Podtrzymując wszechświat - Jennifer Niven

Kup ebooka

34.90 zł
29.39 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Libby

Nie mam prawa jazdy, więc do szkoły zawozi mnie tata. Jedną z rze­czy, jakich nie mogę się docze­kać w tym roku szkol­nym, jest szkolny kurs na prawko. Cze­kam, aż tata obda­rzy mnie jakąś mądro­ścią, złotą radą albo moty­wu­jącą prze­mową, ale on zdo­bywa się tylko na dwa krót­kie zda­nia:

- Dasz radę, Libbs. Będę na cie­bie cze­kał, kiedy to się skoń­czy.

W jego ustach brzmi to zło­wiesz­czo, jak począt­kowa scena w hor­ro­rze. Tata się uśmie­cha - to z kolei uśmiech, któ­rego na pewno uczą na fil­mi­kach instruk­ta­żo­wych dla rodzi­ców. Ner­wowy uśmiech osoby, która kąciki ust ma przy­kle­jone taśmą do policz­ków. Też się uśmie­cham.

Co, jeśli utknę za ławką? Albo będę musiała sie­dzieć w sto­łówce sama i nikt się do mnie nie ode­zwie do końca roku?

Mój tata to duży, przy­stojny facet. Sól tej ziemi. Jest mądry (zaj­muje się bez­pie­czeń­stwem kom­pu­te­ro­wym w dużej fir­mie infor­ma­tycz­nej). Ma mięk­kie serce. Kiedy uwol­nili mnie z naszego domu, prze­żył naprawdę cięż­kie chwile. Dla mnie to było okropne, ale dla niego chyba jesz­cze gor­sze, zwłasz­cza że oskar­żano go o zanie­dba­nie i znę­ca­nie się nade mną. Dzien­ni­ka­rze nie wyobra­żali sobie, jak mógł dopro­wa­dzić mnie do takiego stanu. Nie mieli jed­nak poję­cia o leka­rzach, do któ­rych mnie zabie­rał, o die­tach, jakie pró­bo­wał mi wdro­żyć, choć prze­cież przez cały czas opła­ki­wał zmarłą żonę. Nie widzieli jedze­nia, które cho­wa­łam przed nim pod łóż­kiem i w zaka­mar­kach szafy. Nie mogli przy­pusz­czać, że jeśli raz sobie coś posta­no­wię, nic mnie od tego nie odwie­dzie. A ja posta­no­wi­łam, że będę jadła.

Począt­kowo nie chcia­łam roz­ma­wiać z dzien­ni­ka­rzami, ale w któ­rymś momen­cie stwier­dzi­łam, że czas poka­zać światu, że mam się dobrze, a mój tata nie jest czar­nym cha­rak­te­rem, jakim go zro­bili. Że nie ładuje we mnie cia­stek i cukier­ków, żeby mnie od sie­bie uza­leż­nić, jak to było w przy­padku sióstr z Prze­kleństw nie­win­no­ści. Tak więc wbrew życze­niom taty udzie­li­łam jed­nego wywiadu sta­cji z Chi­cago, a wywiad okrą­żył pół Ziemi.

Mój cały świat runął, gdy mia­łam dzie­sięć lat. Zmarła moja mama, co było wystar­cza­jącą tra­ge­dią, a zaraz potem sta­łam się ofiarą rówie­śni­ków. Wcze­śnie zaczę­łam doj­rze­wać i nagle mia­łam wra­że­nie, że moje ciało jest dla mnie za duże. Nie zrzu­cam tym samym winy na kole­gów, w końcu byli­śmy tylko dziećmi. Chcę tylko pod­kre­ślić, że w grę wcho­dziło kilka czyn­ni­ków - prze­śla­do­wa­nia połą­czone z utratą naj­waż­niej­szej osoby w życiu, a do tego ataki paniki za każ­dym razem, gdy wycho­dzi­łam z domu. I przez cały ten czas mój tata stał za mną murem.

- Wie­dzia­łeś, że Pau­line Pot­ter, naj­cięż­sza kobieta na świe­cie, schu­dła czter­dzie­ści pięć kilo­gra­mów dzięki mara­to­nowi seksu?

- Żad­nego seksu do trzy­dzie­stego roku życia! - grozi mi tata. Zoba­czymy. W końcu cuda się zda­rzają. Być może jeden z tych dzie­cia­ków, które mnie wyzy­wały na boisku, w końcu doj­rzał i zro­zu­miał swój błąd. Może nawet wyrósł na sym­pa­tyczną osobę. Albo na jesz­cze gor­szą. Każda książka, którą czy­tam, i każdy oglą­dany przeze mnie film dają czy­telny prze­kaz: szkoła śred­nia to naj­gor­sze doświad­cze­nie w życiu każ­dego czło­wieka.

A jeśli nie­chcący kogoś skry­ty­kuję i zostanę Pyskatą Gru­ba­ską? Albo jakaś chu­dzinka przy­gar­nie mnie do sie­bie z naj­lep­szymi inten­cjami i zostanę Grubą Przy­ja­ciółką? Albo szybko sta­nie się jasne, że nauka w domu przy­go­to­wała mnie do gim­na­zjum, a nie do trze­ciej klasy liceum i jestem zbyt głu­pia, żeby cokol­wiek zro­zu­mieć?

- Masz tylko prze­żyć dzi­siej­szy dzień, Libbs. Jeśli się okaże, że to kata­strofa, wró­cimy do nauki w domu. Daj mi tylko jeden dzień. A wła­ści­wie nie dawaj go mnie - daj go samej sobie.

Mówię sobie: "Tylko dzi­siaj". Powta­rzam: "O tym wła­śnie marzy­łaś, kiedy za bar­dzo się bałaś, żeby wyjść z domu. O tym marzy­łaś, gdy przez sześć mie­sięcy leża­łaś przy­kuta do łóżka. Tego chcia­łaś - wyjść na świat, jak wszy­scy inni. Było potrzeba dwa i pół roku obo­zów odchu­dza­ją­cych, psy­cho­lo­gów, tera­peu­tów, leka­rzy i tre­ne­rów oso­bo­wo­ści, żeby cię do tego przy­go­to­wać. W ciągu ostat­nich dwóch i pół roku robi­łaś dzie­sięć tysięcy kro­ków dzien­nie. Wszyst­kie pro­wa­dziły do tej chwili".

Nie umiem pro­wa­dzić samo­chodu.

Ni­gdy nie byłam na tań­cach.

Opu­ści­łam całe gim­na­zjum.

Ni­gdy nie mia­łam chło­paka, cho­ciaż kie­dyś cało­wa­łam się z takim jed­nym na obo­zie odchu­dza­ją­cym. Ma na imię Rob­bie i wła­śnie powta­rza ostat­nią klasę szkoły śred­niej gdzieś w Iowa. Nie licząc mojej mamy, ni­gdy nie mia­łam praw­dzi­wych przy­ja­ciół - oprócz tych, któ­rych sobie wymy­śli­łam: trzech braci miesz­ka­ją­cych naprze­ciwko mojego daw­nego domu. Nazwa­łam ich Dean, Sam i Castiel, bo cho­dzili do pry­wat­nej szkoły, a nie zna­łam ich praw­dzi­wych imion. Uda­wa­łam, że są moimi kole­gami.

Tata wygląda na tak zde­ner­wo­wa­nego i peł­nego nadziei, że biorę ple­cak i wysia­dam. Staję na chod­niku przed szkołą, wymi­jają mnie ludzie.

A co, jeśli spóź­nię się na lek­cje, bo będę za wolno cho­dziła, zostanę za karę po lek­cjach, gdzie spo­tkam jedy­nych chło­pa­ków, jacy zwrócą na mnie uwagę - nie­udacz­ni­ków i mło­dych ban­dy­tów - po czym zako­cham się w jed­nym z nich, zajdę w ciążę, rzucę naukę i zamiesz­kam z tatą do końca życia, a przy­naj­mniej do czasu, kiedy moje dziecko skoń­czy osiem­na­ście lat?

Już pra­wie wra­cam do samo­chodu, ale tata ma taką nadzieję wypi­saną na twa­rzy, że rezy­gnuję.

- Dasz radę - mówi, tym razem gło­śniej, i przy­się­gam - poka­zuje mi unie­siony kciuk.

Dla­tego wła­śnie mie­szam się z tłu­mem i pozwa­lam mu się uno­sić aż do wej­ścia. Tam muszę pocze­kać na swoją kolej, otwo­rzyć ple­cak, żeby straż­nik mógł go spraw­dzić, i przejść przez bramkę. Wycho­dzę na kory­tarz, który roz­ga­łę­zia się na wszyst­kie moż­liwe kie­runki, jestem popy­chana i potrą­cana. Może gdzieś w tej szkole znaj­duje się chło­pak, w któ­rym się zako­cham. Może jeden z tych tutaj skrad­nie mi serce. Jestem Pau­line Pot­ter ze szkoły Mar­tin Van Buren. Reszty nad­wagi pozbędę się dzięki cią­głemu sek­sowi. Przy­glą­dam się mija­ją­cym mnie chło­pakom. Może to będzie ten? Albo tam­ten? Na tym polega piękno tego świata. W tej chwili ci chłopcy nic dla mnie nie zna­czą, ale wkrótce się poznamy i nasze życie ule­gnie zmia­nie.

- Rusz się, gruba dupo - mówi ktoś. Czuję ukłu­cie, jakby ktoś potrak­to­wał mnie szpilką, jakby świat pró­bo­wał prze­kłuć mój entu­zjazm tak, jak się prze­kłuwa balon. Ruszam przed sie­bie. Moje roz­miary mają przy­naj­mniej ten plus, że z łatwo­ścią toruję sobie drogę.

Jack

Nie tylko włosy są czę­ścią mojego wize­runku, także samo­chód. To odno­wiony land rover z 1968 roku, kupi­li­śmy go z Mar­cu­sem od sta­rego wujka. Począt­kowo był wyko­rzy­sty­wany do pracy na far­mie, potem przez jakieś czter­dzie­ści lat już tylko rdze­wiał. Obec­nie to po czę­ści jeep, po czę­ści quad i w stu pro­cen­tach zaje­bi­sty wóz.

Mar­cus sie­dzi na miej­scu pasa­żera i się wku­rza.

- Dupek - maru­dzi. Po cichu, do szyby. Nie­stety dla mnie, mie­siąc temu dostał prawko.

- Jesteś słodki. Mam nadzieję, że liceum nie odbie­rze ci tego chło­pię­cego uroku. Będziesz mógł jeź­dzić za rok, kiedy wyjadę na stu­dia.

Jeśli pójdę na stu­dia. Jeśli stąd wyjadę.

Mar­cus poka­zuje mi środ­kowy palec. Nasz młod­szy brat Dusty sie­dzi z tyłu i kopie w sie­dze­nie.

- Prze­stań­cie się kłó­cić.

- A kto tu się kłóci, młody?

- Gada­cie jak mama i tata. Pod­gło­śnij muzykę.

Jesz­cze dwa lata temu moi rodzice cał­kiem dobrze się ze sobą doga­dy­wali. Potem jed­nak tata zacho­ro­wał na nowo­twór. Tydzień przed dia­gnozą odkry­łem, że zdra­dza mamę. On nie wie, że ja wiem, ja nie jestem pewien, czy mama zdaje sobie z tego sprawę. Cza­sami się nad tym zasta­na­wiam. Teraz jest zdrowy, ale to wszystko nie było łatwe, zwłasz­cza dla Dusty'ego, który ma dopiero dzie­sięć lat.

Daję gło­śniej, leci aku­rat stary kawa­łek: Sexy­Back Justina Tim­ber­lake'a. Wkra­czam w moją bez­pieczną strefę. Mam takie cztery pio­senki, które chciał­bym sły­szeć za każ­dym razem, gdy wcho­dzę do jakie­goś pomiesz­cze­nia. To jedna z nich.

* * *

Pod­jeż­dżamy pod pod­sta­wówkę, Dusty wyska­kuje, wybie­gam za nim, zabie­ra­jąc klu­czyki, żeby Mar­cus nie mógł mi odje­chać.

Tego lata Dusty zaczął nosić torebkę. Nikt nic o tym nie mówi - ani rodzice, ani Mar­cus. Dusty jest już w poło­wie kory­ta­rza, kiedy go w końcu doga­niam. Nie mogę spusz­czać z niego wzroku, w prze­ciw­nym razie go zgu­bię. Ma naj­ciem­niej­szą kar­na­cję z nas trzech i włosy w kolo­rze mie­dzia­nym. Stoją na wszyst­kie strony, tak jak moje. Teo­re­tycz­nie rzecz bio­rąc, mama jest w poło­wie Afro­ame­ry­kanką, w poło­wie Kre­olką z Luizjany, a tata jest biały i ma żydow­skie pocho­dze­nie. Dusty odzie­dzi­czył kolor skóry po mamie, za to Mar­cus jest biały jak śnieg. A ja? Ja jestem Jack Mas­se­lin, cokol­wiek to ozna­cza.

- Nie chcę się spóź­nić - mówi Dusty.

- Nie spóź­nisz się. Ja tylko chcia­łem... Jesteś pewien tej torebki, młody?

- Podoba mi się. Wszystko się do niej mie­ści.

- Mnie też się podoba, to zaje­bi­sta torebka. Ale nie jestem pewien, czy inni podzielą nasze zda­nie. Możesz spo­tkać dzie­ciaki, które tak ci będą jej zazdro­ścić, że zaczną się wyśmie­wać. - Widzę około dzie­się­ciu poten­cjal­nych kan­dy­da­tów. Wła­śnie nas wymi­jają.

- Nie będą mi zazdro­ścić. Pomy­ślą, że jestem dziwny.

- Nie chciał­bym, żeby ktoś ci doku­czał.

- Jeśli chcę nosić torebkę, to będę ją nosić. Nie prze­stanę tylko dla­tego, że im się to nie podoba.

W tym momen­cie ten chudy dzie­ciak z wiel­kimi uszami jest moim boha­te­rem. Patrzę, jak odcho­dzi, wypro­sto­wany, z pod­nie­sioną głową. Chciał­bym iść za nim krok w krok i pil­no­wać, żeby nic mu się nie stało.

Libby

Toruję sobie drogę do pierw­szej sali, gdzie sia­dam jak naj­bli­żej drzwi. To na wypa­dek, gdy­bym jed­nak chciała uciec. Ledwo się miesz­czę w ławce. Mam wil­gotne plecy, serce mi łomo­cze. Nikt tego jed­nak nie zauważa, a przy­naj­mniej mam taką nadzieję, bo chyba nie ma nic gor­szego niż łatka tłu­stej, spo­co­nej dziew­czyny. Klasa powoli się zapeł­nia, nie­któ­rzy się na mnie gapią. Parę osób śmieje się pod nosem. Nie roz­po­znaję nikogo z wcze­śniej­szych lat.

Szkoła jest taka, jak się spo­dzie­wa­łam, a nawet bar­dziej. Po pierw­sze, cho­dzi do niej około dwóch tysięcy osób, więc panuje tu nie­zły chaos. Po dru­gie, nikt nie wygląda jak ide­alni i wypie­lę­gno­wani akto­rzy z seriali o szko­łach śred­nich. Praw­dziwi nasto­lat­ko­wie nie mają dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Jedni zma­gają się z prysz­czami i prze­tłusz­cza­ją­cymi się wło­sami, inni mają piękną cerę i włosy, widać wszyst­kie moż­liwe roz­miary i kształty. Wolę taką praw­dziwą wer­sję nasto­lat­ków, nie tele­wi­zyjną, cho­ciaż w tej chwili czuję się jak aktorka odgry­wa­jąca swoją rolę. Jestem rybą wyjętą z wody, nową uczen­nicą w wiel­kiej szkole.

Jak to się skoń­czy?

Uznaję, że po pro­stu jestem czy­stą kartką. Zaczy­nam od nowa. Cokol­wiek się zda­rzyło, gdy mia­łam jede­na­ście, dwa­na­ście, trzy­na­ście lat, teraz już nie ist­nieje. Jestem inna. Oni też są inni, przy­naj­mniej z zewnątrz. Może nie będą pamię­tać, kim byłam. Nie zamie­rzam im tego przy­po­mi­nać.

Patrzę im pro­sto w oczy i uśmie­cham się do nich typo­wym uśmie­chem mojego taty: pod­no­sząc deli­kat­nie kąciki ust. To dla nich zasko­cze­nie. Parę osób odpo­wiada uśmie­chem, a sie­dzący obok chło­pak wyciąga rękę.

- Mick.

- Libby.

- Przy­je­cha­łem z Kopen­hagi. To wymiana mię­dzy­na­ro­dowa. - Mimo kru­czo­czar­nych wło­sów przy­po­mina wikinga. - Jesteś z Amos?

Mam ochotę powie­dzieć: "Ja też jestem z wymiany. Przy­je­cha­łam z Austra­lii. Jestem z Fran­cji". Ale jedyni chłopcy, z któ­rymi roz­ma­wia­łam w ciągu ostat­nich pię­ciu lat, to byli moi towa­rzy­sze z obo­zów odchu­dza­ją­cych, więc tylko kiwam głową.

Mick mówi, że począt­kowo nie był pewien, czy tu przy­je­chać, ale w końcu uznał, że pozna­nie samego serca Sta­nów będzie cie­ka­wym doświad­cze­niem. Zoba­czy, "jak żyje więk­szość Ame­ry­ka­nów". Cokol­wiek to zna­czy.

- Co ci się naj­bar­dziej podoba w India­nie? - udaje mi się z sie­bie wydu­sić.

- To, że potem wra­cam do domu.

Wybu­cha śmie­chem, więc i ja się śmieję. W tej samej chwili do klasy wcho­dzą dwie dziew­czyny i ich wzrok natych­miast pada na mnie. Jedna szep­cze coś do dru­giej, sia­dają przed nami. Jest w nich coś zna­jo­mego, czego nie potra­fię niczemu przy­po­rząd­ko­wać. Może zna­łam je wcze­śniej. Czuję mro­wie­nie na skó­rze, znowu poja­wia się ten strach rodem z hor­roru. Zer­kam na sufit, spraw­dzam, czy przy­pad­kiem za chwilę nie spad­nie mi na głowę for­te­pian. Bo wiem, że jakiś atak musi nastą­pić. Zawsze nastę­puje.

Tłu­ma­czę sobie, że muszę dać szansę Mic­kowi, tym dziew­czy­nom, całemu dzi­siej­szemu dniu, a przede wszyst­kim - sobie. W końcu stra­ci­łam mamę, zaja­dłam się nie­mal na śmierć, żeby mnie wycią­gnąć z domu, trzeba było zbu­rzyć ścianę, a wszyst­kiemu przy­glą­dały się całe Stany, prze­szłam przez reżimy ćwi­cze­niowe, nie­zli­czone diety, obozy odchu­dza­jące, sta­łam się powo­dem powszech­nego roz­cza­ro­wa­nia i adre­satką nie­na­wist­nych maili od zupeł­nie obcych ludzi.

To obrzy­dliwe, że można się aż tak zapu­ścić, to obrzy­dliwe, że twój ojciec nic z tym nie zro­bił. Mam nadzieję, że prze­ży­jesz i wypro­stu­jesz to wszystko z Bogiem. Ludzie gło­dują na całym świe­cie, wstyd, że ty tyle jesz, pod­czas gdy inni nie mają co do garnka wło­żyć.

Tak więc pytam was, co może mnie spo­tkać takiego w szkole śred­niej, co jesz­cze dotąd mnie nie spo­tkało?

Libby

Dwa­dzie­ścia minut po roz­po­czę­ciu lek­cji nikt się na mnie nie gapi. Nasza nauczy­cielka, pani Belk, cały czas opo­wiada, a ja jak dotąd za wszyst­kim nadą­żam. Mick szep­cze bły­sko­tliwe komen­ta­rze, żeby mnie roz­ba­wić, a tym samym staje się moim naj­lep­szym kum­plem albo poten­cjal­nym chło­pa­kiem, albo gościem, który pomoże mi zrzu­cić resztę kilo­gra­mów za pomocą seksu.

To twoje miej­sce tak samo jak ich. Nikt cię nie zna. Nikogo nie obcho­dzisz. Dasz radę, dziew­czyno. Nie uwa­żaj sie­bie za nie wia­domo co, dasz radę, myślę sobie.

A potem śmieję się z tego, co powie­dział Mick, i coś wyla­tuje mi z nosa i ląduje na jego zeszy­cie.

- Pro­szę o spo­kój - mówi pani Belk. I dalej nawija. Wbi­jam w nią wzrok, ale na­dal widzę Micka kątem oka. Nie jestem pewna, czy zauwa­żył, czym w niego strze­li­łam, ale boję się popa­trzeć. Bła­gam, nie zauważ tego.

Mick dalej szep­cze, jakby nic się nie stało, jakby świat wcale nie miał się za chwilę skoń­czyć, ale ja chcia­ła­bym jedy­nie zamknąć oczy i umrzeć. Nie tak to sobie wyobra­ża­łam, gdy leża­łam wczo­raj wie­czo­rem w łóżku i wizu­ali­zo­wa­łam mój wielki powrót do świata nasto­lat­ków.

Może Mick uzna, że to jakaś dziwna ame­ry­kań­ska tra­dy­cja. Taki zwy­czaj wita­nia cudzo­ziem­ców.

Przez resztę lek­cji sku­piam się na tym, co mówi pani Belk. Wzrok mam wbity przed sie­bie.

* * *

Kiedy dzwoni dzwo­nek, te dwie jakby zna­jome dziew­czyny odwra­cają się i na mnie patrzą. Wtedy poznaję, że to Caro­line Lushamp i Ken­dra Wu, które znam od pierw­szej klasy. Po tym, jak wynie­śli mnie z domu, prasa prze­pro­wa­dziła z nimi wywiad, okre­śla­jąc je mia­nem "bli­skich kole­ża­nek tej cho­rej nasto­latki". Kiedy widzia­łam je na żywo po raz ostatni, Caro­line była nie­zbyt atrak­cyjną jede­na­sto­latką, noszącą dzień w dzień ten sam sza­lik Harry'ego Pot­tera, bez względu na tem­pe­ra­turę. Pamię­tam jesz­cze, że jako kil­ku­latka prze­pro­wa­dziła się do Amos z Waszyng­tonu i że miała kom­pleksy na punk­cie swo­ich stóp i bar­dzo dłu­gich, zawi­nię­tych jak u papugi pal­ców u nóg. Z kolei Ken­dra wypi­sy­wała na dżin­sach różne tek­sty z ksią­żek i codzien­nie pła­kała z jakie­goś powodu: chło­pa­ków, desz­czu, zadań domo­wych.

Oczy­wi­ście Caro­line ma teraz dwa i pół metra wzro­stu i wygląda jak modelka rekla­mu­jąca szam­pony. Wło­żyła spód­niczkę i obci­słą kur­teczkę, jakby cho­dziła do pry­wat­nej szkoły. Ken­dra, któ­rej uśmiech przy­po­mina tatuaż, ubrała się na czarno. Jest na tyle ładna, że mogłaby zostać hostessą w Apple­bee's po dru­giej stro­nie mia­sta.

- Już cię gdzieś widzia­łam - stwier­dza Caro­line.

- Cią­gle to sły­szę.

Gapi się na mnie, wiem, że pró­buje umiej­sco­wić mnie w cza­sie.

- Pomogę ci. Wszy­scy mnie mylą z Jen­ni­fer Law­rence, a nawet nie jeste­śmy rodziną.

Jej brwi strze­lają do góry jak gumki recep­turki.

- Wiem, wiem. Trudno w to uwie­rzyć, ale spraw­dzi­łam dwa razy na por­talu z gene­alo­gią nazwisk.

- Ty jesteś tą dziew­czyną, która nie mogła wyjść z domu. Straż pożarna musiała zbu­rzyć ścianę, pamię­tasz? - zwraca się do Ken­dry. - Były­śmy w tele­wi­zji.

Nie: "Jesteś Libby Strout, którą zna­ły­śmy od pierw­szej klasy", tylko "dziew­czyną, która została uwię­ziona we wła­snym domu, i dzięki niej tra­fi­ły­śmy do wia­do­mo­ści".

Wszyst­kiemu przy­słu­chuje się Mick z Kopen­hagi.

- Znów masz na myśli Jen­ni­fer Law­rence - mówię.

- Co u cie­bie? - Głos Caro­line nabiera deli­kat­nego, peł­nego lito­ści brzmie­nia. - Tak się mar­twi­łam. Nie wyobra­żam sobie, przez co prze­szłaś. O matko, ale ty schu­dłaś! Prawda, Ken­dra?

Ken­dra teo­re­tycz­nie na­dal się uśmie­cha, ale górna część jej twa­rzy krzywi się przy tym i marsz­czy.

- Prawda.

- Ślicz­nie wyglą­dasz.

- Masz ładne włosy - dodaje Ken­dra z tym uśmie­cho-gry­ma­sem.

Jedną z naj­gor­szych rze­czy, jakie śliczna dziew­czyna może powie­dzieć gru­bej dziew­czy­nie, jest to, że wygląda ślicz­nie. Albo że ma ładne włosy. Zdaję sobie sprawę, że wrzu­ca­nie wszyst­kich ślicz­nych dziew­czyn do jed­nego worka jest tak samo bez­sen­sowne jak wrzu­ca­nie do jed­nego worka wszyst­kich gru­bych, orien­tuję się też, że można być gru­bym i ład­nym (heloł!), ale z doświad­cze­nia wiem, że kiedy takie laski jak Caro­line Lushamp i Ken­dra Wu mówią coś takiego, w rze­czywistości mają na myśli coś zupeł­nie innego. To kom­ple­menty z lito­ści. Czuję, że moja dusza obumiera po kawałku. Mick z Kopen­hagi wstaje i bez słowa wycho­dzi z klasy.

Jack

Caro­line Lushamp to osoba, którą chyba mogę nazwać moją dziew­czyną. Kiedy zako­cha­łem się w niej po raz pierw­szy, była bar­dzo inte­li­gentna, ale się tym nie chwa­liła - chwa­le­nie się przy­szło póź­niej. Sie­działa wtedy cicho na lek­cjach i chło­nęła wszystko jak gąbka. Kiedy wszy­scy poszli już spać, dzwo­ni­li­śmy do sie­bie, a ona opo­wia­dała mi o swoim dniu - co widziała, co myślała. Nie­kiedy potra­fi­li­śmy prze­ga­dać całą noc.

Obecna Caro­line jest wysoka i obłędna, ale tym, co ją naj­bar­dziej wyróż­nia, jest to, że tłumy się przed nią roz­stę­pują. Caro­line cho­ler­nie wszyst­kich onie­śmiela, nawet nauczy­cieli, ponie­waż teraz wyraża gło­śno swoje zda­nie - zawsze! - i mówi prawdę w oczy. Głów­nym powo­dem naszego prze­ry­wa­nego związku jest histo­ria. Dawna Caro­line musi tkwić gdzieś w tej nowej, nawet jeśli jej nie widać. Nowa Caro­line zja­wiła się bez ostrze­że­nia w oko­li­cach dru­giej klasy. Spo­dzie­wam się, że stara może wró­cić w każ­dej chwili. Drugi powód to to, że łatwo ją roz­po­znać.

Skrę­cam w mój naj­bar­dziej znie­na­wi­dzony kory­tarz, ten pro­wa­dzący obok biblio­teki, na któ­rym znaj­duje się szafka Caro­line. W pierw­szej kla­sie poma­ga­łem w biblio­tece i teraz, jeśli wpadnę na któ­rąś biblio­te­karkę, ta zaraz się ze mną wita i pyta o rodzinę, a ja nie wiem, z kim roz­ma­wiam.

Gdy idę, ludzie mówią mi "cześć", a to też kata­strofa. Spe­cjal­nie kro­czę dum­nie, uśmie­cham się pół­gęb­kiem do każ­dego, uda­jąc luzaka. Naj­wi­docz­niej jed­nak kogoś pomi­ną­łem, bo sły­szę:

- Co za kutas.

Szkoła śred­nia to bar­dzo kapry­śny ląd - tego się nauczy­łem na samym początku. W jed­nej chwili jesteś lubiany, w następ­nej sta­jesz się wyrzut­kiem spo­łecz­nym. Zapy­taj­cie Luke'a Revisa, jego histo­ria powinna słu­żyć wszyst­kim ku prze­stro­dze. Luke był kró­lem naszego rocz­nika w pierw­szej, a potem ktoś się dowie­dział, że jego ojciec sie­dzi w wię­zie­niu. Teraz Luke też sie­dzi, i raczej nie chce­cie wie­dzieć za co.

W tej chwili na kory­ta­rzu aż się roi od jego poten­cjal­nych następ­ców. Ktoś ciska jakimś kole­siem o szafki. Inny wła­śnie się potknął o czy­jąś pod­sta­wioną nogę, wpada na kogoś, ten go popy­cha, więc chło­pak leci dalej, odbija się jak ludzka piłka. Jedna dziew­czyna daje swo­jej kole­żance taką zjebkę, że tamta odwraca się zapła­kana. Jesz­cze inna cho­dzi po szkole z wielką szkar­łatną literą "A" zwi­sa­jącą z ple­ców. Wszy­scy się śmieją pod nosem, tylko Hester Prynne4 nie ma poję­cia o kawale. Na każdą jedną roze­śmianą osobę na kory­ta­rzu przy­pada pięć prze­stra­szo­nych albo nie­szczę­śli­wych.

Pró­buję wyobra­zić sobie, jak by to było, gdyby wszy­scy znali prawdę - mogliby podejść, ukraść mi komórkę albo samo­chód, a potem wró­cić i uda­wać, że poma­gają w poszu­ki­wa­niach. Jeden chło­pak mógłby pod­szyć się pod dru­giego albo dziew­czyna pod dziew­czynę i byłoby to doprawdy cho­ler­nie śmieszne. Dla wszyst­kich oprócz mnie.

Miał­bym ochotę iść nie­prze­rwa­nie aż do drzwi, a potem uciec stąd raz na zawsze.

- Zacze­kaj, Mass - sły­szę, więc przy­spie­szam. - Mass!

Ja pier­ni­czę. Odwal się ode mnie, kim­kol­wiek jesteś.

- Mass! Mass! Stój, ty debilu!

Facet pod­biega do mnie, jest mniej wię­cej mojego wzro­stu, raczej przy­sa­dzi­sty. Ma brą­zowe włosy i nijaką koszulkę. Zer­kam na jego ple­cak, książkę, którą trzyma w ręku, buty - cokol­wiek, co dałoby mi jaką­kol­wiek wska­zówkę co do jego toż­sa­mo­ści. W tym cza­sie on do mnie gada.

- Słuch sobie powi­nie­neś zba­dać - mówi.

- Sorry. Umó­wi­łem się z Caro­line - odpo­wia­dam. Jeśli ją zna, powi­nien przy­jąć wyja­śnie­nie.

- Cho­lera. - Czyli ją zna. Jeśli cho­dzi o Caro­line Lushamp, więk­szość ludzi dzieli się na dwa obozy: tych, któ­rzy ją uwiel­biają, oraz tych, któ­rzy się jej boją. - Nic dziw­nego, że jesteś myślami gdzie indziej. - Mówi to w taki spo­sób, że od razu przy­pi­suję go do obozu prze­ra­żo­nych. - Ale uzna­łem, że będziesz chciał mi to powie­dzieć oso­bi­ście.

To kolejny kosz­mar - podają za mało szcze­gó­łów, żebym mógł kon­ty­nu­ować.

- Że co będę chciał powie­dzieć? - pytam.

- Żar­tu­jesz czy co? - Zatrzy­muje się na środku kory­ta­rza, jego policzki oble­wają się rumień­cem. - To moja dziew­czyna. Masz szczę­ście, że cię nie spra­łem!

Czyli naj­praw­do­po­dob­niej to Reed Young, ale oczy­wi­ście ist­nieje cień szansy, że to jed­nak ktoś inny. Posta­na­wiam nie wcho­dzić w detale, a jed­no­cze­śnie być bar­dzo kon­kretny.

- Masz rację z tym szczę­ściem. Nie myśl, że tego nie doce­niam. Jestem twoim dłuż­ni­kiem.

- Fakt. Jesteś.

Sły­szę zbli­ża­jące się głosy, gło­śne, grzmiące, coś jak tłum rebe­lian­tów plą­dru­jący biedną wieś. Ludzie się roz­stę­pują, a wtedy widzę dwóch gości roz­mia­rów boiska do piłki noż­nej.

- Jak tam, Mass? - pytają. - Podobno świet­nie się bawi­łeś na impre­zie - dodają i wybu­chają histe­rycz­nym śmie­chem.

Cho­ciaż ich nie poznaję, wiem, że to zapewne moi kum­ple. Jeden z nich ude­rza ramie­niem jakie­goś prze­my­ka­ją­cego ukrad­kiem bie­daka, a potem mówi mu, żeby lepiej uwa­żał, jak cho­dzi.

- Tro­chę sza­cunku, facet - zwra­cam się do boiska do piłki noż­nej. A potem kiwam głową Reedowi. - Dobry z cie­bie kum­pel - mówię mu, co nie do końca jest prawdą, ale z dru­giej strony od pierw­szej klasy gramy w jed­nej dru­ży­nie w kosza.

- Dalej mam ochotę sko­pać ci tyłek, więc lepiej, żeby to się już nie powtó­rzyło.

- Ni­gdy.

Mój roz­mówca zerka w stronę biblio­teki. Przy szaf­kach znaj­du­ją­cych się naprze­ciwko wej­ścia stoi dziew­czyna i roz­ma­wia przez tele­fon.

- Powo­dze­nia, Mass - mówi, a jego cia­łem wstrząsa dreszcz. - Nie chciał­bym być teraz w two­jej skó­rze - dodaje i czmy­cha w prze­ciw­le­głym kie­runku z moimi mon­stru­al­nymi kum­plami dep­czą­cymi mu po pię­tach.

Pod­cho­dzę do dziew­czyny, widzę jasne oczy na tle ciem­nej kar­na­cji i pie­przyk, który maluje sobie przy pra­wej brwi, cho­ciaż wszy­scy wie­dzą, że nie jest praw­dziwy.

Ucie­kaj, póki możesz.

Dziew­czyna pod­nosi wzrok.

- Naprawdę? - pry­cha. Tak, to Caro­line. Nie czeka na odpo­wiedź, odwraca się na pię­cie i rusza do biblio­teki. Widzę sie­dzące za biur­kiem biblio­te­karki, które tylko cze­kają, aż wejdę, żeby zro­bić ze mnie kre­tyna.

Chwy­tam ją za rękę i okrę­cam. Cho­ciaż wcale tego nie chcę, przy­cią­gam ją do sie­bie i całuję zapa­mię­tale.

- To wła­śnie powi­nie­nem był zro­bić w sobotę - mówię, gdy wypusz­czam ją z objęć. - To wła­śnie powi­nie­nem był robić przez całe lato.

Piętą achil­le­sową Caro­line są kome­die roman­tyczne i romanse z wam­pi­rami w roli głów­nej. Chcia­łaby żyć w świe­cie, w któ­rym sek­sowny facet łapie dziew­czynę i całuje ją gorąco, ponie­waż jest tak ogar­nięty miło­ścią i pożą­da­niem, że nie potrafi się opa­no­wać. Więc doty­kam jej twa­rzy, odsu­wam włosy za ucho, uwa­ża­jąc, by nie popsuć jej fry­zury, bo to tylko pogor­szy sytu­ację. Nie wie­dzieć czemu kon­takt wzro­kowy jest dla mnie z zasady trudny, wobec czego sku­piam się na jej ustach.

- Jesteś piękna - rzu­cam pół­gło­sem.

Ostroż­nie, facet. Naprawdę tego chcesz? Już przez to prze­cho­dzi­łeś. Jesteś pewien, że inte­re­suje cię powtórka?

A jed­nak jakaś część mnie jej potrze­buje. Nie cier­pię tego.

Wyczu­wam, że mięk­nie. Na tyle, na ile znam Caro­line, to naj­lep­szy pre­zent, jaki mógł­bym jej poda­ro­wać - moż­li­wość wyba­cze­nia komuś. Nie uśmie­cha się - ostat­nio rzadko to robi - ale jej wzrok wędruje ku posadzce i kon­cen­truje się na jakimś nie­wi­docz­nym punk­cie. Kąciki jej ust opa­dają. Zasta­na­wia się.

- Jesteś straszny, Jack - mówi w końcu. - Nie wiem nawet, dla­czego z tobą roz­ma­wiam. - W wol­nym tłu­ma­cze­niu zna­czy to: "Ja też cię kocham".

- A co z Zachem?

- Zerwa­łam z nim dwa tygo­dnie temu.

I tak wła­śnie znów jeste­śmy razem.

Chwyta mnie za rękę, idziemy szkol­nym kory­ta­rzem, a moje serce bije ciut szyb­ciej i ogar­nia mnie poczu­cie, że teraz jestem bez­pieczny. Nie zda­jąc sobie z tego sprawy, Caro­line będzie moim prze­wod­ni­kiem. Powie mi, kto jest kim. Jeste­śmy Caro­line i Jac­kiem, Jac­kiem i Caro­line. Dopóki z nią jestem, nic mi nie grozi, nic mi nie grozi, nic mi nie grozi.

Libby

Pan Domin­guez twier­dzi, że gdyby nie pro­wa­dził kursu prawa jazdy, z pew­no­ścią zaj­mo­wałby się przej­mo­wa­niem samo­cho­dów. Ale nie od ludzi, któ­rych nie stać na zapła­ce­nie rat, nie - on zabie­rałby auta złym kie­row­com i jak Robin Hood dawałby je sie­ro­tom albo dobrym kie­row­com, któ­rych nie stać na wła­sne cztery kółka. Trudno powie­dzieć, czy mówi poważ­nie, ponie­waż to czło­wiek cał­ko­wi­cie pozba­wiony poczu­cia humoru i wiecz­nie wście­kły.

A przy tym to naj­sek­sow­niej­szy facet na świe­cie.

- W wielu szko­łach zre­zy­gno­wano z kursu na prawo jazdy. Wysy­łają uczniów gdzieś na zaję­cia... - To "gdzieś" w jego ustach brzmi jak jakieś straszne i mroczne miej­sce. - My was uczymy, ponie­waż nam zależy.

A potem poka­zuje nam film, na któ­rym docho­dzi do karam­bolu i samo­chody oso­bowe zostają wepchnięte pod cię­ża­rówki. Na początku taki jeden chło­pak, Tra­vis Kearns, wybu­cha śmie­chem, ale potem wydu­sza tylko "o cho­lera" i wię­cej już nic nie mówi. Dzie­sięć minut póź­niej nawet Bailey Bishop się nie uśmie­cha, a Moni­que Ben­ton musi wyjść do toa­lety, żeby zwy­mio­to­wać.

Kiedy wycho­dzi, pan Domin­guez pyta:

- Ktoś jesz­cze? - Zupeł­nie jakby Moni­que wyszła z klasy na znak pro­te­stu, a nie wypa­dła, trzy­ma­jąc się za żołą­dek. - Sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc, zgi­nie­cie w wypadku samo­cho­do­wym przed ukoń­cze­niem dwu­dzie­stego pierw­szego roku życia. Jestem tu po to, żeby temu zapo­biec.

Czuję mro­wie­nie na skó­rze. Mam wra­że­nie, że jeste­śmy przy­go­to­wy­wani do bitwy, coś jakby Hay­mitch przy­go­to­wy­wał Kat­niss.

- Ojej - mówi Bailey z dru­giego końca klasy, co w jej wyko­na­niu jest rów­no­ważne z "ja pier­dolę!". Wszy­scy zzie­le­nieli na twa­rzy - oprócz mnie.

To dla­tego, że w takich chwi­lach jak ta, kiedy ludzka głowa kula się po auto­stra­dzie, ja dobrze wiem, jaką rolę chcia­ła­bym grać w tej kla­sie i w całej szkole. Nie zamie­rzam zali­czać się do sta­ty­styk, od początku mojego życia wal­czę ze sta­ty­styką. Nie będę jed­nym z tych kie­row­ców, któ­rych zmiaż­dży tir. Chcę być dziew­czyną, która może wszystko. Która zdaje test i zostaje przy­jęta do dru­żyny Dam­sels.

Uno­szę rękę. Pan Domin­guez kiwa głową w moją stronę, a wtedy ciarki prze­cho­dzą mi po ple­cach.

- Kiedy zaczniemy jeź­dzić? - pytam.

- Kiedy będzie­cie gotowi.

Nie jestem bez­na­dziej­nym czło­wie­kiem, jed­nak za chwilę zro­bię coś bez­na­dziej­nego. Zdaję sobie sprawę, że znie­na­wi­dzisz mnie za to - Ty oraz inni ludzie - ale i tak to zro­bię, żeby ochro­nić Cie­bie oraz sie­bie.

Wiem, że to brzmi jak wymówka, ale mam coś, co się nazywa pro­zo­pa­gno­zją, a co ozna­cza, że nie roz­po­znaję twa­rzy, nawet moich naj­bliż­szych. Nawet mamy. Ba, nawet wła­snej.

Wyobraź sobie, że wcho­dzisz do pokoju peł­nego obcych - ludzi, któ­rzy nic dla Cie­bie nie zna­czą, ponie­waż nie znasz ich imion ani histo­rii. A potem wyobraź sobie, że idziesz do szkoły, pracy albo - co jesz­cze gor­sze - wra­casz do wła­snego domu, a więc uda­jesz się w miej­sca, w któ­rych powin­naś znać każ­dego czło­wieka. I że tam też wszy­scy wyglą­dają na obcych.

Tak to wła­śnie jest w moim przy­padku: wcho­dzę do pomiesz­cze­nia - obo­jęt­nie jakiego - i nikogo w nim nie znam. Poznaję ludzi po tym, jak cho­dzą. Po gestach. Po gło­sie. Po wło­sach. Uczę się ludzi za pomocą zna­ków szcze­gól­nych. Mówię sobie, że Dusty ma odsta­jące uszy i rudawą fry­zurę afro, a potem zapa­mię­tuję te fakty, dzięki czemu łatwiej mi zna­leźć mojego młod­szego brata. Nie potra­fię jed­nak wycza­ro­wać obrazu jego wiel­kich uszu i wło­sów, o ile nie stoi tuż przede mną. Zapa­mię­ty­wa­nie ludzi jest jak super­moc, którą posiada każdy czło­wiek oprócz mnie.

Czy zosta­łem ofi­cjal­nie zdia­gno­zo­wany? Nie. I nie tylko dla­tego, że zapewne coś takiego znacz­nie prze­kra­cza moż­li­wo­ści dok­tora Blume'a, pedia­try w naszym mie­ście. I nie tylko dla­tego, że moi rodzice od kilku lat mają kupę wła­snych pro­ble­mów na gło­wie. A także nie tylko dla­tego - o czym Ty aku­rat wiesz naj­le­piej - że trzeba uni­kać bycia dzi­wa­dłem. Główny powód jest taki: gdzieś w głębi duszy mam nadzieję, że to nie­prawda. Że może to samo przej­dzie. Na razie radzę sobie w nastę­pu­jący spo­sób:

Kiwam głową i uśmie­cham się do wszyst­kich.

Jestem sym­pa­tyczny.

Jestem na topie.

Jestem cho­ler­nie zabawny.

Jestem duszą każ­dej imprezy, ale nie piję. Nie mogę ryzy­ko­wać utraty kon­troli (co zda­rza się wystar­cza­jąco czę­sto na trzeźwo).

Zwra­cam na wszystko uwagę.

Robię, co jest konieczne. Bywam kró­lem idio­tów. Wszystko, byle tylko nie stać się ofiarą. Lepiej być myśli­wym niż celem polo­wa­nia.

Nie mówię Ci tego, żeby się uspra­wie­dli­wiać za to, co zamie­rzam zro­bić, ale mam nadzieję, że weź­miesz to pod uwagę. To jedyny spo­sób, żeby powstrzy­mać moich kum­pli przed zro­bie­niem cze­goś jesz­cze gor­szego, i jedyny spo­sób, żeby prze­rwać tę idio­tyczną zabawę. Wiedz, że wcale nie chcę nikogo skrzyw­dzić, cho­ciaż wiem, że to nie­unik­nione. Ale to nie jest motyw, który mną kie­ruje.

Z powa­ża­niem, Jack

PS Jesteś teraz jedyną osobą, która wie, co jest ze mną nie tak.

Libby

Gdyby z lampki noc­nej wysko­czył teraz dżin, moje trzy życze­nia brzmia­łyby nastę­pu­jąco: żeby żyła moja mama, żeby już ni­gdy nie zda­rzyło się nic złego ani smut­nego, żeby nale­żeć do Mar­tin Van Buren High School Dam­sels, naj­lep­szej dru­żyny che­er­le­ade­rek w trzech sąsia­du­ją­cych ze sobą sta­nach.

Ale co zro­bić, jeśli nie chcą cię w tej dru­ży­nie?

Jest 3.38, to ta pora, w któ­rej mój umysł zaczyna latać jak osza­lały - zupeł­nie jak mój kot Geo­rge, kiedy był mały. Myk, i oto mój umysł wdra­puje się na firanki. Chwilę póź­niej zwisa z półki na regale. A potem wkłada łapę do akwa­rium i zanu­rza łepe­tynę w wodzie.

Leżę na łóżku, wpa­truję się w ciem­ność, a mój umysł obija się po pokoju.

A co, jeśli znów zosta­niesz uwię­ziona? Co, jeśli będą musieli zbu­rzyć wej­ście do sto­łówki albo łazienki, żeby cię wydo­stać? Albo jeśli twój tato ponow­nie się ożeni, a potem umrze, a ty zosta­niesz z jego nową żoną i przy­rod­nim rodzeń­stwem? Albo jeśli ty umrzesz? Jeżeli się okaże, że niebo nie ist­nieje i już ni­gdy nie zoba­czysz mamy?

Każę sobie zasnąć. Zamy­kam oczy i leżę nie­ru­chomo.

Bar­dzo nie­ru­chomo.

Przez dłu­gie minuty.

Każę mojemu umy­słowi leżeć razem ze mną, mówię mu: śpij, śpij, śpij.

A jeśli pój­dziesz do szkoły i zdasz sobie sprawę, że wszystko się zmie­niło i ludzie także? I cho­ciaż będziesz się nie wiem jak sta­rała, ni­gdy się z nimi nie zrów­nasz?

Otwie­ram oczy.

Nazy­wam się Libby Strout i zapewne o mnie sły­sze­li­ście. Naj­praw­do­po­dob­niej oglą­da­li­ście nagra­nie z akcji rato­wa­nia mnie z mojego wła­snego domu. Kiedy ostat­nio spraw­dza­łam, obej­rzało je 6 345 981 osób; ist­nieje spora szansa, że do nich nale­ży­cie. Trzy lata temu byłam "naj­grub­szą nasto­latką w Ame­ryce". W naj­gor­szym momen­cie waży­łam dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt sześć kilo­gra­mów, czyli około dwu­stu dwu­dzie­stu sze­ściu kilo­gra­mów za dużo. Jed­nak nie zawsze byłam taka gruba. Mówiąc krótko, moja mama zmarła, ja przy­ty­łam, ale na­dal tu jestem. I to nie jest wina mojego taty.

Dwa mie­siące po tym, jak zosta­łam ura­to­wana, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do innej dziel­nicy po dru­giej stro­nie mia­sta. Teraz mogę już sama wycho­dzić z domu. Schu­dłam sto trzy­dzie­ści sie­dem kilo, masę dwóch osób z krwi i kości. Zostało mi jesz­cze jakieś osiem­dzie­siąt parę do zrzu­ce­nia, ale spoko. Lubię sie­bie taką, jaka jestem. Przede wszyst­kim teraz mogę bie­gać. Jeź­dzić samo­cho­dem. Kupo­wać ciu­chy w cen­trum han­dlo­wym bez koniecz­no­ści spro­wa­dza­nia ich na spe­cjalne zamó­wie­nie. Mogę się też okrę­cać. Nie licząc tego, że pozby­łam się wresz­cie stra­chu o nie­wy­dol­ność jakie­goś narządu, to chyba naj­lep­sza zmiana ze wszyst­kich.

Jutro będzie mój pierw­szy dzień w szkole od czasu pią­tej klasy. Mój nowy sta­tus brzmi "uczen­nica trze­ciej klasy liceum", co - nie cza­rujmy się - wygląda znacz­nie lepiej niż "naj­grub­sza nasto­latka w Ame­ryce". Ale i tak jestem PRZE­RA­ŻONA.

Cze­kam na atak paniki.

Jack

Caro­line Lushamp dzwoni, zanim jesz­cze roz­le­gnie się dźwięk budzika. Wiem, że cokol­wiek ma mi do powie­dze­nia, nie będzie to nic dobrego i wszystko na pewno jest moją winą.

Dzwoni trzy­krot­nie, ale zosta­wia tylko jedną wia­do­mość. Już mam ją wyka­so­wać bez odsłu­cha­nia, ale może zepsuł jej się samo­chód i ma pro­blemy? W końcu to dziew­czyna, z którą cho­dzę nie­re­gu­lar­nie od czte­rech lat. (Tak, taką wła­śnie jeste­śmy parą. Zry­wamy ze sobą, a potem się scho­dzimy i wszy­scy zakła­dają, że będziemy razem na wieki).

- Jack, to ja. Wiem, że zro­bi­li­śmy sobie prze­rwę od sie­bie, ale to moja kuzynka. KUZYNKA. Rozu­miesz? Gra­tu­la­cje, jeśli to miała być zemsta za to, że z tobą zerwa­łam, ale naprawdę, kre­ty­nie, tym razem prze­sa­dzi­łeś. Jeżeli zoba­czysz mnie dzi­siaj w kla­sie, na kory­ta­rzu, w sto­łówce CZY W JAKIM­KOL­WIEK INNYM MIEJ­SCU, nie odzy­waj się do mnie. A naj­więk­szą przy­sługę zro­bił­byś mi wtedy, gdy­byś poszedł do dia­bła!

Trzy minuty póź­niej dzwoni jej kuzynka. Począt­kowo wydaje mi się, że pła­cze, ale potem sły­szę głos Caro­line w tle. Kuzynka zaczyna krzy­czeć, Caro­line zaczyna krzy­czeć. Usu­wam wia­do­mość.

Dwie minuty póź­niej Dave Kamin­ski przy­syła ese­mesa, ostrze­ga­jąc, że Reed Young zamie­rza sko­pać mi dupę, bo cało­wa­łem się z jego dziew­czyną. Odpi­suję mu, dzię­ku­jąc za ostrze­że­nie. Naprawdę jestem mu wdzięczny. Kam rato­wał mi tyłek znacz­nie czę­ściej niż ja jemu.

A całe to zamie­sza­nie o dziew­czynę, która - powiedzmy sobie szcze­rze - jest tak podobna do Caro­line Lushamp, że przy­naj­mniej na początku sądzi­łem, że to ona. Czyli Caro­line powinna czuć się zaszczy­cona, bo to tak, jak­bym obwiesz­czał światu, że chcę do niej wró­cić, cho­ciaż w pierw­szym tygo­dniu waka­cji rzu­ciła mnie dla Zacha Hig­ginsa.

Zasta­na­wiam się, czy do niej nie napi­sać, osta­tecz­nie jed­nak wyłą­czam tele­fon i zamy­kam oczy, żeby się prze­ko­nać, czy uda mi się wró­cić myślami do lipca. Wtedy mia­łem na gło­wie tylko pracę, prze­szu­ki­wa­nie miej­sco­wego zło­mo­wi­ska, two­rze­nie (zaje­bi­stych) pro­jek­tów w moim (rewe­la­cyj­nym) warsz­ta­cie i spę­dza­nie czasu z braćmi. Życie byłoby o wiele prost­sze, gdyby znów rów­nało się tylko: Jack + zło­mo­wi­sko + rewe­la­cyjny warsz­tat + zaje­bi­ste pro­jekty.

Nie trzeba było leźć na tę imprezę. Nie trzeba było pić. Wiesz dobrze, że nie można ci zaufać. Uni­kaj alko­holu. Uni­kaj tłu­mów. Bo tylko wszyst­kich wku­rzysz.

Libby

Jest 6.33 rano, już nie śpię. Stoję przed lustrem. Był taki czas, nie­całe dwa lata temu, kiedy nie mogłam, nie chcia­łam na sie­bie patrzeć. Zamiast swo­jego odbi­cia widzia­łam skrzy­wioną twarz Mosesa Hunta, który wrzesz­czy na całe boisko:

- Nikt cię nie poko­cha, bo jesteś taka gruba!

A potem wszyst­kie twa­rze pozo­sta­łych czwar­to­kla­si­stów, któ­rzy na te słowa wybuch­nęli śmie­chem.

- Jesteś taka wielka, że zasła­niasz księ­życ. Wra­caj do domu, Flabby Stout2, wra­caj do swo­jego pokoju...

Dzi­siaj widzę głów­nie sie­bie - śliczną gra­na­tową sukienkę, teni­sówki. Oraz odbi­cie gigan­tycz­nego brud­nego kociego kłębka. Geo­rge wpa­truje się we mnie swo­imi mądrymi zło­ci­stymi oczami, a ja pró­buję sobie wyobra­zić, co mógłby do mnie powie­dzieć. Cztery lata temu zdia­gno­zo­wano u niego nie­wy­dol­ność serca. Wete­ry­narz dał mu sześć mie­sięcy życia. Ja jed­nak dobrze znam Geo­rge'a i wiem, że odej­dzie wtedy, kiedy uzna, że przy­szła pora. Teraz mruga do mnie z łóżka.

Myślę, że w tej chwili kazałby mi oddy­chać. Więc oddy­cham. Od pew­nego czasu jestem w tym naprawdę dobra.

Spo­glą­dam na swoje dło­nie: nie trzęsą się, cho­ciaż paznok­cie mam obgry­zione do żywego mięsa. Co dziwne, jestem cał­kiem spo­kojna, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Uświa­da­miam sobie, że atak paniki jed­nak nie nad­szedł - muszę to uczcić. Włą­czam jedną ze sta­rych płyt po mamie i zaczy­nam tań­czyć. Naj­bar­dziej na świe­cie kocham taniec i to wła­śnie zamie­rzam robić w życiu. Od czasu, kiedy skoń­czy­łam dzie­sięć lat, nie cho­dzę na lek­cje, ale taniec mam w sobie i żaden brak tre­nin­gów mi tego nie odbie­rze.

Tłu­ma­czę sobie: może w tym roku uda ci się zgło­sić się do Dam­sels.

Mój umysł zatrzy­muje się na ścia­nie i tkwi tam roz­dy­go­tany jak gala­reta. A jeśli ni­gdy do tego nie doj­dzie? Jeśli umrzesz, zanim w twoim życiu wyda­rzy się cokol­wiek dobrego, cudow­nego albo pięk­nego? Przez ostat­nie dwa i pół roku mar­twi­łam się tylko o jedno: żeby prze­żyć. Każda osoba w moim życiu, łącz­nie ze mną, sku­piała się na jed­nym: musimy zro­bić wszystko, żeby ci się polep­szyło. A teraz mi się polep­szyło. Co będzie, jeśli spra­wię im zawód po tym, jak zain­we­sto­wali we mnie tyle czasu i wysiłku?

Tań­czę jesz­cze inten­syw­niej, żeby stłu­mić te wszyst­kie myśli. W końcu tata zaczyna łomo­tać do drzwi, a chwilę póź­niej uka­zuje się jego głowa.

- Skar­bie, wiesz, że uwiel­biam Pat Bena­tar o poranku, ale pyta­nie, co powie­dzą sąsie­dzi.

Ści­szam muzykę, jed­nak nie prze­staję tań­czyć. Kiedy pio­senka dobiega końca, biorę mar­ker i ozda­biam jeden but. "Przez całe nasze życie coś gdzieś na nas czeka i nawet jeśli jest to coś złego i my wiemy, że to jest coś złego, to cóż wo?wczas możemy zro­bić? Trudno prze­cież prze­stać żyć"3. (To Tru­man Capote, Z zimną krwią). A potem wyj­muję szminkę, którą dosta­łam od babci na uro­dziny, pochy­lam się do lustra i maluję usta na czer­wono.

Jack

Sły­szę szum wody pod prysz­ni­cem i głosy na dole. Zakry­wam twarz poduszką, ale jest już za późno - obu­dzi­łem się.

Włą­czam tele­fon i piszę ese­mesy: naj­pierw do Caro­line, potem do Kama i Reeda Younga. Wszyst­kim tłu­ma­czę, że strasz­nie się upi­łem (prze­sa­dzam), było bar­dzo ciemno (prawda) i nie pamię­tam niczego, ponie­waż nie dość, że byłem pijany, to jesz­cze zestre­so­wany.

W mojej rodzi­nie jest ostat­nio gów­niana sytu­acja, o czym nie chcę chwi­lowo roz­ma­wiać, więc jeśli możesz mi wyba­czyć, na zawsze pozo­stanę Twoim dłuż­ni­kiem.

To o gów­nia­nej sytu­acji jest aku­rat szczere.

Do wia­do­mo­ści adre­so­wa­nej do Caro­line dorzu­cam jesz­cze parę kom­ple­men­tów i prośbę, by prze­pro­siła w moim imie­niu kuzynkę. Piszę, że wolę nie robić tego oso­bi­ście, żeby jesz­cze bar­dziej wszyst­kiego nie zagma­twać, a poza tym nie chcę psuć tego, co jest mię­dzy nami. Cho­ciaż to Caro­line ze mną zerwała, cho­ciaż nie spo­ty­kamy się od czerwca, kajam się jak głupi. To cena, jaką przy­cho­dzi mi zapła­cić za próbę uszczę­śli­wie­nia wszyst­kich dookoła.

Zwle­kam się z łóżka i idę do łazienki. Marzy mi się długi, gorący prysz­nic, ale świat ma dla mnie tylko wąską strużkę cie­płej wody, a potem kaskadę lodo­wa­to­ści. Sześć­dzie­siąt sekund póź­niej - bo tylko tyle jestem w sta­nie wytrzy­mać - wycho­dzę, wycie­ram się i staję przed lustrem.

A więc tak wyglą­dam.

Zawsze to myślę, gdy widzę swoje odbi­cie. Ale nie: "Cho­lera, to ja". Raczej: "Hm. No dobrze. Co my tu mamy?". Przy­su­wam się bli­żej, pró­buję zło­żyć ele­menty mojej twa­rzy w całość.

Chło­pak w lustrze nie jest brzydki - wyso­kie kości policz­kowe, sil­nie zary­so­wana szczęka, kąciki ust lekko unie­sione, jakby wła­śnie opo­wie­dział kawał. To coś gra­ni­czą­cego z przy­stoj­no­ścią. Prze­chyla głowę do tyłu i spo­gląda spod pół­przy­mknię­tych powiek, jakby zwy­kle na wszyst­kich patrzył z góry. Jakby był inte­li­gentny i dosko­nale sobie z tego zda­wał sprawę. W któ­rymś momen­cie uświa­da­miam sobie, że tak naprawdę wygląda jak kre­tyn. Nie licząc może oczu. Są zbyt poważne, pod­krą­żone, jakby miał pro­blemy ze snem. Ma na sobie tę samą koszulkę z Super­ma­nem, którą nosi od początku lata.

Co zna­czą te usta (jak u mamy) w połą­cze­niu z tym nosem (też jak u mamy) i tymi oczami (połą­cze­nie oczu obojga rodzi­ców)? Mam brwi ciem­niej­sze od wło­sów, ale i tak są jaśniej­sze niż brwi taty. Moja skóra ma śred­nio­brą­zowy kolor, nie taki ciemny jak skóra mamy, ale i nie jasny jak kar­na­cja taty.

Jesz­cze jedna rzecz zupeł­nie tu nie pasuje: włosy. Mam potężną lwią grzywę afro, która spra­wia wra­że­nie, jakby robiła, co jej się żyw­nie podoba. Jeśli ten chło­pak w lustrze jest taki jak ja, z pew­no­ścią wszystko sobie kal­ku­luje. Nawet jeśli nie daje rady zapa­no­wać nad fry­zurą, nie bez powodu zapu­ścił włosy: zro­bił to, żeby zawsze mógł z łatwo­ścią sie­bie odna­leźć.

W połą­cze­niu tych wszyst­kich ele­men­tów na twa­rzy jest coś, co pozwala ludziom się roz­po­zna­wać. Coś, co spra­wia, że mówią: "O, to Jack Mas­se­lin".

- Czym się wyróż­niasz? - pytam swoje odbi­cie. Cho­dzi mi o coś praw­dzi­wego, nie o to gigan­tyczne afro na gło­wie. Wpa­dam w zadumę, ale prze­rywa mi wyraźne par­sk­nię­cie, a potem coś chu­dego prze­myka mi za ple­cami. To chyba mój brat Mar­cus.

- Mam na imię Jack i jestem taki śliczny - śpiewa, zbie­ga­jąc po scho­dach.