Polska krwawi, Polska walczy. Jak żyło się pod okupacją 1939-1945 - Andrzej Chwalba

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (27,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. KAM­PA­NIA POL­SKA

CY­WILE NA WOJ­NIE

Przed dniem 1 wrze­śnia 1939 roku opi­nie oby­wa­teli pol­skich na te­mat per­spek­tyw wy­bu­chu wojny nie były jed­no­znaczne. Jedni po­wia­dali, że ten mo­ment jest już bli­sko, gdyż gaże woj­skowe za­częto wy­pła­cać awan­sem i od wielu ty­go­dni trwają przy­go­to­wa­nia do obrony. Jed­nak byli i tacy, któ­rzy mieli prze­ciwne zda­nie. Uspo­ka­jały ich apele pol­skich władz i opi­nie prasy. Chciano wie­rzyć, że Niemcy nie ude­rzą ze względu na ry­zyko wojny z Wielką Bry­ta­nią i Fran­cją. Dla­tego po­ja­wie­nie się na nie­bie 1 wrze­śnia nie­miec­kich sa­mo­lo­tów uznano za "ma­newry na­szej floty" lub za ćwi­cze­nia obrony prze­ciw­lot­ni­czej. "Gdy 1 wrze­śnia obu­dziły mnie sy­reny, ogła­sza­jące alarm lot­ni­czy dla War­szawy, by­łem prze­ko­nany, że to znowu ćwi­cze­nia OPL. Do­piero włą­czone ra­dio roz­wiało wąt­pli­wo­ści" - pi­sał Sta­ni­sław Jan­kow­ski, ci­cho­ciemny, słynny póź­niej "Aga­ton". Te re­ak­cje mogą być zro­zu­miałe, gdyż Niemcy za­ata­ko­wali bez wy­po­wie­dze­nia wojny. Ale po­dob­nie re­ago­wali dy­plo­maci akre­dy­to­wani w War­sza­wie. "Alarm obu­dził mnie o pół do siód­mej rano, ale zda­wało się, że to ćwi­cze­nia, i po­now­nie za­sną­łem" - pi­sał w dzien­niku 1 wrze­śnia Sven Gra­fström, dy­plo­mata szwedzki.

"O go­dzi­nie pierw­szej po po­łu­dniu wy­sze­dłem na ulice mia­sta, za­uwa­ży­łem afi­sze na mu­rach do­mów, że Niemcy na­pa­dli na Pol­skę oraz po­wo­ła­nie re­zer­wi­stów do ar­mii we­dle kart mo­bi­li­za­cyj­nych. Na uli­cach mia­sta jest wiel­kie po­ru­sze­nie, gro­ma­dzą się grupy lu­dzi, roz­ma­wiają mię­dzy sobą" - wspo­mi­nał Wła­dy­sław Za­remba z Pod­ha­jec w wo­je­wódz­twie tar­no­pol­skim. "Tego dnia by­łem w ki­nie na fil­mie: Ułani księ­cia Jó­zefa. Na­gle roz­legł się przej­mu­jący ryk sy­reny i zgasł pro­jek­tor. Ktoś krzyk­nął: "Na­tych­miast opu­ścić salę!". Bę­dąc już z tłu­mem wi­dzów na ze­wnątrz, usły­sza­łem war­kot sa­mo­lotu uno­szą­cego się wy­soko. Pod­nio­słem głowę w mo­men­cie, gdy spod ka­dłuba sa­mo­lotu ode­rwały się ja­kieś dwa kształty. Po chwili na­stą­piły dwie po­tężne eks­plo­zje" - za­no­to­wał Je­rzy Ant­czak we Wło­dzi­mie­rzu Wo­łyń­skim. Po­dob­nie było w wielu in­nych mia­stach i mia­stecz­kach. Na stan emo­cjo­nalny miesz­kań­ców wpły­wała hi­ste­ria szpie­gow­ska. Na­wet w zna­nych so­bie są­sia­dach do­szu­ki­wano się dy­wer­san­tów i szpie­gów. Dla­tego w mia­stach or­ga­ni­zo­wano straże bez­pie­czeń­stwa, a na wsiach chłopi uzbro­jeni w wi­dły i sie­kiery szu­kali dy­wer­san­tów i szpie­gów po sto­do­łach, obej­ściach go­spo­dar­czych i w za­go­nach ziem­nia­ków.

1 wrze­śnia w mia­stach za­wyły sy­reny fa­bryczne. Roz­dzwo­niły się dzwony ko­ścielne. Biły na trwogę. Zro­zu­miano, że czarny sce­na­riusz się speł­nia, co po­twier­dziły pol­skie wła­dze, wpro­wa­dza­jąc stan wo­jenny. Prze­ra­żeni cy­wile za­częli się za­sta­na­wiać, co na­leży czy­nić. Czy ewa­ku­ować się w kie­runku wschod­nim, ku - jak są­dzono - bez­piecz­nym re­jo­nom, czy też po­zo­stać w miej­scu za­miesz­ka­nia? Po­cząt­kowo chęt­nych do opusz­cze­nia pie­le­szy ro­dzin­nych nie było zbyt wielu, ale gdy zo­ba­czono, że wy­jeż­dżają służby cy­wilne, bur­mi­strzo­wie, pre­zy­denci miast, dzia­ła­cze po­li­tyczni, straż po­żarna i po­li­cja oraz że wy­wozi się naj­cen­niej­sze zbiory sztuki - to na­stą­piła zmiana na­stro­jów. "Ucieczka na­szej po­li­cji spo­tę­go­wała po­płoch" - pi­sał Ję­drzej Mo­ra­czew­ski, były pol­ski pre­mier. Po­dob­nie ko­men­to­wał Ja­ro­sław Iwasz­kie­wicz: "Po­li­cja umyka gwał­tow­nie, po­rządku nikt nie pil­nuje, żad­nych wska­zó­wek, żad­nej po­mocy. Tłum wali bez­ład­nie". Cy­wile byli obu­rzeni ewa­ku­acją służb miej­skich i pań­stwo­wych. Sta­ni­sław Sza­fran wspo­mi­nał: "Za­czę­li­śmy się czuć jak za­wie­szeni w po­wie­trzu. Ży­cie po pro­stu sta­nęło". W Po­zna­niu oby­wa­tele ko­men­to­wali, że sa­na­cja zo­sta­wiła mia­sto sa­memu so­bie. Lu­dzie mo­gli się czuć opusz­czeni, bo opu­ściło ich pań­stwo. Na sku­tek tego po­gor­szyło się bez­pie­czeń­stwo. Nie miał kto ga­sić po­ża­rów, które wznie­cali nie tylko nie­mieccy lot­nicy, ale i dy­wer­sanci, nie miał kto chro­nić do­bytku miesz­kań­ców.

De­cy­zję o ewa­ku­acji służb pań­stwo­wych pod­jęto jesz­cze przed 1 wrze­śnia. Lecz ewa­ku­ujący się nie za­wsze znali ad­res, pod któ­rym mieli się za­mel­do­wać. "Wszystko, co czy­nimy, jest spóź­nione. We wszyst­kim ubie­gają nas Niemcy i wy­padki. Na­wet w sto­sunku do wła­snej sy­tu­acji nie mają na­sze wła­dze ini­cja­tywy. Ewa­ku­acja robi się sama, zmie­nia się w bez­myślny po­płoch. Wszystko ucieka w strasz­li­wych wa­run­kach" - pi­sał gen. Kor­dian Za­mor­ski, szef po­li­cji. Je­dy­nie pra­cow­nicy urzę­dów cen­tral­nych kie­ro­wali się pod wska­zane ad­resy, a to dzięki ak­tyw­no­ści dy­rek­tora Jó­zefa Ol­piń­skiego z Pre­zy­dium Rady Mi­ni­strów.

Ucie­ka­jący uda­wali się do Kra­kowa, Ra­do­mia, Kielc, War­szawy, ale za­raz pę­dzili da­lej. Po ty­go­dniu walk jed­nym z miejsc do­ce­lo­wych stał się Lwów, w któ­rym schro­nie­nie zna­la­zło około 200 ty­sięcy osób. Emi­lia Słusz­kie­wicz z Sa­noka wspo­mi­nała, że "po­sta­no­wili je­chać ze Lwowa do Pod­ha­jec, bo tam noga nie­miecka chyba nie sta­nie". Co­raz licz­niejsi ule­gli pa­nice i wy­jeż­dżali. "Męż­czyźni ucie­kali z roz­kazu, a wszy­scy za nimi owczym pę­dem" - pi­sała Ha­lina Nel­ken. Ka­zi­mierz Pu­żak wspo­mi­nał: "wi­dzia­łem nie­prze­nik­nione tłumy ucie­ki­nie­rów. Nie­sa­mo­witą plą­ta­ninę pie­szych i jezd­nych [...] czę­sto na­wet żoł­nie­rzy bez or­dynku, sła­nia­ją­cych się wśród cy­wi­lów". Nie­liczni ko­rzy­stali z sa­mo­cho­dów, licz­niejsi pró­bo­wali się do­stać do po­cią­gów, acz­kol­wiek jazda nimi na­le­żała do nie­bez­piecz­nych, gdyż in­te­re­so­wali się nimi nie­mieccy lot­nicy, a także dy­wer­sanci, któ­rzy uszka­dzali tory ko­le­jowe i mo­sty. "Pa­liły się wa­gony, pa­lili się lu­dzie i cały do­by­tek [...] kiedy się na­sza biedna Pol­ska zdo­bę­dzie znów na to, co z ta­kim tru­dem zdo­była" - za­sta­na­wiała się Emi­lia Słusz­kie­wicz. W tej sy­tu­acji pew­niej­sza była jazda furką chłop­ską lub ży­dow­ską bryczką. Jed­nak naj­czę­ściej cy­wile ru­szali pie­szo, z to­boł­kami, ple­ca­kami, wa­liz­kami, końmi, by­dłem, dro­biem. Nie­któ­rzy, mimo upału, mieli na so­bie po kilka ubrań, tak na wszelki wy­pa­dek. "Nie­prze­rwana rzeka lu­dzi pły­nie ciemną drogą, bez domu, zgnę­bieni, zmal­tre­to­wani, idą w mil­cze­niu, za­mknięci w so­bie" - pi­sał Adam Bień, lu­do­wiec, przy­szły pod­ziemny mi­ni­ster. "Przed nami wóz, za nami wóz, tak ki­lo­me­trami cią­gnęła się ta­śma wo­zów ze sku­lo­nymi po­sta­ciami i ko­pami ba­gażu. Co ja­kiś czas uka­zy­wał się po­zo­sta­wiony w ro­wie z po­wodu braku ben­zyny au­to­mo­bil" - wspo­mi­nała dzień 5 wrze­śnia Anna Kos­sak, matka Zo­fii Kos­sak-Szczuc­kiej. Po dro­dze, na pla­ka­tach, ucie­ka­jący mo­gli prze­czy­tać, że "gwałt za­dany siłą musi być od­party siłą".

Pie­chu­rzy ma­sze­ro­wali naj­czę­ściej dro­gami po­lnymi, wzbu­dza­jąc tu­many ku­rzu i pyłu. "Pola wy­sy­cha­jące w ogrom­nym upale. Gi­gan­tyczna chmura ku­rzu wzbi­ja­nego przez czoło ko­lumny ucie­ki­nie­rów opa­dała wo­kół nas, za­sła­nia­jąc ho­ry­zont i po­kry­wa­jąc twa­rze i ubra­nia gru­bymi war­stwami pyłu" - wspo­mi­nała Mary Berg (Mi­riam Wat­ten­berg), ło­dzianka, au­torka dzien­nika. Prze­miesz­cza­jąc się ner­wowo, lu­dzie spo­glą­dali do góry i na­słu­chi­wali, czy nie sły­chać war­kotu sil­ni­ków, bo zro­zu­mieli, że na nie­bie mogą być już tylko wro­gie sa­mo­loty. Na noc za­trzy­my­wali się w wio­skach, za­gaj­ni­kach, na ple­ba­niach, w klasz­to­rach, chłop­skich cha­łu­pach i zie­miań­skich dwo­rach. Ich stan psy­chiczny był podły, gdyż za­miast zwy­cięstw na­de­szły klę­ski. Byli przy­gnę­bieni prze­wagą, bez­względ­no­ścią i bru­tal­no­ścią wroga. W ciągu kilku dni Pol­ska stała się ob­sza­rem cha­otycz­nej ucieczki. Ty­sięczne rze­sze cy­wili zmie­szane z woj­skiem to naj­lep­szy pre­zent, jaki mógł się tra­fić Niem­com, gdyż ta­ra­so­wały drogi, pa­ra­li­żo­wały łącz­ność i ko­mu­ni­ka­cję. "Pełno ucie­ki­nie­rów z do­byt­kiem, ta­mu­ją­cych ruch i prze­szka­dza­ją­cych woj­sku" - wspo­mi­nał Jan Ja­kó­biec, lu­do­wiec. Żan­dar­me­ria woj­skowa pró­bo­wała roz­ła­do­wy­wać korki dro­gowe, ale była bez­silna wo­bec ludz­kiej fali. "Przez sta­no­wi­ska obronne prze­suwa się cała masa ucie­ki­nie­rów ob­ła­do­wa­nych to­boł­kami, pę­dzą­cych swój do­by­tek, wi­działo się małe pła­czące dzieci, sta­ruszki nie­sione na rę­kach, względ­nie wie­zione na wóz­kach. Wstrzą­sa­jący ob­raz lu­dzi zmu­szo­nych do opusz­cze­nia do­mów ro­dzin­nych, ska­za­nych na po­nie­wierkę" - pod­kre­ślał gen. Ber­nard Mond, do­wódca 6. Dy­wi­zji Pie­choty (DP). W tej sy­tu­acji na­wet zmo­to­ry­zo­wane pol­skie od­działy nie mo­gły do­trzeć na czas do wy­zna­czo­nych miejsc. Uchodźcy wal­nie przy­czy­nili się do pol­skich po­ra­żek. W ciągu dnia żoł­nie­rze po­dob­nie jak i cy­wile byli na­ra­żeni na bom­bar­do­wa­nia. Lot­ni­kom drogi pełne lu­dzi po­zwa­lały na od­by­wa­nie w isto­cie lo­tów tre­nin­go­wych. Ćwi­czyli strze­la­nie z ni­skiego pu­łapu, do­ko­nu­jąc ma­sa­kry. Na za­cho­wa­nych fo­to­gra­fiach oglą­damy znisz­czone po­jazdy, za­bite ko­nie i by­dło, po­roz­rzu­cane to­boły, ran­nych, cier­pią­cych i za­bi­tych lu­dzi. Ter­ro­ry­styczne na­loty bom­bowe do­dat­kowo wzma­gały po­czu­cie lęku i za­gro­że­nia. Cały czas trwała gra ze śmier­cią.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki