I
Nadszedł dzień, kiedy marzenia stały się rzeczywistością, 15 maja 1994 r. wyjeżdżam z Zurychu. Żegna mnie garstka znajomych, którzy pewni, że nie powrócę cały i zdrowy z tej szaleńczej wyprawy, pozują ze mną do ostatnich wspólnych fotografii. Aby skrócić ten żałobny nastrój, zapowiadam swój rychły powrót, po czym opuszczam to smutne towarzystwo i, zgodnie z wcześniej zaplanowaną trasą, udaję się w kierunku granicy, aby przez Niemcy dotrzeć do Polski.
Następnego dnia jestem już w rodzinnym Gdańsku. Dwa dni poświęcam jeszcze na uzupełnienie skromnego wyposażenia. Wreszcie przygotowania uznaję za zamknięte, więc jeszcze kontrolnie dla zasady wjeżdżam na wagę. Okazuje się, że gotowy do drogi land rover jest przeciążony, waży ponad pięć ton, kiedy dopuszczalny jego ciężar nie powinien przekraczać tony!!! Na nic zdaje się próba odciążenia pojazdu - jestem pewien, że wszystko, co znajduje się w samochodzie, jest niezbędne do przetrwania w surowych warunkach Syberii.
W związku z tym, że ostatnimi czasy wszędzie straszono mnie mafią, która grasuje na drogach prowadzących z Europy Zachodniej do Moskwy, uznaję, że w celu zmniejszenia ryzyka najbezpieczniej będzie wjechać na teren Rosji od strony Finlandii. Ponieważ z Gdańska do Helsinek kursował regularnie prom samochodowy, postanawiam następnego dnia wyruszyć w dalszą podróż.
Samochód swym dziwacznym wyglądem przyciąga uwagę przechodniów: po obu stronach dający dużo do myślenia wymalowany wielkimi literami napis: "ZÜRICH-SYBERIA-ALASKA-CANADA-NEW YORK". Znajdujący się na całej powierzchni dachu bagażnik z dodatkowymi kanistrami na paliwo oraz aluminiowymi skrzyniami już samym wyglądem mówi o wielkiej przygodzie... Z dumą obserwuję, że prawie na każdym przechodniu widok objuczonego samochodu wywiera wrażenie.
Po rutynowej, krótkiej kontroli celnej wjeżdżam na przerdzewiałą, pokrytą białą farbą "Pomeranię" - flagowy prom pasażerski, który ma mnie przetransportować do Helsinek. Po zajęciu kabiny udaję się do restauracji na kolację. Dopiero teraz, pierwszy raz od miesięcy, czuję ulgę, uświadamiam sobie bowiem, że naprawdę jadę, że wbrew wszystkiemu i wszystkim doprowadziłem do rozpoczęcia wyprawy. Szczęśliwy siedzę sobie w restauracji i jeszcze nie dociera do mnie fakt, że rzuciłem wyzwanie Syberii i jej całej nieposkromionej naturze.
Po dwudniowej podróży wyjeżdżam na ulice Helsinek, skąd drogą numer siedem udaję się w kierunku granicy z Rosją.
Po kilkugodzinnej jeździe docieram w pobliże przejścia granicznego. Jest noc, krótka kontrola celników fińskich, otwiera się szlaban i wjeżdżam na zalesiony pas "ziemi niczyjej".
Po pięciu minutach docieram do terytorium Rosji. Zapalają się światła reflektorów, których oślepiający blask zmusza mnie do zatrzymania się. Dokumenty do kontroli - usłyszałem w znanym mi języku rosyjskim. Powoli wzrok przyzwyczaja się do panujących jasności i widzę, że samochód otoczony jest przez żołnierzy. Podaję paszport i czekam na dalszy rozwój wydarzeń.
Urzędnik wraz z dokumentami oddalił się do pobliskiego posterunku, co dało mi czas na rozglądnięcie się po okolicy: na prawo i lewo, w pewnej odległości, znajdował się ciąg oświetlonego obszaru, na którym celowo ustawiono wieże, by całkowicie kontrolować teren. Między dwoma rzędami słupów znajdował się ogrodzony drutem kolczastym zakazany pas. Każdy słup mógł mieć około czterech metrów wysokości.
Moje dokumenty były długo i wnikliwie sprawdzane, wreszcie po jakimś czasie zjawił się żołnierz i, oddając mi papiery, zapytał o miejsce docelowe podróży. Kiedy wyjaśniłem mu, że jestem w drodze do Nowego Jorku, popatrzał na mnie jak na idiotę, po czym uśmiechnął się pobłażliwie i polecił jechać dalej.
Każdy, kto kiedykolwiek przekraczał granicę lądową z Rosją, wie, co to za uczucie. To osobliwy dreszczyk emocji, to pewnego rodzaju ruletka, to sytuacja, z której może dużo wyniknąć, dlatego też bardzo się ucieszyłem, że tę przykrą sprawę mam już za sobą...
O tym, że byłem w błędzie, przekonałem się niebawem, bo parę kilometrów dalej zauważyłem jasno oświetlony teren. Gdy dojechałem na miejsce, domyśliłem się, że dopiero teraz znajduję się na właściwej granicy. Tu już mnie oczekiwano. Przybyły ponury w całej okazałości oficer oświadczył, iż mam bardzo dobre poczucie humoru, lecz bardzo słabe wiadomości z geografii, gdyż Nowy Jork nie znajduje się w Rosji, tylko w USA. Odparłem, iż zapewne pan oficer posiada lepsze wiadomości z geografii, lecz nie posiada fantazji, ponieważ Rosja jest tylko moim krajem tranzytowym, przez który zamierzam udać się do Nowego Jorku. Po tej kurtuazyjnej wymianie zdań poproszono mnie do obdrapanego budynku, który spełniał rolę urzędu celnego. Podczas gdy zajęty byłem wypełnianiem różnych formularzy wjazdowych, samochód został poddany ogólnym oględzinom oraz obwąchany przez psa z wyglądu przypominającego wilka.
Po trwających około godziny formalnościach zezwolono mi wjechać na terytorium Rosji. Ostrzeżono mnie przed bandami czyhającymi na obcokrajowców oraz życzono szczęśliwej podróży...
- Nie dojedziesz nawet do Moskwy - usłyszałem głos i zauważyłem uśmiechniętego oficera - znawcę geografii.
- Mówili mi już o tym w Zurychu - powiedziałem, odwzajemniając uśmiech.
Ponieważ była głęboka noc, zdecydowałem, że zostanę na granicy do świtu, gdyż przyznam, że po tych ostatnich ostrzeżeniach zrobiło mi się bardzo nieswojo.
Ranek pogłębił jeszcze moją apatię, gdyż dzień odsłonił miejsce mojego postoju. Dopiero teraz zauważyłem betonową wieżę obserwacyjną podobną do tych, jakie stoją na niektórych lotniskach. Dookoła uwijało się mnóstwo żołnierzy, każdy prowadził psa, odnosiło się wrażenie, że jest się w koszarach, w których ogłoszono alarm bojowy. Do tego wszechobecne błoto i szarość. Wiosna pod tę szerokość geograficzną jeszcze nie zawitała. Okolica ta przerażała i odpychała. Nigdy i nigdzie nie widziałem tyle drutu kolczastego w jednym miejscu. Ktoś kiedyś powiedział, że granice ZSRR tworzą największy na świecie obóz koncentracyjny. Teraz dopiero widzę, ile w tym stwierdzeniu jest prawdy.
Ruszam w kierunku Wyborga czymś, co kiedyś było drogą. Błoto, wyboje, resztki twardej nawierzchni; wszystko to sprawia, że wlokę się żółwim tempem.
Lecz co to? Kolejny szlaban. STOP! Proszę wnieść opłatę na ochronę środowiska - oświadcza miłym głosem pani sierżant i choć jest to paradoks, płacę równowartość 50 dolarów. Przezornie pytam, ile posterunków muszę minąć, by opuścić pas graniczny Za dziesięć km będzie jeszcze jeden - odparła uśmiechnięta pani sierżant.
Ostatni posterunek graniczny znajdował się na przedmieściach Wyborga. Tutaj kontrolujący mnie oficer był wczorajszy... Po raz kolejny ostrzegł o grożącym mi niebezpieczeństwie i nieśmiało zapytał, czy nie mam przypadkiem puszki piwa.
- Owszem, towariszcz kamandir, u mienia piwo jest...
Za wspólną pomyślność wypiliśmy po kilka piwek, po czym ostatecznie wjechałem do Rosji.
Na podstawie przejechanych kilometrów obliczyłem, że przeciętny obywatel byłego ZSRR miał prawo zbliżyć się do granicy państwowej na odległość nie mniejszą niż 64 kilometry!
Przede mną cała Rosja. Tajemnicza i zagadkowa. To prawie pół zamkniętej dotychczas planety. Zapewne wszyscy, którzy pierwszy raz zobaczyli ten kraj, przeżywali, podobnie jak i ja, podniecenie wywołane czymś potężnym i nieznanym. Będę musiał przemierzyć tysiące kilometrów, docierając do miejsc, gdzie jeszcze nie stąpnęła noga reportera, gdzie miasta i wsie są tylko małymi punkcikami na bezkresnych przestrzeniach.
Mijam miasto Wyborg i trasą M-10 udaję się w kierunku Sankt Petersburga.
Jestem już w innym świecie - świecie smutnej, twardej rzeczywistości. Dookoła nieład i szarość. Niegustowne dekoracje szpecące otoczenie, ludzie patrzący obojętnym wzrokiem. Widok ten sprawia, że jest mi bardzo nieswojo. Będąc pod świeżym wrażeniem wczorajszego dnia oraz przestróg, które zewsząd otrzymałem, zrobiłem się przesadnie ostrożny i wszędzie wietrzyłem podstęp. Postanowiłem, iż nie będę zatrzymywał się na drogach, a noce będę spędzał zaszyty głęboko w lesie. Również wszelkie przerwy w podróży miały się odbywać z dala od tras przelotowych i skupisk ludzkich. Samobójstwem wręcz wydawało mi się skorzystanie z jakiegokolwiek zaproszenia... I tak w nastroju człowieka chorego na manię prześladowczą tego samego dnia bez przygód dojeżdżam do Sankt Petersburga.
Petersburg (dawniej Leningrad) do roku 1918 był stolicą carskiej Rosji. Jedno z niewielu miast, które za czasów niedawnego ZSRR udostępnione było dla turystów zagranicznych. Piękny zespół architektoniczny i urbanistyczny sprawił, że Sankt Petersburg po dzień dzisiejszy jest wizytówką Rosji. Wszędzie jest czysto i schludnie.
W nadziei otrzymania dokładniejszej mapy całego kraju jadę do pewnej firmy zajmującej się turystyką, której adres otrzymałem od przedstawicieli władz Rosji w Szwajcarii. Po półgodzinnej jeździe odnajduję wskazane biuro podróży, którego pracownicy bezradnie rozkładają ręce.
- Takiej mapy nie posiadamy, jedyna, jaką możemy ofiarować, to mapa regionu, ale i ona jest niedokładna - odpowiadają. - Spróbujcie w Moskwie, tam może coś znajdą, ale chyba będzie też ciężka sprawa, gdyż za czasów ZSRR mapy stanowiły przedmiot największej tajemnicy państwowej i były dostępne tylko w kręgach wojskowych i niektórych służb specjalnych. Jak jest teraz, nie wiemy - dodali.
Późnym popołudniem opuszczam piękny Sankt Petersburg i udaję się w kierunku Moskwy. Jadę ruchliwą drogą, która na mapie nazwana jest międzynarodową. W praktyce jest to bardzo szeroki pas nierówno ułożonego asfaltu z bardzo szerokimi piaszczystymi poboczami, które mają znaczenie wojskowo-taktyczne, stanowiąc idealną drogę dla pojazdów gąsienicowych.
Mijam posterunki GAI1. Przeciążony samochód "dobija" na każdej nierówności, których jest na drodze bardzo dużo. Zaczynam orientować się w "przepisach ruchu drogowego" obowiązujących w tym kraju, które istnieją tylko teoretycznie, ponieważ w praktyce pierwszeństwo ma ten, kto jedzie większym lub szybszym pojazdem.
Mijam wsie i osiedla, drewniane malowane domy. W każdej osadzie kwitnie handel przydrożny. Towary najczęściej oferowane to kartofle i mleko, a w miejscowościach leżących blisko rzek i jezior - suszone ryby. Widząc wszechobecną biedę, nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że jadę przez najbogatszą część Rosji.
Pomimo późnej pory dnia jest jeszcze bardzo jasno, więc szukam odpowiedniego miejsca na pierwszy nocleg. Wjeżdżam w leśną ścieżkę, by oddalić się od głównej drogi i rozbić obóz z dala od oczu ludzkich.
Mój ośmiocylindrowy land rover doskonale dał sobie radę z błotem sięgającym po osie i po dwudziestu minutach jazdy zatrzymuję się nieopodal niewielkiego jeziorka otoczonego brzozowym lasem.
Wokół dziewicza natura. Daleko, po przeciwległej stronie jeziora, widać samotną, zagubioną w lesie wioskę. Obserwuję ją przez lornetkę. Bardzo małe drewniane chaty pomalowane na różnorodne kolory. Na próżno szukam jakichkolwiek oznak życia, wioska robi wrażenie niezamieszkanej. Ptaki, ptaki, niesamowite ilości ptaków rozśpiewanych w wiosennym koncercie. Właśnie te skrzydlate stworzenia uzupełniające swymi głosami tę piękną rajską scenerię najbardziej utkwiły mi w pamięci z pierwszego noclegu na rosyjskiej ziemi.
Rozpalam ogień i przygotowuję kolację. Jestem odprężony i oddycham wolnością. Do późnej nocy siedzę przy ognisku, delektując się ciszą, myśląc o przyszłej drodze i czekających mnie jeszcze przygodach.
Rano obudził mnie chłód i śpiew ptaków. Jest koniec maja i choć w Europie Środkowej jest już prawie lato, tu wiosna dopiero się zaczyna. Chcąc jeszcze za dnia dojechać do Moskwy, pospiesznie pakuję wszystko do samochodu i udaję się w kierunku szosy.
M-10 to jedna z głównych i bardziej ruchliwych dróg prowadzących do stolicy. Z zaciekawieniem patrzę na mijające mnie pojazdy, rozszyfrowując ich marki oraz lata produkcji. Ze zdumieniem stwierdzam, że większość prywatnych samochodów to demobil wojskowy. Stare ciężarówki, jak ziły, urale, krazy - wszystkie wymalowane na kolor ciemnozielony. Benzyna w Rosji jest bardzo tania i mimo że pojazdy te zużywają niekiedy do 50 litrów na 100 km, to każdego posiadacza stać jest na ich użytkowanie. Jeżdżą też i mniejsze samochody: łady, wołgi, stare pobiedy oraz - wyprodukowane na włoskiej licencji - żyguli. Od czasu do czasu mija mnie nowy pojazd marki zachodniej, przeważnie mercedes lub bmw. Kogo stać na taki luksus w Rosji, nie jest dla mnie tajemnicą.
Co kilkadziesiąt kilometrów mijam charakterystyczne dla tego regionu kolorowe drewniane chałupy, które - ustawione po obu stronach trasy - tworzą jednakowo wyglądające wsie. Po kilku godzinach jazdy docieram do miasta Twer, skąd próbuję połączyć się telefonicznie z firmą PILIGRIM w Moskwie.
Firma ta jest oficjalnym przedstawicielem turystyki niekonwencjonalnej na terenie Rosji. Po dwóch godzinach oczekiwania uzyskuję połączenie i potwierdzam swój przyjazd.
Do Moskwy zostało około dwustu km, więc niecałe trzy godziny jazdy. Duży ruch na tej trasie sprawia, że czuję się bezpieczniejszy, lecz pomimo to oglądam się bacznie na wszystkie strony.
Tuż przed rogatkami stolicy widzę zapory przeciwpancerne usytuowane po prawej stronie drogi. Dopiero z olbrzymich napisów dowiaduję się, że jest to miejsce, do którego dotarły wojska hitlerowskie w 1942 r., a konstrukcja ta spełnia rolę pomnika upamiętniającego tamte historyczne dni. Po chwili wjeżdżam na trzypasmową arterię szybkiego ruchu i po godzinnej jeździe docieram do stolicy imperium.
W tej właśnie chwili pomyślałem o wszystkich moich znajomych, o przedstawicielach władz Rosji, o oficerze "znawcy geografii" i innych "grabarzach", którzy byli wręcz pewni, że nie dojadę nawet do Moskwy.
1 GAI - w jęz. rosyjskim Gosudarstwienna Auto Inspekcja = Państwowa Inspekcja Samochodowa - pozostałość po specjalnym oddziale milicji, który za czasów ZSRR zajmował się kontrolą wjeżdżających i wyjeżdżających osób oraz pojazdów z miast, i osiedli.