1
Z powodu odwilży, która przyszła po śniegach i siarczystych mrozach, nadrzeczne łąki zmieniły się w wielkie rozlewiska. Drogi łączące Trzciel[1] z okolicznymi wioskami zrobiły się nieprzejezdne, a do niewielkiego miasta swobodnie można było dotrzeć jedynie koleją. Na szczęście mróz szybko wrócił, czym sprawił wielką radość wszystkim, którzy lubią się ślizgać na lodzie.
Zimą w Trzcielu nie ma lepszej rozrywki od jazdy na łyżwach. Ma je prawie każdy. Nieliczni nowe, reszta stare po rodzicach, braciach, siostrach i wujkach. Kiedy mróz dłużej trzyma, co odważniejsi wybierają się nad któreś z pobliskich jezior. Najbezpieczniej jednak jest na nadobrzańskich rozlewiskach. Tu nawet nie trzeba zbytnio uważać. Gdy lód się załamie, nieostrożnemu łyżwiarzowi grozi najwyżej zamoczenie portek.
We wczesne styczniowe popołudnie 1920 roku na rozlewiskach jest już wielu amatorów zabaw na lodzie. Gwar czyniony przez młodzież dociera aż do mostu spinającego oba brzegi Obry i łączącego dwie niegdyś odrębne części miasta, Stary Trzciel z Nowym. Przed chwilą zatrzymał się na nim Żyd w kapeluszu i długim płaszczu. Spojrzał w jaskrawobłękitne niebo bez jednej chmurki, pogładził się po brodzie, po czym obrócił się tak, by słońce grzało go w plecy. Widać, że wzrok ma słaby, bo mruży oczy, usiłując kogoś wypatrzyć w gromadzie dokazującej młodzieży. Nie może jednak się skupić, bo most to także miejsce, gdzie Posenerstraße przechodzi w Berlinerstraße, reprezentacyjną ulicę miasta, będącą w niedzielne popołudnia główną trasą spacerową dla dorosłych trzcielan. Co prawda nikt się nie zatrzymuje, ale wciąż ktoś go pozdrawia.
- Dzień dobry, Abrahamie! Miłego popołudnia, panie Gerson! - słychać raz po raz. Wtedy mężczyzna się odwraca, dotyka palcami czarnego kapelusza, czasem nawet go uchyla i grzecznie odpowiada na powitanie, po czym wraca do obserwacji.
- Co tak sterczysz, Abram? Chcesz się zmienić w sopel lodu? - rozlega się nagle za jego plecami. Gerson nie musi sprawdzać, kto go prowokuje. Głos należy do jego szwagra, Bena Rychwalskiego, który podczas spaceru lubi zatrzymywać się na moście i przeszkadzać mu w rozmyślaniach.
- Nie twój interes, Beno, co ja tu robię - odpowiada mu opryskliwie. - Idź dalej. Niepotrzebne mi twoje towarzystwo.
- Właśnie, że nie pójdę. Zostanę, bo tak mi się podoba.
Wziąwszy pod uwagę ubiór, Rychwalski mógłby wyglądać jak kopia Abrahama, gdyby nie to, że jest niższy, pulchny i brakuje mu brody. Za to na nosie ma okrągłe okulary w drucianej oprawie. Mimo nadwagi Beno jest też bardziej ruchliwy. Milczenie i stanie w miejscu zaczyna mu dokuczać.
- Miło popatrzeć na młodych - mówi jakby do siebie, lecz nadstawia ucha, ciekaw, czy padnie odpowiedź.
Ponieważ wyższy towarzysz ostentacyjnie się nie odzywa, Beno próbuje dojść, co tak zaciekawiło Abrahama. Najpierw jego uwagę przyciąga dziewczyna na łyżwach w grubym brązowym swetrze, czarnej spódnicy sięgającej prawie do kostek i chustce w kwiaty na głowie. Jeszcze przed chwilą trzymała za ręce równie ciepło odzianą dziewczynkę, teraz dziecko znalazło sobie towarzystwo koleżanek, a ona samotnie zatacza na lodzie koła, coraz większe i większe, nie zdając sobie sprawy, że zbliża się do grupy chłopców grających w hokeja.
Beno szuka dalej. Już wie. Wśród hokeistów rozpoznaje Natana, wnuka Abrahama. Gdzieś z boku leży porzucona kurtka, a on w koszuli, cienkiej kamizelce i kaszkiecie na krętych, czarnych jak smoła włosach pędzi na łyżwach, pchając przed sobą krążek. Szalonej gonitwie towarzyszą krzyki, gwizdy, przepychanka i próby odebrania krążka.
- Patrzysz na Natana - stwierdza Beno z satysfakcją. - Nie masz go dość w domu?
- Czasem mi się zdaje, że on w domu tylko śpi. - Gerson w końcu się odzywa. - Boję się, że kiedyś w ogóle nie wróci. Już teraz za nic ma nasze prawa.
Rychwalski chętnie dalej ciągnąłby szwagra za język, by się dowiedzieć, co takiego dzieje się w pobożnym żydowskim domu, ale głośne krzyki dobiegające od strony naturalnego lodowiska dają Abrahamowi okazję do zmiany tematu.
- O co chodzi? Biją się? - pyta, mrużąc oczy.
- Gdybyś nie był tak zarozumiały, nie musiałbyś teraz się wytrzeszczać. - Beno nie może się powstrzymać przed prawieniem złośliwości. - Obstaluj sobie okulary. Ja je noszę od dawna, a nie zrobiłem się przez to starszy.
- Młodszy też nie - rewanżuje się Gerson. - Zamiast byle co gadać, powiedz wreszcie, co tam się dzieje. Dlaczego Natan tak pędzi?
- Zabrał chustkę dziewczynie od Wieczorka. Robiła koła na lodzie i niechcący zajechała mu drogę. Teraz ona go goni, a inni się cieszą, bo mają widowisko.
Uciekający chłopak sunie na łyżwach w stronę mostu. Abraham już go dobrze widzi. Gołą głowę Weroniki Wieczorek również. Uwolnione spod kwiecistej chustki pasma złotorudych włosów unoszą się w pędzie, nadając dziewczęcej postaci wygląd wściekłej Walkirii ruszającej do boju.
- Już go ma - zdaje relację Beno.
- Widzę.
- Przewróciła go, wlazła na plecy i tłucze pięściami. Pozwolisz na to? Zawołaj do niej.
- Co mam wołać. Zasłużył. Sam bym go sprał wieczorem. Dobrze, że już nie muszę.
Tymczasem Wieczorkówna, po odzyskaniu chustki i wymierzeniu sprawiedliwości, wciąż pochylona nad winowajcą, poprawia spódnicę. Coś mówi do zarumienionego chłopaka, potem szybkim ruchem zrywa mu z głowy kaszkiet i rusza do ucieczki. Nagle, nie wiadomo skąd, na drodze ścigającego ją Natana zjawia się dziewczynka, która jeszcze niedawno ślizgała się z koleżankami. Ten, chcąc ją ominąć, wywraca się gwałtownie. Towarzystwo obserwujące całe zajście wybucha śmiechem, a Weronika, porzuciwszy czapkę, oddala się, sunąc po lodzie z miną zwyciężczyni.
- I oto siostry Wieczorkówny, katoliczki, pokonały żyda, ku uciesze gromady ewangelików. - Beno kwituje całe zajście, patrząc z ukosa na szwagra.
Niebo na zachodzie zaczyna przybierać fantastyczne różowo-fioletowe i granatowe odcienie. Za godzinę zrobi się ciemno. Dzieci pomału zbierają się do domu, ale młodzież zdaje się nie dostrzegać upływającego czasu. Wolne popołudnia zdarzają się tylko raz w tygodniu. Trzeba je wykorzystać do ostatniej sekundy.
- Są tacy beztroscy - odzywa się Beno, patrząc w kierunku dokazującej grupki. - Skończyła się wojna[2], a oni czują, że nadchodzi ich pora. Zazdroszczę im. Czeka ich życie w pokoju.
- W pokoju? Skąd ta pewność? Chodziłeś do przepowiadaczy przyszłości? Wiesz, że to zabronione! - rzuca z gniewem Abraham.
- Nigdzie nie chodziłem. Niepotrzebnie się unosisz. Mam rozum, a on mi podpowiada, że po tak strasznej wojnie nie może być następnej. Ludzie nie są tacy głupi, żeby się całkiem pozabijać.
- Ludzie są głupcami. A wojna się jeszcze nie skończyła - protestuje Abraham. - Nie tutaj. Dopiero kiedy wytyczą granicę, uznam, że to koniec[3].
- Mówią, że Polacy naciskają, żeby podział był na rzece. Stary Trzciel zostałby po ich stronie, a Nowy w Niemczech.
- I jak byśmy tu żyli? - oburza się Gerson. - Przecież ludzie mają pola, łąki i pastwiska po obu stronach, a gospodarstwa w mieście. Nie da się podzielić, żeby było sprawiedliwie.
- Słyszałem o jeszcze innym pomyśle. - Rychwalski nie porzuca tematu. - Jak nie na rzece, to zaraz za Starym Trzcielem. Tak, żeby Polska dostała tory i dworzec kolejowy.
- Beno, jesteś osłem! Jak będziemy żyć bez kolei? Jak będziemy robić interesy? - Gerson podnosi głos, nie zważając na przechodniów zdziwionych jego zachowaniem. - Czym wywieziemy to, co przez lata dawało nam pieniądz: wiklinę, trzcinę, drewno, ryby, a nawet lód? Całe miasto pójdzie z torbami. Nie mogą nam tego zrobić!
- Abram, pierwszy i ostatni raz ci to powiem. W tej sprawie nie chcę mieć racji! Wolę, żebyś do końca moich dni nazywał mnie osłem, niżbym ja miał tak mówić o tobie.
- I tak będzie! Osłem byłeś i osłem zostaniesz. - Powiedziawszy to, Abraham odwraca się i odchodzi bez pożegnania.
Beno ostatni raz spogląda w stronę hałaśliwej grupy. Widzi Natana, a obok niego dzieci Leona Wieczorka: Weronkę, małą Nelę i najstarszego z nich, Józka. Tknięty nagłą myślą, zamiast wracać do siebie, woła za Gersonem:
- Zaczekaj, Abram! Pójdę z tobą!
Co prawda prośba nie wywołuje żadnej reakcji, ale dopędzony mężczyzna nie może powstrzymać ciekawości.
- Chcesz mnie odwiedzić?
- Gdzieżbym śmiał. Mam sprawę do Leona Wieczorka. Czekaj - prosi szwagra, który nie zatrzymał się ani na chwilę. - Muszę odsapnąć.
- Robisz interesy z Leonem? - Gerson nareszcie przystaje. - Co ma Wieczorek, czego ty nie masz?
- Wczoraj usłyszałem, że Leon się zadłużył u tego lichwiarza, Kirchbauma, i nie ma na spłatę. Ta kutwa grozi, że zabierze mu dom.
- Tę chałupę?
- Dług niewielki, ale rośnie, a Wieczorek bez pracy. W dodatku stracił lokatorów.
- A tobie co do tego? Żal ci Leona?
- Może żal, może nie. Ktoś szuka pokoju, a on akurat ma wolny. - Rychwalski nie zamierza niczego więcej zdradzać Gersonowi. - Pójdę do niego, obejrzę, a potem się namyślę.
Beno nie jest pewien, czy postępuje słusznie. Ten zupełnie nowy pomysł przyszedł mu do głowy, kiedy patrzył na dzieci Wieczorka bawiące się na ślizgawce. Przypomniała mu się groźba lichwiarza. Jednocześnie sobie uświadomił, że Ester, jego żona, zleciła mu zadanie do wykonania.
Kilka dni temu przyszedł list od kuzynki z Gostynia, która zdecydowała się przenieść do Trzciela i prosiła, by jej wynająć niedrogi pokój. Pani Rychwalska, która akurat się pakowała z zamiarem wyjazdu do zamężnej córki do Meseritz[4], wpadła w gniew, bo dlaczego teraz, jak ona musi jechać, i po co wynajmować, jak u nich w domu jest miejsce i wygody. Ostatecznie jednak, licząc na to, że krewna szybko przejrzy na oczy, kazała mężowi rozejrzeć się za czymś niedrogim. Od tamtej pory minął tydzień, a Beno zapomniał.
Bo Beno często zapomina i wcale nie dlatego, że jest już niemłody. Otóż Beno Rychwalski, właściciel i jedyny pracownik biura pisania podań, ma nieszczęście być poetą. A wiadomo, że głowa u poety działa trochę inaczej niż u zwykłego śmiertelnika. Rozumie to nawet Ester. Żeby jednak odmienność męża przynosiła jakiś pożytek, wymyśliła całkiem intratny interes. Jeżdżąc po wsiach i skupując jaja i drób, którymi potem handluje na targach, wmawia chłopom, że chrzciny, śluby, imieniny, urodziny, a nawet pogrzeby będą o wiele piękniejsze, jeśli uświetni je wiersz napisany na tę okazję. Dzięki temu nie ma dnia, żeby do biura nie zgłosił się ktoś po okolicznościową rymowankę. Nie o takiej poezji marzył Beno, ale cóż... nawet poeci muszą jeść.
I tylko poeta albo człowiek niespełna rozumu mógł pomyśleć, żeby samotnej Żydówce wynająć pokój u katolickiej polskiej rodziny. A właśnie to przyszło do głowy Rychwalskiemu.
Czym prędzej, by nie zmienić zdania, otwiera furtkę i puka do drzwi Wieczorków.
Tymczasem lodowisko prawie całkiem opustoszało. Kilku najbardziej wytrwałych wyrostków rywalizuje o krążek hokejowy, a ktoś inny niezdarnie próbuje kręcić piruety. Dwie panny, z obu stron trzymające za ręce dużo mniejszą dziewczynkę, właśnie schodzą z lodu. Wspierając się nawzajem, odkręcają łyżwy, a potem idą ku miastu. Na moście się rozstają. Weronika z sześcioletnią siostrą zmierza do Starego Trzciela, a jej koleżanka biegnie do domu znajdującego się w Nowym Trzcielu.
Miasto wydaje się wymarłe. O obecności ludzi świadczą jedynie światła zapalające się w oknach jedno po drugim i dym z kominów pomieszany z popiołem opadającym na łachy śniegu pozostałe po krótkotrwałej odwilży.
Minie jeszcze kilka godzin, zanim ulice znowu ożyją. W środku nocy duszne wnętrza gospód opuszczą stali bywalcy - wielbiciele trunków i karcianych gier. Najwięcej tych, którzy, choć młodzi, już nie potrafią grać w hokeja, beztrosko ścigać się na łyżwach i uciekać przed dziewczyną, której dla psoty zabrało się chustkę. Mają poranione dusze, a nierzadko i ciała. Gospoda to ich prawdziwy dom, ten, w którym nie muszą niczego tłumaczyć i w którym razem z towarzyszami broni zalewają pamięć o wojnie.