Pod tymi samymi gwiazdami - Libba Bray

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (52,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LAS DODAUER PÓŁNOCNE NIEMCY

22 GRUDNIA 1941 ROKU

Musiały się spieszyć, bo zostało im mało czasu.

Z każdym kolejnym krokiem eleganckie buty na obcasach Sophie zapadały się coraz bardziej w miękką ziemię. Nie powinna była ich wkładać, ale nie zniosłaby myśli o tym, by porzucić swoją ulubioną parę obuwia.

- Myślisz, że nic mu nie jest? - zapytała, przerywając milczenie.

- Co, jeśli...? - odpowiedziała Hanna, opatulając się mocniej swoim przymałym płaszczem.

- Nie możemy się zatrzymywać.

Znad skąpanych w blasku księżyca sosen widać było mroczne niebo i garstkę jasnych gwiazd. W lesie panowała niemalże kompletna cisza. Jedynym dźwiękiem był chrzęst śniegu pod podeszwami Sophie i Hanny. Ich trasa była w większości pusta. Dziewczyny dostrzegły po drodze reflektory tylko jednego Kübelwagen1 patrolującego pobliskie pola. Padły od razu na ziemię, położyły się na plecach i starały się nie ruszać, skryte w wysokiej trawie do czasu, aż warkot silnika nie umilkł. Sophie i Hanna liczyły na to, że zanim ktokolwiek w mieście zorientuje się, co się wydarzyło, one będą już daleko stąd. Najpierw musiały jednak dotrzeć do drzewa.

Hanna się zatrzymała i położyła rękę na boku. Sophie poklepała ją pokrzepiająco po plecach.

- Lekki ból - wyjaśniła Hanna.

- Jesteśmy już blisko?

- Wydaje mi się, że tak.

Trudno było to stwierdzić przez otaczającą je ciemność. Dziewczyny przez moment się zmartwiły, że las, który tak dobrze znały, postanowił je zdradzić. Całe szczęście kilka chwil później odnalazły małą polanę, pośrodku której stał Dąb Pana Młodego.

Sophie i Hanna odetchnęły głęboko, ciesząc się zapachem sosen, świerków i jodeł.

- Jeszcze kiedyś je zobaczymy - obiecała Sophie, po czym wydała z siebie cichy, radosny okrzyk i podniosła z ziemi wilgotną gałąź. - Spójrz! To nasza różdżka Seid2.

- Niemożliwe, to pewnie zwyczajna gałąź.

- Co ty na to, żebyśmy rzuciły jeszcze jedno, ostatnie zaklęcie?

- Nie jesteśmy już dziećmi, Sophie.

- Prawda. Nikt nie jest już dzieckiem.

Gdzieś w oddali zahukała sowa i zebrała się do lotu. Przez chwilę słychać było trzepotanie jej skrzydeł, a potem rozległ się jakiś inny dźwięk - cichy, ale równomierny, jakby ktoś szedł po wyschniętych liściach. Hanna przyłożyła palec wskazujący do ust, dając znać, że powinny zachować ciszę. Sophie z trudem przełknęła ślinę. Obie wbijały teraz spojrzenia w mrok lasu, który jeszcze chwilę temu był za ich plecami. W świetle księżyca błysnęły nagle czarne oczy jelenia. Zwierzę zamarło. Wpatrywało się przez kilka sekund w dziewczyny, a potem pomknęło z powrotem w leśną gęstwinę.

- Prawie dostałam zawału! - powiedziała Sophie i odetchnęła z ulgą.

- To co ja mam powiedzieć? - zapytała Hanna z delikatnym uśmiechem na twarzy.

Podeszła do drabiny opartej o dąb, ale Sophie ją zatrzymała.

- Ja tam wejdę.

Pokiwała przecząco głową.

- Nie, ja zrobię to szybciej. Tym bardziej że uparłaś się, żeby włożyć te buty.

Sophie, choćby chciała, nie mogła się z tym nie zgodzić.

- To zabawne, że ten stary dąb naprawdę obdarzył mnie prawdziwą miłością - powiedziała. Niebo było tej nocy tak bezchmurne, że miała wrażenie, że mogłaby podnieść rękę i zerwać z niego jedną z gwiazd.

Hanna zdążyła się już wspiąć po drabinie i wsadziła dłoń do wąskiej szczeliny w pniu. Wyczuwała pod opuszkami palców znajome pęknięcia i ubytki. Z kolei Sophie wstrzymywała oddech, odliczając mijające sekundy. Ponownie dobiegł ich dźwięk hukającej sowy, która niespodziewanie wzbiła się powietrze. Sophie spojrzała przez ramię w nieprzenikniony mrok.

- Proszę - wyszeptała, kierując swoje słowa do lasu. - Błagam.

- Sophie!

W bladym świetle księżyca oblicze Hanny przypominało teraz ducha. W dłoni trzymała kopertę. Pospiesznie zeszła i ją odpieczętowała. W środku było wszystko, na co liczyły.

- Och, dziękuję, dziękuję - odezwała się ponownie szeptem Sophie.

- Chodź, nie ma czasu do stracenia.

Gdzieś za nimi rozległ się trzask pękającej gałęzi.

- Znowu ten jeleń? - zapytała po cichu Sophie.

Hanna potrząsnęła głową.

- Coś cięższego.

Kolejny trzask. Najdłuższa noc roku miała okazać się też najtrudniejszą. Hanna złapała Sophie za nadgarstek i przyciągnęła ją bliżej siebie. Coś nadchodziło.

Najwyraźniej las jednak je zdradził.

BERLIN ZACHODNI

LATO 1980 ROKU

- Jenny, pospiesz się, słońce. Samochód już czeka.

Był czwartek, późne czerwcowe popołudnie, gdy Campbell posłusznie prowadziła walizkę na kółkach przez port lotniczy Berlin-Tegel za swoją mamą i młodszą siostrą, Alison. To była nowa walizka, kupiona specjalnie z myślą o rozpoczęciu nowego życia w Berlinie Zachodnim, gdzie ojciec Jenny został przeniesiony po otrzymaniu awansu. Rodzice wyjaśnili jej w zeszłym miesiącu, podczas kolacji, że to "ekscytująca okazja" dla nich wszystkich, pełna "kulturowych doświadczeń", które z pewnością "poszerzą ich horyzonty". Przyjaciele Jenny z Dallas chodzili na mecze futbolu amerykańskiego i szykowali się na bal szkolny, podczas gdy ona miała trafić do amerykańskiej szkoły w Berlinie Zachodnim, gdzie będzie musiała znaleźć sobie nowych znajomych. Dziewczyna nie miała wątpliwości, że czeka ją najgorsze lato w życiu.

Gdy tylko wyszły we trójkę z gmachu lotniska, przywitał ich siwowłosy kierowca w świeżo wyprasowanym garniturze.

- Guten Tag, Frau Campbell. Witamy w Berlinie - powiedział, ukłonił się i przejął bagaże od jej mamy.

Aparat Jenny, Canon A-1, raz po raz obijał się jej o klatkę piersiową, gdy próbowała nadążyć za rodziną. Kierowca schował ich walizki do bagażnika lśniącego Mercedesa, a gdy już wszyscy wsiedli, ruszył w stronę skąpanego w blasku neonów centrum Berlina Zachodniego. Jenny wyglądała z ponurą miną przez okno, obserwując miejskie życie. Od czasu do czasu mijali żółte dwupiętrowe autobusy, za którymi ciągnęły się chmury spalin, przed kawiarniami i pubami gromadzili się ludzie, sącząc piwo z gęstą pianką, a spomiędzy wiekowych budynków wyłaniały się eleganckie galerie handlowe. W Dallas wszystkie budynki były nowe. W ich przeszklonych ścianach odbijały się pozornie niekończące się autostrady. Za to tutaj, gdzie nie spojrzeć, dawała o sobie znać historia.

- To Kurfürstendamm, świetne miejsce na zakupy - oznajmił kierowca.

- Kurfürstendamm - powtórzyła pod nosem Jenny, próbując zapamiętać nową nazwę. Nagle jej oko przykuł zniszczony stary kościół. Uniosła aparat i rozległo się charakterystyczne kliknięcie. - Entschuldigen Sie, sir, was ist das für ein Gebäude, bitte? - zapytała kierowcę i dostrzegła w lusterku wstecznym, jak ten unosi brwi ze zdziwienia.

- To Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma. Został zbombardowany podczas wojny, więc teraz nazywamy go dziurawym zębem.

Po kilku kolejnych zakrętach ich oczom ukazała się złowieszcza, wijąca się ściana betonu, zwieńczona drutem kolczastym.

- A to... cóż, to mur.

Jenny przywarła do szyby, żeby dokładniej mu się przyjrzeć. Po wschodniej stronie żołnierze nieustannie obserwowali, co się dzieje w pobliżu konstrukcji z wysokich wież strażniczych, i mieli w pogotowiu strzelby.

- Czy ci komuniści będą do nas strzelać? - zapytała matkę Alison.

- Nie, słońce. Jesteśmy Amerykanami.

- Ale oni strzelają do ludzi. Tak mówiła mama Debbie.

- Mogłabyś czasem zachować coś dla siebie, Barbaro... - rzuciła pod nosem matka. - Strzelają jedynie do tych, którzy próbują uciec z Berlina Wschodniego. Jesteśmy po zachodniej stronie muru, więc nic nam nie grozi. J e n n y!

Starsza z sióstr zerknęła na matkę, która potrząsała głową na widok tego, że opiera się ona łokciem o drzwi samochodu, i od razu przeniosła obie dłonie na kolana, tak jak została nauczona w prywatnej szkole dla dziewcząt Panny Fox. Na stacji U-Bahn grupa punkowców paliła papierosy i przekazywała sobie z rąk do rąk butelkę piwa. Jenny wlepiała w nich oczy, zafascynowana ich kolczastymi fryzurami, potarganymi ubraniami i skórzanymi kurtkami. Wyglądali naprawdę genialnie, choć trochę niebezpiecznie. Kusiło ją, żeby zrobić im zdjęcie.

- Chuligani - oburzył się kierowca. - Złe towarzystwo.

- Wyglądają co najmniej nietuzinkowo - powiedziała pani Campbell oceniającym głosem, który mówił więcej niż same słowa. - D o p r a w d y c i e k a w a g r u p a.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała Jenny.

- W Kreuzbergu - odpowiedział zniesmaczony mężczyzna.

Dziewczyna spojrzała ponownie na punkowców, a potem powtórzyła półszeptem nazwę dzielnicy.

- W całym budynku jest jedynie sześć mieszkań, a nasze jest na samej górze. Lepiej być nie mogło - oznajmiła pani Campbell, gdy pięła się razem z córkami po eleganckich, zakręcanych, marmurowych schodach.

Kierowca szedł tuż za nimi z dwoma walizkami w rękach.

Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich kobieta w fartuchu. Upięła ciemne blond włosy w kok, odsłaniając tym samym kwadratową szczękę.

- Guten Abend, Frau Campbell. Jak minęła państwu podróż?

- Dobrze, dziękuję, że pytasz, Helgo. Och, Otto, możesz zostawić nasze bagaże tutaj...

Gdy matka płaciła kierowcy, Jenny rozglądała się po pełnym przepychu mieszkaniu. Były tu wysokie okna, drogie dywany, sofa obita aksamitem oraz regały pękające w szwach od grubych tomiszczy oprawionych w skórę. W orzechowej szafce stała wieża stereo i kolorowy telewizor, który był prawdziwym towarem luksusowym (przynajmniej według rodziców Jenny). Całe mieszkanie było znacznie bardziej wyszukane i reprezentacyjne niż ich dom w Dallas, ale mimo to wydawało jej się przyjaźniejsze. Wcześniej mieszkali w gigantycznym domu jednorodzinnym z czerwonej cegły, którego styl naśladował architekturę z epoki Tudorów, i mieli na podwórku basen. Wszystkie pozostałe domy na ulicy wyglądały niemalże identycznie, a wszystkie mieszkające w nich dzieci były posyłane do prywatnych szkół i spędzały ferie zimowe na nartach w Aspen.

Alison od razu pobiegła do swojego pokoju i po chwili krzyknęła:

- Mam łóżko z baldachimem!

Pokój Jenny był wąski, ale słoneczny, a na dodatek stał w nim gramofon. Zastanawiała się, co robią teraz jej przyjaciele. Pewnie jadą razem do galerii handlowej. Może po drodze zahaczą o Jack in the Box. Na samą myśl poczuła na języku smak ciepłych, słonych frytek i słodycz Dr Peppera. Całe lato będą się tam odbywały różne imprezy. Zawiążą się nowe przyjaźnie, ale jej na nich nie będzie. O niej wkrótce zapomną. Zniknie. "Kim jest Jenny?", będą pytać, gdy ktoś o niej wspomni.

Wypakowała ubrania z walizki. Ułożyła markowe pastelowe koszule polo w szafie, gdzie schowała również swoje błyszczące mokasyny i sukienkę w drobną kratkę, na której zabranie nalegała jej mama, mimo że dobrze wiedziała, że Jenny nie znosi sukienek, a zwłaszcza tej konkretnej. Następnie zawiesiła na wieszaku swój największy skarb: jeansową kurtkę, którą dostała na urodziny po długich błaganiach.

- Ona jest taka... chłopięca... - powiedziała wtedy jej matka, marszcząc nos. - Myślę, że sweter pasowałby lepiej do twojej budowy ciała.

Nie "figury", tylko "budowy", jakby była jakąś stalową konstrukcją.

Lodówka, czyli Kühlschrank, czego Jenny nauczyła się na intensywnym kursie języka niemieckiego, była o połowę mniejsza od tej, którą mieli w Dallas, a do tego wypełniona po brzegi niemieckimi markami, których w ogóle nie kojarzyła. Wyciągnęła z niej jogurt z obrazkiem truskawki i napisem: Joghurt mit Früchten.

- Ach, tutaj jesteś! Zadomowiłaś się już? - zapytała ją mama, która w międzyczasie zdążyła przebrać się w inną sukienkę i umalować usta.

- Mmhmm - odpowiedziała Jenny, szukając szuflady ze sztućcami.

- Zgadnij co.

Ostatnim razem pani Campbell promieniała tak mocno tuż przed tym, jak oznajmiła, że przeprowadzają się do Niemiec. Mama Jenny uwielbiała przyklejać uśmiech do twarzy, gdy przekazywała córce złe wieści. Może wydawało jej się, że w ten sposób przekona Jenny, że są dobre.

- "Co". Proszę bardzo, zgadłam.

- Bardzo śmieszne. - Mama poklepała ją wesoło po ramieniu. - Helga właśnie mi powiedziała, że na drugim piętrze mieszka małżeństwo z córką w twoim wieku. I... ta dziewczynka uczy się angielskiego! Ma na imię... O rany, wyleciało mi z głowy. Mary? Marsha? Coś na "M". Podobno jest bardzo urocza i gra w tenisa. Może mogłaby cię tego nauczyć!

- Hmm.

- Pomyślałam, że dobrze, by było, gdybyś znalazła sobie przyjaciółkę.

- Przecież mam przyjaciół. Są w Dallas.

- Co to za negatywne nastawienie? Pamiętaj: najlepsze rzeczy spotykają tych...

- ...którzy najlepiej wykorzystują to, co ich spotyka - dokończyła Jenny. To było ulubione powiedzonko jej mamy. Otworzyła kolejną szufladę i wreszcie znalazła łyżeczkę. - Dobrze.

- Wspaniale! W takim razie porozmawiam z jej mamą. - Po tych słowach pani Campbell skinęła na jogurt, a na jej twarzy ponownie zawitał jeden z tych wyuczonych uśmieszków. - Niedługo obiad, więc może na razie niczego nie jedzmy, dobrze?

Jak się okazało, dziewczyna z drugiego piętra nazywała się Martina. Miała na sobie komplet z bawełny frotte (koszulę i krótkie spodnie) oraz podkolanówki w paski. Jenny od razu rzucił się w oczy też jasnoniebieski cień do powiek i truskawkowe blond włosy z mocno wycieniowaną górą, które Martina podkręciła na tak wielkich wałkach do włosów, że Jenny poszłaby o zakład, że dziewczyna mogła równie dobrze użyć rolek po papierze toaletowym.

- Guten Tag - przywitała się Jenny, stojąc przed drzwiami od mieszkania sąsiadów z keksem w dłoniach, który mama kazała jej ze sobą zabrać.

- Wolałabym, żebyśmy mówiły po angielsku - odpowiedziała Martina. - Zapraszam.

Martina nie miała za grosz poczucia humoru. Miała za to ukryte zapasy Kinder czekolady, które oddała Jenny w zamian za obietnicę, że ta pożyczy jej ostatnie wydanie magazynu "Seventeen"3. Całe popołudnie testowały różne kosmetyki do makijażu. Martina wypytywała Jenny o to, czy poznała kiedyś jakieś gwiazdy Hollywood.

- Może wpadłaś kiedyś na Shauna Cassidy? Nie? Czekaj... A może na Johna Travoltę?

To spotkanie utwierdzało Jenny w przekonaniu, że jej życie legło w gruzach. Od teraz jej największą rozrywką będzie obserwowanie, jak Martina podkręca rzęsy zalotką podgrzaną nad palnikiem. Jenny była znudzona i samotna, a do tego przekonana, że jej nieszczęście osiągnęło apogeum. Zaczęła zastanawiać się nad tym, co musiałaby zrobić, żeby jej rodzice odesłali ją z powrotem do Dallas: udawać chorą, popełnić jakieś przestępstwo czy może zacząć palić marihuanę (nie była zdolna do żadnej z tych rzeczy). Nagle Martina wezwała Jenny do okna ruchem dłoni, co najmniej jakby były na misji szpiegowskiej.

Przystawiła palec wskazujący do ust i skinęła głową w stronę chodnika.

- Widzisz ją?

Jenny rozejrzała się po całej ulicy w poszukiwaniu kogoś, kto byłby warty takich podchodów.

- Tam - wyszeptała Martina, wskazując na starszą kobietę, która szkła spokojnym krokiem z torbą zakupów w jednej ręce i kluczem w drugiej. - To Frau Hermann. Wydaje mi się, że jest czarownicą.

- Czarownicą?

- Ciii! Bo jeszcze cię usłyszy.

Obie przykucnęły tak, żeby ich oczy znalazły się na wysokości parapetu. Ta pani wcale nie wyglądała na wiedźmę, tylko na nauczycielkę. Ewentualnie czyjąś babcię, i to wcale nie taką starą.

- Tak. Eine Hexe. "Wiedźmę".

- Eine Hexe - powtórzyła Jenny. - A czemu tak myślisz?

Martina wzruszyła ramionami.

- Mam swoje powody.

- Na przykład?

Martina ciężko westchnęła, wprawiając tym samym w ruch swoją misternie podkręconą grzywkę.

- Po pierwsze, mieszka w naprawdę ładnym mieszkaniu. Podobno była żoną znacznie starszego, bogatego mężczyzny. Skąd miał taki majątek po wojnie?

- Może był nazistą? - zasugerowała półszeptem Jenny.

Martina ściągnęła usta w dziubek, jakby nie dopuszczała do siebie takiej możliwości.

- Po drugie, jej mąż niespodziewanie zmarł.

- A nie mówiłaś, że był od niej dużo starszy?

- Tak, i co z tego? Stary nie znaczy umierający.

Jenny mogłaby to skwitować na milion różnych sposobów, ale Martina tak się rozkręciła, że nawet na chwilę nie przerywała swojej argumentacji.

- Po trzecie, Frau Hermann często opowiada o magii.

W r e s z c i e coś ciekawego.

- Jakiej magii? - dopytała zaintrygowana Jenny.

- Starej. Ludowej. Takiej, której używają czarodziejki i boginie. Nieraz wspominała, że las jest zaklęty - powiedziała z poważną miną Martina.

Jenny w odpowiedzi parsknęła śmiechem. Gdyby był tu jej najlepszy przyjaciel, Richard, z pewnością uniósłby brew, a potem udał niemieckiego lektora z filmów noir: "Zabiję cię, Herr Blaumer. Ale najpierw pozwól, że zaśpiewam ci coś z Błękitnego anioła. Usiądź sobie wygodnie".

Na myśl o Richardzie Jenny stanęła gula w gardle, jednak szybko odrzuciła wspomnienia na bok. Była zbyt zaintrygowana tą całą Frau Hermann. Kobieta miała na sobie praktyczną brązową spódniczkę, czółenka i kardigan, spięty delikatnie pod szyją cienkim złotym łańcuszkiem. Jej włosy były niemalże pozbawione barwy. Wyglądały jak odbitka wykonana z innej odbitki niegdyś kolorowego zdjęcia. Jenny liczyła na to, że Frau Hermann faktycznie jest wiedźmą, bo ożywiłoby to panującą tu atmosferę.

- Pamiętaj, nigdy nie wdawaj się z nią w rozmowę, bo może rzucić na ciebie klątwę! - ostrzegła Martina, a jej oczy były teraz wielkie jak spodki. Jej górne powieki zdobiły kropki zrobione eyelinerem Maybelline. - Jak zagadasz do niej o pogodę, to zaprosi cię do swojego mieszkania na herbatę albo ciastko, a potem niepostrzeżenie utnie ci kawałek włosów. No, a potem... - Martina pokręciła głową.

Jenny ponownie wychynęła znad parapetu i zauważyła, że Frau Hermann się zatrzymała. Poklepała się po kieszeniach, a później uniosła wzrok. Obie dziewczyny padły i przycisnęły plecy do ściany, a gdy ponownie wstały, po starszej kobiecie nie było już ani śladu.

- O mały włos - powiedziała Martina i odetchnęła. Następnie zwróciła się twarzą do swojej nowej koleżanki i zapytała: - Hej, myślisz, że mogłabym wystąpić w jakimś amerykańskim programie telewizyjnym?

Następnego dnia ojciec Jenny, John, wrócił z Frankfurtu, gdzie był na wyjeździe służbowym. Wszedł do mieszkania akurat w porze lunchu. Jego skórę nadal zdobiła opalenizna, której dorobił się jeszcze w Teksasie.

- Czołem, rodzinko - powiedział, przechodząc przez próg, a Helga pospieszyła w jego stronę, żeby wziąć od niego parasolkę oraz walizkę i odłożyć je na miejsce. Pan Campbell złożył żonie całusa na policzku, a potem objął Alison i zmierzwił jej włosy. - Cześć, słońce! Nauczyłaś się już jakichś słów po niemiecku?

- Achtung! - rzuciła bez zastanowienia Alison. "Uwaga!"

Tata ucałował jej głowę.

- Czemu mnie nie dziwi, że to słowo podłapałaś jako pierwsze?

- Achtung oznacza "niebezpieczeństwo" - poprawiła siostrę Jenny.

- Wcale, że nie!

- Owszem, tak!

- Eee, przypomnij mi, kto ukończył kurs języka niemieckiego? Ja czy ty?

- Już dobrze, dobrze, nie rozpętujmy trzeciej wojny światowej - odezwał się ponownie ich tata, siląc się na uśmiech, a następnie przytulił Jenny, chociaż trochę mniej pewnie niż jej siostrę. - Cześć, skarbie.

Dla każdej z kobiet w swoim życiu miał inne czułe określenie. Alison była jego słońcem, żonę nazywał piękną, a Jenny skarbem. Nie było to szczególnie wymyślne przezwisko, a do tego w ogóle do niej nie pasowało. Gdy usiedli do stołu i jedli sznycle z cielęciny oraz smażone ziemniaki, pływające w roztopionym maśle, ojciec Jenny rozkręcił się tak, jakby sprzedawał im jedną ze swoich gadek marketingowych. Opowiadał im o firmie, o tym, że działa jak w zegarku, i o wszystkich wielkich nadziejach, jakie wiązali ze sprzedażą w Niemczech i pozostałych krajach Europy.

- To my musimy uratować Niemcy przed komuchami - stwierdził, nalewając sobie szklankę Coca-Coli z lodem. - A tak w ogóle, to tu zawsze trzeba prosić o lód. Sami z siebie nie dodają go do napojów. Prawie bym zapomniał: Susan, w sobotę wyprawimy małe przyjęcie.

- Och, John. Tak szybko po przyjeździe? - zapytała pani Campbell. Zjadła tylko połowę jedzenia, które miała na talerzu, ale Jenny widziała, że nadal jest głodna, bo co chwila dłoń mimowolnie uciekała jej w stronę widelca.

- Musimy zrobić dobre pierwsze wrażenie. Poza tym bez problemu przygotowałabyś wszystko z zamkniętymi oczami, piękna. - John uśmiechnął się do córek. - Jak wam smakuje to danie?

- Gut! - krzyknęła z niemiecką wymową Alison.

Jenny czuła na sobie palące spojrzenie mamy, więc posłusznie odłożyła widelec i nóż na krawędź talerza tak, jak ją uczono.

- Pyszne, ale już się najadłam - skłamała.

- Cudownie! Samodyscyplina. Myślę, że będzie się nam tu świetnie mieszkało. Nowy początek w Niemczech - powiedział tata, wbijając widelec w sznycla i uśmiechając się szeroko, w pełni świadomy tego, że nikt nie odważy się z nim spierać.

Jenny wróciła do pokoju i odpakowała jedną z czekoladek Kinder, które dostała od Martiny. Była bardziej kremowa niż ta w Stanach Zjednoczonych i naprawdę przepyszna. Kiedy jednak tylko ją zjadła, poczuła wyrzuty sumienia. Miała trzymać dietę. Przez ostatnie cztery lata ułożono dla niej aż sześć różnych. Odnosiła wrażenie, że jest zmuszona do toczenia wojny ze swoim ciałem, mimo że nigdy nie pociągnęła za spust. Rozebrała się i przyjrzała się sobie w lustrze. Miała szerokie, umięśnione uda oraz ramiona. Tak samo zresztą jak barki. Była naprawdę szybka na boisku do siatkówki, mimo że jej brzuch nie był płaski. Miała metr siedemdziesiąt dwa i ważyła siedemdziesiąt siedem kilo.

- To za dużo - powiedział lekarz takim tonem, jakby Jenny popełniła jakieś przestępstwo. Wręczył jej wykres, który pokazywał, że powinna mieścić się w przedziale od pięćdziesięciu sześciu kilogramów do sześćdziesięciu sześciu.

- Musiałabym sobie odrąbać ręce, żeby ważyć pięćdziesiąt sześć kilo - poskarżyła się Richardowi, gdy jedli frytki w drodze na próbę orkiestry.

- W życiu nie słyszałem większej głupoty - skwitował chłopak. Nie bez powodu był jej najlepszym przyjacielem. - Te wykresy to czyste zło. ZŁOOOOOOOOOO!

Mama Jenny była modnie szczupła. Gdy ich rodzina mieszkała w Dallas, bardzo często się zdarzało, że inne matki komplementowały jej figurę, i to tak mocno, jakby zdobyła złoto na igrzyskach olimpijskich. Podczas każdej imprezy nad basenem kobiety dzieliły się ze sobą radami dotyczącymi diety. Czyżby głodzenie się sprawiało im przyjemność?

- Przez pięć dni jem tylko winogrona.

- Och, złotko, ja polecam branie Dexatrimu4.

Jenny chwyciła fałdkę tłuszczu na brzuchu. Jutro. Jutro zje tylko twarożek, a potem będzie ćwiczyła. Zostanie córką, o jakiej marzą jej rodzice. Czyli mniejszą wersją siebie.

Trzeciego dnia pobytu w Berlinie Jenny uznała, że najwyższa pora zwiedzić miasto. Zawiesiła aparat fotograficzny na szyi i schowała do kieszeni jeansów kartkę, na której zapisała sobie wcześniej adres i numer telefonu. Wzięła ze sobą też kilka monet na wypadek, gdyby rzeczywiście musiała skorzystać z budki. Kiedy była już w połowie marmurowych schodów, zamarła, bo na dole stała Frau Hermann. Miała zbyt wiele reklamówek z zakupami, a na domiar złego kulała, jakby każdy krok sprawiał jej ból. Jenny musiała jej pomóc. Nieważne, w jakim kraju była, tak nakazywały zasady dobrego wychowania. Problem tkwił w tym, że w jej głowie odbijał się echem głos Mariny: Eine Hexe!

Frau Hermann uniosła głowę.

- Guten Tag.

- Guten Tag. Darf ich... Ihnen helfen, eee, proszę pani? - zapytała w końcu Jenny, uznawszy, że maniery są ważniejsze od strachu.

Starsza kobieta zmrużyła oczy, żeby lepiej się jej przyjrzeć. Jenny przeszedł chłód, od którego zaczęła drżeć. Wiedźma, wiedźma, wiedźma, powtarzał głos w jej głowie.

- Danke schön.

Frau Hermann podała Jenny jedną z reklamówek, a dziewczyna odwróciła się i ruszyła z powrotem w górę schodów. Gdy obie dotarły na trzecie piętro, Frau Hermann wsunęła klucz do starego mosiężnego zamka.

- Jesteś tą dziewczyną z Ameryki, prawda? Wprowadziliście się tutaj kilka dni temu?

- Tak, proszę pani - odpowiedziała. - Jestem Jenny Campbell. Miło mi panią poznać, Frau Hermann.

Kobieta przekrzywiła głowę i zmarszczyła brwi.

- Ach, czyli już o mnie słyszałaś.

Jenny zaschło w gardle. Jak mogła tak głupio palnąć jej nazwisko?

- Pewnie od Martiny. Myśli, że jestem wiedźmą. - Frau Hermann potrząsnęła głową. - Chodź, zapraszam. Zaparzę nam herbaty.

Frau Hermann weszła do mieszkania, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Jenny się zawahała, schowała swój kucyk za kołnierz koszuli, żeby kobieta na pewno nie odcięła jej cichaczem kawałka włosów, po czym ruszyła za nią do środka.

- Usiądź sobie - powiedziała Frau Hermann, wskazując ręką w stronę zasypanego kartkami stołu. - Zaraz do ciebie dołączę.

Jenny jej posłuchała i zaczęła się rozglądać. Dwa fotele w kwieciste wzory, których poduszki były już nieco zapadnięte, otaczały pokryty cienką warstewką kurzu, niski, drewniany stolik. Na jednej ze ścian wisiały pejzaże oprawione w złote ramki. Robiły wrażenie, ale nie zdradzały nic o właścicielce mieszkania. Tapeta pod nimi była brudna od sadzy z kominka. Na większym, kuchennym stole leżał pełny okruszków talerz, na którym widać było ślady po ciemnym dżemie, a obok niego stała chińska filiżanka. Ciekawe, co było w środku. Kawa? Herbata? Jakiś magiczny napar?, zastanawiała się Jenny. Nie dało się tego stwierdzić, bo płynu zostało tyle, co nic. W mieszkaniu Frau Hermann czuć było samotność. Wypełniała każdy zakątek poza regałami z książkami. One tętniły życiem. Ich półki uginały się pod ciężarem zadbanych tomów w każdym kolorze i rozmiarze. Jenny zakradła się tuż pod jeden z regałów, żeby przyjrzeć się grzbietom książek. Miała nadzieję, że znajdzie coś o czarnej magii, o czym będzie mogła opowiedzieć później Martinie. Pierwsze kilka tytułów wcale jej nie zdziwiło. Znalazła parę encyklopedii, słowników, a nawet podręcznik anatomii Henry'ego Graya. Jedna z półek poświęcona była baśniom, druga mitom, a jeszcze kolejna psychologii. Jenny zwróciła uwagę na Psychiatryczną analizę mitów i baśni oraz na Zastosowanie uroków: znaczenie i wagę baśni5, a potem na oprawiony w ramkę dyplom z psychologii wystawiony przez Wolny Uniwersytet Berliński.

- Próbowałaś kiedyś Pfannkuchen? - zapytała z kuchni Frau Hermann, pobrzękując naczyniami.

- Nein, Frau Hermann - odpowiedziała Jenny i pospiesznie zajęła z powrotem miejsce przy stole.

Starsza pani weszła do pokoju z tacą, na której stały dwie filiżanki gorącej herbaty i dwa talerzyki z chińskiej porcelany z grubymi naleśnikami.

- To miejscowy rarytas.

Wyglądem przypominały trochę pączki, a do tego pachniały świeżymi drożdżami. Jenny wgryzła się w miękkie ciasto posypane cukrem pudrem.

- Smakuje ci?

- Tak, proszę pani. Pychota. Eee... kostlich.

- Świetnie mówisz po niemiecku - pochwaliła ją Frau Hermann, po czym sama zaczęła się beztrosko zajadać.

- Mam lekcje z języka.

- Ah. Das ist gut.

- Jest pani lekarką? - zapytała Jenny. - Widziałam na ścianie dyplom.

- Tak jakby, psycholożką. Pomagam pacjentom, którzy przepracowują traumę. Na przykład związaną z wojną albo z murem... Wielu ludzi nosi w sercu głębokie rany.

Jenny nigdy wcześniej nie poznała żadnego psychologa ani kogokolwiek, kto pracowałby w tak poważnym zawodzie.

- To bardzo... - Próbowała znaleźć odpowiednie słowo. - Szczytne.

Frau Hermann delikatnie wzruszyła ramionami.

- Lubię pomagać innym. A ty? Co lubisz robić, Jenny?

- Och... Eee... Mam aparat i uwielbiam fotografię.

- Cudowna sprawa. Pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy, nieprawdaż? Zobaczyć rzeczy, które na pierwszy rzut oka potrafią nam umknąć.

- Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób - odpowiedziała dziewczyna. - Gram też na skrzypcach.

- W takim razie następnym razem zabierz je ze sobą. Chętnie posłucham.

Następnym razem?, powtórzyła w głowie Jenny. Co ona sobie myślała? Teraz już zawsze będzie musiała zakradać się obok drzwi Frau Hermann.

- Od zawsze mieszkała pani w Berlinie? - spróbowała zmienić temat.

- Nein, przyjechałam tu po wojnie. Tęsknisz za swoimi przyjaciółmi z Ameryki?

- Tak, i to bardzo.

- Zmiany potrafią być trudne, ja? - zapytała Frau Hermann, a gdy nie otrzymała żadnej odpowiedzi, wróciła do pałaszowania Pfannkuchen.

- Ma tu pani sporo baśni - odezwała się Jenny, przerywając niezręczną ciszę, i wskazała na regały.

- Są mi potrzebne do pracy. Używam ich w centrum terapii, Die Eichel. Czytam je pacjentom.

- Naprawdę?

- Tak. Pomagają im znaleźć słowa, żeby opisać swoją traumę i wyrzuty sumienia. Myślą wtedy o swoich problemach jak o opowieści, czymś wyciągniętym z książki. - Frau Hermann przyjrzała się bacznie Jenny. - Ile masz lat, moja droga?

- Szesnaście, ale w październiku skończę siedemnaście.

- Siedemnaście... - Frau Hermann wzięła łyk herbaty, a jej spojrzenie stało się odległe. - Miały tyle samo lat co ty, gdy zniknęły.

Jenny gwałtownie przestała jeść, jakby właśnie się okazało, że naleśniki są zatrute.

- Kto... zniknął?

- Dwie dziewczyny z mojego miasteczka na północy Niemiec - wyjaśniła. - Chyba skojarzyłaś mi się z nimi ze względu na wiek. - Uśmiechnęła się. - No, a one... one też podobno były wiedźmami. Potomkiniami starożytnych Norn. Łączyła je naprawdę wyjątkowa więź. Przyjaźń, która nigdy nie umiera.

Jenny z trudem przełknęła ślinę.

- Z panią też się kolegowały?

- Nie, nic z tych rzeczy. To było spore miasteczko, w którym krążyło wiele opowieści. Część z nich była nawet przekazywana z pokolenia na pokolenie. Usłyszałam o tych dziewczynach od kogoś innego i zapadły mi w pamięć tak jak niejedna baśń.

- A co dokładnie się z nimi stało?

Frau Hermann wzruszyła ramionami.

- Zniknęły bez śladu w noc przesilenia zimowego. To było podczas wojny, a wtedy w lasach dochodziło do wielu różnych rzeczy. - Kobieta przesunęła ząbkami widelca po naleśniku. - Z tego, co wiem, te dziewczyny wierzyły w starą magię lasu, a zwłaszcza w to, że Dąb Pana Młodego jest zaklęty. Legenda głosi, że to drzewo je chroniło, gdy najbardziej tego potrzebowały.

- Dąb Pana Młodego?

Oczy Frau Hermann się rozjaśniły.

- Ooo! Nigdy o nim nie słyszałaś? To dopiero opowieść! To słynne drzewo w lesie Dodauer na północy kraju. Według podań każdy, kto napisze list w poszukiwaniu bratniej duszy i wsadzi go do środka dębu, otrzyma od kogoś odpowiedź. Wiele osób pobrało się właśnie w ten sposób. Tak właściwie... - Frau Hermann nagle wstała i odeszła od stołu, a po chwili wróciła z zapieczętowaną kopertą w ręku. - Napisałam swój własny, ale... wciąż nie zebrałam się na odwagę, żeby go wysłać. - Zaśmiała się nerwowo, jakby gdzieś w sercu nadal była młodą dziewczyną.

- Mogę to zrobić za panią - zaproponowała impulsywnie Jenny. Była zaintrygowana historią o drzewie kochanków i tajemnicą dwóch zaginionych dziewczyn. - I tak miałam zamiar się przejść.

Frau Hermann postukała listem o krawędź stołu. Jenny wydawało się, że poddaje ją ocenie pod jakimś nowym kątem. Uniosła nieznacznie spięte ramiona, żeby jej warkocz na pewno nie wypadł zza kołnierza koszuli.

- Cóż... czemu nie?

Frau Hermann wręczyła Jenny list, który ta od razu wsadziła do swojej torby. Charakter pisma starszej kobiety był elegancki i formalny. Pasował do niej.

- Nikt nigdy nie szukał tych dziewczyn?

- Zaciekawiła cię ta historia?

- Po prostu nigdy wcześniej nie słyszałam o kimś, kto zniknąłby bez śladu.

Frau Hermann przyjrzała się Jenny w sposób, w jaki zapewne przyglądała się swoim pacjentom podczas terapii.

- Odwiedź mnie jutro, to opowiem ci więcej.

Jenny poczuła ukłucie w brzuchu. A więc tak to się zaczynało... Otwierasz się odrobinę na starszą panią, a później jesteś zmuszona przychodzić do niej codziennie i wysłuchiwać jej historii.

Gdy dziewczyna znalazła się już za drzwiami, Frau Herman podziękowała jej za zabranie ze sobą listu.

- Ludzie mówią, że Dąb Pana Młodego wcale nie jest magiczny, ale... - Uśmiechnęła się niemrawo. - Ja nadal mam nadzieję, że się mylą.

Jenny dojechała autobusem do samego centrum Berlina, a potem skierowała się w stronę stacji U-Bahn na Friedrichstrasse, gdzie w dniu przylotu do Niemiec widziała grupkę punkowców. Dzisiaj też tutaj byli. Popijali piwo, palili papierosy i puszczali energiczną muzykę z boomboxa. Jedynymi punkowcami, których znała Jenny, byli kumple Richarda, którzy często przesiadywali pod kinem studyjnym w Dallas. Przedstawił ich jej, jeszcze zanim zerwał z nią kontakt. Tak czy inaczej koledzy Richarda byli o wiele mniej ciekawi pod kątem wyglądu. Po prostu używali konturówki do oczu i stawiali włosy na żel. Za to tutaj było dwóch chłopaków ubranych w pomalowane skórzane kurtki. Jeden z nich był drobnej budowy, a drugi wręcz przeciwnie. Tęgi chłopak z wygolonymi po bokach włosami i wysokimi, ostrymi jak nóż kolcami na głowie mógłby śmiało być bokserem. Obaj gadali z dziewczyną o równie kolczastej fryzurze w kolorze czerwonego wina. Jej spojrzenie było czujne, jakby kogoś wypatrywała, a jej oczy były mocno podkreślone czarnym eyelinerem. Jenny wyciągnęła ukradkiem aparat, ale nawet gdy przybliżyła obraz, była za daleko, żeby zrobić dobre zdjęcie. Podeszła kawałek, po czym cyknęła fotkę. I jeszcze jedną. Przy trzeciej większy z chłopaków zwrócił się w stronę Jenny i posłał jej gniewną wiązankę po niemiecku. Dziewczyna upuściła torbę, z której wysypała się cała jej zawartość. Próbowała założyć osłonę na obiektyw, ale nie mogła, bo zbyt mocno trzęsły jej się dłonie. Punkowcy byli coraz bliżej. Otoczyli ją. Jeden z chłopaków krzyczał coś o Überwachung i Stasi, ale Jenny miała kompletną pustkę w głowie i nie mogła przypomnieć sobie żadnych niemieckich słów.

- Prze-przepraszam. Nie chciałam was zdenerwować.

- Jesteś z Ameryki? - zdziwiła się dziewczyna o czerwonych włosach.

- T-tak, ze Stanów.

- Wygląda mi na Popper - rzucił tęgi chłopak. - Nie jesteśmy atrakcją turystyczną!

- Halt die Klappe, Atomówka - skutecznie uciszyła go dziewczyna.

- Kim jest Popper? - zapytała ją Jenny.

- To ktoś, kto wygląda jak ty. Ktoś... kto jest konformistą i nie interesuje się polityką. Mówimy tak na tych, którzy przejmują się jedynie zakupami i tym, co na siebie włożyć. Zupełnie jak w tym filmie, eee... - Pstryknęła palcami, próbując sobie przypomnieć jego tytuł, i uniosła głowę. Okazało się, że pod tą grubą warstwą eyelinera skrywały się wielkie, intensywnie niebieskie oczy. - Noc żywych trupów, tyle że wy nosicie pastelowe koszule.

Jenny parsknęła śmiechem, mimo że nadal była zestresowana. Może to jej mechanizm obronny?

- My w Ameryce nazywamy ich snobami!

Powiedziała "ich", jakby sama nie miała na sobie różowej koszuli polo z postawionym do góry kołnierzykiem.

- Pozwól, że ci pomogę.

Dziewczyna się nachyliła i podniosła list Frau Hermann. Cały był teraz pokryty ziemią. Jenny miała nadzieję, że nie wpłynie to negatywnie na szanse starszej pani na znalezienie miłości.

Dziewczyna z oczami obwiedzionymi czernią była wyraźnie skołowana.

- Dąb Pana Młodego?

- Och, to nie mój list, tylko sąsiadki. Podobno to drzewo działa jak swatka czy coś w tym stylu. Piszesz do niego, a jeśli twój list się komuś spodoba, to ci odpisuje. - Jenny nie miała pojęcia, dlaczego zaczęła tak paplać bez zastanowienia. - W każdym razie obiecałam jej, że zaniosę go na pocztę, bo i tak wychodziłam na miasto, a ona... nie. - Rany boskie... gorzej już chyba być nie mogło.

Dziewczyna skinęła głową.

- O... miło z twojej strony. - Oddała Jenny list. - Jestem Lena.

- Jennifer, ale wolę, jak ludzie zwracają się do mnie Jenny.

Przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.

- No proszę, nie wyglądasz mi na Jenny.

- A jednak.

- Mmm. - Lena przygryzła naderwany naskórek przy paznokciu. - Skąd dokładnie jesteś?

- Eee, z Teksasu, a konkretnie z Dallas.

- Jak z tej opery mydlanej?6 - Lena udała, że strzela z palców jak z pistoletu.

- Tak, zgadza się.

- Mhmm. Masz może szlugi?

- Sorki, nie palę.

- Szkoda.

Nagle zatrzymał się obok nich mały sportowy samochód. Chłopak siedzący na miejscu pasażera opuścił szybę i coś krzyknął. Lena też coś mu odkrzyknęła, a potem wystawiła środkowy palec, którego nie zdążył zauważyć, bo kierowca ruszył dalej. Odwróciła się z powrotem w stronę Jenny, jakby nic się nie wydarzyło.

- Gram w kapeli. Cóż, dopiero ją założyliśmy, ale niedługo zaczniemy grać koncerty.

- O, fajnie. Ja gram w orkiestrze. A raczej grałam. W Dallas. Na skrzypcach.

- Hmm, też całkiem fajnie.

Jenny parsknęła.

- Jak miło, że dostałam twoje wyrazy uznania.

Lena uśmiechnęła się szelmowsko.

- Kto by pomyślał, że masz w sobie choć trochę z punkówy? Lubię to.

Aprobata Leny uszczęśliwiła Jenny, chociaż nie do końca wiedziała dlaczego.

- Hej, skończ już flirtować. Wir gehen Döner essen! - odezwał się nagle jeden ze znajomych Leny, ale ona nie oderwała nawet na chwilę oczu od Jenny i pokazała im środkowy palec.

- Widziałaś już większość Berlina?

Jenny podobał się sposób, w jaki wymówiła nazwę miasta. Stawiała akcent na pierwszą sylabę, a nie na drugą, tak jak Amerykanie.

- Nie, dopiero się tu przeprowadziłam.

Brwi Leny wystrzeliły do góry, a potem obdarzyła Jenny półuśmiechem.

- Ja? Mogę cię oprowadzić. Być twoją przewodniczką!

- Nie mam na to pieniędzy.

Lena prychnęła.

- Nie za kasę. Nie jestem kapitalistyczną świnią.

- Nie chciałam cię obrazić.

- Możesz mi się odwdzięczyć, kupując mi paczkę papierosów. - Jenny jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś uśmiechał się tak szeroko jak Lena teraz. - Chodź. Zahaczymy o kiosk, a potem pokażę ci okolicę.

- Tak od razu? Przecież nawet się nie znamy. - Ta dziewczyna była trochę nachalna, co z jednej strony intrygowało Jenny, a z drugiej ją odrzucało.

- No to mamy wspaniałą okazję, żeby się poznać. - Lena spojrzała na Jenny spod długich rzęs i ułożyła usta w dziubek, jakby się z nią droczyła.

- Chcesz zobaczyć prawdziwy Berlin? Jak p r a w d z i w a fotografka? Czy nie?

Prawdziwy Berlin, powtórzyła w myślach Jenny i na chwilę wyobraziła sobie, że prowadzi życie bez nieustannej kontroli swoich rodziców. Miałaby o czym opowiadać po powrocie do Dallas.

- Chcę, ale nie dzisiaj, bo mam lekcje niemieckiego.

- Wo ist die Toilette? - powiedziała Lena monotonnym głosem nauczycielki. - Pfff. Lekcje niemieckiego? Na co to komu? Nauczę cię prawdziwego języka. Wchodzisz w to?

- Lena! Lass uns gehen! - krzyknął bokser.

- Warte eine Minute! - Lena zwróciła się z powrotem do Jenny. - Masz przy sobie coś do pisania, Dallas?

Co za absurd, pomyślała Jenny. Nie miały ze sobą nic wspólnego. Chociaż może właśnie tego teraz potrzebowała? Wyciągnęła z torby długopis i mały notes, po czym wręczyła je Lenie.

- Odwróć się - poinstruowała ją punkówa. - Przecież nie będę pisać w powietrzu.

Posłuchała jej i pochyliła się do przodu. Lena położyła jej na plecach notes i przyłożyła do niego końcówkę długopisu, nieumyślnie łaskocząc Jenny. Gdy skończyła coś zapisywać, wyrwała kartkę i podała ją Amerykance. Żołądek Jenny wykonał coś w rodzaju fikołka.

- To mój adres. Wpadnij jutro, to opowiem ci to i owo o Berlinie.

- O której?

Lena wzruszyła ramionami.

- Byle nie przed południem. Tam, za rogiem, jest ein Briefkasten, eee, jak wy to nazywacie... Skrzynka na listy. Musi być coś w tej legendzie o drzewie, Dallas, skoro dzisiaj nas ze sobą poznało, ja?

- Nie mam na imię Dallas.

- Od dzisiaj tak. - Lena wyszczerzyła zęby.

Jenny tylko raz w życiu była wstawiona, ale uczucie, które teraz ją ogarnęło, przypominało właśnie tamten stan. Jej pierś wypełniało przyjemne ciepło.

- W takim razie do zobaczenia jutro.

Lena ponownie się uśmiechnęła.

- No, chyba że wcześniej wybuchnie rewolucja!

BROOKLYN, NOWY JORK

WIOSNA 2020 ROKU

Miles i Danny oglądają na laptopach, jak ich ulubiony streamer przedziera się przez hordy średniowiecznych parobków zombie. Od czasu wybuchu pandemii robią to dwa razy w tygodniu.

W słuchawkach Milesa rozbrzmiewa śmiech Danny'ego, który po chwili pyta:

- Stary, to było EPICKIEEE! Jak on to r o b i?

- To Roller20. On nie jest zwykłym śmiertelnikiem jak my.

Ekran telefonu Milesa kilkukrotnie się podświetla. Ktoś zasypuje go wiadomościami.

ChloeintheDark: Hej.

ChloeintheDark: Co słychać?

ChloeintheDark: Jestem taka znudzona, że oglądam dokumenty o podrzędnych seryjnych mordercach na Netfliksie.

- My też powinniśmy założyć swój kanał z grami - odzywa się ponownie Danny, rozprostowując ręce nad głową. - Zbijemy fortunę, jeszcze zanim będziemy mogli legalnie napić się piwa.

ChloeintheDark: W każdym razie wszystko u ciebie dobrze?

ChloeintheDark: Zdzwonimy się na FaceTimie?

Kciuki Milesa zamierają w bezruchu tuż nad klawiaturą na ekranie, zupełnie jakby zapomniał, jak korzystać z telefonu, a jego serce zaczyna walić jak szalone w reakcji na stres.

- Sorry, DanMan, muszę kończyć. Właśnie sobie przypomniałem, że muszę napisać na jutro wypracowanie. Do później.

Niespełna sekundę po tych słowach Miles sięga ponownie po telefon, otwiera przedni aparat i patrzy na siebie. Najpierw rzucają mu się w oczy potargane, sterczące na wszystkie strony świata włosy, a później T-shirt, na którym jest pomarańczowa plama od Doritos. Niepotrzebnie wycierał w niego usta, ale trudno. I tak już nic z tym nie zrobi.

- Cholera - rzuca pod nosem, po czym zbiera się wreszcie na odpisanie.

Miles2Go: Jasne.

Chloe dzwoni do niego dosłownie chwilę później. Miles bierze głęboki wdech i odbiera przychodzące połączenie. Dziewczyna ma na sobie rozpinaną bluzę z kapturem i koszulkę Boygenius. W jej grzywce, która podczas lockdownu stała się wyjątkowo długa, znajduje się teraz pojedyncze turkusowe pasemko.

Na twarzy Chloe pojawia się półuśmiech.

- Hej.

- Cześć! - odpowiada Miles z trochę większym entuzjazmem, niż zamierzał. - Twoje włosy wyglądają super.

- O, dzięki. - Chloe przeczesuje mimowolnie grzywkę, jakby się trochę speszyła. - Nie wiem, skąd mi przyszedł ten pomysł do głowy.

- Podobają mi się. Wyszło naprawdę super. - Miles oczywiście zna inne słowa niż "super", ale teraz jakoś całkiem wyleciały mu z głowy.

- Joyce wpadła w panikę, jak je zobaczyła, ale to raczej przez to, że farba do włosów zabarwiła też trochę ręcznik dla gości. - Na ostatnie dwa słowa Chloe unosi ręce i wykonuje gest cudzysłowu. - Jakby ktokolwiek planował nas w najbliższym czasie odwiedzić.

Joyce to mama Chloe, a o ich kłótniach można by napisać powieść.

- Cóż, taka już jej uroda.

Tym razem Chloe obdarzyła go szerokim uśmiechem, tak jak robiła to kiedyś, gdy byli jeszcze najlepszymi przyjaciółmi i codziennie ze sobą rozmawiali po kilka godzin. Zanim doszło między nimi do wielkiej kłótni, która wszystko zepsuła. Miles chciałby dalej cieszyć się ciepłem jej uśmiechu, ale minęło już pięć miesięcy, odkąd przestali ze sobą rozmawiać, a to szmat czasu. Miesza łyżką w kubełku z roztopionymi ciasteczkowo-śmietankowymi lodami.

- To... co nowego? - pyta po chwili ciszy.

- Nic takiego, po prostu tyle się dzieje, że chciałam... się upewnić, że wszystko u ciebie dobrze.

Miles wzrusza ramionami.

- Jest jak jest.

- Ano...

Znowu zapada między nimi niezręczna cisza.

- U twojej mamy, Lisy... też wszystko gra?

- Na razie tak. Tymczasowo zamieszkała razem z kilkoma innymi pielęgniarkami tuż obok szpitala. Nie chce wracać do domu, żeby niczego ze sobą nie przywlec.

Chloe potrząsa głową.

- Strach się bać. Pewnie ty i mama D. bez przerwy się o nią martwicie.

Miles nie chce o tym rozmawiać.

- Cóż... mama D. utknęła w Amsterdamie.

- Co?! Jak to?

- Poleciała tam, żeby przygotować wystawę, akurat gdy wszystko zostało zamknięte. Uznała, że lockdown potrwa góra tydzień czy dwa i że go przeczeka, ale jak wiemy, grubo się myliła, więc nadal tam tkwi.

- O rany, to znaczy, że siedzisz w domu całkiem sam?

- Żyć nie umierać. Okupuję z Dodgerem salon. - Miles odchrząkuje. - No, a wy jak tam się trzymacie?

Chloe przewraca oczami.

- Joyce bez przerwy truje mi dupę, tata urządził sobie biuro w piwnicy, a Koszmarki co rusz wpadają na nowe sposoby, żeby uprzykrzyć nam życie i zepsuć wszystko, co nie jest przybite do ściany. Gdybym ja w ich wieku zachowywała się choć w połowie tak źle, to rodzice na bank wysłaliby mnie do szkoły z internatem.

Chloe mieszka w Park Slope, niedaleko Prospect Park, w odrestaurowanej czteropiętrowej kamienicy z czerwonobrunatnego piaskowca, razem z mamą, tatą i dziesięcioletnimi braćmi bliźniakami, których nazywa Koszmarkami, bo roznosi ich energia i co chwila coś jej psują. Z kolei Miles mieszka razem ze swoimi mamami w Windsor Terrace w starym, walącym się domu szkieletowym z przeciekającą piwnicą. No i z Dodgerem - starym, poczciwym pit bullem, który często pierdzi. Mieszkanie Milesa i Chloe dzielą trzy stacje metra i kilkanaście milionów dolarów.

- Czyli fszystko po staremu - sepleni chłopak, zajadając się lodami.

Nasza rozmowa też jest taka jak dawniej, myśli sobie.

Chloe ponownie wplata palce w swoją grzywkę. Jej czekoladowo-brązowe oczy są tak ogromne, że mogłaby być postacią z anime. Ma delikatną urodę, z wyjątkiem nosa. Zawsze powtarza wszystkim, że w pełni podpisuje się pod ruchem ciałopozytywności, ale Miles wie, że przejmuje się swoim nosem i że uważa go za zbyt szeroki. A według niego? Jest idealny, zwłaszcza z tym złotym kolczykiem w lewym płatku. Ciekawe, kiedy go sobie przebiła. I ciekawe, co jeszcze ominęło Milesa przez te ostatnie pięć miesięcy.

Myśli o wszystkim, co chciałby jej powiedzieć: Tęskniłaś za mną chociaż trochę? Miałem urodziny w lutym, ale chyba o nich zapomniałaś. Czy gdyby nie wybuchła pandemia, to już nigdy byś się do mnie nie odezwała?

- To... co jeszcze słychać? - dopytuje po kolejnych kilku sekundach ciszy. - Poza tym, że oglądasz filmy o nieznanym kuzynie Teda Bundy'ego, F r e d z i e Bundym?

Chloe parska piskliwym śmiechem. Gdyby Miles miał listę ulubionych rzeczy, to jej śmiech bez dwóch zdań uplasowałby się w pierwszej trójce.

- Kwiczę! F r e d Bundy!

- Współczuję mu tego, że trafił na listę podrzędnych seryjnych morderców i że musi konkurować z takimi osobistościami jak Kuba Rozpruwacz.

Chloe śmieje się jeszcze głośniej, a Miles czuje się jak magik na scenie, próbujący sprawić, by ta chwila trwała jak najdłużej.

- Coś czuję, że Krytyczni Znawcy Zagadek Kryminalnych poświęcą kolejny odcinek podcastu właśnie Fredowi - odpowiada rozbawiona.

- Pewka. Totalnie.

Nagle dobiega ich syrena ambulansu mknącego wzdłuż Prospect Expressway. Oboje milkną, zupełnie jakby usłyszeli grzmot i czekali, aż błyskawica rozświetli niebo. Dziesięć minut odstępu pomiędzy karetkami oznacza zły dzień, a pięć tragiczny. Jęk syreny staje się coraz słabszy, aż w końcu całkiem cichnie.

- W każdym razie - odzywa się ponownie Chloe - cieszę się, że nic ci nie jest.

- Dzięki, a ja że tobie. A co z Mormor?

Chloe wyraźnie smutnieje.

- Miała wylew. W styczniu.

Jak to? To dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś?, pomyślał Miles.

- Przepraszam, że pytam, ale czy...

- Nie! Całe szczęście nie. - Chloe pociąga za jeden sznurek od kaptura, a później za drugi. - Joyce oddała ją pod opiekę domu spokojnej starości w New Jersey na kilka tygodni przed lockdownem. Chciałabym ją odwiedzić, ale... nie mogę.

Milesowi brakuje słów. Zdziwiło go, że Chloe się do niego odezwała, i nie chciałby tego zepsuć, mówiąc coś nietaktownego, tym bardziej że wie, jak dziewczyna od zawsze była zżyta ze swoją babcią. Bierze kolejną łyżeczkę lodów do ust i potakuje, licząc w duchu na to, że Chloe zmieni temat.

- Tak przy okazji, to dostałam od niej jakąś dziwną paczkę.

- Co znaczy "dziwną"?

Dziewczyna przygryza dolną wargę, po czym wbija wzrok w sufit.

- Eee, trudno to wyjaśnić. Może po prostu ci ją pokażę? O ile nie jesteś zajęty.

Miles odsuwa się od kamery i pokazuje gestem ręki na cichy, pusty pokój.

- Okej, to daj mi sekundę - odpowiada Chloe.

Nagle oczom Milesa ukazuje się widok z tylnego aparatu telefonu Chloe. Dostrzega otwarte pudełko wypełnione małymi kasetami i równie mały dyktafon, który przywodzi mu na myśl sprzęt używany przez reporterów przed wynalezieniem smartfonów. Jest tam coś jeszcze: spłowiały beżowy album do scrapbookingu.

- Widzisz? - pyta Chloe.

- Tak, co to?

- Nie wiem.

- Myślisz, że to rzeczy z czasów, gdy była szpieżką? Może chce ci wreszcie wyjawić swoje tajemnice?

- Byłoby ekstra, ale coś czuję, że zabierze je ze sobą do grobu.

Chloe wyciąga album z pudełka i kładzie go na biurku. Gdy przewraca strony, Miles słyszy charakterystyczny szelest. Do jednej z kartek przyklejone są liść dębu i stokrotka, której niegdyś białe płatki wraz z upływem czasu stały się jasnobrązowe. Na przeciwległej stronie znajduje się mały szkic okna z widokiem na domy, przypominające stylem te z epoki Tudorów, i pokryty bluszczem zamek wyciągnięty żywcem z jakiejś baśni. Miles dostrzegł również w prawym dolnym rogu inicjały "EW". Chloe przewraca stronę i robi zbliżenie na wycinki z niemieckiej gazety z dwudziestego czwartego grudnia tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku. Z ziarnistej, niewyraźnej fotografii spoglądają na nich twarze trzech nastolatków sprzed wielu dekad.

- Mógłbyś to dla mnie przetłumaczyć?

Miles zaczyna się zastanawiać, czy to był jedyny powód, dla którego Chloe się z nim skontaktowała, ale po chwili dochodzi do wniosku, że gdyby chciała, to użyłaby po prostu Tłumacza Google.

- Jasne. Mogłabyś jeszcze trochę przybliżyć?

Obraz się rozmywa.

- Czekaj, odrobinę mniej. Okej, teraz jest dobrze. Eee, no więc nagłówek to: Trwają poszukiwania zaginionych siedemnastolatków: Hanny Schmidt, Oskara Gerbera i Sophie Muller. Mówią ci coś te imiona?

- Pierwsze słyszę.

Miles musi się skupić, żeby przetłumaczyć resztę fragmentu z gazety, i chociaż nie zna pojedynczych słów, to udaje mu się zrozumieć je z kontekstu.

- Podobno zaginęli nocą dwudziestego drugiego grudnia w... Wintersonnenwende? Pewnie chodzi o przesilenie zimowe. Eee, jest tu też jakaś wzmianka o tym, że mogło mieć to związek z jakimiś zamieszkami, w których uczestniczyły siły zewnętrzne... Z kolei część mieszkańców uważa, że miało to coś wspólnego z magią lasu. - Miles unosi głowę. - Tak, miałaś rację, to mega dziwne. - Przekrzywia głowę, próbując odczytać jakąś odręczną notatkę na marginesie artykułu. - Co to?

- To pismo mojej babci. Napisała: "Die Eichel".

- Czy to niemiecka nazwa na Wieżę Eiffla?

Chloe przełącza kamerę na przednią i spogląda wymownie na Milesa.

- Czy ty przypadkiem nie uczyłeś się niemieckiego przez trzy lata?

- Tak, ale prawie na każdej lekcji wychodziłem do toalety i traciłem połowę zajęć. Czekaj, wygoogluję to.

- Słyszałam, że powstanie program telewizyjny o Krytycznych Znawcach Zagadek Kryminalnych - mówi Chloe, gdy Miles pisze na klawiaturze. Chyba w ten sposób chce wyciągnąć do niego rękę na zgodę.

Chloe poleciła Milesowi Znawców Zagadek w ósmej klasie i przez kolejne trzy lata czekali razem z wypiekami na twarzach na każdy kolejny odcinek podcastu o rozwiązywaniu przedawnionych przestępstw. Byli tak zafascynowani Znawcami, że w dziewiątej klasie nagrali własny odcinek o Makbecie na modłę swojego ulubionego podcastu w ramach zadania domowego na lekcje angielskiego. To właśnie to ich tak mocno połączyło. No i wspólna nienawiść do omawiania Władcy much.

- Dobra, die Eichel oznacza... żołędzia?

- Cóż, to raczej niczego nie rozjaśnia. - Chloe wzdycha ciężko, a jej grzywka z turkusowym pasemkiem unosi się od podmuchu powietrza.

- Wiesz, po co babcia ci to wysłała? - pyta Miles i sięga po Mountain Dew. Nadal czuje w ustach słodycz lodów, więc napój przypomina mu teraz smakiem metal.

Chloe potrząsa przecząco głową.

- Odkąd miała wylew, zachowuje się zupełnie inaczej niż wcześniej. Jakby coś nie dawało jej spokoju. Myślę, że próbuje mi coś powiedzieć, ale umysł jej na to nie pozwala. Od stycznia nie wypowiedziała ani jednego słowa. - Chloe wyciąga jedną z małych kaset z pudełka i się jej przygląda. - Jeszcze nie miałam okazji ich posłuchać, bo Joyce kazała mi zdezynfekować całe pudełko i zostawić je na dworze na dwa dni.

No i wywołała wilka z lasu, bo nagle dobiega ich nosowy głos jej mamy:

- Skarbie! Mogłabyś tu na chwilę przyjść, proszę? - krzyczy z innego pokoju.

Chloe wzdycha z irytacją.

- M a m o, rozmawiam p r z e z t e l e f o n! E c h!

- Potrzebuję twojej śliny! - odpowiada Joyce.

Miles unosi brwi ze zdziwienia.

- Wszystko u niej okej?

- Tak, po prostu znalazła sobie nowe pandemiczne hobby: 23andMe7. Kiedyś przez nią oszaleję. - Chloe wywraca oczami i sięga po wegańskie czipsy. Dzielą wiele zainteresowań, ale w kwestii przekąsek rzadko się ze sobą zgrywają. - Jak myślisz, ile jeszcze potrwa ten cały lockdown?

Miles wzrusza ramionami.

- Rany, myślisz, że będziemy odbierać świadectwa przez Zooma? To dopiero byłby dramat.

- Spójrz na to z innej strony: jeżeli Terrence Forman dotrzyma słowa i narysuje członka na swoim birecie, to wszyscy zrobią zrzut ekranu i będą mogli kiedyś podzielić się tą wiekopomną chwilą z potomkami.

Chloe wybucha śmiechem.

- Ty to zawsze znajdziesz jakieś plusy, Miles-y Cyrus.

To dlaczego przestałaś się do mnie odzywać?

- Chloe Ayelet Eisenberg! - ponownie rozległ się głos jej mamy.

Miles znacząco zagwizdał.

- Wow, zawołała cię pełnym imieniem.

- Rany b o s k i e e e e! Już i i i i i i d ę! - Chloe odwraca się z powrotem w stronę Milesa. - Mam nadzieję, że wszystko wróci do normy jeszcze przed jesienią. Nie mogę się doczekać na Stanford.

Miles czuje się zrezygnowany. Chloe wyjedzie do Kalifornii, na drugi koniec Stanów. Ma wrażenie, jakby tracił coś, czego tak naprawdę nawet nie ma.

- O, super, gratulacje!

- Cóż, to jeszcze nie jest klepnięte. Nie podjęłam ostatecznej decyzji, bo nadal rozważam Brown University. A ty? Idziesz na NYU?

Miles przenosi spojrzenie na dwa listy akceptacyjne: jeden z City College, a drugi z The State University of New York. Nie chce się przyznawać do tego, że uniwersytety jego pierwszego wyboru go nie przyjęły. Nie powinno go to wcale dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że ma dobrą, ale nie ponadprzeciętną średnią ocen, a do tego nie udzielał się za bardzo w kołach czy podczas zajęć pozalekcyjnych. Nawet teraz słyszy w głowie poirytowany głos mamy Lisy: "Wiem, że jesteś mądry, iho8. Musisz się po prostu bardziej przyłożyć. Nieraz dostawałeś taryfę ulgową, ale świat nie zawsze będzie się do ciebie dostosowywał". Miles ma wrażenie, że cały jego wysiłek nie miał sensu. Tak bardzo się starał, żeby dostać się do koledżu, a najprawdopodobniej nic z tego nie wyniknie.

- Jeszcze nie wiem.

- C h l o e e e e e!

- Ja pieprzę... - rzuca pod nosem dziewczyna.

- Lepiej do niej pójdź, bo to chyba kwestia życia i śmierci.

- Tak, na to wygląda. Cóż... - Urywa Chloe, po czym ponownie kieruje aparat na wycinek z gazety. - Słuchaj, jestem świadoma tego, że to dziwne, ale znam babcię i wiem, że nie wysłałaby mi tego, gdyby to nie było coś ważnego. - Marszczy nos i delikatnie się garbi. - Pomógłbyś mi rozwikłać tajemnicę tych zaginionych nastolatków? To może okazać się ciekawsze od oglądania Netfliksa. To będzie nasze własne wydanie Znawców Zagadek.

Zraniona część Milesa chciałaby skwitować to jakimś kąśliwym komentarzem. Nie no, jasne. Nie odzywałaś się do mnie przez pięć miesięcy, ale już się palę, żeby ci pomóc. Prawda jest jednak taka, że się za nią stęsknił. A do tego Covid sprawił, że spojrzał na niektóre rzeczy z innej perspektywy.

- Myślę, że znajdę na to czas w moim jakże przepełnionym pracą pandemicznym kalendarzu.

- Dzięki, Miles-y. - Obdarzyła go ciepłym uśmiechem.

- No dobra, to wyślij mi zdjęcia wszystkiego. Zobaczę, co uda mi się znaleźć, gdy ty będziesz pluła do probówki.

Po kwadransie Chloe spełnia jego prośbę, a do załączników dołącza wiadomość: "Mam nadzieję, że okaże się, że jesteśmy spokrewnione z Tedem Bundym, aby zobaczyć przerażoną minę Joyce".

Miles wcina kukurydziane płatki śniadaniowe i ogląda wieczorne wydanie wiadomości z przyciszonym dźwiękiem. Przed szpitalem w Queens stoją zaparkowane ciężarówki chłodnie, które obecnie pełnią funkcję kostnicy. To jak oglądanie filmu katastroficznego, tylko gorsze, bo to dzieje się naprawdę. Nowy Jork, miasto, które nigdy nie śpi, zamarło w upiornym bezruchu. Mieszkańcy zostali wezwani do pozostania w domach, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa i kolejnym zgonom.

Chłopak przechodzi do kuchni i nalewa sobie wody do na wpół czystego kubka w kształcie kota. Stworzył ten ceramiczny koszmarek w czwartej klasie i niestety jego mamy postanowiły, że nigdy go nie wyrzucą. Miles sprawdza kalendarz w telefonie, otwiera małą niebieską przegródkę w kasetce na leki, wyjmuje z niej tabletki, które musi brać codziennie, popija je wodą i odstawia kubek z powrotem do zlewu.

- Pieprzcie się, stany lękowe.

Dosypuje sobie resztkę Frosted Flakes, a potem szybko je zjada, zanim zdążą zmięknąć od mleka. Jego mamy nie muszą wiedzieć o tym, że pochłania słodkie płatki, podobnie jak naczosy czy kupny makaron z serem, który je trzy razy w tygodniu, odkąd złożył w zeszłym miesiącu ogromne zamówienie na zakupy spożywcze z dostawą do domu.

Nagle ciszę przerywa dźwięk jadącego na sygnale ambulansu, a potem kolejnego i jeszcze jednego. Miles wyobraża sobie wycieńczoną mamę Lisę prowadzącą łóżko szpitalne przez jasny korytarz. Ściga się z czasem. Próbuje uratować ludzi, których przywożą w karetkach, mimo że lekarze nadal nie wiedzą wszystkiego o najnowszym zabójczym wirusie. Pomaga chorym, chociaż wie, że pewnego dnia sama może paść jego ofiarą. Później Miles myśli o swojej drugiej mamie, która utknęła w Europie i pewnie odchodzi od zmysłów, zamartwiając się o niego i o swoją żonę.

Wyłącza telewizor po czym wraca na górę, do swojego pokoju, i przygląda się zdjęciom starego artykułu z niemieckiej gazety. Fajnie, że ma teraz coś, co może odciągnąć jego myśli od zmartwień. Tym bardziej że od zawsze lubił wyszukiwać informacje na przeróżne tematy niezwiązane ze szkołą i łączyć ze sobą pozornie niepowiązane w żaden sposób elementy układanek. To właśnie ta część Milesa sprawiła, że wkręcił się tak mocno w Znawców Zagadek. Oni też podążali za szalonymi poszlakami, które zdawały się donikąd nie prowadzić, tylko po to, żeby jakimś cudem znaleźć odpowiedź na nurtujące ich pytania. I choć na pierwszy rzut oka ich logika mogła wydawać się pokrętna, to po dłuższym namyśle wszystko nabierało sensu.

Pobieżne wyszukiwanie w Google nie przynosi żadnych rezultatów. Milesowi nie udaje się znaleźć żadnych dodatkowych informacji na temat zaginionych nastolatków. Otwiera nową kartę w przeglądarce i wpisuje: "Kleinwald, Niemcy. 1941". Pierwszy wynik to reklama luksusowych apartamentów z widokiem na jezioro: "Prawdziwa sielanka w Kleinwaldzie... znanym ze swojego uniwersytetu... położonym niedaleko lasu Dodauer".

Hurra, niech żyje kapitalizm..., myśli sobie Miles, ale postanawia podążyć za tropem lasu, bo rzekomo to właśnie tam zaginęła cała trójka. Nie ma w nim niczego wyjątkowego, co wyróżniałoby go na tle innych podobnych terenów, poza jedną rzeczą: Dębem Pana Młodego, który podobno swata ludzi i ma nawet swój własny kod pocztowy.

- A więc tak wyglądał Tinder w dziewiętnastym wieku. No spoko.

Miles przechodzi z powrotem do karty, gdzie wyszukiwał Kleinwald. Klika na obrazy i zaczyna scrollować, aż natrafia na czarno-białą fotografię klimatycznego miasteczka rodem z baśni braci Grimm. Widnieją na niej te same domy szkieletowe i ten sam zamek na tle oświetlonego lampami gazowymi mostu, co na rysunku babci Chloe. Tyle że na tym zdjęciu na szczycie porośniętej bluszczem wieży powiewa flaga ze swastyką. Podpis obrazu to Wilhelm Schloss. "Zamek Wilhelma". Miles dodaje frazę "II wojna światowa" do swojego wyszukiwania i znajduje kolejną fotografię, tym razem z tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Po niegdyś urokliwej miejscowości zostały jedynie zgliszcza, a w samym środku mostu zieje dziura. Po miasteczku zostało tyle co nic. Szybka wizyta na stronie, która przechowuje rzadkie skany archiwalnych gazet, owocuje odkryciem, że ostatnie wydanie "Die Kleinwald Zeitung" zostało wydrukowane w czterdziestym czwartym. Miles trochę się tym załamuje. Zastanawia się, czy jakiekolwiek zapiski dotyczące tej miejscowość przetrwały bombardowanie. Jeżeli ktokolwiek je posiada, to najprawdopodobniej biblioteka uniwersytecka. Miles pospiesznie redaguje maila po niemiecku, licząc na to, że mimo średniej znajomości języka nie napisze niczego obraźliwego i że pracownik biblioteki będzie w stanie mu pomóc.

Następnie chwyta zeszyt i zapisuje na pustej stronie listę przemyśleń:

- Zbombardowanie Kleinwaldu - 1944.

- Nazistowska flaga + zbombardowane miejsce = placówka wojskowa? Fabryka zbrojeniowa?

- Kim byli Oskar, Sophie i Hanna?

Stuka długopisem o kartkę, wpatrując się w piękne odręczne pismo babci Chloe: Die Eichel. Czemu to zapisała? I co to ma niby wspólnego z zaginięciem trójki nastolatków? Te pytania skłaniają go do dodania kolejnego punktu do listy:

- Czym, do cholery, jest "Die Eichel"?

Jego powieki robią się nagle ciężkie. Jakimś cudem jest już północ. Miles spogląda po raz ostatni na twarze Oskara, Sophie i Hanny. Wydają się tacy pełni nadziei na tym zdjęciu. Jakby świat stał przed nimi otworem. Nie mieli pojęcia, co ich czeka.

Zupełnie tak jak Miles.