Policjant z Dubaju. Tom 2 - Marcin Margielewski

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
W tomie pierwszym...
Ewa i Saeed poznają się w Libii. On, młody policjant z Dubaju, zostaje przydzielony do ochrony grupy polskich geodetów. Ona jest członkinią tej grupy - pracuje przy jednej ze sztandarowych inwestycji reżimu Kaddafiego. Jest koniec lat dziewięćdziesiątych, Zjednoczone Emiraty Arabskie są w dużej mierze pustynią, a Polska liże rany po zrzuceniu komunistycznego reżimu i walczy z biedą w rodzącym się w bólach kapitalizmie.
Dla Saeeda spotkanie Ewy jest przełomowym momentem. Zakochuje się w niej bez pamięci. Jeszcze w Libii odnajduje jej adres w policyjnych kartotekach, a gdy każde z nich musi wrócić do swojego kraju, postanawia ją odnaleźć. Przylatuje do Polski i sprawia, że jej serce też zaczyna bić mocniej na myśl o nim.
Pochodzą z dwóch różnych światów. Dzieli ich wszystko - łączy jedynie uczucie. Ojciec Ewy kategorycznie sprzeciwia się jej wyborom, ale ona podejmuje decyzję o wylocie do Dubaju. Na początek tylko z wizytą. Z czasem na stałe, by wyjść za Saeeda. Na miejscu dowiaduje się jednak, że ten ma już żonę - swoją kuzynkę Lamis - choć zamierza się rozwieść. Odkrycie tej tajemnicy o mały włos nie kończy ich związku, ale ostatecznie dochodzi do ślubu. Niestety Lamis nie potrafi się pogodzić z odsunięciem na boczny tor. Zwłaszcza gdy zostaje ponownie wydana za mąż za bogatego, lecz obcesowego i brutalnego konserwatystę. Mężczyzna odcina ją od życia w Dubaju, które uważa za bałamutne i niemoralne - niegodne pobożnej muzułmanki. To jeszcze bardziej podsyca nienawiść Lamis do byłego męża i jego żony. Poprzysięga sobie zemstę na ludziach, których obwinia o swoje nieszczęście.
W tle tej niezwykłej opowieści z pustyni wyłania się miasto. Dubaj zaczyna swoją drogę ku nowoczesności, którą wkrótce zachwyci się cały świat. Coraz więcej turystów odwiedza to miejsce, a wraz z nimi rodzi się przestępczość. Młody detektyw Saeed prowadzi wiele ekscytujących śledztw. W jednym z nich kluczowym dowodem w sprawie morderstwa staje się... kaseta VHS. W innej próbuje ustalić, kto pragnął śmierci wpływowego Amerykanina pracującego dla rządu USA. Kolejnym razem musi rozwikłać zagadkę zabójstwa młodej dziewczyny, której ciało - przygotowane do muzułmańskiego pochówku - porzucono w jednym z hoteli. Porachunki hinduskiej mafii i pościg za pedofilem mordercą przyprawiają o zawrót głowy podobnie jak wyłaniające się z pustyni wieżowce.
Wszystkie te fascynujące historie opowiada mi Ewa. Saeed, choć niezbyt chętnie, zgodził się na to, choć sam nie chciał być narratorem tej opowieści ze względu na obowiązujący w emiracie pakt milczenia na temat przestępczości. Promując się jako jedno z najbezpieczniejszych miejsc na świecie, Dubaj unika rozgłosu, jeśli chodzi o zbrodnie dokonane na jego terenie, i często ukrywa fakty, a czasem nawet celowo fałszuje je w przekazach medialnych, by nie wzbudzać sensacji. Tak już jednak jest, że to, co skrywane, z reguły ciekawi najbardziej. Niniejsza książka jest być może jedyną publiczną kroniką mrocznych sekretów Dubaju, choć przedstawia tylko skromny ich wycinek.
Poznajcie ciąg dalszy...
ROZDZIAŁ 1
Trwałam bez snu. Zmęczenie i gonitwa przerażających myśli wprawiały mnie w stan katatonii. Budzący się dzień jednak zdawał się tym zupełnie nie przejmować. Słońce wstało jak co dzień i bezczelnie pyszniło się swoim blaskiem. Ziemia kręciła się jakby nigdy nic. Jak śmiała! Powinna stanąć, wstrzymać oddech - i ruszyć dopiero wtedy, gdy ten koszmar minie.
Cisza panująca w naszym domu była ciężka, gęsta, namacalna. Dzieci jeszcze spały, moja mama czuwała nad nimi w niemym bezruchu. Saeeda nie było w domu. Obiecał, że nie wróci, dopóki nie odnajdzie naszego synka. Desperacko trzymałam się tej obietnicy. To jedyne, co mi pozostało.
Moje odrętwiałe ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Palce drżały, jakby nie należały do mnie. Każdy oddech przychodził mi z trudem. Serce biło nierówno - zbyt szybko, potem znów niemrawo, jakby zapomniało, że powinno tłoczyć krew w moje żyły. W głowie krążyły strzępki obrazów i wrażeń. Jego uśmiech, drobne dłonie chwytające moje palce, ciepło jego policzka, gdy zasypiał wtulony we mnie. Każde wspomnienie było jak nóż. Wdzierało się w moją świadomość pozornym ciepłem, zanim przeszywało chłodem ostrza. Po każdym wzruszającym "było" następowało dławiące rozpaczą "jest".
Rano mama zastała mnie zwiniętą w kłębek w łóżku.
- Saeed nie dzwonił...? - spytała niepewnie.
Pokręciłam głową. Wiedziałam, że mąż skontaktuje się ze mną, jak tylko będzie miał dla mnie jakąś wiadomość, ale umysł podpowiadał mi też scenariusz, w którym on już wie, że wieści nie są dobre, ale boi się mi o tym powiedzieć.
Po moich policzkach znów popłynęły łzy. Dziwiłam się, że jeszcze mi jakieś zostały.
Mama usiadła obok i przytuliła mnie z niezwykłą czułością. Bardzo tego potrzebowałam. Obie wiedziałyśmy, że nie jesteśmy w stanie nic zrobić, ale w tamtym momencie ten gest był dla mnie wszystkim. Zbierała się w sobie. Czułam, że chce coś powiedzieć. Kiedy byłam dzieckiem, rzadko zabierała głos w rodzinnych dyskusjach, ale zawsze było po niej widać, gdy miała odmienne od innych zdanie. Tego dnia postanowiła je wygłosić.
- Córeczko... - zaczęła łagodnie. - Nie chcę ci mówić, co powinnaś czuć, ale nie powinnaś ogłaszać żałoby. Nie jest potrzebna... - Wyrwałam się gwałtownie z jej objęć i spojrzałam na nią z oburzeniem, ona jednak nie dała się zbić z tropu. - Adaś wróci - kontynuowała. - Ty to wiesz i ja to wiem... Nie pozwól, by czarne myśli podpowiadały ci coś przeciwnego. Saeed go znajdzie. Wkrótce znowu wszyscy będziemy razem.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebowałam tych słów. Mama miała rację. Stałam nad przepaścią, ale to, w którym kierunku zrobię krok, wciąż jeszcze pozostawało moją decyzją. Mogłam rzucić się w otchłań lub cofnąć, kurczowo trzymając się nadziei. W tym momencie bardzo potrzebowałam kogoś, kto poda mi dłoń. Mama to zrobiła.
Otarłam łzy.
- Zadzwoń do Saeeda... - szepnęła, wręczając mi telefon.
Zrobiłam to bez namysłu. Automatycznie.
Mąż nie czekał na moje pytania. Wiedział, dlaczego dzwonię.
- Nie martw się. On wróci... - obiecał.
- Na pewno...?
- Tak. Wiemy już, gdzie jest, ale to delikatna sprawa.
W tym momencie rozpłakałam się tak rzewnie, jakby puściła we mnie tama. To było silniejsze ode mnie. Szloch nie pozwolił mi zadać kolejnych pytań, a miałam ich wiele...
Gdzie jest mój syn?
Czy jest cały i zdrowy?
Dlaczego to "delikatna sprawa"?
Czy nie mogą go po prostu przywieźć do domu?
I... kiedy to zrobią?
- Nie płacz, proszę... - powiedział Saeed, walcząc ze wzruszeniem. Był na służbie i próbował trzymać fason. - Muszę kończyć, niedługo wrócę.
Rozłączył się.
Ta rozmowa dodała mi otuchy, ale nie pozwoliła pozbyć się niepewności i strachu. Byłam przyzwyczajona do tego, że Saeed unika szczegółów, gdy mówi o sprawach, nad którymi pracuje. Jeśli w ogóle je ujawniał, to tylko wtedy, gdy śledztwo było już zakończone. Teraz działał tak samo, pomimo że chodziło o naszego synka. Nie umiałam sobie wyobrazić, co czuł. Później przez wiele lat unikaliśmy tego tematu. Nawet czas nie złagodził horroru tamtych chwil...
***
Tego dnia, gdy jego ulubiona niania zapytała go, dokąd chce pojechać, Adam nie miał wątpliwości. Wybrał Dubai Creek. Uwielbiał dhaw - tradycyjne łódki, od których roiło się na nadbrzeżu dubajskiej zatoki.
Nena miała słabość do malca. Była gotowa spełnić każde jego życzenie, chociaż wiedziała, że ich zakres jest raczej ograniczony. Adam wybierał z reguły między miejskimi parkami a zatoką. Ta ostatnia była jego ulubionym miejscem, tam czuł się jak u siebie. Spenetrował każdy zakątek. Niektórzy rybacy i kupcy go znali, a on pamiętał, by podczas swoich wizyt odwiedzić każdego z nich. Częstowali go cukierkami i baklavą. Pakowali łakocie na wynos z dedykacją dla siostrzyczek, o których jako dumny starszy brat chętnie wszystkim opowiadał.
Wtedy, jeszcze zanim Nena zdążyła dobrze otworzyć drzwi, Adam wyskoczył z samochodu.
- Poczekaj! - zawołała, ale w jej głosie nie było gniewu.
Była przyzwyczajona do entuzjazmu, z jakim malec reagował na świat. Tego dnia był jednak zdecydowanie bardziej energiczny, bo nad zatoką wypatrzył kogoś, kogo dobrze znał. I wcale nie byli to stali bywalcy tego miejsca.
- Amma Lamis! - zawołał, po czym wyrwał się opiekunce i pobiegł w kierunku uśmiechniętej ciotki.
Lami nie wyglądała na zaskoczoną tym spotkaniem. Adam wtulił się w jej czarną szatę, a ona przykucnęła, by odwzajemnić uścisk.
Po chwili Nena podeszła do niej, witając się grzecznie.
- Dzień dobry, madame. Cóż za spotkanie...
- Miałam kilka spraw do załatwienia w okolicy. Nie spodziewałam się, że trafię tu na mojego ulubionego chłopca.
- Ja jestem twoim ulubionym chłopcem? - spytał Adam.
- Oczywiście, że tak! - Lamis podniosła go i zamknęła w objęciach.
- A wujek Sultan? On nie jest twoim ulubionym chłopcem? - dopytywał.
Kobieta miała ochotę zaprzeczyć w bardzo dosadnych słowach, ale wybrała ocenzurowaną wersję:
- Wujek Sultan jest już zdecydowanie za duży, żeby nazywać go chłopcem.
- Ja też jestem już duży. Mama mówi, że jestem dużym chłopcem.
- Bo jesteś, ale jeszcze urośniesz, a wujek Sultan już nie.
Ten argument zdawał się przekonać pięciolatka.
- Amma, popłyniesz z nami?
- Dokąd?
- Na drugi brzeg i z powrotem!
Lamis spojrzała na Nenę z uśmiechem, jakby oczekiwała pozwolenia.
- Ciocia na pewno jest zajęta... Może dołączy do nas innym razem - zareagowała niania.
Adam wyraźnie nie był zadowolony z tej odpowiedzi.
- Popłynę - zdecydowała ciotka. - Ale potem ty pojedziesz ze mną na wycieczkę do Sharjah. Koniecznie musisz mnie odwiedzić.
Adam był tą propozycją zachwycony. Słowo "wycieczka" zawsze działało na niego jak magiczne zaklęcie. Nena chciała zaprotestować, ale Lamis zagadała ją, wdając się w dyskusję z Adamem, i specjalnie zmieniła język na arabski, by utrudnić niani zadanie. Nena rozumiała słowa na poziomie pięciolatka, ale nie mogła już uczestniczyć w tej konwersacji. Lamis wzięła Adasia za rękę i energicznie ruszyła w kierunku nadbrzeża.
Malec wielokrotnie wcześniej pływał po zatoce, ale za każdym razem reagował zachwytem debiutanta. Tym razem jednak niemniej intrygowała go obiecana wycieczka do willi ciotki. Gdy tylko zeszli z łódki, zakomenderował:
- Teraz jedziemy do cioci!
- Może innym razem... - odpowiedziała Nena. Miała jasne instrukcje co do wszelkich wyjść i wyjazdów z Adamem. Nie chciała w żaden sposób narazić się swoim pracodawcom. Z drugiej strony była tylko służącą. Kobiety o jej pozycji nie sprzeciwiają się Emiratkom niezależnie od sytuacji.
Samochód Lamis podjechał niemal pod samo nabrzeże. Zupełnie jakby był tam wcześniej zamówiony. Od kiedy kobieta zdobyła wynegocjowane z mężem prawo jazdy, rzadko korzystała z usług kierowcy. Tego dnia było jednak inaczej. Szofer wysiadł zza kierownicy i otworzył drzwi w tylnej części.
- Wsiadaj, habibi - rzuciła Lamis do Adama.
- Madame, nie można... musimy wracać...
Nena wciąż jeszcze próbowała uniknąć kłopotów, ale Lamis nie reagowała na te słowa.
- Wrócicie na czas. Włóż torbę do bagażnika.
- Nie... Tam jest telefon, muszę zadzwonić, że się spóźnimy... Będą nas szukać...
- Zadzwonisz, jak będziemy na miejscu. Nie sądzisz chyba, że pozwolę ci wsiąść do auta z tą torbą? Fotele są tapicerowane najwyższej jakości skórą, porysujesz ją. No już, nie mamy czasu. Mały będzie miał frajdę, wrócicie niebawem... Mój były mąż i tak jest w pracy, a ta jego nowa żona nawet się nie zorientuje, że was nie ma. Tyle dzieci narodziła, że pewnie doliczyć się nie może...
Nena wiedziała, że jest na przegranej pozycji. Nie potrafiła się sprzeciwić. Chociaż Lamis nie była jej bezpośrednią pracodawczynią, w jej rozumieniu świata należała do wyższej klasy. Posłusznie wsiadła do auta, w duchu modląc się, by ta wycieczka rzeczywiście skończyła się możliwie szybko, zanim ktokolwiek się zorientuje, że mimowolnie złamała zasady.
Auto ruszyło w kierunku Al Falaj, jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic willowych w Sharjah. Zamieszkiwana głównie przez Emiratczyków z zamożnych rodzin, dzielnica obfitowała w obszerne działki, luksusowe wille. To wszechobecne bogactwo idealnie pasowało do pozycji członków rodziny Al-Midfa.
***
Strach wciąż ścinał moją krew, paraliżował ciało. Każdy dźwięk w domu wyrywał mnie z letargu, niósł nadzieję na dobre wieści, a po chwili rozczarowywał, okazując się jedynie znakiem, że świat wokół mnie nie zrezygnował z istnienia, nawet jeśli ja nie miałam ochoty istnieć. Starałam się trzymać słów mojej mamy, ale historia porwania małej Husny, która również zniknęła znad dubajskiej zatoki i nigdy już nie wróciła do rodziców, raz po raz wciągała mnie w mrok.
Niewiele myśląc, znowu zadzwoniłam do Saeeda.
- Czy morderca tej małej nadal siedzi w więzieniu?
Mąż z miejsca wiedział, o jaką sprawę mi chodzi. Sam wyraźnie bał się tego, że nasza historia będzie miała równie tragiczny finał, dlatego zareagował emocjonalnie.
- Nawet nie waż się tak myśleć! Ten śmieć dostał karę śmierci, nikomu już nie zagraża! Obiecałem ci, że wrócę do domu z naszym synkiem, i wrócę!
Wrócił.
Nie zauważyłam nawet, że dzień był już skąpany w słońcu, gdy przed nasz dom podjechały trzy radiowozy. Natychmiast skoczyłam na równe nogi. Moja mama pobiegła do drzwi, a ja ruszyłam za nią. Wypadłyśmy na dziedziniec. Serce mi zamarło, gdy zobaczyłam Saeeda niosącego na rękach wtulonego w niego Adama. Przez moment myślałam, że mój synek nie żyje, że to tylko jego zwłoki. Umysł w momentach silnego stresu potrafi podpowiadać makabryczne scenariusze. Dopiero gdy zobaczyłam, że plecki Adasia poruszają się miarowo w spokojnym oddechu, ja sama odetchnęłam z ulgą.
Mąż podszedł do mnie, oddał mi go w objęcia, po czym mnie pocałował.
- Mówiłem ci, że go odzyskam. Nigdy nie pozwolę, by cokolwiek wam się stało. Dopóki żyję, nikt was nie skrzywdzi.
To nie był czas na wyjaśnienia. Zbyt wcześnie było na opowieści. Strach opuścił moje ciało, ale wciąż jeszcze drżałam z emocji. Moja mama położyła Adasia do łóżeczka, a ja wciąż stałam w jednym miejscu. Łzy rozpuszczały stres, płynąc po moich policzkach. Napięcie powoli odpuszczało. Saeed rozmawiał jeszcze z funkcjonariuszami, którzy eskortowali go do domu. Kiedy radiowozy odjechały, podszedł do mnie i mocno przytulił. Bardzo tego potrzebowałam. Czując, że wreszcie mogę się rozsypać, dałam upust emocjom i rozpłakałam się na dobre.
- Już dobrze. Przecież już wszystko jest dobrze... - pocieszał, ale ja potrzebowałam wyrzucić wszystko, co rosło we mnie przez ostatnie kilkadziesiąt godzin.
Nie byłam gotowa na to, by usłyszeć, co działo się przez ten czas z moim synkiem, ale nie mogłam nie spytać. Gdzie on był? Czy ktoś go skrzywdził? I gdzie jest Nena?
***
Nena nie mogła się spodziewać, że kiedykolwiek trafi do więzienia. Zawsze żyła uczciwie, bogobojnie i zgodnie z przykazaniami wielbionego przez nią Jezusa. Kiedy pojawiła się w naszym domu, spytała, czy nie będzie dla nas problemem, że nosi na piersi krzyżyk. Oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, że jest katoliczką. Wiele w tym czasie rozmawiałyśmy. Była pierwszą nianią w naszym domu i byłam z nią bardzo zżyta. Kiedy opowiadała o swojej wierze w Boga i znakach, które ten jej dawał, odnajdowałam w jej słowach siebie. Modliłyśmy się inaczej, ale poza tym absolutnie nic nas nie różniło. I nie chodziło nawet o to, że Jezus również jest prorokiem islamu, ale o to, że w ludziach, którzy w Bogu widzą dobro, potrzeba wiary jest zawsze taka sama. Niezależnie od wyznania czerpią z niej siłę i odwagę. Niestety są też tacy, którzy w tej sile i odwadze widzą kapitał polityczny. Wiara jest miłością, a miłością nie da się odnieść sukcesu w polityce. Jezus próbował - i go zabili.
Nienawiść i podziały. Poczucie zagrożenia ze strony innowierców. Próba skłócenia, niedopuszczanie do dialogu - to wszystko istnieje w niemal każdej religii. Muzułmanie dostali łatkę terrorystów, chrześcijanie są nazywani bałwochwalcami, żydzi w satanistycznych rytuałach mieli delektować się krwią niemowląt. Te oczywiste bzdury dla wielu są prawdą objawioną. Znajdują jej potwierdzenie w skorumpowanych przez ludzi świętych pismach i jeszcze bardziej utwierdzają się w nienawiści. Gdy jednak dwoje ludzi różnych wyznań staje przed sobą z czystym sercem, okazuje się, że podziały nie istnieją, że nie ma różnic, że miłość do Boga jest zawsze taka sama. I że nie może być prawdziwa, gdy łączy się ją z nienawiścią do bliźniego.
Trzy główne wielkie religie monoteistyczne interpretują postać Jezusa w bardzo odmienny sposób. Dla chrześcijan jest Mesjaszem i Synem Bożym. Zajmuje centralne miejsce, a Nowy Testament przedstawia go jako Zbawiciela świata.
Ja i Ojciec jedno jesteśmy1.
W islamie Jezus - Isa jest jednym z najważniejszych proroków. Koran uznaje go za mesjasza, opisuje jego cudowne narodziny i przypisuje mu liczne cuda, ale nie akceptuje jego boskości, bo ta jest zarezerwowana dla Allaha.
O Ludu Księgi! Nie przesadzajcie w waszej religii i nie mówcie o Bogu niczego innego, jak tylko prawdę! Mesjasz, Jezus, syn Marii, jest tylko posłańcem Boga i Jego Słowem, które złożył Marii, i Duchem pochodzącym od Niego. Wierzcie więc w Boga i Jego posłańców i nie mówcie: "Trzy!". Zaprzestańcie! To będzie lepiej dla was! Bóg-Allah - to tylko jeden Bóg! On jest nazbyt wyniosły, by mieć syna!...2
Niezależnie od tego podejścia w wielu islamskich krajach istnieją kościoły chrześcijańskie, w tym katolickie, bo zgodnie z Koranem Ludy Księgi (Biblii) - żydzi i chrześcijanie - nie są wrogami, a braćmi w wierze w jednego Boga. Obraz ten zaciemniają niektóre hadisy, często uznawane za fałszywe.
Judaizm oczekuje od mesjasza, że ten przyniesie pokój na świecie, sprowadzi żydów z wygnania i odbuduje Świątynię Jerozolimską. Jego wyznawcy nie widzą go w Jezusie. Nie uznają go również za Syna Boga. W judaizmie nie istnieje Nowy Testament jako święta księga. Niektóre żydowskie źródła historyczne wspominają Jezusa pośrednio i często polemicznie, jednak judaizm nie buduje wokół niego swojej teologii. Niszczenie przez wyznawców ideologii syjonistycznej symboli przedstawiających Jezusa i jego męczeńską śmierć jest jedną z największych przyczyn konfliktu międzyreligijnego.
O ile islam przypisuje Jezusowi ogromną rolę na Sądzie Ostatecznym, o tyle judaizm zwalcza go, uznając za fałszywego bożka, którego celebracja uniemożliwia wypełnienie się zawartego w Tanachu boskiego proroctwa.
- Nie mogę uwierzyć, że Nena chciała skrzywdzić naszego synka... Tak jej ufałam! - zareagowałam, gdy tylko dowiedziałam się o aresztowaniu naszej niani.
- Nie chciała - rzucił Saeed.
- Jak to? To dlaczego trafiła do aresztu?
- Takie są procedury.
- Procedury? Zatrzymujecie pro forma nianie porwanych dzieci?
- Nie. Zatrzymujemy nianie oskarżane o porwanie...
Usilnie starałam się wyłuskać ze słów mojego męża jakiś sens, ale on wyraźnie nie wiedział, jak mi to wyjaśnić. W końcu zdecydował się opowiedzieć mi o wszystkim, co wydarzyło się tego dnia, i zdradzić kulisy dochodzenia, które stało się najważniejszym w całej jego policyjnej karierze.
***
Lamis przez całą drogę rozmawiała z Adasiem. Chłopiec był w wieku, gdy interesowało go dosłownie wszystko. Otaczający go świat przyjmował z dziecięcym zachwytem i ciekawością, która rodziła lawinę pytań. Ale nie tylko on je zadawał. Lamis miała swoje. Wyraźnie próbowała dowiedzieć się jak najwięcej o tym, co dzieje się w naszym domu. Oczywiście żaden pięciolatek nie jest najbardziej wiarygodnym źródłem informacji, ale naturalny brak podejrzliwości gwarantował jego szczerość. Lamis tymczasem próbowała się dowiedzieć, czy łódź naszego małżeństwa nie wpadła na skały lub przynajmniej nie osiadła na mieliźnie. I z pewnością sondowała po to, by wyczuć, czy ma szansę nam zaszkodzić.
Przyznam, że kiedy dowiedziałam się o tej rozmowie, byłam bardzo zaskoczona. Od kilku lat żyłam w przekonaniu, że Lamis pogodziła się z sytuacją i zrozumiała, że nie ma najmniejszych szans na powrót do Saeeda. Mieliśmy trójkę dzieci, które zdawała się uwielbiać. Podczas naszych spotkań serdeczność dosłownie z niej biła. Ani na moment nie wychodziła z roli, nie zdradzała dystansu czy niechęci.
Znów czułam strach. Dawno już o nim zapomniałam. Lamis na przestrzeni lat dała mi się poznać z wielu stron. Bywała przyjacielska i uprzejma, bywała chłodna i złośliwa. Wiedziałam, że ma powody, by mnie nie lubić. To zupełnie zrozumiałe, ludzkie... Na jej miejscu sama nie pałałabym miłością do kobiety, która zastąpiła mnie u boku ukochanego mężczyzny. Ale nigdy nie sądziłam, że te uczucia będą tak trwałe - i że pchną ją do tak okrutnych kroków.
Po przyjeździe do rezydencji Lamis i Sultana Nena próbowała odzyskać swoją torebkę. Przez cały czas myślała tylko o jednym: zadzwonić do domu i powiedzieć, gdzie jest Adam, zapewnić, że jest bezpieczny. Lamis jednak nie mogła na to pozwolić. Powiedziała jej, że torebka zostanie w bagażniku.
- Nie wiem, co tam trzymasz, a nie będę ryzykowała wnoszenia obcych przedmiotów do mojego domu. To względy bezpieczeństwa - wyjaśniła niedorzecznie.
Nena próbowała negocjować, jednak na próżno. Lamis wciąż wykorzystywała swoją przewagę.
- A czym mieliby się martwić? Adaś jest u swojej cioci, jak widzisz, uwielbia mnie i świetnie się bawi. Nie dzieje mu się żadna krzywda. On jest Arabem, a nie jakimś Filipino. Powinien spędzać więcej czasu ze swoimi... - wyjaśniła pogardliwie. - Siedź tu i czekaj. - Wskazała Nenie niewielkie pomieszczenie znajdujące się w drodze do kuchni, częściowo na nią otwarte. Pełniło funkcję jadalni dla służby, czasem też przygotowywano tu ciasta i inne słodkości na większe przyjęcia.
Zaraz potem Lamis wydała służącym polecenie przygotowania potraw, które jeszcze w samochodzie wymienił Adam, gdy spytała go, co lubi jeść. To pozwalało mieć nadzieję, że malec jest pod dobrą opieką, ale Nena i tak bała się spuścić z niego wzrok. Nie miała jednak wyjścia.
Po kuchni krzątały się dwie kobiety. Jedna z nich wyglądała na Filipinkę, druga też na pewno pochodziła z Azji. Musiały być z różnych krajów, bo między sobą porozumiewały się zdawkowym angielskim. Nena popatrywała na nie, one też co jakiś czas zerkały w jej stronę wyraźnie zainteresowane jej obecnością. W końcu ta pierwsza zdecydowała się odezwać. Maricel istotnie była Filipinką - pochodziła z okolic Cebu - a w Emiratach mieszkała od trzech lat. Przyleciała za mężem, który kilka miesięcy wcześniej zaczął tu pracę na budowie, ale widziała się z nim w tym czasie zaledwie dwa razy. Od ponad roku w ogóle nie mieli kontaktu.
- Jesteś tu nowa? - spytała Maricel. - Będziesz z nami pracować?
- Nie - odparła Nena i wyjaśniła, w jakich okolicznościach trafiła do rezydencji.
- Na twoim miejscu bym uważała. Madame chyba nie może zajść w ciążę... Ja przyleciałam pracować jako niania, ale okazało się, że w tym domu nie ma dziecka, dlatego pracuję w kuchni z Miriam. Ona jest z Indonezji, trzymamy się razem...
Maricel skakała po tematach, ale Nena była zainteresowana tylko jednym: co kobieta miała na myśli, mówiąc, że powinna uważać. W końcu spytała o to wprost.
- Nie wiem. Może madame chce porwać tego małego i wychowywać go jak swoje dziecko?
Te słowa zmroziły Nenę. Wydarzenia z ostatnich godzin kojarzyły się jej z porwaniem w białych rękawiczkach. Znajdowała się w Sharjah wbrew swojej woli, a Adam nie zaprotestował tylko dlatego, że był za mały, by zorientować się w sytuacji. Tak było lepiej - chroniło go to przed ewentualną traumą, ale nie zmieniało faktu, że w tamtym momencie oboje powinni się znajdować gdzie indziej, a o ich losie zadecydowała osoba trzecia. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że zostali uprowadzeni.
Nena wpadła w panikę.
- Co mam robić? - spytała.
- Czekać. Najlepiej czekać. Jak mister Sultan wróci, nie będzie zadowolony. On chce syna, ale swojego.
- A kiedy wróci?
- Pewnie za kilka dni. Wyjechał za granicę. Państwo nigdy nam nie mówią takich rzeczy, ale da się poznać, kiedy wyjeżdża na dłużej, bo zawsze wtedy zabiera ze sobą duży bagaż.
Ta odpowiedź brzmiała dla Neny jak koszmar. Nie wyobrażała sobie, że miałaby zostać w tym domu tak długo, na pewno nie bez wiedzy swoich pracodawców. Nie miała też gwarancji, co się stanie, gdy Sultan wróci.
Maricel ewidentnie nie rozumiała powagi sytuacji. Nie wiedziała, że jej madame praktycznie porwała chłopca. Przewagą kobiet był fakt, że obie mówiły w języku, którego nikt poza nimi w tym domu nie rozumiał, dlatego Nena bez większego trudu mogła wyjaśnić rodaczce, co zaszło.
- Państwo nie mają dzieci, często się o to kłócą... Może madame po prostu chciała się pobawić z małym - próbowała pocieszać Maricel.
- Gdyby chciała się z nim pobawić, przyjechałaby w odwiedziny. A ona nas tu przywiozła i nie pozwala poinformować o tym nikogo w Dubaju. Macie tu telefon?
- W domu jest kilka linii, ale nam nie wolno z nich korzystać. Zresztą i tak nie mamy do kogo dzwonić - powiedziała Maricel ostrożnie, zdając sobie sprawę, dlaczego Nena zadała to pytanie. Wiedziała, z jakim wielkim ryzykiem wiąże się ewentualne udostępnienie telefonu zdesperowanej niani. Z drugiej strony bardzo chciała jej pomóc.
- Muszę dać znać moim pracodawcom, gdzie jesteśmy. Oni muszą umierać ze strachu... - przekonywała Nena. - Na pewno mnie zwolnią. Pan zawsze mówi, żeby jeździć z kierowcą, ale Adam uwielbia taksówki, a ja z reguły daję mu się przekonać. Nie wiem, co pocznę bez tego chłopca. Jest dla mnie jak syn...
Nena zżyła się z malcem tak bardzo, że konieczność opuszczenia go była dla niej trudna do wyobrażenia. Znacznie trudniejsza niż utrata zatrudnienia, środków do życia i perspektywa powrotu do kraju. Maricel doskonale to rozumiała.
- Znasz numer do domu? - spytała.
- Jest zapisany w moim telefonie - rzuciła zrezygnowana niania. Nadzieja na wyjście z impasu szybko zgasła. - Ale mogłabym zadzwonić na policję! - uświadomiła sobie nagle.
- Na policję? Chyba nie jest aż tak źle...
- Pan Saeed jest policjantem... Na pewno go znają...
Chociaż w rzeczywistości było mało prawdopodobne, że operator policyjnej centrali będzie znał konkretnego funkcjonariusza, nie był to plan zupełnie pozbawiony sensu.
- Spróbuję zadzwonić w tajemnicy, ale nie możemy przecież wezwać tutaj policji - powiedziała Maricel.
- Wystarczy, że powiesz, skąd dzwonisz. Niech przekażą panu Saeedowi, że jego syn Adam tu jest.
Tak też się stało. Maricel udało się zupełnie niepostrzeżenie zadzwonić na policję, ale jej zgłoszenie zostało uznane za dziwne i minęło wiele godzin, zanim stało się głównym tropem. To jednak właśnie dzięki niemu późnym wieczorem policjanci z Dubaju pojawili się w Sharjah.
Saeed był zaangażowany w sprawę, ale mimo że chodziło o jego syna, musiał zachować powściągliwość. Było już jasne, że Adam znajduje się pod opieką Lamis, wciąż jednak nikt nie wiedział, w jakim stanie jest ona sama. Jeśli okazałoby się, że przechodzi załamanie nerwowe i życie chłopca jest w niebezpieczeństwie, obecność Saeeda mogłaby tylko pogorszyć sytuację. Być może nawet pchnąć kobietę do jakiegoś nieprzemyślanego kroku. Mimo że instynkt nakazywał mu wejść do willi i po prostu zabrać swojego syna, policyjny profesjonalizm go przed tym hamował.
Poza tym złamałby zasady. Funkcjonariuszom nie wolno angażować się w sprawy, które dotyczą ich prywatnie. I choć to reguła, która ma chronić przed korupcją - a w tym przypadku wszyscy zrozumieliby, dlaczego to robi - i tak starał się trzymać z daleka. Monitorował jednak każdy ruch oficerów zaangażowanych w poszukiwania Adama. W Sharjah też pozostał w radiowozie na nasłuchu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
1 Ewangelia św. Jana, 10,30.
2 Koran, 4:171.