Na miesiąc przed wojną Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski spędzili
razem w Wiśle dwa dni. Spotkanie było zaplanowane wiele miesięcy
wcześniej i nie miało nic wspólnego z wojną. Chodziło o "projekt
przyjaźń", który miał polegać na wejściu w buty Aleksandra
Kwaśniewskiego z czasów pomarańczowej rewolucji, czyli zbudowaniu
półprywatnych relacji pomiędzy Dudą i Zełenskim.
Dyplomata A zaangażowany w sprawy ukraińskie: - Pomysł nieformalnego
spotkania rzucił Jakub Kumoch, minister w Kancelarii Prezydenta, a potem
kluczowa postać u boku Dudy w pierwszym roku wojny. Duda z początku miał
wątpliwości. Bo zdawał sobie sprawę, że był już raz oszukiwany przez
Poroszenkę. "Umówiłem się z nim na wiele rzeczy. Niemal żadnej nie
spełnił" - miał mówić.
Dyplomata B: - Chodziło o spór wokół Wołynia, ale nie tylko.
Poroszenko nie wywiązał się z pomysłu wprowadzenia Polaka do rządu
ukraińskiego. Co prawda zaproponował coś więcej, stanowisko szefa rządu,
ale Balcerowiczowi, arcyprzeciwnikowi PiS. Duda potraktował to jako
policzek.
Minister X: - Ustaliliśmy, że trzeba się z Zełenskim spotkać w cztery oczy i po prostu po męsku napić się wódki.
Dyplomata A: - Duda powiedział, że najbardziej nadaje się Wisła.
"Tam jest taka dobra karczma" - stwierdził. Miał na myśli obiekt w dyspozycji Kancelarii Prezydenta. Nie chodziło o załatwianie konkretnych
spraw, tylko o skrócenie dystansu. Spotkanie odbyło się w czwartek i piątek 20-21 stycznia 2022. I faktycznie było przełomowe w późniejszych
stosunkach. Udział wzięły kluczowe postaci. Zełenskiemu towarzyszył
Andrij Jermak, numer dwa ukraińskiej polityki. Oraz Andrij Sybiha,
zastępca Jermaka odpowiedzialny za sprawy międzynarodowe. Po stronie
polskiej byli główni "wojenni" doradcy prezydenta - Kumoch oraz z ramienia rządu wiceszef MSZ Marcin Przydacz.
Minister X: - Nie było planu, że w Wiśle podpiszemy jakieś konkretne
umowy. Obie strony były zainteresowane uruchomieniem stałego kanału
komunikacji. Mniej formalnego. Bez ograniczeń protokolarnych. Bez straty
czasu. Po oficjalnych rozmowach w Wiśle wieczór spędziliśmy, jedząc i pijąc.
Dyplomata B: - Duda plus wóda równa się nienuda. Bez alkoholu Duda
jest strasznym nudziarzem, po alkoholu odwrotnie. Wisła to była
regularna impreza. Dyplomacja alkoholowa z bardzo satysfakcjonującym
rezultatem. Duda jest świetnym opowiadaczem kawałów po rosyjsku. Nie
wiem, skąd je zna, ale opowiadał je z dobrym akcentem.
Dyplomata A: - Nikt nie spił się w trupa. Prezydenci testowali się.
Żaden nie gadał głupot. Nikt nie odpadł. Może Zełenski trochę wolniej
mówił, ale żadnych głupot czy bełkotu. Zełenski nie wygląda, ale może
sporo przyjąć. Nie zmienia się po alkoholu. Zachowuje pełną kontrolę.
Jest bezpretensjonalny i długo nie utrzymuje dystansu. Odniosłem
wrażenie, że jest znacznie silniejszym politykiem, niż mógłby wskazywać
kreowany jego obraz na Ukrainie przed wojną. Nie jest też typem polityka
ukraińskiego, których znałem w przeszłości. Nie kreuje się na
wschodniego mużyka i bandytę. Nie przeklina nadmiernie. To rodzaj zająca
z sowieckiej bajki "Wilk i zając". Cwany i zawsze wychodzący na swoje.
Mimo że nie prezentuje siły i nie pręży muskułów.
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Pytałem w Wiśle, czy
rozważają wariant ataku Rosjan na pełną skalę. Krążyły daty inwazji.
Pisano też o wariancie zakładającym atak na Kijów. Zełenski nie dał
jednoznacznej odpowiedzi. Mówił, że liczy się z każdym scenariuszem, ale
obawia się, że jest w tym dużo przesady. Mówił, że każde doniesienie o dacie ataku to dla niego poważny problem, bo po takim newsie z Ukrainy
uciekają miliony dolarów kapitału zagranicznego. Sugerował, że jego
otoczenie oficjalnie będzie przekonywało, że do wojny nie dojdzie. Nie
planował też mobilizacji. Chodziło o to, by nie uciekały pieniądze, ale
też o zachowanie spokoju i powstrzymanie paniki wśród ludności.
Polityk ukraiński, obecny w Wiśle: - Wisła była najlepszym
spotkaniem, jakie na tym szczeblu odbyliśmy z Polakami. Wcześniej
miewaliśmy problem z tym, czego właściwie oczekują od nas. Nie było
jasności celów polskiej polityki wobec Kijowa. Poza ogólnikami, że
jesteśmy dla Warszawy strategicznym partnerem. Dowiedzieliśmy się, że
teraz jest wola na najwyższym szczeblu, aby współpracę napełnić treścią.
Dowiedzieliśmy się, że chce tego też Jarosław Kaczyński, który od zawsze
był wobec Ukrainy podejrzliwy. Prezydent Duda miał na to pomysł i ministra, który przyjaźnił się z Sybihą jeszcze z czasów tureckich,
Kumoch i Sybiha w tym samym okresie byli tam ambasadorami. Mieliśmy
podstawę do nowej współpracy - zaufanie.
Dyplomata B: - Rano po tej naszej alkodyplomacji wszyscy jedli
śniadanie i byli dla siebie bardzo mili. Jak po spotkaniu, po którym się
jest bardzo zmęczonym. Wisła odbyła się w atmosferze biwaku na studiach.
Pamiętam, że minister Przydacz puszczał Kumochowi utwór zespołu Braci
Figo Fagot pod tytułem "Wóda zryje banie". Proszę spojrzeć na zdjęcia.
(Pokazuje zdjęcia. Widać uczestników spotkania w narzutach góralskich z baraniej skóry i w góralskich czapkach. Gra orkiestra. Niektórzy
śpiewają, wczuwając się w swoje role.)
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Wisła była kluczowa dla
stosunków polsko-ukraińskich w pierwszych stu dniach wojny. To był
strzał w dziesiątkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jaki będzie efekt.
Ale jak patrzę na to z perspektywy czasu, to nie wiem, czy tam narodziła
się autentyczna przyjaźń. Nikt tego nie powie wprost, ale te misie Duda
- Zełenski są trochę wyreżyserowane. Zełenski radzi sobie z tym dobrze.
To w końcu aktor. Duda trochę gorzej. Oni są od siebie bardzo różni.
Zełenski zamknięty. Duda to typ harcerza. Pierwszy mało mówi. No ale
tyle, ile było można, wyciągnęli z tej znajomości. Była okazja,
wykorzystali ją, udając wielką przyjaźń. Później, po tym karnawale
przyjaźni, gdy Zełenski uwierzył, że jest Mahatmą Gandhim, Duda jako
asystent Gandhiego nie był mu już potrzebny.
Minister X: - W poniedziałek 21 lutego 2022 Putin ogłosił
niepodległość separatystycznych republik donieckiej i ługańskiej. Było
jasne, że odwołujemy wszystko i jedziemy do Kijowa.
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Duda był spokojny, ale
czuł powagę sytuacji. Nie pozwolił jechać Solochowi, szefowi BBN.
Prezydent powiedział przed wyjazdem do Kijowa, że ma zostać w Polsce. Ma
zostać na wypadek wybuchu wojny. Co ciekawe, Soloch sam się zgłosił na
ochotnika, chciał jechać. Prezydent powiedział mu, że ma zostać i pilnować spraw, gdyby coś się nam stało.
Minister Y: - Wyjechaliśmy w środę 23 lutego. Bez rozgłosu.
Samochodami. Z ochroną. Duda powiedział, że nie polecimy samolotem, bo
jak się coś stanie, damy przeciwnikom argument, że Polska to państwo z dykty. On ma obsesję na tym punkcie. Syndrom smoleński. Duda boi się
ośmieszenia państwa. Tłumaczenia z jakiegoś fakapu w stylu "ostrzelanie
kolumny". W Kijowie był wtedy też Naus?da (Gitanas Naus?da, prezydent
Litwy - przyp. red.). Na Litwę wrócił swoją casą. Samolotem wojskowym.
Wszystkie loty cywilne do Kijowa zachodnich linii lotniczych były już
odwołane.
Minister X: - Wszystko niby było ekstra, ale plan wyjazdu i tak
wyciekł do prasy. Szukaliśmy przecieku. Pojawiły się wzajemne
oskarżenia. Litwinów do nas. Nas do Ukraińców i Litwinów. Nic się nie
dało przeprowadzić w tajemnicy. To jest jakieś przekleństwo. Zbyt wiele
osób jeszcze przed wydarzeniem chce mieć sukces.
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Po drodze, gdzieś za
Łuckiem zatrzymaliśmy się na ukraińskiej stacji benzynowej. Zabawna
sytuacja miała miejsce. Na tym cepeenie ukraińskim stał karnie w kolejce
do kibla, żeby się wysikać. Jakaś pani stała. Jakiś pan. I on.
Prezydent. Naus?da potem mówi do Dudy: "Ale numer. Stałeś normalnie w kolejce do kibla na stacji benzynowej?". Oni tak ze sobą rozmawiają.
Jest między nimi chemia. Między Dudą a Zełenskim jest dziwna przyjaźń. Z Naus?dą jest inaczej.
Minister Y: - W Kijowie mieliśmy rozmowy w pałacu Maryjskim. Tam
Zełenski poinformował Dudę i Naus?dę, że wybuchnie wojna.
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Duda nie wyglądał na
zdenerwowanego. Sytuacja była absurdalna. Wiedział, że nazajutrz
wybuchnie wojna. Ale z drugiej strony był w mieście, w którym nie było
żadnej paniki. Wszystko normalnie działało. Nikt z Kijowa nie uciekał.
Nie było sznura aut korkujących wylotowe trasy ze stolicy. Normalne
życie.
Minister X: - Na do widzenia Zełenski powiedział Dudzie, że
najpewniej widzą się po raz ostatni. On był przekonany, że zginie.
Amerykanie proponowali mu ewakuację. Opowiadał, że Biden osobiście
dzwonił do niego z propozycją wyjazdu. Odmówił.
Dyplomata A: - Biden chciał wywieźć nie tylko Zełenskiego, ale też
cały jego rząd, łącznie ze wszystkim klientami tego systemu władzy.
Amerykanie szykowali się na całkowity kollaps państwa.
Minister X: - Podczas rozmów Duda - Naus?da - Zełenski panowała
raczej schyłkowa atmosfera. Nie było miejsca na żarty.
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - W Kijowie ciągle
poganiały nas polskie służby. Żebyśmy jak najszybciej wyjeżdżali z miasta. Że już czas. Po wizycie w pałacu Maryjskim zapakowaliśmy się w samochody i odjazd. Po drodze dzwonił wiceszef Agencji Wywiadu Dominik
Duda. Pytał, gdzie jesteśmy, bo się zaczęło. Prezydent powiedział tylko,
że jakby co, to on nie wyobraża sobie tego, że trafia do niewoli.
Powiedział, że nie ma opcji, że polski prezydent jest pokazywany na
rosyjskich kanałach jako zakładnik. Oświadczył nam, że jak gdzieś na
drodze wylądują Rosjanie, trzeba będzie się bić aż do nadejścia
odsieczy. Mieliśmy wtedy obstawę GROM-u. I myślę, że naprawdę byśmy się
bili.
Minister Y: - Dziwny był ten wybuch wojny, bardzo abstrakcyjny. Ktoś
z AW dzwoni do nas i mówi, że "już się zaczęło", że wybuchła wojna, ale
po drodze żadnych śladów żadnej wojny nie było. Nikt nie budował
blokpostów. Barykad nie wznoszono. Zwyczajne życie. Na granicy byliśmy
przed godziną 24 czasu kijowskiego, czyli o 23 naszego. W Polsce w McDonaldzie jeszcze zestaw zjedliśmy.
Minister X: - Po tym wyjeździe strasznie byłem zmęczony. Poszedłem
od razu spać. Wybuch wojny przespałem. Budzę się, patrzę na telefon,
dwadzieścia połączeń. Zaspałem na wojnę. W tym czasie trwała już narada.
To były te gabinety wojenne, które trwały przez kilka kolejnych tygodni
czy nawet miesięcy. Prezydent, premier, najważniejsi ministrowie,
szefowie służb. Pojechałem do BBN. Grzecznie przeprosiłem, usiadłem.
Myślałem, że Duda mnie rozszarpie, byłem spanikowany. Siedział taki
ponury, on jak się stresuje, to taki ponury się robi. Myślę sobie, że
będzie awantura za spóźnienie. Ale jestem na to przygotowany. Poprosiłem
o głos i sam zaatakowałem: "Niech mnie budzą następnym razem". A Duda do
mnie: "Przestań, uspokój się, wszyscy jesteśmy zdenerwowani, co ty
robisz?".
Minister Y: - Duda był jednym z pierwszych, do których po wybuchu
wojny dzwonił Zełenski. A możliwe, że to był jego pierwszy zagraniczny
telefon. Moim zdaniem w tych dniach on chciał z Dudą po prostu pogadać.
Pożalić się. "Stary, jestem tutaj, a ten ch... atakuje".
Zbigniew Parafianowicz: Czy Polska dowiedziała się o inwazji na swojego
sąsiada w porę, czy później niż wszyscy?
Dyplomata A: - Zacznijmy od tego, że nikt w Europie nie wierzył w wojnę na pełną skalę i w marsz na Kijów. Ten, kto twierdzi, że wiedział,
kłamie. Wszyscy dowiedzieliśmy się 23 lutego 2022 wieczorem, czyli na
kilka godzin przed inwazją. Dwa, może trzy dni przed tą datą Amerykanie
przekazali nam precyzyjne informacje wywiadowcze o tym, że do grup
taktycznych na Białorusi i w obwodach graniczących z Rosją zostały
wysłane rozkazy z datą ataku. Ale to nie było wcale potwierdzenie, że
wojna wybuchnie. Wówczas nie wierzyliśmy Amerykanom. Pamiętaliśmy o kłamstwach w sprawie broni masowego rażenia Saddama Husajna. Prawda jest
więc taka, że wiedzę wyprzedzającą o ataku mieli tylko Amerykanie i Brytyjczycy. Szczególnie Brytyjczycy są dobrze zorientowani. Mają dobre
źródła. Prowadzą zaawansowane operacje wywiadowcze. Pozostałe kraje mają
specjalizacje wywiadowcze. Mają wiedzę wycinkową. My też. Amerykanie i Brytyjczycy składają w całość. My mamy fragmenty.
Oficer wywiadu: - Pewność ostateczną, na kilka godzin przed atakiem,
dały nam nasze służby. Prowadzimy nasłuch tego, co się dzieje na
Wschodzie. Nie chodzi o to, że wiemy, o czym oni rozmawiają. Chodzi o śledzenie sygnału. Wywiad podał nam informację, że została wprowadzona
cisza radiowa. Na całej długości potencjalnego frontu wprowadzono ciszę
radiową. Również od strony Białorusi. Co to oznacza? Tylko tyle, że
łączność nie odbywała się za pomocą urządzeń. Przyszły rozkazy w zalakowanych kopertach na piśmie poprzez kurierów z zadaniami do
realizacji. Jak to się mówi, jazda w starym stylu. Każdy związek
taktyczny w określonym, krótkim czasie miał przystąpić do realizacji
tych rozkazów. Wiedzieliśmy, że mamy od kilku do kilkunastu godzin.
Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: - Poszedłem z tym do premiera i wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego, który wówczas odpowiadał za
bezpieczeństwo. Obaj nie byli szczególnie zaskoczeni. Kaczyński był
jednym z nielicznych, którzy wierzyli w wojnę na pełną skalę. My
kierowaliśmy się analizami naszych służb i wojska, że owszem dojdzie do
wojny, ale będzie ona prowadzona na Donbasie i na południu Ukrainy.
Byliśmy pewni, że Rosja chce przebić korytarz lądowy na Krym, zająć
Donbas. Markowanie uderzenia z Białorusi traktowaliśmy jako odciąganie
uwagi.
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Brak wiary w wojnę na
pełną skalę nas nie kompromituje. Nikt w Europie nie wierzył w ten
wariant. Na krótko przed wybuchem Morawiecki miał taki duży objazd po
Europie, aby przekonywać, że idą ciężkie czasy i że zaraz może rozpocząć
się atak. Wrócił przerażony, że nikt nie bierze tego na serio. "Szok.
Oni nie wierzą w żadną wojnę" - mówił.
Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: - Informacja o ciszy radiowej
natychmiast trafiła do Kaczyńskiego i Morawieckiego. Wiedzieliśmy, że
Rosjanie wychodzą na pozycje. Nad ranem zorganizowaliśmy pierwsze
posiedzenie zespołu kryzysowego. W zasadzie w sytuacjach tego typu nie
ma jednoznacznych procedur, jak tym zarządzać. Wykuwaliśmy to w boju.
Dyplomata B: - MSZ był 24 lutego zaskoczony. Kaczyński i Morawiecki
nie podzielili się danymi z Rauem (Zbigniew Rau - polski minister spraw
zagranicznych - przyp. red.). Minister informacje miał z prasy.
Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: - 23 lutego wyszliśmy z KPRM
przed północą. Powołaliśmy zespół zarządzania kryzysowego i uruchomiliśmy komitet bezpieczeństwa państwa. Nad ranem odbyły się
pierwsze posiedzenia. Później było spotkanie u prezydenta w BBN.
Wojskowi byli bardzo sceptyczni wobec rozwoju wydarzeń. Wojsko, ale też
i większość polityków i ludzi służb nie wierzyli, że Kijów się utrzyma.
Wielokilometrowa kolumna rosyjskich wojsk szła później na stolicę. Nie
było mądrych, którzy mogliby powiedzieć, jak rozwinie się sytuacja.
Uczyliśmy się wszystkiego. To była wojna bez precedensu.
Oficer wywiadu: - Intuicyjnie za pomocą polskiego wywiadu
elektronicznego ustalaliśmy położenie jednostek rosyjskich i ukraińskich. Nie mieliśmy jednak pełnej wiedzy na temat tego, w jakim
zakresie Kijów jest otoczony i czy został zamknięty dostęp do miasta.
Przynajmniej na początku tego nie wiedzieliśmy. Mieliśmy swoje źródła na
Ukrainie, które ekspresowo musiały przestawić się na tryb wojenny. Nie
trwało to długo. Mieliśmy ludzi z wywiadu w Kijowie, którzy zbierali
dane na temat sytuacji w mieście i wokół miasta. Od początku tam byli.
Od początku dostarczali wiedzę. Tylko że to były suche fakty, których
ani politycy, ani wojskowi nie potrafili jeszcze właściwie
interpretować. Gdy otrząsnęliśmy się z szoku, te informacje były
naprawdę wysokiej jakości. To, co dziś wydaje się nieważne, wtedy było
kluczowe. Musieliśmy wiedzieć, jak wygląda miasto od środka. Ile jest
blokpostów i jakie siły będą broniły miasta. Musieliśmy wiedzieć, czy
jest wola walki i jaka taktyka będzie stosowana. Czy Ukraińcy będą
bronili miasta, czy się rozejdą. Nasi ludzie z wywiadu mapowali miasto.
Jest prosty sposób na ustalanie miejsc, w których są na przykład
blokposty czy większe punkty oporu. W kieszeni spodni wystarczy zrobić
puste zdjęcie iPhone'em. Takie foto natychmiast trafia do iClouda z podaniem precyzyjnej pozycji ukraińskiej czy rosyjskiej. Taką daną
nanosi się na mapę miasta. W Kijowie działał internet. Skoro działał
internet, to i podstawowe komunikatory z niezłymi zabezpieczeniami i maile szyfrowane - Signal, ProtonMail czy Tutanota. Wszystko działało, a jeśli ktoś to czytał, to co najwyżej sojusznik. Można było pracować. W warunkach pracy dynamicznej, gdzie wszystko się zmienia z godziny na
godzinę, takimi kanałami komunikacji nie można pogardzić. Jest wybór -
albo korzystamy z tego, co jest, albo nie mamy informacji.
Minister X: - Wojsko i służby dostarczały na bieżąco informacje o postępach ofensywy. W pierwszym dniu, mimo telefonu Zełenskiego do Dudy,
nie było jasne, gdzie on jest. Czy został w Kijowie, czy na przykład
wyjechał do Lwowa. Później się okazało, że pod swoją siedzibą ma bunkier
głęboko pod ziemią, połączony systemem przejść z metrem. Tam urzędowali.
Niektórzy siedzieli tam przez kilka tygodni. Zastępca szefa
administracji Zełenskiego Andrij Sybiha mówił później, że zapomniał, jak
wygląda światło dzienne. Z czasem przywykli, ale pierwszego dnia Sybiha
był roztrzęsiony. Prosił o pociski przeciwlotnicze i dostawy paliwa.
Mówił chaotycznie. Widać było, że sami Ukraińcy nie wiedzą, w jakiej
sytuacji się znajdują.
Minister Y: - Atmosfera była raczej grobowa. Wojsko pesymistyczne.
Mówili: "Cudu nad Dnieprem nie będzie".
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - 26 lutego zaczęliśmy
też analizować zasady sukcesji władzy na Ukrainie w razie śmierci
Zełenskiego. Jaka będzie rola premiera i przewodniczącego Rady
Najwyższej? Jakie to zrodzi spory? W drugim dniu wojny niemal wszyscy
byli pewni, że Ukraina nie przetrwa. Choć pojawił się pogląd, że jeśli
utrzyma część terytorium, to stanie się powojenną Chorwacją na
sterydach. Na poważnie zastanawialiśmy się też nad tym, jakie jest
prawdopodobieństwo dołączenia Białorusi do inwazji. Gdyby tak się stało,
rozpatrywaliśmy powołanie grup dywersyjnych złożonych z przedstawicieli
diaspory białoruskiej, które działałyby na zapleczu armii Łukaszenki i utrudniały mu wojnę. Rozmawialiśmy o tym z Amerykanami. Nasze obawy o Białoruś okazały się przesadzone. Łukaszenka sam bał się o swoje życie.
Na początku marca sondował ucieczkę z Mińska. Utrzymywał z nami kontakt
i badał, czy pozwolimy mu przyjechać do Polski i stąd odlecieć w świat.
On wiedział, że z Mińska samolotem nigdzie bez zgody Putina nie wyleci.
Bo Putin ma go w zasięgu rosyjskiej obrony powietrznej. Na całej
Białorusi były już obecne oddziały rosyjskie, w tym zestawy S-300 czy
Buk.
Minister X: - Szczerze mówiąc, te analizy wojskowych z pierwszych
dni wojny były bardzo rozczarowujące. Generalicja się nie popisała.
Prawdziwe jest powiedzenie, że generałom nie można oddać prowadzenia
spraw wojennych. Nie chciałem się tego wszystkiego dowiedzieć o polskiej
armii, czego dowiedziałem się w pierwszych dniach wojny. Gdyby to na nas
padło, nie wiem, czybyśmy się utrzymali tak jak Ukraińcy. Raczej
przeciętne analizy i wszechobecny niedasizm panowały w wojsku. Nic się
nie da. Zawsze milion przeszkód. Tego się nie da, bo jest milion
przeszkód. Tamtego też, bo dwa miliony. Tymczasem Ukraińcy trzymali się.
Nie oddawali miast. Okazało się, że zagrożeniem była nie słabość
militarna, ale pojawiające się na Zachodzie, ale też i w Polsce
dogadywactwo - dążenie na siłę do rozejmu.
Dyplomata A: - Pierwszego dnia wojny musieliśmy też podjąć decyzję,
co dalej z naszą ambasadą w Kijowie. Kumoch upierał się, aby ambasador
został. Bartosz Cichocki też nie chciał wyjeżdżać. Kłócił się jednak z Pałacem o personel ambasady. Chciał, żeby jak najwięcej osób zjechało.
Żeby zostali tylko ochotnicy. Ale nie tacy ochotnicy, na których ktoś
naciska.
Minister Y: - Efekt był taki, że został ambasador i dwóch oficerów.
Jeden jest pułkownikiem Agencji Wywiadu, drugi zastępcą attaché
wojskowego. Pułkownik AW był łącznikiem naszych służb. Miał kontakt z agencjami ukraińskimi. Pierwszego dnia musiał nauczyć się tego, jak
zorganizować system kamer wokół ambasady. W kolejnych dniach musiał
załatwić broń na mieście. Centrala MSZ nie zadbała o to, by przygotować
placówkę na wojnę. Kijowa nie traktowano jako placówki wojennej. Oni w pustych butelkach gromadzili wodę, gdyby okazało się, że kurek został
zakręcony. Ten pułkownik wszystko pozałatwiał. To taki typ gangusa.
Obrotny. Doskonale nadający się na takie okazje. Cała trójka z ambasady:
Cichocki, wojskowy i oficer AW znacznie powyżej przeciętnej, jeśli
chodzi o odwagę. Cichocki w pewnym momencie naprawdę w czasie alarmów
powietrznych oglądał mecze Legii w swoim gabinecie.
Minister X: - Pierwszego dnia ukraińska ochrona ambasady gdzieś
zniknęła. Wrócili dopiero, gdy było bardziej klarowne, że Kijów się może
utrzymać. Do tego czasu ochroną ambasady musieli się zająć ambasador,
pułkownik Agencji Wywiadu i pułkownik z ataszatu wojskowego.
Minister Y: - Nikt z nich nie schodził do schronu w czasie alarmów.
Kozaczyli.
Dyplomata A: - Drugiego albo trzeciego dnia wojny dostaliśmy
informację, że ma być zmasowany atak rakietowy na Kijów. Kumoch poprosił
prezydenta, aby osobiście zadzwonił do Cichockiego i kazał mu zejść do
schronu. Prezydent kazał, ale on i tak robił, co chciał.
Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: - Praktycznie nie
wychodziłem z biura. Cały czas trwała wielka narada. Przyleciał Kułeba,
szef MSZ. Przywiózł rodzinę. Schroniła się u naszego szefa MSZ, u Raua.
On się tym nie chwali, ale bardzo mu pomógł. Cała rodzina plus pies
mieszkała u niego. Inni zresztą też. Kumoch zaproponował schronienie
rodzinie Sybihy, tak jak Soloch swojemu odpowiednikowi Daniłowowi. On
podziękował i powiedział, że rodzina jest już w Polsce. Jego córka miała
rodzić w okolicach 24 lutego. Chyba urodziła w Polsce jakoś na początku
inwazji. Dziś Kułeba mało mówi o roli Polski. Jest fanem Borisa
Johnsona. "Nie no, największe wrażenie to Borys na mnie zrobił. To jest
bohater" - tak gadał. O Dudzie nie wspominał. Oni uważali za oczywistość
to, że im pomagamy. No i w sumie tak trochę było. Cały naród ruszył do
powstania. Sławomir Dębski, szef PISM, tak to nazwał. Ten nasz zryw
pomocy dla Ukraińców nazwał powstaniem przeciwko Rosji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki