Rozdział 1. Sztyletnicy - terroryści powstania styczniowego
Rozdział 1
Sztyletnicy - terroryści powstania styczniowego
"Rankiem dnia 2 maja - relacjonował rosyjski dziennikarz Nikołaj Berg -
[sztyletnicy] zakradli się do galerii oszklonej, a gdy Miniszewski
wychodził w szlafroku i naturalnie bez broni, wypadli z ukrycia i zadali
mu trzy śmiertelne rany w szyję, serce i piersi tak, że nie wydawszy
najmniejszego okrzyku, jak piorunem rażony runął na ziemię. Sztyletnicy
najspokojniej zeszli z galerii i napotkanemu w bramie policjantowi
powiedzieli, by poszedł na górę, gdyż komuś tam zrobiło się
słabo!"1.
Tak wyglądała jedna z akcji specjalnego oddziału terrorystycznego władz
narodowych powstania styczniowego. Jej ofiarą padł dziennikarz Józef
Aleksander Miniszewski, bliski współpracownik Aleksandra Wielopolskiego,
szczególnie "zasłużony" w "obrzucaniu całego narodu błotem zniewagi". W rzeczywistości oznaczało to, że Miniszewski na łamach prorosyjskiego
"Dziennika Powszechnego" publikował negatywne opinie o manifestacjach
patriotycznych, a następnie o powstaniu. Z tego też powodu został uznany
za "jawnego zdrajcę i renegata sprawy narodowej". Twierdzono nawet, że
nie istniała taka "podłość, której by za pieniądze nie popełnił".
Władze rosyjskie przyznały wdowie po Miniszewskim dożywotnią rentę w wysokości 1000 rubli (około 12 tysięcy euro) rocznie. Ta jednak nie
przyjęła odszkodowania i zadbała, by o jej decyzji dowiedziała się prasa
podziemna2. Doskonale zdawała bowiem sobie sprawę, że przyjęcie
zapomogi od rządu carskiego będzie oznaczało, iż ona również trafi na
listę zdrajców. A to było wyjątkowo niebezpieczne.
Warto bowiem pamiętać, że praktycznie każda władza wykonawcza w dziejach
- bez względu na epokę czy ideologię - dysponowała służbami
specjalizującymi się w mokrej robocie. Jeszcze bardziej dotyczyło to
organizacji konspiracyjnych działających w podziemiu. Jednak likwidacja
ludzi uważanych za szkodliwych lub niewygodnych była tylko jednym z elementów całego przedsięwzięcia, równie ważny był efekt propagandowy.
Polska nie stanowiła pod tym względem wyjątku - wcale nie trzeba sięgać
do sądów kapturowych i Wojskowych Sądów Specjalnych Armii Krajowej z czasów drugiej wojny światowej. Bowiem już podczas powstania
styczniowego utworzono oddział sztyletników, którego działania nie
ograniczały się wyłącznie do zabójstw urzędników zaborczych czy
rodzimych zdrajców. Egzekucje dokonywane w biały dzień i niemal na
oczach przechodniów miały budować atmosferę terroru i dawać
odstraszający przykład zarówno Rosjanom, jak i Polakom, którzy przeszli
na stronę wroga.
Krwawe miesiące stolicy
Spacyfikowane po upadku powstania listopadowego Królestwo Polskie w latach pięćdziesiątych XIX wieku powoli zaczynało się budzić do życia.
Wprawdzie trudno było marzyć o poważniejszych zmianach za czasów
panowania cara Mikołaja I zwanego "żandarmem Europy", jednak klęska
Rosji w wojnie krymskiej (1853-1856) i śmierć monarchy obudziły nadzieje
Polaków. Równocześnie zmarł bowiem feldmarszałek Iwan Paskiewicz, krwawy
carski namiestnik od lat sprawujący rządy nad Wisłą. Oczekiwano, że nowy
liberalny car zdecyduje się na daleko idące zmiany.
Aleksander II doskonale wiedział, iż jego imperium potrzebuje reform,
ale nie przewidywał autonomii dla upartych Polaków. Po przybyciu do
Warszawy w maju 1856 roku wypowiedział znamienne słowa: "Żadnych marzeń,
panowie!", ale ogłosił amnestię i zezwolił na powrót emigrantów.
Nie zadowoliło to właściwie nikogo i w Kongresówce narastało wrzenie.
Pierwszą okazją do publicznej demonstracji stał się pogrzeb wdowy po
bohaterskim obrońcy Woli, generale Józefie Sowińskim (czerwiec 1860
roku). Kilka miesięcy później, w trzydziestą rocznicę wybuchu powstania
listopadowego, odbyła się msza żałobna w Kościele Karmelitów na Lesznie.
Wieczorem przed świątynią młodzież zaintonowała Boże, coś Polskę ze
zmienionym refrenem (Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie). W drodze
powrotnej do domów śpiewano nawet Mazurka Dąbrowskiego, wywołując na
ulicach prawdziwy popłoch.
W rocznicę bitwy o Olszynkę Grochowską zorganizowano kolejną
manifestację, tym razem z chorągwią z Orłem i litewską Pogonią.
Naprzeciwko demonstrantów stanął (w pojedynkę!) oberpolicmajster Fiodor
Trepow, nawołując tłum do rozejścia się. Trudno nie podziwiać odwagi czy
też pychy carskiego urzędnika, ale policjant "przy wodotrysku dostał po
pysku". Znakomicie poprawiło to humor zebranym, skończyło się jednak na
tym, że do akcji wkroczył oddział żandarmów. Manifestantów, wśród
których było wiele kobiet, płazowano szablami i obalano końmi - w sumie
aresztowano trzydzieści osób.
Dwa dni później, 27 lutego 1861 roku, pod Pałacem Namiestnikowskim
pojawiła się potężna demonstracja z żądaniem uwolnienia aresztowanych.
Na czele pochodu niesiono krucyfiks i obraz Matki Bożej, co jednak nie
powstrzymało Kozaków przed szarżą. W odpowiedzi obrzucono ich kamieniami
i grudami zmarzniętego błota, a wtedy dowodzący akcją generał Wasyl
Zabłocki (oberwał przy okazji kamieniem) nakazał otwarcie ognia. Zginęło
pięciu demonstrantów, których zwłoki przeniesiono na "noszach z lasek i parasoli" do Hotelu Europejskiego.
Budynek oblegały tłumy, "wołając o pomstę za niewinnych i maczając
chusty w ich krwi, za sprawę ojczyzny przelanej".
"Płacz i jęki - relacjonował uczestnik demonstracji Szymon Katyll -
napełniają korytarze. Każdy z odwiedzających pochyla się z uszanowaniem
nad zwłokami, całując ich rany. Kilku siwych starców z śladem krwi na
sumiastych wąsach, klęcząc i złożywszy palce na krzyż, wykonywa gestem
przenikającym do głębi serca przysięgę wiecznej zemsty
wrogowi"3.
Władze rosyjskie zgodziły się na uroczysty pogrzeb zabitych, w którym
wzięli udział przedstawiciele wszystkich stanów i wyznań (również
rabini). Jednak był to gest bez znaczenia, gdyż carski namiestnik,
książę Michaił Gorczakow, dostał już carski nakaz stłumienia zamieszek
siłą.
Przelewowi krwi usiłował zapobiec margrabia Aleksander Wielopolski,
dyrektor Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w rządzie Królestwa Polskiego. Wprawdzie był przeciwnikiem manifestacji
patriotycznych i zwolennikiem powolnego budowania polskiej autonomii w oparciu o Rosję, jednak uważał, że radykalizacja nastrojów może
doprowadzić do wybuchu zbrojnego powstania. Przeforsował zatem uchwałę
mającą "ucywilizować" zasady użycia broni przez policję i wojsko. Według
nowych przepisów otwarcie ognia było możliwe dopiero po trzykrotnym
wezwaniu tłumu do rozejścia się. Miało to zaoszczędzić ofiar, dotychczas
bowiem rozkaz strzelania zależał wyłącznie od osobistej decyzji
dowodzącego siłami porządkowymi. Intencje margrabiego były chwalebne,
ale sprawy wymknęły się jednak spod kontroli.
Rosjanie przeprowadzili bowiem doskonale zaplanowaną prowokację,
wykorzystując odbywający się 8 kwietnia pogrzeb zesłańca Ksawerego
Stopnickiego. Podejrzewano, że uroczystość zamieni się w demonstrację
patriotyczną, a gdy faktycznie tak się stało, w cyniczny sposób
wykorzystano nowe przepisy. Faktycznie - trzykrotnie nawoływano tłum do
rozejścia się. Na wszelki wypadek, by demonstranci przypadkiem nie
zastosowali się do rozkazu, wezwanie odczytał policjant stojący za
kordonem wojska zagłuszającym jego głos uderzeniami w bębny. Ale prawo
zostało "uszanowane". I rozpoczęła się rzeź. Na Placu Zamkowym zginęło
wówczas około stu demonstrantów, a kolejnych dwustu zostało rannych.
Wielopolski - z krwawiącą po uderzeniu kamieniem głową i pokaleczony
szkłem z rozbitego okna karety - przedarł się do namiestnika, żądając
zaprzestania masakry. Gorczakow ustąpił, cel już osiągnął, w brutalny
sposób pokazał buntowniczym Polakom, kto rządzi w Warszawie...
Bestialska akcja na Placu Zamkowym nie zahamowała wrzenia wśród Polaków,
jednak opór społeczeństwa polskiego przyjął inną formę. Nie prowokowano
już zaborcy, demonstracje odbywały się zgodnie z wymogami Rosjan, a patriotyczne obchody przeniesiono do kościołów. Tam intonowano
patriotyczne śpiewy, a rosyjscy szpiedzy notowali nazwiska
uczestniczących w nabożeństwach.
14 października na terenie Królestwa Polskiego wprowadzono stan wojenny,
a następnego dnia w Katedrze Świętego Jana rozpoczęły się uroczystości
związane z rocznicą śmierci Tadeusza Kościuszki. Świątynia została
otoczona przez wojsko, nikt z uczestników nabożeństwa nie opuścił
kościoła, wierni pozostali tam na noc. Wreszcie do środka wkroczyli
Rosjanie, by aresztować uczestników obchodów. Wówczas na znak protestu
księża zamknęli wszystkie warszawskie kościoły, a rabini solidarnie
pozamykali synagogi.
Wybuch powstania wydawał się nieunikniony. Zanim jednak rozpoczął się
zryw zbrojny, nadszedł czas terroru...
Bractwo sztyletników
Początki późniejszej formacji terrorystycznej kryją się w mrokach
tajemnicy. Co zrozumiałe, przyczyną takiego stanu rzeczy była głęboka
konspiracja organizacji, która praktycznie nie pozostawiła po sobie
żadnych dokumentów. Rozkazy i polecenia wydawano ustnie, podobnie też
zdawano relacje z wykonywanych zadań. Reszty dokonał czas.
"W ogóle w [powstańczym] zarządzie miasta i policji - wspominał były
konspiracyjny komendant stolicy Jan Koziełł-Poklewski - w szczególności
prawie niczego nie zapisywano, wszystko było oparte na pamięci i nie
sądzę, żeby znalazł się chociażby jeden z ówczesnych naczelników
policji, który by mógł poważnie powiedzieć, że pamięta szczegóły
tamtejszych działań. Każdy z nas zachował tylko ogólny obraz całej
naszej rzeczywistości"4.
Inna sprawa, że polscy uczestnicy i komentatorzy powstania, a później
także historycy, pomijali milczeniem fakt, że Polacy zorganizowali
oddział typowo terrorystyczny. Przecież według tradycji narodowej zawsze
walczyliśmy z otwartą przyłbicą i nigdy nie używaliśmy niegodnych metod.
Nie bez powodu już Jan Długosz wstydził się nieco zwycięstwa pod
Grunwaldem odniesionego w dużej mierze dzięki fortelom Jagiełły i Witolda. Znacznie wyżej stawiał stosunkowo niewielkie starcie pod
Koronowem z tej samej wojny, które przebiegało zgodnie z rycerskimi
obyczajami.
Bractwo sztyletników zostało założone w Warszawie w maju 1862 roku przez
studenta medycyny, Pawła Landowskiego5. Celów jego działania
możemy się tylko domyślać, zapewne miały to być akcje odwetowe na
Rosjanach. Grupa (początkowo liczyła zaledwie kilku członków) stosunkowo
szybko znalazła się pod kuratelą Komitetu Centralnego Narodowego -
tajnego organu koordynującego działalność ruchu spiskowego w Królestwie
Polskim.
Za debiut sztyletników niektórzy uważają zamach na ówczesnego
namiestnika Królestwa Polskiego, hrabiego Aleksandra von Lüdersa. W końcu czerwca 1862 roku oficer rosyjski pochodzenia ukraińskiego Andrij
Potiebnia próbował zamordować dostojnika w stołecznym Ogrodzie Saskim.
Wykorzystując sprzyjające okoliczności, podszedł od tyłu do Lüdersa i niemal przykładając broń do jego karku, wypalił. Po czym oddalił się nie
niepokojony przez nikogo.
Dziwnym trafem Lüders przeżył, kula wyszła bowiem ustami. Oczywiście
nigdy nie wrócił do pełni sił i niebawem został odwołany do Petersburga.
Do dzisiaj nie wiadomo, czy strzał Potiebni miał w ogóle coś wspólnego
ze sztyletnikami. Ukrainiec mścił się bowiem za znęcanie się w śledztwie
nad innymi oficerami, członkami antycarskiej konspiracji, oraz wydanie
rozkazu rozstrzelania trzech z nich.
Nie ulega jednak wątpliwości, że w tym samym roku członkowie bractwa
zorganizowali kilka innych zamachów. Jednym z nich była próba zabójstwa
nowego namiestnika, brata cara, wielkiego księcia Konstantego Romanowa,
który przybył do stolicy 2 lipca 1862 roku.
Przyjazd dostojnika zapowiadała wcześniej prasa, wobec tego uznano, że
jego zabójstwo będzie znakomitą okazją do zademonstrowania uczuć
patriotycznych. Na zamach szczególnie nalegał radykalny działacz
konspiracji, Ignacy Chmieleński, z racji prezentowanych poglądów
nazywany "małym Robespierre'em". Podobnie jak przywódca rewolucji
francuskiej dążył do rozpętania terroru, nie oglądając się na jego
skutki. Pragnął też jak najszybszego wybuchu powstania, twierdząc, że
konspiratorzy "powinni sztachetami z płotów broń zdobyć i tą bić
dalej"6. Oczywiście zabójstwa za pomocą sztyletów zatrutych
strychniną (!) także wchodziły w zakres jego zainteresowań, jednak nie
odrzucał bardziej konwencjonalnych metod, jak bomby czy rewolwery.
To właśnie Chmieleński znalazł ochotników do zamachu na wielkiego
księcia: byli to dwaj 22-letni czeladnicy krawieccy: Ludwik Jaroszyński
i Edward Rodowicz. Obaj zobowiązali się zamordować Konstantego w dniu
jego przyjazdu do Warszawy, a do zamachu miało dojść na Dworcu
Petersburskim (w pobliżu obecnego Dworca Wileńskiego). Przewidywano, że
odbędzie się tam uroczyste powitanie księcia przez miejscowe władze, na
czele których pojawi się Wielopolski mianowany niedawno Naczelnikiem
Rządu Cywilnego. On - jako zdrajca sprawy narodowej - także miał zostać
zgładzony.
Zamachowcy otrzymali rewolwery i sztylety, po czym udali się na dworzec.
Pociąg z wielkim księciem przybył do stolicy około godziny siedemnastej,
jednak do próby zabójstwa nie doszło. Konstantemu towarzyszyła bowiem
małżonka w zaawansowanej ciąży. W tej sytuacji Jaroszyński nie odważył
się strzelać, powstrzymał również towarzysza.
Niechęć do poszkodowania ciężarnej kobiety nie oznaczała, że w ogóle
zrezygnowano z zamachu. Niedoszli zabójcy otrzymali informację, że
następnego dnia Konstanty, tym razem bez żony, będzie oglądał spektakl w Teatrze Wielkim - i właśnie tam postanowili ponowić próbę uśmiercenia
wielkiego księcia.
Sytuacja im sprzyjała, Konstanty niepokoił się bowiem o zdrowie
partnerki i postanowił opuścić teatr jeszcze przed zakończeniem
przedstawienia.
"Gdy wczoraj - relacjonowano na łamach "Dziennika Poznańskiego" - o godzinie 9.30 wieczorem, Jego Cesarska Mość, Wielki Książę Konstanty
wyszedł z Wielkiego Teatru, wsiadł do pojazdu, zbliżył się do powozu
młody człowiek i wymierzywszy do jego osoby pistolet, wystrzelił.
Dobrotliwa Opatrzność czuwała [jednak] nad życiem tak drogim. Kula
przeszyła wojskowe palto, szlifę [naramiennik - S.K.], koszulę i halsztuk, drasnęła ciało nad lewym obojczykiem i uwikłana w frędzle
szlify zawisła między koszulą a ciałem. Nikczemny morderca na miejscu
uczynku ujęty został"7.
Strzelał Jaroszyński i to on został zatrzymany, natomiast Rodowicz w ogóle nie wyciągnął broni i uciekł chwilę później.
Zamachowiec dzielnie trzymał się w śledztwie, gdy jednak obiecano mu
złagodzenie kary, zaczął zeznawać. Na nic to się zdało - carskie sądy
wojenne z reguły nie dotrzymywały obietnic dawanych Polakom i został
skazany na karę śmierci. Powieszono go publicznie sześć dni później na
stokach Cytadeli.
Gdy Jaroszyński oczekiwał na proces, dwóch innych konspiratorów
usiłowało zamordować Wielopolskiego. 7 sierpnia Jan Rzońca i Ludwik Ryll
zaatakowali margrabiego na Placu Bankowym. Strzelał Ryll, jednak chybił,
a podczas ucieczki został zatrzymany. Nie wydał nikogo w śledztwie,
dlatego Rzońca osiem dni później mógł dokonać kolejnego zamachu. Tym
razem użył sztyletu zatrutego strychniną - ponownie jednak bez efektu.
Gdy bowiem podbiegł do powozu, chcąc zadźgać Wielopolskiego, margrabiego
uratował jego własny stangret, uderzając batem niedoszłego zabójcę. Do
szarpaniny przyłączył się syn Wielopolskiego i Rzońca został
obezwładniony.
Pięć dni po straceniu Jaroszyńskiego obaj - Ryll i Rzońca - zostali
powieszeni na stokach Cytadeli, a egzekucja przerodziła się w manifestację patriotyczną. Na mieście pojawiły się ulotki nazywające
całą trójkę "męczennikami sprawy wolności", odprawiano msze w ich
intencji, dla Warszawiaków byli bohaterami, a nie terrorystami.
Być może słuszność mają badacze twierdzący, że te trzy nieudane zamachy
zmieniły dzieje Polski. Niebawem znaleźli się bowiem naśladowcy, a spirala terroru nakręcała się coraz bardziej. W listopadzie zaatakowano
Pawła Felknera, namiestnika kancelarii tajnej policji, czyli człowieka
zarządzającego inwigilacją konspiratorów. Zamachu dokonano w miejscu
jego zamieszkania, w bramie domu przy ulicy Twardej. Ugodzony sztyletem
zginął, a dowodzący akcją Władysław Kotkowski osobiście odciął ofierze
ucho (!) na znak, że atak zakończył się sukcesem. Na szczęście w późniejszych akcjach nie zabierano już podobnych trofeów...
Żandarmeria tajna
Po wybuchu powstania styczniowego władze narodowe wydały dekret
zapowiadający karanie śmiercią winnych sądów nad jeńcami, ale także
"osoby czymkolwiek szkodliwe". Było to bardzo szerokie pojęcie, jednak
uznano, że w sytuacji walki na śmierć i życie z Rosjanami nie można być
szczególnie drobiazgowym. Dlatego też kolejne zarządzenie zaliczało do
grona przestępstw karanych śmiercią "wszystkie zbrodnie, począwszy od
obojętności, aż do wykroczeń przeciw prawom ogólnym i osobistym członków
narodu"8.
Zgodnie z instrukcją dla naczelników wojskowych "wszystkie środki
tępienia sił wroga były dobre i użyte być powinny", a szczególnie surowo
zalecano karać "znanych stronników rządu, szpiegów i zdrajców"9.
"Rząd rewolucyjny nie był przeciwnikiem zabójstw - zeznawał w śledztwie
jeden z członków władz powstańczych, Oskar Awejde. - Zapewne byliśmy
gotowi zabijać ludzi szkodzących nam. Teoria rewolucji, teoria rządu,
według której musieliśmy działać, kazała nam chociażby przez zabójstwo
usuwać ludzi szkodzących ruchowi"10.
Wykonawcami wyroków mieli być sztyletnicy zaliczeni do powstańczej
żandarmerii. Powołano dwie sekcje: stałą, mającą chronić członków władz
narodowych, i tajną, specjalizującą się w egzekucjach. W rzeczywistości
podział był dość płynny, a badacze do dzisiaj spierają się o liczebność
obu sekcji. Szacunki są bardzo rozbieżne, najbardziej prawdopodobne
wydaje się, że ochrona władz narodowych liczyła niewiele ponad
trzydzieści osób, natomiast sekcja tajna miała się składać z ponad
dwustu członków. Liczba ta wydaje się zdecydowanie zawyżona, zapewne
zaliczano do niej całą Straż Narodową pod dowództwem wspomnianego już
Pawła Landowskiego, założyciela bractwa sztyletników.
Landowski znajdował się pod przemożnym wpływem Chmieleńskiego, który
"marzył tylko o sztyletowaniu, wieszaniu, o bombach i zamachach" i najchętniej rozpętałby niczym nieskrępowany terror. Jego substytutem
była działalność sztyletników, którzy faktycznie wzbudzali strach w stolicy. Za każdym razem działali według odmiennego planu, bez chwili
wahania wchodzili do prywatnych mieszkań, by wykonać wyrok, często też
atakowali w miejscach publicznych przebrani za urzędników czy rosyjskich
oficerów. Byli ludźmi o nieprawdopodobnej wręcz odwadze, a przypadkowi
świadkowie ich ataków często okazywali im sympatię.
"Nad zasztyletowanymi urzędnikami - skarżył się naczelnik rosyjskiej
żandarmerii, pułkownik Raspopow - rzadko kto się zlituje, prawie nikt
nie chce im oddać ostatniej posługi, zaś liczni przechodnie gestem i uśmiechem okazują jawnie pogardę dla procesji pogrzebowej"11.
Sztyletnicy działali niezwykle skutecznie. Po zamachu na Miniszewskiego
kolejną głośną akcją było zamordowanie Aleksandra Mirzy
Tuhan-Baranowskiego - polskiego Tatara, lojalnego oficera rosyjskiego
odpowiedzialnego za kontrybucje, jakimi obciążono wówczas mieszkańców
stolicy. Mirza korzystał z policyjnej ochrony, co jednak nie przyniosło
efektu, gdyż zamachowiec wdarł się do jego mieszkania i tam pozbawił go
życia.
Nie ograniczano się wyłącznie do zabójstw, sztyletnicy starali się
zastraszyć okupanta wszelkimi metodami. Jeden z rosyjskich oficerów
skarżył się, że przysłano mu woreczek zawierający "porąbane na drobno
kości jednego z jego agentów".
Władze rosyjskie tłumaczyły sukcesy sztyletników ich... niskim poziomem
umysłowym. Twierdzono, że "żaden ze sztyletników nie był człowiekiem
rozwiniętym i nie miał charakteru ani rozwiniętych uczuć", a do tego
wszyscy byli "zachowania rozpustnego, a w swej podłości przekroczyli
możliwe granice".
W rzeczywistości do bractwa sztyletników należeli odważni młodzi ludzie
reprezentujący właściwie wszystkie warstwy społeczne. Nie brakowało
wśród nich studentów, rzemieślników, czeladników czy nawet włościan, a także stangretów, dorożkarzy oraz przedstawicieli stanu szlacheckiego.
Łączyły ich chęć walki z zaborcą i brak skrupułów moralnych przy
wykonywaniu zadań.
Sztyletnicy przeprowadzili w stolicy czterdzieści siedem zamachów,
zabijając dwadzieścia cztery osoby i raniąc dwadzieścia trzy. Wśród
zabitych byli: carscy oficerowie i policjanci, szpiedzy, prowokatorzy,
dziennikarz, sekwestrator podatków i pewien pułkownik "zabity przez
pomyłkę". Nie zabrakło także dwóch członków organizacji narodowych
podejrzewanych o zdradę.
Znacznie bardziej okazale prezentował się katalog rannych w efekcie
zamachów. W tym gronie znaleźli się nie tylko namiestnik Królestwa
Polskiego i generał-policmajster, lecz także konduktor i stróż kolejowy.
Liczba czterdziestu siedmiu zamachów nie wydaje się zbyt wielka jak na
trzy lata działalności, jednak ważniejsze było wrażenie psychologiczne,
jakie wywoływała działalność sztyletników. Potrafili zastraszyć
okupantów i rodzimych zdrajców, a taki cel od zawsze przyświecał
terrorystom wszelkiej maści...
Fortepian Chopina
W sierpniu 1863 roku wielki książę Konstanty złożył rezygnację ze
stanowiska namiestnika (wyjechał z Warszawy w październiku). Jego
następcą został hrabia Fiodor Berg - człowiek, który przed ponad
trzydziestu laty tłumił powstanie listopadowe.
Berg pojawił się w stolicy już w maju, nosił wówczas tytuł pełnomocnika
namiestnika. Znacznie zwiększył liczbę rosyjskich policjantów w mieście
i zarządził stosowanie tortur w śledztwach przeciwko osobom podejrzanym
o sprzyjanie powstaniu. Był też wyjątkowo czuły na punkcie własnego
stanowiska - zdarzało się, że wysyłał funkcjonariuszy na ulice, by
okładali kijami przechodniów niezdejmujących nakryć głowy przed jego
powozem. Pomimo swoich prawie siedemdziesięciu lat zadziwiał energią,
ciągle zarządzał przeglądy stołecznego garnizonu, osobiście też
odwiedzał poszczególne jednostki. A co najważniejsze, wszędzie
doszukiwał się zdrady i powiązań z powstańcami.
W tej sytuacji zaczął stanowić realne zagrożenie dla władz narodowych.
Wiedziano bowiem, że gdyby miał zburzyć całą Warszawę, by wyeliminować
przywódców zrywu, nie zawahałby się tego zrobić. Zapadła zatem decyzja o zamachu na Berga.
Hrabia zawsze jednak poruszał się z silną ochroną, nie wchodziło też w rachubę przedarcie się do jego biura czy mieszkania. Sztylety jako
narzędzie zbrodni odpadały, pozostały zatem bomba lub broń palna.
Zdecydowano się użyć obu jednocześnie.
Zamach przygotowywali Chmieleński i Landowski. Zalecili obserwację
Berga, która potwierdziła wcześniejsze ustalenia: panu hrabiemu
rzeczywiście wszędzie towarzyszyła silna obstawa. Prowadził jednak
bardzo uregulowany tryb życia, a do tego był człowiekiem niezwykle
punktualnym. Po Warszawie jeździł stałymi trasami, dlatego zdecydowano
się przeprowadzić zamach na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Nowego
Światu. Była to ulubiona droga powrotu dostojnika z miasta, ponadto jego
orszak w tym miejscu nieco zwalniał, co ułatwiało działanie spiskowców.
Uznano, że największe nadzieje na sukces daje atak z Pałacu Zamoyskich,
kilkupiętrowej kamienicy czynszowej na rogu Nowego Światu. Budowla ze
względu na swoje położenie i konstrukcję dawała szansę na bezpieczny
odwrót zamachowców po ataku. Ponadto posiadała wiele dużych okien, co
umożliwiało zarówno obserwację, jak i przeprowadzenie akcji.
Po bliższych oględzinach pojawiły się jednak wątpliwości, niemożliwy
okazał się bowiem dostęp do pomieszczeń na pierwszym piętrze z oknami
wychodzącymi na ulicę. Wprawdzie zamachowcy mogli sterroryzować
mieszkańców i siłą opanować lokal, jednak groziło to przedwczesną
dekonspiracją. Ostatecznie wynajęto dwupokojowe mieszkanie na poddaszu
(czwarte piętro), co znacznie utrudniało przeprowadzenie skutecznego
ataku. Dużo bowiem zależało od właściwej oceny szybkości posuwania się
kawalkady Berga, co z tej wysokości nie było łatwym zadaniem.
19 września po południu Fiodor Berg powracał na Zamek Królewski. Jechał
od strony Parku Łazienkowskiego przez Aleje Ujazdowskie i Nowy Świat,
jego orszak nieznacznie tylko zwalniał na skrzyżowaniach. W pobliżu
Pałacu Zamoyskich stało kilku ludzi Landowskiego. Dostrzegłszy
zbliżającą się kawalkadę, dali znak pozostałym spiskowcom. Gdy orszak
Berga zrównał się z budynkiem, rozległ się pojedynczy strzał, po czym
posypały się bomby. Na koniec zrzucono butelki z łatwopalnym płynem i miejsce akcji zasnuł dym.
Strzał (z dubeltówki!) oddany w trudnych warunkach był niecelny,
podobnie jak bomby, które eksplodowały obok powozu i pomiędzy końmi
eskorty. Trzech Kozaków odniosło rany, pojazd hrabiego został
pokiereszowany, on sam jednak nie doznał nawet draśnięcia.
Rosjanin nie stracił głowy, wprawdzie spłoszone konie poniosły, zaraz
jednak wydał odpowiednie rozkazy. Część jego eskorty natychmiast
pobiegła do Pałacu Zamoyskich, by jak najszybciej ująć zamachowców.
Potężna brama wejściowa była jednak zamknięta, podobnie jak boczne
wejścia. Upłynęło sporo czasu, zanim je sforsowano, a jeszcze więcej,
nim odnaleziono pomieszczenie, z którego przeprowadzono zamach.
Oczywiście spiskowcy zdążyli już zniknąć, na tyłach budynku było bowiem
kilka łączących się ze sobą dziedzińców i ogród klasztorny. W tej
sytuacji aresztowano wszystkich mężczyzn przebywających w gmachu, a pozostałych mieszkańców wypędzono na ulicę.
Przybyło kilka kompanii rosyjskiej piechoty i zaczęło się regularne
plądrowanie. Moskiewscy żołdacy wynosili z budynku całe wyposażenie
mieszkań, a czego nie dało się wynieść, wyrzucano przez okna.
"Żołnierz rosyjski - wspominał pisarz i powstaniec Walery Przyborowski
(...) - jak wszyscy barbarzyńcy, czujący pewną niechęć do cywilizacyjnych
objawów życia, których nie rozumiał, a które mu imponując, gniewały go
mocno. Z radością więc, z pewną zaciekłością, istną hord Attyli, depcząc
starą rzymską kulturę, rzucił się wewnątrz obu nieszczęsnych domów i wszystko, co napotkał, niszczył, łamał, tłukł. Meble rąbano siekierami,
wyrzucano je przez okna na ulicę... Leciały niby grad krzesła, stoły,
szafy, (...) świeczniki, lampy, porcelana, zwierciadła, łóżka, obrazy,
książki, pościel, ze straszliwym trzaskiem i dzikimi okrzykami
barbarzyńskiej tłuszczy"12.
To właśnie wtedy z mieszkania siostry Fryderyka Chopina, Izabelli
Barcińskiej, wyrzucono na ulicę fortepian jej brata, co dwa lata później
skłoniło Cypriana Kamila Norwida do napisania wstrząsającego wiersza.
Horda Moskali nie oszczędzała niczego - wyniesiono korespondencję
kompozytora, z mieszkania słynnego orientalisty Józefa Kowalewskiego
zabrano bezcenne zbiory. Łupem barbarzyńców padły także rękopisy Jana
Długosza i szereg innych cennych woluminów. Rzeczy nadające się do
spalenia zrzucano na ogromny stos w pobliżu kamienicy, a resztę
niszczono na miejscu. Dowodzący akcją generał Paweł Korf polecił
podpalenie zgromadzonego na ulicy wyposażenia. Podobno ogień wzbił się
na wysokość wież pobliskiego Kościoła Świętego Krzyża, ostatecznie
interweniowała straż pożarna, by nie dopuścić do pożaru na mieście.
Chociaż rabunek oficjalnie był zakazany, żołnierze plądrujący budynek
znacznie się wzbogacili. Rozkradano wszystko, co dało się wynieść i spieniężyć. W kolejnych dniach na stołecznych targowiskach można było za
bezcen nabyć eleganckie ubrania czy wyposażenie domowe. Nic dziwnego, że
gdy nieco później jeden ze znajomych Kowalewskiego stwierdził, że tak
postępować mogą tylko "Mongoły", uczony gwałtownie zaprotestował,
mówiąc, że zna Mongołów: "To poczciwi ludzie, a to dzikie
łotry"13.
Budynek oficjalnie skonfiskowano, podobny los spotkał również sąsiednią
kamienicę, także należącą do Zamoyskich. Właściciel gmachów został
skazany na wygnanie, a jego syn, przebywający w trakcie zamachu w budynku, trafił na Syberię. Na ulicach pojawiły się tysiące żołnierzy z zadaniem aresztowania każdego podejrzanego. Bramy domów miały być
zamknięte przez całą dobę, na właścicieli posesji nałożono kontrybucję,
a gdyby znów dokonano zamachu i spiskowcy uciekaliby przez ich teren,
nieruchomości miały być konfiskowane. Właściciele budynków mieli odtąd
odpowiadać za zachowanie swoich lokatorów, a świadkowie zamachów byliby
karani na równi z ich uczestnikami. Zakazano noszenia żałoby po bliskich
bez zgody policji, a do uczestnictwa w pogrzebie konieczne stały się
przepustki.
Berg postanowił dać odstraszający przykład polskim buntownikom i zarządził, by od tej pory egzekucje na spiskowcach odbywały się
publicznie na placach miejskich. Początkowo skazańców rozstrzeliwano,
potem - jako stały element architektury miasta w okresie powstania
styczniowego - pojawiły się szubienice...
Rosjanom nie udało się jednak zatrzymać uczestników zamachu na hrabiego.
Terroryści rozproszyli się po mieście i okolicach, część z nich
dołączyła do oddziałów powstańczych. W ręce Moskali trafił ostatecznie
tylko Dominik Krasuski - został publicznie powieszony. Jego brat Feliks
miał więcej szczęścia, walczył z Rosjanami w polu, po czym zbiegł za
granicę. Z kolei Albert Kunke poległ podczas jednego ze starć z zaborcą,
a Antoni Schmidt, który przygotowywał bomby, został później aresztowany
i skazany na karę śmierci zamienioną na dwadzieścia lat katorgi.
Opuścili stolicę także obaj organizatorzy zamachu - Landowski udał się
do oddziałów partyzanckich na Podlasie, natomiast Chmieleński zbiegł do
Galicji. Potem przeniósł się do Paryża, a następnie Londynu. Nigdy nie
wyrzekł się działalności patriotycznej ani upodobania do terroru. Z upływem czasu propagował coraz bardziej abstrakcyjne pomysły polityczne
- jednym z nich był plan wywołania powstania na Węgrzech i Bałkanach, by
jego uczestnicy przynieśli wolność Polsce. W 1870 roku przeniósł się do
Szwajcarii, gdzie pewnego dnia zaginął w górach. Czy było to
samobójstwo, czy wypadek, tego już nigdy się nie dowiemy. Ciała nie
znaleziono.
Natomiast Landowski walczył na Podlasiu, w jednej z potyczek został
ranny i trafił do niewoli. Rozpoznano go, wobec czego został skazany na
karę śmierci zamienioną tuż przed egzekucją na dwadzieścia lat katorgi.
Ostatecznie zwolniono go po odbyciu połowy kary, wyjechał do Francji,
gdzie dokończył studia medyczne i został cenionym ginekologiem. Unikał
kontaktów z polskim środowiskiem emigracyjnym, zarzucano mu bowiem, że
chcąc się ratować w śledztwie, wydał wielu współpracowników.
Żandarmi wieszający
Sztyletnicy nie byli jedyną formacją terrorystyczną powstania
styczniowego. Na prowincji działali tak zwani żandarmi wieszający,
którzy szerzyli jeszcze większy popłoch niż ich koledzy ze stolicy.
Z reguły tworzyli niewielkie oddziały (od kilku do kilkunastu jeźdźców)
często zmieniające miejsce obozowania, a przez to niełatwe do wykrycia.
Najczęściej atakowali znienacka, po czym natychmiast znikali. Chociaż
ich głównym zadaniem było "wieszanie szpiegów", zbierali również
informacje na temat armii rosyjskiej, które dostarczali dowódcom
oddziałów powstańczych.
"Ten nowy sposób działania buntowników - złorzeczył gubernator wileński
Michaił Murawjow ("Wieszatiel") - stwarzał niemało trudności władzom
wojskowym i małe szajki po lasach były nieuchwytne. Bito tylko na alarm,
bo terror wszędzie się zwiększał i ciągle było tylko słychać o różnych
osobach okaleczonych, zabitych, powieszonych przez buntowników i w tej
liczbie było też kilku naszych duchownych"14.
Kat Litwy w swoich wspomnieniach posługiwał się nazwą "żandarmi
wieszający", najwyraźniej było to powszechnie znane określenie. Inna
sprawa, że niektórzy z członków formacji nosili na kołnierzach kurtek
emblemat w kształcie trupich czaszek15. Najwyraźniej bez względu
na epokę i wyznawaną ideologię terroryści lubią podobne oznaczenia...
Żandarmi wieszający działali najczęściej w biały dzień, co jeszcze
bardziej potęgowało grozę wśród ludności. Gdy mieszkańcy wsi Lipie koło
Opoczna przekazali władzom carskim informację o powstańczym oddziale
działającym w okolicach, niebawem do akcji wkroczyli mściciele. Oddział
żandarmów "otoczył nieszczęsną wieś", całkiem "dostatnią i dobrze
zabudowaną", po czym spalono ją "doszczętnie". To jednak nie było
wszystko, uznanego za głównego winowajcę "Żyda, krawca z Białczewa"
powieszono publicznie. Miał to być odstraszający przykład dla
innych16.
Trudno określić liczbę ofiar żandarmów wieszających. W guberni płockiej
liczącej niespełna sześćset tysięcy mieszkańców zlikwidowano trzysta
czterdzieści dwie osoby17, jednak w tej liczbie byli także ludzie
straceni w efekcie oddzielnych decyzji dowódców oddziałów powstańczych.
Być może zatem należy przyznać rację badaczom, którzy twierdzą, że
żandarmi wieszający mieli na sumieniu ponad tysiąc siedemset ofiar w ciągu całej insurekcji18.
Inna sprawa, że - w miarę upływu czasu i kolejnych klęsk powstańców -
znacznie rozluźniała się dyscyplina. Wśród żandarmów także szerzyła się
demoralizacja i coraz częściej zdarzały się przypadki przestępstw
pospolitych. Niejaki kapitan Miniszewski działający w okolicach Mławy
zarekwirował pewnej obywatelce złoty zegarek, innej ukradł "salopę,
suknię i spódnicę, po czym sprzedał te rzeczy w karczmie", a na dodatek
chciał powiesić sołtysa, "który niepochlebnie wyraził się o jego
stryju". Sołtysa jednak nie zastał, zatem "zbił batem jego żonę i syna,
a dom zrabował"19.
Natomiast kapitan Błociszewski zrabował 417 rubli (około 5 tysięcy
euro), potem zarekwirował, a następnie sprzedał konie przeznaczone na
potrzeby powstania. Przywłaszczył sobie także sforę chartów, grożąc ich
właścicielowi powieszeniem20.
Nie tylko zdemoralizowani żandarmi grabili ludność, w końcowych
miesiącach insurekcji coraz trudniej było nawet odróżnić powstańców od
zwykłych bandytów. Pospolici przestępcy podszywali się bowiem pod
uczestników insurekcji, na przykład w okolicach Chmielnika grasowała
umundurowana (!) banda Cyganów rabująca szlacheckie dwory. Pojawiła się
także pięcioosobowa grupa specjalizująca się w napadach na księży, w skład której wchodzili: "organista, Żyd i trzech chłopów"21.
Ostatni sztyletnik
Nienajlepiej działo się również wśród sztyletników, już na początku 1864
roku zdarzały się przypadki samowoli i łamania dyscypliny. Niektórzy
członkowie formacji bardziej interesowali się wynagrodzeniem za służbę
niż wykonywaniem rozkazów.
"Dozorca rewirowy Galiński - meldował stołeczny Naczelnik Policji
Narodowej - jak wiadomo ukarany śmiercią. Wykonawcami jego wyroku byli
członkowie Straży Narodowej, którym oprócz zwykłego utrzymania
[wynagrodzenia - S.K.] za wykonanie wyroku potrzeba było zapłacić
wiadomą sumę. Tymczasem z braku pieniędzy nie otrzymali oni
wynagrodzenia i z tego powodu grozili, że jeśli im natychmiast pieniądze
nie zostaną wydane, to nie ręczą za siebie. (...) Wtedy pomocnik mój
wypłacił im 75 rubli srebrem [900 euro - S.K.] i tym zapobiegł złym
następstwom, jakie mogły wyniknąć"22.
Jednak ostatni dowódca sztyletników warszawskich do końca pełnił swoje
obowiązki w sposób godny i odpowiedzialny. Emanuel Szafarczyk miał w chwili wybuchu powstania niespełna dwadzieścia trzy lata i znaczny staż
w organizacjach konspiracyjnych. Był synem stolarza z warszawskiego
Leszna, od urodzenia cierpiał na niedowład prawej ręki, co jednak nie
przeszkodziło mu w działalności patriotycznej. Po ewakuacji Landowskiego
na prowincję to właśnie on przejął nadzór nad działalnością
terrorystyczną w stolicy.
Bezpośrednio podlegało mu około trzydziestu osób, chociaż ich
działalność skutecznie paraliżowały zarządzenia Berga. Zwiększona
liczebność policji, oddziały wojska na ulicach, pozamykane bramy i drzwi
domów. Pomimo to Rząd Narodowy nadal odpowiadał przemocą na przemoc.
"Nowe to wzmaganie się moskiewskiego szpiegostwa i terroryzmu - pisano w jednym z okólników - którego to najpotworniejsze wybryki stwierdza
codziennie mnóstwo doniesień naszych urzędników bezpieczeństwa
publicznego, ponagla jedynie władze narodowe do stosowania wyjątkowych
środków, które w stanie zwyczajnym naszego społeczeństwa nigdy by się
nie znalazły"23.
Szafarczyk był właściwą osobą na właściwym miejscu i nie miał zwyczaju
przejmować się trudnościami. Znakomicie wywiązał się z polecenia
likwidacji jednego z najgroźniejszych szpiegów, Bertolda Hermaniego.
Osobnik ten usiłował przeniknąć do Rządu Narodowego, a gdy mu się nie
udało, wyjechał do Krakowa, gdzie pod fałszywym nazwiskiem szpiegował w kręgach miejscowych zwolenników powstania. Próba wykonania wyroku pod
Wawelem nie powiodła się, ale gdy zdrajca wrócił do Warszawy, nie miał
już szans na przeżycie. Podwładni Szafarczyka dopadli go w Hotelu
Europejskim i zasztyletowali. Zamachowcy pozostali bezkarni, jednak
Rosjanie aresztowali niewinnego pomocnika w miejscowej cukierni,
Emiliana Chodanowskiego. Zmuszony torturami do przyznania się, że brał
udział w zabójstwie, został powieszony publicznie na Placu Saskim.
Szafarczyk uchodził za jednego z najwierniejszych podwładnych Rządu
Narodowego, który "z nadzwyczajnym narażeniem wykonywał polecenia władz
powstańczych". Nawet osoby mu niechętne i związane z Rosjanami uznawały
go za "najdzielniejszego z dzielnych", niestety o jego losach
zadecydowała zdrada.
22 grudnia 1863 roku dokonano nieudanego zamachu na majora Wasyla von
Rothkircha, wicedyrektora Kancelarii Specjalnej do spraw Stanu
Wojennego. Rothkirch został tylko ranny, natomiast w ręce Rosjan wpadł
jego niedoszły zabójca - czeladnik szewski Fryderyk Szyndler. To właśnie
on na torturach zdradził nazwisko Szafarczyka jako swojego przełożonego.
Poszukiwania szefa sztyletników nie przynosiły jednak rezultatu, chociaż
zaangażowano do tego znaczne siły. Wreszcie Rosjanie ujęli Ignacego
Garczyńskiego, członka Straży Narodowej, który po przypadkowym
aresztowaniu został przez nich zwerbowany. Na skutek zeznań zdrajcy na
początku lutego policja otoczyła cztery szynki na Krakowskim
Przedmieściu, gdzie w jej ręce wpadł pewien "cyrulik, który zatruwał
sztylety".
Chociaż Rosjanie byli już na tropie Szafarczyka, ten jednak nie chciał
wyjechać za granicę. Wiedział, że rosyjskie służby mają jego dokładny
rysopis i zwracają uwagę na mężczyzn w jego wieku z niedowładem prawej
ręki. Nawet publiczna egzekucja Romualda Traugutta i jego
współpracowników nie spowodowała zmiany decyzji Szafarczyka.
Wreszcie padł ofiarą prowokacji - wydał go jego podwładny i przyjaciel,
Filip Wiśniewski, którego przekupiono obietnicą udzielenia koncesji
matce na otwarcie szynku...
Dzięki informacjom zdrajcy Rosjanie namierzyli szefa sztyletników, ale
początkowo go nie aresztowano. Był obserwowany przez miesiąc, zaborcy
chcieli mieć bowiem pewność, że w chwili zatrzymania nie podejmie próby
ucieczki. Wreszcie zorganizowali pułapkę: Wiśniewski zaprosił do siebie
Szafarczyka - i tam wpadła policja.
Podczas transportu na Pawiak szef sztyletników usiłował zbiec. Jak
napisał w jednym z grypsów z więzienia, "dał w mordę oficerowi", został
jednak obezwładniony. Natomiast już podczas pierwszego przesłuchania
zorientował się, że Rosjanie wiedzą o nim bardzo dużo:
"Gdy mnie przyprowadzili, wszyscy szatani obstąpili mnie dookoła i zaraz
rękę mi obmacali. (...) Następnie odjęli mi pieniądze, ich razy sypały się
na mnie - twarz mi zapuchła jak bulwa, oczy sine, że patrzeć nie mogłem,
przez kilka dni nic nie słyszałem - ból głowy nieustanny, po tych
kontuzjach wzięli mnie na rózgi i co dzień przez trzy dni po 40
odbierałem"24.
Pomimo drastycznego śledztwa Szafarczyk nie załamał się, cały czas
twierdził, że nazywa się inaczej, a jego postawa w śledztwie wzbudziła
nawet uznanie jednego z Rosjan, który nazwał go "chwatem".
Przeprowadzono jednak dwanaście (!) konfrontacji i więzień w końcu
przyznał się do swojej tożsamości. Nie wydał jednak nikogo, podawał
tylko nazwiska ludzi, o których wiedział, że współpracowali z Rosjanami.
17 lutego 1865 roku na stokach Cytadeli Emanuel Szafarczyk został
powieszony wraz z ostatnim Naczelnikiem Rządu Narodowego, Aleksandrem
Waszkowskim. Była to ostatnia publiczna egzekucja w Warszawie związana z powstaniem styczniowym. Rosjanie nie zadowolili się zresztą śmiercią
szefa sztyletników, dodatkowo rozpowszechniali jeszcze informacje, że
Szafarczyk przed śmiercią przeklinał powstanie i swoich
współpracowników. Nie była to jednak prawda, obaj skazańcy umarli mężnie
i z godnością, jak na patriotów i Polaków przystało.
Na marginesie opowieści o terrorystach powstania styczniowego warto
dodać, że podczas jego trwania rozważano również projekty znacznie
bardziej zabójcze niż sztylety czy bomby. Pojawił się choćby plan
domieszania silnej trucizny do żywności dla żołnierzy garnizonu
rosyjskiego stacjonującego w Łazienkach, natomiast grupa studentów
stołecznej Szkoły Głównej pracowała nad śmiertelnie groźnymi gazami
bojowymi.
Rozdział 2. Śmierć carowi
Rozdział 2
Śmierć carowi
"Ogłuszył mnie nowy wybuch - wspominał pułkownik policji Adrian
Dworżycki - byłem poparzony, ranny i obalony na ziemię. Nagle, poprzez
dym i śnieżną mgłę, usłyszałem słaby głos Jego Cesarskiej Mości:
"Pomóż!". Zebrawszy resztkę sił, zerwałem się na nogi i rzuciłem ku
cesarzowi. Jego Cesarska Mość na wpół siedział, na wpół leżał oparty na
prawym łokciu. Sądząc, że cesarz jest tylko ciężko ranny, uniosłem go,
ale cesarz miał mocno pogruchotane nogi i krew się obficie z nich
lała"25.
Było niedzielne popołudnie 13 marca 1881 roku, do eksplozji bomby doszło
w samym centrum Petersburga. Car Aleksander II został śmiertelnie ranny,
a w pobliżu konającego monarchy leżało kolejnych dwadzieścia ofiar
wybuchu, wśród nich zamachowiec samobójca, 25-letni Polak, Ignacy
Hryniewiecki. Był członkiem organizacji terrorystycznej Narodnaja Wola
(Wola Ludu), która od dłuższego czasu organizowała zamachy na
imperatora. Kilka poprzednich prób nie przyniosło rezultatu, wreszcie
bomba rzucona przez Hryniewieckiego okazała się skuteczna. Żaden bowiem
ze świadków wydarzenia nie miał wątpliwości, że straszliwie poraniony
car dogorywa.
Aleksandra II w pośpiechu położono na saniach, którymi jechała jego
eskorta, i przewieziono do Pałacu Zimowego, gdzie zakończył życie
godzinę później. Zabójca przeżył go o sześć godzin, zmarł wieczorem w jednym z petersburskich szpitali.
Udany zamach mógł się wydawać ukoronowaniem niemal dwuletnich działań
grupy terrorystów, do dzisiaj jednak nie wyjaśniono kilku ważnych spraw.
Należy do nich zaliczyć zastanawiającą nieudolność policji, która od
dłuższego czasu nie mogła sobie poradzić z członkami Woli Ludu, a po
śmierci cara natychmiast rozbiła organizację. Nie wiadomo także,
dlaczego Aleksander II w każdą niedzielę jeździł po mieście tą samą
trasą, chociaż mawiał, że terroryści polowali na niego jak na "wściekłe
zwierzę". Czy władca Rosji stał się niewygodnym człowiekiem nie tylko
dla zamachowców, lecz także dla części swojego otoczenia? I czy opozycja
dworska starała się zbytnio nie przeszkadzać zabójcom w zamordowaniu
monarchy?
Pierwsi zamachowcy
Ojciec zabitego cara, Mikołaj I, był despotą rządzącym Rosją jak dywizją
wojska. Nikomu jednak nie przyszło do głowy organizować na niego
zamachów, dlatego poruszał się praktycznie bez żadnej ochrony. Czasy się
jednak zmieniały i Aleksander II, reformując imperium Romanowów, sam
stał się ofiarą przemian. Jego postępowanie właściwie nikogo nie
zadowalało, siły liberalne były zawiedzione ograniczonym zasięgiem
reform, natomiast konserwatyści marzyli o powrocie samodzierżawia z czasów jego ojca.
Pierwszy zamach na życie Aleksandra II zorganizowało niewielkie
socjalistyczne kółko studenckie o mało wyszukanej nazwie Organizacja, a właściwie jego komórka wykonawcza Piekło. Młodzi zapaleńcy uznali, że
zabójstwo cara stanie się sygnałem do masowych buntów chłopstwa i strajków robotników, co zapoczątkuje szybką demokratyzację Rosji.
Zamachu podjął się 26-letni Dmitrij Karakozow, syn zubożałego
szlachcica, student uniwersytetów w Kazaniu i Moskwie. W kwietniu 1866
roku przyjechał do Petersburga, gdzie zbliżenie się do monarchy nie
stanowiło większego problemu. Niemal wszyscy mieszkańcy stolicy
dokładnie znali rozkład dnia władcy i wiadomo było, że codziennie po
południu Aleksander II spacerował po Ogrodzie Letnim. Nie towarzyszyła
mu niemal żadna ochrona, jedynie przy cesarskim powozie oczekiwał na
monarchę podoficer żandarmerii, a dodatkowy policjant pilnował porządku
wśród gapiów ustawiających się przy bramie parku.
Gdy Aleksander opuścił ogród i ruszył w stronę powozu, stojący w tłumie
Karakozow wycelował do władcy. Strzał okazał się jednak niecelny i zamachowiec rzucił się do ucieczki. Został jednak niemal natychmiast
dopędzony i obezwładniony przez policjanta i żandarma.
Przyprowadzony przed oblicze władcy potwierdził, że jest Rosjaninem (car
podejrzewał, że zamach był dziełem Polaka w odwecie za stłumienie
powstania styczniowego). Wyszło również na jaw, że w chwili strzału ktoś
podbił rękę zamachowca, dzięki czemu car ocalał.
Najdziwniejszą jednak sprawą był fakt, że o działalności Organizacji, a tym bardziej Piekła, nic nie wiedziała carska policja od dawna
infiltrująca środowiska studenckie. Stanowiło to fatalną zapowiedź na
przyszłość.
Karakozow został skazany na karę śmierci i publicznie powieszony w Petersburgu, pozostałych członków stowarzyszenia zesłano na dożywotnią
lub długoletnią katorgę. Natomiast imperator niebawem doczekał się
kolejnego zamachu, tym razem miało to miejsce w Paryżu, a chciał go
uśmiercić Polak, Antoni Berezowski.
Zamachowiec w wieku szesnastu lat przyłączył się do powstania
styczniowego, a po jego stłumieniu wyemigrował do Francji. Gdy w czerwcu
1867 roku do Paryża na Światową Wystawę Gospodarczą przybył Aleksander
II, Berezowski uznał to za znakomitą okazję do pomszczenia ofiar
insurekcji. Działał na własną rękę, bez problemów zakupił pistolet,
wiedział też, gdzie będzie mógł oczekiwać na cara, by dokonać zamachu.
6 czerwca odbyła się uroczysta parada wojskowa przed cesarzem Francji,
Napoleonem III, którą zaszczycili swoją obecnością Aleksander II i król
Prus, Wilhelm I. Po jej zakończeniu monarchowie wracali do miasta dwoma
powozami, razem z Aleksandrem jechał Napoleon III oraz carscy synowie.
Dwa strzały padły, gdy pojazdy wolno torowały sobie drogę wśród tłumu
publiczności. Pasażerom jednak nic się nie stało, życie stracił jedynie
koń cesarskiego koniuszego towarzyszącego monarchom.
Rozmowa władcy Francji z carem bezpośrednio po zamachu nie była
pozbawiona pewnych elementów humorystycznych. Aleksander zapytał
Napoleona, kto - według niego - był celem zamachu, na co gospodarz
odparł, że jeżeli strzelał Włoch, to zapewne do niego, natomiast jeżeli
Polak, to śmierć ponieść miał cesarz Rosji...
Zamach był nieźle pomyślany, jednak o jego fiasku zadecydowały błędy
Berezowskiego. Załadował on bowiem pistolet zbyt dużą ilością prochu
oraz użył niewłaściwych pocisków. W efekcie pierwszy strzał okazał się
niecelny, a przy drugim lufa rozerwała się, raniąc zamachowca, który
szybko został obezwładniony.
Miesiąc później Berezowski stanął przed sądem. Przyznał się do
zarzucanego czynu, wyjaśniając, że jego motywem była zemsta za udręczoną
Polskę. Oświadczenie oskarżonego spotkało się z przychylną reakcją
publiczności, tym bardziej że jego obrońca cytował fragmenty rosyjskiego
prawodawstwa zalecającego krwawe represje także wobec rodzin uczestników
zrywu. Jeszcze większe wrażenie zrobiły informacje, że carski kodeks
karny nakazywał duchownym łamanie tajemnicy spowiedzi w przypadkach
zaangażowania wiernych w działalność niepodległościową. Przychylnie
przyjęto również odpowiedź Berezowskiego na zarzut prokuratora, że swoim
czynem naraził życie Napoleona III. Zamachowiec stwierdził bowiem
kategorycznie, że kula wystrzelona przez Polaka nie mogła trafić członka
rodziny Bonapartych...
Chociaż Rosjanie żądali od Francuzów najwyższego wymiaru kary i podobnego zdania był również prokurator, sąd skazał Berezowskiego na
dożywotnie ciężkie roboty na Nowej Kaledonii. Z czasem zamieniono mu
karę na osiedlenie się na wyspach, pomimo jednak licznych petycji
zamachowiec nie doczekał się amnestii. Z upływem lat popadł w obłęd i zmarł w całkowitym zapomnieniu w latach pierwszej wojny światowej.
Czas terroru
Podobno pewna Cyganka przepowiedziała Aleksandrowi II, że przeżyje bez
szwanku sześć zamachów, natomiast zginie w wyniku siódmego. Nie wiadomo,
ile było w tym prawdy, jednak przez następne lata car nie musiał nerwowo
odliczać kolejnych prób zabójstwa. Przez ponad dwanaście lat nikt bowiem
nie usiłował monarchy uśmiercić, chociaż Rosja zmieniała się w zastraszającym tempie.
Idee socjalizmu trafiały na podatny grunt wśród inteligencji, czego
wyrazem było powstanie organizacji Ziemla i Wola (Ziemia i Wolność)
dążącej do obalenia panujących stosunków społecznych poprzez powszechny
bunt chłopów. Członkowie organizacji byli idealistami, masowo wyruszali
na wieś, by prowadzić akcję uświadamiania chłopstwa, co - biorąc pod
uwagę poziom umysłowy rosyjskich włościan - było raczej skazane na
niepowodzenie. Nic zatem dziwnego, że inteligenckie wyobrażenie o chłopach jako "zdrowej tkance społeczeństwa" w zderzeniu z rzeczywistością okazało się bardzo bolesne.
"Między nami byli zdolni, rozumni propagandziści - wspominał Osip
Aptekman - i wywierali bez wątpienia głębokie wrażenie. Ale o czym
mówili ludowi? Ani socjalizm, ani anarchia, ale najbardziej palące
sprawy jego powszechnego, szarego życia: brak ziemi i ciężary podatkowe.
(...) Ale skoro tylko propagandzista przeszedł na grunt socjalizmu,
wszystko zupełnie się zmieniało. (...) Słuchali jak ciekawej
bajeczki"26.
Chłopi zazwyczaj w ogóle nie chcieli mieć nic wspólnego z agitatorami i nie udzielali im nawet noclegu. Inteligenccy idealiści nie mieli bowiem
większego pojęcia o warunkach panujących na rosyjskiej wsi i zupełnie
nie zdawali sobie sprawy z jej totalnego zacofania. Na domiar złego
większość chłopów wyrażała przeświadczenie, że sam car jest dobry, a przyczyną wszelkiego zła są właściciele ziemscy. Nie byłoby większych
problemów ze zbuntowaniem chłopstwa przeciwko ziemiaństwu, ale
podniesienie ręki na władzę batiuszki to był już poważny kłopot...
Brak efektów "wyprawy w lud" zradykalizował poglądy części działaczy
organizacji, sprzyjała temu sytuacja międzynarodowa. Wprawdzie Rosja
wygrała wojnę z Turcją (1877-1878), ale sprzeciw mocarstw europejskich
wraz z nieudolnością petersburskich dyplomatów spowodowały, że nie
potrafiono wykorzystać efektów zwycięstwa. Wzbudziło to ogromne
niezadowolenie, zwolennicy dawnych porządków krytykowali cara za próby
reform, natomiast liberałowie uważali, że zmiany zachodzą zbyt wolno.
Obie strony w jednym były jednak zgodne: uważano, że władca i jego
otoczenie zmarnowali wysiłek wojenny.
"Gdyby nie ten fatalny wynik wojny - potwierdzał książę Włodzimierz
Mieszczerski - ruch anarchistyczny pozostawałby u nas jak dawniej
chorobą chroniczną w życiu intelektualnym Rosji, nie znalazłby wszelako
dla siebie gruntu, żeby przejść w stan ostrego i zuchwałego ataku na
porządek państwowy"27.
Po raz pierwszy w dziejach Rosji na ulicach miast pojawili się
demonstranci brutalnie rozpędzani przez policję. Wielu członków Ziemli
i Woli trafiło do więzień, a reżim Aleksandra II stawał się coraz
bardziej niepopularny. Wśród rosyjskiej inteligencji do dobrego tonu
należało kontestowanie jego zarządzeń - nic zatem dziwnego, że
aresztowanych bronili najlepsi rosyjscy prawnicy. Oświecona część
społeczeństwa dojrzała już do udziału we władzy. Ale Rosja wciąż była
monarchią absolutną, gdzie słowo "konstytucja" uważano za bluźnierstwo.
Niebawem doszło jednak do wydarzenia, które miało zmienić bieg historii
kraju. Przyczyna była stosunkowo błaha: oberpolicmajster (szef policji)
Petersburga, generał Fiodor Trepow, oburzony faktem, że jeden z aresztowanych członków Ziemli i Woli nie zdjął przed nim czapki na
dziedzińcu więzienia, polecił poddać go karze chłosty. Plotka
natychmiast poszła w miasto i niebawem znalazła się mścicielka honoru
więźnia. 28-letnia anarchistka Wiera Zasulicz, udając interesantkę,
udała się do biura generała i z bliska go postrzeliła. Humorystycznym
akcentem całej sprawy był fakt, że Trepow otrzymał ranę w pośladek, gdyż
Zasulicz cierpiała na krótkowzroczność...
Zamachowczyni stanęła przed sądem, a car nakazał surowe jej ukaranie.
Okazało się jednak, że dzięki jego własnym reformom rosyjscy prawnicy
mogli się wykazać niezależnością. Gdy bowiem jeden z ministrów zażądał
od przewodniczącego składu sędziowskiego "szczególnych usług", usłyszał
w zamian, że "sąd nie wyświadcza usług, tylko feruje wyroki"28.
Nie było chętnych do podjęcia się roli oskarżyciela, natomiast Zasulicz
nie narzekała na brak kandydatów do funkcji obrońcy z urzędu. W efekcie
została uniewinniona (!), a za sprawcę zajścia uznano Trepowa. Było to
zdecydowane przeciwstawienie się samowładztwu i jednocześnie początek
zorganizowanego terroru w Rosji.
W całym kraju zaczęły się mnożyć zamachy na urzędników carskich, którym
"odmawiano prawa do życia". Prym wiedli tu radykalni członkowie Ziemli
i Woli, a szczególnym echem odbiło się zabójstwo szefa III Oddziału
Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości (policji politycznej),
Nikołaja Mieziencowa. Został on zasztyletowany w biały dzień w centrum
Petersburga, a zamachowiec zbiegł. Mniej udany okazał się atak na jego
następcę, Aleksandra Drentelna. Strzelano do niego dwukrotnie, pociski
jednak nie dosięgły celu, a niedoszły zabójca niebawem wpadł w ręce
policji. W tym samym czasie zastrzelono gubernatora Charkowa, księcia
Dymitra Kropotkina.
Więzienia zapełniły się aresztowanymi, a władze nie miały litości.
Wszelkich podejrzanych wysyłano na katorgę lub wieszano po krótkich
procesach. Terroryści osiągnęli jednak swój cel - w Petersburgu
zapanowała panika, a w sferach zbliżonych do dworu mówiono, że niebawem
"porządny człowiek nie będzie mógł się pokazać na ulicy".
"Wszystkie dotychczas stosowane środki - informował cara jeden z urzędników - przeciwko agitacji antyrządowej nie odniosły rezultatu ani
nie miały pozytywnego skutku. Zło rośnie z godziny na godzinę. Potrzebne
są środki nadzwyczajne"29.
Kolejny zamach
Członkowie Ziemli i Woli szybko się radykalizowali i nie wystarczały
im już tylko zamachy na oficerów żandarmerii czy gubernatorów.
"Nonsensem stało się - wspominała członkini Ziemli i Woli, Wiera
Figner - wymierzanie ciosów w sługi wykonujące wolę swego pana, a nie
ruszanie ich rozkazodawcy, zabójstwa polityczne z fatalną siłą
prowadziły do carobójstwa"30.
Do władz organizacji niemal jednocześnie zgłosiło się kilku ochotników,
którzy pragnęli dokonać zamachu na Aleksandra II. Ostatecznie zadania
podjął się 26-letni Aleksander Sołowiow, a o jego wyborze zadecydował
fakt, że był jedynym Rosjaninem wśród kandydatów. Pozostali byli Żydami
lub Polakami, co mogło sugerować, że za motywami akcji kryły się
problemy mniejszości narodowych imperium Romanowów. Inna sprawa, że
Sołowiow prezentował bardzo idealistyczne poglądy na temat skutków
swojego czynu.
"Śmierć cesarza - mówił - może spowodować nagły zwrot w życiu
społecznym, atmosfera oczyści się, nieufność do inteligencji zniknie,
otrzyma ona dostęp do szerokiej i owocnej działalności wśród ludu, masa
uczciwych młodych sił napłynie na wieś"31.
Sołowiow otrzymał do dyspozycji rewolwer i kapsułkę z cyjankiem potasu,
by w razie zatrzymania popełnić samobójstwo. Zamachu dokonał 14 kwietnia
1879 roku, w drugi dzień prawosławnej Wielkanocy. Podobnie jak Karakozow
nie miał problemu ze zbliżeniem się do monarchy - pomimo bowiem
szerzącego się terroru Aleksander II nadal uważał, że jego osoba jest
nietykalna dla poddanych.
Imperator miał w zwyczaju przechadzać się rano w pobliżu Pałacu Zimowego
przy budynku sztabu Petersburskiego Okręgu Wojskowego. Wiedzieli o tym
niemal wszyscy mieszkańcy stolicy - i właśnie tę okoliczność wykorzystał
zamachowiec. Ubrany jak rosyjski urzędnik (na głowie miał
charakterystyczną czapkę z bączkiem) podszedł do cara i z bliska
strzelił do niego. Chybił jednak, prawdopodobnie dlatego, że w ostatniej
chwili Aleksander II spojrzał mu bezpośrednio w oczy, co mocno
zdeprymowało Sołowiowa. Nie zamierzał jednak zrezygnować i gdy władca
rzucił się do ucieczki w stronę pałacu, ruszył za nim, strzelając raz za
razem. Monarcha nie stracił głowy, biegł zygzakiem, a gdy stracił
równowagę (miał sześćdziesiąt jeden lat), to "na czworakach dalej
posuwał się naprzód"32. Jednak jakimś cudem żadna z pięciu (!)
kul nie była celna, a Sołowiowa obezwładnili nadbiegający policjanci.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki