PROLOG
System Harare, Sektor Foxtrot,
04.03.2355
Jedna z zielonych sfer, którymi oznaczono na holomapie punkty wyjścia z nadprzestrzeni, zmieniła nagle kolor i zaczęła pulsować. Z każdym
powiększeniem stawała się bledsza i żółciejsza.
- Trzy minuty do wyjścia - zameldował mechanicznym, choć przyjemnie
brzmiącym głosem komputer Miecza. - Jeden obiekt... dwa... trzy... cztery...
pięć... - Kolejne cyfry padały w równych interwałach. - Masa osiem koma
jeden. Identyczna we wszystkich przypadkach.
Major Burescu przełączył skalę holomapy, przywołując zbliżenie tego
sektora systemu. Dzięki równoległym transmisjom aż z czterech kwantowych
stacji przekaźnikowych mógł obserwować sytuację w czasie rzeczywistym, i to zarówno przy samym punkcie skoku, jak i w pewnym oddaleniu od niego,
tam gdzie znajdowały się długie kolumny jednostek przestrzennych
zmierzających w kierunku trzech studni grawitacyjnych, które łączyły
Harare z pasami F i G. Szybki rzut oka wystarczył, aby major zauważył,
że nadlatujące t'iru zaraz po wyjściu z nadprzestrzeni znajdą się
niebezpiecznie blisko jednego z tych szlaków.
Skoro jest ich w tej eskadrze aż pięć, pomyślał Burescu, niewykluczone,
że podzielą siły, by dopaść tylu uciekinierów, ilu zdołają. Ja z pewnością tak bym postąpił.
Ma'lahn wyciągnęli słuszne wnioski z porażki na Sankt Petersburgu. Po
utracie liniowca w starciu z połączonymi siłami drugiej i trzeciej floty
zwiększyli liczebność swoich zespołów uderzeniowych niemal dwukrotnie.
Takie przegrupowanie spowolniło tempo podboju Rubieży, lecz dla ma'lahn
najważniejsze było bezpieczeństwo. Major Burescu nie dziwił się Obcym -
przy długowieczności liczonej w dziesiątkach, a nawet setkach mileniów
czas musiał mieć dla nich drugo-, jeśli nie trzeciorzędne znaczenie.
Czymże bowiem jest ziemski rok dla stworzeń, które na własne oczy
oglądały narodziny Homo sapiens?
Co najwyżej mgnieniem oka, odpowiedział sobie w duchu Burescu,
obserwując rejestrowane przez przekaźniki równoczesne zmiany kursów
dziesiątków frachtowców i innych małych jednostek na wspomnianym szlaku.
Harare w odróżnieniu od setek fałszywych kolonii był jednym z najgęściej
zaludnionych systemów pasa H. I chociaż planowa ewakuacja trzech
zamieszkanych planet i kilkunastu księżyców rozpoczęła się na długo
przed zamilknięciem stacji tranzytowej - co było zwyczajowym ostatnim
ostrzeżeniem przed nadchodzącym atakiem - jak widać, to nie wystarczyło.
Półtora miliarda ludzi stanowi populację tak ogromną, że nawet wysoko
zaawansowana technologicznie cywilizacja dysponująca wieloma tysiącami
jednostek z napędem nadprzestrzennym potrzebowała całych tygodni, by
poradzić sobie z ewakuacją na taką skalę. Do dnia inwazji w systemie
pozostało nie więcej niż cztery miliony kolonistów, z czego zdecydowana
większość znajdowała się już na pokładach jachtów, barek i transportowców pędzących nieprzerwanymi strumieniami w kierunku
wszystkich bezpiecznych studni grawitacyjnych, których przepustowość - z nieznanych wciąż nauce powodów - była niestety ograniczona do czterech
obiektów na sekundę. To oznaczało, że gros uciekinierów czekających na
możliwość wykonania skoku na Fomalhaut 7 musi ewakuować się w inny, o wiele wolniejszy sposób.
Ikonki symbolizujące jednostki cywilne zaczęły gasnąć na oczach majora -
najpierw pojedynczo, później masowo. Wielu kapitanów uznało, że
bezpieczniej będzie zniknąć z przestrzeni euklidesowej, niż ryzykować
starcie z nadlatującym bezwzględnym wrogiem.
- Minuta do wyjścia - zameldował ten sam mechaniczny głos.
Major wyprostował się w fotelu. W kwestii powstrzymania wroga niewiele
mógł zrobić mimo najszczerszych chęci. Podległa mu eskadra składała się
bowiem z trzech korwet rozpoznania drugiej generacji. Nie był więc w stanie zagrozić ani jednemu t'iru, a co dopiero mówić o zespole
uderzeniowym składającym się z pięciu liniowców. Nie był nawet w stanie
wspomóc akcji ewakuacyjnej, ponieważ konstruktorzy jednostek klasy
Venom nie przewidzieli miejsca dla większej liczby pasażerów. Poza tym
otrzymał inne rozkazy.
Podobnie jak setki dowódców został wysłany w strefę działań wroga nie po
to, by walczyć ani przyjmować na pokład ewakuantów. Przeciwnie, polecono
mu trzymać się z dala od wiru wydarzeń bez względu na to, jak
dramatyczny obrót by przybrały. Jego zadaniem było zarejestrować moment
wyłączenia ekranów energetycznych t'iru. Dane pozyskane za pomocą
niedawno zamontowanych czujników najnowszej generacji zostaną
przepuszczone przez specjalne moduły analizujące, a jeśli wynik okaże
się pozytywny, major Burescu wprowadzi do systemu kod, który ujawni mu
dalsze - na razie ściśle tajne - rozkazy.
Tylko tyle wiedział, gdyż admiralicja nie raczyła go poinformować, czemu
ma służyć ta dziwna misja, a plotek krążących po bazie i domysłów
kolegów nie brał na serio.
W ciągu ostatniego półrocza wykonał już ponad dwadzieścia takich lotów,
za każdym razem wracając z niczym, nie spodziewał się więc, że rutynowy
wypad na Harare okaże się wyjątkiem od tej reguły. Nie obawiał się także
spotkania z ma'lahn. Rozkazy precyzowały jasno, że korwety nie mogą
znaleźć się bliżej niż piętnaście minut świetlnych od jednostek wroga,
co dawało im praktyczną nietykalność. Jedyne, z czym załoganci Miecza
musieli sobie radzić, to nieustanna nuda i poczucie narastającej
frustracji, zwłaszcza gdy trafiali do systemów gęsto zaludnionych,
takich jak Harare, gdzie ginęli prawdziwi ludzie, nie awatary stworzone
przez speców od manipulacji.
Aczkolwiek major Burescu uważał, że nawet pobyt w systemach, które
admiralicja poleciła zamienić w wabiki, bywa frustrujący. Wzdrygnął się
na wspomnienie komunikatów odbieranych niekiedy z fałszywych kolonii. Te
rozpaczliwe wezwania pomocy, błagania tak przejmujące, że człowiekowi aż
jeży się włos na karku...
Programując te przekazy, fachowcy od wojny psychologicznej odwalili
kawał dobrej roboty, uznał Burescu. Gdyby nie poinformowano nas na
odprawie, że to tylko mistyfikacja, miałbym spore problemy z powstrzymaniem ludzi przed rozpoczęciem nieregulaminowej akcji
ratunkowej.
Dzięki istnieniu tych fałszywek Obcy tracili mnóstwo czasu na
bombardowanie prowizorycznych zabudowań, w których nigdy nie postała
stopa człowieka. Iluzja była jednak tak doskonała, że kiedy Burescu
postanowił z nudów przeskanować instalację na pobliskim księżycu, wykrył
w jej wnętrzu liczne biosygnatury nieodbiegające niczym od normalnych.
Ten, kto je stworzył, musiał być mistrzem w swoim fachu. Nawet komputery
systemów bojowych nieodmiennie identyfikowały każdy z tych sygnałów jako
odzwierciedlający kontakt z żywymi ludźmi.
- Wyjście pierwszego obiektu. - Zagłębiony w myślach major usłyszał
krótki meldunek.
Skupił wzrok na przekazie stacji znajdującej się najbliżej punktu skoku.
Zapętlony, kilkusekundowy obraz - t'iru zniszczył nadajnik kwantowy, gdy
tylko ten znalazł się w zasięgu jego broni - pokazywał pięć lecących w równym szyku liniowym obco wyglądających okrętów. Ich kształty rozmywały
się lekko na krawędziach, co było dowodem na to, że ma'lahn nie
zapomnieli otrzymanej pół roku temu lekcji i spodziewając się ataku,
ustawili ekrany energetyczne na maksimum mocy.
Drugi nadajnik kwantowy był umieszczony minutę świetlną dalej. I właśnie
dane uzyskane za jego pomocą - o ile nie dojdzie do nieprzewidzianych
komplikacji - posłużą systemom Miecza oraz pozostałych korwet do
poszukiwań owego tajemniczego sygnału. Tym razem transmisja trwała całe
sześćdziesiąt sekund. Mniej więcej w połowie przekazu obraz obcych
jednostek uległ gwałtownemu wyostrzeniu. Ma'lahn, nie wykrywszy żadnych
zagrożeń, wyłączyli osłony.
Gdy nadajnik stacji monitorującej umilkł, Burescu wydał rozkaz. Nie
musiał nic mówić, wpisał odpowiednią komendę już dawno temu, wystarczyło
więc nacisnąć klawisz komunikatora, by jej treść dotarła do dowódców
pozostałych jednostek.
Eskadra rozpadła się kilka sekund później. Trzy fregaty włączyły główne
napędy i obrały kursy różniące się o sto dwadzieścia stopni kątowych, by
Obcy, nawet gdyby podjęli próbę przejęcia eskadry, nie mieli
najmniejszych szans na dopadnięcie wszystkich okrętów. To także był
element misji zaplanowany przez admiralicję - przy liczonych w minutach
świetlnych odległościach dzielących korwety od wroga nie mogło dojść do
kontaktu bojowego, nawet gdyby t'iru rozwinęły maksymalną prędkość.
Różnica w wysokości .1 świetlnej dawała im nad jednostkami ludzi sporą
przewagę taktyczną, ale nawet przy jej pełnym wykorzystaniu Obcy
potrzebowaliby wielu godzin na doścignięcie potencjalnych celów, a te
mogły w razie zagrożenia opuścić przestrzeń euklidesową w ciągu minut,
jeśli nie sekund.
Majorowi nakazano trzymać się pozycji oddalonych o pół godziny świetlnej
od obserwowanego punktu skoku, aby w momencie odebrania pakietu danych
każdy z trzech podległych mu okrętów zszedł z kursu nadlatujących
liniowców Obcych i okrężną drogą ruszył w pobliże strefy skoku,
pozorując ucieczkę. W razie niewykrycia sygnału wszystkie korwety
ewakuują się do sąsiedniego pasa śladem jednostek cywilnych, co nie
powinno wzbudzić najmniejszych podejrzeń wroga. Burescu nie wiedział,
jakie otrzyma rozkazy, jeśli analizy wykażą obecność poszukiwanej
anomalii. I niespecjalnie chciał się tego dowiedzieć.
Nie w tym systemie. Nie tego dnia.
Świadomość, że za każdym głosem wołającym o pomoc kryje się nie
stworzony przez programistów awatar, lecz żywy człowiek, była na tyle
przygnębiająca, że Burescu niemal natychmiast po przylocie na Harare
nakazał zablokowanie łącz odbierających transmisje na częstotliwościach
cywilnych, sobie tylko pozostawiając dostęp do kilku najważniejszych
kanałów alarmowych. Zdawał sobie bowiem sprawę, że gdy na tutejsze
planety dotrze wieść, iż Obcy wkroczyli do systemu, w eter popłyną setki
tysięcy rozpaczliwych wezwań i komunikatów.
Według najbardziej optymistycznych szacunków (nie admiralicji, ale
lokalnych władz) na trzech zamieszkanych planetach, kilkunastu
księżycach i w reszcie instalacji krążących w systemie tej podwójnej
gwiazdy utknie jakieś półtora miliona kolonistów. W stosunku do całości
populacji - zaledwie promil, lecz w ludzkiej skali, która w takich
chwilach ma o wiele większe znaczenie, będzie to liczba niewyobrażalna.
Sama myśl o rozmiarach tragedii przyprawiała majora o depresję. Dlatego
wolał, by jego podwładni w decydujących godzinach akcji nie zawracali
sobie głowy nieszczęśnikami, których nie zdołano w porę ewakuować, mimo
że Rada i admiralicja robiły co w ich mocy, aby zredukować straty do
absolutnego minimum.
Na początku tej inwazji różnie bywało, lecz w miarę upływu czasu, gdy na
Rubieże Wewnętrzne dotarły nie tylko okręty wojenne oddelegowane z kilku
flot, ale też lecące za nimi zarekwirowane w reszcie metasystemów
frachtowce i rdzeniowce, sytuacja uległa radykalnej poprawie. Już w połowie stycznia znacznemu zmniejszeniu uległ odsetek spisanych na
straty kolonistów zamieszkujących systemy w pasach przygranicznych i co
ważniejsze, tendencja ta wyraźnie się utrzymywała. Zdarzało się, że w wyniku akcji dezinformacyjnej i dzięki poświęceniu dowódców i marynarzy
flota zyskiwała czas na wywiezienie całych, nieraz bardzo licznych
populacji. W ciągu pół roku ze strefy zagrożonej ewakuowano parę
miliardów ludzi przy stratach wynoszących tylko jedenaście milionów.
Burescu prychnął pod nosem. Na planecie, z której się wywodził,
mieszkało sześć razy mniej kolonistów. Mimo to był pełen podziwu dla
Farlanda i jego sztabu: ćwierć promila to naprawdę niewiele w stosunku
do początkowo zakładanych przez admiralicję pięćdziesięcioprocentowych
strat. Burescu często się zastanawiał, jak sam by postąpił, gdyby
zrządzeniem losu znalazł się na miejscu pułkownika Święckiego,
największego bohatera Federacji (przynajmniej zdaniem majora). Nie
wierzył, że podołałby tak niewdzięcznemu zadaniu, i dziękował w duchu,
że nie musiał dokonywać podobnych wyborów.
- Skanowanie w toku - zameldował komputer, gdy Burescu wcisnął kolejny
wirtualny klawisz, z przyzwyczajenia sprawdzając postępy poszukiwań. -
Przeprowadzono analizę sześćdziesięciu czterech procent danych. Wynik
nega... - Mechaniczny głos zamilkł niespodziewanie. Niecałą sekundę
później, równie bezbarwnym tonem jak poprzednio, rozległ się nowy
komunikat: - Namierzono poszukiwany sygnał.
- W dżeta czarnej dziury... - wymamrotał zaskoczony major, gestem
uciszając wiwaty podwładnych.
Na mostku zapadła kompletna cisza. Otaczający go oficerowie i załoganci
spoglądali na niego z wyczekiwaniem. Wielu zapewne zdążyło już pojąć, że
właśnie stali się częścią historii. O tej chwili będą się rozpisywać w podręcznikach. Daty "czwarty marca dwa tysiące trzysta pięćdziesiątego
piątego roku", nazwy jednostki Miecz, a kto wie, czy też nie ich
dwumianów i nazwisk, trzeba się będzie uczyć na pamięć do egzaminów na
wszystkich akademiach.
Burescu, któremu po głowie krążyły podobne myśli, przyłożył opuszkę
kciuka do pojemnika zawierającego kartę kodową ze ściśle tajnymi
rozkazami. Pokazał wszystkim wąski pasek przezroczystego tworzywa
oznaczony logo admiralicji, zanim wsunął go w szczelinę czytnika na
głównym terminalu. Zastanawiał się przez moment, czyby nie odciąć
stanowiska dowodzenia kokonem pola ochronnego, ale uznał, że nie ma to
większego sensu. Towarzyszący mu ludzie już za chwilę będą musieli
wykonać nowe rozkazy, których treść miał właśnie poznać.
Szybka, nerwowa lektura kilku linijek tekstu przyniosła mu ulgę.
Spodziewał się niezwykle ryzykownej misji, tymczasem jego zadanie będzie
polegać na podjęciu obiektu, który został wykryty przez systemy.
Oczywiście bez wzbudzania podejrzeń Obcych. Miecz zbliży się do źródła
sygnału, rozpocznie hamowanie, jakby chciał zaczekać na pozostałe
jednostki eskadry, a gdy te znajdą się z powrotem w szyku, przyśpieszy
ponownie. Z obiektem - czymkolwiek ów był - przytwierdzonym do jego
poszycia.
Plan nie wymagał kontaktu z t'iru, czego major obawiał się najbardziej.
Po masakrze na Rwandzie stało się jasne, że admiralicja jest gotowa
poświęcić całe zgrupowanie, byle osiągnąć zakładany cel, nawet jeśli
miałby on być czysto propagandowy. Jak inaczej bowiem rozumieć
straceńczą misję obsadzonych kryminalistami starych pancerników i eskortujących je krążowników i niszczycieli? Rada osiągnęła wymarzony
sukces kosztem ogromnych strat w ludziach i sprzęcie, ale mogła zatkać
gęby krytyków. Czy więc ktoś z jej członków przejąłby się losem
kolejnych dziewięćdziesięciu sześciu osób, i to w systemie, który lada
chwila stanie się grobem ponad miliona kolonistów? Burescu nie miał
złudzeń, odetchnął zatem z tym większą ulgą, kiedy już zapoznał się do
końca z treścią ściśle tajnych rozkazów.
- Wprowadzić żądaną korektę kursu i prędkości - polecił, udostępniając
pionowi nawigacyjnemu pierwszy pakiet danych.
Drugi skierował do pozostałych jednostek eskadry, znajdujących się
obecnie w odległości dwu sekund świetlnych. Wszystko zależało od
skoordynowania ich ruchów tak, by wróg uznał postój Miecza w strefie
skoku za coś naturalnego i nie domyślił się, że korweta przejmuje
tajemniczą przesyłkę.
Major rozumiał, że ma do czynienia z niezwykle zaawansowanym sprzętem
szpiegowskim, którego nawet ma'lahn nie zdołali wykryć. Sądząc po
sygnaturze, na pewno nie było to urządzenie bazujące na elektronice.
Nigdy wcześniej nie widział podobnej anomalii.
Czyżby naukowcy zdołali przechwycić i udoskonalić jakąś technologię
Obcych? zastanowił się, zmieniwszy skalę obrazu na głównym ekranie, by
zyskać szerszy ogląd sytuacji. Nie zdziwiłby się, gdyby tak właśnie
było. Od zarania dziejów postęp technologiczny przyśpieszał podczas
wojen.
T'iru nie rozerwały jeszcze szyku, ale to powinno ulec zmianie w ciągu
najbliższego kwadransa, o ile analitycy floty prawidłowo przewidzieli
rozwój wypadków. Liniowce dotrą wkrótce do punktu, w którym muszą się
rozdzielić, by zaatakować równocześnie wszystkie główne cele, czyli trzy
zamieszkane planety. Stacje orbitalne i instalacje przemysłowe na
gazowych olbrzymach i w pasie asteroid zostaną zniszczone dopiero wtedy,
gdy ostatnia kolonia zamieni się w pył. Tak przynajmniej wyglądały
poprzednie ataki ma'lahn na zaludnione systemy. Informacje uzyskane na
wcześniejszych etapach inwazji posłużyły analitykom floty do stworzenia
planu ewakuacji Harare, w którym pierwszeństwo w dostępie do środków
transportu przydzielono mieszkańcom najbardziej zagrożonych obiektów.
Beta, na której mieściła się największa kolonia tego systemu, dzięki
takiemu podejściu zamieniła się w martwą skałę już kilka godzin temu.
Jedynymi formami życia na jej powierzchni były rośliny z porzuconych
upraw hydroponicznych. Z Delty odlatywały właśnie ostatnie frachtowce
wypełnione przerażonymi ludźmi. Całą resztę dostępnych jednostek
przekierowywano na Lambdę, najodleglejszą zamieszkaną planetę tego
systemu, do której jeden lub dwa t'iru - jeśli Obcy zgodnie z przewidywaniami złamią szyk - dotrą trzy godziny później niż do
opuszczonych kolonii.
Te sto osiemdziesiąt minut pozwoli na podebranie z pokrytego wieczną
zmarzliną globu dodatkowych kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu
tysięcy mieszkańców, na pewno jednak nie wszystkich oczekujących na
ewakuację. Właśnie dlatego Burescu trzymał kciuki za to, by Obcy po raz
pierwszy zmienili przyzwyczajenia i skoncentrowali wszystkie siły na
niszczeniu infrastruktury Bety. Niestety zdawał sobie sprawę, jak płonne
są jego nadzieje. Ma'lahn działali metodycznie niczym maszyny:
systematycznie unicestwiali ślady bytności człowieka, nie przejmując się
specjalnie nim samym, zupełnie jakby demolowanie zabudowań kolonii było
ważniejsze od zabijania jej mieszkańców. Major nie słyszał o przypadku,
w którym t'iru podjęłyby pościg za jednostkami ewakuującymi kolonistów.
Liniowce ignorowały też całkowicie obecność niewielkich formacji okrętów
wojennych floty, o ile te trzymały się w bezpiecznej odległości.
Sztabowcy oraz naukowcy widzieli tylko jedno sensowne wytłumaczenie
takiego zachowania wroga. Człowiek nie jest w stanie przetrwać w przestrzeni; odbierając mu całą infrastrukturę, skazuje się go na
zagładę.
Może i powolną z naszego punktu widzenia, przyznał w duchu Burescu, lecz
czymże są miesiące, niechby nawet lata z perspektywy istot żyjących tak
długo jak Obcy?
Ma'lahn realizują swój plan, nie śpiesząc się i nie ryzykując
niepotrzebnie, kontynuował rozmyślania major, ale ta ostrożność i metodyczność w ostatecznym rozrachunku może przyczynić się do ich
klęski. Albowiem dając nam czas, zamiast rozprawić się z nami raz a dobrze, umożliwiają ludzkości tworzenie nowych generacji broni, a także
okrętów zdolnych stawić im czoło. Chaotyczna ucieczka przed Obcymi
wkrótce dobiegnie końca, a ta misja, ten dzień, zapisze się złotymi
zgłoskami w annałach jako najważniejszy punkt zwrotny tej wojny...
Burescu wyrwał się z zamyślenia, gdy jakiś ruch na ekranie zwrócił jego
uwagę. T'iru - zgodnie z przewidywaniami analityków - rozdzieliły się na
trzy zespoły. Dwa liniowce ruszyły w kierunku Bety, dwa kolejne obrały
kurs na Deltę, a ostatni mknął nadal starym wektorem, by jak najszybciej
uderzyć na wciąż ewakuowaną Lambdę.
Wróg nie podjął próby przejęcia uciekających jednostek i kompletnie
zignorował omijające go szerokim łukiem korwety.
* * *
W ciągu następnych trzydziestu minut niewiele się zmieniło. Pierwszy
zespół uderzeniowy ma'lahn rozpoczął bombardowanie pobliskiej Bety,
drugi utrzymał kurs na Deltę, a piąty t'iru gnał ku Lambdzie, wyciągając
ponad .3 świetlnej, jakby jego załoga pozazdrościła siejącym już
zniszczenie towarzyszom.
Major spoglądał na główny ekran mostka, analizując sytuację. Mimo braku
zainteresowania ze strony wroga większość jednostek zmierzających w kierunku studni grawitacyjnych wybrała ucieczkę w podprzestrzeń,
natomiast te nieliczne, które jeszcze się na to nie zdecydowały,
schodziły na pełnym ciągu z wektorów podejścia, by jak najbardziej się
oddalić od lecących w głąb systemu liniowców. Ostatnie frachtowce
wychodzące z gęstej azotowej atmosfery Delty nie próbowały nawet obierać
kursu na strefę skoku, nie byłyby bowiem w stanie dotrzeć do niej, nie
narażając się na przejęcie przez wrogie okręty. Nie mając alternatywy,
musiały wybrać bezpieczniejszą - ale i wolniejszą - drogę do sąsiednich
systemów.
To będzie bolesny cios dla chłopców planujących przyszłe akcje
ewakuacyjne, uznał Burescu, sprawdzając podsumowania. Kilkudniowe
opóźnienia w powrocie do bazy pomnożone przez liczbę wypadających z harmonogramu jednostek przyprawią o ból głowy niejednego oficera w pionie logistyki. Mimo to major nie winił kapitanów tych statków, gdyż
na ich miejscu postąpiłby identycznie. Opóźnienie to tylko chwilowa
strata sprzętu, pocieszał się. Zniszczenie statku wyłączyłoby go na
zawsze z dalszych akcji ratunko...
Burescu otrzeźwiał w momencie. Jedna z ikon znajdujących się mniej
więcej w połowie wektora łączącego Deltę ze strefą skoku zapłonęła
krwistą czerwienią. Przeważająca większość znaczników pokrywających
wielki ekran świeciła uspokajającą zielenią, poprzetykaną tu i ówdzie
migoczącymi plamkami żółci w rozmaitych odcieniach. Czerwonych plamek
major naliczył dwanaście, ale tylko jedna z nich pulsowała jak szalona.
Na Harare skierowano tego dnia ponad tysiąc trzysta jednostek
przestrzennych - w tak ogromnej masie sprzętu musiało dojść do szeregu
mniej lub bardziej poważnych awarii, aczkolwiek do tej pory zgłoszono
ich zadziwiająco mało, jeśli wziąć pod uwagę wiek oraz stopień
wysłużenia statków biorących udział w akcji ratunkowej. Z tuzina
całkowicie niesprawnych zaledwie jeden wzywał pomocy. Reszta bądź już
miała zapewnione wsparcie techniczne, bądź liczyła na rychłe poradzenie
sobie z problemem.
Burescu powiększył obraz sektora, z którego nadchodziły wezwania. Gdy
pulsujący czerwienią znacznik znalazł się w centrum ekranu, komputer
wyświetlił dane dotyczące obserwowanej jednostki.
- A niech mnie... - mruknął major, skupiając całą uwagę na nowych
odczytach.
Ianthony McDonald, wycieczkowiec transsystemowy klasy Mgławica,
jeden z najstarszych, jakie wciąż krążyły po metasektorze, ale wciąż
sprawny i często wykorzystywany. Awaria wysłużonego reaktora. Bardzo
poważna, jeśli wierzyć napływającym na bieżąco raportom.
Burescu wrócił wzrokiem w prawy dolny róg ekranu, gdzie system
wyświetlał informacje techniczne jednostki. Odszukał liczbę, która
interesowała go najbardziej, po czym zmełł w ustach przekleństwo. Nagle
przestał się dziwić panikarskiemu tonowi komunikatów wysyłanych w przestrzeń przez kapitana Cusslera.
Dziewiętnaście tysięcy stu osiemdziesięciu pięciu ewakuantów i ośmiuset
dwunastu członków załogi. Razem prawie dwadzieścia tysięcy ludzi. Niemal
dwa razy więcej, niż powinno się znajdować na pokładzie tego luksusowego
giganta. Nie to jednak wzbudziło niepokój majora, który wiedział, że
wycieczkowce buduje się tak, by oferowały pasażerom poczucie swobody,
dzięki czemu nie brakuje na nich wolnej przestrzeni.
Burescu poddał sytuację wnikliwej analizie, trzykrotnie przeliczył
wszystkie wektory i czasy i uległ wyraźnemu zdenerwowaniu. Opadł ciężko
na oparcie fotela i raz jeszcze wszystko dokładnie przemyślał, zanim
palcem wskazującym musnął wirtualny klawisz komunikatora.
- Konradamie - powitał zaskoczonego Fahrida, współdowódcę Miecza,
ledwie jego stanowisko spowił kokon pola ochronnego.
- Andremy - odparł komandor, mierząc rozmówcę uważnym spojrzeniem.
Spostrzegłszy jego minę, natychmiast odciął się od reszty mostka
nawigacyjnego złotawym ekranem. - Jakiś problem?
- Spójrz na to! - Plik z danymi wycieczkowca trafił na konsolę
współdowódcy Miecza.
- Nie myślisz chyba... - Prócz zaskoczenia w oczach Fahrida widniała także
złość.
- Popatrz na wyliczenia - poprosił major.
- Wszystko pięknie, ale mówimy tutaj o niesubordynacji. To byłoby
złamanie rozkazu! Poza tym... - Komandor zamilkł, jakby ugryzł się w język.
- Poza tym co?
- Nic. Nieważne. - Fahrid zabrał się do przeglądania plików. Co chwilę
wpisywał coś nerwowo, a gdy wyniki okazywały się nie po jego myśli,
marszczył nos w typowym dla niego grymasie frustracji.
- Sam przeliczyłem to trzy razy - odezwał się w końcu major. - Jesteśmy
ich jedyną szansą.
- Ale co my możemy? - obruszył się komandor. - Nie przejmiemy załogi i ewakuantów. Nie naprawimy awarii reaktora. A bez niego...
- Nie zamierzam próbować ani jednego, ani drugiego - zapewnił Burescu. -
Nie mamy na to czasu.
- Jaki masz zatem plan?
- Będziemy robili za holownik.
- Oszalałeś?! Jeśli przerwiemy misję, admiralicja obedrze nas ze skóry.
Gdybyśmy nie odebrali tego pieprzonego sygnału, może... ale tylko może...
zdołałbyś się jakoś wyłgać, lecz w tych okolicznościach... - Znienacka w oczach Fahrida pojawił się błysk. - Poszukajmy, kto w tamtym sektorze
może przycumować do tego giganta i...
- System sprawdził wszystkie jednostki cywilne znajdujące się w pobliżu.
To sama drobnica niedysponująca sprzętem pozwalającym na przeprowadzenie
takiej akcji.
- Poczekaj. - Komandor znów zaczął coś wpisywać.
- Nie męcz się, sprawdź załącznik numer osiem.
Fahrid spojrzał na majora spode łba, ale postąpił zgodnie z jego radą.
- Musi istnieć inne rozwiązanie - rzucił w końcu, przenosząc wzrok z wyświetlacza na hologram współdowódcy.
- Bardzo bym chciał, aby tak było - oświadczył z powagą Burescu.
Fahrid spojrzał mu prosto w oczy.
- Nie zgadzam się. Nie chcę trafić pod sąd w chwili, gdy... - Znów urwał w pół zdania, jakby bał się podzielić na głos myślą.
- Wyduśże to z siebie. - Burescu postanowił go przycisnąć. Doskonale
wiedział, co komandorowi chodzi po głowie. - Nie chcesz stracić okazji,
by zapisać się na kartach historii.
- O czym ty mówisz?
- O tym, czego nie zdołałeś aż dwukrotnie zwerbalizować.
- Bzdura.
- Znam cię nie od dzisiaj. Ja też już się cieszyłem, że ktoś kiedyś
dowie się o nas i tej misji. Z tym że ja nie chcę zostać bohaterem za
cenę życia setek tysięcy ludzi.
- Jakich znowu setek? Na pokładzie tego wycieczkowca jest tylko...
- Sprawdziłeś logi? Ianthony McDonald zalicza się do trzydziestu
największych jednostek, które zarekwirowano na potrzeby ewakuacji. W ciągu ostatnich trzech miesięcy przerzucił prawie pół miliona osób!
Jeśli go ocalimy, po niezbędnych naprawach wróci do ratowania
kolonistów.
- Albo i nie wróci. Te raporty czarno mu wróżą. Awaria...
- Nie zmieniaj tematu. Mamy spore szanse na przycumowanie i rozpoczęcie
holowania, zanim dopadnie ich ostatni t'iru. Tylko musimy działać
natychmiast.
- Gdyby Obcy mieli na niego chrapkę, już byśmy o tym wiedzieli.
Burescu nie odpowiedział, przesłał za to kolejne dane. Fahrid zbladł.
Liniowiec przed kilkunastoma sekundami wystrzelił salwę pocisków
kinetycznych. Wektory ich kursów przebiegały dokładnie przez miejsce, w którym znajdował się unieruchomiony wycieczkowiec.
- Dasz radę żyć ze świadomością, że pozostawiłeś na pewną śmierć te
dwadzieścia tysięcy ludzi, nie mówiąc już o odebraniu nadziei na ratunek
setkom tysięcy innych kolonistów?
- Wydano nam jasne rozkazy...
- ...które mówią, że mamy podjąć jakieś cudactwo wykryte przez nasze
czujniki. My, czyli któryś z okrętów naszej eskadry.
- Nieprawda. Wyraźnie napisano, że to zadanie Miecza.
- Serio? Ja tam widzę zapis, że w razie awarii albo innych
niespodziewanych okoliczności, w tym zagrożenia, wykonanie misji
przypada kolejnej jednostce eskadry.
- Ale nam nic nie grozi! - Fahrid podniósł głos. - Mamy w pełni sprawne...
- Szabli i Rapierowi także nic nie grozi. Ale tylko my z naszej
eskadry jesteśmy wystarczająco blisko uszkodzonego wycieczkowca, by
zdążyć go odholować. Tylko my lecimy wystarczająco szybko - przypomniał
o nakazanej przez admiralicję zmianie kursu i prędkości.
- Trafimy pod sąd za narażenie tak ważnej misji!
- Nikt nie będzie nas sądził, ponieważ niczego nie narażamy! Sprawdź
załącznik jedenasty. Masz tam dokładne wyliczenia mówiące, że Szabla i Rapier mogą wykonać zadanie bez naszego udziału.
- Nie. - Komandor pokręcił zdecydowanie głową. - Nie zgadzam się.
Major uśmiechnął się krzywo.
- Rozkazy zostały już wydane.
- Co?!
- To, co słyszysz. Wysłałem już rozkazy na pozostałe korwety.
- Nie miałeś prawa! - wybuchnął Fahrid. - W tym momencie dowodzenie
Mieczem należy do pionu nawigacyjnego!
- Mylisz się, przyjacielu. Zgodnie z przepisami przejąłem dowodzenie w chwili, gdy piąty t'iru wykonał wrogi ruch wobec naszej jednostki.
- Wycieczkowiec nie należy do floty!
- Technicznie biorąc, został przez nią zarekwirowany, ma więc tymczasowy
status okrętu floty metasektora - zauważył Burescu.
- Zgłaszam oficjalny protest!
- Wasz protest, komandorze Fahrid, został oficjalnie odnotowany w dzienniku pokładowym. Niniejszym odrzucam go w całości. Zasadność mojej
decyzji zostanie rozpatrzona przez odpowiednią instancję natychmiast po
powrocie do bazy. A teraz proszę wykonać rozkaz 27H albo pozbawię pana
stanowiska na mocy przysługujących mi uprawnień.
- Andremy, u licha, co ty robisz?
- Zachowuję się jak człowiek.
- Ale...
- Bez obaw, Konradamie, tak czy inaczej trafimy do podręczników. W końcu
to my dowodzimy przełomową misją, nie ma zatem takiej możliwości, by
historycy pominęli nasz udział. A jeśli uda nam się ocalić ewakuantów i załogę wycieczkowca, na co mamy spore szanse, spłynie na nas dodatkowa
sława.
- Ty i to twoje uwielbienie dla Święckiego! - prychnął Fahrid.
- Cofasz swój protest czy nie? - rzucił major ostrzegawczym tonem.
- Nie. Nie stanę przed sądem polowym tylko dlatego, że chcesz dorównać
jakiemuś lansowanemu przez admiralicję przydupasowi Farlanda!
- Jak sobie życzysz.
- Popamię...!
Burescu przerwał połączenie i wrzaski komandora umilkły jak nożem
ucięte. Nie spodziewał się po swoim współdowódcy aż takiego uporu. Co
więcej, zgłoszenie przez Fahrida oficjalnego protestu będzie miało
poważne skutki, nawet jeśli ta operacja zakończy się sukcesem. Pion
prawny admiralicji pochyli się nad sprawą, a co za tym idzie, Burescu
tak czy inaczej stanie przed komisją albo i sądem.
Tym jednak będę się martwił dopiero wtedy, gdy wrócimy na Anzio,
zdecydował major po chwili namysłu. Znacznie ważniejsze jest teraz
opanowanie sytuacji. Konradam z pewnością nie podda się tak łatwo. Wśród
załogi może dojść do niepotrzebnych napięć i podziałów...
Major przypomniał sobie miny podwładnych po ogłoszeniu wykrycia sygnału.
Mogli przez niego poczuć się zawiedzeni. Okradał ich przecież z chwały i sławy, której nigdy więcej nie zaznają w takiej skali. On jako dowódca
misji miał zarezerwowane miejsce w historii, oni - jeśli Miecz nie
podejmie źródła sygnału - trafią na jej śmietnik.
Muszę się dobrze przygotować, zdecydował, muszę znaleźć argumenty, które
przemówią im do rozumu.
Po chwili zastanowienia aktywował alarm bojowy. Niech ludzie udadzą się
na stanowiska. Niech mostek bojowy zostanie odcięty od reszty okrętu.
Dzięki temu wszystkie ważne systemy korwety będą podporządkowane jemu i tylko jemu.
Co więcej, Konradam straci możliwość sabotowania zmian kursu. Jeśli
ponownie odmówi wykonania rozkazu, jego obowiązki przejmie rezerwowy
sternik znajdujący się w tym momencie na mostku bojowym. Tak to
działało. Dowodzić mogła tylko jedna osoba. Podczas lotów był nią szef
pionu nawigacyjnego, lecz w trakcie walki cała odpowiedzialność
przechodziła na dowódcę pionu bojowego. A chyba nie trzeba było nikogo
przekonywać, że ten system stał się właśnie polem walki.
Burescu sięgnął do przycisku dezaktywującego ekran izolujący, ale
zawahał się i zatrzymał rękę w pół ruchu. Zanim rozpocznie to
przedstawienie, powinien zadbać o jeszcze jeden szczegół. Włączył
komunikator, wyszukał i odblokował kanały alarmowe, na których pracowały
nadajniki Ianthony'ego McDonalda. Niech ludzie zobaczą i usłyszą,
dlaczego chce zmienić rozkazy. Wybranie odpowiednich fragmentów nie
zabrało mu wiele czasu. Niemal cała transmisja składała się z lamentów i błagań, nie tylko kapitana Cusslera, lecz także innych członków załogi,
a nawet paru bardziej wpływowych pasażerów, którzy mieli w swoich
kajutach dostęp do systemu łączności.
Zaczerpnął głębiej tchu, by uspokoić nerwy. Wiedział, że pierwsze
sekundy starcia z własną załogą będą krytyczne. Jeśli zdoła
podporządkować sobie ludzi - a jako oficer z wieloletnim stażem
wiedział, jak tego dokonać - bez problemu przeciągnie ich na swoją
stronę. Nie mógł tylko dać im czasu na myślenie.
Złocisty kokon rozwiał się w powietrzu. Burescu zerwał się z fotela,
otworzył usta, by wydać pierwszy rozkaz, i... zamarł.
Syreny nie wyły, czerwone lampy nie migały ostrzegawczo. Podoficerowie
pełniący służbę na mostku stali wokół stanowiska dowodzenia, spoglądając
na niego wyzywająco. Ale to nie ich zacięte miny odebrały mu mowę, lecz
widok pistoletów wymierzonych prosto w jego pierś.
- Co to ma znaczyć?! - Odzyskał rezon dopiero po kilku wlokących się
całą wieczność sekundach. - Czyście do reszty poszaleli?! Podnosicie
broń na dowódcę?
Nawet nie mrugnęli okiem. Za to on drgnął, gdy usłyszał dobiegający zza
pleców drżący z emocji głos bosmana Lefebre'a. Ci, na których patrzył,
nie śmieli wypowiedzieć tych słów.
- Majorze Burescu, aresztuję pana z rozkazu komandora Fahrida!
- Pod jakim zarzutem?
- Ciąży na panu zarzut złamania paragrafu trzysta dwudziestego
pierwszego regulaminu floty - wyrecytował nieco pewniejszym tonem
podoficer.
- Co takiego?! - Burescu odwrócił się do niego gwałtownie. - Zarzucacie
mi zdradę?
- Sprzeniewierzenie się rozkazom przełożonych podczas wojny jest aktem
zdrady.
Major znów musiał się odwrócić. Przeklinał w myślach swoją
zapobiegliwość, przez którą dał temu idiocie czas na zmontowanie puczu.
Fahrid stał w otwartej na całą szerokość grodzi i uśmiechał się
tryumfalnie.
- Zapłacisz mi za to, Konradamie! - wysyczał Burescu, czując narastającą
wściekłość. - A wy - przesunął palcem po mierzących wciąż do niego
podwładnych - odpowiecie za bunt razem z nim. To spisek! Zmowa! Ja
dowodzę tym okrętem od momentu, w którym jednostka Obcych ostrzelała
unieruchomionego Ianthony'ego McDonalda!
- W chwili wydania rozkazu zmiany kursu znajdowaliśmy się osiemnaście
minut świetlnych od miejsca odpalenia pocisków. To trzy minuty więcej,
niż stanowi wymagane regulaminem maksimum - oświadczył pewnym tonem
komandor.
Burescu zaklął w duchu. Że też ta kanalia musiała to zauważyć. To był
jedyny słaby punkt jego planu. Jedyny!
- Majorze! - ponaglił skośnooki bosman. Pas z bronią boczną trafił w jego ręce. - Do czasu powrotu na Anzio pozostanie pan w areszcie
domowym. Bez prawa opuszczenia własnej kajuty.
Fahrid rozgrywał sytuację po mistrzowsku, ale major miał jeszcze jednego
asa w rękawie. Zanim opuścił stanowisko dowodzenia, pochylił się wolno
nad konsolą terminala i nacisnął klawisz komunikatora. Na wszystkich
ekranach pojawiła się zapętlona transmisja z wycieczkowca. Paniczne
wrzaski w tle nie zdołały zagłuszyć słów wypowiadanych pośpiesznie przez
dowódcę unieruchomionego giganta. W głosie mężczyzny kryło się tak
wielkie przerażenie, że każdy z obecnych na mostku musiał poczuć
mrowienie na karku, gdy słuchał rzucanych w eter wezwań.
- Dwadzieścia tysięcy ewakuowanych czeka na ratunek, który tylko my
możemy przynieść! - Wyprostowany znowu szef pionu bojowego powiódł
ostrym spojrzeniem po twarzach podwładnych.
Nie mieli zbyt pewnych min, ale nie odpuścili, na co skrycie liczył
major. Nadal mierzyli w niego z broni służbowej, tyle że zerkali od
czasu do czasu na ekrany.
- Rozkazy admiralicji zabraniają nam angażowania się w akcję
ewakuacyjną! - Konradam podszedł gniewnym krokiem do stanowiska
łączności, by wpisać komendę blokującą przekaz.
Próżny twój trud, pomyślał z satysfakcją Burescu. Na tę akurat
ewentualność dobrze się zabezpieczył.
- Rozkazy admiralicji niczego nam nie zabraniają. Interpretujesz je na
swoją korzyść, ponieważ srasz w gacie ze strachu, że przerywając misję,
stracisz szanse na medal. Pozwolisz więc zginąć dwudziestu tysiącom
niewinnych ludzi, których możemy bez trudu ocalić, nie mówiąc o setkach
tysięcy kolonistów z innych systemów, których ten wycieczkowiec mógłby
uratować w kolejnych akcjach, tylko dlatego, by trafić do podręczników!
Fahrid posłał mu miażdżące spojrzenie.
- To twój punkt widzenia.
- Tylko na tyle cię stać? - Major nie odpuszczał, szedł za ciosem. - Nie
masz dla mnie nawet żadnej kontry? Wolisz wykręty, kanalio! Patrz. -
Wskazał na główny ekran i zapłakane kobiety tłoczące się przed kamerą
prywatnego nadajnika w pierwszej klasie. - Patrz! To są twarze ludzi,
których skazujesz na pewną śmierć! Których wy wszyscy skazujecie - znów
powiódł wzrokiem po podwładnych - biorąc udział w tym buncie!
- Wyprowadzić aresztowanego! - Konradam także podniósł głos. - I wyłączyć mi ten przekaz! - rzucił gniewnie w kierunku podoficera
odpowiedzialnego za stanowisko łączności.
- Daję wam ostatnią szansę! - Burescu próbował się wyrwać z silnego
chwytu kilku par rąk. - Jeśli opuścicie broń, odstąpicie od tego spisku
i aresztujecie tę kanalię, zapomnę o wszystkim!
Nie słuchali go jednak. Rozbrojony i upokorzony został zaciągnięty na
tyły mostka i wepchnięty do klaustrofobicznie ciasnej kajuty.
* * *
Burescu nie drgnął nawet, gdy jego terminal wydał serię cichych piknięć
świadczących o tym, że ktoś próbuje się z nim skontaktować. Mimo to
wyświetlacz zapłonął bladym błękitem. Konradam ominął zabezpieczenia
blokady, korzystając z uprawnień dowódcy Miecza.
- Chcę, żebyś coś zobaczył - rzucił zdawkowo komandor.
- Aresztant nie wyraża zainteresowania, kanalio - odburknął major, który
wciąż nie umiał przeboleć porażki, a zwłaszcza stylu, w jakim został
pokonany.
- Patrz, nie gadaj!
Czujniki wyświetlacza ustaliły położenie głowy Burescu i kierunek, w którym była zwrócona, by wyświetlić hologram na wprost jego oczu. Major
przymknął powieki w rozpaczliwej próbie buntu, lecz uchylił je moment
później, gdy rozpoznał charakterystyczny zaśpiew w dziwnie radosnym
tonie kapitana Cusslera.
Transmitowany przekaz składał się z kilku strumieni danych. Na jednym
Burescu miał ogląd sytuacyjny z mapą wycinka sektora upstrzoną ikonkami
przelatujących przezeń jednostek i dziesiątkami krzyżujących się
wektorów. W drugim oknie widział twarz dowódcy wycieczkowca, trzecie zaś
pokazywało ukryte w półmroku pomieszczenie, zapewne mostek jakiegoś
innego statku.
Kilka sekund wystarczyło, by major zrozumiał powody, dla których
Kontradam udostępnia mu te obrazy. Chciał go zwyczajnie dobić,
pokazując, że cywile są zmyślniejsi, niż mogłoby się wydawać, i że sami
znaleźli sposób na ocalenie unieruchomionego giganta. Burescu objął
wzrokiem pozostałe strumienie danych i poczuł, jak krew zaczyna mu
krążyć szybciej w żyłach.
- Twoja żałosna próba dorównania Święckiemu była absolutnie zbędna -
zadrwił z niego Fahrid.
- To przekaz w czasie rzeczywistym?
- Tak. Po twoim aresztowaniu wysłałem do tego sektora ostatni przekaźnik
kwantowy.
- Chciałeś mnie upokorzyć jeszcze bardziej? - warknął Burescu, nie
odrywając oczu od wirtualnych ekranów, które rozdzielił kilkoma ruchami
prawej ręki, aby mieć lepszy widok.
Wydarzenia nabierały tempa z sekundy na sekundę. Na wezwania giganta
odpowiedziało kilka znajdujących się w sąsiednich sektorach jednostek
cywilnych. Wśród nich był transportowiec wypełniony ciężkim sprzętem
górniczym. Z manifestu pokładowego wynikało, że frachtowiec ten przewozi
dostawę nowych maszyn dla kopalń orbitalnych Omikrona, bliższego z gazowych olbrzymów. Z tej właśnie latającej bazy przed momentem
wystartowały cztery jednostki. Trzy platformy grawitacyjne (masywne,
choć bardzo prymitywne urządzenia służące do podtrzymywania orbitalnych
rurociągów) oraz ciężki pchacz, który kursował pomiędzy nabijarkami a terminalami, przewożąc kontenery.
Rzut oka na wektory powiedział majorowi więcej niż śledzenie
prowadzonych rozmów. Ktokolwiek dowodził transportowcem, miał jaja... i równie wielką głowę. Plan był prosty. Platformy posłużą za ruchome cele.
Znalazłszy się pomiędzy wycieczkowcem a wystrzelonymi w jego kierunku
pociskami, ulegną zniszczeniu, podobnie jak uderzające w nie rdzenie
kinetyczne. Burescu zapomniał na moment o własnej mizerii. Z rosnącą
satysfakcją przyglądał się, jak kanciaste urządzenia rozkładają
wszystkie swoje podpory i wysięgniki, aby zwiększyć powierzchnię i tym
samym zmaksymalizować szanse na przechwycenie pocisków.
Kapitan frachtowca musiał służyć u nas, uznał Burescu. Nie oderwał
jednak wzroku od wirtualnych ekranów, by sprawdzić, z kim ma do
czynienia. Zbyt wiele działo się na jego oczach, żeby zawracał sobie
głowę tak mało istotnymi detalami.
Platformy, manewrując dyszami kierunkowymi, starały się kompensować
każdą zmianę kursu nadlatujących pocisków. Były wolniejsze od broni
Obcych, lecz ich operatorzy wiedzieli, że tym razem nie muszą oszczędzać
paliwa, dawali więc z siebie wszystko. W tym starciu liczyły się także
rozmiary, a te działały na korzyść potężnych urządzeń, których zadaniem
było podtrzymywanie w przestrzeni całych kilometrów grafenowych rur.
Pajęczyny ażurowych wysięgników miały setki metrów długości, dzięki
czemu po wprawieniu platform w ruch wirowy powstały bardziej niż
doskonałe tarcze. Uwadze majora nie umknął bowiem fakt przesterowania
reaktorów.
Dwa pierwsze rdzenie kinetyczne, mimo że ostro kluczyły, zostały
przejęte z chirurgiczną precyzją. W ich niewielkich zbiornikach
znajdowało się zbyt mało paliwa, aby mogły wygrać tę walkę. Trzeci,
najmasywniejszy, okazał się twardszym orzechem do zgryzienia. To on miał
zadać decydujący cios osłabionej dwiema wcześniejszymi eksplozjami
jednostce. I to on przebił się przez wirującą platformę niczym meteoryt
przez gęstą atmosferę. Wybuch reaktora nastąpił ułamki sekundy za późno
i choć zdołał strzaskać rozżarzony do białości pręt, to bynajmniej nie
sprawił, że wszystkie jego szczątki wyparowały. Tylko cztery z kilkudziesięciu lecących dalej odłamków trafiły w opływowy kadłub
wycieczkowca, ale każdy z nich spowodował niewyobrażalne straty.
Strumienie danych zapełniły nowo otwarte okna. Liczby, wykresy, równania
zmieniały się tak szybko, że trudno było nadążyć z ich rejestrowaniem.
Burescu jednak wiedział, gdzie patrzeć, by wychwycić najistotniejsze
informacje. Pięć przedziałów na trzech pokładach luksusowego
transsystemowca utraciło szczelność. Nikt, kto w nich przebywał, nie
mógł przeżyć, zatem ofiary będą liczone w setkach. Ale setki to nie
tysiące.
- No i po kłopocie - rzucił Fahrid, jakby nie docierało do niego, że tam
zginęli ludzie.
Major zignorował odzywkę komandora. Jako doświadczony oficer polowy
skupił całą uwagę na kolejnym etapie operacji. A to, co zobaczył, nie
spodobało mu się jeszcze bardziej.
- Każ im zawrócić! - wrzasnął, formatując nowe okno kalkulacyjne, by
zgromadzić w nim potrzebne dane.
- Niby dlaczego miałbym to zrobić?
- Bo tylko tak ocalisz McDonalda. Uwierz mi, nie mam czasu na dalsze
wyjaśnienia!
Zrzucony równolegle z platformami pchacz mijał właśnie klaster
sześciobocznych dysz wycieczkowca. Wektor jego kursu wskazywał
jednoznacznie, gdzie zamierza przybić, i to właśnie było powodem paniki
majora.
- A ty dalej swoje... - zaśmiał się Fahrid.
- Ta akcja nie ma szans powodzenia! - przerwał mu rozgorączkowany
Burescu, wprowadzając kolejne dane. Pośpiech rodzi błędy, był tego
świadom, lecz musiał działać na pełnych obrotach, jeśli chciał przekonać
tego zapatrzonego w siebie idiotę i ocalić kolejne setki, jeśli nie
tysiące osób. Szlag! Za szybkie ruchy rąk, niedokładna kalkulacja i znów
musiał powtarzać skomplikowane obliczenia. - Rób, co mówię! Jak skończę
symulację, dla nich będzie za późno!
- Na co? Twierdzisz, że znasz się na tym sprzęcie lepiej niż ludzie,
którzy obsługują go od lat? - zadrwił Konradam.
- Nie. Twierdzę, że znam się lepiej niż oni na akcjach ratunkowych.
Zanim trafiłem na tę krypę, odsłużyłem trzy tury w korpusie
inżynieryjnym. - Nie kłamał, lata spędzone na pokładzie gigantycznego
okrętu wsparcia otworzyły mu teraz oczy na aspekty, których nie
dostrzegali ani załoganci frachtowca, ani piloci pchacza. Nie
doczekawszy się reakcji Fahrida, major dodał pośpiesznie: - Zrób, co
mówię, inaczej oni wszyscy zginą!
Konradam wahał się jeszcze przez moment, ale w końcu wydał rozkaz.
Niestety przez jego opieszałość stracili kilka niezwykle cennych sekund.
Czas na reakcję właśnie się kończył.
- Wysłaliśmy żądanie na Ajschylosa, jak chciałeś. - Komandor po raz
pierwszy wymienił nazwę transportowca przewożącego sprzęt górniczy dla
kopalń Omikrona. - Ale jeśli to było tylko kolejne durne zagranie z twojej strony... - W głosie Fahrida zabrzmiały stalowe nutki.
- Sam zobacz! - Burescu zakończył wyliczenia i przesłał plik na mostek.
Nie mogąc nic więcej zrobić, siedział i patrzył na przekazywany nadal do
jego kajuty holograficzny obraz wycieczkowca i wiszącego nad nim, jakże
mikrego z tej perspektywy pchacza.
- Nie, nie, nie... - mamrotał pod nosem, obserwując na największym
zbliżeniu, jak jednostka techniczna wysuwa przegubowe chwytaki. -
Dlaczego nie przerwali tej akcji?
- Nie wiem. Ajschylos nie ma tyle wolnej energii, żeby nadawać
kwantowo. Może tylko odbierać nasze przekazy.
- Wyślij jeszcze jedno ostrzeżenie. Oni muszą... - Burescu zamilkł, zdając
sobie sprawę, że naprawdę jest już za późno.
Nie wiedział, czy załoga pchacza - otumaniona wizją deszczu nagród i zaszczytów, jakie posypią się na głowy dzielnych pilotów, którzy
uratowali tysiące osób, nie wspominając o ocaleniu niezwykle cennej
jednostki - zignorowała ostrzeżenie nadane z Miecza czy też
kontynuowała misję niczego nieświadoma, ponieważ dowódca Ajschylosa,
kierując się podobnymi pobudkami, nie raczył jej przekazać otrzymanego
ostrzeżenia. Jakkolwiek było, ci ludzie właśnie przypieczętowywali swój
los.
Wielkie magnetyczne stopy chwytaków przywarły z impetem do płatów
poszycia. Żadna z nich jednak nie trafiła w miejsce, pod którym
przebiegały odpowiedniki okrętowych wręg stanowiących element
wzmocnienia konstrukcji kadłuba. Próżnia to nie atmosfera, co jednak nie
oznacza, że ulegają w niej zawieszeniu wszystkie prawa fizyki.
Krótko mówiąc, piloci pchacza popełnili dwa błędy: źle dobrali miejsce
dokowania, przeszacowując przy okazji wytrzymałość poszycia. Do tego nie
wyhamowali dostatecznie przy końcowym podejściu, przez co - gdy
zwiększyli ciąg w momencie kontaktu, jak robili to setki razy po
podjęciu kontenera - masywne przednie podpory napierające na płyty
helonu wcale nie tak grube, jakby się mogło wydawać, zamiast nadać pęd
kolosowi, przebiły się przez lśniące poszycie.
Gdyby chodziło o odholowanie jakiejkolwiek jednostki handlowej, podobna
akcja zakończyłaby się mniejszym bądź większym sukcesem. Niestety
Ianthony McDonald był statkiem, który konstruowano z myślą o pięknym
wyglądzie i wygodzie pasażerów, nie zaś o odporności na tak brutalne
traktowanie. Korporacyjny pilot, mający doświadczenie wyłącznie z kontenerami, którym niestraszne są żadne przeciążenia, nie wyobrażał
sobie nawet, z jak kruchym dziełem ma do czynienia.
Napędzany potężnymi silnikami pchacz wbił się momentalnie w górną część
obłej rufy Ianthony'ego McDonalda. Wszedł w wycieczkowiec jak nóż w masło i parł dalej, niszcząc kolejne grodzie, przebijając się przez
pokłady, miażdżąc całe przedziały. Sam w tym starciu także musiał
ucierpieć, nic więc dziwnego, że dosłownie trzy sekundy później
majestatyczny transsystemowiec spęczniał nagle w dolnej części
śródokręcia, a potem... eksplodował. Nie był to wybuch tak silny jak te,
które podczas bitew unicestwiały pancerniki. Reaktor pchacza miał całą
sieć mechanizmów zabezpieczających przed wybuchem, lecz pomniejsze
eksplozje zbiorników tlenu i paliwa na obu jednostkach zrobiły swoje.
Ianthony McDonald przełamał się wpół. Jego lśniące burty zostały przy
tym rozdarte w wielu miejscach; poszycie z helonu rozciągało się i pękało jak papier pod wpływem działania sił, których nawet pancerz
największego okrętu wojennego nie byłby w stanie wytrzymać. Z wnętrza
tryskały na wszystkie strony strumienie rozprężającego się błyskawicznie
gazu, czemu towarzyszyło wyrzucanie w przestrzeń miriadów odłamków.
- Patrz! - Burescu odwrócił się do obiektywów holokamer nad stanowiskiem
komunikatora. - Patrz uważnie, Konradamie. Niemal każdy z tych czarnych
punkcików, które tam widzisz, był jeszcze przed chwilą zrozpaczonym,
lecz pełnym nadziei człowiekiem. To mężczyźni, kobiety i dzieci... Wszyscy
mogli przeżyć, gdybyś tak desperacko nie pragnął trafić do podręczników.
- Zamknij się - mruknął oszołomiony takim obrotem zdarzeń komandor.
Major zaśmiał się tylko, choć bez typowej dla niego wesołości. Nie
cieszyło go to moralne zwycięstwo. Wolałby przegrać spór z tym zdrajcą.
Nawet dwadzieścia tysięcy razy, jeśli tylko to by odmieniło los
wycieczkowca. Nie zamierzał jednak milczeć.
- Miej świadomość, że każdy dyplom, który dostaniesz, będzie wypisany
krwią ofiar; każdy medal, który zawiśnie na twojej piersi, będzie
zrobiony z metalu pochodzącego ze szczątków Ianthony'ego McDonalda.
Kiedy targniesz się na własne życie, a uwierz mi, nie pociągniesz długo
z tak wielkim poczuciem winy, przed oczami będziesz miał ten właśnie
widok: mrowie ciał...
- Zamknij mordę! - ryknął w końcu Fahrid, jednakże w jego głosie było
więcej słabości niż gniewu.
- Jak sobie życzysz, Konradamie. Jak sobie życzysz.
JEDEN
System Anzio, Sektor Sierra,
04.03.2355
- Wypełniony ekskrementami worek z ludzkiej skóry! - warknął z odrazą
Farland, gdy hologram w jego gabinecie zgasł po zakończeniu rozmowy.
Rutta milczał. Rozumiał gniew przyjaciela. Od pewnego czasu on także
odczuwał rosnący niepokój, ilekroć pion łączności przysyłał
powiadomienie o nawiązaniu łączności kwantowej z Ziemią. Każda kolejna
rozmowa z Modo - albo Xiao - była nie krokiem, lecz susem w kierunku
przysłowiowej przepaści. Oparty na zwykłym szantażu kruchy sojusz, który
wielki admirał zdołał uzyskać w wyniku twardych negocjacji z panią
kanclerz, mógł się rozpaść w każdej chwili. I to tak naprawdę z niczyjej
winy.
Sto dni spokoju, o jakie poprosiła w początkach grudnia Modo, dobiegało
właśnie końca, a po sondach, którymi flota zainfekowała t'iru, nadal nie
było śladu. Nie tak to miało wyglądać, pomyślał z goryczą Farland,
wspominając pamiętny tydzień po pyrrusowym zwycięstwie, gdy niesiony
falą sukcesu postawił się Radzie i odnotował kolejny sukces, zmuszając
polityków do tego, by zagwarantowali połączonym flotom przetrwanie
najgorętszego okresu tej wojny.
Układ wydawał się prosty. Modo przedstawi opinii publicznej dalekosiężne
plany związane z wprowadzeniem do służby okrętów piątej generacji i poprosi opozycję o zwyczajowe sto dni na ich realizację, dzięki czemu
nie dojdzie do zdziesiątkowania sił przestrzennych Federacji w szeregu
bezsensownych - zarówno ze strategicznego, jak i taktycznego punktu
widzenia - bitew, a będący aktualnie u władzy politycy zachowają do
wiosny stanowiska i co ważniejsze, głowy.
Przystając na ten układ, wielki admirał i pani kanclerz byli święcie
przekonani, że hybrydowe sondy wrócą do znanej człowiekowi przestrzeni
nie później niż po miesiącu od zainfekowania uszkodzonej jednostki
Obcych, co powinno umożliwić ludziom spokojne przeprowadzenie
modernizacji uzbrojenia. Problem jednak w tym, że przewidywania
najtęższych głów Federacji okazały się, oględnie mówiąc, zbyt
optymistyczne, nazywając zaś rzecz po imieniu: zupełnie nietrafione. Nic
więc dziwnego, że im więcej czasu upływało, tym atmosfera robiła się
bardziej nerwowa, a członkowie Rady i sztabowcy trzeciego metasektora
traktowali się coraz nieprzychylniej. Na Ziemi zaczęto nawet przebąkiwać
o potencjalnym fiasku operacji: albo ma'lahn dzięki swej przewadze
technologicznej zdołali wykryć znajdujące się na ich okrętach obce
obiekty, albo sondy hybrydowe zostały poważnie uszkodzone czy nawet
zniszczone podczas infekowania t'iru.
Pod koniec stycznia Modo i Xiao zaczęli dyplomatycznie naciskać na
Farlanda, próbując wybadać, czy niepowodzenie operacji zaważy na jego
stanowisku. Wielki admirał pozostał jednak nieugięty. Pierwsze okręty
piątej generacji, budowane w stoczniach każdego metasektora Federacji
dzięki funduszom uzyskanym z nacjonalizacji trzech megakorporacji, mogły
wejść do służby już na początku lutego - oczywiście pod warunkiem, że
flota skróci okres testów przestrzennych do niezbędnego minimum. Przy
regulaminowym podejściu do sprawy pancerniki zdolne nawiązać równorzędną
walkę z t'iru powinny osiągnąć pełną sprawność bojową parę tygodni
później, niespełna dobę czy dwie przed upływem stu dni, o które prosiła
Modo.
Na czym więc polegał problem?
Ze względów czysto propagandowych Ziemia nalegała, by podjąć działania
zaczepne natychmiast po sformowaniu zespołów uderzeniowych, natomiast
dowódca trzeciego metasektora upierał się, żeby respektować
przedstawiony przez niego terminarz, ponieważ samym sprzętem wojen się
nie wygrywa, czego admiralicja i Rada zdawały się nie brać pod uwagę.
Modo odparła jego zarzuty, przywołując dostarczone przez Xiao raporty, z których wynikało, że od kilku miesięcy we wszystkich najlepszych
akademiach kadeci ćwiczą wyłącznie na symulatorach sprzętu nowej
generacji, by bez trudu przesiąść się na wprowadzane do służby
jednostki, ledwie te opuszczą doki.
I jak tu wytłumaczyć przekonanym o własnej wyższości zabiurkowym
weteranom, gotowym oddać ostatnią kroplę krwi swoich podwładnych, oraz
walczącej o stołki jeszcze bardziej cynicznej cywilbandzie, że posyłanie
na wojnę dzieciaków, nawet jeśli zostały doskonale wyszkolone, nie tylko
nie zagwarantuje sukcesu, lecz wręcz może przynieść porażkę? Jak namówić
decydentów, by nie podejmowali zbędnego ryzyka? Jak przekonać polityków
i wspierających ich admirałów, żeby po stu dniach okresu ochronnego
odczekali jeszcze kilka tygodni, aż wytypowani przez sztab trzeciego
metasektora oficerowie i marynarze ukończą kursy przystosowujące ich do
służby na okrętach nowej generacji?
Na te pytania wielki admirał nie znał odpowiedzi, za to każda kolejna
rozmowa z Modo utwierdzała go w przekonaniu, że porozumienie raczej nie
jest możliwe. Milczeniem pomijano uwagi rzucane przez Farlanda - między
innymi o tym, że pierwsza przegrana z udziałem okrętów piątej generacji
złamie i tak już mizerne morale floty, co może mieć straszne skutki dla
dalszych losów tej wojny.
Wielki admirał jako praktyk doskonale wiedział, czym skończy się
wysłanie na front żółtodziobów znających tajniki walki wyłącznie z symulatorów, i z tego względu ani myślał przystać na którąkolwiek z wysuwanych przez polityków propozycji, choć te pojawiały się coraz
częściej i były coraz bardziej kuriozalne. Najpierw Modo i Xiao
podejmowali próby renegocjowania układu, później zaczęło dochodzić do
niemal codziennych słownych utarczek z Ziemią. Początkowe prośby i sugestie zmieniły się z czasem w żądania, a nawet otwarte groźby,
jednakże to Farland miał lepsze karty.
Niestety zaakceptowany przez obie strony okres spokoju kończył się już
trzynastego marca o północy. Po upływie setnego dnia Rada rozpocznie
bezpardonową walkę nie tyle o Rubieże, ile o zachowanie stołków. A zagrożony polityk nie powstrzyma się przed popełnieniem błędu, nawet gdy
ceną będzie kompletna zagłada Federacji... Tymczasem człowiek, którego
Modo i Xiao mylnie identyfikowali jako przeciwnika, trzymał w szachu
tylko jedno z nich.
Farland nie wątpił, że współpracownicy poświęcą panią kanclerz, nie
przejmując się tym, że wraz z jej głową spadnie też parę innych, choć
już mniej ważnych czerepów. W ich świecie bowiem liczyła się tylko
realna władza. Utraciwszy ją, obecni członkowie Rady przestaną mieć
jakiekolwiek znaczenie i będą musieli ustąpić miejsca, co dla nich
będzie po stokroć gorsze niż najbardziej bolesna śmierć u steru.
Zwłaszcza że sukces mieli już tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki...
- Dwa pieprzone tygodnie! - rzucił wielki admirał, spoglądając
nieobecnym wzrokiem gdzieś w przestrzeń. - Tyle nam zabraknie do
zrealizowania planu!
- Ja bym nie tracił nadziei... - zaczął Rutta, ale sam umilkł,
uświadomiwszy sobie, że jakiekolwiek próby pocieszenia przyjaciela są z góry skazane na niepowodzenie.
- Słyszałeś takie powiedzenie: nadzieja jest matką głupich? - zadrwił w odpowiedzi wielki admirał.
- Słyszałem - przyznał generał. - Co nam jednak pozostaje?
- Modlić się o to, by sondy nie wróciły aż do setnego dnia? - Farland
odwrócił się do zastępcy. Choć jego słowa zabrzmiały jak żart, minę miał
nadal zasępioną.
- A czy to by coś zmieniło?
- Zyskalibyśmy trochę czasu. Wiesz dobrze, że pełnej analizy danych z kilku miesięcy obserwacji nie zrobisz w tydzień, co oznacza, że w takiej
sytuacji nie musielibyśmy walczyć o przesunięcie terminu.
- Theo, zapominasz, że im chodzi przede wszystkim o przejęcie całkowitej
kontroli nad tymi pancernikami.
Obaj wiedzieli, że argument z kadetami ma na celu nie tylko
przyśpieszenie debiutu piątej generacji. Admiralicja napierała na
oddanie nowych okrętów w ręce narybku, ponieważ w razie ewentualnych
problemów wszystkie załogi najpotężniejszych jednostek staną murem po
stronie Ziemi, której zawdzięczają niemal wszystko, i zdecydowanie
odrzucą ofertę przyłączenia się do buntu samozwańczego watażki z Rubieży. Natomiast zespoły uderzeniowe obsadzone niemal wyłącznie
weteranami ostatniej kampanii mogłyby zagrozić obecnej władzy bardziej
niż podbijający znaną przestrzeń Obcy.
- Nie zapominam. Uwierz mi... - Farland spuścił głowę. - Wiem, że to
głupie, ale coś jednak każe mi wierzyć, że nie mamy do czynienia z samobójcami. Ci ludzie nie zaszliby tak wysoko, gdyby nie mieli
instynktu samozachowawczego. Na pewno w końcu zrozumieją, że...
- Oni rozumieją tylko jedno. - Rutta wykorzystał wahanie przyjaciela, by
wpaść mu w słowo. - Aby pozostać u steru, muszą się nas pozbyć. I są na
to gotowi, ponieważ to ludzie pozbawieni skrupułów.
- Otóż, przyjacielu, nie do końca - obruszył się wielki admirał. -
Przecież...
- Ja mówię o tym, jak oni postrzegają swoje położenie - skontrował
generał. - Czują się zagrożeni i za wszelką cenę pragną nas
zneutralizować. Kto wie, czy ciebie nie boją się bardziej niż Obcych,
których prędzej czy później pokonają, wprowadzając do służby kolejne
pancerniki piątej generacji na miejsce zniszczonych. Nawet gdyby mieli
zbudować ich setki. Dziś, po nacjonalizacji, stać ich na taki wydatek.
- A załogi? Kilka niepowodzeń i zabraknie chętnych do udziału w straceńczych misjach...
- Nie oszukuj się, Theo. Skuteczną propagandą wypiorą miliony mózgów. To
chyba jedyne, w czym są naprawdę dobrzy.
Farland pokręcił głową niezmiernie powoli, jakby ruch ten sprawiał mu
trudność albo ból.
- Zatem cokolwiek zrobimy, mamy przesrane. To chciałeś powiedzieć?
- Jeśli nie zdarzy się jakiś cud... - Rutta zamilkł, widząc, że
komunikator sygnalizuje nadejście połączenia.
Nad biurkiem dowódcy trzeciego metasektora pojawiło się holograficzne
popiersie Święckiego.
- Obawiam się, że mamy jedną - zameldował zwięźle generał major, nie
zawracając sobie głowy regulaminem. - Otrzymaliśmy meldunek, że OPFF
Miecz wykrył sygnał sondy na Harare.
- No nie.
Farland zbladł. Rutta westchnął ciężko. Ich reakcja nie uszła uwagi
Henryana. Wielki admirał nie dzielił się z nim refleksjami po każdej
rozmowie z Ziemią, lecz nie trzeba było geniusza, by zrozumieć, dlaczego
admiralicja nawiązuje ostatnimi czasy tak częste kontakty ze sztabem
trzeciego metasektora. A Święcki do głupców nie należał. Poza tym Rutta
przedyskutował z nim otwarcie kilka najważniejszych kwestii.
- Jeśli można... - dodał, otoczywszy się uprzednio polem ochronnym.
Generał zerknął na przełożonego, ale ten był zbyt przybity wiadomością,
by to zauważyć.
- Myślę, że to nie najlepsza pora... - spróbował uniku Rutta.
- Chyba wiem, co powinniśmy w tej sytuacji zrobić.
Wielki admirał podniósł wzrok, lecz nie było to pełne zainteresowania
spojrzenie, jakiego Henryan się spodziewał.
- Największy bohater Federacji chce nas uraczyć kolejną życiową
mądrością? - rzucił kąśliwym tonem.
Nie miał nastroju na pogaduszki z podwładnymi. Jego plany właśnie legły
w gruzach, podobnie jak kariera, a kto wie, czy nie życie. Musiał się z tym faktem uporać, i to najlepiej w samotności.
- Raczej chce pomóc w rozwiązaniu najbardziej palącego problemu -
odpowiedział Święcki, nie reagując na zaczepkę.
Rutta położył dłoń na ramieniu Farlanda, widząc, że ten lada moment
eksploduje. Udało mu się powstrzymać detonację przyjaciela, ale na pewno
go nie rozbroił. Wielki admirał skrzywił się, jakby musiał przełknąć kęs
czegoś wyjątkowo kwaśnego.
- Na jakiż to pomysł wpadł tym razem najszybciej awansujący oficer
Galaktyki? - warknął przez zaciśnięte zęby.
- Szczerze mówiąc, to nie jest mój pomysł, tylko generała...
Henryan kłamie w żywe oczy, pomyślał Rutta, lecz nie zaprotestował.
Wyczuł bowiem, że prosty wybieg Święckiego ma pomóc wyłożyć sprawę.
- Ten, o którym rozmawialiśmy wczoraj czy dzisiaj rano? - zapytał,
podejmując grę.
- Chodzi o ten drugi, dotyczący kadetów - odparł bez mrugnięcia okiem
Henryan.
- Streszczajcie się, generale majorze - rzucił zniecierpliwiony Farland.
Głos miał już spokojniejszy, a prawa dłoń przestała mu drżeć, co
świadczyło o tym, że napad furii powoli mija, jednakże jego rozmówcy
zdawali sobie sprawę, iż wystarczy zaledwie iskierka, by wyzwolić
reakcję łańcuchową, która skończy się śmiercionośnym wybuchem.
- Tak jest. - Święcki spojrzał przełożonemu prosto w oczy. - Mamy spore
szanse na ośmieszenie Xiao i jego projektu obsadzenia pancerników piątej
generacji kadetami.
- Jak? - zapytał przez wciąż ściśnięte gardło wielki admirał.
- Chcą wojny, dajmy im wojnę - wypalił bez namysłu Henryan.
- Czyli?
- Program Feniks.
Farland przytaknął machinalnie, jakby wypuścił to stwierdzenie drugim
uchem, po czym zaśmiał się chrapliwie.
- Na symulatorach?
- Nie. Zapakujemy ich na Odyna.
- Xiao nigdy na to nie pozwoli - rzekł przygaszonym tonem Rutta po kilku
sekundach milczenia.
- Admiralicja nie musi o niczym wiedzieć... - Święcki uśmiechnął się
krzywo, w charakterystyczny dla niego sposób.
Cisza się przedłużała. Farland i Rutta musieli sobie przemyśleć rzuconą
propozycję.
Pierwszy odezwał się wielki admirał:
- Powiedzmy, że zrobimy to za plecami admiralicji. Co dalej?
Henryan nie potrzebował dodatkowej zachęty.
- Wybierzmy najlepszą uczelnię, to znaczy taką, na której kadeci
osiągnęli ostatnio na symulatorach najwyższą średnią. Dzięki temu
admiralicja nie będzie mogła podważyć wyników testu, twierdząc na
przykład, że poszliśmy po linii najmniejszego oporu. Jest taka w drugim
metasektorze, kilka pasów stąd. Szkoła admirała Atanasio.
- Przesłużyłem z tym starym draniem dwie dekady. - Farland potrząsnął
zdecydowanie głową, jakby nie spodobał mu się ten pomysł. - Straszny
służbista z niego. Nigdy nie pójdzie na taki numer.
- Jestem innego zdania - wtrącił Henryan.
- O, znacie go lepiej niż ja, choć nigdy wcześniej o nim nie
słyszeliście! - Wielki admirał znów zaczynał się irytować.
- Nie muszę go znać...
- Naprawdę?
- Naprawdę. Wystarczy, że jego też nie wtajemniczymy w nasz plan.
Farland zaczerpnął tchu, jakby zamierzał wygłosić dłuższą przemowę, ale
zaraz zamknął usta i opadł ciężko na oparcie fotela.
- Genialne - rzucił moment później, nie kryjąc sarkazmu. - Widzę tylko
jeden słaby punkt.
Święcki posłał mu zdziwione spojrzenie.
- Przemyślałem wszystko bardzo dokładnie... - zaczął ostrożnie.
- Nawet to, że nikt nigdy nie dowie się o naszej śmiałej akcji, ponieważ
admiralicja utajni jej wyniki na... powiedzmy... wieczność, niezwłocznie po
tym, jak wszyscy trzej zostaniemy rozstrzelani za udział w spisku
mającym na celu obalenie Rady?
Rutta poczuł na plecach ciarki, lecz Henryan tylko uśmiechnął się
zagadkowo.
- Ma pan całkowitą rację, sir. Dlatego musimy przeprowadzić ten test
przed obiektywami największych mediów.
Farland, który popijał właśnie wodę, parsknął tak głośno, jakby się
zadławił. Rutta zrobił wielkie oczy.
- Wszystko pięknie, ale wyjaśnijcie mi, jak zamierzacie wkręcić w tę
akcje media, które... o czym wszyscy doskonale wiemy... chodzą na pasku
Modo? - zapytał generał, gdy przyjaciel odtrącił jego dłoń.
- To zadanie w sam raz dla największego bohatera Federacji - zażartował
Święcki, ale zaraz spoważniał, widząc posiniałe policzki Farlanda. -
Dzięki wysiłkom propagandystów zostałem także "symbolem nadziei", jak
nazwała mnie ostatnio Loisabelle Lane z "Daily Planet". Wykorzystajmy
ten fakt.
- W jaki sposób?
- To bardzo proste. Proponuję...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki