Polacy w Apulii. Wszystko jest zapisane, wszystko dokonane... trzeba tylko ukazać to światu - Gianluca Vernole, Żaneta Nawrot,Jerzy Kirszak

Kup ebooka

45.00 zł
10.00 zł (38,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Narodziny 2 Korpusu Polskiego. Długa podróż z Polski do Włoch

1 Ministerstwo Spraw Zagranicznych (Wielka Brytania), The British War Blue Book, New York 1939.

2 Faktycznie była to motorowa 10 Brygada Kawalerii płk. Stanisława Maczka, która po inwazji sowiec­kiej na rozkaz ewakuowała się na Węgry.

3 Jan Zdzisław Zaremba (1922-2010) - wychowywał się we Francji, gdzie w 1939 r. zdał maturę. Od 1939 r. w szkole podchorążych w Coëtquidan, uczestnik kampanii francuskiej 1940 r. Następnie w PSZ w Wielkiej Brytanii, skąd został skierowany w 1942 r. na Środkowy Wschód i przydzielony do 6 Pułku Pancernego "Dzieci Lwowskich". W stopniu podporucznika odbył całą kampanię włoską, za męstwo odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Po wojnie pozostał na emigracji we Włoszech, gdzie był m.in. prezesem Stowarzyszenia Polskich Kombatantów. W 1992 r. mianowany tytularnym generałem brygady [przyp. red.].

4 W odtwarzanym we Francji Wojsku Polskim nie było jednostki o nazwie I Korpus Polski. Trudno ustalić, co autor miał na myśli.

5 Mowa o przedwojennej granicy polsko-sowiec­kiej. Brześć leżał na granicy okupacji niemiecko-sowiec­kiej.

6 G. Herling-Grudziński, Inny świat, Kraków 2000, s. 252-253.

7 Ibidem,s. 159.

8 Ibidem, s. 223-224.

9 Ibidem, s. 163-164.

10 G. Herling-Grudziński, Inny świat..., s. 350.

11 Ibidem, s. 323-324.

12 Ibidem, s. 344.

13 Ibidem, s. 341.

14 Stacja Ługowaja to miejscowość Ługowoje, gdzie w 1942 r. stacjonowała 10 Dywizja Piechoty Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR; w tekście zachowujemy obydwie nazwy [przyp. red.].

15 Trudno rozstrzygnąć, czy autor pomylił rok czy miesiąc. Jeśli kwiecień podany jest prawidłowo, to opisywane wydarzenia muszą dotyczyć roku 1942, a jeśli podróż zaczęła się w 1941 roku, to najwcześniej we wrześniu [przyp. red.].

16 Zapewne autor ma na myśli, że grupa, z którą podróżował, została wcielona do 10 Pułku Artylerii Lekkiej w 10 Dywizji Piechoty [przyp. red.].

17 T. Segev, Il settimo Milione, Segrate 2001, s. 92.

18 Ibidem, s. 97.

19 Ibidem.

20 Z połączenia jednostek ewakuowanych z ZSRS oraz przybyłych z Bliskiego Wschodu utworzono w Iraku we wrześniu 1942 r. Armię Polską na Wschodzie pod dowództwem gen. Andersa. Podlegała ona brytyjskim władzom wojskowym.

Hymn państwowy Włoch

Bracia Włosi

Bracia Italii,

Italia się budzi,

hełmem Scypiona

zdobi swą głowę.

Gdzie jest Zwycięstwo?

Niech schyli swą głowę,

gdyż niewolnicą Rzymu

uczynił ją Bóg.

Zewrzyjmy szeregi

gotowi na śmierć.

Gotowi na śmierć,

Italia wezwała!

Od wieków byliśmy

deptani, poniżani,

gdyż nie jesteśmy narodem,

gdyż jesteśmy podzieleni.

Zbierzmy się pod jedną

flagą i nadzieją:

że się zjednoczymy,

gdyż wybiła już godzina.

Zewrzyjmy szeregi...

Jednoczmy się, miłujmy się,

jedność i miłość

ujawniają ludziom

drogi Pana.

Przysięgnijmy ocalić

naszą ziemię ojczystą:

zjednoczeni w imię Boga.

Któż radę nam da?

Zewrzyjmy szeregi...

Od Alp po Sycylię

wszędzie jest Legnano,

każdy człek Ferruccia

ma serce i dłoń.

I wszystkie dzieci Italii

zwą się Balilla,

każdy dźwięk dzwonu

nieszpory oznajmiał.

Zewrzyjmy szeregi...

Najemne miecze

jak cienkie trzciny:

już austriac­ki orzeł

stracił swe pióra.

Krew włoską

i krew polską

pił wraz z Kozakiem,

lecz wypaliła mu serce.

Zewrzyjmy szeregi...*

* Dosłowny przekład hymnu Włoch za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Hymn_W%C5%82och, dostęp 18 III 2026 r.

Wprowadzenie. Apulia i Polska

Dwa miejsca tak odległe, a jednak połączone głęboką i wielo­wiekową więzią. Co łączy Apulijczyków z Polakami? Jak to możliwe, że ludzie, którzy przybyli do naszych miasteczek z odległego kraju, pozostawili niezatarty ślad w sercach starszej generacji? To pierwsze pytania, które postawiliśmy sobie, kiedy zdecydowaliśmy się zająć obecnością żołnierzy polskich w tym regionie w latach 1944-1946. Przeszukując zakamarki historii, zdaliśmy sobie sprawę, że związek między narodem polskim a mieszkańcami ziemi apulijskiej rozpoczyna się w 1518 roku ślubem króla polskiego Zygmunta Starego z Boną Sforzą, księżniczką Bari, która została królową Polski i wielką księżną Litwy. W kolejnych stuleciach stosunki między oboma krajami się zacieśniały. I choć Apulia i Polska pozostały geograficznie odległe, to dzięki wpływom Bony i przybyłego z nią licznego dworu na polską ziemię została wprowadzona kultura włoska, a na stołach polskich zagościły na stałe produkty rolne z Włoch.

Z biegiem lat rozwijała się współpraca między Italią a Polską. Oddziały polskie gen. Henryka Dąbrowskiego walczyły we Włoszech u boku Francuzów przeciwko Austriakom. W lipcu 1797 roku w Reggio Emilia porucznik polskiego wojska Józef Wybic­ki skomponował pieśń patriotyczną, która w 1929 roku stała się oficjalnym polskim hymnem narodowym. W 1862 roku Italia pomogła braciom Polakom, gdy gen. Francesco Nullo wyjechał z kraju na czele 600 ochotników włoskich i francuskich, wśród których było 60 "czerwonych koszul"1. Nullo zginął przeszyty kozacką kulą 5 maja 1863 roku w bitwie pod Krzykawką i został pochowany w Olkuszu. W Polsce uważany jest za bohatera narodowego. Związki obu nacji podkreśla jeszcze jeden ważny szczegół, być może jedyny na świecie: oba narody wspominają o sobie nawzajem w swoich hymnach. W hymnie narodowym Włoch wzmiankuje się o Polsce w ostatniej zwrotce: "Najemne miecze/ jak cienkie trzciny:/ już austriac­ki orzeł/ stracił swe pióra./ Krew włoską/ i krew polską,/ pił wraz z Kozakiem,/ lecz wypaliła mu serce.// Zewrzyjmy szeregi/ gotowi na śmierć./ Gotowi na śmierć,/ Italia wezwała!2". Z kolei Włochy przywoływane są w refrenie polskiego hymnu narodowego: "Marsz, marsz, Dąbrowski,/ z ziemi włoskiej do Polski./ Za Twoim przewodem/ złączym się z narodem". W Wielkiej Wojnie (podczas I wojny światowej) obecność Polaków na włoskiej ziemi była widoczna. Nasza ojczyzna była bowiem miejscem, gdzie formowały się oddziały polskie, które po zakończeniu wojny miały wracać do kraju i stać się niezależnym wojskiem narodowym. Na początku wojny żołnierze byli siłą wcielani do wojska austro-węgierskiego. Wziętych do niewoli Polaków, walczących na frontach włoskich, umieszczano głównie w obozach jeniec­kich w Santa Maria Capua Vetere i Chivasso. W tym ostatnim tworzyły się pierwsze oddziały polskiego wojska, wyposażone we włoskie militaria, i zacieśniały się relacje z lokalną ludnością (zawierano nawet małżeństwa).

Po wojnie, 11 września 1919 roku, pilot wojskowy Giovanni "Giannino" Ancillotto, który otrzymał złoty medal za męstwo, przeleciał samolotem SVA5 Ansaldo z lotniska Centocelle w Rzymie aż do Warszawy, by dostarczyć urzędowe pismo od rządu włoskiego Ignacemu Paderewskiemu, premierowi nowo powstałego niepodległego państwa polskiego. Ponad tysiąc­kilometrowa podróż trwała siedem godzin bez między­lądowań.

Warto jeszcze wspomnieć o ważnej, głębokiej więzi stworzonej podczas pobytu 2 Korpusu Polskiego w Apulii w latach 1944-1946. Ze wspomnień o obecności polskiego wojska zrodził się pomysł na upowszechnienie historii dotykającej całego regionu, który żołnierzom polskim wiele ofiarował i wiele od nich otrzymał. Ziemi, na której znajduje się najstarszy z czterech polskich cmentarzy wojskowych we Włoszech. To właśnie u bram miasteczka Casamassima spoczywa 429 żołnierzy, głównie ofiar bitew pod Val di Sangro i Monte Cassino. Pochowano tu również żołnierzy zmarłych w innych miastach apulijskich - siedzibach garnizonów, baz szkoleniowych, szpitali czy szkół, w których odzyskiwano lata nauki utracone z powodu wojny.

Jeszcze dzisiaj, po blisko siedemdziesięciu latach, są w naszym regionie rozsiane, ciche i czasem niewidoczne dla nieuważnych oczu ślady tego niespełna trzyletniego pobytu. Obecność Polaków, choć krótka, była tak intensywna pod względem emocjonalnym, że do dzisiaj żywe są wspomnienia, zwłaszcza w pamięci starszego pokolenia. Ze świadectw i opowieści zebranych podczas naszych badań wynika, że obecni w Apulii żołnierze polscy silniej niż pozostali sojusznicy zapisali się w pamięci cywilów. Obecność polskich żołnierzy w tym regionie nie była właściwie prawdziwą okupacją wojenną (z wyjątkiem pojedynczych tragicznych epizodów). W większości oznaczała pomoc cierpiącym z powodu wojny cywilom. Zanim polscy mężczyźni i polskie kobiety zostali żołnierzami, wiele w życiu doświadczyli - deportacji, niewoli, głodu i poniżenia ze strony władz sowiec­kich. Doskonale rozumieli cierpienia Włochów. Pierwszy rozdział tej książki zadedykowaliśmy ofiarom ustroju sowiec­kiego, aby każdy czytelnik mógł zrozumieć, co wszyscy bez wyjątku - dorośli i dzieci - musieli przeżywać przed odzyskaniem wolności. Polscy wojskowi lekarze i ratownicy medyczni byli świadkami historii o pomocy materialnej i humanitarnej, opieki nad rannymi cywilami. Przeprowadzane przez nich liczne operacje chirurgiczne ratowały życie i dawały nadzieję na lepszy los tym, którym w czasach nędzy i rozpaczy trudno było otrzymać odpowiednie leczenie.

Przedstawione historie składają się z codziennych relacji o międzyludzkiej solidarności. A owocem tych więzi były między innymi małżeństwa polsko-włoskie. Wydarzenia te są zapisane w pamięci szczególnie tych, którzy w owym okresie byli nastolatkami lub młodymi ludźmi. Podczas przeglądania bogatej literatury na temat 2 Korpusu Polskiego naszą uwagę przykuł brak pozycji całościowo poświęconej Apulii. Dzięki badaniom przeprowadzonym w tej okolicy przez lokalnych historyków dobrze zrozumieliśmy, że w tamtym czasie zbudowano silne więzi polsko-włoskie i wymagają one odrębnego omówienia.

Na małym cmentarzu w Casamassimie znajdują się groby żołnierzy pochodzących głównie ze wschodniej Polski - z terytorium, które wpadło w ręce rosyjskie. Dziejom tych mężczyzn i kobiet poświęciliśmy w całości pierwszy rozdział książki. Chcemy w ten sposób oddać im należny hołd i przywrócić o nich pamięć.

Zasadnicza część tej publikacji zawiera przede wszystkim wspomnienia oraz świadectwa weteranów i cywilów. To unikatowe i drogocenne dziedzictwo, którego nie znajdziemy w podręcznikach. Autentyczny skarb z tak ważnego, a jednak zapomnianego okresu. Inaczej niż w książkach prezentujących wielką historię, chcieliśmy oddać głos osobom, które przyczyniły się do "małej" historii naszej ziemi - zwyczajnym ludziom, którzy po zakończeniu wojny wrócili do szarej codzienności z bezcennym bogactwem wspomnień.

październik 2018

Przedmowa

Za naszą i waszą wolność my, żołnierze polscy,

oddaliśmy Bogu ducha, ciało ziemi włoskiej,

a serca Polsce.

Jaki związek z Apulią ma sentencja wyryta na obelisku wzniesionym na cmentarzu na Monte Cassino? Na pierwszy rzut oka żaden: dwa miejsca odległe, a jednak połączone niewidzialną nicią albo lepiej - historią, którą znają nieliczni. Wydarzeniami sprzed siedemdziesięciu lat, kiedy pod Monte Cassino rozgorzały słynne bitwy, tak gloryfikowane w książkach historycznych. Wtedy do Apulii przywożono ciężko rannych - tych, których ominęły zaszczyty należne bohaterom. Chwałą otoczono tylko tych, którzy zginęli na polu bitwy. A przecież na cmentarzu w Apulii spoczywa 429 polskich żołnierzy, których agonia trwała nawet kilka miesięcy, bo poniesione w boju rany okazały się śmiertelne.

W oficjalnej historiografii 2 Korpusu Polskiego Apulia zawsze była marginalizowana. To bitwa pod Monte Cassino stanowiła kulminacyjny punkt odrodzenia narodu polskiego. W końcu żołnierze polscy doczekali się sprawiedliwości wobec nieprzyjaciela, który najechał ich ojczyznę w 1939 roku. Monte Cassino było punktem wyjścia do wymarzonego powrotu do wolnej Polski. Przybycie 2 Korpusu Polskiego do brzegu Tarentu w Apulii to zapomniany etap jego marszu przez Włochy, drugorzędny w stosunku do walk o Monte Cassino, Ankonę, Bolonię... Dzieje 2 Korpusu Polskiego w regionie apulijskim opisano na podstawie prac dokumentujących obecność Polaków w małych miejscowościach. Autorom tych pomocnych opracowań składamy gorące podziękowania.

Mimo wszystko Apulia odegrała bardzo ważną rolę, ponieważ wybrano ją jako rejon stacjonowania wojsk na tyłach wielkich batalii. Miejsce, gdzie oddziały frontowe mogły szkolić się i odpoczywać, a zwłaszcza gdzie można było formować przyszłą klasę rządzącą Polski. Taki był zamiar gen. Andersa.

Niniejsza książka jest zapisem długiej wędrówki - podróży rozpoczętej przed laty i prowadzącej przez dokumenty, fotografie, a przede wszystkim przez wspomnienia, które stanowią jej najważniejszą i najcenniejszą część. To droga przez czas i pamięć - weteranów polskich oraz cywilów apulijskich - która przybliża ich wspólną historię, zrodzoną z pełni człowieczeństwa i przyjaźni. Dzięki niej możemy odkryć, dlaczego w ciągu zaledwie trzech lat Polakom udało się pozostawić tak dobre wspomnienia w duszach tych, którzy przeżyli je jako bohaterowie lub świadkowie.

Opowieść ta, osadzona w tak tragicznym kontekście, jakim jest wojna, udowadnia, że człowiek potrafi pokonać bariery i ograniczenia narzucane przez konflikt zbrojny. Dziś, mimo wielu znaków obecności żołnierzy przybyłych z daleka, pamięć o ich historii coraz bardziej się zaciera. Na trwale pozostała jedynie we wspomnieniach starszych pokoleń Apulijczyków.

To historia, która ze względu na swoje piękno zasługuje na to, by ją opowiedzieć i zachować jako wiano dla nowych pokoleń - włoskich i polskich. My zaś jesteśmy jedynie pokornymi pośrednikami, oddającymi głos bohaterom tamtych lat.

"Ponieważ czas ucieka i za mniej niż jedno pokolenie nie będzie już nikogo, kto znałby tych, którzy odeszli, konieczne jest przesłuchanie starców z naszego kraju, dopóki jest to jeszcze możliwe" (Tom Segev).

październik 2018

Józef Wybicki (1747-1822), polski pisarz i polityk, autor słów hymnu polskiego. Drzeworyt Edwarda Karola Nicza, 1882 r. (Polona.pl)
Bona Sforza (1494-1557), królowa Polski i księżna Bari. Drzeworyt z dzieła Decjusza De vetustatibus Polonorum, 1521 r. (domena publiczna)
Polska kwatera wojenna na cmentarzu w Santa Maria Capua Vetere w prowincji Caserta. Znajdują się tam groby ponad 100 Polaków z okresu I wojny światowej, zmarłych podczas formowania w miasteczku oddziałów polskich, które weszły później w skład Armii Polskiej we Francji (fot. Anna Smolińska, Flickr, CC BY-SA 2.0)
Giovanni "Giannino" Ancillotto (1896-1924), włoski pilot wojskowy, 1918 r. (domena publiczna)

I

Narodziny 2 Korpusu Polskiego.Długa podróż z Polski do Włoch

Historia 2 Korpusu Polskiego zaczęła się w Apulii, w mieście Tarent, po paru miesiącach od jednoczesnego wylądowania 8 Armii Brytyjskiej i 5 Armii Amerykańskiej w regionie Campanii. Był to początek wyzwolenia Półwyspu.

Nie tylko w mieście nad Morzem Jońskim czekano na wylądowanie polskich żołnierzy. W mniejszych kontyngentach przybili oni do włoskiego brzegu również w Neapolu, Bari i Brindisi. Aby lepiej zrozumieć, w jaki sposób żołnierze z tak odległego kraju trafili na naszą ziemię, należy cofnąć się o kilka lat. 1 września 1939 roku hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę, rozpoczynając tym samym II wojnę światową. Po inwazji nazistowskiej, 17 września, nastąpił atak rosyjski na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, zawartego między Niemcami a ZSRS. Obydwa mocarstwa podzieliły na mapie terytorium państwa polskiego. Jak ujawnia tekst tajnego porozumienia niemiecko-sowiec­kiego, stało się to jeszcze przed początkiem konfliktu: "W przypadku zmian polityczno-terytorialnych na ziemiach przynależnych do Państwa Polskiego, obszary interesujące Niemcy i Związek Sowiecki będą podzielone według linii rzek: Narwi, Wisły i Sanu" 1. Ten atak ze strony Sowietów, wraz z wynikającą z niego aneksją, był zapłatą za upokorzenie i porażkę poniesione w 1920 roku. Związek Sowiec­ki przejął terytoria, przekazane Polsce na mocy traktatu pokojowego z Rygi z 1921 roku. Zdanie, wyrażone przez sowiec­kiego ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa, miało znaczenie symboliczne: "Wystarczyło zadać szybki cios Polsce najpierw przez wojska niemiec­kie, a potem przez Armię Czerwoną, żeby nie pozostało nic z tego pokracznego bękarta traktatu wersalskiego".

Nazistowskie Niemcy od początku demonstrowały pewną wrogość wobec narodu polskiego. Stosunki między polskim rządem a Związkiem Sowiec­kim nie były lepsze. Po 1921 roku, w następstwie wojny polsko-bolszewic­kiej podjęto działania pokojowe. W 1932 roku podpisano pakt o nieagresji, który miał stanowić gwarancję neutralności pobliskiego mocarstwa. Porozumienie wznowiono w listopadzie 1938 roku.

Niestety, wydarzenia pokazały bezpodstawność nadziei pokładanych w tym pakcie, a Polska zmuszona była po raz kolejny w ciągu niecałych dwustu lat cierpieć okupację niemiecką i rosyjską. Około 250 tys. żołnierzy, którzy w 1939 roku znaleźli się na polskim terytorium zaanektowanym przez ZSRS, było natychmiast aresztowanych przez Sowietów. Do obozów pracy na całym obszarze państwa sowiec­kiego odtransportowano także 750 tys. cywilów.

Wielu osobom udało się uniknąć schwytania przez Niemców i Sowietów. Uciekli z Polski do innych krajów - 85 tys. zostało internowanych na Węgrzech, Litwie i w Rumunii, skąd przedzierali się do odtwarzanego we Francji Wojska Polskiego. Armia, która tam powstała, liczyła około 80 tys. żołnierzy i w 1940 roku wzięła chwalebny udział w obronie Francji. Po jej upadku resztki Wojska Polskiego zostały ewakuowane do Wielkiej Brytanii, gdzie z czasem na terenie Szkocji sformowano I Korpus Polski. Pod dowództwem brytyjskim walczyły też Polskie Siły Powietrzne przydzielone do RAF. Z kolei żołnierze Polskiej Marynarki Wojennej i Polskiej Marynarki Handlowej, których większość okrętów i statków udało się szczęśliwie ewakuować z Morza Bałtyc­kiego w 1939 roku, walczyli u boku Royal Navy przez całą wojnę - na Oceanie Atlantyc­kim i Morzu Śródziemnym.

Jednym z licznych wojskowych, którym udało się uciec do Francji, był Ireneusz Krčal:

W 1939 roku byłem przydzielony do Batalionu Obrony Narodowej w Stanisławowie. 17 września po południu, po ostatnim ataku na Lwów, nasz kapitan rozwiązał batalion rozkazem rozproszenia i ukrycia się w krajach ościennych niebędących jeszcze w stanie wojny. Kiedy wracaliśmy do domu z moim towarzyszem broni, widzieliśmy w odwrocie także 10 Batalion Kawalerii Zmotoryzowanej2, który zmierzał w kierunku Węgier, żeby nie wpaść w niewolę niemiecką. Kierowca ostatniej ciężarówki powiedział nam, abyśmy wspięli się na pakę. I tak 25 września znalazłem się w obozie dla internowanych na Węgrzech. Z madziarskiego kraju w 1940 roku wyjechałem do Francji, gdzie zaciągnąłem się do 202 Pułku Artylerii Ciężkiej, ale po klęsce Francuzów udaliśmy się do Szwajcarii. Tam byliśmy na nowo internowani i uciekliśmy przed nazistami. W Szwajcarii spędziłem około trzech lat, do momentu, kiedy w 1944 roku ponownie wróciłem do Francji, aby zaciągnąć się do polskiej brygady FFI. W końcu przybyłem do Italii.

Kiedy rozpoczęły się działania wojenne, Jan Zdzisław Zaremba3 przebywał już za granicą:

Gdy wybuchła wojna, studiowałem we Francji. Zaciągnąłem się do I Korpusu Polskiego4, walczyłem w batalii o Francję i dotarłem przez Dunkierkę do Anglii. Mogę z dumą powiedzieć, że byłem jednym z tych nielicznych Polaków, którzy walczyli zarówno na froncie zachodnim, jak i we Włoszech. Uczestniczyłem w kampaniach we Francji, w Anglii, na Bliskim Wschodzie oraz we Włoszech. Gdy wybuchła wojna między Francją a Niemcami, wstąpiłem jako ochotnik do Korpusu Polskiego. Wprawdzie nie byłem w odpowiednim wieku, żeby się zaciągnąć, bo miałem mniej niż przewidziane 18 lat, ale udało mi się przekonać ich o tym, że jestem pełnoletni - i dostałem się do wojska. Niestety, siły sprzymierzone nie wytrzymały niemiec­kiej fali uderzeniowej i zostaliśmy zmuszeni do porzucenia ziemi francuskiej. Zaokrętowałem się wraz z moim oddziałem na przypadkowe statki płynące z La Rochelle do Anglii. Gdy byliśmy na pełnym morzu, zostaliśmy przejęci przez jednostki brytyjskie, które przetransportowały nas do Anglii. Brałem udział w obronie wyspy podczas niemal całej bitwy.

Zamiarem Sowietów w czasie okupacji było nie tylko wyeliminowanie polskiej siły militarnej, lecz także całej klasy inteligenc­kiej, zagrażającej ich celom i ideologii. Swoją nienawiść światopoglądową kierowali na wszystko, co stanowiło polską tradycję kulturalną i religijną. Według historyka Andrzeja Paczkowskiego zastrzelono 30 tys. osób, dalsze 90-100 tys. osób zmarło w osławionych gułagach albo podczas transferów kolejowych. Warunki życia deportowanych do sowiec­kich obozów były bardzo ciężkie. Opowiadał o tym prof. Wojciech Narębski, który w czasie wojny służył w 2 Korpusie, weteran kampanii włoskiej, wywieziony do Rosji:

Należę do pokolenia młodych Polaków aresztowanych przez sowiec­kie NKWD. Byłem więziony w Wilnie przez sześć miesięcy. Później deportowano mnie do miejscowości Gorki, skąd zostałem uwolniony po zawarciu traktatu polsko-sowiec­kiego we wrześniu 1941 roku. Warunki życia w więzieniu w Gorkim były raczej trudne dla 16-letniego chłopca, dlatego natychmiast po moim uwolnieniu przystąpiłem jako ochotnik do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS. Zostałem umieszczony na trzy miesiące w szpitalu wojskowym w Buzułuku, gdzie leczono mnie na czerwonkę.

Pamiętam, że z powodu braku leków leczono mnie tylko sokiem z marchwi. Na szczęście nie straciłem kontaktu z moją rodziną, pozostawioną w Polsce. Przez Czerwony Krzyż przekazałem bliskim, że na podstawie porozumienia rosyjsko-polskiego zostałem uwolniony i cieszę się dość dobrym zdrowiem. Odpowiedź na moje wiadomości otrzymałem dopiero po roku, w 1943, kiedy znajdowałem się z naszym korpusem w Iraku. Wówczas sąsiedzi naszej rodziny poinformowali mnie, że zmarł dziadek, ale reszta ma się dobrze i czeka na mnie z tęsknotą.

Profesor Romuald Lipiński, także weteran 2 Korpusu Polskiego, tak relacjonował swoje doświadczenia:

Urodziłem się i żyłem w Brześciu. Mój ojciec był lekarzem na kolei, a moja matka położną. Nasza rodzina nie była bogata, ale nie mogę powiedzieć, że byliśmy biedni. Matka przeznaczyła jeden pokój na przyjmowanie uchodźców cywilnych bądź wojskowych. Członkowie rodziny byli traktowani tak samo jak uchodźcy - bez faworyzowania kogokolwiek.

W tym czasie przez Brześć na wschód przejeżdżały wagony pełne byłych żołnierzy polskich uwięzionych przez Rosjan. Kiedy zatrzymywały się na stacji, mój ojciec zakładał na ramię opaskę Czerwonego Krzyża i wizytował pociągi, żeby zobaczyć, czy są chorzy lub ranni. Zazwyczaj towarzyszył mu żołnierz rosyjski. Pod okupacją sowiecką zmiany stały się wolniejsze, ale nieustanne. Dwa pokoje w naszym domu zajął lekarz rosyjski, który został kierownikiem poradni i szpitala, gdzie pracował mój ojciec.

Po jakimś czasie ojciec zaczął narzekać na to, jak był traktowany w pracy przez lekarza sowiec­kiego, aż w końcu ten rozkazał mu nosić węgiel z ciężarówki do hangaru. Ojciec odmówił, ponieważ praca ta była poniżej jego statusu zawodowego - był przecież lekarzem. Poskutkowało to zwolnieniem za niesubordynację.

W końcu także prof. Lipiński i jego rodzina zostali deportowani:

Przyszli 20 czerwca 1941 roku. O 2.30 nad ranem walili do naszych drzwi. Oficer NKWD i dwaj cywile. Powiedzieli nam, żebyśmy wzięli to, czego potrzebujemy, i byli gotowi w ciągu godziny. Zabraliśmy nasze rzeczy, ubrania i jedzenie. Moja matka spytała, czy może wziąć ze sobą walerianę na serce, ale oficer odmówił. Zgodził się natomiast, abyśmy zabrali własne materace. Na stacji przygotowano dla nas wagony towarowe. Wiele rodzin było bez mężczyzn, gdyż wcześniej zostali oni aresztowani albo odseparowani podczas deportacji.

My mieliśmy szczęście - mój ojciec miał w tym czasie 61 lat i był podobno za stary, żeby go aresztować, bo nie stanowił niebezpieczeństwa dla Związku Sowieckiego. W wagonach byli ludzie ze wszystkich klas społecznych: młodzi, starzy, biedni, bogaci, wykształceni i niewykształceni, dzieci, jednym słowem - wszyscy.

W nocy z 21 na 22 czerwca 1941 roku poczuliśmy ruch pociągu. Zdaliśmy sobie sprawę, że jedziemy. Niektóre kobiety zaczęły płakać. Następnego ranka znaleźliśmy się w pobliżu granicy rosyjskiej5. Kiedy przybyliśmy do Smoleńska, zauważyliśmy, że dworzec został zbombardowany. Chodziły słuchy, że Niemcy najechali terytoria okupowane przez Rosjan. Podróż przeciągała się i stała się rutyną. Raz dziennie strażnicy pozwalali wyjść z wagonów za potrzebą - tam, gdzie popadło. Dawano nam porcję jedzenia, jeśli mieliśmy szczęście - zupę z jęczmienia. Na wszystkich stacjach było zawsze obecne NKWD.

Wiadomości o inwazji niemiec­kiej się potwierdziły. Dowiedzieliśmy się, że Niemcy rozpoczęli walki w noc naszego wyjazdu z Polski. Rozpoczęliśmy naszą odyseję nocą 22 czerwca 1941 roku, a rankiem rozpoczęła się inwazja. Tylko kilka godzin różnicy, a życie byłoby inne. Po tym, jak dowiedziałem się o traktowaniu Polaków przez Niemców, powinienem być wdzięczny Rosjanom za deportację.

Po 12 dniach podróży dotarliśmy do Barnaułu w Kraju Ałtajskim. Nie zapomnę nigdy tego momentu po opuszczeniu pociągu, kiedy kilka rosyjskich kobiet podeszło do nas i zapytało, czy chcemy coś do jedzenia lub picia. Powiedziały nam, że one także 10 lat wcześniej zostały zesłane w identycznych warunkach, więc rozumieją naszą sytuację.

Spaliśmy na podłodze, bez zachowania jakiejkolwiek prywatności. Było nas w baraku około 400 osób. Następnie zostaliśmy skierowani do pracy. Mój ojciec się nie nadawał, był zbyt stary. Chciałem pracować z moimi przyjaciółmi, ale ponieważ byłem bardzo młody, NKWD przydzieliło mnie do transportu zaprawy murarskiej. Ktoś powiedział nam, że około 15 km stąd znajduje się kołchoz, gdzie kończono zbierać ziemniaki i można było uzbierać kilka worków. Uzbrojeni w łopaty i worki, w grupie głównie młodych ludzi, udaliśmy się więc do kołchozu. To, co nam powiedziano, się potwierdziło. Wiele ziemniaków zostawiono na ziemi, więc w krótkim czasie napełniliśmy nasze worki. Gdy już opuszczaliśmy pole i chcieliśmy wrócić pieszo do domu, pojawili się jacyś mężczyźni na koniach. Dogonili nas i bijąc nahajami, skonfiskowali ziemniaki. W przeciwieństwie do moich kolegów miałem szczęście - nie zostałem poturbowany. Zauważyłem jeźdźców z odpowiednim wyprzedzeniem i udało mi się ukryć za krzakami, jednak moi przyjaciele nieźle oberwali.

Podobne doświadczenie miał inż. Mieczysław Rasiej, który w tym czasie był chłopcem:

1 września znajdowałem się z rodziną w Brodach - polskim mieście na Kresach Wschodnich - gdzie mój ojciec był komendantem powiatowym Policji Państwowej. Pod koniec września oddziały Armii Czerwonej zajęły miasto i natychmiast aresztowały funkcjonariuszy policji (jednym z nich był mój ojciec), urzędników państwowych i miejskich, sędziów, specjalistów, oficerów armii oraz przedstawicieli duchowieństwa. Kilka miesięcy po aresztowaniu mojego ojca (13 kwietnia 1940 roku, o 2.00 w nocy) funkcjonariusze NKWD wyprowadzili z naszego mieszkania matkę, mnie i brata. Mogliśmy wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ja nie miałem jeszcze 16 lat.

Zaprowadzili nas na dworzec. Tam zostaliśmy załadowani do wagonów towarowych - długiego konwoju przeznaczonego do transportu deportowanych. Podróż trwała dwa tygodnie - pozostawiam wyobraźni, w jakich warunkach: nieustannie zamknięci w wagonach, w totalnym bezładzie, z małą ilością jedzenia i wody, w niedopuszczalnych warunkach higienicznych. Nasza podróż zakończyła się w Kazachstanie, gdzie w grupach rodzinnych zostaliśmy przydzieleni do różnych kołchozów w regionie. Moją rodzinę wraz z kilkunastoma innymi zabrano do Mironówki, gdzie zostałem skierowany do prac fizycznych w gospodarstwie rolnym.

Między nami, zesłańcami, szybko nawiązała się więź solidarności i przyjaźni, wzmocniona tym, że miejscowa ludność nie była dla nas zbyt przyjazna. Kiedy tylko było to możliwe, zbieraliśmy się, aby rozmawiać i śpiewać nasze tradycyjne, nostalgiczne pieśni, które pomagały nam lepiej znosić życie w trudzie i niedostatku. Mieliśmy mało jedzenia, a odzież nie chroniła nas wystarczająco przed temperaturami, które zimą często spadały do -40 stopni.

Na początku 1941 roku przeniesiono nas do małego miasteczka Nowoje Suchotnoje, gdzie również przydzielono mnie do bardzo ciężkiej pracy fizycznej, z pewnością nieodpowiedniej dla organizmu nastolatka. Zostałem tam, dopóki nie uwolniono mnie dzięki sprytowi Rosjan pochodzenia polskiego.

Danuta Gradosielska z domu Mączka, weteranka Pomocniczej Służby Kobiet, w tym czasie była nastolatką:

Moja rodzina (ojciec, mama, czworo rodzeństwa i babcia ze strony ojca) żyła szczęśliwie od 1921 roku w gospodarstwie w pobliżu Równego na Wołyniu, na Kresach Wschodnich, niedaleko granicy z Rosją. Wraz z wybuchem wojny wszystko się zmieniło. Szczęśliwe dzieciństwo się skończyło. 10 lutego 1940 roku, o 6.00 rano obudziło nas walenie w drzwi. Nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje. W progu stanęło dwóch uzbrojonych w karabiny policjantów ukraińskich i oficer NKWD, który odczytał rozkaz deportacji i kazał szybko się spakować. Mój ojciec zapytał, dokąd idziemy. Oficer odpowiedział, że wysyłają nas na Syberię. Powiedział również, żebyśmy ubrali się ciepło i zabrali wszystko, co możemy, i byli gotowi za dwie godziny. Moja babcia ze strachu miała atak serca, dlatego pozwolono jej zostać. O 8.00 rano przyszli po nas. Moja siostra i ja płakałyśmy. Po drodze spotykaliśmy inne rodziny z wioski. Wszyscy szli w tę samą stronę - na stację w Lubomirce.

Kiedy przyszliśmy na stację, dostaliśmy rozkaz wejścia do wagonu bydlęcego. Przez cały dzień nieustannie dochodziły kolejne rodziny. W końcu w naszym wagonie znajdowały się 42 osoby. Pociąg ruszył nocą, ale jak wielu innych nie mogłam zasnąć. Wszyscy pytaliśmy, co się z nami stanie.

Dorośli i dzieci żyli w trudnych warunkach. W obozach pracy więźniowie byli traktowani jako darmowa siła robocza, a w niektórych regionach ZSRS zmuszano ich do pracy w ekstremalnych temperaturach. Dotarliśmy do licznych świadectw o stanie więźniów polskich, wszystkie są godne uwagi. Jako główny przykład wybraliśmy kilka fragmentów z książki Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, także więźnia w ZSRS. Później zaciągnął się do 2 Korpusu Polskiego:

W czerwcu 1940 roku, po klęsce Francji i upadku Paryża, padł sygnał wielkiej czystki na Kresach Wschodnich i setki pociągów towarowych zaczęły uwozić do więzień, obozów i na zesłanie najautentyczniejszy lumpenproletariat żydowski z miast i miasteczek polskich - robotników, rzemieślników, chałupników, pokątnych domokrążców6. [...]

Życie w obozie jest możliwe tylko wówczas, jeśli w umyśle i wspomnieniach więźnia ulegną zupełnemu zatarciu miary porównawcze z wolności7. [...]

Patrząc od drzwi, można było spiętrzone na pryczach łachy wziąć za porzucone w nieładzie posłania, a onuce, suszące się na glinianym okapie pieca i na sznurkach przewieszonych między pionowymi belkami stropów, za świeżo wypraną bieliz­nę. Nie wygląd baraku był więc straszny. Straszny był wygląd jego mieszkańców, gdy się od drzwi szło coraz dalej w głąb i chwytało po drodze spojrzenia, w których cień śmierci - jak w szpitalach dla nieuleczalnie chorych - rozwijał się już do lotu na skrzydłach nocy8. [...]

Kto pisze cokolwiek o obozach sowiec­kich, nie ma prawa nie wspomnieć o ujmującej grzeczności i serdeczności sióstr. Może dlatego, że przebywały przynajmniej za dnia w nieco bardziej ludzkich warunkach, a może dlatego, że szpital był jedynym miejscem w obozie, gdzie można było przyjść z pomocą ludzkiemu cierpieniu - siostry obozowe odnosiły się do chorych z taką troskliwością, czujnością i oddaniem, że uważaliśmy je po trosze za istoty z innego świata, którym chyba tylko niedorzeczny wybryk losu kazał żyć i znosić wraz z nami wszystkie trudy niewoli9.

W każdej dramatycznej sytuacji najbardziej cierpią starcy i dzieci. Wiele z nich podczas pobytu w obozie stało się sierotami, ponieważ ich rodzice zmarli. Punkt zwrotny nastąpił 22 czerwca 1941 roku po inwazji Niemiec na ZSRS. Ten atak zmienił scenę polityczną. 30 lipca 1941 roku został podpisany w Londynie przez polskiego premiera gen. Władysława Sikorskiego i sowiec­kiego ambasadora Iwana Majskiego układ wznawiający stosunki dyplomatyczne zerwane po sowiec­kiej inwazji 17 września 1939 roku. W wyniku porozumienia polscy zesłańcy i więźniowie mieli odzyskać wolność, a na terenie ZSRS miała zostać utworzona polska armia. Niestety, układ Sikorski-Majski nie gwarantował nienaruszalności przedwojennych granic, co stało się zarzewiem późniejszego konfliktu.

Konsekwencją układu londyńskiego była podpisana w Moskwie 14 sierpnia tego roku szczegółowa umowa wojskowa. Przewidywała ona organizację polskiego wojska w Związku Sowiec­kim z wykorzystaniem wszystkich więźniów i internowanych Polaków. Utrzymanie materialne i sanitarne należało do Sowietów. Dowódcą nowego oddziału został gen. dyw. Władysław Anders, również aresztowany przez Rosjan 29 września 1939 roku i zamknięty w więzieniu na Łubiance w Moskwie. Nowy pakt ustanawiał wolność dla Polaków, którzy od blisko dwóch lat żyli w niewolniczych warunkach. W rzeczywistości Moskwa utrudniała udzielanie pomocy w organizacji nowego wojska. Obawy Sowietów dotyczyły przede wszystkim niedopuszczalnej według logiki rosyjskiej obecności Polaków, niezależnych od kontroli politycznej. Tę obawę widać w niektórych fragmentach raportu Wandy Bartoszewicz, polskiej komunistki odpowiedzialnej w Moskwie za relacjonowanie sytuacji Polaków:

W 99 proc. to są osoby uwolnione z więzień, obozów i miejsc wygnania. Wszyscy oni byli prawdziwymi wrogami ZSRS, gotowymi zemścić się za własne cierpienia.

Z kolei Herling-Grudziński opowiada o swoim uwolnieniu w ten sposób:

Rosjanie nadali umowie polsko-sowiec­kiej swoją własną interpretację; za obywateli polskich uważali tylko ludzi narodowości polskiej, zatrzymując w obozach Ukraińców, Białorusinów i Żydów zza linii Curzona [którzy przed wojną byli obywatelami polskimi]10. [...]

Czekałem na wyrok śmierci. Prokurator wstał i oświadczył jednak, że na podstawie umowy zawartej przez rząd polski w Londynie z rządem sowiec­kim nie będę w ogóle sądzony. Nie mogłem w pierwszej chwili pojąć, o co chodzi. Na kartce kalendarza, leżącego na stole sędziowskim, przeczytałem datę: 29 sierpnia11. [...]

12 marca przyjęto mnie do 10 Pułku Artylerii Lekkiej w 10 Dywizji Piechoty w Ługowoje12. [...]

26 marca nasz pułk przewieziono pociągiem towarowym [...] do Krasnowodzka nad Morzem Kaspijskim; 30 marca załadowano go na dwa statki: "Agamali Ogły" i "Turkmenistan"; 2 kwietnia zaś spałem już na piaszczystej plaży w Pahlevi [...]13.

Tak zwana amnestia, według której rząd sowiec­ki uwolnił polskich więźniów, została ogłoszona w pierwszych dniach sierpnia 1941 roku. Inżynier Rasiej wspomina:

Wśród nas, młodych, którzy mieliśmy nadzieję zaciągnięcia się do wojska polskiego, podniecenie było ogromne, ale moją początkową radość zastąpiło przygnębienie, gdy dowiedziałem się, że moja matka z młodszym bratem mieli nadal pozostać w Nowoje Suchotnoje. Wszystkim więźniom wydano dokumenty amnestii, z którymi można było opuścić obóz pracy, w którym dotychczas byli zmuszeni żyć. Zgodnie z porozumieniem między oboma rządami nowe wojsko powinno podlegać Rządowi Polskiemu na Uchodźstwie, początkowo jednak było kontrolowane i z operacyjnego punktu widzenia musiało walczyć u boku Sowietów, z ograniczeniem liczby wojskowych narzuconym przez Rosjan, którzy zabezpieczali zaopatrzenie i sprzęt tylko dla 44 tys. żołnierzy. Co do reszty, można było przewidywać, że mogliby nie przeżyć z powodu poważnego niedożywienia,w jakim się znależli po uwolnieniu. Moja podróż trwała 10 dni, zanim dotarłem do Stacji Ługowaja14 w południowym Kazachstanie.

Generał Anders sprzeciwił się żądaniom wysłania polskiej dywizji na front pod rozkazy Sowietów, ponieważ miał zamiar użyć Wojska Polskiego jako siły jednolitej, nie zamierzał przydzielać pojedynczych jednostek na każde żądanie Rosjan. Generał ponadto narzekał na brak oficerów (zostali jeńcami rosyjskimi). Później okazało się, że większość oficerów polskich, którzy wpadli w ręce Rosjan po zajęciu Polski, została zamordowana w Katyniu. W marcu 1942 roku podczas bezpośredniej rozmowy ze Stalinem gen. Anders ustalił ewakuację 44 tys. Polaków z ZSRS. Między marcem a kwietniem 1942 roku rozpoczął się pierwszy wielki exodus 33 069 wojskowych i 10 789 cywilów, wśrod których znajdowało się około 3 tys. dzieci. Widząc zachowanie Sowietów, gen. Anders rozważał całkowitą ewakuację, ze wsparciem i presją na Rosjan rządu Wielkiej Brytanii. Churchill popierał tę operację ze względu na obawy o bezpieczeństwo pól naftowych w Iranie i Iraku, ponieważ znikome siły brytyjskie nie były w stanie ich odpowiednio zabezpieczyć. Anders otrzymał od Stalina zgodę na przeniesienie nadwyżki wszystkich żołnierzy razem z cywilami do Iraku. Porozumienie przewidywało transfer do Iranu i Iraku, gdzie nowe polskie wojsko miało bronić instalacji naftowych. W pierwszych miesiącach 1942 roku rozpoczęły się operacje przerzutu z obozów pracy rozsianych po całym Związku Sowiec­kim do punktu zbornego w Buzułuku, dokąd napływały masy wyzwolonych ludzi. Stąd zaczynała się podróż w kierunku Iranu, przez Jangi-Jul i Krasnowodzk nad Morzem Kaspijskim; trasa przebiegała przez azjatyc­kie republiki Kazach­stanu, Kirgi­stanu i Uzbekistanu.

Inżynier Rasiej tak wspomina ten exodus:

Powstało kilka baz rekrutacyjnych na południowym Uralu. W następstwie bardzo srogiej zimy 1941/1942 i nieodpowiedniego zakwaterowania Komendantura Polska została zmuszona przenieść te bazy do republik Kirgistanu, Uzbekistanu i południowego Kazachstanu, gdzie klimat był łagodniejszy. Moja matka, Helena z Habilewiczów Rasiejowa (w wojskowym korpusie pomocniczym dosłużyła się stopnia kaprala), razem z moim młodszym bratem Kazimierzem w kwietniu 1941 roku15 rozpoczęli podróż w kierunku Uzbekistanu, gdzie dotarli do bazy Jangi-Jul, siedziby Komendantury Wojska Polskiego. Podobnie jak inne kobiety, zaciągnęła się do Pomocniczej Służby Kobiet, podczas gdy mój brat wstąpił do młodzieżowego oddziału paramilitarnego, gdzie kontynuował studia. Dopiero w lutym 1942 roku udało mi się zorganizować konwój ochotników, zmierzających do miejscowości Ługowaja, usytuowanej 200 km na południe od Ałma-Aty stolicy Kazachstanu. Tam uformowała się 10 Dywizja Piechoty i została wcielona do Regimentu Artylerii Lekkiej16.

Liczne są świadectwa Polaków, którzy przedostali się z ZSRS do Iranu. Wiele jest też pamiętników oraz wspomnień o niewoli i związanym z nią exodusie. Z tych źródeł można się dowiedzieć, że w rękach rosyjskich były setki tysięcy więźniów rozproszonych po różnych obozach pracy. Profesor Romuald Lipiński tak opowiada o swojej drodze do Iranu:

Gdy tylko nadeszła wiadomość o amnestii, mój ojciec napisał list z prośbą o informację, gdzie trzeba przybyć, aby dołączyć do wojska: on jako lekarz, moja matka jako pielęgniarka (służyła już w czasie I wojny światowej) i ja jako ochotnik. Ku naszemu zdumieniu (w Rosji było wydarzeniem, gdy list dochodził) otrzymaliśmy odpowiedź, aby udać się w kierunku Taszkientu, gdzie organizowano oddział. Po wyjeździe dowiedzieliśmy się, że Sowieci zmienili zdanie odnośnie do naszego uwolnienia i nie pozwalali nikomu opuścić Barnaułu, więc ten, kto został, musiał do samego końca wojny walczyć o przeżycie. Podróż była długa i męcząca (trwała przynajmniej tydzień albo dziesięć dni). Na około dwa tygodnie zatrzymaliśmy się w Kokandzie, mniej więcej 200 km na wschód od Taszkientu.

W lutym 1942 roku otrzymaliśmy wiadomość, że wojsko polskie zostało przeniesione z Buzułuku na południe Rosji, a kwatera znajduje się w Jangi-Jul w pobliżu Taszkientu. Oddziały armii stacjonowały na całym obszarze, w różnych miejscach. Dotarliśmy w pobliże Morza Kaspijskiego, na ogromną plażę i oczekiwaliśmy na zaokrętowanie na statki. Spędziliśmy tam noc tylko z jednym kranem z wodą na tysiące osób. Następnego dnia NKWD zabrało nas na statek "Andriej Żdanow". Robiłem, co mogłem, żeby być blisko mojej matki, ale był taki tłum, że bardzo trudno było poruszać się po pokładzie. Widok był żałosny, wiele osób było chorych. Nieliczni pielęgniarze próbowali im pomóc jak tylko mogli, ale było to ponad ich siły.

Wieczór spędziliśmy na pokładzie statku. Nocą widzieliśmy z daleka rozbłyski eksplozji. Ktoś powiedział, że bombardowane jest Baku, na zachodnim wybrzeżu Morza Kaspijskiego. O 2.00 nad ranem opuściliśmy port w Krasnowodzku. Był to niezapomniany moment. Ktoś zaczął śpiewać Rotę, patriotyczną pieśń, która opisuje cierpienia narodu polskiego w przeszło stuletniej niewoli. Mieliśmy szczęście: morze było względnie spokojne, i po jednym dniu i jednej nocy zobaczyliśmy ziemię - port Pahlevi. Nie był to port zbyt wielki, aby pomieścić statki, zostaliśmy więc małymi łodziami przetransportowani na ląd. Po zejściu na ląd niektórzy zaczęli się modlić, inni całowali ziemię, jeszcze inni odreagowywali trudy długim płaczem.

Było nas wielu. Zostaliśmy umieszczeni w schroniskach na plaży. Zostawiliśmy zawszone ubrania i otrzymaliśmy nowe, a dodatkowo spryskano nas proszkiem dezynfekcyjnym. Ponownie połączyliśmy się z ojcem. Ktoś nam powiedział, że podróżował tym samym statkiem, ale z powodu zatłoczenia nie mógł nas odnaleźć.

Po trzech tygodniach pobytu na plaży w Pahlevi zostaliśmy załadowani na ciężarówkę jadącą w kierunku Teheranu. Zakwaterowali nas w obozie nr 2, mniej więcej 4 lub 5 km od Teheranu, a następnie zostaliśmy przeniesieni do koszar. Mój ojciec znalazł pracę w szpitalu polskim w Teheranie, a ja, choć byłem zbyt młody, próbowałem zaciągnąć się do armii. Rodzice zaprotestowali i po rozlicznych dyskusjach uzgodniliśmy, że będę kontynuował studia, aż osiągnę odpowiedni wiek, żeby wstąpić do wojska.

Większość polskich mężczyzn, pozostających w dobrej kondycji fizycznej, została skierowana natychmiast do obozów szkoleniowych, gdzie formowano nowe wojsko polskie. Cywilów przywieziono ciężarówkami z Teheranu, Isfahanu i innych miast irańskich. Dla tych, którzy nie dostali się do oddziałów wojskowych, utworzono ośrodki dla uchodźców. Warunki były tam krytyczne. Władze brytyjskie dostarczyły sprzęt Korpusowi Polskiemu i razem z władzami polskimi na uchodźstwie w Londynie udzieliły Polakom pomocy wstępnej, która miała polepszyć ich los. Liczba uchodźców była tak wielka, że wszyscy nie mogli stacjonować w Iranie. Zdecydowano zatem o pozostawieniu pewnej grupy w obozach. Innych przeniesiono do Palestyny, Libanu, Indii, Ugandy, Kenii, Rodezji, Afryki Południowej, Nowej Zelandii, Meksyku i Kanady.

Na osobną wzmiankę zasługuje sytuacja dzieci. Spośród cywilów ewakuowanych z ZSRS było ich około 18 300. Ponad 13 tys. to sieroty, część z nich w czasie podróży straciła rodziców. Wiele sierot było pochodzenia żydowskiego. Historia dzieci żydowskich jest wyjątkowa, ponieważ powstałe w 1948 roku nowe państwo Izrael i kierownictwo Agencji Żydowskiejuważało jeza "najlepszy materiał ludzki". Były tak młode, że istniało duże prawdopodobieństwo, iż pozostaną w Palestynie i zajmą się sprawą Izraela17. Początkowo radzono, by przyjąć tylko wybranych, którzy mogli spełnić stawiane wymagania, później jednak Agencja Żydowska zdecydowała się na przyjęcie wszystkich. W pierwszej połowie 1943 roku politycy izraelscy rozpoczęli kampanię mającą na celu zagarnięcie "dusz dzieci Teheranu"18. Dziećmi, które przybyły do Iranu jak wszyscy cywile w ślad za nową armią polską, opiekowały się organizacje syjonistyczne. Dzieci rozlokowano w obozach dla uchodźców w Indiach, przewożąc je drogą lądową. Stamtąd drogą morską dzieci dotarły do Egiptu, a następnie do Palestyny. Razem było 700 dzieci obu płci, wszystkie ubrane jednakowo19.

Później zostały naturalizowane jako obywatele Izraela. Z badanych dokumentów wynika, że wielu z nich brało udział w wojnie o niepodległość Izraela w 1948 roku. Po przybyciu uchodźców do Iranu Anders skutecznie nalegał na uzyskanie zgody na przeniesienie tam także pozostałych jednostek. Ta prośba została zrealizowana w sierpniu 1942 roku. Inżynier Rasiej wspomina:

Wojsko Polskie ewakuowano ze Związku Sowiec­kiego na Bliski Wschód (do Iranu i Iraku) w dwóch etapach - w marcu i sierpniu 1942 roku. Wyjechałem w pierwszym terminie, kiedy to przewieziono 30 tys. żołnierzy oraz 15 tys. cywilów, głównie kobiety i dzieci. W drugim zaś ewakuowano 45 tys. żołnierzy i 25 tys. cywilów (w tym moją matkę i mojego brata).

Łącznie przerzucono 115 tys. osób, w tym 70 tys. żołnierzy. Ci, którzy nie mogli opuścić ZSRS lub nie chcieli dobrowolnie przyłączyć się do exodusu, walczyli u boku armii sowiec­kiej pod dowództwem ppłk. Zygmunta Berlinga - dezertera z polskiej armii. Podpułkownik przeszedł na stronę sowiecką i wkrótce w nagrodę został awansowany przez Stalina na pułkownika, a zaraz później generała. Równocześnie z ewakuacją uchodźców i ich rozdzieleniem do różnych obozów rozsianych po wszystkich kontynentach utworzono Armię Polską na Wschodzie. W jej skład weszły jednostki już obecne na tym terenie, szpital polski oraz 3 Dywizja Strzelców Karpac­kich pod dowództwem gen. Stanisława Kopańskiego. Dywizja powstała z rozwinięcia Samodzielnej Brygady Strzelców Karpac­kich. Brygada narodziła się w Syrii w 1940 roku, składała się z polskich żołnierzy, którzy uciekli przez Bałkany w 1940. Po upadku Francji została przeniesiona do Palestyny, a następnie do Tobruku, gdzie brała udział w walkach w Afryce Północnej u boku armii brytyjskiej. Opowiada o tym inż. Rasiej:

W kwietniu 1942 roku moja jednostka została przeniesiona do Palestyny, gdzie dołączyła do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpac­kich, która walczyła wcześniej w Afryce Północnej. W ten sposób powstała 3 Dywizja Strzelców Karpac­kich, a ja zostałem przydzielony do 1 Pułku Artylerii Lekkiej w służbach łączności. Rozpoczął się dla nas okres intensywnego szkolenia, które trwało w Palestynie kilka miesięcy, a następnie było kontynuowane w Iraku, gdzie skoncentrowano całą armię ewakuowaną ze Związku Sowieckiego20.

Także prof. Lipiński został zwerbowany do 2 Korpusu:

W styczniu 1943 roku otrzymałem wezwanie do wojska. Nie miałem wtedy jeszcze 18 lat, ale wezwanie dotyczyło wszystkich urodzonych w 1925 roku lub wcześniej, więc pod koniec lutego załadowano nas na ciężarówki i wysłano do Chanakin w Iraku, do Kwatery Głównej armii. Matka dała mi różaniec i pożegnalny pocałunek, ojciec wyszedł ze szpitala, aby dać mi swoje błogosławieństwo. W Chanakin była komisja rekrutująca mężczyzn do polskiej brygady spadochronowej, gdzie zaciągnął się mój brat. Starałem się o zaciąg do wojska, aby dołączyć do brata, ale lekarze uznali mnie za niezdolnego do służby. Później zostałem wcielony do 12 Pułku Ułanów Podolskich, którego Kwatera Główna znajdowała się w środkowym Iraku.

Profesor Narębski wspomina:

Kiedy przybyłem do Iranu, potrzebowałem nowych zabiegów, ponieważ te, które miałem wcześniej, nie były wystarczające dla mojego słabego organizmu. Po wypisaniu ze szpitala wyraziłem chęć służby w dywizji piechoty, jednak z powodu mojego stanu fizycznego zmienili mi kategorię i ze względów zdrowotnych przenieśli do 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii, znanej z maskotki - irańskiego niedźwiedzia o imieniu Wojtek. Żartobliwie mógłbym powiedzieć, że być może te choroby uratowały mi życie, bo moja służba wojskowa w tej jednostce była niewątpliwie mniej niebezpieczna niż służba piechura.

Utworzone Wojsko Polskie weszło w skład Persia and Iraq Force (PAI Force, Dowództwo Iranu i Iraku). Polacy mieli za zadanie obronę pól naftowych i szkolili się do marca 1943 roku, kiedy to zostali wysłani do północnego Iraku w okolice Kirkuku, gdzie przeszli instruktaż z technik wojennych i operacji desantowych. W tym okresie ostatecznie wyjaśniono tajemnicę zbrodni katyńskiej. Polscy oficerowie wzięci w czasie okupacji do niewoli przez Rosjan zostali zamordowani przez oddziały NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych). NKWD działało w celu wyeliminowania wszystkich obywateli, którzy mogli stanowić klasę rządzącą w powojennej Polsce. Od tego momentu stosunki dyplomatyczne między oboma rządami (pogorszone już po exodusie) zostały poważnie nadszarpnięte - aż do definitywnego zerwania. W czerwcu 1943 roku gen. Sikorski wizytował oddziały polskie w Iraku, gdzie postanowiono utworzyć 2 Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa. Nowa organizacja opierała się na dwóch dywizjach piechoty, brygadzie pancernej, artylerii Korpusu, batalionie inżynieryjnym, batalionie gwardii i oddziałach komandosów, poza tym przewidywano utworzenie dywizji rezerwowej, szpitali, zaplecza szkoleniowego i usługowego. W sierpniu 1943 roku Polacy przenieśli się do Palestyny (na tereny między Tel Awiwem, Gazą a granicą egipską) w celu dalszego szkolenia. W tym okresie około 3 tys. Żydów opuściło korpus, by wziąć udział w walce o utworzenie państwa żydowskiego. Dezerterzy nie byli poszukiwani przez Polaków, mimo próśb władz brytyjskich. Podróż relacjonował prof. Lipiński:

W sierpniu zostałem przeniesiony do Palestyny. Podróż była ciekawa. Przewożono nas na ciężarówkach przez Jordanię. Krajobraz był pustynny, a przejazd trwał około tygodnia. Klimat w Palestynie był lepszy niż w Iraku, dodatkowo było tam wielu uchodźców żydowskich z Polski. Byli dla nas bardzo gościnni, wielu z nich z nostalgią wspominało swoje domy i wsie pozostawione w Polsce, niektórzy nazywali nas "naszymi chłopcami". Stosunki nawiązane z ludnością zarówno żydowską, jak i arabską były przyjazne. Po naszym przyjeździe władze wojskowe zorganizowały szkołę średnią dla członków 3 Dywizji Karpac­kiej.

Jednym z instruktorów korpusu był ppor. Jan Zdzisław Zaremba:

Nie uczestniczyłem w uformowaniu z Polaków - byłych więźniów rosyjskich - korpusu na Bliskim Wschodzie, gdyż należałem do I Korpusu Polskiego, stacjonującego w Anglii. W 1942 roku zostałem przeniesiony do Iraku, aby szkolić 2 Korpus w posługiwaniu się pojazdami pancernymi. Istniała potrzeba przeszkolenia nowych oddziałów, których część stanowili żołnierze dawnego Wojska Polskiego z 1939 roku, a także spory odsetek nowych poborowych, cywilów, którzy po wyzwoleniu zostali uznani za zdolnych do służby. Szkolenie trwało w sumie rok i sześć miesięcy. Żołnierze byli bardzo chętni. Pamiętam przede wszystkim gorący klimat, w jakim działaliśmy - wewnątrz pojazdów pancernych nie można było długo wysiedzieć ze względu na temperaturę. Na początku 1944 roku, gdy oddziały były wystarczająco wyszkolone, pojechaliśmy do Egiptu, aby nas zaokrętowali do Włoch.

W 1943 roku polskie wojsko zakończyło swój cykl szkoleniowy i zostało przeniesione do Afryki, do Camp Quassasin w Egipcie. W tym okresie dowództwo brytyjskie domagało się udziału na froncie włoskim tylko jednej polskiej dywizji (wojska sprzymierzone rozpoczęły desant już we wrześniu tego samego roku). Również w tym przypadku gen. dyw. Anders, zachowując wiarę w użycie całej armii jako jednolitej struktury, odrzucił prośbę o dyspozycyjność. W listopadzie 1943 roku sam Naczelny Wódz gen. broni Kazimierz Sosnkowski po porozumieniu z Brytyjczykami ogłosił, że we Włoszech zostanie użyty cały 2 Korpus, ponieważ alianci zamierzali przenieść część swoich jednostek z Włoch do Wielkiej Brytanii, aby posłużyć się nimi podczas lądowania w Normandii. W czasie drogi z niewoli do wolności wielu Polaków straciło życie. Do dziś o ich przejściu przez różne regiony byłego ZSRS, Bliskiego Wschodu i Afryki świadczą cmentarze - ostatnie ślady tamtej rzeczywistości.

Mieczysław Rasiej (pierwszy u góry po lewej) wraz z rodziną, Kazachstan 1942 r. (zbiory prywatne rodziny Rasiejów)
Rodzina Rasiejów. Mieczysław Rasiej (z lewej), bombardier, później plutonowy podchorąży 1 Karpackiego Pułku Artylerii Lekkiej, studiował w Matino we Włoszech. Jego matka Helena pracowała w Polskim Szpitalu Wojennym nr 5 w Casamassimie, a brat Kazimierz zaciągnął się do RAF w Wielkiej Brytanii (zbiory prywatne rodziny Rasiejów)
Gustaw Herling-Grudziński (1919-2000) po aresztowaniu przez NKWD w Grodnie w 1940 r., zdjęcie z kartoteki obozowej w Jercewie (domena publiczna)
Danuta Gradosielska z d. Mączka (1925-2024), ochotniczka 316 Kompanii Transportowej, ok. 1945 r. (zbiory prywatne rodziny Gradosielskich)

Dalsza część w wersji pełnej