Polski Ład - Tomasz Wojciechowski

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Aldona Dąbrowska siedziała na łóżku w swojej sypialni. Spoglądała na własne odbicie w lustrze, umieszczonym na toaletce, jednej z pozostałości po zmarłej teściowej. Wyglądała koszmarnie. Jej czarne, długie kręcone włosy, sterczały na wszystkie strony, a podkrążone oczy były oznaką przemęczenia. Gdyby miała zapytać kogoś, na ile lat wygląda, na pewno nie usłyszałaby, że ma trzydzieści sześć lat. Życie na wsi jej nie służyło. Boże, jakże nienawidziła tego miejsca. Żałowała, że zgodziła się zamieszkać w rodzinnym domu Adriana, gdy tylko dowiedziała się o ciąży. Mogłaby zamieszkać w Cichym Wzgórzu, gdzie wszystko miałaby pod ręką: rodziców, sklepy, lekarzy, szkołę dla bliźniaków, których się spodziewała. Zamiast tego zgodziła się zamieszkać w Polskim Ładzie, wiosce oddalonej od miasta o dziesięć kilometrów, liczącej sobie zaledwie stu mieszkańców. Wszystko przez wzgląd na umierającą matkę jej męża. Adrian nie zamierzał sprzedawać rodzinnego domu, od dawna planował zamieszkać w nim wraz z nią i dzieciakami. Aldona miała nadzieję, że uda jej się przekonać męża do zmiany miejsca zamieszkania. Niestety, po narodzinach Jarosława i Mateusza coś zaczęło się psuć między młodymi małżonkami. Adrian zaczął więcej czasu spędzać poza domem. Spotykał się z kumplami, często przychodził pijany do domu. Przez alkohol stracił pracę, a w kolejnych długo nie zagrzał miejsca. Szczerze nienawidziła swojego męża nieroba i życzyła mu śmierci. Miała ochotę pozbyć się pasożyta, który tylko chlał w wiosce z kumplami, podczas gdy ona musiała zajmować się domem i dziećmi. Nie znosiła tego życia, męża i zasranego Polskiego Ładu. Taki ład jak jego mieszkańcy: wpieprzają się z brudnymi buciorami do czyjegoś życia, a co niedzielę udawali grzecznych i pobożnych w kościele. Boże, szczerze nienawidziła tego miejsca. Nie posiadała auta, bo Adrian rozbił ostatnie, gdy wracał z popijawy. Jedynym sposobem na oderwanie się od tego miejsca, był autobus który jeździł do Cichego Wzgórza dwa razy dziennie. Tak bardzo pragnęła się stąd wyrwać.Na szczęście jej życzenie spełniło się dwa lata temu: Adrian zginął w wypadku samochodowym. Przypomniała sobie dzień, w którym zginął jej mąż.To był kolejny wieczór, gdy pijany wracał do domu z kolejnego spotkania ze swoim towarzystwem wzajemnej adoracji. Swoją drogą śmieszyło ją, że faceci uciekali z domów przed żonami, by spotkać się, ponarzekać i przy okazji pochlać, bo niby co innego im pozostało, skoro ciągle szukali wymówki by nie przebywać w domu ze swoimi kobietami. Najchętniej kopnęłaby w dupę swojego męża i wyrzuciłaby go z domu, ale nigdy tego nie zrobiła. Czekała na stosowny moment, gdy karma sama go dopadnie. W końcu nadszedł ten upragniony dzień. Pamięta, że było już po dwudziestej trzeciej. Czytała książkę, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Była zaskoczona, widząc przed wejściem sołtysa. Bogdan Warchol, który był dobrym znajomym jej męża (również należał do tego cudnego towarzystwa wzajemnej adoracji) miał dla niej niezbyt dobre wieści. Aldona nienawidziła Bogdana. Był strasznie zadufany w sobie i ciągle wychwalał się swoim domem, majątkiem i posadą sołtysa. On i jego nastoletni syn Wojtek, byli siebie warci. Strasznie rozpuścił swojego jedynaka. Nic dziwnego, że żona od niego odeszła. Żadna szanująca się kobieta nie wytrzymałaby z nim długi czas. Chyba, że robiłaby to dla pieniędzy. Teraz stał przed jej drzwiami i miał do powiedzenia coś ważnego. Nie spodziewała się, że doszło do wypadku z udziałem jej żałosnego męża. Adrian został potrącony, jego stan był ciężki. Podobno wybiegł niespodziewanie na drogę i kierujący autem, nie zdążył go wyminąć. Mężczyzna nie przeżył. Kobieta nie okazywała swojej radości przed znajomym. W głębi duszy była bardzo szczęśliwa, że po latach tej udręki, jej życzenie się spełniło. Spojrzała na smutnego mężczyznę stojącego przed nią. Chyba nawet płakał. Żałosne, oboje byli siebie warci. Nie słuchała Bogdana, zaczęła myśleć o tym, że jej życie zmieni się na lepsze. Udała, że źle się poczuła, zamknęła mu drzwi przed nosem pod pretestem, że musi zająć się synami.

Odetchnęła z ulgą.

Jej koszmar się zakończył.

Po dwóch latach udało się w końcu coś zdziałać. Wspólnie z synami postanowiła, że sprzedadzą dom i przeprowadzą się do Cichego Wzgórza. Odliczała dni do ucieczki z tej przeklętej wioski.

Spojrzała znowu na swoje odbicie w lustrze.

Głośno wzdychając, wstała z łóżka.

Zapowiadał się dzisiaj kolejny, gorący dzień.

Podeszła do okna i spojrzała w kierunku swoich nastoletnich synów, zmierzających w kierunku ogromnego stawu, mieszczącego się tuż koło domu.

Zerknęła na budzik stojący na szafce.

Dochodziło południe. Musiała się zmobilizować i zacząć robić obiad.

Już niedługo, myślała. Uwolni się od Polskiego Ładu.

Nie przypuszczała jednak, że te zmiany nie będą takie, o jakich marzyła.

*

Jarek i Mateusz siedzieli pod drzewem, spoglądając na ogromny staw.

- Myślisz, że jest ich tam pełno? - spytał Jarek, wskazując na wodę.

- Czego?

- No pijawek. Pamiętasz, jak kilka lat temu wyszedłeś z wody i byłeś nimi oblepiony? Nawet jedna w gacie ci wlazła. - odpowiedział Jarek, wybuchając śmiechem.

Mateusz wzdrygnął się. Na samą myśl zrobiło mu się niedobrze.

- W życiu już tam nie wejdę.

- Ani ja.

- Hej!

Chłopcy spojrzeli w stronę blondynki, która szła w ich stronę.

Paulina uśmiechnęła się do bliźniaków.

- Widzę, że macie nowe, takie same fryzury. - powiedziała na widok krótko ostrzyżonych, ciemnowłosych braci. - Teraz ciężko będzie was rozpoznać.

- Ty raczej się nie pomylisz. - odpowiedział Jarek, wstając.

- Ile macie wzrostu? Dwa metry? Wasz ojciec też był wysoki.

- Tak, to jedyne co nas łączyło. - westchnął Mateusz.

- Macie jakieś plany na weekend? - zapytała, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.

- Raczej nie, chociaż powoli trzeba będzie zacząć się pakować. - odpowiedział Jarek - A ty?

- Zabieram się z moją mamą do Cichego Wzgórza. Zostanie w pracy do wieczora, a ja odwiedzę bibliotekę. Muszę wypożyczyć parę książek.

- Przywieziesz mi jakiś horror? - spytał z nadzieją w głosie Jarek.

- Jasne, postaram się coś dla ciebie znaleźć.

- Mój brat uwielbia horrory. Widziałaś jego maskę hokejową? Przypomina mi tego zabójcę, co mordował obozowiczów.

- Jason Voorhees! - powiedział, niemal krzycząc Jarek - Ileż razy mam ci to powtarzać! Uwielbiam ten film! Poza tym moja maska jest zupełnie inna, daleko jej do oryginału. Chociaż srebrny kolor nie jest taki zły. Sam ją zrobiłem i pomalowałem. Paulina chcesz zobaczyć?

- Chętnie, jak wrócę z miasta, pokażesz mi ją.- odpowiedziała dziewczyna.

- Ja wolę poćwiczyć na siłowni. - opowiedział Mateusz prężąc muskuły - Oboje jesteśmy mięśniakami brat, powinieneś więcej ćwiczyć, by nie wypaść z formy.

- Daj mi spokój. Mam lepsze zajęcia, niż podziwianie się w lustrze.

- Dobrze, że macie rozum. Nie każdy mięśniak go posiada. Na przykład Wojtek i jego Diabełki.

- Tak, syn sołtysa jest tego dobrym przykładem. - skwitował Jarek.

Po chwili usłyszeli dźwięk klaksonu. Przed domem braci zatrzymał się biały Polonez. Za kierownicą siedziała mama Pauliny.

- Pamiętaj o książce. - przypomniał jej Jarek.

- A dla ciebie? - spytała dziewczyna, spoglądając na drugiego z braci.

- Sam nie wiem. - odpowiedział, drapiąc się po głowie.

- Coś wymyślę. Wrócę wieczorem, więc widzimy się jutro okej?

- Ok. - odpowiedzieli równocześnie.

Stali w miejscu, obserwując wsiadającą do auta dziewczynę.

- O nie. - jęknął Jarek niezadowolony.

- Co się stało?

Mateusz również skrzywił się na widok trzech chłopaków na rowerach, jadących w ich kierunku.

Nie zwiastowało to nic dobrego.