzemyślenia istoty podróży. Kiedy zamiast zastanowić się, co tak naprawdę lubimy robić, jak spędzać czas, staramy się spełniać oczekiwania innych. No bo jak to, pojechać do Paryża i nie wjechać na wieżę Eiffla, nie być w Luwrze czy w Wersalu? Kto to widział! Może się zdarzyć, że podążając ścieżką wyłącznie tego, "co wypada", nie tylko przeznaczymy sporo czasu i pieniędzy na rzeczy, które choć nie dają nam radości, to trzeba je odhaczyć z listy, ale przede wszystkim zwyczajnie się wynudzimy. A do tego przegapimy mnóstwo ciekawych rzeczy, które kryją się tuż za rogiem.

Nie zrozum mnie źle, jeśli akurat wjazd na wieżę Eiffla jest tym, o czym marzysz, śmiało! Choć warto wziąć pod uwagę, że to jedno z niewielu wysokich miejsc w Paryżu, z których... nie widać wieży. Dlatego w dalszej części książki podpowiem Ci kilka mniej i bardziej ukrytych alternatyw. Ale wracając do sedna - nie ma nic złego w znanych zabytkach, w końcu są popularne nie bez powodu. Zastanów się jednak, co jest ważne dla Ciebie i co Tobie sprawia przyjemność.

Pokażę Ci wiele miejsc i aktywności, które Paryż ma do zaoferowania. Podzieliłam je na kilka lokalizacji skupionych wokół najczęściej odwiedzanych miejsc. W ten sposób możesz spróbować różnych "kąsków" Paryża, zupełnie jak przy le café gourmand!

I pamiętaj: Paryż ma o wiele więcej do zaoferowania niż viralowe miejsca z Instagrama.

*

Dwa lata temu wylądowałam z walizką w ręce na lotnisku imienia Charles'a de Gaulle'a, żeby dołączyć do mojego narzeczonego, który dostał się do jednej z paryskich instytucji na tak zwanego postdoka, czyli kontrakt naukowy na czas określony. W naszym przypadku były to dwa lata, więc z góry wiedzieliśmy, że nasza przygoda z Paryżem ma zaplanowany początek i koniec.

Jestem bardzo wdzięczna losowi, że moja praca pozwoliła mi na taką tymczasową przeprowadzkę. Jestem fotografką, piszę książki i prowadzę kursy online. Nie jestem przywiązana do jednego miejsca i bardzo chętnie skorzystałam z okazji do napawania się atmosferą Paryża. Przez ostatnie dwa lata widziałam więcej wystaw niż przez całe swoje dotychczasowe życie. Miałam okazję współpracować z paryskimi fotografami i robić zdjęcia w zapierających dech w piersiach lokalizacjach - od opływającego złotem Palais Monaco, w którym mieści się polski konsulat, po najbardziej filmowy paryski most, Bir-Hakeim, gdzie fotografowałam ceremonię ślubną. No i wygrzebałam znaleziska życia na pchlich targach: lampę w stylu midcentury modern za osiem euro czy włoską skórzaną kurtkę za, dosłownie, jedno euro.

Ale musiałam też nieźle się przyłożyć, by odkryć w Paryżu swoje ścieżki i miejsca. Każdy, kto kiedykolwiek przebywał na emigracji, wie, jak samotne może to być doświadczenie. Nawet, a może zwłaszcza, w tak światowym mieście jak Paryż.

Ponieważ na początku praktycznie nikogo nie znaliśmy, kurek naszego życia towarzyskiego przykręcił się dość drastycznie. Nagle nikt nie zapraszał nas na urodziny czy parapetówki. Okazało się, że po relacje w nowym miejscu trzeba się ruszyć. Znaleźliśmy ulubione bistro (Monaco przy 2 rue Vulpian w 13. dzielnicy), gdzie zawsze mogliśmy zamienić kilka słów z miłą obsługą. Zaczęliśmy chodzić na ping-ponga do lokalnego parku. Dołączyłam do klubu książki w niezwykłym butiku Messy Nessy's Cabinet w Dzielnicy Łacińskiej. Krok po kroku oswajaliśmy Paryż.

Przemaszerowałam też ulicami Paryża setki kilometrów, chodząc na zdjęcia, wyprowadzając psa czy biegając. Często po prostu wracałam pieszo do domu: z sesji fotograficznych, spotkań z klientami, a czasem po prostu wsiadałam z psem do metra, jechałam na losową stację, z której wracaliśmy piechotą.

Z jednej strony miałam dużo czasu, żeby przyjrzeć się Paryżowi z różnych stron, z drugiej - wiedziałam, że zegar tyka, więc miałam motywację, by regularnie ruszać się z kanapy i odwiedzać miejsca, w których jeszcze nie byłam.

Będę też z Tobą zupełnie szczera - starałam się jak najwięcej czerpać z uroków Paryża również dlatego, by zrekompensować sobie stresy związane z przeprowadzką. W myśl zasady: skoro już przez to przeszliśmy, to przynajmniej skorzystajmy! Każdy, kto miał do czynienia z francuską biurokracją, wie, że to zwykle twardy orzech do zgryzienia. Zazwyczaj człowiek wpada w pętlę - bez konta w banku nie można wynająć mieszkania, ale bez adresu nie założymy konta w banku. Nas uratowało tymczasowe zamieszkanie w Stacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk, która mieści się w wystawnej 16. dzielnicy, niedaleko Łuku Triumfalnego. Zajmowaliśmy maleńki pokoik z jednym, jedynym oknem wychodzącym wprost na fontannę na dziedzińcu - można by było przełożyć nogi przez parapet i pluskać stopami w wodzie. Egzotyki dodawało to, że w budynku obok mieściły się korty do squasha, więc przez szum fontanny przebijało się miarowe uderzanie piłki o ścianę.

Wynajmu nie ułatwia też fakt, że zwykle wymagany jest gwarant, czyli osoba, która zobowiąże się płacić czynsz, gdybyśmy my przestali go płacić. Można pomyśleć: wystarczy poprosić kogoś z rodziny. Ale jest haczyk! To musi być Francuz. Na szczęście naszym wybawicielem zgodził się być jeden z profesorów współpracujących z moim chłopakiem. Byliśmy mu ogromnie wdzięczni, bo to niemała prośba - gwarant, tak samo jak osoba chcąca wynająć mieszkanie, musi złożyć dokumenty potwierdzające swoje dochody i masę innych wrażliwych danych.

Podwórko w Dzielnicy Łacińskiej

Kiedy mieliśmy już konto w banku i wielką stertę dokumentów potrzebnych do wynajęcia mieszkania, zaczęliśmy poszukiwania, a właściwie: chodzenie na castingi. Bardzo szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nasza pozycja negocjacyjna jest zerowa. Pamiętam mój szok, gdy przyszliśmy na umówione spotkanie w jednym z mieszkań i zamiast właściciela czy agenta nieruchomości czekał na nas... ogonek ludzi, który ciągnął się po kręconych schodach kamienicy i wylewał się na ulicę. Do dwupokojowego mieszkania wpuszczano po dziesięć osób, wizyta trwała może pięć minut, a i tak czekaliśmy na swoją kolej dobrą godzinę. Następnym krokiem było wysłanie dokumentów właścicielowi lub agencji i liczenie na to, że los uśmiechnie się do nas na tej loterii.

Nie uśmiechnął się. Ani tym razem, ani kolejnym. Nieraz już sobie wyobrażaliśmy nasze życie w jakiejś dzielnicy, picie kawy w miłej kawiarni na końcu ulicy czy spacery z psem w parku pełnym platanów, żeby na koniec dnia dostać SMS-a, że miło było nas poznać, ale ktoś inny okazał się mieć "mocniejsze dossier", bo tak nazywa się gruba teczka z dokumentami, którą trzeba dostarczyć właścicielowi czy agencji. To i tak optymistyczny scenariusz, bo zwykle telefon po prostu milczał. Ale w końcu, jakimś zrządzeniem losu, trafiliśmy na właścicielkę mieszkania mieszczącego się w typowej paryskiej kamienicy. Mieszkała w Prowansji, w Paryżu bywała tylko przejazdem i chciała załatwić kwestię najmu jak najszybciej. Umożliwiła oglądanie mieszkania w środku dnia, gdy większość osób jest w pracy, więc oprócz nas stawili się tylko bardzo młodzi ludzie, pewnie studenci, i jakimś cudem się udało, wybrała nas!

Parę dni później, po załatwieniu wszystkich formalności, w końcu dostaliśmy po pojedynczym, pokaźnym kluczu, jak do wrót średniowiecznego zamku. Mamy mieszkanie! W Paryżu! Pozostało tylko wciągnąć walizki na piąte piętro po krętych drewnianych schodach. Pamiętam, że gdy pierwszy raz weszliśmy do naszej kamienicy, ze zdobionymi drzwiami i posadzką wyłożoną turkusowymi kaflami, śmialiśmy się, że trudno będzie wepchnąć nasze bagaże do maleńkiej windy. Ale bardzo szybko okazało się, że to nie do końca ten adres - "nasze" mieszkanie znajdowało się w oficynie, gdzie nie ma ani zdobionych drzwi, ani pięknej posadzki, ani windy, miniaturowej czy nie. Ale są i plusy. Po kilku ciężkich tygodniach nabrałam formy i teraz nie łapię zadyszki nawet przy wychodzeniu ze stacji metra Abbesses, która położona jest trzydzieści sześć metrów pod ziemią i żeby wydostać się na powierzchnię, trzeba pokonać sto siedemdziesiąt sześć schodów.

Całe to zamieszanie wzięło się stąd, że w Paryżu... nie ma numerów mieszkań! Każda kamienica czy dom ma swój numer, ale poszczególne mieszkania zwykle opisane są na skrzynce pocztowej po prostu nazwiskami mieszkańców. Pół biedy, kiedy w naszym budynku jest dozorca, wtedy paczki czekają po prostu u niego. Nam się ten luksus nie trafił, więc za każdym razem, gdy zamawiając coś kurierem, podajemy adres i piętro, mamy później do sprawdzenia kilka różnych miejsc: pod naszymi drzwiami (jeszcze się nie zdarzyło!), pod drzwiami sąsiada z naprzeciwka, na piątym piętrze we frontowej części kamienicy, no i oczywiście w przypadkowym miejscu w holu.

Ulice Montmartre'u

O tajemnicach paryskich kamienic jeszcze Ci opowiem, bo za zdobionymi fasadami z wapienia kryje się cały sekretny świat. Na razie chciałam Ci tylko opowiedzieć, jak w niewielkim mieszkaniu z turkusowymi okuciami okiennymi, na granicy 5. i 13. dzielnicy, rozpoczęła się moja paryska przygoda.

Zastanawiasz się pewnie, jak to możliwe, że 5. dzielnica sąsiaduje z 13.? To dlatego, że administracyjne części miasta układają się w kształt ślimaka. W ścisłym centrum mamy dzielnice od jedynki do czwórki, z Luwrem i katedrą Notre Dame. Dalej okrążają je piątka, z Dzielnicą Łacińską i Panteonem, szóstka, siódemka z wieżą Eiffla i tak dalej, aż do hipsterskiej jedenastki, gdzie zburzono Bastylię, co stało się symbolicznym początkiem rewolucji francuskiej. Następnie ślimak robi kolejne okrążenie - dwunastka, trzynastka z Chinatown i dalej, przez elegancką szesnastkę, siedemnastkę i osiemnastkę, ze słynną dzielnicą artystów Montmartre, aż do dwudziestki z niezwykłym cmentarzem P?re-Lachaise, gdzie pochowanych jest wiele zasłużonych osób, między innymi Fryderyk Chopin i Jim Morrison.

To z tego powodu jedynka graniczy z ósemką, a ósemka z siedemnastką. Wydaje Ci się to zawiłe? Mnie też! Dużo czasu zajęło mi opanowanie, co jest w której dzielnicy, a i tak bywa, że się mylę. Dlatego miejsca w książce poukładałam według "obszarów zainteresowań" - bardzo często coś ciekawego znajduje się dosłownie tuż za rogiem, ale jest już w kolejnej dzielnicy. Piękny place des Vosges jest w czwórce, ale już fantastyczne Musée Carnavalet, darmowe muzeum historii Paryża, jest w trójce, choć są od siebie oddalone trzy minuty spacerem.