Rozdział 2
Jan
Od początku tej znajomości miałem przeczucie, że mogą pojawić się kłopoty, a jednak ta kobieta działała na mnie jak magnes, przyciągała mnie do siebie, więc zagłuszałem wszelkie myśli, które odciągały mnie od zrealizowania planu, jaki zaświtał mi w głowie. Miałem żonę, syna i pozornie poukładane życie, a jednak nie do końca wszystko dobrze funkcjonowało w moim małżeństwie, czegoś mi brakowało, dlatego właśnie zwróciłem uwagę na Beatę. Długo zabiegałem o jej względy, nie chciałem jej spłoszyć ani zniechęcić do siebie, dlatego szczególnie zważałem na to, co robię i mówię w jej towarzystwie. Najpierw chciałem ją poznać, a potem, stopniowo, dać jej poznać siebie.
Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, była świeżo upieczoną, ambitną projektantką. Poznałem ją w gabinecie szefa pracowni architektonicznej, gdzie ja pracowałem od kilku lat, a ona trafiła na praktykę. Szybko pokazała się z jak najlepszej strony, dlatego Zaromański zaproponował jej, by dołączyła do naszego zespołu.
- Myślę, że taka kreatywna osoba doskonale się sprawdzi w naszym biurze. Akurat zaczynamy nowy projekt, zasili pani zespół, którym kierować będzie Jan. - Wskazał na mnie, a ja wyprostowałem się, gdyż pochlebiało mi zaufanie, jakim mnie obdarzył. - Jan jest naszym wieloletnim współpracownikiem, doskonałym architektem i moją prawą ręką. Będzie pani miała najlepsze wzorce. - Przedstawił mnie, ja wyciągnąłem rękę na przywitanie naszej nowej koleżanki.
Spojrzeliśmy na siebie i już wiedziałem, że wsiadam do rollercoastera. Przytrzymałem jej dłoń troszeczkę za długo, co ją nieco speszyło i spuściła wzrok, a ja poczułem, jak próbuje oswobodzić rękę. Puściłem ją, lekko się uśmiechając. Gdy wspominaliśmy ten moment wiele miesięcy później, przyznała, że wówczas, gdy na nią spojrzałem, poczuła, jak pocą jej się dłonie. Była przejęta rozmową o pracy, ale też moja obecność sprawiła, że poczuła przyjemny dreszcz. W jej głowie także pojawiła się myśl, że właśnie otwiera się nowy rozdział w jej życiu.
Postanowiłem sobie niczego nie przyśpieszać. Tu nie chodziło o romans na chwilę, ta kobieta działała na mnie nie tylko w sferze fizycznej, podniecał mnie również jej intelekt, pasja oraz niewinność, z jaką reagowała na moją atencję. Chciałem po prostu spędzać z nią jak najwięcej czasu. Nie zastanawiałem się wtedy, jaki to wpływ będzie miało na moje i jej życie.
Nie byłem nachalny, ale gdy tylko pojawiała się ku temu okazja, okazywałem Beacie, że cenię nie tylko jej pracę, ale także inne jej walory, inteligencję, urodę i umiejętność rozmowy z ludźmi. Początkowo nie wykonałem żadnego gestu, który mogłaby uznać za zbyt poufały, a jednak traktowałem ją inaczej niż resztę pracowników, co nie umknęło jej uwadze. Miałem wręcz wrażenie, że nawet imponowało. Tak ustawiałem pracę, żeby to ona z całego zespołu najczęściej ze mną pracowała. Wspólne projektowanie do wieczora, wyjazdy do klienta zbliżały nas do siebie, wkrótce przestaliśmy więc rozmawiać tylko o pracy. Beata okazała się świetną kompanką do dyskusji także na tematy niezwiązane z architekturą. Szybko okazało się, że mamy wspólne zainteresowanie: psy.
- Zawsze pragnęłam mieć rasowego psa, którego mogłabym prezentować na wystawach, trenować, zadbać o jego rozwój behawioralny - przyznała - ale ciągle było coś ważniejszego, studia, praca...
- Rozumiem cię. Ja też miałem podobne marzenie i pewnie dawno bym je zrealizował, gdyby nie to, że mój syn jest uczulony na sierść i naskórek zwierząt domowych. Gdy raz odwiedziliśmy znajomych, którzy mieli owczarka, Miecio miał wtedy jakieś cztery lata, po kilku minutach doznał tak silnej reakcji alergicznej, że konieczna była wizyta na SOR-ze. Wtedy dowiedzieliśmy się o jego alergii, a temat psa został porzucony na zawsze.
Uśmiechnęła się do mnie, ale dostrzegłem w tym uśmiechu jakiś smutek. Czy to dlatego, że nie zrealizowała do tej pory swojego marzenia, czy dlatego, że wspomniałem o synu. Jeżeli już wtedy wiązała ze mną jakieś nadzieje, to taka informacja mogła ją zaskoczyć. Bardzo rzadko mówiłem o swojej rodzinie. To nie był dobry temat z dziewczyną, którą pragnąłem zdobyć. Z drugiej strony, Mieczysław był i będzie w moim życiu obecny zawsze, musiała więc wiedzieć o jego istnieniu.
Odwzajemniłem uśmiech i dotknąłem jej dłoni. Drgnęła lekko, jednak nie zabrała ręki. Tak bardzo chciałem sprawić jej jakąś przyjemność. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł.
- Wiesz, co? Kiedyś projektowałem willę właścicielowi hodowli chartów angielskich whippet. Najwyższej klasy psy, zdobywające medale na wystawach. Zaprzyjaźniliśmy się. Jeśli chcesz, to się razem do niego wybierzemy.
- Byłoby wspaniale! Nigdy nie widziałam whippetów z bliska, ale czytałam, że to są bardzo sympatyczne psy. Może kiedyś nawet sobie takiego kupię, ale dziś mnie jeszcze nie stać, no i ... - spuściła wzrok, bo trochę było jej chyba wstyd się do tego przyznać - mieszkam w bloku z matką i siostrą. To nie jest idealne miejsce dla psa.
- Jako architekt z pewnością szybko wybudujesz swój wymarzony dom, a tam będziesz mogła mieć tyle psów, ile zechcesz.
- Bez przesady, jeden mi wystarczy. - Zaśmiała się głośno. Ten dźwięk był muzyką dla moich uszu. - Choć gdybym zdecydowała się na whippeta - zastanowiła się chwilę - hmm, one lubią towarzystwo, powinno się mieć przynajmniej dwa.
Przewróciła oczami i zaśmiała się znowu.
- Gdybyś miała dwa whippety, to byłbym częstym gościem w twoim domu - powiedziałem tak, by zabrzmiało to jak żart, ale w głębi serca tego właśnie chciałem. Speszyła się. Widziałem, że takie deklaracje nie pozostają dla niej obojętne. Zawsze gdy powiedziałem coś, co mogłoby zabrzmieć dwuznacznie albo wprost nawiązałem do bliższych relacji, na jej policzki wychodził rumieniec. To było takie czarujące. Sama jednak nigdy nie dała mi jednoznacznie znać, że jest gotowa pójść ze mną o jeden krok dalej. A może nawet o kilka.
Dalej więc przecierałem ten szlak, w pozornie zwykłych rozmowach wtrącając zdania, które świadczyły o tym, że chcę być blisko niej. Nie opowiadałem wprost o swojej rodzinie, ale dzięki drobnym komentarzom stopniowo dowiadywała się, że mam nie tylko syna, ale też żonę, z którą prowadzimy praktycznie osobne życie. W sercu czułem się na tyle wolny, że była tam przestrzeń dla Beaty, jednak syn powstrzymywał mnie od zamieszkania osobno. Potrzebowałem czasu i sposobności, by przeprowadzić separację i przekonać się, że nie skrzywdzę w ten sposób syna.
Mimo że starała się bardzo ukrywać swoje uczucia, miałem nadzieję, że i ona pragnie stać się częścią mojego życia równie mocno jak ja jej.
Podczas jednego ze wspólnych wyjazdów do Warszawy na spotkanie z zagranicznym inwestorem zaprosiłem Beatę na kolację do eleganckiej restauracji niedaleko placu Trzech Krzyży. Mieliśmy co świętować. W imieniu firmy udało nam się wynegocjować bardzo intratny kontrakt.
Gdy kelner nalał wino do kieliszków, wznieśliśmy toast. Wówczas spojrzałem na nią uważnie, a ona podtrzymała to spojrzenie. Tym razem nie uciekła wzrokiem, choć jej policzki lekko się zaróżowiły. Dostrzegłem w jej oczach jakiś ognik.
- Za przyszłość! - powiedziałem miękkim głosem, wznosząc kieliszek w górę. Uśmiechnęła się. Nadal patrzyliśmy na siebie.
- Za przyszłość firmy! - Podniosła swoje wino.
Przyglądałem się jej uważnie, szukając intencji, z jaką wypowiedziała te słowa. Czyżby nie zrozumiała, do czego zmierzałem? Czyżby mój plan miał spalić na panewce? Powoli odstawiłem kieliszek i sięgnąłem w kierunku jej dłoni. Do tej pory ten gest działał, miałem nadzieję, że i teraz się przede mną otworzy.
- Za przyszłość naszą! - poprawiłem łagodnie, jednocześnie dotykając jej. Drgnęła, ale i tym razem nie zabrała dłoni. Poczułem, jak po ciele przebiega mi dreszcz podniecenia. Miałem nadzieję, że w jej wnętrzu dzieje się to samo.
Milczała. To był właściwy moment, by odsłonić karty. Nachyliłem się bliżej niej i szepnąłem:
- Pragnę cię.
Zarumieniła się. Wysunęła swoją dłoń z mojej i zaczęła odgarniać za ucho włosy. Dostrzegłem w tym geście jakąś nerwowość, przejęcie, a jednocześnie było to takie urocze. Nie odrywałem od niej wzroku. Tu i teraz chciałem wiedzieć, co czuje. Spuściła wzrok. Poczułem się zbity z tropu, wciąż patrzyłem na nią, nie wiedząc jednak, jak mam odczytać tę reakcję. Pragnąłem chwycić ją w ramiona i pobiec do hotelowego pokoju, a jednak nie wiedziałem, czy mogę. Siedziała w milczeniu, bawiąc się serwetką, jakby to właśnie było najważniejsze w tej chwili. Gdy po kilku miesiącach o tym rozmawialiśmy, przyznała, że wówczas prowadziła wewnętrzną walkę.
- Nie wiedziałam, co mam zrobić, zaschło mi w gardle, a w głowie jednocześnie czułam pustkę i kłębowisko myśli. Nagle stało się dla mnie jasne, że nie tylko ja darzę cię uczuciem innym niż przyjaźń. Miłe ciepło zalewało mnie od wnętrza. W głowie czułam lekki zawrót, choć wina zdołałam upić zaledwie łyk. Jak bardzo cię wtedy pragnęłam! Nie potrafiłam jednak powiedzieć tego na głos. Wciąż nie śmiałam. W końcu byłeś, jesteś - poprawiła się - moim przełożonym, masz żonę, rodzinę i... Nie miałam odwagi powiedzieć ci o swoich uczuciach.
Przez większą część kolacji milczeliśmy zakłopotani, jedynie uśmiechając się do siebie oczami. To coś wisiało w powietrzu, zagęszczało się, ale żadne z nas nie było pewne, jak ten wieczór się zakończy. Zapłaciłem rachunek i opuściliśmy restaurację. Wróciliśmy do hotelu. Kiedy winda zatrzymała się na szóstym piętrze, gdzie znajdował się mój pokój, spojrzałem na nią, chcąc się pożegnać. Popatrzyła mi w oczy i delikatnie kiwnęła głową na tak. Uznałem to za przyzwolenie. Zacząłem ją całować, a ona odwzajemniała pieszczotę. Wyszliśmy za drzwi w ostatnim momencie, nim się zamknęły, a pusta winda pojechała na siódme piętro, gdzie był pokój Beaty.
Oszołomieni winem i emocjami związanymi z negocjacjami, a później kolacją we dwoje, poddawaliśmy się wzajemnym pieszczotom. Delikatnie odgarnąłem kosmyk jasnych włosów z jej szyi i złożyłem na niej pocałunek. Smakowała wybornie! Potem zsunąłem ramiączko sukienki i pocałowałem również jej ramię. Tak bardzo pragnąłem tej kobiety! Nagle poczułem, że sztywnieje, odsuwa się ode mnie, jakby nabrała wątpliwości. Nie była jeszcze gotowa, by pójść na całość, albo czuła jakiś wewnętrzny opór. Wstrzymałem się, choć całym sobą pragnąłem zedrzeć z niej sukienkę i całować każdy centymetr jej ciała. Spojrzeliśmy sobie w oczy i już domyśliłem się, o co jej chodzi. Byłem żonaty, a ona nie potrafiła uwolnić się od tej myśli. Z czułością ująłem dłoń Beaty i przyłożyłem sobie do ust. Delikatnie ją pocałowałem, a potem pociągnąłem ją w kierunku łóżka. Usiedliśmy na skraju. Przyłożyłem dłoń do jej policzka i odpowiedziałem na niezadane pytanie.
- Z moją żoną nic mnie już nie łączy poza Mieczysławem. Nie układa nam się od dawna, właściwie nigdy jej nie kochałem i powinniśmy byli się rozstać, zanim pojawiło się dziecko. Ale w tamtym czasie było tak wygodnie, więc jakoś utrzymywaliśmy nasz związek i wtedy Jola zaszła w ciążę. Nie mogłem jej zostawić, a gdy urodził się Miecio, było oczywiste, że wychowamy go razem. Jestem z nią tylko ze względu na syna, ale już za trzy lata osiągnie pełnoletność i wtedy nie będzie żadnych przeszkód żebyśmy wzięli rozwód. Choć od tak dawna prowadzimy osobne życie, nie szukałem dotąd innej kobiety. Kiedy jednak ty pojawiłaś się w firmie, poczułem, jakby nagle przyszła wiosna, a przecież były to pierwsze dni stycznia. W moim gabinecie zaświeciło słońce, jakiego dawno pragnąłem. Śledziłem potem twoje poczynania i przekonałem się, że nie tylko jesteś piękna, ale także bardzo zdolna. Na pewno zauważyłaś, że wyróżniam cię wśród innych pracowników, ale chcę, żebyś wiedziała, że w pełni na to zasłużyłaś. Nie chciałem też robić żadnych ruchów, ujawniać, jak bardzo mi na tobie zależy, dopóki nie ureguluję swojej sytuacji w domu, ale dziś, gdy wznieśliśmy kieliszki, poczułem, że nie chcę już dłużej czekać, boję się, że ktoś mi ciebie odbierze. Zakochałem się w tobie po uszy, jak szczeniak, ale jeśli ty nie czujesz tego samego, to choć będzie bardzo trudno, muszę się z tym pogodzić.
Kiedy to wypowiadałem, nie spuszczałem z niej wzroku. Widziałem, że z każdym wypowiadanym przeze mnie słowem coraz trudniej jej zapanować nad sobą. W oczach pojawiły się łzy, które początkowo zinterpretowałem inaczej, niż powinienem.
- Przepraszam, że ci to wszystko powiedziałem. Nie chcę, żebyś czuła się źle z tym, że nie odwzajemniasz mojego uczucia... - szepnąłem zły na siebie, że tak się wkręciłem, nie mając pewności, że z jej strony jest podobnie.
Przerwała mi, nagle pochylając się nade mną i składając pocałunek na moich ustach. Przytrzymałem ją i odwzajemniłem pieszczotę. Pocałunki stawały się coraz bardziej zaborcze, a jej dłonie ślizgały się po moim ciele w poszukiwaniu guzików koszuli. Gdy na moment oderwaliśmy się od siebie, szepnęła:
- Nawet nie wiesz, jak bardzo ja ciebie pragnę, głuptasie.