Ławeczka
Kilka lat temu przyjechałam do Londynu, by zarobić na własne mieszkanie. Byłam zła i rozżalona, bo czułam się oszukana przez własną siostrę. Po śmierci mamy miałyśmy sprzedać stary dom nad jeziorem oraz działkę i kupić sobie po małym mieszkaniu w mieście. Ale Lucyna stanęła okoniem i powiedziała, że mama się na to nie zgadza. Po śmierci? Drwiłam. Po śmierci, odpowiadała Lucyna. Pokłóciłyśmy się, zerwałam z nią kontakty i wyjechałam z kraju.
Znałam trochę język, ale nie na tyle, by pracować w dużych firmach, chyba że jako sprzątaczka. W sprzątaniu i myciu naczyń jestem jednak beznadziejna, więc znalazłam sobie inne zajęcia. Wyprowadzałam psy, roznosiłam ulotki i robiłam zdjęcia na różnych imprezach urodzinowo-weselnych na zlecenie pewnego niewielkiego zakładu fotograficznego. Jego właściciel, John, miał już ponad siedemdziesiąt lat i się nie wyrabiał. To akurat bardzo lubiłam, bo fotografia zawsze była moim hobby.
Pewnego dnia dostałam nowe zlecenie - miałam wykonać zdjęcia ławek w parku w Highgate, ze szczególnym uwzględnieniem tabliczek, które są do nich przybite.
- Klient pisze książkę - wyjaśnił mi John. - Jest u nas taki zwyczaj, że ludzie fundują ławki w parku, które jednocześnie upamiętniają ich zmarłych bliskich. Właśnie na tych tabliczkach jest wygrawerowane, komu taka ławeczka jest poświęcona.
- Skąd ten pomysł? - zdziwiłam się.
John uśmiechnął się smutno.
- Zmarli są samotni. Żywi nie zawsze mają czas ich wspomnieć, a tym bardziej odwiedzić ich na cmentarzu. Ale kiedy spacerowicz usiądzie na takiej ławce, przeczyta nazwisko na tabliczce, siłą rzeczy pomyśli o zmarłym, a wtedy tamten poczuje ciepło, które ogrzeje jego zmarzniętą duszę.
- Ładna legenda - wzruszyłam się. - I ten zleceniodawca pisze o tym książkę?
- Pisze o ludziach, których pamięć bliscy w ten sposób upamiętnili. Zebrał już ponoć większość historii, ale potrzebuje zdjęć. I tu wkraczamy my. Masz tydzień na zrobienie zdjęć i ich opracowanie. Ławek jest sporo.
Żeby dostać się do Highgate, musiałam przejechać Linią Północną metra prawie cały Londyn. Park znajdował się blisko wejścia do metra. To właściwie był las z alejkami, przy których stały ławeczki. Zwykłe, nowoczesne, z metalowymi tabliczkami. Jedne mówiły coś więcej, inne po prostu wspominały.
Sandra Leila Kessel
September 1939 - October 2th 2010
A giver of unconditional love
Treasured and deeply missed
(Wrzesień 1939 - październik 2010, dawczyni bezwarunkowej miłości. Była naszym skarbem i bardzo za nią tęsknimy.) Albo:
In loving memory of Val Weinstein, 1927-2004
(Ku pamięci Vala Weinsteina)
Moją uwagę zwróciła ławeczka stojąca przy wielkiej łące, gdzie okoliczni mieszkańcy urządzali sobie pikniki, grille, grali w piłkę. Ławka stała na skraju, tam gdzie zaczynał się główny las. Była stara (przynajmniej na taką wyglądała), zrobiona ze zwykłych drewnianych, niepolerowanych kłód. W drewnie były wyrzeźbione przedmioty: piłka, skrzypce, armata. Gdy przeczytałam tabliczkę, uznałam, że były to ulubione rzeczy zmarłego chłopca.
Ku pamięci Sebastiana Bowlesa i jego wielu szczęśliwych lat w Highgate.
Urodzony 13 lipca 2000 roku Sebastian zmarł tragicznie 13 marca 2012 roku. Jego mama, tata i siostra Julie zawsze będą go kochali i pamiętali jako chłopca kochającego, wesołego i szczęśliwego. Wszyscy za nim okropnie tęsknią.
Obok ławeczki rodzice, jak przypuszczam, stworzyli jakby ołtarzyk - w doniczkach rosły kwiaty, a z jednej z nich wyglądało zdjęcie sympatycznego, pucołowatego chłopca. Od śmierci dziecka minęły już dwa lata.
Zdjęcia ławeczek robiłam zwykłym aparatem cyfrowym, takie było życzenie zleceniodawcy. Ale według mnie cyfrówki nie mają duszy, więc do fotografii na własny użytek używałam aparatu na klisze. Rozejrzałam się, światło było cudowne, atmosfera tajemnicza. Wyjęłam aparat z torby i zrobiłam trzy ujęcia drewnianej ławeczki i ołtarzyka.
Sfotografowanie wszystkich ławek w parku zajęło mi dwa dni. Potem przez kilka dni obrabiałam je cyfrowo w zakładzie Johna na jego komputerze. Klient, mr F., obejrzał je i był bardzo zadowolony. Obiecał, że zdjęcia będą podpisane moim nazwiskiem i kiedy książka będzie gotowa, dostanę kilka egzemplarzy. Miły pan.
Zdjęcia cyfrowe mają jedną, niezaprzeczalną przewagę na kliszami - są dostępne od razu. A w analogowych, jeśli nie chce się zmarnować kliszy, to czeka się z wywołaniem, aż cała się skończy. W aparacie miałam kliszę 24-zdjęciową, więc dopiero po dwóch tygodniach zamknęłam się w ciemni w zakładzie Johna.
Powoli wywoływałam fotografie, które zachowywały dla mojej pamięci ulotne chwile Londynu. Ulice, ludzie. Emocje. Aż dotarłam do zdjęć z parku. Papier fotograficzny powoli ciemniał i przypatrywałam się, jak kształty wyłaniają się z nicości. Uwielbiam ten moment, zawsze mam wrażenie, że jestem świadkiem działania magii. Drzewa, drewniana ławeczka z wyrzeźbionymi zabawkami, obok kwiaty w doniczkach i zdjęcie chłopca. Kiedy wyjęłam pierwszą fotografię z utrwalacza i powiesiłam na lince do wyschnięcia, na ławeczce ujrzałam jakąś skazę, jakby była zamglona. Cóż, pomyślałam, po to zrobiłam jeszcze dwa zdjęcia. Jednak na drugim dymna skaza była jeszcze bardziej widoczna, a na trzecim...
Z niedowierzaniem gapiłam się na zbudowaną z dymu, częściowo przeźroczystą postać małej dziewczynki, która patrzyła prosto w obiektyw i uśmiechała się. Jej lewa ręka była uniesiona w górę, jakby do mnie machała.
Moim pierwszym skojarzeniem było: duch.
Drugim: przypadek, bo przecież duchy nie istnieją.
Trzecim: przecież zrobiłam trzy zdjęcia, na których wyraźnie widać formowanie się postaci. Czy wierzę w tak niesamowity przypadek, że dym, który pojawił się znikąd i był absolutnie dla ludzkich oczu niewidzialny (bo z pewnością żadnego dymu wtedy tam nie widziałam), uformował się w kształt dziecka?
No dobrze. Załóżmy, że to duch. Ale dlaczego jakiejś dziewczynki, a nie Sebastiana? To w końcu jego ławka.
Wtedy przyszło mi coś do głowy: przecież robiłam zdjęcia ławki także cyfrówką. Przysięgam, że nic na nich nie było. Na wszelki wypadek obejrzałam w komputerze pliki zdjęciowe. Żadnego ducha. Więc albo duch zaczął się pojawiać, gdy strzelałam fotki tradycyjnym aparatem, albo "dojrzeć" go mogła tylko klisza.
Następnego dnia znów pojechałam do parku w Highgate i wystrzelałam całą kliszę. Zrobiłam też kilkanaście zdjęć cyfrówką, ale nic na nich dziwnego się nie ukazało. Kiedy jednak wywołałam kliszę...
Na pierwszych dwóch zdjęciach była tylko ławka, taka jak ją widziałam. Potem z tyłu, spomiędzy drzew, zaczął wysuwać się obłok dymu i na każdym kolejnym zdjęciu wyraźniej przypominał dziewczynkę, która biegła do ławki, by dać się sfotografować.
Tym razem na ostatnim zdjęciu się nie uśmiechała. Patrzyła błagalnie, jakby prosiła, żebym coś zrobiła.
Ale co?
Myślałam o tym pół nocy. Jedyne co wymyśliłam, to to, że ona znała Sebastiana, dlatego pojawia się przy jego ławce. Skontaktowałam się z panem F., który pisał książkę o ławeczkach, i spytałam o rodzinę Sebastiana.
- Oczywiście znam ich adres, ale nie wiem, czy mogę ci go podać - powiedział. - Możesz powiedzieć mi, o co chodzi? Mnie będzie łatwiej.
- To bardzo dziwna sprawa. Nie uwierzy pan.
Jego śmiech w telefonie brzmiał nieco szczekliwie.
- To ty nie uwierzysz, gdybym ci powiedział, z jakimi dziwnymi sprawami spotykałem się w swoim życiu.
- Z duchami też?
Przez chwilę milczał.
- Moja żona robi bardzo dobrą herbatę, moja droga. Wpadnij jutro, jeśli możesz.
Następnego dnia przy herbacie i ciastkach (zatęskniłam za wypiekami mojej mamy, Anglicy nie mają pojęcia, jak zrobić dobry sernik) pokazałam mr. F. zdjęcia ducha.
- Gdyby były to pliki cyfrowe, mógłbym cię podejrzewać o zrobienie mi kawału, ale to... - pokręcił głową. - Więc chcesz się dowiedzieć, czy ta dziewczynka była koleżanką Sebastiana. Dobrze, wybierzemy się do nich w niedzielę. Wcześniej z nimi porozmawiam. Nie możemy wparować do nich bez uprzedzenia. Oni wciąż są w żałobie.
Zostawiłam mr. F. jedno zdjęcie ducha i wróciłam do domu. Był czwartek, do niedzieli zostało kilka dni. A jednak już następnego dnia w południe mr F. zadzwonił.
- Kate, przyjedź, proszę. - I podał mi adres w Highgate.
Jak się domyśliłam, tam mieszkali rodzice Sebastiana. Czułam, że historia się rozwija. W domu państwa Bowles byłam tuż po szesnastej. Oprócz rodziców chłopca i mr. F. był tam też policjant w cywilu.
- Proszę dokładnie opowiedzieć, jak robiła pani te zdjęcia - powiedział.
Kiedy odpowiedziałam na wszystkie pytania, dowiedziałam się, o co chodzi.
Na zdjęciu była Samantha. Miała dziewięć lat i nie była koleżanką Sebastiana. Ale też mieszkała w Highgate i pół roku wcześniej zaginęła. Plakaty z jej zdjęciem wisiały na słupach ogłoszeniowych, jej rodzice i bracia rozdawali je przechodniom, więc wszyscy okoliczni mieszkańcy znają jej twarz. Kiedy mr F. pokazał państwu Bowles moją fotografię, od razu rozpoznali zaginioną.
Kiedy poznałam historię, powiedziałam:
- Samantha nie żyje. A jej ciało pochowane jest w parku. Prosi, żeby ją odnaleziono. - Wybrałam ze swoich zdjęć to trzecie z drugiej serii - to, na którym widać, jak spomiędzy drzew wyłania się mgła. - Przyszła stamtąd. I tam jest jej ciało.
Wszyscy obecni w saloniku patrzyli na mnie ze zdumieniem.
- Jest pani medium? - spytała pani Bowles.
Zmieszałam się.
- Nie, ale moja mama interesowała się takimi sprawami i czy chciałam, czy nie, dowiedziałam się mnóstwa rzeczy. Ale to pasuje, prawda? Co innego może to znaczyć?
- Zobaczymy - sztywno powiedział policjant, zwalisty facet po czterdziestce. - Poproszę o pani adres i telefon. Skontaktujemy się. Muszę też prosić o przekazanie pani aparatu do sprawdzenia. Oczywiście dostanie pani pokwitowanie.
Nie miałam wyjścia - dałam swój aparat.
Kilka dni później dowiedziałam się, że policja postanowiła powtórzyć mój "eksperyment" i ich fachowcy zrobili tony zdjęć drewnianej ławeczki nie tylko moim aparatem, ale też innymi analogami. I cyfrówkami. Bez efektu. We wtorek przyjechał po mnie wóz policyjny i zawieziono mnie do parku w Highgate. Przed ławeczką Sebastiana kłębił się tłumek policjantów, cywili i gapiów. Obok znanego mi policjanta stała starsza kobieta. Potem dowiedziałam się, że to ona kazała mnie tu ściągnąć, bym własnoręcznie zrobiła zdjęcia moim aparatem, który mi podano.
Zrobiłam pięć zdjęć. Technik wziął ode mnie aparat i zniknął w ruchomym laboratorium, które stało na drodze dojazdowej po drugiej stronie łąki. Wrócił po pół godzinie z gotowymi odbitkami. Patrzyłam z ciekawością, jak policjanci i starsza kobieta przekazują między sobą moje zdjęcia. A potem patrzą na mnie jak na... bo ja wiem, dziwadło? Podeszłam bliżej. Kobieta bez słowa podała mi zdjęcia.
Samantha była ledwie widoczna, ale była. Jej twarz ściągał grymas płaczu, a jej wyciągnięta ku mnie dłoń błagała o pomoc.
- Jest pani medium - powiedziała kobieta.
- Nie jestem - zaprzeczyłam gwałtownie.
Uśmiechnęła się lekko.
- Ja też zaprzeczałam mojemu talentowi przez pół życia. Ale nie po to Bóg daje dary, by je marnować. Wcześniej czy później musimy pogodzić się z naszym przeznaczeniem.
Później dowiedziałam się, że kobieta była znaną jasnowidzącą, która od lat współpracowała z policją londyńską. Podobno kiedy rodzice Samanthy zwrócili się do niej z prośbą o odnalezienie córki, powiedziała, że "doprowadzi was do niej zdjęcie". Było to trzy miesiące wcześniej.
Wkrótce w parku zaroiło się od policjantów, jeden miał psa. To labrador znalazł ciało dziecka zakopane pięćset metrów dalej w linii prostej od ławki Sebastiana. Dzięki odnalezieniu ciała można było zidentyfikować mordercę, bo Samantha w zaciśniętej dłoni trzymała guzik od jego płaszcza.
Dwa miesiące później wróciłam do Polski. Gdy Lucyna otworzyła mi drzwi naszego domu, powiedziałam:
- Dlaczego mama nie chce, byśmy sprzedawały dom?
Siostra patrzyła na mnie długą chwilę, a potem uśmiechnęła się z ulgą.
- Bo podobno tu spotka nas to, co jest nam naprawdę przeznaczone. Reszta to dym i lustra.
Skinęłam głową i wniosłam walizki. Mama za życia chciała, byśmy dom sprzedały. Po śmierci najwyraźniej zdobyła szerszy ogląd. Nie zamierzałam się sprzeczać z tymi, którzy wiedzą lepiej.
A mój dar? Może pewnego dnia będę gotowa oddać go na usługi innym. Na razie staram się z nim oswoić. Przy łóżku mam oprawione zdjęcie mojej mamy siedzącej w jej ulubionym fotelu, z kotem na kolanach. Teraz wiem, dlaczego Rudy tak często w tym fotelu śpi.
Zdjęcie zrobiłam pół roku po powrocie z Anglii.