ROZDZIAŁ I
Eliza Wrońska z zadowoleniem przebiegła wzrokiem po salonie będącym sercem jej domu. Sprawiał wrażenie ciepłego, przytulnego i jako taki stanowił przeciwieństwo typowo zimowej aury, czyli śnieżycy i zawieruchy, panującej za oknem. Na stole, na pięknym, ręcznie haftowanym w śnieżynki obrusie, wśród rozpalonych białych świec czekała rocznicowa kolacja. Właściwie wszystko było dopięte na ostatni guzik i już tylko w ostatniej chwili trzeba było przynieść z piekarnika ciepłe dania.
Kursująca od ponad godziny między salonem a kuchnią Eliza przystanęła na chwilę przed dużym, ozdobnym lustrem, zawieszonym w przedpokoju, łączącym oba te pomieszczenia, i popatrzyła uważnie na swoje odbicie. Wyglądała... zabójczo. Tak, to najlepsze słowo. W czerwonej sukience, podkreślającej jej idealną figurę, z kunsztownym makijażem i burzą blond loków prezentowała się jak modelka, która dopiero co zeszła z wybiegu. Tak właśnie miało dzisiaj być. Perfekcyjnie!
Eliza uśmiechnęła się i mrugnęła okiem do swojego odbicia w lustrze. Następnie jednak zmarszczyła brwi. Miała wrażenie, że o czymś zapomniała. Tylko o czym?! Z głośników ustawionych przy telewizorze wydobywały się dźwięki przeboju duetu Wham! "Last Christmas", ulubionego zimowego hitu wszystkich supermarketów i stacji radiowych. Choinka stała wystrojona już od kilku dni, bo zawsze dekorowali ją z Maćkiem co najmniej tydzień przed Wigilią. Co było nie tak? Ach, oczywiście. Jemioła! Cóż to byłby za jubileuszowy wieczór bez pocałunku pod nią?!
Eliza przeszła do kuchni i wyciągnęła z ogromnej, drelichowej torby kilka zielonych gałązek, kupionych pod supermarketem od zziębniętej staruszki, sprawiającej wrażenie niezbyt zdrowej. Widok drobniutkiej, otulonej starym, wyraźnie sfatygowanym płaszczem kobieciny, nieśmiało i bezskutecznie namawiającej przechodniów do kupienia ostatnich paru gałązek jemioły, wzruszył ją tak bardzo, że zapłaciła dwa razy więcej, niż powinna. Potem jednak...
Eliza poczuła, jak na wspomnienie tego momentu przechodzi jej po plecach zimny dreszcz. Staruszka wzięła bowiem pieniądze, podziękowała za nie z nieskrywanym wzruszeniem i łzami w oczach, a następnie popatrzyła na nią uważnie i nagle chwyciła ją za rękę swoimi pomarszczonymi, lekko trzęsącymi się, lodowatymi dłońmi.
- Niech pani tego nie robi... - poprosiła cichym głosem.
- Czego?! - zdziwiła się Eliza, próbując uwolnić dłoń.
- Tego, co chce pani zrobić wieczorem - wyjaśniła staruszka, nie puszczając jej ręki. - Proszę, niech pani tego nie robi. Tylko płacz z tego będzie i zgryzota. Ciemność, złe moce. A jeśli pani tego nie zrobi, szybko znajdzie pani spokój i szczęście.
Eliza popatrzyła na staruszkę z zaskoczeniem, czując, że w środku wszystko w niej kamienieje. Nigdy nie wierzyła w żadne czary, wróżby, telepatie, jasnowidzenia, duchy i inne nadprzyrodzone zjawiska. Kiedyś w jej starym rodzinnym domu w środku nocy coś zaczęło "straszyć" na strychu. Odgłosy stamtąd dochodziły co najmniej potępieńcze. Nikt nie chciał tam iść i sprawdzić, co się dzieje, a babcia na wszelki wypadek od razu zaproponowała wezwanie egzorcysty, twierdząc, że to na pewno rozrabia duch dziadka, bo - jak się wyraziła - "ten stary koczkodan zapowiedział kiedyś, że będzie ją nawiedzał po śmierci, a był bardzo honorowy i zawsze dotrzymywał słowa". Widząc przerażenie swoich krewniaczek, bo traf chciał, że akurat tej nocy w domu nocowały same panie, Eliza bez chwili wahania, nie czując żadnego strachu, weszła na strych i dokonała inspekcji, zamiast domniemanego ducha dziadka znajdując tam śmiertelnie przerażonego gołębia, który wleciał przez otwarty lufcik i nie umiał znaleźć wyjścia. Teraz jednak miała dowód, że nie wszystko, co się wydarza na świecie, da się logicznie wytłumaczyć. Bo przecież staruszka nie mogła nic wiedzieć o jej planach! A jednak jej ostrzeżenie zabrzmiało tak, jakby była pewna tego, co mówi.
- Bardzo panią proszę... - powtórzyła błagalnym głosem starowinka.
- Niech się pani nie wygłupia! - krzyknęła zdenerwowana Eliza i gwałtownym gestem uwolniła rękę. - Do widzenia!
Handlarka posłała jej smutne spojrzenie, westchnęła, zgarnęła swoje klamoty i, nie mówiąc już ani słowa, zaczęła się oddalać. Eliza odprowadziła ją wzrokiem, aż do momentu, kiedy starsza pani zniknęła za rogiem ulicy.
Teraz przypomniała sobie tę scenę i znów poczuła zaniepokojenie. Może jednak nie powinna wcielać w życie swojego planu? Z drugiej jednak strony pracowała nad nim przez tyle tygodni, przygotowała się tak starannie, zadbała o każdy szczegół. I nadal czuła w duszy ten głos, który podpowiadał jej, że to, co zrobi, będzie dla niej najlepsze. Pozwoli jej poczuć ulgę i zacząć żyć na nowo. Bez tego ciągłego bólu, który czuje od dnia, kiedy dowiedziała się, że...
Dźwięk domofonu oznajmił jej, że nie ma już czasu na rozmyślania. Za chwilę trzeba będzie zacząć wcielać w życie to, co do tej pory było tylko wizją jej wyobraźni.
Koniec, kropka. Klamka zapadła.
- Witaj, kochanie! - Maciej Wroński zamknął za sobą drzwi, podszedł do niej i cmoknął ją w policzek. Miał lodowate usta i jego pocałunek nie należał do przyjemnych. - Przepraszam, że się spóźniłem, ale znasz moją firmę. Wizja dwóch dni bez żadnych transakcji sprawia, że dzisiaj mieliśmy trzy razy więcej pracy. Boże Narodzenie u progu nie jest żadną wymówką, gdy słupki w Excelu muszą się zgadzać! Zwłaszcza komuś, kto niedawno został wiceprezesem wielkiej korporacji!
"I nawet ci, draniu, powieka nie drgnie", pomyślała Eliza, jednocześnie uśmiechając się słodko.
- Kupiłeś wino? - zapytała.
- O cholera! - Mąż złapał się za głowę. - Na śmierć zapomniałem!
- Wiedziałam, że nie ma co liczyć na twoją pamięć - rzekła Eliza - i sama je kupiłam. Przebierz się i siadajmy do stołu!
Maciek zniknął na moment w swoim pokoju. Kiedy wrócił, na stole czekał już komplet potraw, a Eliza właśnie nalewała do talerzy zupę pomidorową z parującej wazy.
- Zacznijmy od prezentów... - zaproponowała, odkładając łyżkę i sięgając po małe pudełko, w którym znajdował się rocznicowy prezent dla męża, czyli spinki do mankietów.
- Cudowne! - Maciek rozpromienił się nie tyle na widok sprezentowanych mu ozdób, ile widocznego na pudełku logo znanej z zawyżania cen firmy, która je wyprodukowała.
"Jaki z niego snob", pomyślała z rozbawieniem Eliza. "Gdyby tylko wiedział, gdzie i za ile kupiłam te spinki, zanim je przełożyłam w to stare opakowanie, to nie założyłby ich nawet do ubikacji".
- Najlepszego, kochanie! - Maciek sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej nieco pogiętą na rogach białą kopertę.
Eliza z lekkim zdziwieniem wyciągnęła ze środka karteluch, na którym przeczytała, że jest on "kuponem na 30% zniżki na zabieg stylizacji paznokci z użyciem lakierów hybrydowych" w studiu "Ale Pazurki!" oraz że "nie podlega on wymianie na inną usługę, ani nie może być zamieniony na gotówkę ani żadną inną formę płatności". Pomna tego, że wzmiankowane studio znajduje się na parterze bloku, w którym mieszkają, natychmiast nabrała pewności, że mąż przypomniał sobie o ich rocznicy w ostatniej chwili i wszedł do pierwszego lepszego lokalu, jaki mu się nawinął. Opanowała się jednak i popatrzyła na niego z udawanym zadowoleniem, myśląc jednocześnie, że i tak miała szczęście, że zamiast "Ale Pazurków" jej ślubny nie odwiedził działającego obok sklepu dla wędkarzy i nie uraczył ją na przykładem pudełkiem robaków na przynętę. Ewentualnie gumiakami.
- Pomyślałem, że będziesz miała blisko - wyjaśnił Maciek niepewnym głosem - bo przecież jesteś taka zajęta... A tak to sobie skoczysz i... i...
- ... wystylizujesz - dokończyła Eliza, przy okazji bez specjalnego zdziwienia konstatując, że mąż nie wie nawet, co jej podarował. - Piękny prezent!
- No i życzę ci, aby wszystkie twoje kolejne dni były tak szczęśliwe jak ostatnio. - Maciek wyraźnie odetchnął i pocałował ją w policzek.
"Z pewnością będą. Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo...", pomyślała Eliza.
- A ja tobie - powiedziała miękko - żebyś dał radę odnaleźć się w nowych warunkach.
W oczach Maćka zobaczyła satysfakcję.
- Uffff, widzę, że już przebolałaś mój awans - stwierdził z zadowoleniem. - Myślałem, że będziesz się dąsała dłużej.
- Mamy jubileusz, nie pora na kłótnie - powiedziała Eliza, usuwając sobie sprzed oczu wizję tego, co naprawdę miała na myśli, mówiąc o nowych warunkach, a co z pewnością zmazałoby z twarzy jej męża ten nieznośny, kabotyński uśmieszek. - Poza tym, skoro będziesz teraz bywał w domu rzadziej, to i ja znalazłam sobie coś tylko dla siebie. Opowiem ci o tym potem, a teraz siadajmy, bo twoja ulubiona lasagne stygnie, o zupie już nawet nie wspominając!
Szybko wymienili kurtuazyjne pocałunki i zasiedli do stołu. Eliza powoli jadła niewielką ilość zupy, którą sobie wcześniej nalała, cierpliwie czekając, aż Maciek skończy pałaszować swój pełen talerz pomidorowej. Następnie wyniosła naczynia do kuchni, skąd wróciła z półmiskiem lasagne i nałożyła mu sporą porcję. Jej talerz pozostał pusty. Nie było w tym nic dziwnego. Źle trawiła ser i unikała go, jak tylko mogła, a poza tym, w trosce o swój wrażliwy żołądek, zawsze robiła przerwy między daniami. To różniło ją od męża. Zjedzenie nawet o połowę mniejszej porcji zajmowało jej z reguły dwa razy więcej czasu niż jemu.
- Byłam niedawno na Bielanach - stwierdziła, kiedy Maciek zaczął konsumpcję wizytówki włoskiej kuchni. - Spotkałam tam Krysię. Pamiętasz ją? Studiowałyśmy razem, a potem ona zakochała się w jakimś francuskim dyplomacie i zamieszkali razem pod Paryżem. Mieliśmy ich odwiedzić, ale jakoś nigdy nie było nam po drodze.
Mąż, zajęty przeżuwaniem sera, pokręcił tylko przecząco głową.
- No tak, ty widziałeś ją tylko kilka razy - przypomniało się Elizie. - Więc Krysia się rozwiodła i wróciła do kraju. Poszłyśmy razem na kawę.
- A co ty właściwie robiłaś na Bielanach? - zaciekawił się Maciek między kęsami.
- Będę tam miała spotkanie autorskie w takiej fajnej starej księgarni - Eliza zajmowała się pisaniem książeczek dla dzieci, do których robiła też od razu ilustracje. - W przyszłym miesiącu.
- Cudownie! - Maciek sięgnął po dokładkę lasagne.
Eliza obserwowała go, czując z jednej strony narastający niepokój, z drugiej satysfakcję. Czy powinna już zacząć...? Nie, Maciek to duży facet, z pewnością potrzebuje więcej czasu.
Przez kilka minut opowiadała o Krysi i burzliwych kolejach jej związku z dyplomatą, który po sześciu latach małżeństwa wywiózł swą lubą do Maroka, mamiąc ją wizją "cudownych wakacji i zakupów w Marrakeszu", a potem już na miejscu usiłował przehandlować jakiemuś bogatemu arabskiemu przedsiębiorcy w zmian za dwa wielbłądy i kontrakt na wyłączność na dostawę oleju arganowego do fabryki kosmetyków, w którą zainwestował wszystkie oszczędności. Kiedy zaś Krysia zareagowała oburzeniem na propozycję, żeby "trochę się zabawiła" z przedsiębiorcą, a następnie, słysząc pocieszające zdanie, że przecież "Arabowie szybko nudzą się kobietami, więc długo to nie potrwa", wymierzyła mężowi siarczysty policzek, ten stwierdził, że skoro nie chce wspierać jego kariery, to znaczy, że jej na nim nie zależy i że muszą się rozstać. Krysia wymierzyła mu kolejny cios, tym razem kolanem w miejsce, które u każdego mężczyzny jest zdecydowanie najbardziej wrażliwe na ból, czym prędzej opuściła hotel w Maroko, a potem ich wspólny apartament pod Paryżem i wróciła do Polski, przez cały czas nie mogąc się pogodzić przede wszystkim ze skromną liczbą wielbłądów, na jaką wycenili ją obaj panowie. Z pewnością była warta więcej niż tylko dwa. Co najmniej pięć, a kto wie, czy nawet nie dziesięć!
Maciek wysłuchał tej opowieści z rozbawieniem, przez cały czas, ku radości Elizy, nie przestając jeść.
- Gdy już tak siedziałyśmy i gadałyśmy, Krysia pokazała mi tego arabskiego przedsiębiorcę na Facebooku. Powiem ci, że całkiem nieźle się prezentuje. Przystojny, seksowny, fajny facet. Załatwia też interesy w Polsce.
- Czyżbyś chciała mi powiedzieć, że mogę cię przehandlować? - zaciekawił się Maciek, puszczając do niej oko. - Tylko, co ja zrobię z wielbłądami?
- Możesz je hodować na balkonie - poradziła mu Eliza. - Co ciekawe, ten facet nie jest Marokańczykiem, tylko Egipcjaninem...
Jej mąż sięgnął po rybę po grecku.
- ... i nazywa się Karim Fahmi.
Maciek zmarszczył brwi.
- Jak się nazywa? - zapytał zaskoczony.
- Karim Fahmi - powtórzyła Eliza. - Te zdjęcia na Facebooku zostały zrobione w czasie imprezy, którą zorganizował w Krakowie jakiś rok temu.
Wyraz twarzy Maćka zmienił się raptownie. Eliza znała go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jej mąż zaczyna właśnie kojarzyć fakty i powoli opanowuje go strach.
- Na tym zdjęciu w tle widać dwie osoby - kontynuowała. - Przytulone do siebie i całujące się namiętnie. Ponieważ jedną z tych osób doskonale znam, zaciekawiłam się, kim jest ta druga...
- Kochanie... - zaczął Maciek, ale Eliza pogroziła mu placem.
- To nieładnie przerywać komuś w środku zdania - powiedziała stanowczo. - Potem będziesz miał czas, aby coś powiedzieć. Na razie pozwól, że skończę. Jak mówiłam, bardzo mnie zafrapowało, kim jest ta druga osoba. Trochę podzwoniłam, trochę pomyszkowałam, odwiedziłam kilka miejsc i wyobraź sobie, jakie było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że owa kobieta... Zaznaczyłam już, że to była kobieta? Więc, że owa kobieta jest od trzech lat szczęśliwą mężatką. Zdobyłam nawet imię i nazwisko jej męża. Chciałam go zapytać, tak z czystej ciekawości, czy nie przeszkadza mu, że jego żona obcałowuje się publicznie z innymi mężczyznami, kiedy ktoś mi pokazał tego męża.
- Skarbie... - Maciek położył rękę na brzuchu i zaczął go delikatnie masować. - Coś jest nie...
- Jeszcze chwila! - ucięła kategorycznie Eliza. - Jaki ty jesteś zawsze niecierpliwy. Nigdy nie dasz niczego dokończyć! Więc kiedy już wiedziałam, kim jest ów mąż i jak wygląda, zaczęłam się zastanawiać, jak udaje mu się godzić ze sobą wszystko to, co robi. Mówiąc wprost, zaczęłam go śledzić. I powiem ci, że cholernie mi zaimponował.
Maciek masował się po brzuchu coraz bardziej intensywnie, po jego twarzy przebiegł grymas bólu, a na czole pojawiły się pierwsze kropelki potu.
- Naprawdę źle... - zaczął, ale Eliza kolejny raz nie dopuściła go do głosu.
- Nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że można być aż tak perfekcyjnie zorganizowanym, mieć zaplanowaną bez mała każdą sekundę życia - mówiła dalej. - Naprawdę, chapeau bas! Pracowita mróweczka albo pszczółeczka. Wychodzić z jednego domu o czwartej nad ranem, żeby - Eliza zrobiła w powietrzu znak cudzysłowu - zdążyć na pociąg do Gdańska, i od razu jechać do drugiego, a tam właśnie "wrócić z inspekcji" we Wrocławiu. Genialne! Absolutnie genialne! Do tego dwie różne historie życiowe, dwa różne zestawy znajomych. Jakim sposobem nigdy ci to się nie pomyliło?
Maciek nie próbował jej już przerywać. Miał zamknięte oczy. Widać było, że walczy z bólem. Prawda jednak wciąż nie docierała do jego umysłu. Nie przypuszczał, że za moment nie będzie już w stanie nic zrobić, choć nadal zachowa, przynajmniej przez jakiś czas, pełną świadomość tego, co się wokół niego dzieje.
- Przyszło mi do głowy, że może ta druga kobieta uczestniczy w tym świadomie - kontynuowała Eliza - i postanowiłam to sprawdzić. Zaprosiłam ją na kawę. Podałam się za dziennikarkę, która zbiera materiały do artykułu o podręczniku do nauki HiT-u. Wiesz, tego, z którego wynika, że za każdym razem, gdy się bzykniesz z kimś dla przyjemności, to upada cywilizacja. Swoją drogą przynajmniej raz powiedziałeś prawdę. Pamiętam, jak kiedyś graliśmy ze znajomymi we flirt towarzyski i wylosowałeś pytanie o to, z kim najczęściej miewasz fantazje erotyczne. Wybrałeś "seksowną panią od historii". Myślałam, że żartujesz, ale o dziwo, była to prawda! Spotkałyśmy się więc i porozmawiałyśmy sobie. Szybko zorientowałam się, że ona żyje w takiej samej błogiej nieświadomości jak ja kilka tygodni wcześniej. Muszę ci zdradzić, że kiedy jej nakreśliłam sytuację, zareagowała bardzo wybuchowo. Myślałam, że praca z dziećmi uczy spokoju, ale tutaj miałam do czynienia z prawdziwą erupcją wulkanu. Gdy już jej wypukałam z głowy chęć natychmiastowego, jak to się wyraziła, "wykastrowania tego skurwiela", doszłyśmy do wniosku, że możemy to załatwić inaczej.
Maciek wydał z siebie cichy jęk, jego ręka zsunęła się z brzucha na udo, a ciało przechyliło bezwładnie na lewą stronę. Eliza wstała i podtrzymała go, a następnie z lekkim wysiłkiem powoli zsunęła z krzesła na podłogę. Po chwili podłożyła mu pod głowę dwie poduszki i skierowała jego twarz w stronę fotela, w którym usiadła.
- Wiem, że mnie widzisz i słyszysz - powiedziała - i tak jeszcze będzie przez kilkanaście minut. Coś, co dodałam do kolacji, też pochodzi z Egiptu. Ironia losu, prawda? Saksitoksyna, cudownie działająca substancja paraliżująca, pozyskiwana z małży i ostryg. Na egipskim bazarze można czasem kupić naprawdę zaskakujące rzeczy. Z reguły ta toksyna prowadzi do zgonu, ale podobno są organizmy na nią odporne, więc w sumie masz jakąś szansę. Choć skoro tak błyskawicznie cię sparaliżowało, to chyba jednak niewielką. Na czym to ja skończyłam? A, wiem. Zastanawiałyśmy się, jak to zrobić, żeby pozbyć się ciebie z naszego życia raz a dobrze. Bo nie ukrywajmy, ale jednak trochę nas twoje postępowanie zraniło. No dobrze, nie trochę. Bardzo nas zraniło. Rozważałyśmy przez jakieś trzy minuty, czy ci nie odpuścić, ale ostatecznie w wyniku głosowania ustaliłyśmy, że tego nie zrobimy. Jeśli spojrzysz na to z drugiej strony, to przegrałeś różnicą zaledwie dwóch głosów. Zawsze to jakaś pociecha, prawda? Kłóciłyśmy się jeszcze trochę o wymiar kary, ale ostatecznie zdecydowałyśmy się na najwyższy. A wiesz, co jest najfajniejsze? Jutro, kiedy ciebie już nie będzie, każda z nas z ogromną rozpaczą zgłosi ten fakt na policję. Zacznie się śledztwo i szybko dojdą do tego, co zrobiłeś. Kiedy zaś odwiedzą każdą z nas, żeby nam opowiedzieć tę niewiarygodną historię, będziemy bardzo zaskoczone. Wręcz zaszokowane! Myślę nawet, że możemy uronić kilka łez albo wpaść w histerię. Zapytam: "Jak to możliwe?! Przecież mnie kochał, dbał o mnie, miałam go za najuczciwszego człowieka na świecie". Poczekaj no, bo nieładnie wyglądasz... Nie chcę cię takim zapamiętać...
Sięgnęła po serwetkę i wytarła strużkę śliny, która wypłynęła z ust Maćka.
- O, teraz o wiele lepiej - stwierdziła z zadowoleniem. - Ale ponieważ nie do końca sobie ufamy, podzieliłyśmy się robotą sprawiedliwie. Jedna z nas wyprawi cię na tamten świat, a druga zajmie się tym, aby twoje ciało nigdy się nie odnalazło. O, w samą porę...
Zza okna dobiegał odgłos zapalania silnika samochodowego.
- Pamiętasz, jak zawsze marzyłeś o domu z basenem? - zapytała Eliza, pochylając się nad mężem. - Tu ci się nie udało, ale w twoim drugim życiu, zacząłeś go budować. Piękny basen. Kryty, żeby można było pływać o każdej porze roku. I właśnie zrobiono tam wylewkę. Wszystko, co potrzebne, aby ją nieco poprawić i trochę zmodyfikować, jest jeszcze na miejscu. Zapewne bardzo się ucieszysz, że spędzisz w nim całą wieczność.
Dźwięk dzwonka zagłuszył jej ostatnie słowa. Eliza wstała i wpuściła do domu drugą kobietę. Po chwili obie stanęły nad Maćkiem.
- Zostało nam jeszcze jedno - powiedziała Eliza, patrząc na trzymaną w dłoniach gałązkę jemioły. - Ostatni pocałunek. Która z nas będzie pierwsza...?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki