Losław
Pamiętał jeszcze tamte noce, kiedy wtulony w wilcze futro, by choć trochę się ogrzać, nie mógł zasnąć przez długie godziny i myślał, dlaczego po niego nie przychodzą, dlaczego go nie szukają. Rosło w nim oczekiwanie graniczące z pewnością, że oto już za chwilę jego męka się skończy, rodzice go znajdą, zabiorą do domu, będzie zupełnie tak samo jak kiedyś, a potem przychodził świt i wraz z nim bolesne, rozpaczliwe, rozrywające serce - rozczarowanie. Dlaczego znowu nie? Potem, po wielu latach porzucił to pytanie. Sam został wilkiem. Jeśli rozpacz nie zostanie powierzona Bogu, powstanie rana nie do zagojenia. Demon rodzi się w zranieniu.
Losław urodził się w osadzie zwanej Warnija. Był pięknym dzieckiem. Miał czarne, bystre, iskrzące się jak dwa węgle oczy i mnóstwo ciemnych loków tańczących wokół roześmianej buzi. Rodzice go uwielbiali, rozpieszczali, zabierali wszędzie ze sobą. Do lasu również. Jeszcze wówczas pierwsi mieszkańcy osady nie doświadczyli tylu strat ze strony watahy wilków zamieszkujących las, nie czuli w sobie więc żadnego strachu przed tym miejscem. Całe rodziny przychodziły tu na grzybobranie, zrywały jagody, leśne poziomki i wilcze jagody, których używali do mikstur wypijanych podczas wieczornego ogniska, by wprowadzić się trans i mieć wizje. Któregoś dnia matka Losława zabrała go do lasu. Zajęta zbieraniem jagód do wiklinowego koszyka, na chwilę straciła z oczu syna, który liczył sobie lat cztery. Malec zobaczył jak czyjeś dzikie oczy przyglądają mu się zza zarośli. Oczy te były żółte, przymrużone, przyczajone, groźne, ale kiedy Losław z ciekawości podszedł bliżej, okazało się, że to tylko mały wilczek, który radośnie skoczył mu na kolana. Chciał się bawić. Skakał, odbiegał dalej, a Losław podążał za nim. Był już na tyle daleko, że nie słyszał wołania matki. Do wieczora, do zmroku błąkał się po lesie, aż nagle wokół małego wilczka pojawiły się wielkie, czarne, stare wilki. Otoczyły Losława zamkniętym szpalerem, odcinając mu drogę powrotną do osady. Mały nie wiedział zresztą, w którą stronę pójść. Tej nocy został z wilkami, zwinięty w kłębek w wilczej norze, razem z wilczkiem, z którym bawił się za dnia. Następnego dnia wilki nie dały mu wyjść z nory. Warczały ilekroć próbował wrócić do osady. Został z nimi przez kolejne noce. Twarz mu poczerniała od ziemi rozmazanej na policzkach przez łzy. Wilki bez przerwy otaczały go za dnia i w nocy. Z biegiem dni zaczął żyć tak samo jak one. Czekał tyle dni i tyle nocy na to, żeby mama albo tata po niego przyszli, ale nikt się nie pojawił. Nikt. Nigdy. Został sam. Z wilkami. Z biegiem lat zacierały się jego wspomnienia i czasem myślał, że sam jest wilkiem, że te zwierzęta to jego rodzina. Przestał chodzić wyprostowany, spał w norze, polował i potrafił rozerwać zębami zająca. Po kilku latach, nocą, samotnie wybrał się na polowanie. To wtedy trafił na chatę wiedźmy, wykluczonej z osady, która zamieszkała na skraju lasu, z dala od ludzi, po tym, jak zapaliła się jej suknia, kiedy skakała dla zabawy przez ognisko. Miała wtedy dwanaście lat. Jej ciało i twarz były poparzone. Z dnia na dzień straciła rodzinę, która wstydziła się jej wyglądu, a ludzie z osady nie szczędzili jej okrutnych słów pełnych odrazy. Wtedy zamieszkała w chacie na skraju lasu, z czarownicą, od której nauczyła się czarnej magii. Kiedy stara zmarła, dziewczyna zajęła jej miejsce. Zemściła się na wszystkich, którzy jej urągali. Wrzucała do ognia skrawki ich ubrań, które nocą kradła z ich domostw, wypowiadając przy tym przekleństwa. Wszyscy po kolei zapadali na nieuleczalne choroby albo ginęli w dziwnych okolicznościach - przygnieceni przez drzewo albo wciągnięci w głąb jeziora podczas szkwału. Niektórym, którzy jej nie dokuczali, pomagała w chorobach, bezpłodności, tak jak pomogła matce Grandisa, by wreszcie mogła poczuć w swoim łonie jego ruchy. Pewnej nocy zjawił się u niej wilk. Dopiero w blasku pochodni zobaczyła, ze to... człowiek. Młody mężczyzna o czarnych kołtunach sięgających do pasa, dzikim wzroku, czarnych, pałających dziwnym blaskiem oczu. Słyszała o nim przed laty. To musiał być przygarnięty przez wilki przed laty Losław. Jego rodzice zwrócili się kiedyś o pomoc przy poszukiwaniach do starej czarownicy, ale ta przestrzegła ich, by przestali go szukać. "On nie należy już do waszego świata. Jest pokąsany przez wilki, naznaczony, sam stał się wilkiem, jeśli do was wróci, zniszczy wasz świat. Zapomnijcie o nim i dajcie mu żyć po wilczemu!" Rodzice Losława nie szukali już nigdy syna. Urodziły im się kolejne dzieci i zapomnieli o pierworodnym. A teraz on sam, zjawił się w chacie na skraju lasu, pytając o drogę powrotną do osady. Nie ma powrotu!
- Sam już nie wiem, kim jestem. Człowiekiem czy wilkiem... - rzekł Losław do wiedźmy, z trudem szukając słów.
- Stałeś się więcej niż wilkiem, pamiętaj o tym, że jesteś kimś dużo więcej niż wilkiem! - powtórzyła młoda wiedźma, dobrze wyszkolona przez starą - nie masz po co wracać do osady. Możesz stać się potężnym władcą lasu. Podporządkuj sobie watahę, zbuduj kamienny krąg w lesie, wznieś twierdzę nie do pokonania, zamieszkaj tam i podporządkuj sobie ludzi z osady. Niech ci służą! Nie jesteś już Losławem. Będąc człowiekiem przywdziałeś skórę wilka. Zyskałeś nadludzką siłę. Stałeś się Lupusem! Podporządkuj sobie całą Warniję!
- Tak zrobię, siostro! - obiecał wtedy Lupus, utwierdzony przez wiedźmę, w tym, kim jest i w swoim miejscu na ziemi. Wrócił do watahy wilków, które go wykarmiły i "wychowały", ale od tej chwili traktował je z góry, wydawał rozkazy i bił gałęziami zerwanymi z drzew, kiedy stawiały opór. Z nad jeziora przydźwigał kamienie w głąb lasu i wybudował z nich twierdze w kształcie okręgu. Obsadził ją różami, które po podlaniu miksturą otrzymaną od wiedźmy ze skraju lasu, stały się dzikie, niebezpieczne i krwiożercze; oplatały i pochłaniały każdego wędrowca, który zapędził się w głąb lasu i strzegły dostępu do kamiennej twierdzy Lupusa. Lupus zawsze wiedział, kiedy ktoś się zbliża, nie tylko za sprawą swego zwierzęcego instynktu i absolutnego słuchu, ale dzięki Kłobukowi - leśnemu demonowi, którego też uczynił sobie poddanym. Kłobuk z wyglądu przypominał czarnego koguta, mieszkał w dziupli buka, rosnącego przy ścieżce prowadzącej wprost do szpaleru dzikich róż. Ilekroć usłyszał czyjeś kroki na ścieżce, wychylał swój dziwny, ruchliwy, czarny łepek i wydawał dźwięk, podobny do piania koguta, ale dużo niższy, bardziej chrapliwy, przyprawiając wędrowców o ciarki strachu na plecach. Kłobuk był ulubieńcem Lupusa, jego maskotką, sługą, "rozbawiaczem", kiedy skakał przed nim na swej kurzej nodze, a także pomocą, sygnałem ostrzegawczym, wiernym towarzyszem. Kiedy pewnego wieczoru dostrzegł przez szparę w dziupli kilka kobiet z pochodniami, które zmierzały w kierunku szpaleru róż, zapiał złowróżbnie. Kobiety zatrzymały się na moment, zastygłe w bezruchu, wydawało się, że zawrócą z drogi, wrócą do osady. Ale jednak nie, szły dalej. Kłobuk zapiał jeszcze raz, by dać znać Lupusowi o wizycie niechcianych gości...
Laura
Noc była czarna, nieprzenikniona, bezgwiezdna, tylko srebrny półksiężyc, rzucał delikatny blask na nieruchomą, gładką taflę jeziora. W osadzie słychać było rytmiczną muzykę wygrywaną na cylindrycznych bębnach. Wiedźma mieszkająca na skraju lasu, podnosiła co chwilę ręce do góry i wypowiadała zaklęcia, niesione przez wiatr, których słowa pozostały nierozpoznane dla zgromadzonych wokół ogniska mieszkańców osady. Rytuał odprawiany przez wiedźmę miał zapewnić mieszkańcom osady ochronę przed watahą wilków, zamieszkujących pobliski las. Nikt nie wiedział, co kryje się na dnie mrocznej duszy wiedźmy - kobiety mieszkającej samotnie na skraju lasu. Tak naprawdę nie sprzyjała mieszkańcom osady, nienawidziła ich za to, że ją wykluczyli, odrzucili, skazali na samotność z powodu inności i szpetnych blizn na twarzy po oparzeniu przez ogień. Podsyciła żądze władzy u Lupusa, a rytuał odprawiła w intencji jego siły, a nie bezpieczeństwa mieszkańców osady. Cieszyła się, że ci głupcy, nie znają jej, nie rozumieją i jeszcze zaprosili do wspólnego ogniska, nie przeczuwając nawet, że obróci się to przeciwko nim samym. Laura stała z boku, trzymając śpiące dziecko w ramionach, otoczona ramieniem Fortisa.
- Ech, chodźmy stąd, nie ma chyba nadziei dla tych ludzi, skoro wolą prosić o pomoc tę wiedźmę niż Jezusa - rzekł z rezygnacją Fortis. Laura podążyła razem z nim do chaty i cieszyła się na myśl o wspólnie spędzonej nocy z Fortisem, z dala od tego całego zgiełku, zaklęć i orgii, która odbywała się zaraz po zakończeniu rytuału. Pragnęła ciszy i czułości, a nie rozpusty i pustego śmiechu. Laura kochała te noce, pełne bliskości. Kochała też zapach ziemi, ziół, melisy, rumianku. Poranki spędzała nad jeziorem, zbierała gałęzie wierzby, rozmiękczała je w wodzie, by potem pleść z nich kosze, które rozdawała mieszkańcom Warniji, przyjmując w zamian jajka, kozi ser, udziec barani, ryby, mleko. Gotowała strawę dla swego męża Fortisa i trzyletniego syna Jana. Za namową swego męża, porzuciła wróżenie z popiołu z ogniska, warzenia mikstur magicznych, przyjęła chrzest z rąk ojca Conversusa, a po narodzinach syna, i jego wraz z Fortisem przyniosła do kościoła, by przyjął chrzest i nadała mu imię niespotykane w Warniji, imię, które nosił ulubiony uczeń Jezusa - imię - Jan. Laura miała poukładane, dobre życie. Kochała Fortisa, kochała Jana, nie przeczuwała, że coś wokół niej gęstnieje, ktoś wobec niej coś planuje, że będzie wystawiona na próbę. Jednak mroczne emocje, na które nie ma miejsca w życiu chrześcijanki, są jak ogień trawiący wszystko, wszystko obracający w popiół. Tylko rozum jak woda, może zatrzymać ogień, który się rozrasta, rozprzestrzenia, pochłania. Jednak wtedy Laura nie mogła jeszcze o tym wiedzieć...
Lilianna
- Fidesie do mięsa musisz dosypać dużo lubczyku, a nie tylko sól i pieprz. Kto cię uczył gotować? Bardzo ascetyczny jesteś w doborze przypraw, a bez nich wszystko będzie smakować nijako - pouczała mnie Lilianna, a ja chętnie słuchałem jej wskazówek, odkrywać, jak bardzo może zmienić się na lepsze smak baraniny albo dzika, pod wypływem liści laurowych, lubczyku, ziół i czosnku. Lilianna na chwilę rozpromieniała się, kiedy przygotowywała potrawy, ale zaraz potem nagle gasła.
- Co cię trapi, Lilianno, cierpisz?
- Tak - odparła krótko i spuściła wzrok. Milczała. A milczenie to było ciężkie jak głaz i odgradzało nas od siebie. Jesteśmy ludźmi i tylko przez słowo, możemy przedostać się do duszy drugiego człowieka, albo przez dotyk, jeśli to miłość. Ja jednak przyjąłem śluby czystości i celem moim było przetarcie szlaku do ludzkich myśli, do duszy. Dotarcie do Lilianny przypominało mi uderzanie mieczem w głaz. W końcu jednak po wielu moich pytaniach o przyczynę smutku, o cierpienie, usta jej otworzyły się przede mną, i poznałem tajemnicę jej serca.
Trzydzieści dni i trzydzieści nocy już minęło, odkąd wataha czarnych wilków, nocą opuściła swoje leśne nory i napadła na osadę. Porozszarpywali bydło, owce, do tego już przywykliśmy, ale tamtej nocy po raz pierwszy porwali dzieci. Zabrali syna Wojana, przywódcy Rady Starszych i syna Jara też z Rady Starszych, oszczędzili syna Fortisa, przy jego kołysce klęczała tamtej nocy Laura, żona Fortisa i to zapewne ocaliło chłopca. Fortis dla ochrony przed wilkami z lasu, zaczął się modlić. Chrzest razem z żoną Laurą przyjął. Może i my mogliśmy z Lacherem tak zrobić wcześniej, to zło by nas nie do padło... Kiedy porwali moją córkę, poszłam za przykładem Fortisa. Kto bardziej mnie zrozumie od Matki Boskiej, która też straciła swe dziecko? Jednak nawrócenie i modlitwa nie przyniosły mi ukojenia. Demon smutku każdego dnia i każdej nocy wyszarpuje moje serce z piersi, rozrywa je na strzępy i się śmieje, tak głośno się śmieje ze mnie... To tak boli, tak bardzo boli ta strata, że nie mogę żyć. Nie potrafię wierzyć, gotowa jestem dogadać się z Lupusem, byleby córkę za wszelką cenę odzyskać! Wojan i Jar, których synowie zostali porwani, zabrali ze sobą Grandisa - najsilniejszego olbrzyma w osadzie, który zgodził się im służyć i poszli nocą do lasu, oświetlając ścieżkę ogniem z pochodni. Przedarli się przez mur z dzikich róż. Dotarli do okrągłej, kamiennej budowli, w której mieszka człowiek-wilk. Mówią, że to chłopiec wychowany przez wilki, który na darmo czekał na uwolnienie, porwany z osady wiele lat temu. Stanął jako przywódca na czele watahy i szczuje teraz te zwierzęta przeciwko mieszkańcom Warniji. Nazywa się Lupus. Jest panem tego lasu. Każdy, kto wejdzie bez jego zgody w te leśne bezdroża, w czarne zagajniki, ginie bezpowrotnie, rozszarpują go wilki, wysłane przez Lupusa, tak, że zostają tylko jego wnętrzności. Z lasu powrócił tylko Grandis. Zmieniony zupełnie. Kiedyś to był wesoły chłopak, wypieszczony przez matkę, która bardzo długo bezskutecznie starała się o dziecko. W końcu już jako stara kobieta, poszła do wiedźmy mieszkającej na skraju wsi po magiczny wywar, by wreszcie doczekać się potomka. Czary wiedźmy zadziałały, ale dziecko urodziło się dziwne, wielkie, nienaturalnie wysokie o szerokich ramionach. Ojciec go nie pokochał, uważał, że jest wybrykiem czarnej magii, a matka uwielbiała. Po śmierci rodziców, Grandis zgłosił się na służbę do Rady Starszych, Mówił, że chce służyć najsilniejszym w osadzie. Jednak przed Lupusem nawet on nie był wstanie nas obronić. A kiedy wrócił z lasu, był zupełnie inny. Ponury. Milczący. Kiedy pytałam, czy odnalazł moją córkę i inne dzieci i co się stało z Wojanem i Jarem, burknął tylko, że to tchórze i nie będzie im więcej służyć. Fortisowi też nie. Zapytała wtedy: a komu? Nic nie odpowiedział. Milczał. Był zimny jak głaz. I do tej pory milczy. Odsunął się od ludzi. Wybudował sobie chatę przy jeziorze, z dala od osady, a nocami chodzi do lasu. Nikt nie wie, po co. Nikt nie wie, co się tam wydarzyło. Dlaczego Wojan i Jar nie wrócili... Ale ja powiem ci w tajemnicy, że przyszłej nocy, kiedy księżyc będzie w pełni, ja, Laura, żona Wojana i żona Jara, idziemy do lasu, by same odzyskać porwane dzieci!
- Nie możecie tego zrobić!
- Możemy! Musimy! Ale ty nie zdradź mnie nikomu. Lacher nie może się dowiedzieć. Nic nie mów, bo ja powiem, żeś zakonnik z krzyżem na szyi, schowanym pod koszulą.
- Skąd wiesz?
- Kobiety wiedzą zawsze więcej, niż myślisz.
- Dopiero, gdybym nie wróciła, powiedz memu mężowi, że poszłam po córkę, obiecaj!
- Obiecuję.
**
Nie mogłem pozwolić, by te kobiety poszły same do miejsca, w którym zło bierze wszystkie istnienia w swoje posiadanie. Skradałem się tamtej nocy za nimi. Chciałem je ocalić. Wierzyłem, że Bóg da mi dostateczną siłę... Ale to, co ukazało się moim oczom, przerosło moje oczekiwania i na zawsze wryło się w moją pamięć, jak rana wypalona żywym ogniem na nagiej skórze...
Kobiety zatrzymały się przed żywopłotem z dzikich róż. Próbowały się przedrzeć przez krzewy, ale ciernie raniły im ręce, twarze, stopy, do krwi. Przeciągłe wycie wilków rozdzierało ciszę nocy. Usłyszałem krzyk Lilianny. Rozdzierający, pełen rozpaczy. Spojrzałem w jej kierunku. Stał przed nią mężczyzna odziany w skórę wilka, z włosami czarnymi jak skrzydło kruka, sięgającymi dalej niż do ramion, ze wzrokiem zimnym, czarnym jak czeluść.
- Jam jest Lupus! A wy kim dziewki jesteście?
- Przyszłyśmy po nasze dzieci i naszych mężów - odezwała się Wojanowa, zdobywając się na odwagę.
- Oto wasi synowie, zapytajcie, czy chcą wracać do osady? - zaśmiał się drwiąco Lupus wygwizdując na dwa małe wilczki, które dobiegły do niego wesoło i zaczęły się łasić jak psy spragnione pieszczot. Przetarłem oczy, by lepiej widzieć w ciemności. To nie były małe wilki, lecz dwóch chłopców o potarganych włosach, brudnych, umorusanych, ubranych w skórę wygarbowaną z wilka. Dzieci nie chciały odejść z kobietami. A wtedy Lupus złożył im propozycję.
- Jeśli zdołacie wyrwać te dzikie róże gołymi rękami, zwrócę wam wasze pociechy i wrócicie z nimi do osady.
Wojanowa, Jarowa, Lilianna i Laura zaczęły rwać kwiaty, nie bacząc na kolce, która kaleczyły im przedramiona i palce aż do krwi. Kiedy pierwsze krzewy zostały wyrwane moim oczom ukazał się przerażający widok, którego się już nigdy nie pozbędę. Korzenie dzikich róż były wplecione w ramiona zaginionego Wojana, Jara, a płatki wyrastały z włosów córki Lilianny. Oni zostali dosłownie pożarci przez te dzikie krzewy, które się z nimi zrosły! Mało tego! Żywopłot z dzikich róż, zaczął zamykać się wokół przybyłych kobiet, oplatać je, ściągać na ziemię, dostrzegłem, że Lilianna ma ramiona przebite przez kolce, a z jej twarzy zaczynają wyrastać płatki róż. Dobiegłem do nich, chwyciłem za rękę Laurę i z całej siły odciągnąłem ją od krwiożerczych kwiatów. Upadła na ziemię, ale była już na tyle daleko, że mogłem ruszyć na ratunek pozostałym kobietom. Niestety. Za późno. Wokół mnie wznosił się nowy szpaler dzikich róż. A kiedy odgarnąłem płatki róż ujrzałem znieruchomiałe, martwe twarze żony Lachera -Lilianny, żony Wojana i Jara.
- Precz, zakonniku, bo i ciebie pożrą te zatrute kwiaty! - to był głos Lupusa, a potem w głowie dudnił mi już tylko jego śmiech i przeciągłe, niekończące się wycie wilków. Chwyciłem Laurę za rękę i biegliśmy całą drogę w kierunku osady. Tylko Laurę zdołałem odciągnąć w ostatnim momencie... O świcie dotarliśmy do domu Fortisa. Wybiegł z chaty i chwycił żonę na ręce. Miała mnóstwo ran, ale żyła. Opowiedziałem o wszystkim Fortisowi, a on obiecał mi, że powiadomi Lachera o stracie Lilianny. Stwierdził też, że musimy spotkać się u ojca Conversusa, by porozmawiać o ocaleniu mieszkańców osady. Kiwnąłem tylko głową na znak zgody i opuściłem domostwo Fortisa, który z troską pochylił się nad poranioną Laurą.
Lupus
- I ty chcesz mi służyć?! - zaśmiał się szyderczo Lupus. - A kimże ty jesteś, Grandisie, że miałbym ci zaufać i przyjąć cię na służbę. Może jesteś szpiegiem Fortisa, jego posłańcem?! To, że przedarłeś się przez dzikie róże, to tylko świadczy o twojej sile i uporze, a nie lojalności.
- A co mogłoby zaświadczyć o mej lojalności?
- Jedynym moim zagrożeniem w osadzie jest Fortis. On jeden naprawdę uwierzył w Chrystusa, przyjął chrzest i teraz innych będzie próbował nawracać. A ten ciemny lud, który wierzy w zabobony, czary i przekleństwa, jest moją siłą. Kiedy odprawiają czarną magię, to tak jakby mi się kłaniali. Karmię się tym! Tak samo jak ich strachem! To dzięki ich głupocie jestem tak potężny! Musisz złamać Fortisa. Wtedy przyjmę cię na służbę, ba, uczynię swoim następcą! Będziesz na równi ze mną! Tak samo silny, pełen mocy i niezwyciężony!
- Jak mam złamać Fortisa?
- Jest na to tylko jedna metoda. On ma tylko jedną słabość. Jest nią miłość do kobiety o zielonych oczach i włosach w kolorze kasztanów. Miłością jego życia jest kobieta o imieniu Laura - jego żona. Wyznaczam ci na uwiedzenie Laurę. Żonę Fortisa. Tylko on jest przeszkodą w moim zapanowaniu nad osadą. Ma w sobie siłę Chrystusa, której nie mogę pokonać. Wydaje się silny, niezłomny w swej wierze, nie do zniszczenia. Ale kiedy zabierzesz mu ukochaną kobietę, w której pokłada całą swoją ufność, to go złamie.
- Jakże mam ją uwieść?! Wpatrzona jest w męża, zajęta wychowaniem syna, pleceniem koszy z wierzby, nawet na mnie nie spojrzy...
- Przynieś mi pasmo jej włosów, następnej nocy, odprawię magiczny rytuał miłości, po którym stanie się słaba i ulegnie ci całkowicie.
- Nie zakochuj się w niej. Masz ją tylko uwieść! Jeśli chcesz mi służyć, twoje serce musi być jak kamień.
- Odbierz jej rozum, a utraci wiarę. Otocz ją ogniem i pozbaw wody. Woda jest jak rozum; gasi płonący ogień. Roznieć w niej płomienie, niech się wypali i zgaśnie. Drapieżnego mroku, jaki w niej po tym wszystkim zapanuje, nie rozświetli ani jeden okruch słońca - zaznaczył Lupus, kiedy Grandis miał już skierować swe kroki, w drogę powrotną - do osady.
Grandis
Grandis długo patrzył na Laurę, kiedy ta moczyła gałązki wierzby w jeziorze, czekała aż zmiękną, by mogła z nich potem pleść kosze. Miała dłonie o długich, jasnych palcach. Jej włosy w słońcu mieniły się brązem i miedzią. Zawołał ją po imieniu, a kiedy podniosła głowę i spojrzała na niego uderzyły go zielone iskry jej oczu. Była tak bardzo piękna. Serce Grandisa zabiło mocniej, ale wtedy przypomniał sobie słowa Lupusa: "Nie zakochuj się w niej. Masz ją tylko uwieść! Jeśli chcesz mi służyć, twoje serce musi być jak kamień..."
- Lauro!
- A to ty, Grandisie, jak ci mija dzień? Dawno cię nie widziałam w osadzie... - rzekła Laura, a jej głos brzmiał delikatnie jak leśny strumyk, przy którym Grandis tak bardzo lubił przesiadywać.
- Pomogę ci, Lauro - rzekł Grandis i przeskoczył po kamieniach nad brzeg jeziora, by wyłowić z wody gałęzie brzozy, udał, że się zachwiał i ręką zahaczył o włosy kobiety, wyrywając jej kilka z nich.
- Ach, nie trzeba, Grandisie, Fortis zaraz tu po mnie przyjdzie - skłamała Laura, przestraszona bezpośrednim i zbyt śmiałym zachowaniem Grandisa.
- W takim razie, pójdę już - rzekł nagle Grandis i ruszył w kierunku lasu. Aż do zapadnięcia zmroku, siedział na kamieniu przed okrągłą budowlą z nieociosanych kamieni, w której mieszkał Lupus.
- Przed zmrokiem nie wychodzę, niepotrzebnie żeś tak szybko przyszedł. Masz jej włosy? - zapytał Lupus.
- Tak.
Lupus wyjął zatknięty w pasie sztylet i odciął nim kilka pasm jasnych włosów Grandisa.
- Rozpal ogień, chłopcze! - rozkazał Lupus, a kiedy ten krzesał iskry, sam splótł w warkocz włosy Grandisa i Laury. Kiedy ogień wystrzelił w czarne niebo, Lupus wrzucił splecione włosy chłopaka i żony Fortisa do ognia, po trzykroć wypowiadając słowa:
- Niech się staną spleceni i nierozłączni jak ten warkocz! Niech ona go kocha, niech ona go pożąda, niech ona nie może się od niego uwolnić!
Kiedy Lupus skończył odprawiać rytuał, spojrzał na Grandisa stalowymi oczami i rzekł:
- A teraz idź i zrób z niej niewolnicę ciemności! Ma cię pragnąć, ma cię prosić o zbliżenie, o dotyk, pocałunki, o miłość. Ma cię pożądać, odejść od swego poukładanego życia, masz zapanować nad jej czystym sercem, by stało się pełne mroku. Zrzuć z jej głowy wieniec laurowy, który nałożył jej Fortis, zachwycony nią, zakochany bez pamięci, oddany. Pokaż im, kto tu rządzi!
Laura
Laura miała włosy w kolorze dojrzałych kasztanów, nosiła zazwyczaj zieloną suknię, przepasaną rzemieniem w talii i spływającym wzdłuż smukłych bioder. Oczy miała zielone. Skrzyły się w słońcu radosnymi iskrami. Kochała Fortisa. Była z nim szczęśliwa. Urodziła zdrowego chłopca, którego wraz z mężem w tajemnicy przed resztą osady, ochrzcili i nadali mu imię Jan. Lubiła spędzać czas nad jeziorem. Tutaj prała suknie i koszule, plotła wianki i wiklinowe kosze. Nie przeczuwała, że niebo nad nią się chmurzy, a czarny zarys lasu i jego władca Lupus, będzie miał wpływ na jej los...
Grandis zaproponował Laurze pomoc przy zrywaniu gałęzi wierzb, a ona nie mogąc poradzić sobie z tymi grubszymi, przyjęła jego pomoc z wdzięcznością. On dotykał ukradkiem i niby przyodziewkiem jej dłoni i ramion, muskał ustami włosy. Ona coraz częściej patrzyła mu w oczy. Uśmiechała się i czekała na jego przyjście nad jezioro. Cieszyła się z jego obecności. On coraz częściej ją dotykał, a ona przestała się odsuwać i zgadzała się na te niewinne na razie czułości.
Aż w końcu, któregoś dnia, Grandis poprosił:
- Przyjdź, Lauro pod wieczór do mej chaty, proszę...
Nie potrafiła odmówić. Przyszła.
- Stań przede mną - rzekł Grandis - i zdejmij suknię!
Laura nie była zdolna do żadnego ruchu. Serce kołatało jej w piersi. Zrozumiała, że nie powinna była tu przychodzić, zwróciła się do wyjścia, ale wtedy Grandis chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął do siebie. Rozdarł jej suknię, obnażając piersi, które momentalnie zasłoniła krzyżując na nich swoje dłonie.
- Zabierz dłonie. Odsłoń piersi!
Wahała się. Grandis jeszcze raz powtórzył, głosem nieznoszącym sprzeciwu: Obnaż się. Zabierz dłonie!
Laura opuściła ramiona. Grandis przylgnął wargami do piersi. Ssał sutki, dotykał, pieścił, drażnił, a Laura osunęła się na kolana i jęknęła głośno.
- Ciszej, Lauro, ciszej... Okryję cię teraz całą swoim ciałem, tak bardzo cię pragnę, zgadzasz się na wszystko?
- Tak...
**
Od tamtego wieczora Laura zaczęła znikać regularnie. Kiedy Fortis przemawiał do mieszkańców osady, przy ognisku, ona udawała się do chaty, kładła spać syna Jana, całowała go w czoło na dobranoc, a potem biegła do chaty Grandisa.
Lupus
- Zostaw ją teraz! - rzekł władczo Lupus, kiedy nocą Grandis przyszedł zdać mu relację z uwiedzenia Laury.
- Ale jak to... Dlaczego?
- Uzależniłeś ją od siebie, Grandisie. Bardzo dobrze. Teraz czas na następny ruch. Ona ma cierpieć, niknąć w oczach, Fortis musi ją stracić!
- Nie chcę jej zostawiać...
- Głupcze, miałeś się nie zakochiwać! Twoje serce musi być jak kamień! Jeśli chcesz mi służyć, stać się równym mojej mocy, to musisz robić, co mówię. Zostaw ją!
Grandis wrócił pod wieczór do chaty. Rozmyślał jak zakończyć związek z Laurą. A kiedy ta przekroczyła próg jego chaty i chciała paść mu w ramiona, odepchnął ją.
- Nie dotykaj mnie. Nie możemy się więcej spotykać.
- Ale dlaczego? - wyszeptała pobladła Laura.
- Nie chcę cię! Idź już!
Kobieta wybiegła z chaty Grandisa.
Laura
- Co tobie jest, Lauro, kolejny dzień nie idziesz nad jezioro, nie wyplatasz koszy, nie zajmujesz się nawet Janem... Leżysz tu tak bardzo blada, złamana, zapłakana, co tobie jest, Lauro...
- Wybacz mi, Fortisie, wybacz, tak bardzo pokochałam Grandisa, że nie mogę bez niego żyć...
- Co ty mówisz...? - pobladł Fortis i zadrżał, serce jakby mu się zapadło i przestało na chwilę bić.
- Prawdę ci powiedziałam Fortisie. Prawdę, z którą nie mogę żyć...
Fortisa oczy nabiegły krwią. Nagła wściekłość opanowała cały jego umysł i ciało. Chwycił Laurę za ramiona, podniósł i wyrzucił z chaty.
- Idź precz. Idź do niego! Nie chcę cię więcej widzieć!
Laura podniosła się z kolan i zaczęła biec w kierunku chaty Grandisa. Ale kiedy tylko weszła do jego domostwa, usłyszała te same słowa, które padły z ust Fortisa.
- Idź precz! Wracaj do męża! Nie chcę cię więcej widzieć!
- Grandisie... - wyszeptała Laura, ale kiedy spojrzała prosto w jego zimne oczy, zamilkła nagle i wyszła całkiem już spokojnie z jego chaty, nie był to jednak prawdziwy a pozorny spokój, a raczej jakieś porażenie, szok, zesztywnienie. Przez chwilę Laura szła powoli w ciemności, nie wiedząc, co ma teraz ze sobą zrobić. Myśli pouciekały z jej głowy jak ptaki z krzewu, którym ktoś potrząsnął. Chciała wrócić do domu. Do męża. Do syna. Ale jak miała to uczynić. Odeszła zbyt daleko, by powrócić. Zatrzymała się nad brzegiem jeziora, w miejscu, w którym zaplatała wianki i kosze z wierzbowych gałązek. Chwyciła kamień leżący przy drzewie i z trudem go uniosła. Podniosła rąbek sukni, rozdarła materiał na pół i owinęła nim kamień, zawiązując sobie na szyi węzeł, tak by kamień nie wypadł i weszła do jeziora. Woda otoczyła ją, chwyciła i pociągnęła w głąb niczym lodowate ręce. Spojrzała w górę. Pociemniało jej w oczach, kiedy woda dosięgnęła ust, tak, że wydawało się jej, że księżyc zniknął i wszystkie gwiazdy pogasły...
**
Tej nocy Fortis niepotrzebnie czekał na powrót Laury. Dlaczego zresztą czekał, sam ją przecież wypędził. Nie mogąc dłużej znieść bezsenności, targany niepokojem, udał się do ojca Conversusa. Fortis wszedł do kościoła, gwałtownie uderzając w drzwi świątyni. Zerwał z szyi krzyż i rzucił nim o kamienną posadzkę.
- Taki jest ten twój Bóg?! Laura przyjęła chrzest, przysięgała mi wierność i zdradziła! Dlaczego?! Dlaczego?! - krzyczał Fortis do ojca Convesrsusa. A ten ze spokojem mu rzekł:
- Może dlatego, żebyś wreszcie przestał ukrywać swoją wiarę, przestał się jej wstydzić, przestał być letni, ale gorąco zawołał, że potrzebujesz Boga! Żebyś do niego wreszcie przylgnął na dobre i innym pokazał drogę do Niego! Fortisie, Fortisie, przebacz jej.
Fortis spojrzał zdumiony na kapłana. Jak miałby to uczynić? Jestem tylko człowiekiem, nie Bogiem, nieskończenie miłosiernym, przebaczającym, który zawsze pozwala człowiekowi wrócić do siebie jak synowi marnotrawnemu.
Conversus widział zdumiony wzrok Fortisa. Jego oniemienie, zaniemówienie, czy jak mu się wydawało nieme oburzenie. Czego chciał Fortis? Potakiwania, że tak, to Bóg jest niedobry, bo nie spełnił życzeń Fortisa, by żyć w idealnym szczęściu i miłości do końca swych dni? Czy taka jest wiara Fortisa? Załamie się wraz z pierwszym rozczarowaniem?
- Całe życie to strata i przebaczenie. Demonowi o to tylko chodzi, byś ugrzązł w nienawiści i zemście jak w bagnie. A ty jesteś ponadto. Jesteś ponad to wszystko. Ponad ten mały, podły, fizyczny, materialny świat. Rozum jest jak woda. Ugasi ogień, który trawi duszę. Uspokój się. Niech woda stłumi ogień. Niech zatriumfuje rozum. Nie ma wiary bez rozumu. Wiara jest wyborem. Rozum prowadzi do wiary. Jezus uczyni z ciebie Boga. Będziesz duchowo nie do pokonania. Fortis wrócił do chaty, a kiedy nie zastał w niej Laury, poszedł prosto do Grandisa. Ten jednak mu rzekł, żeby żony szukał u siebie. Fortis zapalił pochodnię i szedł wzdłuż brzegu jeziora, by wrócić do domu, nabrał przekonania, że Laura już tam na niego czeka. I wtedy zobaczył w blasku pochodni, dość daleko od brzegu, zielony materiał sukni. Wbiegł do jeziora i rzucił się wpław ku Laurze. Chwycił ją na ręce i wyniósł na brzeg. Ale ona już była tylko ciałem, bez ducha.
- Lauroooo! - rozpaczliwy krzyk Fortisa rozerwał na strzępy ciszę nocy, a zawtórowało mu przeciągłe wycie wilków.
Dwadzieścia lat później
Oto ja, Fides, dźwigam w sobie od lat tę historię, którą wam teraz zdecydowałem się wreszcie opowiedzieć, wyjawić, powierzyć. Poznałem ją po części sam, po części z opowieści ojca Conversusa i Fortisa, który po pogrzebie Laury, długo przesiadywał u mnie i opowiadał o tym, co się wydarzyło tej tragicznej nocy. Przychodził do mnie przez te wszystkie lata Fortis po wsparcie duchowe, by samotnie wychować syna, doprowadzić go szczęśliwie i mądrze do dorosłości. Przychodził do mnie Lacher, który po śmierci Lilianny, związał się z Tentatio, aż któregoś dnia przyszli do mnie obydwoje, razem, by poprosić o sakrament małżeństwa. Tentatio nosiła teraz niebieską, skromną suknię i włosy spięte przy skroniach, wyglądała skromnie i wpatrzona była w Lachera z czułością, trudną do opisania.
I wreszcie po wielu, wielu latach przyszedł do mnie sam Grandis, by wyjawić, że uwiódł Laurę nie dlatego, że ją pokochał, zapragnął czy pożądał, ale powodem był warunek postawiony mu przez Lupusa. Grandis przejrzał na oczy dopiero po tym, kiedy odkrył, że Fortis nie wyrzekł się swej, wiary, że jej nie utracił, ale jeszcze mocniej zwrócił się ku Chrystusowi, bo teraz już tylko On podtrzymywał go na duchu, przy życiu, pomagał zachować siły, by doprowadzić syna Jana do dorosłości, by nawracać mieszkańców osady, by nie błądzili w ciemności jak Grandis, który wyrzekł się wszystkiego, miłości, własnego miejsca, życia, by służyć Lupusowi, który drżał ze strachu, kiedy niezłomny Fortis z modlitwą na ustach, wodą święconą i krucyfiksem stanął przed jego kamienna twierdzą i zagroził, że jeśli jeszcze raz wataha jego wilków porwie jakieś dziecko z osady, zaleje las nie ogniem a wodą z jeziora, w której coraz więcej mieszkańców osady, widząc, że Chrystus daje siłę na walkę z przeciwnościami losu, przyjmowało chrzest. Ludzie stawali się silni. Przestawali się bać. Dawali opór wilkom. Lupus marniał, malał, ogarnął go strach. Grandis widząc Lupusa w takim stanie, jeszcze tej samej nocy opuścił las, wrócił do swej chaty nad jeziorem i przestał walczyć ze wspomnieniami o Laurze. W blasku księżyca przepływał łodzią wodę, jakby szukał tej jedynej kobiety, którą pokochał, a do tej miłości nie chciał się przyznać sam przed sobą. Grandis pragnął uwolnić się od wyrzutów sumienia, jałowości dni, chciał nadać życiu nowy sens i odnalazł go, kiedy jeden z mieszkańców osady poprosił o to, by przewiózł go na drugi brzeg, do kościoła. Od tej chwili znalazł w tym zajęciu ukojenie, odpokutowanie, a nawet radość. Nie był już Grandisem. Wielkim, silnym olbrzymem o kamiennym sercu. Stał się Carpusem - przewoźnikiem.
Lupus nie zniknął, ale się przyczaił. Z osad ginęło bydło, ale żadne dziecko nie zostało już porwane. Ludzie z biegiem lat przestali wierzyć w istnienie Lupusa. A jednak on cały czas trwa, przyciszony, ale gotowy do skoku, w sprzyjających okolicznościach, ukryty za drzewami, w kamiennej budowli, za szpalerem dzikich róż, ostrzegany przez Kłobuka o każdym, kto próbuje się do niego zbliżyć. Jeśli zwątpicie w jego istnienie, nie będzie dla was żadnej granicy, nie do przekroczenia i łatwo zgubicie się w lesie. Będziecie przekonani, że to wasza droga, że wy decydujecie, ale bezwiednie waszymi krokami pokieruje właśnie on - Lupus...
Jan i Anna
Po przeciwnej stronie domu Carpusa zamieszkał syn Laury i Fortisa Jan, który ożenił się z ocalałą jako jedyną w rodzinie, córką Wojana - Anną. Urodził im się syn. Słaby jednak był, delikatny, chorowity i zaledwie kilka dni po narodzinach, zapadł na jakąś chorobę, trawiła go gorączka i widać było, że śmierć wyciąga już po niego swoje zimne ręce. Rodzice nie zdążyli nawet zabrać syna do kościoła, bym mógł go ochrzcić. Po śmierci ojca Conversusa stałem się tutaj jedynym kapłanem i wykonywałem wszystkie posługi dla ludności Warniji - chrzciłem dzieci, udzielałem sakramentu małżeństwa i odprawiałem pogrzeby. Jan i Anna pod wieczór przyszli z dzieckiem otulonym w miękki materiał do chaty Carpusa, prosząc, by przewiózł ich do kościoła, by ochrzcić dziecko przed jego rychłą śmiercią.
- Stary już jestem, sił mi braknie, a i łódź moja po ostatniej burzy została uszkodzona, piorun ją przedziurawił, nabiera wody, nie dam rady was przewieźć przez rzekę.
- Ja jestem synem Laury, a to mój jedyny syn... - rzekł Jan, a wtedy Carpus spojrzał na niego dziwnym wzrokiem, milczał chwilę - po czym wziął od Jana dziecko i zamknął w swych wielkich ramionach.
- Przeniosę go przez jezioro - rzekł i wszedł do lodowatej wody. Carpus od dzieciństwa był nienaturalnie wielki, tak, że jezioro w najgłębszej części sięgało mu zaledwie do ramion. Przeniósł syna Anny i Jana bezpiecznie na drugi brzeg i dotarł z nim do kościoła, bym mógł udzielić mu chrztu. A kiedy tego dokonałem, minęło zaledwie kilka godzin, nastał świt, gorączka spadła, a malec wyzdrowiał. Carpus owinął go w ciepły materiał, zamknął w wielkich ramionach i przeniósł z powrotem przez jezioro i oddał szczęśliwym rodzicom. Sam wyczerpany położył się w się w swej chacie, w mokrym ubraniu,. Zasnął. Przemarzł. Zapadł sam na gorączkę i ciężko mu było oddychać. A kiedy Jan wezwał mnie do niego zaniepokojony jego osłabieniem, zastałem Carpusa ze wzrokiem utkwionym w jezioro, który tracąc ducha wyszeptał tylko: Jesteś, Lauro...