Z powrotem w domu
Dzieci zawsze ześlizgiwały się w królicze nory, wpadały w lustra, były
porywane przez tornada albo powodzie niespotykane akurat o tej porze
roku. Dzieci zawsze "podróżowały", a ponieważ są młode, bystre i pełne
sprzeczności, ich wyprawy nie ograniczały się do tego, co możliwe.
Dorosłość przynosi ze sobą bariery, takie jak grawitacja, przestrzeń
liniowa, pogląd, że pora snu to rzecz obiektywna, a nie sztucznie
narzucone ograniczenie czasowe. Dorośli nadal mogą sturlać się do
króliczej nory albo trafić do zaczarowanej szafy, ale zdarza się to
coraz rzadziej z każdym mijającym rokiem. Może taka jest naturalna
konsekwencja życia w świecie, w którym ostrożność to cecha konieczna do
przetrwania, a logika wyklucza możliwość istnienia czegoś większego i lepszego niż to, co oczywiste. Dzieciństwo się kończy, zasady wypierają
porywy fantazji. Tornada zabijają ludzi, a nie przenoszą ich do
magicznych światów. Gadające lisy są objawem gorączki, a nie
wysłannikami oznaczającymi początek wielkiej przygody.
Lecz dzieci, ach, dzieci... One podążają za lisami, otwierają szafy,
zaglądają pod mosty. Dzieci wspinają się na mury, wpadają do studni i balansują na krawędzi możliwości, aż czasami - tylko czasami - to, co
możliwe, poddaje się i pokazuje im drogę do domu.
Rola zbawcy świata cudów i magii, nim skończy się czternaście lat,
właściwie nie uczy ostrożności, a wiele dzieci wpadających w szczeliny
świata, w którym się urodziły, pewnego dnia otworzy niewłaściwe drzwi,
spojrzy przez niewłaściwą dziurkę od klucza i trafi z powrotem tam, skąd
wyruszyły. Dla niektórych jest to błogosławieństwo. Innym łatwo zostawić
przygody i niemożliwości za sobą, wybrać rozsądek, przewidywalność i świat, z którego pochodzą. Dla innych...
Dla innych pokusa świata, do którego pasują, jest zbyt wielka, żeby
przed nią uciec, i resztę życia spędzą na stukaniu w okna i zaglądaniu w dziurki od klucza, żeby znaleźć drogę do domu. Znaleźć idealne drzwi,
które mogą je tam zaprowadzić wbrew wszystkiemu, wbrew
nieprawdopodobieństwu.
Ich rodzinom może być trudno zrozumieć dzieci, które wróciły. Ludziom,
którzy nigdy nie mieli własnych drzwi, te cudowne dzieci wydają się
kłamcami. Marzycielami. Ci litościwi uważają je za... chore, ci okrutni
- za nienormalne. Coś należy z nimi zrobić.
Na przykład przyjąć do Domu Eleanor West dla Zbłąkanych Dzieci - szkoły
dla tych, którzy wrócili i mają nadzieję znowu odejść, kiedy powieje
właściwy wiatr, kiedy gwiazdy będą jasne, kiedy świat przypomni sobie,
co to znaczy mieć litość dla tęskniących i zagubionych. Tam mogą
przebywać wśród sobie podobnych, zakładając, że w ogóle tacy istnieją.
Mogą przebywać z ludźmi, którzy rozumieją, co to znaczy mieć zamknięte
drzwi do domu. Zasady szkoły są proste. Zdrowiej. Nie trać nadziei. I jeśli się uda, znajdź drogę powrotną do miejsca, do którego należysz.
Żadnych domokrążców. Żadnych gości.
Żadnych kwest.
1. Jedne drzwi się otwierają, inne są wyważane z zawiasów
1
Jedne drzwi się otwierają, inne są wyważane z zawiasów
Jesień zawitała do Domu Eleanor West dla Zbłąkanych Dzieci, objawiając
się w typowy sposób: liśćmi zmieniającymi barwę, brązowiejącą trawą,
zapachem deszczu w powietrzu, zapowiedzią nowej pory roku. Krzaki jeżyn
rosnące w głębi podwórza obsypały się owocami, kilkoro uczniów spędzało
przy nich popołudnia z koszami w rękach; ich palce robiły się fioletowe,
a wściekłe serca się uspokajały.
Kade sprawdzał kit w oknach i uzupełniał go w miejscach, gdzie wilgoć
mogłaby dostać się do środka. Jednym okiem zerkał na bibliotekę, drugim
w niebo.
Angela też patrzyła w niebo, czekając na deszcz, w zwykłych butach na
nogach i z parą zaczarowanych butów przewieszoną przez ramię; ich
sznurówki były zawiązane na skomplikowany supeł. Jeśli światło i woda
połączą się właśnie w taki sposób, jeśli tęcza dotknie miejsca, którego
będzie mogła dosięgnąć, Angela zniknie, a potem będzie biegła i biegła,
aż dotrze do domu.
Christopher, którego drzwi miały się otworzyć - jeśli w ogóle kiedyś
odnajdzie drogę powrotną do domu - w Dzień Zmarłych, siedział w zagajniku za domem i grał coraz bardziej wyrafinowane melodie na
kościanym flecie, próbując przygotować się na rozczarowanie, kiedy drzwi
się nie pojawią, albo na wszechogarniającą radość, kiedy Szkieletowa
Dziewczyna wezwie go tam, gdzie było jego miejsce.
I tak w całej szkole uczniowie szykowali się na zmianę pory roku w sposób, który wydawał się dla nich najwłaściwszy, najbardziej kojący,
najlepszy do przetrwania zimy. Dziewczyny, które trafiły do światów,
gdzie rządziło lato, zamknęły się w swoich pokojach i płakały,
przerażone widmem kolejnych sześciu miesięcy w tym miejscu, które nie
wiedzieć kiedy stało się więzieniem. Inne, przybyłe z krain wiecznego
śniegu, ciepłych futer i słodkiego grzanego wina, cieszyły się, bo
dostrzegły szansę, że jak kwiat otworzy się przed nimi droga powrotna.
Sama Eleanor West, w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat tak żwawa, że
mogłaby uchodzić za sześćdziesięciolatkę - i często właśnie tyle lat
dawali jej ludzie spoza szkoły - chodziła teraz po salach i okiem cieśli
wypatrywała na ścianach wybrzuszeń, a na sufitach śladów pleśni.
Majstrowie co roku musieli dbać o ich stan. Panna West nienawidziła
związanych z tym niedogodności. Dzieci nie lubiły udawać zwykłych
młodocianych delikwentów, odesłanych przez rodziców za podpalenia albo
wybijanie szyb, podczas gdy w rzeczywistości zostały odprawione za
zabijanie smoków i upieranie się przy swoim. Kłamstwa wydawały się
błahe, ale dyrektorka nie mogła winić uczniów, że tak właśnie się czują,
choć sądziła, że zaczęłyby inaczej śpiewać, gdyby zaniedbała konserwację
i komuś spadł na głowę kawał tynku.
Szukanie równowagi pomiędzy potrzebami uczniów a potrzebami szkoły było
męczące, więc Eleanor tęskniła za powrotem do Nonsensu i beztroski,
która, jak wiedziała, gdzieś tam na nią czekała w złotej krainie
przyszłości. Podobnie jak dzieci, które wzięła pod opiekę, Eleanor West
próbowała wrócić do domu, odkąd tylko sięgała pamięcią. W przeciwieństwie do większości z nich, jej walkę odmierzało się w dekadach, a nie w miesiącach. I w przeciwieństwie do większości z nich,
Eleanor widziała, jak dziesiątki wędrowców znajdują drogę powrotną do
domu, podczas gdy sama trwała w tym miejscu i nie mogła za nimi podążyć,
nie mogła zrobić nic, tylko płakać.
Czasami myślała, że może właśnie na tym polega prawdziwa magia tego
świata: tyle dzieci znalazło drogę do domu, będąc pod jej opieką, a jednak żaden rodzic nie oskarżył jej o zaniedbanie ani nie domagał się
śledztwa z powodu zaginięcia ukochanej latorośli. Panna West wiedziała,
że rodzice kochają swoje dzieci. Słyszała, jak ojcowie płaczą; ściskała
ręce żon, które stoicko wpatrywały się w mrok, niezdolne się poruszyć,
niezdolne pojąć ogromu swojego żalu. Ale nikt z nich nie nazwał jej
zabójczynią ani nie zażądał zamknięcia szkoły. Oni wiedzieli. Czuli to w głębi serca. Na długo przed tym, jak zjawiła się u nich z podaniami w ręku, wiedzieli, że dzieci wróciły do nich tylko po to, żeby się
pożegnać.
Jedne z drzwi się otworzyły i wyszła z nich dziewczyna z nosem w telefonie. Eleanor się zatrzymała. Kolizje były nieprzyjemną rzeczą i w miarę możliwości należało ich unikać. Uczennica ruszyła w jej stronę,
nie odrywając oczu od wyświetlacza.
Dyrektorka stuknęła laską w podłogę. Dziewczyna stanęła i podniosła
wzrok. Na jej policzkach wykwitły czerwone plamy, kiedy zobaczyła, że
nie jest sama.
- Eee... - bąknęła. - Dzień dobry, panno West.
- Dzień dobry, Coro. I, proszę, mówi mi Eleanor. Może jestem coraz
starsza, ale nigdy nie byłam panną. A ściślej mówiąc, nie byłam nią w miejscach, do których zwykle wędrowałam.
Cora wyglądała na zdezorientowaną. Taka reakcja nie była niczym
niezwykłym u nowych uczniów. Wciąż przyzwyczajali się do myśli, że
istnieje takie miejsce, gdzie ludzie im wierzą, gdzie opowiadanie o niemożliwych rzeczach spotyka się ze wzruszeniem ramion albo uwagą o czymś równie niemożliwym, a nie z drwiną albo oskarżeniem o brak piątej
klepki.
- Tak, proszę pani - powiedziała w końcu.
Dyrektorka stłumiła westchnienie. Cora wkrótce sama się przekona. Jeśli
nie, to Kade z nią porozmawia. Został jej zastępcą po śmierci Lundy, a Eleanor źle się z tym czuła - był jeszcze chłopcem i powinien nadal
biegać po łąkach i wdrapywać się na drzewa, a nie zajmować się
papierkową robotą i układać program nauczania. Lecz Kade był szczególnym
przypadkiem, a ona nie mogła zaprzeczyć, że potrzebna jej była pomoc. W przyszłości to on miał kierować tą szkołą. Lepiej, żeby już teraz zaczął
się do tego przygotowywać.
- Jak ci idzie aklimatyzacja, kochanie? - zapytała Eleanor.
Cora się rozpromieniła. Zadziwiające, jaka ładna się robiła, kiedy
przestawała wyglądać na ponurą, zakłopotaną i trochę zagubioną. Była
niska i zbudowana z samych krągłości: łagodne wzgórki piersi i brzucha,
lekka pulchność ramion i ud, zaskakująca delikatność nadgarstków i kostek. Oczy miała niebieskie, włosy, długie i niegdyś naturalnie
brązowe jak trawa na podwórku, teraz mieniły się najróżniejszymi
odcieniami zieleni i błękitu jak u tropikalnej ryby.
(Gdyby dziewczyna została tu dostatecznie długo, włosy by jej urosły i wróciły do naturalnego koloru. Eleanor spotykała dzieci, które przeszły
przez te same drzwi co Cora, dlatego wiedziała, choć nie zamierzała jej
tego mówić, że w dniu, kiedy zieleń i błękit zaczną blaknąć - czy to
będzie jutro, czy za rok - drzwi zamkną się na zawsze, a jej uczennica
utknie w tym miejscu, wyrzucona na obcy brzeg).
- Wszyscy są naprawdę mili - zapewniła Cora. - Kade mówi, że wie, gdzie
na kompasie znajduje się mój świat, i pomoże mi poszukać innych ludzi,
którzy tam trafili. A Angela przedstawiła mnie innym dziewczynom. Kilka
z nich również było w wodnych światach, więc mamy o czym rozmawiać.
- To cudownie. - Eleanor mówiła to szczerze. - Daj mi znać, jeśli
będziesz czegoś potrzebować, dobrze? Chcę, żeby wszyscy moi uczniowie
byli zadowoleni.
- Tak, proszę pani. - Uśmiech zniknął. Cora schowała telefon do
kieszeni. - Muszę iść. Razem z Nadyą wybieramy się nad staw.
- Przypomnij jej, proszę, by wzięła kurtkę. Ona łatwo marznie.
Dyrektorka odsunęła się na bok, a Cora oddaliła się pośpiesznie. Eleanor
nie potrafiła już dotrzymać kroku uczniom i uważała, że to dobrze. Im
szybciej przestanie być przydatna, tym szybciej wróci do domu.
Ale starzenie się tak ją męczyło.
***
Cora zbiegła po schodach, lekko przygarbiona, spodziewając się drwin
albo zniewag, ale żadnych nie usłyszała. W ciągu sześciu tygodni, odkąd
zjawiła się w szkole, nikt nie nazwał jej "grubą", co bywało innym
określeniem "potwora". Ani razu. Kade, który nieoficjalnie pełnił rolę
krawca i posiadał kolekcję ubrań, które w ciągu dziesiątków lat
zostawili odchodzący uczniowie, obejrzał ją od stóp do głów i podał
liczbę, po usłyszeniu której Cora miała ochotę umrzeć, póki nie
uświadomiła sobie, że w jego tonie nie ma oceny. On po prostu chciał
dopasować dla niej strój.
Inni uczniowie droczyli się ze sobą, kłócili i wyzywali, ale te
przezwiska zawsze dotyczyły rzeczy, które robili, albo miejsc, do
których trafili, a nie tego, kim byli. Nadya nie miała prawej ręki do
łokcia, a nikt nie mówił na nią "kaleka" czy "inwalidka", co z pewnością
by ją spotkało w dawnej szkole Cory. Jakby wszyscy tutaj nauczyli się
być trochę milsi albo przynajmniej bardziej uważali na język.
Cora była gruba przez całe życie. Jako niemowlę, jako małe dziecko na
lekcjach pływania i jako starsza dziewczynka w szkole podstawowej. Dzień
po dniu dowiadywała się, że "gruba" to inny sposób, by powiedzieć:
bezwartościowa, brzydka, niechciana, odrażająca, bezużyteczna. Zaczęła
im wierzyć w trzeciej klasie, bo co innego miała zrobić?
Potem trafiła do Rowów (nie myśl o tym, jak się tam znalazłaś, nie myśl
o tym, jak mogłabyś tam wrócić, nie rób tego) i nagle stała się piękna.
Nagle była silna, odporna na zimno wody, zdolna nurkować głębiej i pływać szybciej niż ktokolwiek w szkole. Raptem została bohaterką -
dzielną, radosną i kochaną. A w dniu, w którym wciągnął ją wir i wyrzucił na jej własnym podwórku, znowu na suchy ląd, bez skrzeli na
szyi i bez płetw na stopach, chciała umrzeć. Sądziła, że już nigdy
więcej nie będzie piękna.
Lecz może tutaj... może tutaj tak. Może tutaj będzie mogła. Wszyscy inni
walczyli o poczucie bezpieczeństwa, piękna, przynależności. Może jej też
się to uda.
Nadya czekała na ganku, oglądając paznokcie z intensywnością tamy, która
zaraz pęknie. Na dźwięk zamykanych drzwi podniosła wzrok.
- Spóźniłaś się. - W jej mowie krył się duch lekkiego rosyjskiego
akcentu i owijał wokół samogłosek niczym wodorost, blady i cienki jak
bibułka.
- Wpadłam na pannę West na korytarzu przed moim pokojem. - Cora
pokręciła głową. - Nie sądziłam, że tam będzie. Porusza się bardzo cicho
jak na staruszkę.
- Jest starsza, niż wygląda - powiedziała Nadya. - Kade mówi, że ma
prawie sto lat.
Cora zmarszczyła brwi.
- To bez sensu.
- I mówi to dziewczyna, która ma wszystkie odcienie zieleni i niebieskiego na głowie - zauważyła Nadya. - To cud, że twoi rodzice
przywieźli cię tutaj, zanim porwały cię firmy kosmetyczne, żeby odkryć
tajemnicę włosów łonowych jak wodorosty.
- Ej! - obruszyła się Cora.
Nadya się roześmiała i zeszła z ganku po dwa stopnie naraz, jakby nie
ufała, że zaprowadzą ją tam, gdzie chciała iść.
- Mówię prawdę, tylko dlatego, że cię kocham, i dlatego, że pewnego dnia
znajdziesz się na okładkach gazet sprzedawanych w supermarkecie. Zaraz
obok Toma Cruise'a i innych scjentologów.
- Raczej dlatego, że zamierzasz mnie wydać - stwierdziła Cora. - Panna
West kazała mi przypomnieć, żebyś wzięła kurtkę.
- Panna West może sama przynieść mi kurtkę, jeśli tak bardzo chce, żebym
ją założyła. Ja nie marznę.
- Nie, ale wciąż się przeziębiasz, a ona pewnie ma dość słuchania, jak
wykasłujesz sobie płuca.
Nadya machnęła ręką.
- Musimy cierpieć, jeśli chcemy wrócić kiedyś do domu. No, chodź już,
szybciej. Żółwie same się nie odwrócą.
Cora pokręciła głową i przyśpieszyła kroku.
Nadya należała do szkolnych weteranów: spędziła tu pięć lat, od
jedenastego do szesnastego roku życia. W tym czasie jej drzwi się nie
pojawiły, a ona nie poprosiła swoich rodziców adopcyjnych, żeby zabrali
ją do domu. To było nietypowe. Wszyscy wiedzieli, że rodzice w każdej
chwili mogą wypisać swoje dzieci. Wystarczyłoby, żeby Nadya poprosiła, a mogłaby wrócić do życia sprzed... cóż, sprzed wszystkiego.
Z tego, co Cora wiedziała, większość uczniów postanawiała wrócić do
dawnego życia po czterech latach czekania na drzwi.
- Właśnie wtedy się poddają - powiedział Kade ze smutną miną. - Właśnie
wtedy mówią: "Nie mogę żyć dla świata, który mnie nie chce, więc lepiej
nauczę się żyć w świecie, który mam".
Ale nie Nadya. Ona nie należała do żadnej kliki czy kręgu towarzyskiego,
nie miała wielu bliskich przyjaciół - i nie chciała ich mieć - ale też
nie wyjechała. Po lekcjach chodziła prosto nad staw z żółwiami, z wanny
prosto do łóżka, włosy wciąż miała mokre, nieważne, ile przeziębień
złapała, i nigdy nie przestawała wypatrywać w wodzie bąbelków, które
wskazałyby jej drogę powrotną do Belyyreki, Zatopionego Świata i Krainy
pod Jeziorem.
Nadya podeszła do Cory pierwszego dnia w szkole, kiedy ta stała jak
wryta w drzwiach jadalni, zbyt przerażona, żeby coś zjeść - a jeśli
zaczną ją przezywać? - i zbyt przerażona, żeby odwrócić się i uciec - a jeśli będą się z niej śmiać za plecami?
- Hej, nowa dziewczyno - odezwała się wtedy Nadya. - Angela mówi, że
byłaś syreną. To prawda?
Cora zaczęła się jąkać i mamrotać, ale w końcu potwierdziła. Nadya
uśmiechnęła się z zadowoleniem i wzięła ją za ramię.
- To dobrze. Kazali mi znaleźć sobie więcej przyjaciół, a ty chyba się
nadajesz. My, mokre dziewczyny, musimy trzymać się razem.
W następnych tygodniach Nadya została jej najlepszą i najgorszą
przyjaciółką. Wpadała do pokoju Cory bez pukania, nagabywała jej
współlokatorkę i próbowała przekonać pannę West, że mogłyby z Corą razem
zamieszkać. Dyrektorka odmawiała, tłumacząc, że nikt w szkole nie byłby
w stanie znaleźć ręcznika, gdyby dziewczyny, które biorą najwięcej
kąpieli, znalazły się w tym samym miejscu i nawzajem dopingowały.
Cora nigdy wcześniej nie miała takiej przyjaciółki jak Nadya.
Stwierdziła, że jej się to podoba, choć nowa sytuacja wciąż była dość
przytłaczająca.
Staw z żółwiami był płaskim srebrnym dyskiem o powierzchni przeciętej
płaskimi dyskami żółwi zajętych swoimi tajemniczymi żółwimi sprawami w miesiącach poprzedzających hibernację. Nadya podniosła z ziemi patyk i puściła się biegiem, zostawiając Corę, a ta powlekła się za nią jak
wierny balon.
- Żółwie! - wrzasnęła Nadya. - Wasza królowa powraca!
Nie zatrzymała się na brzegu, tylko radośnie wbiegła na płyciznę,
przełamując idealną gładkość tafli. Cora stanęła kilka kroków od skraju
sadzawki. Wolała ocean, wolała jego słoność, uderzenia fal, lekkie
szczypanie na skórze. Słodka woda jej nie wystarczała.
- Wracajcie, żółwie! - krzyknęła Nadya. - Wracajcie i pozwólcie mi was
kochać!
W tym momencie z nieba spadła dziewczyna i z potężnym pluskiem
wylądowała pośrodku żółwiowego stawu. Corę i Nadyę zbryzgała fala
błotnistej wody.
2. Grawitacja przytrafia się najlepszym z nas
2
Grawitacja przytrafia się najlepszym z nas
Dziewczyna wstała, krztusząc się, z wodorostami we włosach i bardzo
zdezorientowanym żółwiem zaplątanym w skomplikowane fałdy jej sukni,
która wyglądała, jakby ktoś postanowił połączyć balową kreację z weselnym tortem, najpierw ufarbowawszy obie rzeczy na wściekle różowy
kolor. Wydawało się również, że suknia się rozpuszcza, spływa z jej
ramion, rozchodzi się w szwach. Zanosiło się na to, że dziewczyna
wkrótce zostanie naga.
Nieznajoma chyba nic nie zauważyła albo może po prostu się tym nie
przejmowała. Wytarła z oczu wodę i rozpuszczający się materiał,
strząsnęła je z rąk i rozejrzała dzikim wzrokiem, aż zauważyła Corę i Nadyę, stojące na brzegu z rozdziawionymi ustami i wytrzeszczonymi
oczami.
- Hej, wy! - krzyknęła, wskazując w ich kierunku. - Zaprowadźcie mnie do
swojego przywódcy!
Cora gwałtownie zamknęła usta, Nadya nadal się gapiła. Obie zawędrowały
do miejsc, gdzie panowały inne zasady. Cora do krainy pięknego Rozumu,
Nadya do krainy nienagannej Logiki. Żaden z nich nie przygotował ich na
kobiety spadające z nieba w deszczu żółwi, zwłaszcza tutaj, w świecie,
który obie uważały za tragicznie przewidywalny i nudny.
Cora pierwsza doszła do siebie.
- Masz na myśli pannę Eleanor? - zapytała.
I ogarnęła ją ulga. Tak. Ta dziewczyna - wyglądała na jakieś
siedemnaście lat - chciała porozmawiać z panną Eleanor. Może była nową
uczennicą, a w połowie semestru właśnie tak wyglądało przyjęcie do
szkoły.
- Nie - odpowiedziała nieznajoma posępnym tonem i skrzyżowała ręce, tak
że żółw zsunął się z jej ramienia i z głośnym pluskiem wpadł do stawu. -
Mam na myśli moją matkę. Ona rządzi w domu, więc tutaj też musi rządzić.
To... - skrzywiła wargi i następne słowo wypluła jak paskudny kęs -
logiczne.
- Jak nazywa się twoja matka? - zapytała Cora.
- Onishi Sumi.
Nadya w końcu otrząsnęła się z szoku.
- To niemożliwe - oświadczyła, piorunując intruzkę wzrokiem. - Sumi nie
żyje.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy. Schyliła się, wyjęła z wody żółwia i cisnęła nim w głowę Nadyi, która w ostatniej chwili się uchyliła.
Suknia, prawie całkowicie rozpuszczona, opadła, tak że nieznajoma była
teraz naga, pokryta jedynie różowawym szlamem. Cora zasłoniła oczy ręką.
Może wyjście dzisiaj z pokoju jednak nie było najlepszym pomysłem.
***
Gdy ludzie poznawali Corę, większość z nich zakładała, że skoro ma taką,
a nie inną tuszę, z pewnością jest leniwa albo przynajmniej prowadzi
niezdrowy tryb życia. To prawda, że musiała bandażować kolana i kostki
przed każdym większym wysiłkiem - kilka pasów taśmy mogło uchronić ją
przed późniejszym bólem - ale poza tym wszyscy mylili się w swoich
przypuszczeniach. Cora zawsze lubiła biegać. Kiedy była mała, matka nie
martwiła się jej wagą, bo nikt, kto widział, jak dziewczynka śmiga po
podwórku, nie uwierzyłby, że coś jest z nią nie tak. Była pyzata, bo
czekał ją okres intensywnego wzrostu, to wszystko.
Kiedy już zaczęła rosnąć, nie wystarczyło to, żeby zużyć jej rezerwy,
ale Cora nadal biegała. Biegała z prędkością, która zdaniem ludzi
powinna być zarezerwowana dla takich dziewczyn jak Nadya, przecinających
wiatr jak nóż zamiast sunąć przed siebie jak żywe chmury - duże, miękkie
i szybkie.
Teraz dotarła do frontowego ganku, dudniąc stopami o ziemię i pracując
rękami, tak pochłonięta biegiem, że właściwie nie patrzyła, dokąd pędzi,
i wpadła na Christophera. Oboje runęli na ziemię. Ona jęknęła. On
wrzasnął. Wylądowali w plątaninie kończyn u stóp ganku, Christopher pod
nią.
- Uch - stęknął.
- Ocholera! - Z przerażenia i stresu jej okrzyk zlał się w jedno słowo.
To była ta chwila, kiedy Cora przestała być nową uczennicą, a stała się
niezdarną, tłustą dziewuchą. Uwolniła kolegę od swojego ciężaru tak
szybko, jak zdołała, ale straciła przy tym równowagę, tak że w rezultacie się od niego odtoczyła zamiast zerwać na nogi. Kiedy oddaliła
się od niego na tyle, że stracili fizyczny kontakt, dźwignęła się na
kolana i, oparta na rękach, zerknęła na niego czujnie. Myślała, że
będzie wrzeszczał, ona się rozpłacze, a tymczasem Nadya zostanie sama z nieznajomą, która wypytuje o martwą osobę. A ten dzień zaczął się tak
dobrze.
Christopher odwzajemnił spojrzenie, patrząc na nią z taką samą
czujnością i z taką samą pretensją. Podniósł z ziemi swój kościany flet
i rzucił urażonym tonem:
- To nie jest zaraźliwe, wiesz?
- Co nie jest zaraźliwe?
- Wejście do świata, który nie jest samymi jednorożcami i tęczami. Nie
da się nim zarazić. Dotknięcie mnie nie zmieni miejsca, w którym byłaś.
Policzki Cory zapłonęły czerwienią.
- O nie! - Cora zamachała przed sobą rękami, co wyglądało, jakby to były
papugoryby desperacko próbujące uciec. - Ja nie... To nie było... To
znaczy ja...
- W porządku.
Christopher wstał. Był wysoki i szczupły, miał brązową karnację i czarne
włosy. W lewą klapę wpiętą miał małą szpilkę w kształcie czaszki. Zawsze
nosił marynarkę, częściowo ze względu na kieszenie, a częściowo ze
względu na gotowość do ucieczki. Jak większość z nich. Zawsze mieli przy
sobie nożyczki, talizmany, buty i inne rzeczy na wypadek, gdyby pojawiły
się drzwi, a oni musieli zdecydować, czy chcą iść, czy zostać.
- Nie jesteś pierwsza.
- Myślałam, że będziesz wściekły i wyzwiesz mnie od grubasek - wypaliła
Cora.
Christopher uniósł brwi.
- Ja... w porządku, nie tego się spodziewałem. Ja, eee... nie jestem
pewien, co na to odpowiedzieć.
- Wiem, że jestem gruba, ale rzecz w tym, jak ludzie to mówią. - Cora w końcu przestała wymachiwać rękami. - Myślałam, że powiesz to w brzydki
sposób.
- Rozumiem. Jestem Amerykaninem meksykańskiego pochodzenia. Czułem się
paskudnie, gdy ludzie z mojej starej szkoły, uważając to za zabawne,
pytali z udawaną troską, czy moi rodzice są legalnymi imigrantami. W końcu doszło do tego, że nie chciałem używać słowa "Meksykanin", bo w ich ustach brzmiało jak zniewaga, a to naprawdę była moja kultura, moje
dziedzictwo i moja rodzina. Więc rozumiem. Nie podoba mi się to, ale to
nie twoja wina.
- W porządku - powiedziała Cora, oddychając z ulgą. Potem skrzywiła nos
i dodała: - Muszę iść. Muszę znaleźć pannę Eleanor.
- Dlatego tak się śpieszyłaś?
- Uhm. - Cora pokiwała głową. - W stawie żółwiowym jest dziwna
dziewczyna, która twierdzi, że jest córką kogoś, o kim nigdy nie
słyszałam, ale Nadya mówi, że ten ktoś nie żyje, więc chyba potrzebny
jest nam jakiś dorosły.
- Skoro potrzebujecie dorosłego, powinnaś poszukać Kade'a, a nie Eleanor
- stwierdził Christopher i ruszył do drzwi. - Kim jest te nieżyjąca
osoba?
- Jakaś Sumi.
Christopher mocno zacisnął palce na kościanym flecie.
- Pośpieszmy się - rzucił nagląco.
Cora ruszyła za nim po schodach prowadzących do szkoły.
Korytarze były chłodne i puste. O tej porze lekcje się nie odbywały.
Uczniowie znajdowali się w różnych częściach kampusu, plotkowali w kuchni, spali w swoich pokojach. Jak na miejsce, które w pewnych
okolicznościach potrafiło eksplodować hałasem i życiem, często bywało tu
zaskakująco cicho.
- Sumi się tutaj uczyła, zanim ty przyjechałaś. Przebywała w Krainie
Słodyczy, wkurzyła tam hrabinę waty cukrowej i została wykopana jako
polityczny wygnaniec.
- Rodzice ją zabrali?
- Została zamordowana.
Cora pokiwała głową. Słyszała o tych morderstwach, o dziewczynie
imieniem Jill, która uznała, że najlepszy sposób na otwarcie drzwi do
domu to pozbycie się tylu ludzi, ile się da. W tych opowieściach było
sporo okropieństw i również trochę wstydliwego zrozumienia. Wielu
uczniów - nie wszyscy, nawet nie większość, ale wielu - zrobiłoby to
samo, gdyby miało odpowiednie umiejętności. Niektórzy chyba nawet żywili
trochę niechętnego szacunku dla tego, co zrobiła Jill. Jasne, uśmierciła
parę osób, lecz w rezultacie wróciła do domu.
- Dziewczyna, która ją zabiła, nie była moją przyjaciółką, niezupełnie,
ale jej siostra tak. Byliśmy... Jack i Jill trafiły do świata zwanego
Wrzosowiskami, jak z horroru, sądząc po ich opisach. Wielu ludzi łączyło
mnie z nimi z powodu Mariposy.
- Świata, do którego ty trafiłeś?
Christopher skinął głową.
- Eleanor nadal nie potrafi stwierdzić, czy to była Kraina Wróżek,
Podziemie czy coś nowego, pomiędzy. To dlatego nie należy za bardzo
skupiać się na etykietkach. Czasami myślę, że właśnie to robimy źle.
Próbujemy znaleźć jakiś sens, nawet jeśli wiadomo, że nigdy się nam to
nie uda.
Cora nic nie odpowiedziała.
Korytarz kończył się zamkniętym gabinetem dyrektorki. Christopher
zapukał dwa razy, a potem otworzył drzwi, nie czekając na zaproszenie.
Eleanor z pędzlem w ręce nakładała farbę olejną na płótno, które
wyglądało, jakby już przyjęło więcej niż jedną warstwę. Kade też tam
był. Siedział w wykuszu z kubkiem kawy w dłoniach. Oboje na nich
spojrzeli, Eleanor z radością, Kade z lekkim zmieszaniem.
- Cora! Przyszłaś ze mną pomalować, kochanie? I Christopher. To cudownie
widzieć, że się zaprzyjaźniacie po tym wszystkim.
Christopher się skrzywił.
- Tak, panno Eleanor. Właściwie to nie przyszliśmy na lekcje malowania.
Ktoś jest w stawie żółwiowym.
- Nadya? - spytał Kade.
- Nie tym razem - odpowiedziała mu Cora. - Ta dziewczyna spadła z nieba,
ma czarne włosy, a jej suknia rozpuściła się od wilgoci. Ona mówi... -
Dotarła do granicy niemożliwości, poza którą nawet ona, niegdyś walcząca
z Wężem z Zamrożonych Łez, nie potrafiła wyjść.
Na szczęście Christopher nie miał takich ograniczeń.
- Mówi, że Sumi jest jej matką. Czy ktoś może pójść nad staw i ustalić,
co, do licha, się dzieje?
Kade usiadł prosto.
- Ja pójdę.
- Idź - powiedziała Eleanor. - Ja tutaj posprzątam. Przyprowadź ją do
gabinetu, kiedy skończysz.
Kade skinął głową i zsunął się z siedziska, zostawiając kubek na
parapecie. Ruszył do wyjścia, zgarniając po drodze Corę i Christophera.
Eleanor w milczeniu odprowadziła wzrokiem całą trójkę. Kiedy drzwi się
zamknęły, oparła głowę na dłoniach.
Świat Sumi, Kraina Słodyczy, był Nonsensem, nieskrępowanym żadnymi
normalnymi prawami, które rządziły innymi miejscami. Pewne proroctwo
mówiło, że Sumi wróci któregoś dnia, pokona armię Królowej Ciast i ustanowi własną oświeconą monarchię. Rozsądek podpowiadał, że przyszłość
spokojnie może robić swoje, skoro istnieje proroctwo. A teraz Sumi nie
żyła, a przyszłość, jakakolwiek miała być, właśnie się rozpadała.
Wszystko się rozpadało, jeśli pozostawiało się różne rzeczy samym sobie.
Przyszłość, przeszłość, bez znaczenia. Wszystko się rozpadało.
3. Córka martwej kobiety
3
Córka martwej kobiety
Nieznajomej już nie było w stawie żółwiowym. Sytuacja się poprawiła, ale
tylko trochę, bo bez wody i żółwi dziewczynie nie zostało żadne okrycie.
Stała w błocie naga, ze skrzyżowanymi ramionami, i łypała gniewnie na
Nadyę, która błądziła wzrokiem, gdzie się dało, byle na nią nie patrzeć.
Christopher zagwizdał, kiedy we trójkę dotarli na wzniesienie. Cora,
która szła po prawej stronie Kade'a, oblała się rumieńcem i odwróciła
wzrok.
- Wygląda trochę jak Sumi, gdyby Sumi była starsza, wyższa i seksowniejsza - stwierdził Christopher. - Ktoś złożył zamówienie w firmie, która zrzuca z nieba piękne japońskie dziewczyny? Przyjmują tam
specjalne życzenia?
- Jedyne dziewczyny, jakie możesz sobie zamówić, pochodzą z firmy
handlującej wyrobami medycznymi - odparował Kade.
Christopher się roześmiał. Cora jeszcze bardziej poczerwieniała.
Nadya, która właśnie ich dostrzegła, gwałtownie pomachała rękami nad
głową, a na wypadek gdyby to nie wystarczyło, krzyknęła:
- Tutaj! Obok tej gołej damy!
- Ciastko to ciastko, nieważne, czy polukrowane - stwierdziła poważnym
tonem nieznajoma.
- Nie jesteś ciastkiem, tylko ludzką istotą, a ja widzę twoją waginę -
warknęła Nadya.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Jest ładna. Nie wstydzę się jej.
Kade przyśpieszył kroku. Gdy zbliżył się dostatecznie, żeby nie musieć
krzyczeć, powiedział:
- Cześć, jestem Kade West, zastępca dyrektorki Domu Elea-nor West dla
Zbłąkanych Dzieci. Jak mogę pomóc?
Naguska opuściła ramiona i zaczęła nimi energicznie gestykulować.
Najwyraźniej obecność dwóch chłopców, oprócz dwóch dziewczyn, które tu
były, kiedy spadła z nieba, zupełnie jej nie przeszkadzała.
- Szukam mojej matki - oznajmiła głośno. - Była tutaj, a teraz jej nie
ma, a ja mam problem, więc znajdźcie ją i natychmiast oddajcie, bo
potrzebuję jej bardziej niż wy!
- Zwolnij - uciszył ją Kade, a ponieważ jego prośba brzmiała rozsądnie,
dziewczyna przestała krzyczeć i spojrzała na niego wielkimi oczami,
nieco oszołomiona. - Zacznijmy od czegoś łatwiejszego. Jak się nazywasz?
- Onishi Rini.
Naprawdę trochę przypominała Sumi, gdyby Sumi pożyła dość długo, żeby
przebrnąć przez zapętlenia i ślepe zaułki dojrzewania, wyrosnąć na
wysoką, smukłą dziewczynę z pełnymi piersiami. Tylko oczy miała inne,
szokująco pomarańczowe, z cienką białą obwódką wokół źrenic i cienką
żółtą obwódką wokół tęczówek.
Jej oczy przypominały cukierki o wyglądzie ziaren kukurydzy. Kade w nie
spojrzał i bez cienia wątpliwości uwierzył, że to córka Sumi, że w jakiejś przyszłości, w jakieś niemożliwej, zwariowanej przyszłości Sumi
wreszcie dotarła do domu, do swojego kukurydzianego farmera. Że gdzieś
tam żyła sobie szczęśliwie, aż jej dawne ja zostało zamordowane i wszystko się posypało.
Czasami życie na peryferiach Nonsensu po prostu nie było sprawiedliwe.
- Jestem Kade - przedstawił się. - A to moi przyjaciele, Christopher,
Cora i Nadya.
- Nie jestem jego przyjaciółką, tylko Utopioną Dziewczyną - sprostowała
Nadya i obnażyła zęby w udawanej groźbie.
Kade ją zignorował.
- Miło cię poznać, Rini. Choć wolałbym, żeby to się stało w trochę
lepszych okolicznościach. Pójdziesz ze mną? Opiekuję się szkolną
garderobą. Mogę znaleźć ci coś do ubrania.
- Po co? - spytała Rini z rozdrażnieniem. - Ciebie też obraża moja
wagina? Czy ludzie w tym świecie ich nie mają?
- Wielu ludzi je posiada, i nie ma w nich nic złego, podobnie jak w twojej, ale pokazywanie genitaliów bez pytania innych o zdanie jest
uważane za trochę niegrzeczne - wyjaśnił Kade. - Eleanor jest w domu,
więc kiedy się ubierzesz, możemy usiąść i porozmawiać.
- Nie mam czasu na rozmowy - oświadczyła Rini. - Potrzebuję mojej matki.
Proszę, gdzie ona jest?
- Rini...
- Nie rozumiem! - Okrzyk zabrzmiał jak wycie udręki. Rini uniosła lewą
rękę. - Nie mam czasu!
- Co jest? - mruknęła Nadya.
Nikt inny się nie odezwał. Reszta wpatrywała się w lewą dłoń dziewczyny
z dwoma brakującymi palcami. Nie zostały odcięte, nie było żadnych
blizn. Rini też się taka nie urodziła; miejsce, gdzie powinny się
znajdować palce, wyglądało jak ziejąca dziura, było zbyt puste. One po
prostu zniknęły, przestały istnieć w tym świecie, jakby jej własna
przyszłość dostosowała się do niepokojącej myśli, że matka nie mogła jej
począć, więc ona nigdy się nie urodziła.
Rini opuściła rękę.
- Proszę - powtórzyła.
- To wszystko zmienia - przyznał Kade. - Chodź.
***
Rini była wysoka i chuda, ale wielu uczniów też było wysokich i chudych,
zbyt wielu, jeśli chodzi o Corę. Nie podobało się jej, że ludzi, którzy
mieli społecznie akceptowalne ciała, czekało w życiu więcej przygód i atrakcji. Wiedziała, że to małostkowa myśl i nie powinna w ogóle przyjść
jej do głowy, a jeśli już, to ona tym bardziej nie powinna oddawać się
takim rozważaniom, ale przecież nie mogła panować nad odruchowymi
reakcjami. Rini miała wyczucie mody pijanego kolibra; pociągały ją
rzeczy jaskrawe, kolorowe i błyszczące, co również nie było niespotykane
wśród uczniów, z których wielu trafiło do światów, gdzie idea
subtelności przegrywała z dużo zabawniejszą ideą rażenia ludzkich oczu.
W końcu Kade namówił ją na tęczową sukienkę na ramiączkach, ufarbowaną w taki sposób, że kolory stapiały się ze sobą jak sorbet w słońcu. Dobrał
jej również klapki, oba w tym samym stylu i takiego samego rozmiaru, ale
jeden pomarańczowy, a drugi turkusowy. Dał jej wstążki do przewiązania
włosów i teraz siedzieli w pięcioro w saloniku Eleanor.
Dyrektorka trzymała splecione dłonie na biurku jak dziecko odmawiające
wieczorną modlitwę.
- ...i właśnie dlatego ona nie może być martwa - dokończyła Rini. Jej
opowieść była długa, zawiła i miejscami pozbawiona sensu, pełna
politycznych zamachów stanu i bitew na popcornowe kulki, które były jak
śnieżki, tylko że bardziej kleiste. Rozejrzała się po obecnych z wyrazem
twarzy, który wahał się pomiędzy triumfem a nadzieją. Przedstawiła im
swoją sprawę, jakby ułożyła puzzle, i teraz czekała na nagrodę. - Więc
możemy pójść i powiedzieć jej, żeby przestała? Ja muszę istnieć. To
ważne.
- Bardzo mi przykro, kochanie, ale śmierć w tym świecie nie działa w ten
sposób - powiedziała Eleanor. Wydawało się, że boli ją każde słowo, bo
jej ramiona coraz bardziej się garbiły. - To logiczny świat. Wszystkie
działania mają tutaj swoje konsekwencje. Martwy to martwy, a pogrzebany
to pogrzebany.
Rini zmarszczyła brwi.
- To głupie i idiotyczne, a ja nie jestem z logicznego świata, podobnie
jak moja matka, więc to nie powinno mieć dla nas znaczenia. Potrzebuję
jej. Muszę się urodzić. To ważne. Ja jestem ważna.
- Wszyscy są ważni - oświadczyła Eleanor.
Rini spojrzała na pozostałych.
- Proszę, zróbcie coś. Niech ta głupia stara kobieta przestanie być taka
okropna i odda mi matkę.
- Nie nazywaj mojej cioci głupią starą kobietą - zaprotestował Kade.
- Nic się nie stało, kochanie - zapewniła go Eleanor. - Jestem głupią
starą kobietą, a byłam nazywana jeszcze gorzej z dużo błahszych powodów.
Nie mogę tego naprawić. Chciałabym, ale nie potrafię.
Cora, która coraz bardziej posępniała, odkąd Rini skończyła swoją
opowieść, spojrzała na dziewczynę i zapytała:
- Skąd się tutaj wzięłaś?
- Właśnie wam opowiedziałam. Moja matka uprawiała seks z moim ojcem tuż
przed zbiorami cukierków kukurydzianych i rok przed tym, jak pokonała
Królową Ciast na Truskawkowym Moście. Macie tutaj seks? Czy ludzie w logicznym świecie rozmnażają się przez pączkowanie? To dlatego tak was
zdenerwowała moja wagina?
Kade zakrył twarz dłonią.
- Hm - bąknęła Cora z płonącymi policzkami. - Tak, my... eee, mamy seks,
ale czy możemy przestać tak często powtarzać słowo "wagina"? Poza tym
chodziło mi o to, jak się tutaj dostałaś? Jak trafiłaś do żółwiowego
stawu?
- Och! - Rini uniosła prawą rękę, w której nie brakowało jeszcze żadnych
palców. Na nadgarstku miała bransoletkę z rodzaju tych, jakie mogłoby
nosić dziecko: koraliki na ciasno zawiązanym sznurku. - Pomadkowy
Czarnoksiężnik pokazał mi, jak tutaj dotrzeć, znaleźć mamę i powiedzieć
jej, żeby przestała robić to, co robi, bo inaczej ja nigdy się nie
urodzę. Powinnam teraz przekradać się przez Melasowe Bagna i wypatrywać
zagrożeń wzdłuż naszej zachodniej granicy. To ważna sprawa. Więc jeśli
moglibyśmy się pośpieszyć, byłoby cudownie.
Po jej słowach zapadła cisza, napięta jak cięciwa tuż przed strzałem.
Rini powoli opuściła rękę i rozejrzała się dokoła. Wszyscy na nią
patrzyli. Christopher głośno przełknął ślinę, a jego grdyka poruszyła
się gwałtownie. W oczach Nadyi lśniły łzy.
- O co chodzi?
- Dlaczego ją tutaj zostawiliście? - zapytał Kade cichym i nagle jakby
groźnym głosem. Wstał i zbliżył się do Rini. - Kiedy Sumi przyjechała do
szkoły, była w rozsypce. Myśleliśmy, że ją stracimy. Myśleliśmy, że
otworzy sobie żyły, żeby wydostać z nich cukierki, a teraz ty się
zjawiłaś, co oznacza, że możesz... że możesz tak po prostu tutaj
przychodzić i wracać, jakby nigdy nic. Jakby drzwi nie miały znaczenia.
Dlaczego ją tutaj zostawiliście? Dlaczego ktoś nie przyszedł i jej nie
zabrał, zanim było za późno?
Rini odsunęła się od niego i gorączkowo przeniosła wzrok na innych,
szukając u nich pomocy. Nadya odwróciła twarz, Christopher pokręcił
głową.
- Nie wiedziałam! - krzyknęła. - Mama zawsze mówiła, że uwielbia waszą
szkołę, że zawarła przyjaźnie, dużo się nauczyła, w głowie tak się jej
rozjaśniło, że w końcu zrozumiała, że sama chciała być pokręcona! Nigdy
nie prosiła, żebym przyszła po nią wcześniej!
- Gdyby to zrobiła, mogłabyś nigdy się nie urodzić - uświadomiła jej
Eleanor. Odchrząknęła i dodała trochę głośniej: - Kochani, proszę, nie
dręczcie naszego gościa. Stało się, przeszłość to przeszłość i choć
szukamy sposobu, że to zmienić, myślę, że powinniśmy się skupić na tym,
co jeszcze można zrobić.
- Te koraliki mogą nas gdzieś przenieść? - zapytał Christopher. - Do
jakiegoś świata?
- Jasne - potwierdziła Rini. - Wszędzie tam, gdzie jest cukier.
Christopher przebiegł palcami po kościanym flecie, wydobywając z niego
duchy nut. Nikt nie mógł ich usłyszeć, ale to nie miało znaczenia. On
wiedział.
- Chyba wiem, jak to naprawić - oznajmił.
***
Pokój w piwnicy należał kiedyś do Jack i Jill, zanim wróciły na
Wrzosowiska, potem do Nancy, zanim wróciła do Krainy Umarłych, a teraz
do Christophera. On żywił w związku z tym przesądną nadzieję, jakby
fakt, że ostatnie trzy mieszkanki zdołały znaleźć drzwi, oznaczał, że
jemu też z pewnością się uda. Myślenie magiczne mogło się wydawać
nonsensowne niektórym ludziom, ale on tańczył ze szkieletami w blasku
nagietkowego księżyca, całował lśniącą czaszkę dziewczyny bez warg i kochał ją jak jeszcze nigdy nikogo i niczego w życiu, więc uważał, że
zasłużył na trochę nonsensu, póki ten pomagał mu przetrwać.
Poprowadził gości do regału z metalowymi półkami przesłoniętego
aksamitną zasłoną.
- Jack niczego ze sobą nie wzięła, kiedy odchodziła - wyjaśnił. - To
znaczy niczego oprócz Jill. Nie starczyło jej rąk.
Jack przeniosła siostrę przez próg jak pannę młodą w noc poślubną,
wracając na bezkresne pustkowia, które były ich wspólnym ideałem, i nie
obejrzała się ani razu. Czasami Christopher nadal śnił, że za nimi
podążył, że uciekł do świata, w którym nigdy nie byłby szczęśliwy, ale
który mógłby uczynić go trochę mniej nieszczęśliwym niż ten tutaj.
- I co z tego? - spytała Nadya. - Jack i Jill były upiorne.
- To, że mam jej wszystkie rzeczy. I wszystkie rzeczy Jill, która
próbowała stworzyć idealną dziewczynę. - Christopher odsunął zasłonę.
Na regale stało kilkanaście słojów z bursztynowym płynem i... innymi
rzeczami. Częściami ludzkiego ciała, których nie powinno się oglądać
oddzielnie. Christopher wspiął się na palce i z najwyższej półki zdjął
galonowy słój. W środku pływały dwie dłonie, które z palcami
rozpostartymi w wiecznym zaskoczeniu wyglądały jak blade rozgwiazdy.
- Pogrzebaliśmy je. - Głos Kade'a był lodowaty.
- Wiem - powiedział Christopher. - Ale zacząłem mieć koszmary po tym,
jak rodzina Sumi zabrała ją, żeby ją pochować. O tym, że jej szkielet na
wieki pozostanie niekompletny. Więc... wziąłem łopatę i wykopałem jej
ręce. Tym sposobem, jeśli ona kiedyś wróci, będzie mogła je odzyskać.
Kade wytrzeszczył oczy.
- Christopherze, naprawdę twierdzisz, że przez cały ten czas dzieliłeś
pokój z uciętymi rękami Sumi? Bo to nie jest normalne, chłopcze. - Jego
akcent z Oklahomy, zawsze silniejszy w chwilach zdenerwowania, był teraz
gęsty jak miód.
Natomiast Rini zupełnie nie wyglądała na poruszoną. Patrzyła na słój
szeroko otwartymi, zaciekawionymi oczami.
- To są dłonie mojej matki? - spytała.
- Tak - potwierdził Christopher, ostrożnie trzymając słój. - Skoro
wiemy, gdzie Sumi jest pochowana, możemy ją poskładać. To znaczy, ja
mogę wywołać ją z grobu i oddać jej ręce.
- Co?... - wykrztusiła Cora.
- Fuj - mruknęła Nadya.
- Szkielety zwykle nie mają dzieci - zauważył Kade. - Co sugerujesz?
Christopher wziął głęboki oddech.
- Sugeruję, żebyśmy wydostali Sumi z grobu, a potem odszukali Nancy. Ona
jest w Krainie Umarłych, prawda? Na pewno wie, dokąd idą duchy. Może nam
powie, gdzie jest teraz duch Sumi, a wtedy my ją poskładamy.
W pokoju znowu zapadła cisza, tym razem pełna namysłu. W końcu Eleanor
się uśmiechnęła.
- To w ogóle nie ma sensu - stwierdziła. - Co oznacza, że może się udać.
Chodźcie, moi drodzy, sprowadźmy waszą zagubioną siostrę z powrotem do
domu.