Na początku było Drzewo.
Adam i Ewa. Pradziadek i prababcia. O nich niewiele. Właściwie tylko tyle, że byli. Ktoś mi kiedyś powiedział, że z życiem jest jak z filmem, na który przychodzisz spóźniony. Wchodzisz w trakcie, szukasz po ciemku swojego rzędu... "Przepraszam najmocniej, przepraszam panią...", wreszcie zajmujesz miejsce i... nie wiesz, dlaczego ten facet skacze z dachu. Może go ktoś goni? Nie, nikt go nie goni. No to może dziewczyna go rzuciła? Problem w tym, że każdy wchodzi na ten film w innym momencie i wychodzi w innym. Jedni byli od początku i widzieli, jak to się wszystko zaczęło, ale wyszli po pięciu minutach i nawet nie zdążyli opowiedzieć. Ba, nawet nie zdążyłeś zauważyć, że byli. Ty się spóźniłeś, ale jeszcze oglądasz. Zresztą są tacy, którzy spóźnili się jeszcze bardziej. No i pradziadkowie to właśnie ci, którzy wyszli zaraz na początku. Minęliśmy się.
Dziadkowie. Zacznę może od dziadka Wiesława i babci Wiesi. OK, no więc, dziadkowie są w rodzinie (i zawsze byli, odkąd pamiętam) żelazną prawicą. Dziadek Wiesław zresztą przy każdej okazji podkreśla za Włodzimierzem Puryszkiewiczem zasiadającym w rosyjskiej Dumie, że na prawo od niego jest już tylko ściana. Babcia Ziuta zawsze, jak to słyszy, dodaje pod nosem, że nie ściana, tylko beton. Ale o babci później. W ogóle dziadek podkreśla na każdym rodzinnym obiedzie, że "nasi pradziadowie walczyli w powstaniu styczniowym... I w listopadowym zresztą też... Taa... Właściwie to nasi pradziadowie walczyli we wszystkich możliwych powstaniach, może za wyjątkiem tego krakowskiego... A to tylko dlatego, że się skończyło, zanim ktokolwiek zdążył usłyszeć, że w ogóle wybuchło...".
No i babcia Wiesia. W rodzinie nazywana gangstababcią, taką, której nawet kibole boją się nie ustąpić miejsca w autobusie.
Dziadkowie mają dwóch synów: Mieszka i Jana (mojego tatę). Początkowo przy wyborze imion kierowali się pocztem królów polskich i po wujku Mieszku tata miał być Bolesławem, ale że urodził się w rocznicę odsieczy wiedeńskiej, to został Janem. Na drugie ma Bolesław.
Wujek Mieszko, Ksiądz. Dziadkowie są zachwyceni. Dziadek tylko żałuje, że wujek jest księdzem, a nie kardynałem na przykład, ale ogólnie rzecz biorąc, dobrze jest mieć księdza w rodzinie. I lekarza. Po cichu liczyli, że Tata pójdzie na medycynę, ale on wybrał historię i teraz, jak 90 procent historyków, nie pracuje w zawodzie (prowadzi warsztat samochodowy). Babcia Ziuta mówi, że są trzy kierunki studiów, których żaden rozsądny człowiek po prostu nie wybiera: psychologia, teologia i historia właśnie. "Na psychologii prędzej czy później traci się rozum, na teologii – wiarę, a na historii – czas" – mówi. "To już chyba lepiej żadnych studiów nie kończyć..." – dorzuca jeszcze. Tata z reguły nie mówi nic. A że, jak mówią inni, "historia lubi się powtarzać", ja też tracę czas. Na UJ-ocie.
Dziadek Józef i babcia Ziuta. To z kolei bastion lewicy. Boga nie ma, bo Darwin. (Dziadek Wiesław mówi, że to żaden argument, bo Darwin był Żydem). Byli w PZPR, poznali się na jakimś socjalistycznym evencie, dożynkach, pochodzie pierwszomajowym, stojąc w kolejce po masło, czy na czymś tam innym w ten deseń. Mają dwie córki: Maję (nazwaną tak na cześć 1 maja) i Janinę – moją mamę.
Mama. Nie lubi chodzić na zakupy, bo przecież może podjechać samochodem. W ogóle jak może podjechać samochodem, to nie lubi chodzić. No bo jak można podjechać? Odkąd z tatą jeżdżą na dwa auta, ciągle mi powtarza, że "nogi nie są do chodzenia, tylko do ozdoby". Poza tym jest kustoszem muzeum. I fanką Sex Pistols na Facebooku.
O cioci Majce można by napisać tomy, ale postaram się zmieścić w paru linijkach. Feministka, wegetarianka, ekolożka, pacyfistka, anarchistka, joga, medycyna naturalna, w ogóle wszystko naturalne. Coca-cola to zło. UFO istnieje. Bóg istnieje (pod warunkiem, że jest UFO). Poza tym jest prezesem fundacji... jakiejś tam ufo-ekologicznej. Jak Ziemia nawiąże kontakt z "naszymi braćmi w kosmosie", jej fundacja będzie pierwszą, która zacznie rozprowadzać na Marsie ekologiczne torby na zakupy w Tesco. Mąż i dwójka dzieci.
Majkel. Mąż cioci Majki. Amerykanin. Reporter "National Geographic". Z racji tego, że jest Amerykaninem i do tego jeszcze protestantem, na wszystkich możliwych rodzinnych obiadach dziadek Wiesław wypytuje go o daty panowania kolejnych władców na tronie krakowskim w czasie rozbicia dzielnicowego (to na tak zwanych obiadach narodowych, 3 maja na przykład czy tam 11 listopada) albo o to, która święta jest od spraw trudnych i beznadziejnych (to z kolei, jak jest Wielkanoc i na "Panu Wołodyjowskim" puszczą reklamy). Ale chyba najbardziej przechlapane wujek ma 15 sierpnia. Spotykamy się wtedy na wspólnym "polsko-katolickim obiedzie" u dziadka i babci. Dla wujka Majkela oznacza to potrójny stres, ponieważ:
1) 15 sierpnia wypada święto Wojska Polskiego. No i przy okazji rocznica bitwy o Warszawę z 1920 roku... "Jak nazywała się klacz marszałka Piłsudskiego, co, Majkel?"...
2) Na 15 sierpnia przypada też Matki Boskiej Zielnej... "A ty myślisz, że Maryja Zawsze Dziewica była zawsze dziewicą?"...
3) Do tego jeszcze babcia Wiesia ma wtedy urodziny... "Majkel, na ile wyglądam, jak mam na sobie tę turkusową bluzeczkę?"...
Dlatego właśnie 15 sierpnia wujek zwykle obchodzi swoje prywatne święto. Grypy żołądkowej. I nie wychodzi z domu.
Miriam i Mirek. Bliźniaki. Z racji tego, że w ich rodzinie wszystkie imiona zaczynają się na literę "M", mówimy na nich "M&M'sy". Jak przechodzili okres buntu, to żeby w ogóle jakoś zbuntować się przeciwko rodzicom pokroju Majki i Majkela, zaczęli chodzić spać po 22 i na imprezach poza domem nie pili alkoholu.
Mgła i Zgaga. Koty M&M'sów. Imiona wybierał Majkel.
No i jest jeszcze mój młodszy brat Max vel Wandal. Nie lubi zielonego groszku, marchewki, dziewczyn (jeśli nie są mamą) i jak mu się zakłada czapkę. W maju skończy 6 lat.
A ja jestem Wanda. I nie lubię się przedstawiać.
1 stycznia, poniedziałek
W zeszłym tygodniu M&M'sy wybrały się na narty do Białki. Cała nasza familia wiedziała o tym, bo ciocia Majka narobiła wokół tego straszną propagandę, trąbiąc z tygodniowym wyprzedzeniem, że jadą i że jadą, bo to zdrowe i w ogóle – to już w domyśle – oni, czyli M&M'sy, prowadzą zdrowy styl życia, bo jeżdżą na nartach i kładą sałatę lodową na kanapki z serem, a my, Polaccy, stoimy już właściwie jedną nogą w grobie (i to bez narty), bo nie uprawiamy żadnych sportów i jemy pulpety z Tesco.
Wczoraj Miriam i Mirek wrócili na P9 i poopowiadali co nieco o tym i owym ze stoku.
– No więc – ciągnęła Miriam – jak już wystaliśmy się w hiperkorku na Zakopiance i dojechaliśmy wreszcie do Białki, to minęło pół dnia. Przy czym mama nie mogła zrozumieć, jak to jest możliwe, że pół tuzina ludzi wpadło na ten sam pomysł co ona i spakowało narty do samochodu, żeby pojeździć w weekend. Kolejki były wszędzie do wszystkiego, ale ta największa oczywiście na wyciąg. No, ale nic. Przyjechaliśmy tu, żeby pojeździć, to stoimy. Tata tylko się denerwował, bo nie pamiętał, czy wysłał zdjęcia do redakcji, ale mama, jak o tym usłyszała, to powiedziała z wyrzutem, że oni tu przyjechali się rozerwać, a on – kurna – w pierwszej wolnej chwili musi gadać o pracy. Poza tym – tu już podniosła głos – "Weź wyluzuj, Majkel! Ja jestem, jasna cholera, wyluzowana, dlaczego ty nie możesz?!".
Jakieś pół godziny później byliśmy wreszcie na szczycie. My z Mirkiem zjechaliśmy razem, a za nami miał jechać tata, no i mama. Potem, już na dole, mieliśmy się spotkać z powrotem przy wyciągu. No, ale zjechaliśmy na dół, stoimy przy wyciągu, a rodziców jak nie było, tak nie ma. Już mieliśmy wrócić się do samochodu, kiedy podszedł do nas tata i mówi, żebyśmy szli zaraz do auta, bo wracamy do domu. A, i jak już wsiądziemy do wozu, to żadnych pytań! "Ja wam wszystko opowiem, ale później".
Na drugi dzień mama poszła do przychodni na "takie tam badanie", a tata zrobił nam kawę i zaczął mówić...
"Jak już mieliśmy zjeżdżać, Majka powiedziała mi, że chce jej się sikać. No to powiedziałem, że możemy zjechać na dół do kawiarni i że tam są toalety. Na co wasza matka, że nie zamierza drugi raz stać w tej wielkiej kolejce do wyciągu, i że ona to załatwi ??po polsku?? i pójdzie w krzaki. Miałem tylko pilnować, żeby nikt nie patrzył. Majka poszła w krzaki, odpięła sobie kombinezon, ściągnęła spodnie i resztę, przykucnęła i wtedy ja do niej: ??Kochanie, odepnij jeszcze nar...?? i zobaczyłem, jak w tym momencie wasza matka zjechała na tych nartach w dół. Na krechę. Bez majtek. Przez cały stok! Ludzie w panice odskakiwali na boki, dzieci, które uczyły się jeździć, wywracały się na śniegu i zaczynały płakać, a wasza matka, wywijając kijkami, usiłowała złapać równowagę i jakoś się zatrzymać, krzycząc na całe gardło: ??Jaaaaaaaaaaaaaaaa! Aaaaaaaaaaaaaaaa!??. No to ja krzyczę za nią: ??Hamuj, Majka!??, a ona do mnie z dołu: ??Nie wiem jaaaak!??. To ja na to: ??Kucaj!??, a ona daleko: ??Jasna cholera, zabiję się! W imię Ojca, Synaaa...!?? – i w tym momencie jakoś tak usiadła na nartach, że zjechała jeszcze parę metrów, szurając pupą po śniegu, ale w końcu zatrzymała się tuż przy tej kawiarni na dole, gdzie ludzie chodzą się załatwić. Jak do niej zbiegłem na dół, to zdążyła się już ubrać i jak gdyby nigdy nic powiedziała do mnie: ??Majkel, kochanie, jedziemy już do domu, dobrze???".
A potem mama wróciła z tej przychodni. Bo, jak się okazało, po tym szusowaniu bez majtek złapała wilka.
"Siedziałam tam i czekałam, aż mnie zawołają. I siedział tam ze mną jeszcze jeden facet, który miał złamaną rękę. No to już z nudów zapytałam go, co mu się stało. A on mi mówi: ??No nie uwierzy pani! Byłem w sobotę na stoku, zjeżdżam sobie z górki, a tu nagle... patrzę, a z góry pędzi jak strzała jakaś kobita bez majtek! Jak się zapatrzyłem na to jej gołe dupsko, to tak walnąłem o sosenkę, że o – widzi pani!??".
Ciocia Majka jest nie do podrobienia. Podobnie te jej wypady na narty "dla zdrowia". Szacunek i uznanie. ;P
4 lutego, piątek
Mieszkania w Krakowie można zasadniczo podzielić na komunalne i komuny. W pierwszych mieszka GUS-owska średnia, czyli małżeństwo + dzieci (+ rybki w akwarium, czasami), w drugich z kolei "kwiat społeczeństwa polskiego", "jutro narodu", "emerytury emerytów", ergo krakowscy studenci.
Życie w takiej komunie rządzi się swoimi prawami. Sporo zależy od tak zwanych zasad pierwotnych każdej z osobna, ale jest jedna rzecz, która kładzie wszystkie pod wspólny mianownik: tą rzeczą jest – mniej lub bardziej obowiązująca – wspólnota dóbr. Niezależnie bowiem, czy komunę tworzą młodzi neomarksiści, czy młodzi z neokatechumenatu, wspomniana Wspólnota Dóbr ma swoje uzasadnienie w świętych księgach i jednych, i drugich. Jakby nie było, na temat pierwszych chrześcijan Biblia mówi, że:
Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne.
Dz 2, 44
Amen. A teraz trochę na temat wyżej wymienionych zasad pierwotnych. Tak jak mówiłam, każda komuna wypracowuje sobie swoje, ale u nas na P9 obowiązują mniej więcej takie:
1. Zasada bierzcie i jedzcie z tego wszyscy (kupuje jedna osoba, korzysta cała ekipa) – w odniesieniu do chleba, herbaty i margaryny. Przy czym mowa jest o margarynie, bo masło jest powszechnie uznawane za przejaw kołtuństwa i burżujską fanaberię, a to dlatego, że za jedną kostkę możesz mieć dwie margaryny. Albo trzy, jeśli masz jakiś sieciówy pod nosem. Z tej kalkulacji bierze zresztą swój początek zasada nr 2, która mówi, że...
2. Albo jesteś dyskontowy, albo dyshonorowy, a tłumacząc z polskiego na nasze: jeszcze nie było takiej komuny studenckiej, której lokatorzy regularnie robiliby zakupy w Almie. Poza tym student "komunista" za punkt honoru uznaje robienie zakupów na cały tydzień poniżej pięćdziesięciu zło.
3. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – zasada obowiązująca w przypadku okolicznościowych imprez z udziałem zaproszonych gości i wódki.
4. Cesarzowi, co cesarskie, czyli tak zwane "państwowe" drobne, które wrzucamy do słoika po ogórkach na papier toaletowy, płyn do mycia naczyń, kreta i tym podobne. Jeśli "na mieszkaniu" zabraknie którejś z wyżej wymienionych rzeczy, jedna osoba, zwana przez komunę celnikiem, bierze potrzebną kasę ze słoiczka i robi zakupy. W zamian wrzuca paragony "do wglądu", których i tak nikt nie przegląda, bo po co. Czasami, jak w słoiku uzbiera się trochę reszty z zakupów, to ogłaszamy akcję "Pizza dla P9" i zbieramy dobrowolne datki przez tydzień, żeby na koniec zamówić jedną dużą z szynką i podwójnym serem.
5. Kto się najdłużej kąpie, najdłużej czeka. I kropka, Iga.
6. Rzecz, którą umownie określamy Zasadą Przebranej Miarki. Jak położysz coś na wielkiej kopie śmieci stojącej w koszu pod zlewem i spowodujesz zachwianie się całej tej śmieciowej konstrukcji, wynosisz kubeł do kontenera. Zasada póki co nie obejmuje gości, ale myślimy nad tym, żeby to wkrótce zmienić, bo sami do tego stopnia wyspecjalizowaliśmy się w umiejętnym nakładaniu jednego na drugie, że możemy tak dokładać śmieci do śmieci, że dotkną zlewu od dołu, a i tak nic się nie wysypie. Hasłem zachęcającym gości do podejmowania działań w tak zwanym czynie społecznym ma być to rzucone przez Miriam: "Czujcie się jak u siebie w domu, posprzątajcie nam kuchnię!". I chyba trzeba to będzie poddać pod głosowanie na najbliższym posiedzeniu KC P9 na "Rozmowach w toku", bo tak, jak jest, być nie może. Towarzysze studenci!
7. Jak dali, to jedz! ABC studenckiego savoir vivre'u. Jak ktoś ugotował zupę i pyta: "Chcesz trochę?", to jedyną poprawną odpowiedzią jest: "Tak, poproszę". Szczytem nieobycia jest w takim wypadku odpowiedź: "Dziękuję, nie jestem głodny". A ktoś w ogóle o to pytał? W takim konkretnym przypadku członek komuny jest zobligowany do zjedzenia wspomnianego talerza zupy nie dla prymitywnej potrzeby zaspokojenia głodu, ale dla podtrzymania wspólnoty! Gdyby Polanie za Mieszka I gardzili upolowanym przez niego kurakiem tylko dlatego, że wcześniej się wołem najedli, nie byłoby Polski! A my jesteśmy patriotami.
8. Zasada rodem z Biblii: Nikomu nic dłużni nie bądźcie, prócz miłości wzajemnej. Pożyczyłeś, oddaj.
9. Tak zwane Wielkie sprzątanie, obwoływane co najmniej tydzień przed czyimiś urodzinami (żeby zdążyć posprzątać przed Wielką Imprezą, po której będzie Wielki Bałagan). Sprzątają wszyscy z wyjątkiem solenizanta.
10. Cisza nocna obowiązuje od 3 w nocy do 11 rano (na P9 rano trwa do 12 w południe, wieczór do 12 w nocy, a noc do 10 rano).
I to właściwie tyle. Resztę weryfikuje życie. Co zaś tyczy się mieszkańców komuny na P9, w porządku alfabetycznym są to kolejno:
Błażej. Studiuje filozofię. Tak, wie, że po tym nie ma pracy. Poza tym jest na stażu w RMF-ie. I wie, że po tym też nie ma pracy. W RMF-ie na pewno.
Iga. Dziewczyna Błażeja. Studiuje grafikę na Akademii Sztuk Pięknych. Pasjami ogląda skoki i beznadziejnie kocha się we Włodzimierzu Szaranowiczu.
Kuba. Studiuje na rolniczej ochronę środowiska. Ma już absolutorium, ale z magisterką mu się nie spieszy. W każdym razie chce pisać o dobroczynnych właściwościach yerba mate. Albo o kupie dżdżownic – jeszcze się zastanawia. Rasta-gangsta. Urodził się tego samego dnia co Bob Marley, z czego jest niepomiernie dumny. Za legalizacją zioła i delegalizacją państwa ("Biurokracja to Babilon! Z jakiej paki wolne dzieci Syjonu mają płacić podatki?! I kurna, z czego?"). Jeździ hulajnogą na uczelnię.
Mirek i Miriam – moi kuzyni. O nich pisałam.
No i do tego jeszcze ja. Rybek nie mamy.
9 lutego, środa
Pojechałam dzisiaj na Uliczną odwiedzić rodziców i kogo spotkałam na klatce? Panią Iksińską, oczywiście. Naszą sąsiadkę spod czwórki.
– Och, dzień dobry, Wandziu – taksuje mnie wzrokiem. – No, no... Taka pulchniejsza się zrobiłaś na twarzy. To chyba nie jest tak źle z tymi naszymi studentami, co?
Naszymi?
– Ha, ha! – śmieje się perliście. A ja stoję jak ten wzrost gospodarczy z tą swoją "pulchniejszą twarzą" na klatce schodowej i zastanawiam się, co powinnam zrobić. Przyznać z grzeczności rację? Co do twarzy i studentów? Czy raczej nie zgodzić się co do twarzy, a zgodzić co do studentów? Których studentów, tak a propos? Którzy to są ci "nasi"? Kurka wodna, że też musiałam się na nią natknąć!
– Ha ha... – śmieję się głupkowato. Bo tak najprościej. Byle tylko nie wypytywała o pracę. Ostatnio wszyscy to robią. Mam tego po dziurki w nosie.
– A jak tam ci idzie szukanie pracy, Wandziu?
K***a.
– A, no, szukam.
– Czyli nie bardzo, co?
Że też jej nie wystarczy samo zauważenie problemu, tylko musi jeszcze wymuszać na człowieku dokonywanie jakiegoś takiego klatkowego coming outu.
– No nie bardzo – mamroczę pod nosem. – Na razie jeszcze nie pracuję.
– Och, no popatrz – skomentowała triumfalnie. – Moja siostrzenica pracuje, ale ona nie studiowała historii.
Starczy tego dobrego.
– Miło było panią spotkać, pani Iksińska, ale właśnie szłam po ziemniaki...
– Ach, tak – prycha niezadowolona, bo nie dałam jej jeszcze powiedzieć, dlaczego to jej siostrzenica ma lepiej ode mnie poukładane w głowie i dlaczego powinnam brać z niej przykład.
Rzuca jeszcze na odchodne:
– Moja siostrzenica to uważa z jedzeniem ziemniaków. Mówi, że się po nich tyje...
10 lutego, czwartek
Dobra, czas spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem bezrobotnym magistrem. I to jeszcze UJ-otu, kurna. Dyplom miałam we wrześniu, więc to jest... wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń... Chryste Panie! I luty, rany boskie! Raz, dwa, trzy. Cztery, pięć, sześć. Sześć miesięcy. Instytut Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, w skrócie IHUJ. I dyplom.
Mam też kolegów magistrów. Też bez pracy. Można ich łatwo wyłowić w towarzystwie, bo z reguły są na bieżąco w "Top Model" (sztandarowy program wszystkich bezrobotnych magistrów). Podchodzisz do takiego i mówisz: ""Top Model" to żenua. Nie wiem, kto to w ogóle ogląda". A on na to: "Taa... Mój kumpel to ogląda... Mówi, że to żenua, żeby nie ten... żeby nie było. Ale kibicuje tej Kasi z Krakowa". "No co ty? Kasi z Krakowa? Przecież ona ostatnio zjadła płatki śniadaniowe Marioli ze Stalowej Woli, żeby jej potem w brzuchu burczało na wybiegu i żeby dostała niższe noty od jurorów. Kumpel mi mówił". "Ej, a twój kumpel widział ostatni odcinek? Ten, w którym jest ta sesja zdjęciowa w kisielu?" "Ten, gdzie Anka wegetarianka płacze, że nie będzie się taplać w czymś, co jest zrobione ze zwierzęcych kości? No widział!"... itd., itp.
Młodzi bezrobotni w Polsce dzielą się na różne koterie i grupy, co strukturalnie przypomina trochę partie polityczne, z tym że podstawowa różnica w statucie i jednych, i drugich widoczna jest zasadniczo przy dietach (politycy mówiąc o diecie, mają na myśli pieniądze, bezrobotni makaron z Tesco).
Jakież to są te podstawowe frakcje u bezrobotnych?
Frakcja: Robin Hood(ł)
Młodzi bezrobotni, którzy na upartego kompulsywnie wręcz starają się odłożyć kasę, której nie mają, na coś, na co ich nie stać, a to: trampki w kwiatki, szklane kulki ("Ale czad! Gościu z Allegro ma całą kolekcję!"), rozwiązane sudoku ("ołówkiem!") czy niebieską pluszową fokę (foka jest na tyle zajebista, że nie trzeba tłumaczyć, ki czort szepcze ci do ucha, żebyś ją kupił). A że trudno dorobić się oszczędności przy zarobkach wynoszących 0 złotych miesięcznie, trzeba najpierw coś sprzedać. Zaczyna się niewinnie. Najpierw pod młotek idą ciuchy wyciągane z szafy według zasady: co za dużo, to nie zmieszczę, potem noże i widelce ("Po co mi tyle tego kołtuńskiego wynalazku? Tylko mi to zlew zapycha!"), żeby ostatecznie skończyć na jedzeniu. No bo w końcu po co człowiekowi obiad, jak są Vifony?
Frakcja młodych niepracujących poszerzająca się tylko liczebnie.
Frakcja: Ojciec chrzestny
Bezrobotni absolwenci wyższych uczelni, którzy utrzymują się na wodzie dzięki osobie desygnowanej powagą całego Kościoła katolickiego na stanowisko krewnego, który "zawsze powinien wyłożyć najwięcej". Raz na jakiś czas dzwonią do "wujaszka" zapytać, jak zdrówko. "O Boże, żenisz się?" "E tam, przecież pracy nie mam, gdzie bym się tam teraz żenił..." "A widzisz. No – westchnienie ulgi. – To się nie spiesz z tym niepotrzebnie! Powolutku sobie tam czegoś szukaj. Co nagle, to po diable!" "Ale w końcu za coś trzeba żyć..." "Co? A za ile?".
Frakcja: Gwiezdne wojny. Mroczne widmo
Bezrobotni dekadenci, fędesjekliści. Ich życiowa mantra: Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie?... Przyszłość jawi im się w dość mrocznych barwach, stąd chętnie oglądają amerykańskie sitcomy na serialeonline albo "Rozmowy w toku" (cokolwiek, co ani trochę nie przystaje do rzeczywistości). Nienawidzą każdej 72. minuty narzucającej się nachalnie w połowie najlepszej akcji jak normalnych biletów MPK. Nie tak dawno jeździli na studenckich, ale jak tylko dorobili się magistra przed nazwiskiem, pozbyli się całej kupy zniżek. Ot, kapitalizm. Ciemny i mroczny.
Frakcja: To nie jest kraj dla starych ludzi
Zeloci młodych niepracujących. Albo jak kto woli: ich zbrojne bojówki, hooligans. Bezrobocie ich wkurza. "Jak to? – pytają. – To kończyliśmy studia, wkuwaliśmy nocami, jak jest po angielsku "płetwonurek" i "strefa wolnocłowa", ganialiśmy na praktyki w zamian za kawę i "to miało być na wczoraj" i teraz co? Jajco? My siedzimy w domu i rozwiązujemy "Panoramiczne", a emeryci wsiadają na komara i jadą do pracy na etat!".
Ich zawołanie bojowe: Antyki do antykwariatu! Emeryci na emerytury!
Pozostają z nimi w stanie otwartej wojny. Główna linia frontu rozciąga się na obszarze kontrolowanym przez – nomen omen – kontrolerów (tramwaje, autobusy). Walka o miejsca jest bezpardonowa, obie strony walczą przy użyciu ostrej amunicji: starsi mają kule i laski, młodsi torby i glany. Dodatkowe punkty przyznawane są za walkę na tak zwane uprzejmości:
– Uups! Najmocniej panią przepraszam! – po przygnieceniu glanem długiej kraciastej spódnicy jadącej tramwajem staruszki. I obowiązkowo uśmiech. 1:0 dla zeloty.
– Strasznie pana przepraszam, młody człowieku! Taka niezdara ze mnie! – Po niekontrolowanym sztachnięciu go laską w okolice nerek. Chwyt z kategorii: "straciłam równowagę przy wysiadaniu i to wszystko niechcący". Przy opuszczaniu tramwaju obowiązkowo uśmiech. I remis. Miejska przepowiednia głosi, że ta MPK-owa intifada skończy się, gdy Telewizja Polska wyemituje ostatni odcinek "Mody na sukces".
Frakcja: Siedem lat w Tybecie
W przeciwieństwie do zelotów, frakcja nastawiona pokojowo do emerytów i całego otaczającego świata. Pokój z tobą! Peace & Love! – na ustach ich, a nalepka z napisem: Uwolnić Tybet! na lodówkach ich. Światowy kryzys, rosnące bezrobocie i znienawidzone przez wszystkich absolwentów: "wymagane minimum dwuletnie doświadczenie na podobnym stanowisku" nie są w stanie wyprowadzić ich z równowagi. Wszystko trzeba przyjmować z jednakowym spokojem. Kijem się Wisły nie zawróci. Nie ma pracy dla absolwentów wyższych uczelni? To się zapiszą na drugie studia. Skończyli właśnie drugie? To się zapiszą na trzecie! O kolegach pracujących w korporacjach mówią "stachanowcy", "wyrobnicy". Na wielkie szklane biurowce wołają: "kołchozy", "pegeery" ("Ciebie tam doją, stary!"). Ubóstwiają wszystko, co alternatywne: muzykę, źródła energii, dochody...
Niepoprawni (politycznie) optymiści.
No. A ja jestem niezrzeszona. Wszędzie mnie po trochu. Może tylko nie kupuję pluszowych miśków na Allegro.
15 lutego, wtorek
Nie ma to jak wpaść z wizytą do babci Wiesi. Zawsze można się dowiedzieć, że Blake Carrington kupił dziecko syna swojej byłej żony (Alexis), a "Kristu" (Krystle) jest jakaś głupia, bo ubrała się cała na biało ("jak jakaś siostra miłosierdzia!") na powitanie Stevena, syna Alexis, który spalił sobie całą twarz w wypadku, ale to nic, bo przeszedł operację plastyczną i teraz jest nawet przystojniejszy niż był (choć nadal jest blondynem). W przerwie na reklamę dowiedziałam się jeszcze, że "z takimi włosami to ty nigdy nie wyjdziesz za mąż!". A, no i że mam jeść dużo makaronu, bo przecież "jak można być takim chudym!".
A z mamą oglądamy sobie "Północ – Południe" i też jest fajnie.
16 lutego, środa
Po tygodniach szperania w ofertach pracy na Gumtree, na którym królują bezpłatne staże i praktyki w wymiarze 40 godzin tygodniowo (bezpłatne) – wreszcie jest! Praca w Muzeum Żydowskim w Krakowie, na stanowisku asystenta w dziale edukacji. Piszą, że trzeba mieć mocny background z dziejów Holocaustu (mam!), bardzo dobrą znajomość języka angielskiego (siur!) i tam parę innych rzeczy. Muszę tylko napisać na szybciocha CV i list motywacyjny, wysłać to to i czekać na odpowiedź.
Fiu! Napisałam. Ale jeszcze dam mamie do przeczytania. W ogóle życie jest piękne! Naprawdę. A po judaistyce jest praca, ha! Kto inny będzie miał "mocny background" z Holocaustu?... Chwila...
To był Wandal. Pytał, z czego się tak cieszę.
– Oj, nie przeszkadzaj mi teraz! Piszę CV.
– A co to jest?
– Życiorys. Ee... taka kartka, na której piszesz różne rzeczy o sobie. Tak, żeby ogólnie wyszło, że jesteś ee... super. I w gruncie rzeczy powinna to być prawda.
– Aha. A ty wiesz, co napisać?
– Tak, wiem. Nie przeszkadzaj mi teraz, to może to w końcu dokończę.
– A mogę ci pomóc?
– NIE – w tym momencie Wandal zrobił znowu tę swoją minę. – Już to właściwie napisałam, teraz tylko muszę popoprawiać parę rzeczy i to wszystko...
– Ale ja... Ale... a na pewno już napisałaś?
– TAK. Na pewno. Dzięki. No idź już.
Poszedł. Ale na pewno jeszcze dwa razy zajrzy.
Hm, nie zajrzał. I dobrze. Skończyłam. Teraz tylko zgrać to na pulpit... Gotowe.
Wrłiii.......... Iiiiiii... łiii...!
A, nastawiałam wodę na herbatę!
– Już lecę!
Pięć minut później...
OK, wysyłam. Ciekawe, kiedy się odezwą.
Tydzień później...
Ciekawe, czy się odezwą.
Dwa tygodnie później...
Ciekawe, dlaczego się nie odezwali... :-( Nie kumam, naprawdę. Przecież miałam mocne CV... Hm, może sprawdzę, czy napisałam o stażu w Fabryce Schindlera...
KATASTROFA! No po prostu w to nie wierzę! Jak to się mogło stać, przecież...
Szacowna dyrekcja równie szacownego muzeum otrzymała ode mnie, kurna, taki życiorys:
CURRICULUM VITAE
Wanda Polacka
ur. 11.11.1986 r. w Krakowie
Adres zamieszkania: ul. P9, ##-### Kraków
Kontakt: +48 ### ## ## ##
[email protected]
WYKSZTAŁCENIE wyższe
2005–2010 Uniwersytet Jagielloński w Krakowie: historia, specjalizacja: judaistyka
III 2009 – VII 2009 Uniwersytet Wiedeński: (...) w ramach programu Sokrates-Erasmus
2002–2005 VIII LO im. (...) w Krakowie
JĘZYKI
j. angielski – p. zaawansowany
(...)
DODATKOWE DOŚWIADCZENIE I PODEJMOWANE PROJEKTY
2009/2010 staż w MHMK Fabryka Schindlera, ul. Lipowa 4, Kraków
2007 staż w Byłym Nazistowskim Obozie Zagłady na Ziemiach Wschodnich
(...)
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w mojej ofercie pracy dla potrzeb niezbędnych do realizacji procesu rekrutacji (zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 r. o ochronie danych osobowych, Dz.U. z 2002 r. nr 101, poz. 926 ze zm.).
Jestem również fajna i uwielbiam lody włoskie. Interesują mnie wysocy faceci z brodą i spodniami w kratę (najlepiej Żydzi). Lubię spać i oglądać filmy. O Żydach. Przepadam za szerokimi spodniami i dłuuugimi tunikami – mogą być też sukienki. Jeżeli chcecie mieć zaszczyt ogrzewać się w moim blasku, kupcie mi bardzo wielką torebkę (torbę) LUIWITONA, a może się zastanowię nad tą pracą. Ale w moim osobistym biuru musi znajdować się malowany Żyd i wieeelki napis: "Królowa jest tylko jedna".
To dlatego ja prędzej wyjdę za mąż za Żyda, niż znajdę pracę w zawodzie. :-( A Maxa ukatrupię widelcem! Niech no ja go tylko dorwę.