Pojedynek z Syberią. Samotna, pionierska wyprawa w nieznane - Romuald Koperski

Kup ebooka

39.90 zł
33.38 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

 

Zimowe wieczory to najlepsza pora na odpoczynek. Padający za oknem śnieg, atmosfera domu pełnego ciepła i dźwięków sprawia, że oddajemy się przeróżnym marzeniom - wiadomo, nie zawsze realnym. Rankiem przeważnie zapominamy o wszystkim, jesteśmy wypoczęci, a co za tym idzie, mózg nasz pracuje trzeźwiej. Kiedy jednak następnego dnia tkwimy w słuszności wieczornych urojeń, bądźmy pewni - jest to znak, że nad sprawą warto pomyśleć, nawet jeśli wszystko wydaje się kompletną bzdurą, po prostu w myśl zasady, że tylko to, co na pozór głupie i szalone, jest naprawdę cokolwiek warte...

Tak, a nie inaczej, powstał szalony pomysł przejażdżki samochodem z Europy do Nowego Jorku - ma się rozumieć - drogą lądową.

Którędy?

Przez całą Syberię, Alaskę, Kanadę i prawie całe terytorium USA.

Wyczyn na pozór niemożliwy, ale dlaczego nierealny? Właśnie z tego powodu z uporem maniaka rozpocząłem przygotowania do podróży, które - jak się później okazało - od początku skazane były na niedokończenie. Nikt nie mógł mi pomóc lub choćby posłużyć dobrą radą, ponieważ nikt tej trasy dotychczas nie przejechał. Nawet fachowcy z Moskwy zajmujący się turystyką niekonwencjonalną rozkładali ręce, gdyż niewiele mogli mi o Syberii powiedzieć.

Syberia, przez którą zaplanowałem podróż, to bezkres tajgi, bezdroży, to pół zamkniętego dotychczas świata.

Znajomi, którym zwierzyłem się ze swoich planów, pukali niedwuznacznie palcem w czoło, a przedstawiciele władz Rosji uznali sprawę za technicznie niewykonalną. Lecz, na przekór wszystkim, mój mocno rozwinięty instynkt wędrowania sprawił, że za wszelką cenę postanowiłem tę podróż odbyć.

Kontynuowałem przygotowania: szukałem map, zbierałem informacje od meteorologów, bez rezultatu pisałem listy do koncernów i różnych firm o poparcie mojej ekspedycji, ale nikt nie był zainteresowany udzieleniem mi jakiejkolwiek pomocy. Tylko profesorowie z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zachwyceni byli moim pomysłem. Ponieważ byli to znawcy meteorologii i geografii, fachowo wyjaśnili mi, co pod daną szerokością geograficzną może mnie spotkać. Prócz tych cennych dla mnie informacji wszyscy jak jeden mąż odmawiali mi udzielenia pomocy.

Nie powiodła się też próba znalezienia współtowarzysza podróży i w ogóle nic nie wychodziło. Kiedy do planowanej daty wyjazdu pozostało sześć tygodni, zrozumiałem, że nikt mi pojazdu na tę przejażdżkę nie zafunduje, poszedłem więc na złomowisko, gdzie znalazłem porośniętego już trawą starego land rovera. Wraz z zaprzyjaźnionym mechanikiem rozebraliśmy na części skazany już na piec hutniczy samochód, po czym - dokonując przeróżnych innowacji - złożyliśmy go na powrót do kupy. Nie robiąc sobie nic z niepowodzeń, które mnie od początku nękały, załatwiałem wizy oraz inne dokumenty podróży i czym bliżej było do wyjazdu, pewniejsze stawało się, że na żadnego sponsora liczyć nie mogę. Tak też się stało.

Na dwa dni przed planowanym terminem wyjazdu zabrałem się za malowanie samochodu, notabene niesprawdzonego jeszcze w terenie. Poinformowałem liczne media o swojej wyprawie, lecz nikogo to nie zainteresowało. Dwie godziny trwało przygotowanie niezbędnego, skromnego wyposażenia.

W ten oto sposób 15 maja 1994 roku, wbrew opiniom wszystkich, wbrew radom znawców Rosji, wbrew przestrogom przedstawicieli ambasady rosyjskiej w Szwajcarii, wyruszyłem z Zurychu do Nowego Jorku. Byłem pełen optymizmu, posiadałem bowiem kompas oraz dostępną w każdym atlasie szkolnym mapę Rosji...

 

 

I

 

Nadszedł dzień, kiedy marzenia stały się rzeczywistością, 15 maja 1994 r. wyjeżdżam z Zurychu. Żegna mnie garstka znajomych, którzy pewni, że nie powrócę cały i zdrowy z tej szaleńczej wyprawy, pozują ze mną do ostatnich wspólnych fotografii. Aby skrócić ten żałobny nastrój, zapowiadam swój rychły powrót, po czym opuszczam to smutne towarzystwo i, zgodnie z wcześniej zaplanowaną trasą, udaję się w kierunku granicy, aby przez Niemcy dotrzeć do Polski.

Następnego dnia jestem już w rodzinnym Gdańsku. Dwa dni poświęcam jeszcze na uzupełnienie skromnego wyposażenia. Wreszcie przygotowania uznaję za zamknięte, więc jeszcze kontrolnie dla zasady wjeżdżam na wagę. Okazuje się, że gotowy do drogi land rover jest przeciążony, waży ponad pięć ton, kiedy dopuszczalny jego ciężar nie powinien przekraczać tony!!! Na nic zdaje się próba odciążenia pojazdu - jestem pewien, że wszystko, co znajduje się w samochodzie, jest niezbędne do przetrwania w surowych warunkach Syberii.

W związku z tym, że ostatnimi czasy wszędzie straszono mnie mafią, która grasuje na drogach prowadzących z Europy Zachodniej do Moskwy, uznaję, że w celu zmniejszenia ryzyka najbezpieczniej będzie wjechać na teren Rosji od strony Finlandii. Ponieważ z Gdańska do Helsinek kursował regularnie prom samochodowy, postanawiam następnego dnia wyruszyć w dalszą podróż.

Samochód swym dziwacznym wyglądem przyciąga uwagę przechodniów: po obu stronach dający dużo do myślenia wymalowany wielkimi literami napis: "ZÜRICH-SYBERIA-ALASKA-CANADA-NEW YORK". Znajdujący się na całej powierzchni dachu bagażnik z dodatkowymi kanistrami na paliwo oraz aluminiowymi skrzyniami już samym wyglądem mówi o wielkiej przygodzie... Z dumą obserwuję, że prawie na każdym przechodniu widok objuczonego samochodu wywiera wrażenie.

Po rutynowej, krótkiej kontroli celnej wjeżdżam na przerdzewiałą, pokrytą białą farbą "Pomeranię" - flagowy prom pasażerski, który ma mnie przetransportować do Helsinek. Po zajęciu kabiny udaję się do restauracji na kolację. Dopiero teraz, pierwszy raz od miesięcy, czuję ulgę, uświadamiam sobie bowiem, że naprawdę jadę, że wbrew wszystkiemu i wszystkim doprowadziłem do rozpoczęcia wyprawy. Szczęśliwy siedzę sobie w restauracji i jeszcze nie dociera do mnie fakt, że rzuciłem wyzwanie Syberii i jej całej nieposkromionej naturze.

Po dwudniowej podróży wyjeżdżam na ulice Helsinek, skąd drogą numer siedem udaję się w kierunku granicy z Rosją.

Po kilkugodzinnej jeździe docieram w pobliże przejścia granicznego. Jest noc, krótka kontrola celników fińskich, otwiera się szlaban i wjeżdżam na zalesiony pas "ziemi niczyjej".

Po pięciu minutach docieram do terytorium Rosji. Zapalają się światła reflektorów, których oślepiający blask zmusza mnie do zatrzymania się. Dokumenty do kontroli - usłyszałem w znanym mi języku rosyjskim. Powoli wzrok przyzwyczaja się do panujących jasności i widzę, że samochód otoczony jest przez żołnierzy. Podaję paszport i czekam na dalszy rozwój wydarzeń.

Urzędnik wraz z dokumentami oddalił się do pobliskiego posterunku, co dało mi czas na rozglądnięcie się po okolicy: na prawo i lewo, w pewnej odległości, znajdował się ciąg oświetlonego obszaru, na którym celowo ustawiono wieże, by całkowicie kontrolować teren. Między dwoma rzędami słupów znajdował się ogrodzony drutem kolczastym zakazany pas. Każdy słup mógł mieć około czterech metrów wysokości.

Moje dokumenty były długo i wnikliwie sprawdzane, wreszcie po jakimś czasie zjawił się żołnierz i, oddając mi papiery, zapytał o miejsce docelowe podróży. Kiedy wyjaśniłem mu, że jestem w drodze do Nowego Jorku, popatrzał na mnie jak na idiotę, po czym uśmiechnął się pobłażliwie i polecił jechać dalej.

Każdy, kto kiedykolwiek przekraczał granicę lądową z Rosją, wie, co to za uczucie. To osobliwy dreszczyk emocji, to pewnego rodzaju ruletka, to sytuacja, z której może dużo wyniknąć, dlatego też bardzo się ucieszyłem, że tę przykrą sprawę mam już za sobą...

O tym, że byłem w błędzie, przekonałem się niebawem, bo parę kilometrów dalej zauważyłem jasno oświetlony teren. Gdy dojechałem na miejsce, domyśliłem się, że dopiero teraz znajduję się na właściwej granicy. Tu już mnie oczekiwano. Przybyły ponury w całej okazałości oficer oświadczył, iż mam bardzo dobre poczucie humoru, lecz bardzo słabe wiadomości z geografii, gdyż Nowy Jork nie znajduje się w Rosji, tylko w USA. Odparłem, iż zapewne pan oficer posiada lepsze wiadomości z geografii, lecz nie posiada fantazji, ponieważ Rosja jest tylko moim krajem tranzytowym, przez który zamierzam udać się do Nowego Jorku. Po tej kurtuazyjnej wymianie zdań poproszono mnie do obdrapanego budynku, który spełniał rolę urzędu celnego. Podczas gdy zajęty byłem wypełnianiem różnych formularzy wjazdowych, samochód został poddany ogólnym oględzinom oraz obwąchany przez psa z wyglądu przypominającego wilka.

Po trwających około godziny formalnościach zezwolono mi wjechać na terytorium Rosji. Ostrzeżono mnie przed bandami czyhającymi na obcokrajowców oraz życzono szczęśliwej podróży...

- Nie dojedziesz nawet do Moskwy - usłyszałem głos i zauważyłem uśmiechniętego oficera - znawcę geografii.

- Mówili mi już o tym w Zurychu - powiedziałem, odwzajemniając uśmiech.

Ponieważ była głęboka noc, zdecydowałem, że zostanę na granicy do świtu, gdyż przyznam, że po tych ostatnich ostrzeżeniach zrobiło mi się bardzo nieswojo.

Ranek pogłębił jeszcze moją apatię, gdyż dzień odsłonił miejsce mojego postoju. Dopiero teraz zauważyłem betonową wieżę obserwacyjną podobną do tych, jakie stoją na niektórych lotniskach. Dookoła uwijało się mnóstwo żołnierzy, każdy prowadził psa, odnosiło się wrażenie, że jest się w koszarach, w których ogłoszono alarm bojowy. Do tego wszechobecne błoto i szarość. Wiosna pod tę szerokość geograficzną jeszcze nie zawitała. Okolica ta przerażała i odpychała. Nigdy i nigdzie nie widziałem tyle drutu kolczastego w jednym miejscu. Ktoś kiedyś powiedział, że granice ZSRR tworzą największy na świecie obóz koncentracyjny. Teraz dopiero widzę, ile w tym stwierdzeniu jest prawdy.

Ruszam w kierunku Wyborga czymś, co kiedyś było drogą. Błoto, wyboje, resztki twardej nawierzchni; wszystko to sprawia, że wlokę się żółwim tempem.

Lecz co to? Kolejny szlaban. STOP! Proszę wnieść opłatę na ochronę środowiska - oświadcza miłym głosem pani sierżant i choć jest to paradoks, płacę równowartość 50 dolarów. Przezornie pytam, ile posterunków muszę minąć, by opuścić pas graniczny Za dziesięć km będzie jeszcze jeden - odparła uśmiechnięta pani sierżant.

Ostatni posterunek graniczny znajdował się na przedmieściach Wyborga. Tutaj kontrolujący mnie oficer był wczorajszy... Po raz kolejny ostrzegł o grożącym mi niebezpieczeństwie i nieśmiało zapytał, czy nie mam przypadkiem puszki piwa.

- Owszem, towariszcz kamandir, u mienia piwo jest...

Za wspólną pomyślność wypiliśmy po kilka piwek, po czym ostatecznie wjechałem do Rosji.

Na podstawie przejechanych kilometrów obliczyłem, że przeciętny obywatel byłego ZSRR miał prawo zbliżyć się do granicy państwowej na odległość nie mniejszą niż 64 kilometry!

Przede mną cała Rosja. Tajemnicza i zagadkowa. To prawie pół zamkniętej dotychczas planety. Zapewne wszyscy, którzy pierwszy raz zobaczyli ten kraj, przeżywali, podobnie jak i ja, podniecenie wywołane czymś potężnym i nieznanym. Będę musiał przemierzyć tysiące kilometrów, docierając do miejsc, gdzie jeszcze nie stąpnęła noga reportera, gdzie miasta i wsie są tylko małymi punkcikami na bezkresnych przestrzeniach.

Mijam miasto Wyborg i trasą M-10 udaję się w kierunku Sankt Petersburga.

Jestem już w innym świecie - świecie smutnej, twardej rzeczywistości. Dookoła nieład i szarość. Niegustowne dekoracje szpecące otoczenie, ludzie patrzący obojętnym wzrokiem. Widok ten sprawia, że jest mi bardzo nieswojo. Będąc pod świeżym wrażeniem wczorajszego dnia oraz przestróg, które zewsząd otrzymałem, zrobiłem się przesadnie ostrożny i wszędzie wietrzyłem podstęp. Postanowiłem, iż nie będę zatrzymywał się na drogach, a noce będę spędzał zaszyty głęboko w lesie. Również wszelkie przerwy w podróży miały się odbywać z dala od tras przelotowych i skupisk ludzkich. Samobójstwem wręcz wydawało mi się skorzystanie z jakiegokolwiek zaproszenia... I tak w nastroju człowieka chorego na manię prześladowczą tego samego dnia bez przygód dojeżdżam do Sankt Petersburga.

Petersburg (dawniej Leningrad) do roku 1918 był stolicą carskiej Rosji. Jedno z niewielu miast, które za czasów niedawnego ZSRR udostępnione było dla turystów zagranicznych. Piękny zespół architektoniczny i urbanistyczny sprawił, że Sankt Petersburg po dzień dzisiejszy jest wizytówką Rosji. Wszędzie jest czysto i schludnie.

W nadziei otrzymania dokładniejszej mapy całego kraju jadę do pewnej firmy zajmującej się turystyką, której adres otrzymałem od przedstawicieli władz Rosji w Szwajcarii. Po półgodzinnej jeździe odnajduję wskazane biuro podróży, którego pracownicy bezradnie rozkładają ręce.

- Takiej mapy nie posiadamy, jedyna, jaką możemy ofiarować, to mapa regionu, ale i ona jest niedokładna - odpowiadają. - Spróbujcie w Moskwie, tam może coś znajdą, ale chyba będzie też ciężka sprawa, gdyż za czasów ZSRR mapy stanowiły przedmiot największej tajemnicy państwowej i były dostępne tylko w kręgach wojskowych i niektórych służb specjalnych. Jak jest teraz, nie wiemy - dodali.

Późnym popołudniem opuszczam piękny Sankt Petersburg i udaję się w kierunku Moskwy. Jadę ruchliwą drogą, która na mapie nazwana jest międzynarodową. W praktyce jest to bardzo szeroki pas nierówno ułożonego asfaltu z bardzo szerokimi piaszczystymi poboczami, które mają znaczenie wojskowo-taktyczne, stanowiąc idealną drogę dla pojazdów gąsienicowych.

Mijam posterunki GAI1. Przeciążony samochód "dobija" na każdej nierówności, których jest na drodze bardzo dużo. Zaczynam orientować się w "przepisach ruchu drogowego" obowiązujących w tym kraju, które istnieją tylko teoretycznie, ponieważ w praktyce pierwszeństwo ma ten, kto jedzie większym lub szybszym pojazdem.

Mijam wsie i osiedla, drewniane malowane domy. W każdej osadzie kwitnie handel przydrożny. Towary najczęściej oferowane to kartofle i mleko, a w miejscowościach leżących blisko rzek i jezior - suszone ryby. Widząc wszechobecną biedę, nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że jadę przez najbogatszą część Rosji.

Pomimo późnej pory dnia jest jeszcze bardzo jasno, więc szukam odpowiedniego miejsca na pierwszy nocleg. Wjeżdżam w leśną ścieżkę, by oddalić się od głównej drogi i rozbić obóz z dala od oczu ludzkich.

Mój ośmiocylindrowy land rover doskonale dał sobie radę z błotem sięgającym po osie i po dwudziestu minutach jazdy zatrzymuję się nieopodal niewielkiego jeziorka otoczonego brzozowym lasem.

Wokół dziewicza natura. Daleko, po przeciwległej stronie jeziora, widać samotną, zagubioną w lesie wioskę. Obserwuję ją przez lornetkę. Bardzo małe drewniane chaty pomalowane na różnorodne kolory. Na próżno szukam jakichkolwiek oznak życia, wioska robi wrażenie niezamieszkanej. Ptaki, ptaki, niesamowite ilości ptaków rozśpiewanych w wiosennym koncercie. Właśnie te skrzydlate stworzenia uzupełniające swymi głosami tę piękną rajską scenerię najbardziej utkwiły mi w pamięci z pierwszego noclegu na rosyjskiej ziemi.

Rozpalam ogień i przygotowuję kolację. Jestem odprężony i oddycham wolnością. Do późnej nocy siedzę przy ognisku, delektując się ciszą, myśląc o przyszłej drodze i czekających mnie jeszcze przygodach.

Rano obudził mnie chłód i śpiew ptaków. Jest koniec maja i choć w Europie Środkowej jest już prawie lato, tu wiosna dopiero się zaczyna. Chcąc jeszcze za dnia dojechać do Moskwy, pospiesznie pakuję wszystko do samochodu i udaję się w kierunku szosy.

M-10 to jedna z głównych i bardziej ruchliwych dróg prowadzących do stolicy. Z zaciekawieniem patrzę na mijające mnie pojazdy, rozszyfrowując ich marki oraz lata produkcji. Ze zdumieniem stwierdzam, że większość prywatnych samochodów to demobil wojskowy. Stare ciężarówki, jak ziły, urale, krazy - wszystkie wymalowane na kolor ciemnozielony. Benzyna w Rosji jest bardzo tania i mimo że pojazdy te zużywają niekiedy do 50 litrów na 100 km, to każdego posiadacza stać jest na ich użytkowanie. Jeżdżą też i mniejsze samochody: łady, wołgi, stare pobiedy oraz - wyprodukowane na włoskiej licencji - żyguli. Od czasu do czasu mija mnie nowy pojazd marki zachodniej, przeważnie mercedes lub bmw. Kogo stać na taki luksus w Rosji, nie jest dla mnie tajemnicą.

Co kilkadziesiąt kilometrów mijam charakterystyczne dla tego regionu kolorowe drewniane chałupy, które - ustawione po obu stronach trasy - tworzą jednakowo wyglądające wsie. Po kilku godzinach jazdy docieram do miasta Twer, skąd próbuję połączyć się telefonicznie z firmą PILIGRIM w Moskwie.

Firma ta jest oficjalnym przedstawicielem turystyki niekonwencjonalnej na terenie Rosji. Po dwóch godzinach oczekiwania uzyskuję połączenie i potwierdzam swój przyjazd.

Do Moskwy zostało około dwustu km, więc niecałe trzy godziny jazdy. Duży ruch na tej trasie sprawia, że czuję się bezpieczniejszy, lecz pomimo to oglądam się bacznie na wszystkie strony.

Tuż przed rogatkami stolicy widzę zapory przeciwpancerne usytuowane po prawej stronie drogi. Dopiero z olbrzymich napisów dowiaduję się, że jest to miejsce, do którego dotarły wojska hitlerowskie w 1942 r., a konstrukcja ta spełnia rolę pomnika upamiętniającego tamte historyczne dni. Po chwili wjeżdżam na trzypasmową arterię szybkiego ruchu i po godzinnej jeździe docieram do stolicy imperium.

W tej właśnie chwili pomyślałem o wszystkich moich znajomych, o przedstawicielach władz Rosji, o oficerze "znawcy geografii" i innych "grabarzach", którzy byli wręcz pewni, że nie dojadę nawet do Moskwy.

 

 

1 GAI - w jęz. rosyjskim Gosudarstwienna Auto Inspekcja = Państwowa Inspekcja Samochodowa - pozostałość po specjalnym oddziale milicji, który za czasów ZSRR zajmował się kontrolą wjeżdżających i wyjeżdżających osób oraz pojazdów z miast, i osiedli.

II

 

Ponad godzinę zajęło mi odszukanie firmy PILIGRIM, w której spodziewałem się uzyskać mapy oraz kilka wskazówek odnośnie poruszania się po bezdrożach Syberii.

W firmie przyjęto mnie bardzo życzliwie, pytając o przebieg dotychczasowej podróży.

- Dzisiaj jest już późno i niewiele możemy załatwić. Jutro ściągniemy naszego pracownika, który z wykształcenia jest kartografem, ma różne mapy, więc na pewno coś da się zrobić - powiedział jeden z pracowników. - Na razie odstawimy twój samochód w bezpieczne miejsce, gdyż w Moskwie różnie bywa, a jutro od rana działamy - dodał.

Ucieszyłem się z tej wiadomości i pomyślałem, że PILIGRIM jest poważną firmą turystyczną, skoro ma do dyspozycji kartografów...

Jeszcze nie tak dawno podobne firmy zajmujące się obsługą turystów zagranicznych były nieoficjalnymi rezydenturami któregoś z sowieckich wywiadów. Nie jestem pewien, czy PILIGRIM przyjął ten sam status, ale dużo wskazuje na to, że tak. Pierwsze moje spostrzeżenie dotyczyło powierzchowności pracowników tej firmy. Bez wyjątku każda twarz zdradzała ponadprzeciętną inteligencję. Jest powszechnie wiadomo, że na całym świecie wszystkie służby specjalne rekrutują swoich pracowników spośród najzdolniejszych absolwentów różnych wyższych uczelni. Po drugie turystyka niekonwencjonalna w Rosji jest jeszcze w powijakach i nie może przynosić dochodów, a skomputeryzowanej firmie PILIGRIM widać, powodzi się aż nadto dobrze, co może świadczyć o dofinansowaniu jej przez rząd. Ponadto bezpośrednie kontakty z rosyjskimi biurami podróży rozsianymi na całym świecie same mówią za siebie.

Nazajutrz wcześnie rano wyruszam obejrzeć nową "demokratyczną" stolicę Rosji. Moskwa to prawdziwa metropolia (12 milionów mieszkańców). Tłumy ludzi przeróżnych narodowości, wszędzie panujący pośpiech. W centrum miasta "Zachód" szare i ubogie do niedawna wielkie domy handlowe błyszczą szyldami wszystkich znanych firm zachodnich. Jest kolorowo, czysto i bogato, ale nie do końca, gdyż widać również resztki starej "komunistycznej" stolicy. Bieda i ubóstwo większości mieszkańców są aż nadto widoczne. Ludzie w sile wieku żebrzą na ulicach. Bezrobocie i horrendalne ceny, które kilkakrotnie przewyższają ceny np. w Zurychu.

Dochodząc do placu Czerwonego, przypadkowo trafiam na uroczystości związane z poświęceniem cerkwi usytuowanej tuż przy na placu Defilad naprzeciw Kremla. Jak się dowiedziałem, świątynia jest wierną rekonstrukcją stojącej tu już kiedyś cerkwi, którą w przeszłości na rozkaz Stalina zburzono i przez wiele lat nie było po niej śladu. Podobno przeszkadzała zakręcającym w czasie defilad czołgom. Tylko dzięki odwadze pewnego architekta, który podczas rozbiórki w tajemnicy sporządzał jej plan, zdołano ten zabytek wiernie zrekonstruować i ponownie oddać do użytku wiernych.

Snując się po placu Czerwonym, widzę parę nowożeńców składających kwiaty przed zamkniętym już definitywnie mauzoleum Lenina. Kwiatów leży tu dużo, więc przypuszczam, że nie tylko ofiarowują je młode pary... To pewnego rodzaju fenomen w dziejach ludzkości, kiedy to ofiary dobrowolnie składają cześć swoim oprawcom. Podobną sytuację zaobserwowałem przed gmachem, gdzie mieści się muzeum poświęcone panu Leninowi. Tu z kolei tłumy protestują przeciw projektowi zamknięcia tego obiektu. W 1956 roku wolno było usuwać pomniki Stalina, w 1991 roku - Dzierżyńskiego, lecz do dziś nikt nie waży się tknąć pamięci po Leninie. Wciąż jeszcze panuje wszechobecny kult jednostki. Na czym polega ta siła? Na tandecie ideologii, na fantastyczności zjawiska?

Koło południa idę do PILIGRIM-u na spotkanie z kartografem.

- Anton - przedstawił się człowiek "od map". Anton mówił dużo i z przejęciem, starając się na każdym kroku podkreślić swoją wyższość w związku ze znajomością kartografii. Operował niezrozumiałymi przeze mnie terminami. Czasami tak się zagalopował, że odnosiłem wrażenie, iż facet jest rąbnięty.

- Syberia - rzekł - to nie miejsce na przejażdżki samochodowe. Sam niewiele o niej wiem, gdyż tylko kilkakrotnie tam byłem, a środkiem transportu był nie samochód, lecz samolot. Uważam ten pomysł za nierealny. Syberia to nie setki, lecz tysiące kilometrów bezdroża, bagien i Bóg wie, czego jeszcze. Owszem, w pobliżu wielkich miast są drogi, ale występują w odcinkach niełączących się ze sobą, więc generalnie dróg nie ma. Przygotowałem mapy, ale nie wiem, na ile będą przydatne, bo mogą być bardzo niedokładne... Nie myśl, że mamy złych topografów i kartografów - nie w tym rzecz. Za czasów ZSRR mapy były objęte najściślejszą ochroną i tajemnicą Jedną ze specjalności fachowców od ochrony kraju była dezinformacja. Dlatego produkowano miliony niby-dokładnych map i umiejętnie podkładano je tak, by "przypadkowo" dostały się w niepowołane ręce. Teraz przy tym całym zamieszaniu mało kto wie, które są prawdziwe, a które nie. To dopiero zobaczysz na miejscu. Może być tak, że mapa im bardziej dokładna, okaże się mniej przydatna. Gdzie ma być miasto - będzie pole, a gdzie jest zielona plama, która oznaczać może tajgę - natrafisz na step. Możesz też raptem zobaczyć kilkutysięczne miasto, którego próżno szukać na mapie. Ścieżki mogą być tam, gdzie spodziewałeś się, że są drogi. Na Syberii wszędzie będzie czekała na ciebie niespodzianka. Przed tobą setki rzek, ale nie wierz, że zastaniesz most, choćby był wyraźnie zaznaczony na mapie. Może będzie kursował tam prom, a może nie. Ale jak spotkasz ludzi, to zawsze pytaj - miejscowi wiedzą, co jest w promieniu ich domostw.

Anton położył na stole plik map, z których odczytałem, że należą do Sztabu Generalnego Armii ZSRR.

- Przed opuszczeniem terytorium Rosji wszystkie te mapy muszą powrócić do firmy - powiedział. - Tu są zaadresowane koperty, dzięki którym będzie można odesłać z powrotem mapy odcinków, które już przejechałeś. Kopertę wystarczy oddać na poczcie, a jak jej nie spotkasz, to na posterunku GAI lub w jakimkolwiek urzędzie.

Podziękowałem za wypożyczenie map i dobre rady. Pożegnałem pracowników PILIGRIM-u i bezzwłocznie ruszyłem w drogę, by jeszcze przed zmrokiem wyjechać z Moskwy. Na rogatkach uzupełniłem paliwo i ruszyłem drogą nr 7 w kierunku Kazania.

Droga wyjazdowa z Moskwy znacznie się różni od trasy wjazdowej ze strony zachodniej. I choć również jest oznakowana jako droga międzynarodowa, to stan jej nawierzchni jest o wiele gorszy. Osobliwie również wyglądają pojazdy opuszczające stolicę. Każdy samochód, czy to ciężarowy, czy osobowy, jest załadowany do granic wytrzymałości. Prawie każdy ciągnie przyczepę i dodatkowo posiada bagażnik na dachu. Towary transportowane to przeważnie żywność i inne produkty dostępne tylko w mieście. Prawie dwie godziny przeciskam się czteropasmową wyjazdową drogą, stoję w korkach, omijam popsute pojazdy, których stoi na poboczach bardzo dużo. Obserwując cały ten harmider drogowy, zdałem sobie sprawę, że Rosja nadal nie dysponuje choćby kilometrem drogi, którą na Zachodzie przyjęto nazywać autostradą...

Późnym wieczorem dojeżdżam w pobliże miasta Władimir. Wiem, że niedaleko znajduje się miasto muzeum Suzdal, które zamierzałem zwiedzić. Odnajduję je na mapie, a ponieważ jest już prawie ciemno, postanawiam zanocować w okolicy. Pierwszą napotkaną drogą skręcam na lewo, jadę parę kilometrów, po czym zjeżdżam z drogi na pustkowie i po pewnym czasie docieram do rzeki Nerl. Wkoło tylko pola, las i rzeka. Wreszcie z dala od szosy, wśród przyrody, bajkowego krajobrazu. Siedzę nad wodą i pierwszy raz w Rosji łowię ryby, które na dobry początek biorą jak na zawołanie. Jest ich tyle, że część smażę, a z pozostałej reszty gotuję zupę rybną nazywaną w Rosji ucha.

Nastaje chłodna noc i na dodatek zrywa się porywisty wiatr, więc czym prędzej zostawiam ryby i zaszywam się w namiocie. Kiedy już leżę, słyszę tylko szum rzeki i ciche zawodzenie wiatru. Zasypiam szybko zmęczony nowymi wrażeniami.

Rano opuszczam swoją kryjówkę i udaję się do miasta Suzdal. Przed oczami rozwinął się wspaniały widok na przepiękny kreml z niezliczoną ilością staroświeckich kopuł cerkiewnych w środku. Średniowieczem i dziczą Wschodu wiało od tych starych murów, zmurszałych, porosłych historyczną pleśnią. Cerkwie uwidaczniają pierwotną rosyjskość przesiąkniętą potężną bizantyjską kulturą. Suzdal to prawdziwy klejnot prastarych rosyjskich miast, które ze względu na swoje historyczne bogactwo noszą nazwę Złotego Pierścienia Rosji. Perłą w klejnocie są zabudowania kremla i soboru wraz z kilkunastoma XVI- i XVII-wiecznymi cerkwiami. Kreml przez długie lata był miejscem spotkań wszystkich pokoleń carskich. Niestety, obecnie budowle są zaniedbane. Wokół panuje bałagan, brak jakiejkolwiek informacji dotyczącej historii obiektu poza kilkoma zardzewiałymi tablicami, z których trudno cokolwiek odczytać. Od razu widać, że komuniści nie kochali carów. Dziwi mnie też fakt, że w miejsce to dowożeni są turyści. Chyba że chodzi tu głównie o pokazanie światu bezmyślnej, niszczycielskiej potęgi Ministerstwa Kultury byłego ZSRR. Osobiście jestem rozczarowany tym miastem-muzeum i jego gospodarzami, którzy potrafią tylko dbać o wygląd domów partii i komisariatów milicji...

Udaję się do odległego o 30 km miasta Władimir. Miasto to uważane jest za pierwszą stolicę "Świętej Rosji". Z drogi widzę zabudowania soboru, które postanawiam zwiedzić. Trafiam na mszę. Sceneria jak sprzed wieków. Wśród bogatych ikon, blasku i zapachu świec, panującego półmroku rozbrzmiewa śpiew brodatych kapłanów, którzy w pięknej wokalnej harmonii i z niesamowitą skalą swych głosów oddają cześć Bogu. Niezapomniane, niesamowite wrażenie. Po nabożeństwie udaję się w dalszą drogę w kierunku miasta Czeboksary.

Krajobraz właściwie się nie zmienia. Przez wiele kilometrów tylko lasy, pola i od czasu do czasu parokilometrowej długości wsie, w których domy ustawione są wzdłuż drogi.

Mijam duże milionowe miasto Niżnyj Nowgorod (Gorki), następnie zjeżdżam z głównej drogi, ponieważ chcę dotrzeć do osad Maryjczyków (Czeremchów) - wymierającej już grupy etnicznej zamieszkującej te tereny.

Land rover to wspaniały terenowy pojazd - dzisiaj zdał swój pierwszy prawdziwy egzamin. Po błotnistej sięgającej po osie glinie podjechał wraz z ładunkiem pod kilkukilometrową stromą górę okalającą koryto rzeki.

Poniżej, na wprost mnie, płynie rzeka Wołga. Wołga, nazywana królową rosyjskich rzek, to trudno wyobrażalna masa wody, która w okowach swych brzegów spływa majestatycznie do swego ujścia. Trudno tu szukać ciszy i wytchnienia, gdyż na rzece panuje duży ruch. Słychać syreny i szum silników okrętowych. Jestem zdziwiony, że w kraju, w którym prawie cała gospodarka runęła, funkcjonuje jeszcze tak dobrze flota śródlądowa. Widzę duże tankowce, drobnicowce oraz barki towarowe płynące jedna za drugą. Przypomina to ruch statków, jaki panuje na redzie dużego portu morskiego. Widzę ludzi na pokładach mijających mnie jednostek, prawie każdy trzyma w rękach lornetkę, widzę, że jestem obserwowany, marynarze patrzą, kto przybył do tego znanego im pustkowia.

Zauważyli mnie również płynący rzeką rybacy. Po krótkim namyśle skierowali swoją łódź w kierunku wzgórza, na którym rozstawiłem już obóz. Po chwili widzę dwie pochylone sylwetki, coś mówią do siebie, ale nic nie rozumiem, ich słowa zagłusza jednostajne mlaskanie gumowych butów.

- Dobry wieczór. Widzimy, że jesteś w drodze, więc przynieśliśmy ci coś na kolację - powiedział starszy z nich, stawiając na ziemi stare, dziurawe wiadro pełne żywych jeszcze ryb.

- Wielkie dzięki - odpowiedziałem i od razu zapytałem, ile jestem za te stworzenia winien. Przybyli spojrzeli po sobie z minami starych panien, którym przedstawiono niedwuznaczną propozycję.

- Nam pieniądze niepotrzebne - powiada jeden z nich - my tak prosto od serca. Zresztą pieniądz tu nic nie jest warty, a i najbliższy sklep oddalony jest o 60 km, w którym na dodatek i tak nic nie ma. Ryby nam zbywa, a ty pewnie głodny - dodał.

- Wobec tego zapraszam na kolację - odpowiedziałem, gdyż inaczej po prostu nie wypadało. Zdałem sobie jednocześnie sprawę, że będzie to mój pierwszy kontakt z prostymi mieszkańcami tego kraju. Ciekaw byłem ich zachowań, myśli i stosunku do obcokrajowców.

Podzieliliśmy zajęcia: ja zająłem się zbieraniem drewna, a rybacy patroszeniem i przyrządzaniem ryb. Po półgodzinnej krzątaninie siedzieliśmy już wkoło ogniska, a na drewnianych rusztach sporządzonych przez moich gości piekły się ryby, których zapach snuł się daleko w las, drażniąc nozdrza okolicznej zwierzyny. By rozładować panujące jeszcze napięcie związane z niespodziewanym zetknięciem się dwóch światów, zaproponowałem wypicie flaszki za wspólne spotkanie, co natychmiast zostało przyjęte z nieukrywaną radosną aprobatą. "Na zdrowie" - rozległo się wokół ogniska i po tych magicznych słowach ustąpiły wzajemne dotychczasowe nieufności.

- Teraz to i my dwaj jesteśmy kapitalistami - powiedział jeden z przybyłych, śmiejąc się głośno sam ze swojego dowcipu.

- Ale to inny kapitalizm niż u was. Nam było dobrze za czasów komunizmu i kolektywizacji. Kołchoz2 dawał nam ubrania i inne świadczenia, a wypłata była uzależniona od liczby złowionych ryb. Jak człowiek się do pracy przyłożył, to można było nieźle żyć. Transportowano złowione przez nas ryby do miasta, a w zamian przywożono nam potrzebne do życia produkty. Teraz nie ma już kołchozu i nikt już ryb nie odwozi, i co za tym idzie, nie mamy najpotrzebniejszych artykułów żywnościowych. Cały rok jemy tylko rybę i tylko jesienią, jak uda się trochę jej sprzedać, kupujemy ziemniaki. W ramach wszechobecnej prywatyzacji odkupiliśmy wspólnie z sąsiadem tę starą łódź i łowimy tylko dla swoich potrzeb. W naszym przysiołku3 wszyscy tak żyją, bo cóż zrobić - trzeba żyć... Jak jest u was, na Zachodzie, dopiero teraz co nieco wiemy - kontynuował. - Dawniej mówiono nam, że kapitalizm to obrzydliwy system, gdzie panuje wyzysk, gdzie pracodawca zamęcza na śmierć swoich pracowników... I wszyscy w to wierzyliśmy, bo tak pisano i mówiono. Byliśmy wówczas szczęśliwi, że żyjemy w tym kraju. Mam 65 lat i tylko kilkakrotnie byłem w dużym mieście, cóż więc mogę o świecie wiedzieć - dodał z prostotą.

Wznieśliśmy kolejny toast i choć była już noc, siedzieliśmy dalej przy ogniu obdarzeni dziwnym uczuciem niewidzialnej więzi, więzi całkiem normalnej, bo łączącej człowieka z człowiekiem. I choć urodziliśmy się i żyliśmy gdzie indziej, oddaleni od siebie o tysiące kilometrów, to po kilkugodzinnej wspólnej biesiadzie odnieśliśmy wrażenie, jakbyśmy znali się od dawna. I choć nie znaliśmy nawet swoich imion, nie było między nami żadnej różnicy. Tak samo jedliśmy, piliśmy i świeciły nad nami te same gwiazdy...

Ruch na rzece i towarzyszące mu dźwięki syren okrętowych nie pozwoliły na dłuższy sen. Po śniadaniu, na które składały się niedojedzone wczorajsze ryby, wyruszam na poszukiwanie wiosek zamieszkałych przez Maryjczyków. Tą samą błotnistą drogą dojeżdżam do traktu wiodącego w kierunku Czeboksary.

Przemieszczam się nadwołżańską równiną, na której co jakiś czas natrafiam na zabudowania opuszczonych sowchozów4. Wszystko w totalnej ruinie i tylko walający się wkoło zniszczony sprzęt rolniczy przypomina o przeznaczeniu tych budowli. Spotykam pasterza pasącego stadko krów i pytam o najbliższe osiedle Maryjczyków. - Będzie ze 30 wiorst5 - powiedział zaskoczony człowiek pilnujący krów, po czym ręką wskazał kierunek południowy. Ponieważ nie prowadziła tam żadna droga, ruszyłem po prostu na przełaj. Trasa wiodła po rozległym płaskim gruncie, który kiedyś był ziemią orną, o czym świadczyły gnijące resztki zeszłorocznego, niezebranego zboża. Areał ten jeszcze do niedawna należał do któregoś z mijanych sowchozów, które mogły nosić nazwę "Sowchoz im. Rewolucji Październikowej", "Gwiazdy Czerwonej" lub "Sowchoz im. Lenina". Oj, gdybym tak przed laty pozwolił sobie na jazdę po tej roli, oskarżono by mnie zapewne o sabotaż i wrogość wobec klasy robotniczej... Jestem pewien, że nie potrzebowałbym organizować ekspedycji, by znaleźć się na Syberii...

2 Kołchoz - spółdzielnia rolnicza w ZSRR gospodarująca na ziemi państwowej oddanej w dzierżawę bezpłatnie. Członkowie mieli prawo do posiadania domu i określonego stanu inwentarza.

3 Przysiołek - osiedle mieszkaniowe usytuowane przy zakładzie produkcyjnym.

4 Sowchoz - w ZSRR państwowe gospodarstwo rolne.

5 Wiorsta - dawna rosyjska miara długości 1 = 1,0668 km.