1 Życie gotowe do użytku
W obozie różnica między nimi [człowiekiem a zwierzęciem] zaciera się tak bardzo, że nawet rodzice, kiedy są głodni, potrafią kraść żywność swoim dzieciom, czego chyba nie robią zwierzęta.
Gang Cheol-hwan, Usta pełne kamieni[1]
New Haven, Connecticut, wiosna 2002
Tom Nakanishi uczył się przy biurku w akademiku Uniwersytetu Yale, kiedy do pokoju wpadł jego współlokator z plikiem artykułów w dłoniach.
- Musisz to zobaczyć - niemal krzyknął do kolegi z drugiego roku, rozkładając je przed nim na blacie.
W artykułach opisany został szczegółowo świat obozów koncentracyjnych w Korei Północnej, gdzie więźniowie byli głodzeni, torturowani i zmuszani do katorżniczej pracy.
Współlokatorem był dziewiętnastoletni Adrian Hong Chang, chłopięcy, schludnie ubrany i stojący właśnie u progu wielkiej zmiany w życiu. W tamtym czasie deklarację, że zamierza się zmienić świat - ze studenckiego pokoju w stylizowanym na gotyk ceglanym budynku Berkeley College w Yale - mógł wygłosić niemal każdy z ich kolegów po wypaleniu wieczornego dżointa. Żaden z nich nie mógł jednak wiedzieć, że w przypadku Adriana narastająca obsesja na punkcie Korei Północnej stanie się iskrą, która doprowadzi go do konfrontacji z jednym z najbrutalniejszych reżimów świata na jego własnym terytorium i umożliwi ucieczkę setkom jego poddanych.
- Musimy coś z tym zrobić - powiedział Adrian Nakanishiemu, który jeszcze dwadzieścia lat później żywo pamiętał te słowa.
Adrian był zrozpaczony tym, że świat ignoruje ludobójstwo dokonywane w Korei Północnej. Jak na ironię, Amerykanie ronili wtedy łzy na filmach o II wojnie światowej, takich jak Lista Schindlera i Szeregowiec Ryan, nic sobie nie robiąc ze współczesnych obozów koncentracyjnych, pozasądowych zabójstw i masowego głodu.
Prawdę mówiąc, do tej pory Adrian wykazywał tylko przelotne zainteresowanie Koreą Północną, zarówno wtedy, gdy dorastał w Kalifornii, jak i później, w czasie studiów. W pierwszych latach XXI wieku mało uważny obserwator mógł mieć zaledwie mglistą świadomość, że Korea Północna, podobnie jak Kuba, była krainą, która utknęła w latach pięćdziesiątych. Ci uważniejsi mogli wiedzieć, że sytuacja ta była produktem ubocznym II wojny światowej i wojny koreańskiej, w wyniku których władzę w kraju objęła rodzinna dynastia reprezentowana ówcześnie przez nieco komiksową postać - Kim Dzong Ila, człowieka rozmiłowanego w filmach i brandy, władającego ostatnią na świecie przerażającą, a niekiedy też karykaturalną dyktaturą, pod względem manii wielkości porównywalnego jedynie ze złoczyńcami z filmów o Bondzie. Czytelnicy gazet mogli też coś słyszeć o wyniszczającym głodzie panującym w Korei w latach dziewięćdziesiątych, podczas którego z powodu katastrofalnych zaniedbań władzy zmarły miliony ludzi. Z całą pewnością natomiast słyszeli o posiadanej przez Kima broni atomowej.
Nagłówki były przerażające, ale w doniesieniach z Korei Północnej niewiele było szczegółów. Z prostego powodu - wielu tak zwanych ekspertów od tego kraju nigdy w nim nie było z powodu panującej tam obsesyjnej nieufności wobec cudzoziemców. Dla zachodnich czytelników dziwaczna Korea Północna, doświadczająca tragedii typowych dla Trzeciego Świata, nie różniła się zbytnio od wielu innych miejsc na Ziemi, gdzie życie było o wiele cięższe niż w znanej im rzeczywistości.
Jednak w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, a potem na początku lat dwutysięcznych pojawiła się wzbierająca fala artykułów i raportów organizacji humanitarnych, a także książek zawierających ponure relacje uciekinierów opowiadających o życiu w tym "pustelniczym królestwie". Opisywali oni pokrywającą cały kraj sieć obozów koncentracyjnych przypominających te utworzone przez nazistów w Niemczech i Polsce. Korea Północna nie jest po prostu żyjącym w izolacji krajem rządzonym przez zadufanego w sobie dyktatora w rodzaju Aleksandra Łukaszenki na Białorusi czy Saddama Husajna w Iraku. Jest połączeniem krainy z dystopijnej powieści oraz metodycznej brutalności nazistowskiej partii Adolfa Hitlera. "Gorzej niż w Roku 1984" - tak w 2005 roku alarmował w nagłówku artykułu o Korei Północnej brytyjski pisarz Christopher Hitchens.
Fakty były szokujące, ale tylko nieliczni potrafili objąć umysłem pełen wachlarz okrucieństw tego reżimu. Adrian uznał, że jest to problem świadomości. Był przekonany, że kiedy ludzie zapoznają się, tak jak on sam, ze szczegółami i zobaczą zdjęcia, politycy z Waszyngtonu i innych stolic zaczną działać. Tak powiedział Nakanishiemu.
Tych dwóch przyjaciół dzielących w 2002 roku wspólny pokój różniło się od wcześniejszego, ironicznie nastawionego pokolenia X. Dziesięć lat wcześniej Francis Fukuyama wydał swoją problematyczną książkę Koniec historii, w której ogłosił, że po upadku Związku Radzieckiego na świecie zatryumfuje liberalna demokracja. Jednak zaledwie dwa tygodnie po tym, jak Adrian i Nakanishi zaczęli studia w Yale, zobaczyli na własne oczy, że historia jednak się nie skończyła - islamistyczni dżihadyści wbili się uprowadzonymi samolotami w World Trade Center i Pentagon.
Zanim ci dwaj młodzi mężczyźni zjawili się w kampusie, gdzie mieli razem przeżyć 11 września, poznali się dzięki komunikatorowi internetowemu ICQ oraz stronie Xanga, platformie społecznościowej popularnej w tym okresie wśród Amerykanów pochodzących z Azji. Obaj dorastali w Kalifornii w azjatyckich rodzinach mieszkających w dzielnicach zdominowanych przez Latynosów. Obaj marzyli o tym, by wypowiedzieć się w sprawach polityki, tyle że nie wiedzieli dokładnie, co chcieliby powiedzieć. Nakanishi pochodził z Los Angeles, Adrian dorastał na przedmieściach San Diego.
Podczas internetowych czatów Adrian zaintrygował przyszłego kolegę z pokoju opowieściami o swoim dzieciństwie spędzonym w Tijuanie w Meksyku, skąd jego rodzina wyjechała, kiedy miał siedem lat. Był jedynakiem. Rodzice pochodzący z Korei Południowej byli chrześcijańskimi misjonarzami i prowadzili w Tijuanie sierociniec, którym zajmowali się nawet wtedy, gdy zamieszkali kilka kilometrów na północ od San Diego. Ojciec był mistrzem taekwondo, podobnie jak później Adrian, który na czacie występował jako "tkdmaster001".
Jedna z sal treningowych taekwondo prowadzona przez ojca znajdowała się naprzeciwko liceum Bonita Vista, gdzie uczył się Adrian - wzorowy uczeń i redaktor szkolnej gazetki "The Crusader". Po lekcjach wysportowany i promieniejący młodzieńczą energią chłopak często szedł do centrum handlowego, by poćwiczyć w sali położonej między zakładem fryzjerskim Fantastic Sams a salonem Massage Eden. Ponieważ trenował od dzieciństwa, miał już czarny pas.
Jego szkolni koledzy z tamtego czasu nie przypominają sobie, by mówił już wtedy o Korei Północnej, ale zapewniają, że był dumny ze swoich przodków. Zakładając konto na platformie Xanga, jako dzień urodzenia podał 1 marca 1919 roku, czyli datę masowych protestów Koreańczyków domagających się uwolnienia spod japońskiej władzy i kulturowej dominacji. Tego dnia zginęło ponad siedem i pół tysiąca ludzi. O wiele więcej było rannych i aresztowanych. Ten zryw był punktem zwrotnym w rozwoju świadomości narodowej Koreańczyków, którzy jednak wyzwolili się spod japońskiego panowania dopiero w 1945 roku - po zakończeniu II wojny światowej. Dziś w Korei tego dnia obchodzi się Dzień Ruchu Niepodległościowego.
Nakanishi był pod wielkim wrażeniem opowieści Adriana. Już wtedy, podczas tych nocnych czatów, zanim jeszcze spotkali się osobiście, wyczuł w nich przedsmak wielkiej przygody.
Po tym jak rodzina Adriana przeniosła się na północ od San Diego, on sam spędzał większość czasu w Chula Vista - tuż na południe od miasta. To wyjątkowo spokojne miejsce: palmy, galerie handlowe i plaża. Adrian miał dość wybuchową osobowość, ale czasem dopuszczał do głosu jej południowokalifornijską wersję i mówił do ludzi w wyluzowany, nazbyt poufały sposób, zwracając się do nich per "stary".
"Nie ma to jak kawalerskie życie - napisał pewnego popołudnia w Yale na swoim blogu w serwisie Xanga. - Można siedzieć na kanapie i w spokoju oglądać wideo, jedząc prosto z puszki".
Jego znajomi z tamtych czasów wspominają, że miał w sobie coś budzącego zaufanie, a do tego mnóstwo empatii. Opowiadają, że potrafił zauważyć kogoś, czyj głos był zagłuszany przez innych studentów, podejść do niego później i zapewnić, że słyszał to, co tamten chciał powiedzieć. Już w młodości sprawiał wrażenie człowieka tęskniącego za czymś większym niż beztroskie życie na przedmieściu, które było jego domem. W rozmowach z przyjaciółmi z liceum, którzy później odegrali ważną rolę w jego działalności konspiracyjnej, wyrażał się z podziwem o obrońcach praw człowieka, takich jak Martin Luther King.
Chociaż dorastał na południowokalifornijskiej prowincji wśród należących do klasy średniej pracowników biurowych, którzy dojeżdżali codziennie do pracy w San Diego, jego rodzice wpoili mu poczucie misji. Znaczna część pieniędzy, które ojciec zarabiał w swoich szkołach taekwondo, trafiała do Gloria World Mission, organizacji charytatywnej założonej przez rodziców Adriana w celu niesienia pomocy biednym lub pokrzywdzonym przez los mieszkańcom Tijuany. Często wybierali się całą rodziną do Meksyku - to było tylko pół godziny jazdy - by spędzić tam weekend lub uczestniczyć w świętach religijnych. Na samochodzie rodziców wymalowana była nazwa ich organizacji dobroczynnej.
Na stronie internetowej szkoły taekwondo jego ojca, która przedstawiała się jako "ramię finansowe" Gloria World Mission, znajdował się cytat z Pisma Świętego: "Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą!".
Adrian opowiadał później, że rodzicie wpoili mu obsesję na punkcie dobrych ocen, ale nie wyjaśnili, co ma ze sobą zrobić, kiedy już je dostanie. "Jestem normalnym gościem, chodziłem do szkoły publicznej - powiedział kiedyś koledze. - Radziłem sobie dobrze, ale kiedy poszedłem na uniwersytet, zacząłem się zastanawiać, czemu to ma służyć".
Jako nastolatek, a potem student pierwszego roku Adrian nie bardzo wiedział, co zamierza zrobić ze swoim życiem. Wkrótce po przybyciu do Yale zaczął chodzić razem z Nakanishim na spotkania Movimiento Estudiantil Chicano de Aztlán, założonej w 1969 roku organizacji walczącej o sprawiedliwość społeczną, podczas których toczyła się ożywiona dyskusja nad amerykańską reakcją na 11 września. Jednym z założycieli Movimiento, a także powstałego znacznie wcześniej stowarzyszenia Asian American Students Association, był ojciec Nakanishiego.
Studenci rozmawiali o tym, jak potraktowano mieszkających w Stanach Zjednoczonych Japończyków i innych Amerykanów azjatyckiego pochodzenia po ataku na Pearl Harbor. Czy to samo spotka teraz amerykańskich muzułmanów? Adrian bardzo angażował się w te dyskusje.
Często okazywał zdecydowaną niechęć do ustalonego porządku świata, do popularnych opinii na wszelkie tematy i do bezpiecznych ścieżek proponowanych młodym poszukującym swojego miejsca w świecie. Miał poczucie, że wysiłki podejmowane przez otaczających go ludzi często są pozbawione sensu.
Na komunikatorze AOL występował jako "areadymadelife"[2]. Tak zatytułowane było opowiadanie koreańskiego pisarza Chae Man-sika z 1934 roku, w którym opisywał życie Koreańczyków z klasy średniej - ludzi wykształconych, lecz niepotrafiących odnaleźć się w świecie. Adrian czuł coś podobnego. Obserwując Koreańczyków i młodych Amerykanów koreańskiego pochodzenia, miał wrażenie, że dryfują bez żadnego głębszego celu.
Jako zuchwały student pierwszego roku opublikował w "The Korea Herald" liczący tysiąc sześćset słów artykuł, w którym ubolewał nad upadkiem wartości wśród swoich rodaków i wzywał Koreańczyków w kraju i za granicą do zaprzestania gonitwy za dobrami materialnymi oraz docenienia dziedzictwa Korei i historii jej walki z najeźdźcami. "Gdzie są tamci studenci, walczący w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych o demokrację i wolność? - pisał. - Gdzie są świadomi, wykształceni młodzi ludzie pragnący wstrząsnąć tym światem? Zniknęli".
Adrian opisał w artykule własne próby pogłębiania wiedzy o Korei i jej dziedzictwie, włącznie ze spontaniczną wizytą w koreańskiej misji przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, do której nie został wpuszczony. Był styczeń 2002 roku, a on - osiemnastolatek, jeden z najmłodszych studentów na roku - pisał długi artykuł o Korei, nie wspominając w zasadzie o Korei Północnej. Jedynym nawiązaniem do jej istnienia była wzmianka o "zjednoczeniu" kraju i o długiej południowokoreańskiej tradycji walki z komunizmem.
Adrian wciąż był bojownikiem poszukującym sprawy, o którą warto walczyć. I wtedy natknął się na książkę, która odmieniła jego życie.