2
- Zgodziła się, żebyśmy tu byli? - spytała Anissa, kiedy tylko Ryan wrócił na pomost.
- Oczywiście. Żadnych problemów.
- Dobrze. Skąd się znacie?
- Dorastała w tym domu. Jej brat, Kirk, jest jednym z moich najbliższych przyjaciół. Byliśmy razem w klasie. Ona o parę lat niżej.
Mężczyzna zignorował wymowne spojrzenie Anissy. Między nim a Leigh nie było nigdy żadnych romantycznych uczuć. Podejrzewał, że Leigh nie wiedziała, iż Kirk oznajmił wszystkim, aby nawet nie próbowali się zbliżać do jego siostry.
- Ona jest pielęgniarką, prawda? W jaki sposób stać ją na mieszkanie tutaj? - Anissa odwróciła się, stojąc na pomoście. To był piękny dom na wspaniałej działce tuż przy jeziorze.
- Wykwalifikowaną pielęgniarką. I nie jest naszą podejrzaną.
- Nie mówię, że jest, po prostu pytam.
Denerwowało go, że Anissa jest taka logiczna, jednak nie znała Leigh i jej pytanie było słuszne.
- Jej ojciec był prawnikiem, a potem sędzią tu, w mieście. Obydwoje rodzice mieli już po czterdziestce, kiedy zdecydowali się na adopcję. Kirka z Boliwii, a Leigh z Chin.
- Był?
- Pan Weston zmarł pięć lat temu. Atak serca - wyjaśnił. - Pani Weston w zeszłym roku na raka.
- Leigh mieszka sama?
- Tak podejrzewam. Nie słyszałem, żeby miała jakiegoś lokatora. Wprowadziła się w okolicach Bożego Narodzenia. Kirk zadzwonił i poprosił, abym na nią zwracał uwagę. - Leigh prawdopodobnie o tym również nie wiedziała. Ani o tym, że jej brat powiedział Ryanowi o prześladowcy, z którego powodu przeniosła się z powrotem do Carrington.
Anissa skinęła głową.
- Jak myślisz, jak dobrze zna się na monitoringu, który tu jest zainstalowany?
Biorąc pod uwagę jej motywację do przeprowadzki, pewnie dobrze.
- Dlaczego pytasz?
- Wygląda na to, że kilka kamer jest skierowanych w tamtą stronę. Zastanawiam się, czy są w stanie odnotować łódkę na jeziorze.
- To mało prawdopodobne - odparł.
- Wiem.
- Co się z tobą dzieje? Poszukujesz najmniej możliwych opcji, a nie sprawdziliśmy nawet tych najbardziej logicznych. Nie podoba ci się, że to mnie kapitan Mitchell dał tę sprawę?
Był na dyżurze, więc i tak ta sprawa powinna należeć do niego, jednak ostatnio przypadło mu w udziale kilka największych śledztw i pojawiły się spekulacje, że kolejnym poważnym dochodzeniem powinna pokierować Anissa.
- Nie. Zupełnie nie. - Szybkie zaprzeczenie z jej strony wydawało się szczere. - Zajmę się częścią podwodną śledztwa, a resztę zostawię tobie. Tylko...
- Tylko co?
Westchnęła.
- Wygląda na to, że ta sprawa może szybko ucichnąć.
Najeżył się, słysząc te słowa. Było zbyt wcześnie na takie komentarze. Znaleźli ciało dopiero parę godzin temu.
- Znajdziemy zabójcę. - Musiał w to wierzyć.
Anissa nie odpowiedziała. Zerknęła na zegarek, po czym utkwiła wzrok w jeziorze.
- Kto jest teraz pod wodą? - spytał.
- Adam i Lane. Wkrótce powinni się wynurzyć.
- Natknęli się na coś jeszcze?
Znaleziono już obciążniki, łańcuchy i kawałek płyty pilśniowej, wszystkie rzeczy, które mogły służyć do porzucenia ciała.
Twarz kobiety sposępniała.
- Nie.
Śmigłowiec wykonał kilka okrążeń wokół jeziora. Prawdopodobnie ekipa telewizyjna potrzebowała paru ujęć do dzisiejszych wiadomości albo nadawali na żywo. Policjantka próbowała to ignorować, kiedy czekała, aż Adam i Lane pojawią się na powierzchni.
Potrwało dłuższą chwilę, zanim wyciągnięto ciało. Podnoszenie zwłok z takiej głębokości było czymś, co wszyscy ćwiczyli, jednak nigdy nie robili tego naprawdę. Trening i trzymanie się procedur opłaciły się. Wydobycie przebiegło sprawnie i bezpiecznie.
Zwłoki były pozbawione nie tylko głowy i dłoni, ale także stóp. Głębokość i niska temperatura wody w jeziorze spowolniły rozkład, ale specjalistka medycyny sądowej, doktor Sharon Oliver, zamierzała sprowadzić do pomocy antropolożkę kryminalną, aby przyjechała w poniedziałek i dokładnie zbadała ciało. Dobra wiadomość była taka, że Ryan lubił tę specjalistkę. Była błyskotliwą kobietą, która świetnie współpracowała z biurem szeryfa. Zła wiadomość to fakt, iż co najmniej do poniedziałku rano nie będzie możliwa żadna identyfikacja.
Adam i Lane wypłynęli na powierzchnię i cała grupa zebrała się na końcu pomostu Leigh.
- Co musimy zrobić, żeby ten śmigłowiec sobie poleciał? - rzucił Gabe.
Ryan poklepał go po ramieniu.
- Po prostu patrz w dół.
Gabe nie znosił, gdy ktoś robił mu zdjęcia. Tak się działo z ludźmi, którzy kiedykolwiek pracowali pod przykrywką.
- Dobrze. - Spojrzał na pomost. - Mogę zejść na dół, ale nie jestem pewny, czy znajdziemy resztę tego faceta. Po co odcinać mu kończyny, żeby wyrzucić je w pobliżu? - powiedział mężczyzna. - Morderca pozbył się ich gdzie indziej.
- Albo sobie zostawił - stwierdził Adam.
Grupa wydała z siebie zbiorowe jęknięcie.
- Co? - Detektyw śledczy zajmujący się przestępstwami gospodarczymi, Adam Campbell, nie miał zamiaru się poddawać. - Może nie chcecie tego powiedzieć na głos, ale ja wiem. - Uniósł rękę w kierunku Anissy, która zamierzała mu przerwać. - Wiem, że nie mamy jeszcze żadnych dowodów. Ale jeśli ktoś zadaje sobie trud i odcina wszystko, a potem wyrzuca zwłoki z takimi obciążnikami w jedno z najgłębszych miejsc na jeziorze, to wymaga planowania. Nie możemy wykluczyć możliwości, że morderca jest zbieraczem.
Nikt się z tym nie sprzeczał. Ponieważ nikt nie był w stanie. Nie trzeba było śledczego z FBI, aby wiedzieć, że ktokolwiek to zrobił, był poważnie zaburzony. Ale kolekcjoner? Czy mogli mieć seryjnego zabójcę na wolności w Karolinie Północnej?
- To mógł być gang - odezwał się Gabe. - Myślę przynajmniej o trzech, które mogłyby stać za czymś takim. Chociaż nie sądzę, że pojawiły się w Carrington.
Okrutny gang albo seryjny morderca? Oznaczało to, że w mieście działo się coś złego. Ryan powstrzymał napływ myśli. To były jedynie hipotezy. Wymagały dowodów.
- Zacznijmy od faktów i idźmy tam, dokąd nas poprowadzą. - Mówiąc, patrzył po kolei na wszystkie osoby w grupie. - Sprawdzimy wszystkie możliwości. Teraz skończmy obszary, które wcześniej wyznaczyliśmy. Nie chcę, żeby się potem okazało, że była tam jakaś poszlaka, którą przegapiliśmy.
Narada się zakończyła, a Ryan i Gabe przygotowywali się do zejścia na dół.
- Co u Leigh? - spytał Gabe.
- Dobrze. - Sprawdził manometry na butlach.
- Tak myślałem - mruknął pod nosem mężczyzna.
- Zaczekaj. Skąd znasz Leigh?
- Gdzieś tam ją widziałem.
- Ale gdzie?
- Na pogotowiu, w kościele. Jest piękna. Szczególnie jeśli lubisz dziewczyny z długimi, czarnymi włosami, które poruszają się z pewnością siebie i wdziękiem, tak jak ona. Parę razy mnie opatrywała. Ma delikatne dłonie.
Ryan nie odpowiedział.
- Twoje milczenie sugeruje, że nie tylko się ze mną zgadzasz, ale i nie chcesz, żebym w ogóle o tym mówił.
- To młodsza siostra mojego najlepszego kolegi.
- To siostra Kirka. Jest już dorosła i jestem pewien, że sama potrafi podejmować decyzje. Mogę się założyć, że on chciałby mieć takiego szwagra jak ty. - Gabe zaśmiał się z własnego żartu, zakładając maskę na twarz.
Ryan próbował się skupić na swojej rutynie przed wejściem do wody. Nurkowanie było świetne, ale była to równocześnie poważna sprawa. Nie mógł się rozpraszać myślami o brązowych oczach i kształtnych ustach Leigh... Nie, nie, nie. Nie zmierzał w tamtym kierunku. Nie z młodszą siostrą Kirka. Z nikim. Stawiał czoła różnym niebezpieczeństwom - nurkowaniu, rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, opiece nad siostrzeńcem i siostrzenicą - wszystkie groźne i warte podejmowania ryzyka, ale żadnych związków. Nie. Absolutnie. To było coś, od czego chciał się trzymać jak najdalej.
Wziął powolny oddech i zanurzył się w jeziorze. Nie spodziewał się, że cokolwiek znajdzie, ale powaga sytuacji wymagała, by się postarać. Gdzieś tam ktoś zastanawiał się, co dzieje się z tym człowiekiem. Mogli przynajmniej poszukać reszty jego szczątków.
Leigh jedną ręką podtrzymywała tacę z kanapkami, a drugą sięgnęła po dwie paczki chipsów z kuchennego blatu. Żałosny poczęstunek, ale było to wszystko, co miała. Nie spodziewała się przecież dzisiaj goszczenia grupy policjantów. Miała jedynie nadzieję, że nastroje po skromnym posiłku poprawi dobry deser.
Normalnie nie miałaby nawet tyle jedzenia, gdyby nie planowała przygotowania czegoś dla swoich współpracowników. Większość z nich przynosiła z domu kanapki na dwunastogodzinne zmiany na oddziale ratunkowym, a było miło mieć w pokoju socjalnym coś, co można było przekąsić, kiedy biegało się z jednej sali do kolejnej.
Szła powoli przez trawnik w kierunku pomostu. Mogłaby przejść tą ścieżką z zamkniętymi oczami, ale znając jej szczęście, dziś pewnie by się przewróciła. W pobliżu Ryana Parkera zachowywała się zawsze niezdarnie i jeśli dzisiejszy poranek miał coś pokazać, to jedynie to potwierdził.
Dlaczego faceci stawali się z wiekiem jeszcze przystojniejsi? To nie było fair. Ryan był uroczy jako chłopiec. Ale jako mężczyzna był... Odczuła ściśnięcie w żołądku. Nie chodziło jedynie o jego twarz czy budowę ciała, chociaż i tutaj nie można mu było niczego zarzucić. W przypadku Ryana zawsze podobała się jej jego osobowość. Ekspresyjność. Jego śmiech. Ile nocy przesiedziała w ciemności, słuchając, jak on i Kirk żartują w pokoju obok? Wiedziała o Ryanie więcej, niż mogło mu się wydawać.
Skupiła myśli na chwili obecnej. Warto było wracać do wspomnień, ale żyła przecież w realnym świecie. A w tym realnym świecie faceci tacy jak Ryan Parker nie doczekiwali do trzydziestki, nie żeniąc się, chyba że mieli problemy z poważnymi zobowiązaniami. Nie było to jednak ważne. Ona nie szukała teraz związku.
Głęboki głos przerwał jej zadumę:
- Pozwól, że ci pomogę.
W ułamku sekundy, kiedy uświadomiła sobie, że to przyjazny głos, inna część jej mózgu z trudem pohamowała krzyk, który stał się jej odruchową reakcją na zaskoczenie. Z jej ust wydobyło się stłumione piśnięcie.
Odczuła gorąco na twarzy i karku. Nigdy wcześniej nie była krzykaczem. I nie piszczała... jakkolwiek to nazwać. Terapeuta powiedział, że to minie z czasem. Kłamca.
Ryan wziął od niej tacę z kanapkami.
- Wszystko w porządku? - spytał cicho.
Leigh zrobiła kilka uspokajających wdechów, po czym skinęła głową.
- Tak.
Mężczyzna odezwał się głośniej.
- Co my tu mamy?
Nie wiedziała, dlaczego nie zadawał tylu pytań co wcześniej, ale cieszyła się, że nie konfrontował się z nią przed swoimi współpracownikami.
- Niewiele. Trochę kanapek. Ser pimento i sałatka z kurczaka.
- Nie musiałaś tego robić.
- Byliście tu cały dzień, a nie widziałam, żeby ktokolwiek z was się stąd ruszał.
- Mamy jakieś przekąski.
- A teraz jeszcze parę kanapek.
Zaśmiał się.
- Gdzie chcesz, żebym to postawił?
Leigh wskazała na stół piknikowy blisko brzegu jeziora.
- Może być tu?
- Pewnie. - Postawił tacę na skraju stołu, a potem wziął od niej chipsy.
- Dzięki. - Odwróciła się, żeby pójść do domu.
- Dokąd uciekasz?
- Nigdzie nie uciekam - odparła. - Chcę przynieść coś jeszcze.
- Pójdę z tobą.
Nie sprzeciwiła się. Może powinna, ale zwykle nie kręciła się sama na zewnątrz. Szczególnie że zapadał zmierzch. Kiedyś tak robiła. Gdy dorastała, przesiadywanie na pomoście po ciemku było jednym z jej ulubionych zajęć. Nasłuchiwała odgłosów nocy - wody obmywającej brzegi jeziora Porter, dźwięków rozmów z pobliskich domów, odległego szumu silników motorówek. Spędzała w taki sposób długie godziny. Marzyła o przyszłości i modliła się nad decyzjami, które miała podejmować. Na pomoście czuła się bliżej Boga niż gdziekolwiek indziej. Nie była pewna, gdzie popełniła błąd, ale gdzieś po drodze On przestał odpowiadać. A może nie udzielał odpowiedzi, skoro ona była zbyt zajęta, by w ogóle mówić? Pomost nie był już jej sanktuarium. Kiedy nie pracowała, spędzała wieczory w domu, za zamkniętymi drzwiami. Z włączonym monitoringiem, działającymi kamerami i naładowaną bronią. Odkąd wprowadziła się tu w grudniu, to był pierwszy raz, gdy przebywała na zewnątrz o tak późnej porze. Zapomniała, jak bardzo jej tego brakowało. Kolejna rzecz, jakiej pozbawił jej prześladowca.
Odsuwała melancholijne wspomnienia jak najdalej od siebie. Może mogłaby skorzystać z obecności policji i spędzić kilka wieczorów na pomoście. Chociaż cały ten "trup w jeziorze" wcale nie sprawiał, że taki scenariusz stałby się prawdopodobny.
- Po co wracamy do domu? - spytał Ryan.
- Po lemoniadę... herbatę... deser.
- Mam wezwać wsparcie?
- Myślę, że sobie poradzimy.
- Skoro tak twierdzisz.
Uśmiechnęła się na myśl o jego sceptycyzmie, kiedy w milczeniu wchodzili pod górę. Starała się wymyślić coś, o czym można porozmawiać. Nie chciała, aby zadał jej jakieś poważne pytania.
- Wróciłeś do Carrington prosto po studiach?
- Tak. Wiedziałem, że tak będzie. Nigdy nie chciałem mieszkać gdzie indziej.
Mogła to rozumieć.
- Jak znalazłaś się w Durham? - spytał.
O jejku...
- Mieliśmy w szkole onkologię - ostrożnie dobierała słowa - i spodobało mi się to bardziej, niż się spodziewałam. Po skończeniu studiów dostałam propozycję pracy i przyjęłam ją. Nie znaczyło to, że nie chciałam mieszkać tutaj. Po prostu praca, jaką chciałam mieć, była tam. Potem zdecydowałam, że wrócę na uczelnię i dokończę studia magisterskie, więc pracowałam i równocześnie studiowałam. Zostałam tam po tym, jak uzyskałam dyplom pielęgniarki.
- Rozumiem. Chyba. Nie wiem, czy mógłbym w ten sposób pracować. A co takiego zainteresowało cię w onkologii? Większość ludzi twierdzi, że to bardzo przygnębiająca dziedzina.
- Nie może być bardziej przygnębiająca od twojej pracy - odparła. - Zanim dotrzesz do swoich ofiar, wszystkie już nie żyją. Moi pacjenci przynajmniej mają szansę. Wielu z nich żyje całkiem długo.
Odrzucił głowę w tył i zaśmiał się. Ona nie mogła zrobić nic innego, jak tylko do niego dołączyć.
- Punkt dla ciebie - powiedział, przytrzymując dla niej drzwi, kiedy wchodzili do kuchni.
Wyciągnęła z lodówki lemoniadę i herbatę.
- Nadal nie odpowiedziałaś mi na pytanie, dlaczego wybrałaś onkologię. Nie zrozum mnie źle, myślę, że to bardzo ważna praca. Nie jestem tylko pewny, jak ktoś może powiedzieć, że to uwielbia.
- To skomplikowane.
- Przypuszczam, że dam radę nadążyć za wątkiem.
- Ale jesteś denerwujący.
- Słyszałem to już wcześniej.
Leigh oparła się o drzwi lodówki.
- Myślę, że przyciągnęło mnie poczucie, że to ważne. Że niezależnie od efektu mogę zmienić coś w życiu ludzi. Albo pomagając im żyć dłużej, niż sądzili, albo... trzymając ich za rękę, kiedy umierają.
Usłyszała, jak Ryan szepnął: "Wow", i wyczuła podziw w tonie jego głosu. Przyszedł czas, by porozmawiać o czymś lżejszym.
Wyciągnęła z lodówki schłodzone ciasto i postawiła na blacie.
Ryan otworzył oczy szerzej.
- Czy to jest to, o czym myślę?
Jej mama nazywała to ciasto: "lepsze niż wszystko inne", a Leigh nie zapomniała, że był to ulubiony deser Ryana.
- Nie mogę uwierzyć, że właśnie to przygotowałaś. - Rozglądnął się po kuchni. - Spędziłem w tym domu wiele szczęśliwych chwil.
- Ja też - przyznała. - To było wspaniałe miejsce na dorastanie. - Chciałaby znaleźć sposób, by uczynić je jak najlepszym dla siebie dorosłej.
- Brakuje mi twojej mamy - powiedział. - Bardzo mi przykro.
Leigh przełknęła ślinę.
- Dziękuję. Była gotowa. Chciała być z tatą i z Jezusem. Nie chciała przechodzić żadnych dziwnych terapii, a w momencie, kiedy wiedzieliśmy już, z czym mamy do czynienia, nie dało się nic zrobić.
- To dlatego wróciłaś? Aby się nią zaopiekować?
- Nie. Wzięłam trochę wolnego, ale mama zmarła, zanim nawet zaczęłam rozważać przeprowadzkę.
Jednak przecież to wiedział, nieprawdaż?
- Więc...
Najwyraźniej nie zamierzał odpuszczać.
- Potrzebowałam zmiany - rzekła. - A ktoś musiał zamieszkać w tym domu w lecie. Ani Kirk, ani ja nie byliśmy gotowi, by wynajmować go turystom, ale nie chcieliśmy też, żeby popadł w ruinę.
- Ma to sens - odparł.
Jego słowa potwierdzały, że przyjął jej wyjaśnienie, jednak wyraz twarzy sugerował, że doszukiwał się czegoś jeszcze.
Wziął napoje, Leigh włożyła ciasto, serwetki i papierowe talerzyki do koszyka, po czym wyszli na zewnątrz.
Kobieta zatrzymała się, by zamknąć drzwi. Odgłosowi zamka towarzyszyło delikatne piknięcie.
- Anissa chciała, abym się spytał o twój system bezpieczeństwa - powiedział Ryan.
- A co dokładnie?
- Czy masz dostęp do kamer, czy to się odbywa gdzieś na zewnątrz?
- I to, i to - odrzekła. - Kamery gromadzą około dwutygodniowe zapisy. Niektóre działają cały czas, inne mają czujnik ruchu. Dlaczego pytasz?
- Czy któreś z nich obejmują obszar jeziora?
- Niewielki - stwierdziła. - Kamery znajdują się na pomoście i wzdłuż linii granicznej terenu. W dzień widać najwyżej do połowy jeziora.
- Pozwoliłabyś nam sprawdzić, co masz? A może dałoby się uniknąć skasowania tego, co jest obecnie dostępne?
- Myślisz, że na moich kamerach jest coś, co pomogłoby wam z tym ciałem?
- Szczerze? Wątpię w to. Ale nauczyłem się, żeby nie ignorować żadnych możliwości. Czasem znajduje się rzeczy, których się nie szukało, i są to informacje, które prowadzą do rozwiązania zagadki.
- Okej. Chcecie to zobaczyć dzisiaj? Idę do pracy o jedenastej...
Ryan nagle się zatrzymał, a Leigh musiała się odwrócić, żeby na niego popatrzeć.
- Pracujesz? Dziś w nocy?
To był problem?
- Tak. Mam pracę.
- Nie. - Potrząsnął głową. - Nie o to mi chodziło. Myślałem, że pracujesz na dwunastogodzinne zmiany.
Skąd znał jej godziny pracy?
- To znaczy, tak przypuszczałem. Większość pielęgniarek, które znam, pracuje w taki sposób. Masz inne godziny jako pielęgniarka dyplomowana?
Nie było szans, by się z tego wyplątał.
- Kirk do ciebie zadzwonił, prawda?
- Hm? - Ryan ruszył szybkim krokiem w dół zbocza.
- Nie uciekaj ode mnie, Ryanie Parker.
Mężczyzna zatrzymał się, ale nie odwrócił. Kiedy Leigh go dogoniła, zaatakowała go:
- Mój brat do ciebie dzwonił? Powiedział ci, żebyś na mnie uważał? Obserwujesz mnie?
- Nie! Tak! To znaczy, nie w taki sposób.
Minęła go zdecydowanym krokiem. Powinna być zdenerwowana... wściekła. Ale jeśli miała być wobec siebie szczera, nie była tym zaskoczona. Nawet jeżeli tego nie potrzebowała, było to dokładnie w stylu Kirka. Zawsze się o nią troszczył. A przynajmniej próbował.
- Leigh, przestań. - Dłoń Ryana dotknęła jej łokcia.
Kobieta aż podskoczyła.
Puścił ją natychmiast, jak porażony prądem. Czy była aż tak okropna? A może wiedział?
- Przepraszam - rzucił.
Wiedział.
- Co jeszcze mówił ci Kirk?
Ryan nie dawał za wygraną. Ani się nie wycofał. Podszedł bliżej.
- Powiedział mi, że prześladował cię jeden z pacjentów.
Zacisnęła zęby. Wspaniale. Po prostu wspaniale. Tamten człowiek rujnował jej życie nawet zza grobu. Najpierw sprawił, że jej codzienność przez osiem miesięcy była koszmarem, a teraz z jego powodu wychodziła na ofiarę w oczach jedynego człowieka, któremu nie chciała pokazać swojej słabości. Ryan zawsze traktował ją jak młodszą siostrę. Ona nigdy nie myślała o nim jak o bracie.
- Kirk mówił, że ten pacjent już nie żyje, a ty zdecydowałaś się przeprowadzić do rodzinnego domu, aby zacząć od nowa. Jest to jak najbardziej logiczne. Wsadziłem za kratki kilku prześladowców, którzy działali tak szybko, że inaczej nie dało się ich powstrzymać. Cieszę się, że ten człowiek nie posunął się wobec ciebie aż tak daleko, Leigh. Naprawdę się cieszę.
Nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć.
- Jeśli kiedykolwiek chciałabyś o tym porozmawiać, chętnie posłucham. Ale jeśli wolałabyś nigdy więcej nie poruszać tego tematu, to dla mnie też w porządku.
Potrwało chwilę, zanim była w stanie wydobyć z siebie jakiekolwiek słowa.
- Dziękuję - wyszeptała.
Ryan odchrząknął i skinął w kierunku jeziora. Ruszyła za nim i razem weszli na ścieżkę. Wydawało się, że nie spieszył się, aby przerwać milczenie, a ona w ciągu kilku sekund uspokoiła swoje nerwy i oddech, po czym ponownie się odezwała:
- Zazwyczaj pracuję na dwunastogodzinne zmiany. Ale w poprzedni weekend zaczynałam wcześniej, więc nasza oddziałowa oznajmiła, że dziś mogę zacząć o jedenastej. Jeśli chcesz, chętnie pokażę ci te nagrania z monitoringu, zanim wyruszę do pracy.
- Super - odparł, kiedy stawiali napoje i ciasto na stole piknikowym.
Zawołał resztę grupy, jak gdyby nigdy nic.
Może to, że wiedział, nie było aż taką katastrofą. Może...