Wstęp
O polskiej historii można pisać na dwa sposoby: albo zgodnie z linią
polityki historycznej, albo zgodnie z regułami historii realnej. W efekcie te same wydarzenia przedstawiane są w diametralnie inny sposób.
Zupełnie inne są również wyciągane z nich wnioski.
Wizja roztaczana przez zwolenników polityki historycznej jest doskonale
znana każdemu polskiemu dziecku. Polacy to naród wybrany, nieomylny i bohaterski. Wszystkie decyzje podejmowane w przeszłości przez polskich
przywódców i dowódców były jedynie słuszne.
Polskie Państwo Podziemne było największe i najlepiej zorganizowane,
polscy żołnierze byli najdzielniejsi na świecie, oficerowie rycerscy, a kobiety cnotliwe. Naród zawsze wykazywał się niezłomną i patriotyczną
postawą. Wszyscy Polacy z narażeniem życia ratowali Żydów, nie szli na
żadne kompromisy z okupantami.
Liczne polskie klęski i katastrofy - przegrane bitwy, wojny i powstania,
rozbiory i upadek II Rzeczypospolitej - były winą naszych wrednych
sąsiadów. Niemców, Rosjan, Austriaków. A także, to nieodzowna część tej
narracji, zdradzieckich mniejszości i wiarołomnych sojuszników. My nie
mamy sobie nic do zarzucenia!
W tej bajkowej opowieści Polak występuje tylko w dwóch rolach:
krystalicznie czystego herosa lub umęczonej ofiary. Dla pierwszego
domagamy się od świata podziwu. A dla drugiego - współczucia. Gdy świat
tego nie kupuje, zwolennicy polityki historycznej zżymają się i denerwują. Znowu cierpimy, bo jesteśmy niedoceniani!
Polityka historyczna ma zapewne wiele walorów, ale także jedną
zasadniczą wadę: jest oparta na kłamstwie. Na zaklinaniu rzeczywistości.
Jest rodzajem piarowskiej kampanii narodu, w ramach której uwypukla się
wszystkie szczytne epizody, a skwapliwie zamiata pod dywan błędy i czarne karty. Przesłanie do "polskiego kolektywu" jest jasne: o tych
sprawach nie wolno głośno mówić!
Sprawia to, że polityka historyczna III RP w formie niewiele się różni
od propagandy z okresu PRL. Tyle że komunistyczną treść zastąpiono
treścią patriotyczną. Armię Ludową - Armią Krajową. Bieruta -
Piłsudskim. A marszałka Rolę-Żymierskiego - generałem Borem-Komorowskim.
Zamiast czerwonej flagi załopotała biało-czerwona.
Politykę historyczną z komunistyczną propagandą łączy również agresja
wobec wszystkich, którzy ośmielają się mieć inne zdanie. Biada tym,
którzy próbują podważyć wyliczone wyżej dogmaty. Czekają ich zaciekłe
ataki personalne. Oskarżenia o to, że pracują dla Moskwy, Berlina lub
Tel-Awiwu. O zaprzaństwo, zdradę, kalanie własnego gniazda. Przypisuje
się im najniższe intencje, na czele z - a jakżeby inaczej - chęcią
zarobienia na sensacji.
Arcykapłani polityki historycznej chcą ustawić Polaków czwórkami i kazać
im maszerować równo w takt skandowanych przez nich haseł. Krok w bok -
kula w łeb za nieprawomyślność.
Historia realna, której jestem zwolennikiem, stoi na przeciwległym
biegunie. Jej najważniejsza i podstawowa reguła jest prosta: należy
pisać prawdę, prawdę i tylko prawdę. Jakkolwiek gorzka i niewygodna by
ona była. Zadaniem historyka i publicysty uprawiającego tę niewdzięczną
dziedzinę nie jest "walka o dobre imię Polski", lecz próba wyjaśnienia,
co się naprawdę wydarzyło. I wyciągnięcie z tego wniosków na przyszłość.
Bezkrytyczne podejście do przeszłości, gloryfikowanie straszliwych
błędów naszych przodków jest niezwykle groźne. Skazuje nas na
powtarzanie tych błędów w przyszłości. Oparcie tożsamości narodowej na
kulcie klęsk wychowuje zaś nowe pokolenia przegranych.
Najlepszym tego przykładem jest destrukcyjny wpływ mesjanizmu i romantycznej tradycji insurekcyjnej. Wielkie zrywy powstańcze, choć ich
uczestnikom nie sposób odmówić bohaterstwa, przynosiły Polsce same
straty. Zarówno w wymiarze politycznym, jak i humanitarnym. Na czele z krwawą hekatombą powstania warszawskiego.
Kultywowanie w obecnych niebezpiecznych czasach - gdy za naszymi
granicami od czterech lat toczy się wojna - podobnych aktów dezynwoltury
i bezmyślnego szafowania krwią najlepszych synów narodu uważam za
nieodpowiedzialne.
Historia realna góruje nad polityką historyczną w wielu dziedzinach. Z perspektywy odbiorcy ma jednak jedną zasadniczą przewagę: jest
piekielnie ciekawa. Nie przedstawia bohaterów historycznych jak wycięte
z kartonu, jednowymiarowe postacie rodem z bajek dla dzieci, ale jak
ludzi z krwi i kości. Miotanych namiętnościami, popełniających błędy,
dokonujących czynów bohaterskich, ale również podłych.
Prawdziwa historia, tak jak prawdziwe życie, rzadko jest czarno-biała.
Jest pełna odcieni szarości. Dotyczy to wszystkich ludzi na świecie. A Polacy, wbrew temu, co twierdzą propagatorzy polityki historycznej, są,
będą i byli ludźmi. Ani lepszymi, ani gorszymi niż ludzie innych nacji.
Wśród naszych przodków byli bohaterowie i tchórze. Byli ludzie mądrzy i głupi. Prawi i podli. Oportuniści i nonkonformiści. Dobrzy, źli i nijacy. Tak jak w każdej innej zbiorowości ludzkiej na świecie, wśród
Polaków występowała cała gama postaw. Szczególnie w takich ekstremalnych
sytuacjach jak wojna.
Byli Polacy, którzy ratowali Żydów, ale byli i tacy, którzy ich
szantażowali lub wydawali Gestapo. W oddziałach partyzanckich byli
żołnierze, którzy zachowywali się szlachetnie i rycersko, ale byli też
tacy, którzy popełniali zbrodnie wojenne. Byli ideowcy, ale i zdrajcy.
Byli altruiści, ale również ludzie kierujący się chęcią osobistego
zysku.
To samo dotyczy decyzji politycznych, które miały fatalne skutki dla
naszej ojczyzny. Wskazując na błędy przeszłości, ukazując alternatywne
ścieżki, historia realna prowokuje do myślenia. Zadawania niewygodnych
pytań. A polityka historyczna? Ona z obowiązku myślenia zwalnia. Od
swoich wyznawców wymaga jedynie skandowania haseł i recytowania
wyuczonych na blachę propagandowych sloganów.
Dlatego właśnie historia realna wywołuje namiętne emocje, spory i -
przede wszystkim - zaciekawienie. A polityka historyczna może co
najwyżej wywołać ziewnięcie. Znudzenie takie jak to, które odczuwaliśmy
w szkole na łzawych patriotycznych akademiach, gdy dręczono nas patosem
i pustymi frazesami.
Polityka historyczna traktuje odbiorcę jak dziecko, któremu trzeba wbić
do głowy gotowe formułki. Historia realna traktuje odbiorcę jako
dorosłego, dojrzałego partnera do dyskusji.
Polacy to oczywiście książka z gatunku historii realnej. Wiele z zawartych w niej tez i opisanych faktów może szokować, kłóci się bowiem
z narracją przekazywaną nam w szkołach i w mediach. Nie oczekuję jednak,
drogi czytelniku, że we wszystkim będziesz się ze mną zgadzał.
Przeciwnie, jak każda z moich książek, również ta jest zaproszeniem do
debaty.
Polacy są siódmym tomem mojej serii "Opowieści niepoprawne
politycznie". Poprzednie dotyczyły Żydów (dwie części), Sowietów,
Niemców, aliantów i Ukraińców. Wkrótce pojawi się zaś książka Polacy
2. A być może opowieści niepoprawne politycznie o Polakach będą
trylogią.
Znaczna część Polaków to teksty nigdy wcześniej niepublikowane.
Przygotowane specjalnie na potrzeby tej książki. W tomie tym znalazły
się również najciekawsze artykuły i wywiady, które przeprowadziłem przez
dwadzieścia pięć lat mojej pracy publicystycznej.
Niektóre z tych tekstów po raz pierwszy zostały wydane tak dawno, że
zdążyło już wyrosnąć całe nowe pokolenie czytelników. Myślę, że warto je
ocalić przed zapomnieniem. Gazeta na ogół żyje bowiem jeden dzień, a książki są wieczne.
Piotr Zychowicz
Warszawa, kwiecień 2026
1
Napiszmy historię Polski od nowa
Rozmowa z prof. PAWŁEM WIECZORKIEWICZEM, historykiem dziejów najnowszych
i sowietologiem
Czy najnowsze dzieje Polski zostały już w całości opisane? Nie ma w nich
już nic do odkrycia?
Wręcz przeciwnie. Właściwie przyzwoicie nie zostały opisane w ogóle.
Jest w nich nadal wiele niewyjaśnionych zagadek i tajemnic. Wiele
poglądów i teorii, w które wszyscy głęboko wierzymy, nie ma nic
wspólnego z prawdą. W dużej mierze to wina polskich historyków, o których - mówię to z bólem - mam bardzo złe zdanie.
Dlaczego?
To grupa osób o bardzo zachowawczym sposobie myślenia. Nie potrafią
sobie wyobrazić, że w rzeczywistości mogło być inaczej, niż im się
wydaje. A poglądy i teorie wyrabiali sobie, czytając prace swoich
poprzedników pracujących w warunkach komunistycznego zniewolenia. Polscy
historycy to grupa skostniała intelektualnie. Oskarżam polskich
historyków o brak wyobraźni i elastyczności, o niemożność oderwania się
od schematów. A w pokoleniu sześćdziesięciolatków są to schematy
wypracowane w PRL. Wszyscy jesteśmy ich więźniami. Powtarzamy w kółko
stereotypowe, błędne sądy i przekazujemy je naszym wychowankom.
Środowisku polskich historyków potrzebny jest silny, ozdrowieńczy
wstrząs. Może byłby nim proces lustracyjny.
To jaki powinien być dobry historyk?
Powinien być otwarty na nowe koncepcje. Powinien do badanych problemów
podchodzić na nowo, odrzucając wszystko, co napisano w PRL. Powinien
stawiać najbardziej szalone tezy i pytania, bo w szaleństwie jest
zalążek geniuszu. Praca historyka polega na zadawaniu pytań, a nie
powtarzaniu w kółko tych samych odpowiedzi. Mój postulat jest
następujący: wymażmy zupełnie całą pisaną historię Polski po 1939 roku i napiszmy ją od nowa!
Panie profesorze, czym powinni się zająć historycy II wojny światowej?
Przykład pierwszy z brzegu. Grot-Rowecki i jego aresztowanie. Grono
historyków zajmujących się Armią Krajową ze względów
patriotyczno-dżentelmeńskich do dziś nie ujawnia prawdy o tym, jak
generał wpadł w ręce Gestapo. A są ślady, które wskazują na osobę bliską
córce Grota, jej narzeczonego, który miał to zrobić dla pieniędzy. Mało
tego, najrozsądniejsi z oficerów Gestapo wcale nie byli zadowoleni z tego aresztowania. To wcale nie był dla nich - tak jak my twierdzimy -
"wielki sukces". Zatrzymanie dowódcy AK, a co za tym idzie, zamęt i reorganizacja ugrupowania, burzyło bowiem cały system kontroli, jaką
Niemcy sprawowali nad podziemiem.
Kontroli?
Mamy dwie legendy podziemia niepodległościowego. Podziemie podczas II
wojny światowej i podziemie solidarnościowe podczas stanu wojennego.
Przykra prawda jest jednak taka, że jedno i drugie było w 80 procentach
rozpracowane przez policje polityczne.
Dlaczego więc w obu wypadkach nie zlikwidowano tych organizacji?
Ponieważ każda dobra policja polityczna - a zarówno w SB, jak i w Gestapo byli wysokiej klasy fachowcy - uważa, że rozpracowany przeciwnik
jest mniej niebezpieczny, bo niczym nie może zaskoczyć. Można go
kontrolować, a czasami nawet inspirować jego działania poprzez wkręconą
w jego szeregi agenturę (w wypadku "Solidarności" armia TW, których
ujawniono w ostatnich latach, to tylko wierzchołek góry lodowej).
Rozbicie istniejącej struktury podziemnej poprzez masowe aresztowania
powoduje zaś, że przeciwnik podejmuje działalność samorzutną,
nieprzewidywalną. A więc z punktu widzenia służb specjalnych bardziej
niebezpieczną. Z czasem zaś założy nowe struktury, które trzeba będzie
na nowo rozpracowywać. Po co zadawać sobie tyle trudu?
Tak rozumowali Niemcy w okupowanej Polsce?
Owszem. Poza tym w Gestapo znajdowali się też rozsądni ludzie - co nie
zmienia faktu, że byli zbrodniarzami - którzy uważali, iż prędzej czy
później, gdy do Europy zacznie się zbliżać sowiecki walec, trzeba się
będzie z Polakami jakoś dogadać. Pewne niepisane porozumienia i układy
zawierano zresztą i wcześniej. Sprowadzały się mniej więcej do tego, że
obie organizacje robią swoje, ale od pewnego poziomu nie czynią sobie
krzywdy.
A jak wyglądała kwestia infiltracji AK przez Sowiety?
Obawiam się, że jeszcze gorzej. Sowieccy agenci w szeregach polskich
władz i polskiej armii podziemnej mieli wielkie wpływy. Wykorzystywali
to, że AK z czasem zaczęła skręcać mocno w lewo. Polskie podziemie
ostatecznie nie podjęło w końcu działań zgodnych z niemieckimi
interesami, ale z sowieckimi. Choćby nieszczęsna operacja "Burza" z powstaniem warszawskim na czele. Na powstaniu zyskała tylko jedna strona
- Sowiety. Należy sobie zadać pytanie, czy Stalin mógł, a jeżeli tak, to
w jaki sposób, wpłynąć na to, że Warszawa akurat 1 sierpnia 1944 roku
stanęła do walki. Odpowiedź na to pytanie mogłaby się okazać szokująca.
Wstydliwą dla podziemia sprawą jest chyba również kwestia jego budżetu.
O tak, to bardzo niewygodny temat. Z Londynu szedł do kraju strumień
pieniędzy. Znaczna ich część była jednak wydawana na cele prywatne,
czyli po prostu defraudowana. Kolejna część trafiała zaś do kas
rozmaitych partyjek, koterii i grupek. A kto w podziemiu miał pieniądze,
ten rozdawał karty.
W Polsce mamy również skłonność do robienia bohaterów z ludzi, którzy na
to nie bardzo zasługują.
Wiem, do czego pan pije - Sikorski. Rzeczywiście nie był to mąż stanu.
Sytuacja, w której się znalazł, znacznie go przerosła. Abstrahując od
tego, kto i dlaczego go zabił, jako premier i naczelny wódz nie zdał
egzaminu. Ale i wcześniej miał poważne grzechy na sumieniu. Mam o nim
bardzo negatywne zdanie. Myślę, że w okresie międzywojennym był agentem
francuskim, a przynajmniej tak się zachowywał, jakby nim był. Działał na
szkodę państwa polskiego i jako taki powinien zostać prawomocnie
skazany. Udzielał Francuzom bardzo wyczerpujących informacji o polskim
wojsku, w 1938 roku skłonny był te same informacje przekazać Czechom.
Naciskał na Francuzów, żeby żądali dymisji Becka. Zachowywał się niezbyt
pięknie.
A Anders?
Anders również nie był postacią bez skazy i niezbyt się nadaje na
bohatera narodowego. W 1941 roku na Łubiance mówił NKWD wszystko, co
chciała usłyszeć...
Sugeruje pan, że był agentem Stalina lub szedł mu na rękę?
No cóż, po owocach ich poznacie. Anders zrobił trzy rzeczy. Najpierw
wyprowadził we właściwym momencie wojsko z Sowietów. Proszę sobie
wyobrazić, że armia Andersa bije się na froncie wschodnim w kwietniu
1943 roku. Niemcy ogłaszają przez radio, że odkryli masowe groby w Katyniu. I co, Polacy wciąż biją się u boku bolszewików? Oczywiście nie.
Armia Andersa natychmiast przeszłaby na stronę Niemiec. Wyobraża pan
sobie taki zwrot? To by mogło storpedować plany Stalina. Potem Anders
bezsensownie skrwawił wojsko pod Monte Cassino, najbardziej ideowy,
antysowiecki element. A na końcu zrobił wszystko, żeby nikt z Polskich
Sił Zbrojnych na Zachodzie nie wrócił do kraju.
W ten sposób jednak ocalił ich przed kazamatami UB.
Oczywiście. Ale to było także na rękę komunistom i Stalinowi. Bo gdyby
mieli w okupowanej Polsce ze 150 tysięcy żołnierzy z polskiej armii na
Zachodzie, to sowietyzacja naszego kraju mogłaby natrafić na znacznie
większe problemy. W roku 1956 żywioł ten - zakładam, że co najmniej
połowa by przeżyła - mógł się okazać decydujący. Nacisk z ich strony na
konfrontację z Sowietami mógłby być tak silny, że Chruszczow by się
jednak zawahał i nie przysłał do Polski Armii Radzieckiej. W takiej
sytuacji być może już w 1956 roku mielibyśmy rok 1989. Przecież kadra
niepodległościowa była w Polsce tak przetrzebiona i wyczerpana, że rok
1956 robili właściwie komuniści. Plus niedobitki AK, które nie były
zdolne opracować własnej koncepcji politycznej. Gdyby do akcji wkroczyli
andersowcy, historia mogłaby się potoczyć inaczej.
Panie profesorze, czy w swoich analizach nie przecenia pan roli tajnych
agentów i służb?
Historyk, który mówi krytycznie o tak zwanej spiskowej teorii dziejów,
jest historykiem niepoważnym, hołdującym historii dla idiotów lub
prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Jest bowiem historia prawdziwa i historia medialna, fasadowa.
Ta prawdziwa w dużej mierze toczy się za kulisami. A za nimi działają
przede wszystkim tajne służby.
W Polsce także?
Oczywiście. Weźmy choćby sprawę wyjazdu Michnika do Moskwy w 1989 roku...
Panie profesorze... Nie sugeruje pan chyba, że Michnik był agentem?!
Agentem nie był. Zgoda. Był natomiast potężnym graczem, działającym
właśnie za kulisami. W 1989 roku pojechał do Związku Sowieckiego, aby
się dogadać z tamtejszymi towarzyszami ponad głową Jaruzelskiego. Był
zbyt inteligentnym, zbyt ambitnym człowiekiem, aby nie dojść do wniosku,
że sam III RP nie zbuduje i nie zrealizuje swoich koncepcji. Dlatego
próbował podjąć współpracę z Moskwą, ale podkreślam - nie była to
współpraca natury agenturalnej, tylko rodzaj gry politycznej. Michnik
tłumaczył to sobie zapewne mniej więcej tak, że idzie z tymi
progresywnymi, liberalnymi towarzyszami spod znaku Gorbaczowa, żeby
poprawić komunizm. Hasło Michnika i Gorbaczowa było przecież takie samo:
Socjalizm z ludzką twarzą.
Jakie tajemnice kryją dzieje służb specjalnych PRL?
Tysiące tajemnic! W tej sprawie naprawdę mało wiemy. Choćby - wydawałoby
się szalona - sprawa tak zwanych matrioszek, czyli agentów podstawianych
do armii Andersa czy później Berlinga. To jest mniej więcej to samo, co
pokazano w Stawce większej niż życie. Zamiana Kowalskiego na podobnego
do niego Iwanowa. Uczono faceta języka polskiego oraz biografii osoby,
którą miał zastąpić. Sprawę tę pierwszy raz poruszył Piotr Jaroszewicz.
Zaraz potem został zamordowany. Niewykluczone, że dotknął problemu,
który jeszcze w 1992 roku był tak newralgiczny dla rosyjskiego wywiadu,
że trzeba go było uciszyć.
Kto mógł być taką matrioszką?
Być może Bierut, a może nawet Jaruzelski. Nic pewnego na ten temat nie
wiadomo. Są tylko pewne przesłanki.
Brzmi to mało prawdopodobnie.
No cóż, warto by to jednak zbadać. Trzydzieści lat temu jeden z najważniejszych generałów Wojska Polskiego, zastępca szefa Sztabu
Generalnego, na spotkaniu z elewami szkoły oficerskiej po kolejnym
toaście zaczął przemawiać płynnie po rosyjsku. To wzbudziło pewną
konsternację. Generał zauważył, co się stało, i się zmieszał: "Wiecie,
ja z żoną tak rozmawiam w domu i zapomniałem się" - zaczął się
tłumaczyć. Nigdy nie poznamy w pełni historii PRL - zwracał na to uwagę
Edward Ochab w rozmowie z Teresą Torańską - dopóki nie będziemy
wiedzieli, kto w kierownictwie politycznym, jak się wyraził Ochab, był
"ich", a kto był "nasz".
Myślę, że wszyscy - niezależnie od tego, jakim językiem mówili - byli
"ich"...
To prawda. Ale mimo wszystko polscy komuniści mieli jakąś większą lub
mniejszą - na ogół mniejszą - przestrzeń do samodzielnego działania.
Ciekawe jest, jakie były relacje między sowiecką a polską bezpieką.
Jakie wzajemne zależności. Czy UB, a potem SB były bezpośrednio, niemal
z urzędu, podporządkowane NKWD i KGB, czy też polecenia wydawano jakimiś
nieformalnymi kanałami. Jaką rolę w tym procesie odgrywała partia? Czy
służby ją omijały, czy też miała coś do powiedzenia? To bardzo ciekawa
siatka wzajemnych zależności, o której wiemy bardzo mało. A przecież
policja polityczna odegrała główną rolę w spektaklu zwanym PRL.
Niewykluczone, że wszystkie tak zwane wydarzenia, do których dochodziło
w PRL, były prowokacjami służb. Poznań '56, Grudzień '70, Czerwiec '76,
a wreszcie Sierpień '80. W każdym z tych wypadków jest to bardzo
prawdopodobne. My teraz budujemy wokół tamtych wydarzeń patriotyczne
ołtarze, a rzeczywistość mogła być zupełnie inna. Tak samo można zresztą
postawić hipotezę, że powstanie listopadowe było prowokacją, a powstanie
styczniowe to już z pewnością.
Czy są na to jakieś dowody?
Jest mnóstwo przesłanek. Na przykład Radom '76. Rozmawiałem ostatnio z jednym z wysokich radomskich funkcjonariuszy partyjnych z tego okresu. I on nagle zadał mi takie pytanie: Czy nie zwróciło pańskiej uwagi to, że
trzonem wystąpień była załoga Waltera, zakładów produkujących sprzęt
wojskowy, w których 25 procent ludzi było na etatach kontrwywiadu, a cała reszta była w zasadzie zmilitaryzowana? Cała kadra tych zakładów,
łącznie ze zwykłymi robotnikami, składała się z najbardziej zaufanych
ludzi! I oni by się nagle zbuntowali? Mój rozmówca przeglądał potem wraz
z radomskimi milicjantami zdjęcia z zamieszek i okazało się, że
najbardziej agresywni przywódcy tłumów to były osoby w Radomiu nigdy
wcześniej niewidziane. To samo powtórzyło się później w Gdańsku.
Rozumiem, że skłania się pan do tezy, że upadek komunizmu był operacją
służb specjalnych?
Tak. Wiele źródeł wskazuje, że była to gigantyczna, przemyślana i kontrolowana operacja. W szczegółach oczywiście mogła się wymknąć spod
kontroli, bo każda taka akcja ma swoją dynamikę. Ale ostatecznie
wszystko się udało. Celem służb było bowiem zachowanie kontroli nad
finansami podczas transformacji ustrojowej. Następnie zaś dzięki tym
pieniądzom oraz powiązaniom i doświadczeniu przejęcie kontroli nad
państwami byłego imperium i nowo powstałą Rosją.
Dlaczego komunistyczne służby miałyby coś takiego zrobić?
KGB doszło do wniosku, że należy położyć kres istnieniu pasożyta, za
jaki uważało partię. Przecież organizacja ta stała się całkowicie
zbędnym czynnikiem. Służby były tak potężne, że za pomocą zakulisowej
gry mogły doskonale same kontrolować imperium. Mieć władzę i zarabiać
pieniądze. Aby to jednak osiągnąć, trzeba było usunąć komunistów. Już
wcześniej ludzie, którzy kierowali bezpieką - Jeżow, Beria i inni -
próbowali zrobić mniej więcej coś podobnego. Stalin, a później
Chruszczow potrafili się jednak obronić.
Jeżeli przyjąć pana tezę, to jak ta operacja przebiegała w Polsce?
Rezydent sowieckiego wywiadu w Polsce generał Pawłow - notabene jeden z najmądrzejszych ludzi w KGB - w pamiętnikach pisał, że już w połowie lat
siedemdziesiątych dostał polecenie z Moskwy, żeby zaprzestać budowy
agentury sowieckiej w partii władzy. Nie miało to już sensu. Kazano mu
zabrać się do opozycji, która być może kiedyś przejmie władzę. Agentura
umieszczona wewnątrz "Solidarności" zostaje odpowiednio poinstruowana,
służby rozgrywają swoją partię. A potem już idzie samo: Okrągły Stół,
wybory, wyprowadzenie sztandaru PZPR i utworzenie nowego układu. Z ludźmi bezpieki na górze, a właściwie w cieniu. Czyli to, o czym
mówiłem: fasadowa historia i prawdziwe ośrodki decyzyjne, o których
zwykły śmiertelnik nic nie wie. Dzisiejsze partie polityczne mogą być
nie tylko zinfiltrowane, ale nawet stworzone przez sowiecki, a później
rosyjski wywiad. I nie muszą to być partie lewicowe.
Czyli służby naszego wschodniego sąsiada wciąż działają na wielką skalę
w naszym kraju?
To były i są najlepsze, najbardziej sprawne służby na świecie. Służby,
które łączą bezwzględność z wielkimi koncepcjami i potrafią patrzeć
daleko do przodu. Jak pisał Bułhakow: dokumenty nie płoną. Wszelkie
palenie akt to zwykły teatr. Niszczy się zawsze jakieś duplikaty,
bezwartościowe kwity administracyjne i tym podobne rzeczy. To, co
najważniejsze, co ma prawdziwe znaczenie - zawsze się zachowuje. W wypadku PRL - w Moskwie. Nie jest tajemnicą, że kopie akt polskiej
bezpieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś
kontrolują wielu agentów. Agentury tej prędko nie odkryjemy. Dopiero
teraz, po sześćdziesięciu-siedemdziesięciu latach, z trudem dokopujemy
się do prawdy o sowieckiej agenturze w II Rzeczypospolitej. Ale warto
mieć świadomość, że tacy ludzie u nas działają. I to na najwyższych
szczeblach. Należy o tym pamiętać, zawsze gdy dochodzi do jakichś
konfliktów czy sporów polsko-rosyjskich. Należy się wówczas uważnie
wsłuchać w debatę publiczną: artykuły prasowe, wypowiedzi polityków. Od
razu widać, kto reprezentuje rosyjski punkt widzenia.
PAWEŁ WIECZORKIEWICZ był profesorem Instytutu Historycznego Uniwersytetu
Warszawskiego. Specjalizował się w dziejach Rosji i Związku Sowieckiego,
historii wojskowości oraz najnowszej historii Polski. Autor wielu
książek i artykułów. Wydał między innymi Kampanię 1939 roku (2001),
monumentalne dzieło Łańcuch śmierci. Czystka w Armii Czerwonej 1937-1939
(2001) oraz Historię polityczną Polski 1935-1945 (2005). Zmarł w 2009
roku.
Źródło: "Rzeczpospolita", 27 marca 2009
2
Powstania wywołała lewica?
Rozmowa z ADAMEM ZAMOYSKIM, polsko-brytyjskim historykiem i publicystą
specjalizującym się w dziejach Polski i Europy XIX wieku
Dlaczego uczestnicy polskich dziewiętnastowiecznych powstań opatrywali
je mianem rewolucji?
Ponieważ wytworzony w tej epoce polski patriotyzm był zjawiskiem
lewicowym. Powstańcy nie walczyli tylko o wolność Polski, ale także o wyzwolenie niższych klas społecznych. I włączenie ich do nowoczesnego
narodu.
Kiedy dokładnie ten patriotyzm powstał?
Pod koniec XVIII wieku. Zawiązana w 1768 roku konfederacja barska była
jeszcze zrywem narodu szlacheckiego wielonarodowej Rzeczypospolitej.
Rewolucja kościuszkowska z 1794 roku była już zjawiskiem odmiennym. To
rewolucja narodu polskiego, w którą próbowano wciągnąć niższe warstwy
społeczeństwa, uświadamiając je narodowo. Nie przez przypadek Kościuszko
wydał Uniwersał połaniecki nadający wolność osobistą chłopom.
Nie przez przypadek nosił też sukmanę.
Rewolucja kościuszkowska była tworem Ignacego Potockiego, Hugona
Kołłątaja i całej formacji radykałów zarażonych jakobinizmem. Ci ludzie
chcieli przeprowadzić dokładnie taki sam eksperyment, jaki
przeprowadzono w rewolucyjnej Francji. Czyli stary monarchiczny ład
zastąpić nowym porządkiem - stworzyć naród polski i Polaków. Tak jak we
Francji po obaleniu monarchii stworzono naród francuski i Francuzów.
Wszystkie kolejne dziewiętnastowieczne powstania oparte były na tym
samym założeniu. Wszystkie próbowały zachęcić do walki o Polskę chłopów,
nie zważając na to, że nie mają oni na to ochoty.
Czyli powstania były lewicowe?
Nie ma wątpliwości. Polska prawica, a więc sfery konserwatywne, które
identyfikowały się z dawną Rzecząpospolitą Obojga Narodów i starym
porządkiem społecznym, zawsze sprzeciwiały się powstaniom. Próbowały je
powstrzymać. Ludzie ci mieli zupełnie inną koncepcję. Działali metodą
ewolucyjną, a nie rewolucyjną. Żmudnie budowali polską siłę, starając
się unikać konfrontacji z zaborcami, która wobec szczupłości własnych
sił musiała się zakończyć klęską.
Zacznijmy od początku, czyli od oświecenia.
Rzeczywiście, od tego się zaczęło. Zwolennicy tego nurtu uważali, że
człowiek dojrzał. Nauczył się badać naukowo świat, w którym żyje.
Dokonał odkryć fizycznych, które podważyły całe Pismo Święte. Na Biblii
opierał się zaś ustrój wszystkich państw ówczesnej Europy. Król rządził
dlatego, że był pomazańcem Bożym, każda instytucja - prawodawcza,
sądownicza czy oświatowa - uznawała, że wszystko pochodzi od Boga.
Zwolennicy oświecenia doszli więc do wniosku, że skoro Biblia jest jedną
wielką bzdurą, to bzdurą są również te instytucje. Zaczynając od króla i biskupa, a kończąc na zwykłym nauczycielu i proboszczu. Cały porządek
społeczny to nonsens...
...i trzeba go zastąpić czymś nowym.
Właśnie. Ci ludzie uznali, że potrafią lepiej urządzić świat, niż zrobił
to Bóg. Że stworzą idealne społeczeństwo, raj na ziemi. Plany były
rozmaite i często groteskowe. Byli na przykład zwolennicy wprowadzenia
wolności obyczajowej i dzielenia się partnerami seksualnymi. Według
innego projektu miał zostać powołany specjalny administrator, który
selekcjonowałby ludzi...
Pachnie totalitaryzmem.
Naturalnie. Zasada była ta sama. Człowiek uważał, że może stworzyć
utopijne zasady, którymi uszczęśliwi ludzkość. Oświecenie trwało przez
cały wiek XVIII i początkowo było niegroźne. Intelektualiści, masoni i liberalni arystokraci po prostu toczyli ze sobą namiętne debaty
filozoficzne. Kościół i tron zwalczały te tendencje, ale niezbyt
stanowczo. Był to bowiem margines, bardzo cienka warstwa. Sytuacja
zmieniła się pod koniec XVIII wieku.
Dlaczego?
Ponieważ ideały oświecenia zaczęły być wprowadzane w życie. W 1789 roku
padła Bastylia, pomazaniec Boży król Francji został skrócony o głowę,
cały dotychczasowy porządek został w tym kraju wywrócony do góry nogami.
Społeczeństwo kastowe zostało zniszczone, zastąpił je naród. To on miał
teraz rządzić. Rewolucja francuska była wydarzeniem przełomowym dla
Europy. Zwolennicy oświecenia uznali, że świat się zmienia i ich państwa
muszą iść śladem Francji. Zwolennicy starego ładu poczuli się zagrożeni
i postanowili nie dopuścić do tego, by epidemia zainfekowała ich kraje.
Jedną z takich osób była caryca Katarzyna II?
Tak, gdy w 1792 roku jej armia wkroczyła do Polski, ogłosiła, że robi to
po to, by zniszczyć jakobińską Konstytucję 3 maja. Co ciekawe,
konstytucja ta wcale nie była taka radykalna. Stanowiła dość udaną próbę
ewolucyjnej zmiany Rzeczypospolitej, poprawienia wad starego systemu.
Było to w końcu dzieło króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który
wywodził się ze stronnictwa Familii, a więc obozu reformatorskiego, ale
nie rewolucyjnego. Obóz ten nie chciał, aby Rzeczpospolita poszła śladem
Francji, ale raczej śladem Anglii. Czyli w stronę monarchii
konstytucyjnej. Przerażona wydarzeniami w Paryżu Katarzyna II w każdej
zmianie widziała jednak jakobinizm.
Lecz wpływy francuskie były w Polsce silne.
"O Francuzi, pierwszy narodzie świata, jesteśmy waszymi uczniami" -
mówił w 1792 roku publicysta i poeta Wojciech Turski. Wielu Polaków
rzeczywiście było zafascynowanych tym, co się dzieje w Paryżu. Na
ulicach Warszawy demonstracyjnie noszono trójkolorowe kokardy, uznawane
za barwy rewolucji. Należy jednak pamiętać, że była i druga strona.
Prawica.
Na przykład targowica...
Konfederację targowicką zawiązała grupa - przepraszam za mocne słowo -
idiotów. To byli ludzie intelektualnie ograniczeni. Działali jednak bez
wątpienia z pobudek patriotycznych. Uważali, że reformy 3 maja niszczą
tradycyjną Rzeczpospolitą Obojga Narodów i jedynym sposobem na zbawienie
ojczyzny jest powrót do tradycji. Bez wątpienia mieli rację, gdy mówili,
że wprowadzenie konstytucji dokonało się za pomocą przeprowadzonego
zamachu stanu.
Król przeprowadził zamach stanu przeciwko samemu sobie?
Nie, przeciwko systemowi. Konstytucja 3 maja dawała mu bowiem więcej
władzy. Wprowadzono ją gwałtem, nielegalnie, zwołując Sejm, gdy połowa
posłów była poza Warszawą. Targowiczanie tego nie akceptowali. Nie
rozumieli oczywiście, że stali się narzędziem w rękach Rosji, która przy
ich pomocy realizowała swoją imperialną politykę. Można więc
targowiczanom zarzucić głupotę, ale na pewno nie zdradę. A już na pewno
nie byli "wrogami ludu", jak określiła ich polska lewica rewolucyjna.
Dla lewicy zresztą zawsze ten, kto się z nią nie zgadza, jest "wrogiem
ludu", którego należy tępić. Tak było w wypadku jakobinów i tak było w wypadku bolszewików.
Targowiczanie weszli przecież do Polski pod ochroną rosyjskich bagnetów.
To nie jest zdrada?
No cóż, Sejm Czteroletni, który uchwalił Konstytucję 3 maja, został
zawiązany pod ochroną bagnetów pruskich.
Wróćmy do polskiej reakcji na interwencję Katarzyny i rozbiory.
W 1794 roku wybuchła wspomniana już rewolucja kościuszkowska. Warszawski
motłoch przystąpił do grabieży i wieszania "wrogów ludu" - biskupów i arystokratów. W stolicy zapanowało bezprawie. W tym miejscu trzeba oddać
Kościuszce sprawiedliwość - szybko opanował sytuację i wprowadził
względny porządek.
Porozmawiajmy teraz o rozbiorach...
Mocarstwa zaborcze ogłosiły światu, że w organizm Rzeczypospolitej wdała
się gangrena. A najlepszym sposobem na ratunek przed zakażeniem
sąsiednich organizmów jest amputacja.
Trochę to nielogiczne.
Oczywiście, to w dużej mierze był tylko pretekst do zwykłej aneksji
terytorium sąsiada. Jednakże po upadku Bastylii na europejskich dworach
rzeczywiście zapanowała histeria. Były jezuita abbé Augustin Barruel w swoim dwutomowym dziele Mémoires pour servir a l'histoire du
jacobinisme stawiał tezę, że na terenie całej Europy istnieje tajne
sprzysiężenie rewolucjonistów zrzeszające 300 tysięcy zaprzysiężonych
spiskowców, którzy mieli się czaić na każdym kroku. Jego celem było zaś
obalenie wszystkich rządów - i królów, i księży. Ludzie to czytali,
wierzyli i uważali, że siedzą na wulkanie, który lada moment może
wybuchnąć. Gdy więc w Polsce rozpoczęły się zmiany, monarchowie
ościennych państw postanowili działać.
W efekcie Polska zniknęła z mapy Europy i stała się natchnieniem lewicy
całego świata. "Polska jest wszędzie tam, gdzie ludzie walczą o wolność"
- mówił cytowany w pańskiej książce Święte szaleństwo radykał Józef
Sułkowski.
Polska stała się symbolem walki ze starym porządkiem i z monarchiczną
opresją. Przez cały wiek XIX na każdym spotkaniu socjalistów w Wielkiej
Brytanii musiał być jakiś Polak. Ulubionym zawołaniem zrewoltowanych
tłumów Paryża stało się zaś Vive la Pologne! Polska była Che Guevarą
tamtej epoki.
Wkrótce Europa została podpalona przez "Robespierre'a na koniu", czyli
cesarza Francuzów (a nie Francji!) Napoleona.
Gdzie byli wtedy Polacy? Oczywiście u jego boku. Tu łączyły się dwa
czynniki. Napoleon wszędzie, gdzie wkraczał, niszczył dotychczasowy
porządek, ale przecież w Polsce ten porządek był obcy, zaborczy. Walka o wolność znowu łączyła się więc z hasłami radykalnymi. Ponownie też nie
było jednomyślności. Napoleon cieszył się szaloną popularnością w zaborze pruskim, gdzie bardzo wielu chłopów było już uwłaszczonych.
Natomiast gdy w 1812 roku wkroczył na Litwę, wśród tamtejszej szlachty
zapanowało prawdziwe przerażenie. Bano się bowiem, że wprowadzi
rewolucyjne reformy włościańskie. W tym miejscu ciekawostka: pułki
polskie idące u boku Wielkiej Armii na Moskwę nie miały kapelanów
polowych.
Upadek Napoleona niewiele zmienił w nastawieniu polskich radykałów.
Mickiewicz wierzył, że Polacy przyniosą wolność nie tylko swojej
ojczyźnie, ale także wszystkim uciśnionym ludziom na świecie. Pod
wpływem podobnych prądów wielu młodych, znudzonych i sfrustrowanych
Polaków radykalizowało się i zawiązywało tajne sprzysiężenia. Na czele
ze słynnym Wolnomularstwem Narodowym. Ci ludzie nie widzieli dla siebie
przyszłości. W systemie państw zaborczych mieli ograniczone możliwości
kariery, nie mieli jak wyładować energii. Rewolucja ich przyciągała.
Piotr Wysocki?
Rok 1830 obfitował w wydarzenia. Doszło do rewolucji we Francji, do
rewolucji w Belgii, aż w końcu eksplodowała Warszawa. Niewielka grupa
nieodpowiedzialnych młodych radykałów - ze wspomnianym Wysockim na czele
- wyszła z bronią na ulice. Doszło do krwawej ruchawki, do której
włączył się motłoch. Motłochowi rozdano broń i nastąpił całkowity chaos.
Zabójstwa, grabieże, wyrównywanie rachunków. Gdy starzy konserwatywni
generałowie próbowali powstrzymać to szaleństwo, zostali zamordowani.
W końcu jednak sytuację opanowano.
Tak, polska prawica błyskawicznie przejęła kontrolę nad Warszawą. Do
akcji weszli tacy ludzie jak Franciszek Drucki-Lubecki, książę Adam
Czartoryski, generał Józef Chłopicki. Odsunęli lewicę na boczny tor i szybko posprzątali cały bałagan. Odebrali motłochowi broń i zaprowadzili
porządek na ulicach. A następnie wysłali posłów do Mikołaja I z prośbą o puszczenie całej sprawy w niepamięć, uznanie jej za niebyłą. Gdyby car
się wówczas zgodził, nie byłoby żadnego powstania ani wojny
polsko-rosyjskiej. Królestwo Polskie przetrwałoby w niezmienionej
formie.
Dlaczego car się nie zgodził?
Ponieważ - podobnie jak wcześniej Katarzyna - uważał, że ruchawka w Warszawie to element wielkiego rewolucyjnego spisku. Że z podziemi
wyszli rewolucjoniści i podpalili część jego imperium. Car się domagał,
żeby Polacy przyszli do niego na kolanach. Na to oczywiście nikt nie
chciał się zgodzić. Nawet ci konserwatyści, którzy uważali rewolucję
listopadową za absurd, żądanie cara potraktowali jako obrazę honoru
Polaków. W ten sposób, przez całkowity przypadek, doszło do idiotycznej
wojny polsko-rosyjskiej, której nie chciał nikt oprócz garstki
lewicowców, bo przecież gdyby Polacy chcieli, to by tę wojnę z Rosją
wygrali. Zabrakło jednak determinacji.
Co się wtedy działo w Paryżu?
Rozszalały lud wznosił barykady i domagał się, aby Francja natychmiast
przyszła na pomoc walczącej o wolność Polsce. Omal nie zlinczowano
wówczas francuskiego ministra spraw zagranicznych. Francja nie pomogła,
ale do Polski ściągnęli z całej Europy ochotnicy, oczywiście
ultralewicowcy.
A powstanie, rzecz jasna, skończyło się klęską.
Polska zaś znowu przez kolejne kilkadziesiąt lat była natchnieniem
lewicy. Karol Marks uważał naród polski za naród rewolucyjny. Za
bojowników o nowy wspaniały świat uwolniony z oków monarchii, ucisku
klasowego i religijnego. Polacy udowadniali to na polach bitew. Można
ich było znaleźć w szeregach rewolucjonistów całego świata. Bili się na
Węgrzech, w Meksyku, pod komendą słynnego Simóna Bolívara "wyzwalali"
Amerykę Południową spod władzy monarchii hiszpańskiej.
Kolejna okazja do walki u siebie nadarzyła się w 1863 roku.
To jest przykład modelowy. Powstanie styczniowe zostało wywołane przez
"czerwonych", grupę radykalnej młodzieży. Spiskowcy nie mieli broni,
plan był absurdalny, szanse na powodzenie zerowe. W tym wypadku
zadecydował zresztą interes własny. Młodzieży tej groziła bowiem branka
do rosyjskiego wojska, której za wszelką cenę chciała uniknąć. Poszła
więc do lasu. Nie myślała jednak, co się stanie z narodem. W tamtej
chwili obchodził ją przede wszystkim los własny.
Co na to polska prawica?
Prawica była skupiona w ziemiańskim obozie "białych". Jego członkowie
starali się powstrzymać powstańczą katastrofę, dokładnie tak jak ich
poprzednicy w roku 1830. Znowu jednak radykałowie okazali się silniejsi.
Powstanie szybko objęło cały kraj i wciągnęło do walki "białych", którzy
od początku byli mu przeciwni. Dla konserwatystów polskich przekonanie
"czerwonych", że chcieć znaczy móc, było absurdalne. Oni uważali, że
przed każdą akcją należy dokonać bilansu sił, mieć szanse na powodzenie.
Tak jak przewidywała prawica, powstanie upadło. Statek z bronią dla
powstańców wysłany przez Karola Marksa nie dopłynął do celu.
Niedobitki powstańców ściągnęły zaś do Paryża. Symboliczną postacią jest
Jarosław Dąbrowski, jeden z przywódców "czerwonych", człowiek, który w dużej mierze ponosił odpowiedzialność za wybuch powstania. W 1871 roku
walczył on na barykadach francuskiej stolicy jako głównodowodzący Komuny
Paryskiej. I poszedł na śmierć. Rozumiał bowiem, że jego sprawa jest
stracona. Że to wszystko było jedną wielką iluzją. Myślał, że walczy o wielką sprawę, a wokół siebie znowu zobaczył rabujący i mordujący
motłoch. To symbol końca walki kilku pokoleń błędnych rycerzy rewolucji.
Jednak przecież ta historia wcale się nie kończy w 1871 roku. Wkrótce
pojawił się kolejny błędny rycerz, który podjął pod czerwonym sztandarem
walkę o niepodległość Polski.
Oczywiście Józef Piłsudski! To bardzo ciekawy przypadek. W całej Europie
w drugiej połowie XIX wieku owi błędni rycerze zeszli ze sceny. Zostali
zastąpieni przez nowe pokolenie rewolucjonistów: ludzi wyzutych z wszelkich skrupułów, którzy nie chcieli już umierać za sprawę, ale
chcieli dla sprawy mordować. W ten sposób właśnie narodziły się
bolszewizm i niemiecki narodowy socjalizm. Jest taka scena, kiedy
Aleksandr Hercen spotyka w Genewie rosyjskich rewolucjonistów młodego
pokolenia. I oni mówią mu, że aby dokonać przewrotu, należy skrytobójczo
mordować carów i ministrów, stosować bezwzględny terror. Hercen jest
przerażony. Pisze do przyjaciela, że zobaczył "syfilis naszych
rewolucyjnych żądz". Wszędzie na świecie rewolucjoniści stali się
terrorystami. Tak było w Irlandii, Rosji, na Bałkanach.
A w Polsce?
U nas zostało po staremu. Nasi lewicowcy wciąż uważali, że zamiast dźgać
nożem i rzucać bombami, lepiej umrzeć na koniu z szablą w dłoni. Tak
właśnie myślał Piłsudski, choć i on przecież miał w swoim życiorysie
epizody terrorystyczne. Ostatecznie jednak historia się powtórzyła.
Znowu socjalista pociągnął za sobą do boju całą szlachtę.
Pańskie tezy dla wielu Polaków mogą być zaskakujące.
Pewien mój znajomy, wybitny i bardzo inteligentny dyplomata, po
przeczytaniu Świętego szaleństwa powiedział, że jest to najbardziej
prawicowa książka, jaką kiedykolwiek czytał. A zaraz potem dodał:
"Zamordują za to pana".
ADAM ZAMOYSKI to światowej sławy polski historyk mieszkający w Wielkiej
Brytanii. W Polsce ukazały się między innymi następujące jego książki:
Orły nad Europą, Polska, 1812. Wojna z Rosją, Chopin, Napoleon. Człowiek
i mit, Święte szaleństwo i Urojone widmo rewolucji.
Źródło: "Historia Do Rzeczy", czerwiec 2015
3
Jak Polacy okupowali Hiszpanię
Rozmowa z dr. ANDRZEJEM NIEUWAŻNYM, historykiem, znawcą epoki
napoleońskiej i stosunków polsko-francuskich w XIX wieku
Ilu Polaków walczyło w wojskach Napoleona w Hiszpanii?
Około 30 tysięcy. Pochodzili z wywodzącej się po części jeszcze z włoskich Legionów Dąbrowskiego Legii Nadwiślańskiej, zmobilizowanej w kraju Dywizji Księstwa Warszawskiego i pułku szwoleżerów. To właśnie ci
ostatni 200 lat temu brali armaty pod Somosierrą.
Kim byli szwoleżerowie?
Ochotnikami, w 95 procentach szlachcicami, którzy niespecjalnie
przejmowali się wolnościowymi aspiracjami Hiszpanów. Choć ich rozumieli.
Najważniejsza była służba Napoleonowi, który złożył obietnice dotyczące
przyszłości ich ojczyzny. Pamiętajmy też, że wojna zdawała się młodym
ludziom przygodą. "Woyna bardzo jest zabawna, iednego dnia tańcujemy, a drugiego się bijemy" - pisał z Hiszpanii do mamy Stanisław Hempel.
Dość krwawą przygodą.
Tak, ale z tego zdali sobie sprawę później. Wieszanie chłopów za to, że
nie oddają armii kontyngentów, rzeczywiście nie było wojaczką, o jakiej
marzyli. Ale ta refleksja przyszła z czasem. Zwłaszcza w latach
1810-1811, gdy część szwoleżerów wróciła do Hiszpanii. Ten drugi pobyt
był już typową okupacją, a działania bojowe polegały głównie na
zwalczaniu partyzantki. Przypominało to dzisiejsze misje w Iraku i Afganistanie.
Czy Polacy popełniali zbrodnie wojenne?
W Hiszpanii odznaczyli się lansjerzy nadwiślańscy, najlepszy polski
pułk. Prawdziwi zawodowcy. To oni w 1811 roku pod Albuherą rozbili
angielskie czworoboki. Ale za Pirenejami pełnili też funkcję kastetu,
który likwidował oddziały partyzanckie. Jak każda wojna podjazdowa była
to wojna brudna. Dla pozyskania informacji używano wszelkich środków.
Podporucznik szwoleżerów Andrzej Niegolewski, skądinąd szlachetny młody
człowiek, pisał, że schwytany przed somosierską szarżą Hiszpan "tą razą
niepotrzebnie bał się o swoje życie". Dlaczego "tą razą"? Bo w innych
wypadkach jeńców zabijano. Dziś, z perspektywy obu wojen światowych, nie
ma się co oburzać. Taka jest wojna.
Czy katolicyzm Polaków miał podczas wojny w Hiszpanii jakieś znaczenie?
Znamy przypadki, gdy rannym, wziętym do niewoli szwoleżerom życie
ratował szkaplerz czy krzyż zawieszony na szyi. Ze względu na swoją
wiarę Polacy zachowywali się również lepiej w stosunku do kościołów czy
księży. Hiszpanie to zauważali.
Ale przecież symbolem tej wojny stał się dla Hiszpanów szwoleżer pod
Somosierrą tnący z siodła mnicha zasłaniającego się krzyżem.
W Saragossie nadwiślańczycy zabijali bez wahania uzbrojonych duchownych.
Pod Somosierrą mnisi raczej nie strzelali, ale domalowywano ich później,
za co zresztą weterani bardzo się gniewali. Artysta chętnie używa
mocnych symboli. A cóż jest mocniejszego niż mnich broniący katolickiej
Hiszpanii przed niewierzącym Francuzem...
...albo przed wierzącym Polakiem. Katolicy walczący o niepodległość
własnej ojczyzny tłumili podobne dążenia współwyznawców.
Powtarzam: to było wojsko. A wojsko ma wypełniać rozkazy. I jeżeli na
drodze stanie przeciwnik - hiszpański, angielski czy każdy inny - to
należy go pokonać. Dylematy osobiste muszą ustąpić przed żołnierskim
obowiązkiem.
Przedstawia pan szwoleżerów jako zimnych profesjonalistów. Tymczasem
szarża pod Somosierrą przeszła do historii jako czyn wyjątkowo
brawurowy, niemal szaleńczy. Tak nie zachowują się profesjonaliści.
30 listopada 1808 roku, gdy 3. szwadron pod dowództwem Kozietulskiego
stanął u wjazdu do somosierskiej "ciaśniny", nie było wśród tego młodego
wojska zimnych zawodowców! Niemal dla wszystkich szarża ta miała być
pierwszym bojem. Szli do niej pełni zapału młodzieńcy, wyszkoleni tylko
w podstawowej taktyce, służbie polowej, patrolach itd. Zawodowcami mieli
dopiero zostać.
Czym była więc Somosierra? Cudem? Patriotycznym zrywem młodych serc?
Nie mieszajmy poezji z realiami. Nikt do końca nie wiedział, co czeka na
Napoleona pod Somosierrą. To był koniec listopada, była duża mgła,
kolejne baterie ustawione przez Hiszpanów na drodze znajdowały się za
zakrętami i były niewidoczne. Pierwotnym celem francuskich ataków było
zajęcie pierwszej, najsilniejszej baterii. Atakująca pod górę piechota
nie mogła sobie jednak poradzić i zirytowany Napoleon zdecydował się na
szarżę jazdy.
Polacy nie zatrzymali się jednak na pierwszej baterii.
Mimo strat, gęstego ognia nieprzyjaciela i szoku po pierwszej salwie
szwoleżerowie zdołali zająć pierwszą baterię. A widząc uciekających
Hiszpanów, poszli za ciosem. I mimo kolejnych strat zdobyli następne
trzy baterie. Szarża pod Somosierrą nie była więc wcale szaloną
galopadą, w której wszyscy krzyczeli "Hura!" i stojąc w strzemionach,
pędzili na wroga w uniesieniu. Główną zasługą tych młodzieńców było to,
że po kilku kryzysach - a zdarzyły się przynajmniej dwa - zbierali się
do kupy i kontynuowali natarcie.
Szwoleżerowie spanikowali?
Nastąpiło załamanie ataku po pierwszej salwie, po pierwszym prochu, jaki
powąchali. Ściśnięci na drodze czwórkami Polacy zatrzymali się,
niektórzy stracili głowę. Potłuczony Kozietulski wygrzebał się jednak
spod zabitego konia i opanował sytuację. Sam już nie pojechał dalej, ale
szarża dzięki niemu znów ruszyła. Gdy dojechali na szczyt i zaczął
ustępować bitewny amok, zdali sobie sprawę, że stało się coś
niezwykłego, że był to bardzo nietypowy atak. Niezwykła była też
atmosfera: wspaniały krajobraz, dynamika szarży, świadomość, że wszystko
działo się na oczach cesarza.
Ilu zginęło?
Było 24 zabitych i śmiertelnie rannych, a ciężej rannych około 60
spośród ponad 200 atakujących w pierwszej fali. Wielu było
kontuzjowanych po upadku z konia.
Bitwa ta zapewne nie przypominała późniejszych obrazów, na których
Polacy w pięknych mundurach umierają z uśmiechem za cesarza?
Malowano ich w mundurach paradnych, ale oni atakowali, mając zakryte
karmazynowe wyłogi, płaszcze zrolowane przez pierś i czapki z czarnymi
pokrowcami.
Czy wiadomo, co powiedział Napoleon, gdy przybył do zdobytych baterii?
Dla zawodowego wojskowego fakt, że najmłodszy oddział jego gwardii,
uważany za rodzaj cudzoziemskiej maskotki, dokonał takiego wyczynu, był
z pewnością pozytywnym zaskoczeniem. Dał to Polakom odczuć. Zgodnie z przekazem miał powiedzieć: "Jesteście godni mojej Starej Gwardii".
Myślę, że tak było. Napoleon umiał chwalić dzielnych żołnierzy.
Dlaczego Napoleon posłał Polaków do Hiszpanii, odciągając ich od
Księstwa Warszawskiego, które wkrótce zostało zaatakowane przez Austrię?
Polacy wyruszyli do Hiszpanii w roku 1808, gdy nikt nie przewidywał, że
wiosną 1809 wybuchnie wojna w Księstwie. Dla Napoleona wojska
cudzoziemskie były klockami do przesuwania na mapie. W Hiszpanii byli
nie tylko Polacy, ale także Włosi, Szwajcarzy, Badeńczycy czy Hesi.
Mięso armatnie, którym się dysponuje. Napoleon nie miał więc jakiegoś
świadomego zamysłu, żeby wykorzystać (a tym bardziej wygubić) Polaków.
Wziął ich na żołd i używał tam, gdzie potrzebował.
Miał chyba jednak skłonność do wykorzystywania Polaków do brudnej
roboty, żeby wymienić tylko słynne San Domingo. Najlepiej oddał to
Żeromski w Popiołach. Ludzie, którzy chcieli walczyć o wolność Polski,
musieli tłumić wolność innych narodów.
Szeregowi legioniści, których potem wysłano na San Domingo, nie uważali,
że biją się za jakąś "wolność Polski". To byli galicyjscy chłopi,
których Austria wcieliła do wojska, a Francuzi wzięli do niewoli. Nie
przypisujmy im rozwiniętej świadomości narodowej, a zwłaszcza narodowego
mesjanizmu. Najczęściej uważali się za "ludzi cesarskich". Dopiero w Legionach patriotyczni, szlacheccy oficerowie uczyli ich, że są
Polakami. Na pewno większość wolała służyć pod polską komendą. Do swego
losu podchodzili jednak z fatalizmem - to chłopska rzecz służyć i umierać. Jaki mieli wybór - znów austriackie kamasze czy cywilne
poddaństwo?
Ale część Polaków na San Domingo przeszła na stronę walczących o wolność
Murzynów.
Niektórzy tak. Motywy były zresztą różne, nie wykluczając zmęczenia i obrzydzenia "brudną" wojną w zabójczym klimacie. Konsularna Francja
przywróciła niewolnictwo, toczyła wojnę w kolonii i trzeba było kogoś
tam posłać. Do dyspozycji byli "niepotrzebni" już w Europie Polacy i Napoleon ich do tego wykorzystał. A jak to bywa z wojnami kolonialnymi,
armia okupacyjna wyginęła. Narodowe i wolnościowe dylematy częściej
targały wykształconymi oficerami, ale przecież wielu z nich pojechało na
San Domingo ochotniczo.
San Domingo kłóci się z wyidealizowanym przez zakochanych w nim Polaków
obrazem Napoleona marzącego o odtworzeniu niepodległej Polski.
Oczywiście. Pamiętajmy jednak, że do 1807 roku nie było żadnej sprawy
polskiej, a i później była ona ważnym, ale tylko jednym z wielu
czynników polityki europejskiej. Napoleon prowadził politykę francuską,
a nie polską, i w sprawy Polaków angażował się niechętnie. Wiedział
bowiem, że popierając tę moralnie słuszną sprawę, wchodzi w konflikt z trzema supermocarstwami: Austrią, Rosją i Prusami. Nie mógł zaś dla
Polski narażać interesów Francji. Nawiasem mówiąc, i tak je naraził.
Choć nie za darmo.
Nasi żołnierze przelewali za niego krew, a on zobowiązał się wobec
Rosji, że nie użyje nazwy "Polska", i tak powstało Księstwo Warszawskie.
To już w 1815 roku Aleksander I dał nam więcej, restaurując Królestwo
Polskie.
A czy Napoleon miał jakiś interes w tym, żeby na mapie znalazło się
słowo "Polska"? Sama nazwa, choć symbolicznie ważna, pozostaje nazwą.
Czy Królestwo Polskie (1815-1830) było bardziej polskie niż Księstwo
Warszawskie? Pamiętajmy, że w Księstwie wojskiem dowodził Polak (książę
Józef Poniatowski), a w Królestwie Rosjanin (wielki książę Konstanty).
Księstwo było państwem o polskim języku konstytucyjnym, polskich
symbolach, wprawdzie z prefektami, francuskim prawem cywilnym i saskim
władcą, ale o ograniczonych obcych wpływach.
Przecież to było państwo satelickie wobec Cesarstwa Francuskiego.
A Królestwo Polskie, mając rosyjskiego cara za polskiego króla, nie było
państwem satelickim? Pokolenie dotknięte traumą rozbiorów rozumiało
zresztą, że samodzielność nie jest możliwa. A poza tym, dyskutując na
temat sprawy polskiej początku XIX wieku, zapytajmy: kto dawał więcej od
Napoleona?
Właśnie Aleksander I. Książę Czartoryski w 1811 roku miał przedstawić
Poniatowskiemu propozycję odtworzenia z trzech zaborów Polski w unii
personalnej z Rosją.
To były rojenia. W 1815 roku, gdy powstało Królestwo Polskie, też
zapanowało przekonanie, że nastąpi połączenie z ziemiami
litewsko-białoruskimi. Powstał nawet korpus wołyński. I co? I nic.
"Żadnych złudzeń, panowie". To były nadzieje, a liczyły się realne
interesy. Z pragmatycznego punktu widzenia Napoleon wykorzystał Polaków,
ale i Polacy wykorzystali Napoleona. W końcu dzięki niemu powróciło z niebytu państwo polskie. Bardzo narzekano, że nazywało się Księstwem
Warszawskim i że było takie małe, ale przyszły przecież następne wojny.
Ta w 1809 roku doprowadziła do zwiększenia Księstwa o jedną trzecią, a kolejnym etapem miała być rozpoczęta w 1812 roku wielka wojna z Rosją.
Co by się stało z Polską, gdyby Napoleon pokonał Rosję?
Nawet gdyby wygrał, musiałby zawrzeć jakiś pokój. Nie ustanowiłby
przecież prefektury w Moskwie czy Petersburgu. A że Rosja prędzej czy
później dążyłaby do rewanżu, logicznie należało zwiększyć potencjał
państwa polskiego, które zawsze byłoby pierwszym jej celem. Jak
wyglądałoby ono ustrojowo i geograficznie? Tu już zapuszczamy się w dziedzinę "historii alternatywnej", popularnie zwanej gdybologią.
Finał romansu Polaków z Napoleonem był dramatyczny. Poniatowski zginął
pod Lipskiem, kiedy inni sprzymierzeńcy odwrócili się już od cesarza.
Czy honor okazał się ważniejszy niż interes narodowy? Czy nie można było
dojść do porozumienia z Rosjanami?
W 1813 roku Rosjanie nie mieli Polakom nic do zaoferowania. Ostatnią
sprawą, o jakiej marzył Aleksander I, było poruszenie kwestii polskiej.
Obietnice dane Polakom oznaczałyby automatyczny konflikt z Austrią i Prusami, a to ich wojsk potrzebował do pokonania Napoleona.
Czyli plany Czartoryskiego o zjednoczeniu Polski pod berłem Aleksandra I były - według pana - mrzonką.
Książę Czartoryski, polityk fascynujący, ale w sprawach polskich
przegrany, mógł sobie wymyślić Rzeczpospolitą nawet aż po Morze Czarne.
Tylko co z tego? Najważniejsze są realia polityczne, a nimi zarządzał
car. A jego wybory też ograniczała geopolityka. Proszę sobie zresztą
wyobrazić ogłoszenie takiego państwa. I co? Austriacy i Prusacy
przysyłają telegramy gratulacyjne: "Doskonale, jednoczcie Polskę, oddamy
wam nasze ziemie, macie nasze błogosławieństwo".
Czyli Poniatowski nie miał wyboru?
Osobiście miał. Politycznie - nie bardzo. Choć nie oznacza to, że się
nie zastanawiał. Wiosną 1813 roku rozmawiał w Krakowie z francuskim
rezydentem Edwardem Bignonem, świadomym już, że ministrowie Księstwa
negocjują potajemnie z Czartoryskim i Rosjanami. Na pretensje Francuza
książę odpowiedział: "Od dawna każdy Polak ma poniekąd dwa sumienia;
przede wszystkim Polak chce być Polakiem i jeśli nie może tego osiągnąć
jedną drogą, to szuka innej". Świetną książkę o tym porozbiorowym
"podwójnym sumieniu" napisał Jarosław Czubaty.
Gra do końca na Francję nie była więc tylko sprawą honoru?
Nie, polskie elity próbowały obstawiać tego, kto mógł dać więcej. A właściwie cokolwiek. Rosja w 1813 roku nie dawała nic, ale rok później
już niemało. Pamiętajmy, że do październikowej klęski lipskiej los wojny
nie był rozstrzygnięty. Po Lipsku zaś wielu Polaków załamało się i zaczęły się dezercje. "Rozlazł się" nawet polski batalion gwardii
pieszej Napoleona. Cesarz zebrał wówczas polskich oficerów i używając
pragmatycznych argumentów, tłumaczył im, dlaczego powinni zostać. Jeśli
opuszczą go teraz, po klęsce, nie zyskają nic.
Czy wiadomo coś o osobistym stosunku Napoleona do Polaków?
Uważał Polaków za dobrych żołnierzy. W jego opiniach da się też wyczuć
pewną sympatię - wielu Polaków miał zresztą w otoczeniu. I choć zarzucał
Poniatowskiemu "miękkość" dowodzenia w 1812 roku, szanował go.
Pani Walewska nie miała na niego żadnego wpływu?
Pan raczy żartować. Była piękną, dobrą i prostolinijną kobietą, która
dała mu syna. Na politykę nie miała najmniejszego wpływu.
A czy zgodzi się pan z opinią, że ten związek był symboliczny? Że
stosunek Polski do Francji był uczuciem niewiasty zakochanej w dzielnym
wojaku?
Żartobliwie mówiąc, miłosne stosunki polsko-francuskie nie były aż tak
jednostronne. Stary już generał Franciszek Morawski wzdychał:
Były to czasy, lecz gdzież są za nami,
Gdym i ja zwalczał Paryżanki śmiałe,
I w jednej nocy trzynastu razami
Szerzył, uwieczniał narodową chwałę...
A poważnie, polska miłość do Napoleona nie była aż tak ślepa. Większość
elit uważała, że nie ma lepszego wyboru. On dawał to, czego nie dawali
inni - szansę na niesamodzielne wprawdzie, ale jednak polskie państwo.
Dr ANDRZEJ NIEUWAŻNY, historyk z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, był znakomitym znawcą epoki napoleońskiej i stosunków
polsko-francuskich w XIX wieku. Napisał między innymi: My z Napoleonem,
Czasy napoleońskie, Wojsko Księstwa Warszawskiego. Zmarł w 2015 roku.
Źródło: "Rzeczpospolita", 29 listopada 2008
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki