2.
Justynę obudziły podniesione głosy. Podniosła się i zorientowała, że dobiegały z sypialni rodziców. Matka i ojciec się kłócili.
- Nie powiesz mi, że ten twój romans trwał tak krótko. Od dawna mnie zdradzałeś.
- Nawet jeżeli tak, to co mi zrobisz?
- Nic ci nie zrobię. Skończysz tę znajomość i będziemy żyć jak dawniej.
- Słowo daję, ty nic nie rozumiesz. Ja mam właśnie tego po dziurki od nosa.
- Czego masz po dziurki od nosa? Gotowanych obiadów? Codziennie czystej koszuli?
- Nie rozśmieszaj mnie. Przecież płaciłem ci za to.
- Nie rób ze mnie byle dziwki. Za nic mi nie płaciłeś.
- Nie byłaś na moim utrzymaniu?
- Nie zapominaj, że jestem twoją żoną.
- Nie zapominam.
- Że dałam ci szczęście.
- Chyba żartujesz.
- Wcale nie żartuję.
- Co ty mi dawałaś? Czy się przesłyszałem?
- Szczęście, głupcze.
- Nie nazywaj mnie głupim. Nie mogłaś mi dać szczęścia. Nikomu nie mogłaś dać szczęścia. Jesteś zimna jak sopel lodu.
- Tak ci źle było w moich objęciach?
- Kobieto! O czym ty mówisz! Kiedy po raz ostatni współżyliśmy ze sobą?
- Ostatnio rzeczywiście się to nie zdarzało.
- Ostatnio? Od wieków nie pocałowałaś mnie nawet w policzek.
- Miałeś mnie na każde zawołanie. To nie moja wina, że z tego nie korzystałeś.
- Z czego miałem korzystać? Byłaś nieobecna. Chciałaś tylko pieniądze. Ja się nie liczyłem.
- Przecież prałam, gotowałam, sprzątałam...
- To może robić byle kuchta. Nie o to mi chodziło, kiedy się z tobą żeniłem. Chciałem mieć w domu kobietę, a nie kawał drewna.
- Nie zapominaj również, że masz córkę.
- Która nikogo nie obchodzi, ani mnie, ani ciebie.
- Myślałam, że choć córkę pokochasz.
- To małe, wstrętne stworzonko z wiecznie zamkniętą buzią i przerażonymi oczami? Po co? Co by mi to dało?
- Wiele by ci dało. Poczułbyś się wreszcie, jak we własnym domu.
- We własnym? Chyba żartujesz. Nawet nie mam w tym mieszkaniu własnego pokoju.
- Po co ci własny pokój? Jest sypialnia, jest stołowy...
- I nigdzie nie mogę być choć przez chwilę sam. Wszędzie się za mną włóczysz. W jadalni stoisz za moim krzesłem. W sypialni wyciągasz się u mego boku. Mam tego dość!
- A czego ty byś chciał? Willi z ogrodem? Nie stać nas na większe mieszkanie. Jasne, że mogłabym mieć dla siebie buduar, a tobie urządzić gabinet. Tylko kto by za to płacił?
- Pewnie ja.
- Sam widzisz.
- Więc to moja wina, że czuję się tu jak w więzieniu? Że się snujesz za mną przez cały dzień?
- Nie przez cały. Rano jesteś w pracy.
- Tak. Rano wreszcie mogę odpocząć.
Justyna podreptała przez jadalnię. Stanęła na progu sypialni rodziców.
- Nie kłóćcie się - poprosiła cichym głosem.
- Obudziłeś małą! - krzyknęła matka.
- Obudziłem? Ja? A ty szeptałaś?
Matka wypchnęła Justynę za drzwi sypialni.
- Wyjdź stąd, smarkulo. Ile razy mam ci powtarzać, że do tego pokoju masz wstęp wzbroniony?
-Tak, mamo.
- Natychmiast idź do swojego.
- Tak, mamo.
- No idź, bo ci ten głupi łeb rozwalę.
Justyna pobiegła do siebie, wtuliła się w poduszki i wybuchła płaczem. Na progu stanęła matka.
- Żebym cię od tej chwili nie słyszała. Zamknij się, ty mała pokrako. Jak nie możesz spać, to przynajmniej zamknij buzię.
I huknęła drzwiami.
- Sąsiedzi będą zachwyceni - powiedział szyderczo ojciec.
- Mam gdzieś sąsiadów. Teraz liczy się tylko nasze małżeństwo. I nasz dom.
- Żartujesz! To, co się liczy, to wyłącznie twoja wygoda.
- Nie mów tak.
- A właśnie, że będę mówić. Harowałem jak zwierzę pociągowe przez całe lata. I co w zamian miałem? Krzywy ryj i wrzaski.
- Wrzaski to ty dopiero usłyszysz.
- Naprawdę? Pewnie chcesz, żeby sąsiedzi w końcu wezwali policję.
Matka zamilkła na chwilę.
- Kto ma niby wezwać tę policję? - odezwała się już w miarę spokojnym głosem.
- Tak lepiej. A teraz posłuchaj, moja droga. Odchodzę. Noga moja nie postanie więcej w tym domu. Zostawiam ci mieszkanie. Sam wezmę samochód. Zresztą ty nie masz prawa jazdy.
- Wielka mi łaska. Zapominasz, że mieszkanie dostaliśmy w spadku po moich rodzicach.
- A więc robię dobrze. Przynajmniej będziesz się czuła w tych murach jak w rodzinie.
- A ty, gdzie ty się wyprowadzisz?
- Wybacz, ale to nie powinno cię obchodzić.
- Przeciwnie. Obchodzi mnie bardzo. W końcu jesteś moim mężem.
- Może już niedługo.
- Całe życie będziesz moim mężem. Nic tego nie zmieni.
- Rozwód może zmienić wiele.
- Chcesz rozwodu?
- Na Boga. Tak, i to od razu.
- A z czego ja będę żyła?
- To już twoje zmartwienie. Może wreszcie pójdziesz do pracy.
- Jakbym tu nie pracowała.
- Posłuchaj, moja ty gołąbeczko. Najpierw utrzymywali cię rodzice. Potem ja. Nareszcie po moim odejściu zaczniesz żyć normalnym życiem. I twierdzę, że dobrze ci to zrobi. A także i twojej córce.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Myślisz, że nie wiem, co się tutaj działo? Myślisz, że sąsiedzi mi o tym nie opowiadali? Justyna całe dnie zostawała sama, zamknięta w tym mieszkaniu. A ty biegałaś do kawiarni. A kiedy wyjeżdżałem w delegacje, szłaś z jednej balangi na drugą i nikt nawet nie ugotował temu dziecku obiadu. Teraz mała pójdzie do przedszkola, pozna swoich rówieśników. Może i ona zacznie żyć normalnie.
- Kto ci o tym wszystkim naopowiadał?
- Zawsze znajdą się życzliwi ludzie.
- Też coś.
- Nawet nie mogę być pewien, czy Justyna jest moją córką.
- Zwariowałeś!
- Ciszej, na Boga, bo cię zamkną w areszcie.
- Za co?
- Za awanturowanie się po nocach.
- Jak śmiesz twierdzić, że Justyna nie jest twoją córką?
- Widocznie mam ku temu powody.
- Nigdy cię nie zdradziłam.
- Co ty powiesz? A ten przystojny lekarz z naprzeciwka? Nie zapraszał cię do barów?
- Nawet jeśli mnie ktoś gdzieś zaprosił, to nie znaczy, że szłam z nim do łóżka.
- To już twoje zmartwienie.
- Co teraz będzie?
- Spokój.
- Co ty robisz?
- Zaczynam się pakować.
- Zostaw te garnitury.
- Są moje. Nie ty mi je kupowałaś.
- Nie pozwolę ci odejść!
- A co zrobisz? Położysz się na progu? Wierz mi, że nawet w takiej sytuacji wystarczy zrobić duży krok w przyszłość.
- Kogoś poznałeś.
- Jeżeli nawet tak, to co z tego?
- Masz kochankę.
- Możliwe.
- Kto to jest?
- A co cię to obchodzi?
- Co ona ci daje takiego, czego ja ci nie dałam?
- Miłość.
- Głupstwo.
- Dla ciebie głupstwo. Ale nie dla mnie i nie dla niej. Dla nas to jest wreszcie życie w normalnych warunkach.
- Ja cię znajdę.
- Nigdy.
- Zmuszę cię do powrotu.
- Ani mi się waż.
- Będę przychodzić do ciebie do pracy.
- Ochrona cię wyrzuci.
- Mnie?
- Tak, ciebie.
- Twoją żonę.
- Już wkrótce nią nie będziesz.
- Nie dam ci rozwodu.
- Nie musisz. Sąd stwierdzi stały rozkład małżeństwa. I po sprawie.
- Nie pozwolę...
- Kochanie. Nie zauważyłaś jednego. Że to już nie jest od ciebie zależne. Że ja wreszcie nie jestem od ciebie zależny. Że to koniec.
- Przemyśl to jeszcze.
- Ja już wszystko przemyślałem. I zostawiam cię. Z tym mieszkaniem, z tymi meblami, z tą całą zatęchłą atmosferą. I z twoją córką, która mnie guzik obchodzi.
Justyna stanęła na progu swojego pokoju. Ojciec szedł do drzwi wejściowych, dźwigając dwie wielkie walizy. Jeszcze chwila i drzwi zamknęły się za nim. Pomyślała, że to jest ostatni raz, kiedy widzi swojego ojca.