Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle - Juliusz Słowacki

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

POEMA PIASTA DANTYSZKA HERBU LELIWA O PIEKLE

Usiadł na grobie, gdzie jasne motyle

Około róż się kręciły grobowych;

Poprawił wąsa, i wylotów płowych,

I rzekł: pięcioro mam dzieci w mogile,

A zaś ostatni, wężowego płodu,

Syn mój ostatni jest zdrajcą narodu.

To mi włos siwy cały się wypręża.

I drży i wstaje z głowy dębem węża;

Kiedy pomyślę jak mi się zdradziecko

Ostatnie moje pohańbiło dziecko.

Lecz niech tak będzie! Pana Boga wola!

Kontusz wytarty, szabla, i niedola,

I czapka krzywo zatknięta na głowie,

I moi gdzieś tam w mogiłach synowie;

Z tym ja mój panie jak królowie dumny,

Krzyż zrobię święty i pójdę do trumny.

A biada temu pod kim się usunie

Mogiła moja i ziemia na trunie!

A biada, jeśli mój syn zdrajca stąpi

Na ten grobowiec, bo się rozestąpi,

Bo zeń czerwone płomienie wybuchną;

Bo nań wyskoczy, mój trup, moje pruchno,

I kąsać będzie, robactwem oblizie

Aż go zje, aż go zdusi, aż zagryzie.

Patrzaj ty na mnie: ot taki jak jestem

Widziałem Boskich na oczy aniołów;

Ot taki nędzarz, brudny od popiołów,

Obmyty krwawym narodowym chrzestem,

Nie mogąc przeżyć bez pociech do zgonu

Poszedłem sobie na górę Syonu,

Cokolwiek duszy ulżyć płaczem zdrowym,

Na zakrwawionym grobie Chrystusowym;

Za moje martwe syny się pomodlić,

A tego przekląć co się ważył spodlić;

Za tych co zabił tyran i zabija

Zmówić na grobie trzy Ave Maria;

Na te mogiły gdzie leżą krwawemi

Jerozolimskiéj przynieść trochę ziemi,

I grobowiec ich cichy, nieszczęśliwy,

Posypać liściem srebrzystéj oliwy,

Która Chrystusa uroszona łzami

Wyrosła drzewem litości nad nami.

I cóż! przebiegłem błękitne żywioły,

Ot w tym żupanie, i z tą szablą rdzawą,

A jak turecki jaki święty, goły;

A śpiąc pod żaglem, albo gdzie pod ławą.

I patrz jak podróż staruszkowi służy!

Wróciłem sobie jak żóraw z podróży,

Wichry mi trochę podszarzały skrzydeł,

Mój kontusz teraz nie do malowideł;

Przez pas wychodzą moje chude kłęby,

Szabla na skałach wyszczerbiona w zęby,

Lecz chociaż sobie wygląda jak chrobra,

Byleby wojna, patrz! co? jeszcze dobra!

Jeszcze jak niebo ma łono błękitne -

A jak nią świsnę! jak po czaszkach zgrzytnę!

Dalibóg! nie dam grać po nosie sobie!

Bom to zaprzysiągł na Chrystusa grobie.

Ale do rzeczy Mości Dobrodzieju!

Tu mówią w karczmie i po domach plotą,

Żem się ja zapił aż na śmierć zgryzotą;

Że tracę nawet te trochę oleju

Którą ma z łaski Bożéj twór człowieczy,

I roję sobie niestworzone rzeczy.

Mówią że sztuką jakąś, może djablą,

Zaszedłem w piekle dzwonić moją szablą;

Że mi się trochę opaliła dusza,

Żem sobie nawet podsmalił kontusza;

Że mi skra padła na gołą łysinę

I wypaliła tajemniczą dziurę,

Zkąd, kiedy piję, to wypuszczam chmurę,

A nawet, mówią, iskry wielkie, sine, -

Bogdajby djabeł oniemił fałszerze!

Ja w Pana Boga i w Chrystusa wierzę,

I co dnia mówię z kogutem pacierze.

A kto obelży mojéj duszy sławę,

Z tym ja mieć będę żelazną rozprawę.

A postaw tu dzban, jak gwiazdy zaświecą,

Ujrzysz czy z mojéj łysiny skry lecą?

A jeśli lecą, to dobrze, nie pusta,

Więc pożar łatwo mi zalać przez usta;

A jeśli zatkam tę łysinę ręką

Skry sobie będą wychodziły szczęką.

A ludzie niech się sami siebie strzegą!

A że ja palę się - Co im do tego?

Otoż tak dobrze! - dzban przyniosłeś wina.

Postaw tu panie - tu - na téj mogile;

Niech trup zazdrości że ludziom godzina

Uleci sobie jak złote motyle.

Bo cóż? - my także grobów kandydaty!

A kto jak ja żył, lelijowe kwiaty

Mieć będzie kiedyś i polane rosą,

I drzewa gdzie się słowikowie niosą;

I tak śpiewają i z taka rospaczą,

Że aż tam brzozy na kurhanach płaczą.

Brr!... Cóś mi panie teraz w oczach widno.

Słuchaj! - Raz, jednéj nocy, bez xiężyca,

Widziałem Panie rzecz strasznie ohydną -

Lecz nie mów o tém, bo to tajemnica,

Bo jakby na mnie to poczuli xięża,

Gotowi wygnać z kościoła jak węża;

A nie wie o tém ani gwiazdek para,

Ani syn zdrajca, ani matka stara,

Co jeszcze żyje gdzieś nad wodą Niemna,

I kołowrótek swój obraca, ciemna.

Biedaczka, nie wie dotychczas o niczem -

Nawet że tamci pomarli synowie;

Bo kiedy ręką mię maca po głowie

To ja się różnym przerabiam obliczem,

Udaję różny głos, i różne twarze;

A potém ślepéj odgadywać każę

Który z jéj synów stoi przy niéj blisko,

I zawsze inne powiada nazwisko;

Myśląc biedaczka że przy niéj sa bliscy

Synowie zdrowi i żywi i wszyscy -

A Bóg im dawno na niebiosach świeci

A stara zamrze, to tam znajdzie dzieci!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.