ROZDZIAŁ CZWARTY
To moja dziesiąta rozmowa o pracę w ciągu ostatnich trzech tygodni i zaczynam pomału wpadać w panikę.
Na moim koncie w banku nie mam środków nawet na pokrycie miesięcznego czynszu. Zdaję sobie sprawę, że należałoby mieć bufor w postaci przynajmniej sześciomiesięcznych wydatków, ale to zdecydowanie lepiej wychodzi w teorii niż w praktyce. Chciałabym mieć sześciomiesięczny bufor w banku. Do diabła, chciałabym mieć chociaż dwumiesięczny. A tymczasem mam niecałe dwieście dolarów.
Nie mam pojęcia, co poszło nie tak na poprzednich dziewięciu rozmowach w sprawie zatrudnienia w charakterze sprzątaczki lub opiekunki do dziecka. Jedna z kobiet otwarcie zapewniała, że zamierza mnie przyjąć, ale minął tydzień, a ona nie zadzwoniła. Ani nikt inny. Zakładam, że sprawdziła moją przeszłość i na tym się skończyło.
Gdybym była kimś innym, mogłabym zwyczajnie zatrudnić się w jakiejś firmie sprzątającej i nie musiałabym przechodzić przez ten proces. Ale żadna z nich mnie nie przyjmie. Próbowałam. Na przeszkodzie stoi mi moja przeszłość - nikt nie chce wpuszczać do domu kryminalistki z kartoteką. Dlatego właśnie zamieściłam ogłoszenie w sieci i liczę na to, że w końcu się uda.
Jednak dzisiejsza rozmowa również nie napawa mnie optymizmem. Spotykam się z mężczyzną o nazwisku Douglas Garrick, który mieszka w apartamentowcu przy Upper West Side, po zachodniej stronie Central Parku. To jeden z tych gotyckich budynków z miniwieżyczkami wzbijającymi się w niebo. Wydawać by się mogło, że powinien być otoczony fosą i strzeżony przez smoki, a nie wyglądać jak miejsce, do którego da się wejść prosto z ulicy.
Siwowłosy portier przytrzymuje dla mnie drzwi, uchylając nieco swoją czarną czapkę. Kiedy uśmiecham się do niego, znowu czuję mrowienie na karku. Zupełnie jakby ktoś mnie obserwował.
Od tamtego dnia, w którym zostałam zwolniona, już kilkukrotnie doświadczyłam tego uczucia. W mojej okolicy, w południowym Bronksie, może to mieć sens, ponieważ tam na każdym rogu czają się bandyci, którzy tylko czekają, żeby się na mnie rzucić (zupełnie jakbym wyglądała na taką, która ma kasę), ale przecież nie tutaj. Nie w jednej z najelegantszych dzielnic Manhattanu.
Przed wejściem do budynku odwracam się, by spojrzeć za siebie. Kręci się tam tłum ludzi, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Po ulicach Manhattanu przechadza się wiele wyjątkowych i interesujących osób, a ja do nich nie należę. Nie ma żadnego powodu, by ktoś się na mnie gapił.
Wtem zauważam samochód.
Czarna mazda, sedan. W tym mieście są prawdopodobnie tysiące takich aut, ale kiedy mu się przyglądam, mam dziwne uczucie déja vu. Dopiero po chwili dociera do mnie dlaczego. Samochód ma pęknięty prawy reflektor. Jestem pewna, że widziałam czarną mazdę z pękniętym prawym reflektorem zaparkowaną w pobliżu mojego bloku w południowym Bronksie.
Prawda?
Zaglądam przez przednią szybę. W samochodzie nikogo nie ma. Spoglądam niżej na tablicę rejestracyjną. Jest z Nowego Jorku - nic nadzwyczajnego. Zapamiętuję numery: 58F321. Nic mi one nie mówią, ale jeśli zobaczę je jeszcze raz, na pewno je rozpoznam.
- Proszę pani? - zwraca się do mnie portier, wyrywając mnie z transu. - Wchodzi pani do środka?
- Och. - Odkasłuję w złożone dłonie. - Tak. Tak, bardzo przepraszam.
Wchodzę do lobby. Zamiast lamp zwisających z sufitu hol jest oświetlony ozdobnymi żyrandolami i kinkietami, które mają przypominać pochodnie i które są rozlokowane na ścianach. Niski sufit ma kształt kopuły, przez co czuję się tym wszystkim trochę przytłoczona. Ściany są też ozdobione dziełami sztuki, z których wszystkie prawdopodobnie są bezcenne.
- Z kim jest pani umówiona? - pyta mnie portier.
- Z panem Garrickiem. 20A.
- Ach. - Mruga do mnie. - Penthouse.
No świetnie, rodzinka z penthouse'u. Po co ja sobie w ogóle zawracam głowę?
Po wykonaniu telefonu na górę, by potwierdzić moje spotkanie, portier musi podejść do windy i wsunąć klucz, dzięki któremu zawiezie mnie ona prosto do właściwego apartamentu. Gdy drzwi kabiny się zasuwają, szybko sprawdzam w lustrze mój wygląd. Wygładzam swoje blond włosy, które upięłam w prosty kok. Mam na sobie moje najelegantsze czarne spodnie i bluzkę z dekoltem w serek. Właśnie zaczynam poprawiać sobie cycki, gdy zauważam kamerę, a raczej nie mam ochoty dawać przedstawienia portierowi.
Drzwi windy otwierają się bezpośrednio w holu apartamentu państwa Garricków. Wychodzę z kabiny i biorę głęboki wdech. Niemal czuć bogactwo unoszące się w powietrzu. To dziwna kombinacja drogiej wody kolońskiej i szelestu studolarowych banknotów. Przez chwilę stoję w korytarzu, nie mając pewności, czy powinnam wejść dalej bez formalnego zaproszenia, i skupiam uwagę na białym cokole dźwigającym szary posąg, który jest po prostu dużym, pionowym, wygładzonym kamieniem - takim, jakie można znaleźć w każdym parku w mieście. Mimo tego jest pewnie wart więcej niż wszystko, co kiedykolwiek posiadałam.
- Millie? - Najpierw słyszę głos, a dopiero potem w holu pojawia się mężczyzna. - Millie Calloway?
To pan Garrick, który zaprosił mnie na tę rozmowę. To trochę dziwne, być zapraszaną przez pana domu. Dotychczas w branży sprzątającej byłam zatrudniana niemal w stu procentach przez kobiety. Jednak pan Garrick chętnie się ze mną wita. Wchodzi do holu z uśmiechem na ustach i z wyciągniętą przed siebie ręką.
- Pan Garrick? - odpowiadam.
- Proszę - zwraca się do mnie, ściskając mocno moją dłoń - mów mi Douglas.
Douglas Garrick wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać mężczyzna mieszkający w penthousie przy Upper West Side. Ma około czterdziestki i jest przystojny w ten klasyczny, wypracowany sposób. Nosi garnitur, który wygląda na ekstremalnie drogi, a jego brązowe włosy są lśniące oraz doskonale przystrzyżone i ułożone. Mężczyzna nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy swoimi głęboko osadzonymi piwnymi oczami.
- Miło mi cię poznać... Douglasie - witam się z nim.
- Bardzo ci dziękuję, że przyszłaś. - Mężczyzna zaszczyca mnie uśmiechem i prowadzi do obszernego salonu. - Zazwyczaj to moja żona Wendy zajmuje się domem, jest dumna z tego, że wszystko stara się robić sama, ale ostatnio nie czuje się najlepiej, więc uparłem się, że zatrudnię pomoc.
Jego ostatnie słowa wydają mi się dziwne. Kobiety mieszkające w ogromnych penthouse'ach z reguły nie "starają się robić wszystkiego same". Raczej zatrudniają dodatkową osobę do pomocy swoim gosposiom.
- Oczywiście - odpowiadam. - Wspominałeś, że szukasz kogoś do gotowania i sprzątania...?
Potakuje.
- Ogólne prace porządkowe, takie jak odkurzanie, sprzątanie i pranie, oczywiście. Przygotowanie posiłków przez kilka dni w tygodniu. Myślisz, że dałabyś radę?
- Jak najbardziej. - Zgodziłabym się na wszystko. - Od wielu lat sprzątam apartamenty i domy. Mam swoje własne akcesoria do sprzątania i...
- Nie, to nie będzie konieczne - przerywa mi Douglas. - Moja żona... Wendy jest bardzo zasadnicza co do środków czystości. Jest wrażliwa na zapachy, rozumiesz. Nasilają jej objawy. Musisz korzystać z naszych specjalnych środków, w przeciwnym razie...
- Absolutnie - zgadzam się. - Jak sobie życzysz.
- Cudownie. - Rozluźnia ramiona. - No i potrzebowalibyśmy kogoś od zaraz.
- Żaden problem.
- Dobrze, dobrze. - Douglas uśmiecha się przepraszająco. - Bo, jak widzisz, mamy tu trochę bałaganu.
Gdy weszłam do salonu, rozejrzałam się wokół siebie. Tak samo jak cały budynek, ten penthouse sprawia, że czuję się trochę tak, jakbym została przeniesiona w przeszłość. Poza wspaniałą skórzaną kanapą, większość mebli wygląda, jakby powstały setki lat temu, a następnie zamrożono je w czasie, by przetransportować specjalnie do tego salonu. Gdybym znała się trochę na wystroju wnętrz, mogłabym oszacować, że stolik kawowy został wykonany ręcznie na początku dwudziestego wieku, albo że ten regał na książki z przeszklonymi drzwiami pochodzi z, no nie wiem, z okresu francuskiego neoklasycyzmu czy czegoś w tym rodzaju. Tymczasem mogę jedynie stwierdzić, że każdy z tych elementów kosztował małą fortunę.
Kolejna rzecz, której jestem pewna, to to, że wiele można powiedzieć o tym miejscu, ale na pewno nie to, że panuje w nim bałagan. Wręcz przeciwnie. Gdybym miała tu sprzątać, nawet nie wiem, od czego powinnam zacząć. Potrzebowałabym mikroskopu, żeby zauważyć choć drobinkę kurzu.
- Z radością zacznę, kiedy tylko zechcesz - mówię ostrożnie.
- Fantastycznie. - Douglas potakuje z aprobatą. - Cieszę się, że to słyszę. Może usiądziesz, byśmy mogli dłużej pogawędzić?
Siadam obok Douglasa na kanapie, zapadając się w miękką skórę. O Boże, jeszcze nigdy nie siedziałam na czymś tak wygodnym! Jak wspaniale pieści moje ciało! Mogłabym zerwać z Brockiem i poślubić tę kanapę, i wszystkie moje potrzeby zostałyby zaspokojone.
Douglas wpatruje się we mnie badawczo swoimi głęboko osadzonymi oczami, nad którymi pysznią się grube, brązowe brwi.
- Opowiedz mi o sobie, Millie.
Doceniam to, że od samego początku nie ma w jego głosie cienia flirtu. Jego wzrok jest utkwiony w mojej twarzy i nie zjeżdża niżej, na moje piersi lub nogi. Tylko raz zdarzyło mi się wejść w bliższą relację z moim pracodawcą i już nigdy, przenigdy nie chcę tego powtarzać. Wolałabym wyrwać sobie ząb kombinerkami.
- Cóż - odchrząkuję. - Studiuję na uczelni publicznej. Chcę zostać pracownikiem socjalnym, ale tymczasem muszę zarabiać na opłacenie nauki.
- Godne podziwu. - Uśmiecha się do mnie, ukazując rząd równych, białych zębów. - Masz doświadczenie w gotowaniu?
Potakuję.
- Tak, gotowałam dla wielu rodzin, dla których pracowałam. Żadna ze mnie profesjonalistka, ale zrobiłam kilka kursów. Mogę również... - rozglądam się wokół, ale nigdzie nie widzę żadnych zabawek dziecięcych - ... opiekować się dziećmi.
Douglas robi grymas na twarzy.
- Nie ma takiej potrzeby.
Krzywię się i pluję sobie w brodę za mój niewyparzony język. Ani razu nie wspomniał o opiece nad dziećmi. Pewnie przypomniałam mu o jakichś kłopotach z płodnością.
- Wybacz - kajam się.
Wzrusza ramionami.
- Nic się nie stało. Masz ochotę na rundkę po domu?
W porównaniu z penthouse'em Garricków olbrzymi apartament Amber może się schować. To zupełnie inna jakość. Salon ma wielkość co najmniej basenu olimpijskiego. W rogu znajduje się bar z sześcioma wysokimi stołkami ustawionymi wokół niego. Pomimo antycznej oprawy salonu kuchnia jest wyposażona w najnowocześniejsze sprzęty i jestem przekonana, że znajdę tam również najlepszy dehydrator na rynku.
- Jest tu wszystko, co może być ci potrzebne - informuje mnie Douglas, zataczając ręką krąg wokół ogromnej kuchennej przestrzeni.
- Wygląda idealnie - przyznaję, licząc na to, że piekarnik ma jakąś instrukcję obsługi, która wyjaśni mi przeznaczenie dwóch tuzinów przycisków na wyświetlaczu.
- Doskonale - cieszy się. - Pokażę ci teraz piętro.
Piętro?
Apartamenty na Manhattanie nie są piętrowe. Jednak ten najwyraźniej jest. Idę za Douglasem na górę, gdzie znajduje się co najmniej sześć pokoi. Główna sypialnia jest tak wielka, że potrzebowałabym lornetki, aby dojrzeć łóżko w rozmiarze king size ustawione w odległym rogu pokoju. W innym z pokoi znajdują się wyłącznie książki i przypomina mi się scena z Pięknej i bestii, gdy Bella weszła do biblioteki. Kolejny pokój ma ścianę z samymi poduszkami. To pewnie pokój poduszkowy.
Potem wprowadza mnie do pokoju, w którym znajduje się sztuczny kominek oraz jedna całkowicie przeszklona ściana, za którą znajduje się zapierająca dech w piersiach panorama Nowego Jorku. Następnie podchodzimy do ostatnich drzwi. Waha się i unosi dłoń, by zapukać.
- To pokój gościnny - informuje mnie. - Wendy dochodzi tu do siebie. Chyba powinienem dać jej odpocząć.
- Przykro mi, że twoja żona zachorowała - mówię.
- Choruje przez większość czasu trwania naszego małżeństwa - wyjaśnia. - Cierpi na... chroniczną chorobę. Ma lepsze i gorsze dni. Czasami jest sobą, a innym razem ledwie umie się podnieść z łóżka. Bywa też...
- Co?
- Nic. - Uśmiecha się blado. - W każdym razie, kiedy drzwi są zamknięte, trzeba zostawić ją w spokoju. Musi odpoczywać.
- Całkowicie rozumiem.
Douglas wpatruje się przez chwilę w zamknięte drzwi z wyrazem zakłopotania na twarzy. Dotyka framugi palcami, po czym potrząsa głową.
- A więc, Millie - odzywa się - kiedy mogłabyś zacząć?
Ciąg dalszy w wersji pełnej