POKÓJ I WOJNA
Pokoi jest sto osiem, wojen sto trzydzieści osiem. Dokładnie tylu lokatorów liczy opolski Dom Pomocy Społecznej dla Kombatantów, a każdy lokator miał swoją wojnę. Poza niepoliczalnymi wspomnieniami mieszkańcy Domu mają około tysiąca medali i kilkanaście dekagramów kul i odłamków, których nie udało się wyjąć chirurgom.
Pokój nr 212: 10,65 metra kwadratowego, tapczan, meblościanka, stół, krzesła, portret Rydza-Śmigłego. Wojna: wydarzenia na szosie zaleszczyckiej we wrześniu 1939 roku Opowiada: Aleksander Chmura, lat siedemdziesiąt cztery, sierżant sztabowy 2. Zapasowego Pułku Piechoty II Armii WP.
Opowieść rozpoczyna się od otwarcia kufra. W kufrze jest mundur Aleksandra Chmury, ale kufer nie jest jego własnością. Należał do rodziny marszałka Rydza-Śmigłego, który we wrześniu 1939 zmierzał szosą zaleszczycką do Rumunii. Na tej szosie stał wtedy czternastoletni Aleksander Chmura, mieszkający w pobliskiej wsi. Wodza nie widział, ale widział wiele: dumnych ułanów, wytwornie ubranych ludzi, eleganckie samochody. Wszystko przykurzone, zmęczone, bez śladu poprzedniej urody. Kto wie, może kufer, który Aleksander Chmura dostał po wojnie w Brzegu od kuzyna marszałka, też przekraczał wtedy granicę w Zaleszczykach? Może historia zatoczyła krąg?
Potem most graniczny, którym wyjechało wojsko, obsadzono oddziałem chłopców. Tonęli w olbrzymich mundurach i byli niewiele wyżsi od przydziałowych karabinów. Aleksander Chmura strasznie im zazdrościł - aż do niedzielnej mszy 17 września, przerwanej przez gońca, który wpadł do kościoła i krzyknął w sam środek głównej nawy wiadomość o ataku. Most broniony przez chłopców zbombardowały samoloty, a potem ruszyło nań dwieście czołgów, które przejechały przez stary bród na Dniestrze. Samoloty były niemieckie, czołgi radzieckie.
Pokój nr 14: małżeński; 15 metrów kwadratowych, dwa tapczany, telewizor, lodówka, szafa, ręcznie haftowane poduszki, obrazy z kwiatami. Wojna: front pod Gołdapią na przełomie 1944 i 45 roku. Opowiada: Stanisław Mondzelewski, lat siedemdziesiąt sześć, riadawoj 925 . Pułku Piechoty 221. Dywizji I Frontu Ukraińskiego.
Stanisław Mondzelewski pochyla się i ciężko podnosi z podłogi Domu Kombatanta niewidzialne ciało. Tak dźwigał Metodego Mosiejkę - celowniczego ckm-u. Metodego nie było po co podnosić. Przed sekundą zabił go niemiecki snajper, który teraz zgrywał przyrządy celownicze, aby zrobić to samo ze Stanisławem Mondzelewskim. Na szczęście Metody był ciężki, więc Mondzelewski przykucnął, aby go dźwignąć, i dzięki temu dostał w kolano, a nie w serce.
Zanim dostał, przeszedł piekło. Ukryty w piwnicy sąsiada za ciałami zabitych widział zagładę rodzinnego Mołotkowa, wymordowanego przez Niemców 23 kwietnia 1943 roku. Wśród sześciuset trupów znalazł ciała rodziców i sióstr. Starsza miała dwadzieścia dwa lata, młodsza szesnaście. Pogrzebał je w sadzie, nocą przekradł się do Zasławia. Tam wkrótce ogarnęła go Armia Czerwona.
Dwie klątwy szły za nim na froncie: osiemdziesiąt siedem kilogramów wagi cekaemu, który dźwigał od granicy Norwegii po wygranej wojnie z Finami, przez zamarznięte jezioro Ładoga, aż pod Gołdap. I snajperzy, polujący wyłącznie na dowódców i cekaemistów.
Pod Gołdap doszli 7 listopada 1944 roku. Stanęli naprzeciw Niemców odległych o trzysta pięćdziesiąt metrów. Nazajutrz zaczęło padać i padało do końca listopada. Błoto najpierw wciągnęło podeszwy, potem sięgnęło kostek, wreszcie kolan. Żeby się przespać, rozgarniało się to błoto saperką i kładło na gołej ziemi, a koledzy czuwali, żeby błoto nie pochłonęło śpiącego jak bagno. Pod koniec listopada, kiedy ich szynele ważyły po kilkadziesiąt kilogramów, przyszedł mróz. Dwie godziny później mundury można było łamać na kawałki.
Zabijali z zimna. Na zastrzelonym wrogu można się było położyć i poleżeć chwilę, dopóki jego ciało nie oddało ciepła. Jak wystygł, ruszało się wpierod i zabijało następnego. Kula snajpera, który przed chwilą trafił Metodego Mosiejkę, przerwała ten koszmar.
Stanisław Mondzelewski kilka godzin leżał bez przytomności z roztrzaskanym kolanem, wreszcie kopnął go w bok radziecki sanitariusz - co było typową frontową metodą diagnostyczną. Żywoj? -spytał. Stanisław Mondzelewski był żywoj, więc trafił najpierw do poniemieckiego bunkra pełnego skowytu rannych, który śni mu się do dziś, potem do szpitala w Wilnie, a na rekonwalescencję - za Ural. Po zwolnieniu przebył prawie trzy tysiące kilometrów, aby odnaleźć miejsce, w którym pogrzebał bliskich, i zrobić im grób.
Pokój nr 208: 10,65 metra kwadratowego, tapczan, fotel, mebel własnej roboty z mnóstwem półek, adapter nakryty beretem, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wojna: Lenino, Budziszyn. Opowiada: Michał Woźniak, lat osiemdziesiąt siedem, major 1. Dywizji Piechoty im.Tadeusza Kościuszki.
Bitwa pod Lenino dzieje się na linoleum. Tu, pod stołem, była linia niemieckiej obrony - wysoko, nad Miereją, ze znakomitym polem ostrzału. Polacy poszli tędy - wzdłuż tapczanu. Wpadli do okopów pełnych faszystowskich konserw: ryż z mięsem. "Nie jeść - krzyczeli dowódcy. - Zatrute". Żołnierze wzruszali ramionami: i tak śmierć. Wiedzieli, że zginą. Z przodu niemieckie cekaemy, z tyłu i boków Rosjanie. Ci sami, którzy na Kresach deportowali ich wsie, wywożąc ludzi na syberyjską zagładę.
Nagle strzelanina cichnie, a z głośników rozlega się polska mowa. "Za kogo walczycie? - pyta głos z niemieckich okopów. - Za moskiewską żydokomunę? Za tych, co was dręczyli i mordowali? Polacy! Przechodźcie na naszą stronę".
Byli tacy, co przechodzili. Wiedzieli, że Niemcy nie lepsi, a jednak uznali ich za lepszych. Kolega Michała Woźniaka, sierżant Kurpiel, przycupnął w okopie ze swoimi żołnierzami, a kiedy krasnoarmiejcy zniknęli z oczu, poszli do Niemców. Jeździli potem po okupowanej Polsce w polskich mundurach, opowiadali o Syberii i o tym, jak naprawdę Stalin traktuje kościuszkowską dywizję. Niemcy ich wykorzystali, ale zachowali się fair: wszystkim dali pracę na budowach we Francji. Sierżant Kurpiel wrócił stamtąd po wojnie, kiedy dowiedział się, że żona otrzymała repatrianckie gospodarstwo pod Szczecinem, ale natychmiast wpadł w ręce UB. Kto wie, gdzie by go rozstrzelali, gdyby nie fakt, że razem z nim wrócił brat ówczesnego wojewody szczecińskiego, który również pod Lenino przeszedł na drugą stronę.
Siedemdziesięciu żołnierzy ocalałych z leninowskiego pogromu stuczterdziestoosobowej kompanii Michała Woźniaka wycofano pod Smoleńsk na odpoczynek. Spadł śnieg, tak głęboki, że wszystkim wydano służbowe narty. Na tych nartach pojechali dwanaście kilometrów do pobliskiego Katynia.
Wiedzieli o zbrodni i jej sprawcach, ale udawali, że wierzą sowieckiej propagandzie. Na miejscu zastali zbiorowe mogiły otwarte przez komisję Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, resztki gnijących mundurów, blaszane otoki oficerskich czapek, ostrogi. Zebrali kilka nieśmiertelników - blankietów identyfikacyjnych, oprawionych w plastik i noszonych w specjalnych kieszonkach munduru. Wśród niskich sosenek porastających miejsce kaźni postawili krzyż poświęcony przez kapelana. "Pamięci ofiar faszyzmu"...
Potem była Warszawa, Praga i Budziszyn - miejsce wywołujące dreszcz strachu u wszystkich, którzy przeżyli wzajemną rzeź armii Świerczewskiego z korpusem pancernym Schoernera, niosącym ostatnią nadzieję Berlinowi. Chyba nigdzie na frontach II wojny nie mordowano się z taką determinacją.
Kiedy Michał Woźniak, poszarpany przez odłamki, zauważył, że na polu majaczą sylwetki Niemców - podniósł się ostatkiem sił i dowlókł do opuszczonej stodoły. Tu zdążył zerwać z naramienników gwiazdki i ukryć pod słomą pistolet - atrybuty oficera, oznaczające w bezpardonowej bitwie pod Budziszynem natychmiastową śmierć. Kamuflaż na niewiele się przydał. Kilkudziesięciu jeńców Niemcy pognali nad pobliski rów, ustawili w szeregu. Strzelali w plecy, pojedynczo, zaczynając od lewej. Michał Woźniak był może dziesiąty, może piętnasty w kolejce do zabicia, ale ból ran kompletnie go zobojętnił. Czekał tylko na ukłucie między łopatkami i spokój. Nagle na miejscu egzekucji zjawił się oficer na motorze (strzały zagłuszyły warkot silnika), z rozkazem natychmiastowego popędzenia polskich jeńców w kierunku Budziszyna i dołączenia ich do około dwustu Rosjan, gnanych nie wiadomo gdzie, po co, bez sensu. Równie bezsensowne okazało się wydarzenie, które nastąpiło zaraz potem: konwojenci w pewnej chwili bez żadnego powodu rzucili karabiny i rozpierzchli się we wszystkie strony. Kolumna jeńców przez kilka chwil skamieniała, a potem zrobiła to samo.
Michał Woźniak ruszył przed siebie, nieczuły juz na nic. Nie wiedział, w jakim kierunku idzie, nie przeszkadzały mu rany. Po kilku dniach wszedł do miasteczka z czeskimi szyldami. Tu udzielono mu pierwszej pomocy medycznej, dzięki czemu później w 10. Szpitalu Chirurgicznym 2. Armii WP w ogóle było co z Michała Woźniaka ratować.
Ze szpitala zapamiętał dwóch księży. Pierwszy był ich kapelanem, który zdecydował się towarzyszyć rannym po jednym ze starć z korpusem Schoernera. Ranni leżeli pokotem na mchu, zajmując sporą polanę w samym środku niemieckiego okrążenia. Mech tłumił jęki i błagania, aby ich dobić. Kiedy udało się nawiązać łączność, na polanę przedarło się siedem ciężarówek i szczelnie wypełniono je rannymi. Kapelan zdecydował się z nimi jechać. Wiedział, że wielu nie przeżyje drogi do szpitala, chciał dodać im otuchy w chwili śmierci. "Nie martwcie się - przekonywał - samochody są oznakowane czerwonym krzyżem, Niemcy szanują ten symbol".
Niemcy zaatakowali ciężarówki za pierwszym wzniesieniem. Spalili wszystkie auta z czerwonym krzyżem, wymordowali wszystkich rannych. Kiedy dobiegli tam żołnierze Michała Woźniaka, widok dosłownie ich zmroził, choć widzieli już niejedno. Stali w milczeniu i to milczenie sprawiło, że ktoś usłyszał dochodzący spod sterty trupów jęk kapelana. Zamordowani żołnierze, którym miał nieść ostatnią posługę, uratowali mu życie.
Drugi ksiądz był Niemcem. Znaleźli go półżywego w wyzwolonym obozie koncentracyjnym. Michał Woźniak nigdy nie widział tak wychudzonego człowieka. Karmiono go powoli, łyżeczkę dziennie, bo większej ilości jedzenia mógłby nie przeżyć. Przeżył - i odprawiał polskiemu wojsku msze po niemiecku.
Pokój nr 205: 10,65 metra kwadratowego, tapczan, meblościanka, obraz Czarnej Madonny. Wojna: wrzesień 1939 roku pod Warszawą. Opowiada: Eugeniusz Borys, lat osiemdziesiąt pięć, strzelec konny 9. Pułku Ułanów.
W żadnym z pokoi nie ma tyle wojny. Tak wyraźnego jej śladu. Okrucieństwa jej jednego dotknięcia, które decyduje o całym ludzkim życiu. Eugeniusz Borys wyjechał na wojnę konno z Trembowli, potem razem z koniem podróżował koleją do Poznania, stamtąd - znów w kulbace - ruszył na Warszawę. Podczas szarży w Łomiankach zmiótł go z siodła pocisk dużego kalibru, który urwał obydwie szczęki i kawałek języka. Kiedy Eugeniusz Borys ocknął się i wstał, nie wiedział, co się stało. Szedł wprost na pozycje niemieckie, choć przecież ostrzegano, że Niemcy potrafią strzelać do rannych. Na jego widok Niemcom wypadły karabiny z rąk.
Zaprowadzili go do pobliskiej szkoły, gdzie był punkt amputacyjny. Eugeniusz Borys leżał tam trzy tygodnie bez opatrunku, bo pewnie nikt nawet nie wiedział, jak go opatrzyć. Sanitariusze wlewali mu zupę wprost do przełyku.
Pierwszą operację zrobili mu niemieccy chirurdzy. Starali się, ale wkrótce zabrano ich na front po ataku Hitlera na Francję, więc leczenie kontynuowali Polacy. W szpitalu Ujazdowskim w okupowanej Warszawie Eugeniusz Borys spędził dwa lata, zanim mógł wyjść na świat z ocalałą resztką twarzy i potem, przez całe dziesięciolecia, przy każdym spojrzeniu w lustro, pamiętać, że była wojna.