- Dwa lata więzienia! Tak, nie przesłyszeliście się! Pedofil nazwiskiem Józef Miętki, który zgwałcił dziesięcioletnią Celinę H., za swoją wstrząsającą zbrodnię otrzymał wyrok dwóch lat więzienia. Usłyszawszy słowa sędziego wymierzającego mu tę łagodną karę, wcale się nie ucieszył, o nie! Opanował go nawet nastrój przygnębienia. Miętki się zmartwił tym werdyktem, on liczył na mniej! "Obrońca się zbytnio nie wysilał", pomyślał z wyraźnym rozczarowaniem ten sześćdziesięcioletni lwowski sklepikarz, który na zapleczu swego sklepu kolonialnego prawie rozdarł na pół dziecko zwabione tam czekoladkami. Liczni ludzie obecni na sali - wtedy rozprawy sądowe cieszyły się wielką frekwencją - wysłuchali orzeczenia i niespecjalnie protestowali przeciwko wyrokowi. Trzej sędziowie wyszli z sali posiedzeń, poprawiając togi i łańcuchy. Nieliczni dziennikarze robili jeszcze notatki, kiedy dwaj policjanci wzięli skazanego pod łokcie. Jakiś rozwścieczony mężczyzna wygrażał mu z daleka i miotał obelgi w jego kierunku. Sklepikarzowi nieco poprawił się humor. Uznał, że wyrok nie jest najgorszy, skoro ochroni go na czas jakiś przed takimi jak ten gwałtownikami. Na twarz wypełzł mu uśmiech. Pewien obecny na sali oficer policji - porywczy i impulsywny - uznał, że jest to uśmiech triumfu.
Wśród studentów rozległ się szmer niedowierzania. Profesor Roger Greymore poprawił notatki na pulpicie wykładowym, przesunął suwak na lampce tak, aby rzucała na jego zapiski światło rozproszone, nie zaś punktowe, po czym spojrzał znad okularów na audytorium składające się z dziesięciorga słuchaczy.
Byli to najodważniejsi studenci - tylko ci, co nie posłuchali wezwania do bojkotu wykładów tego profesora z Princeton, który do Coventry przyleciał prosto z Nowego Jorku i od razu przystąpił do zajęć.
Greymore wciąż nie mógł się nadziwić lekceważeniu, jakie go dziś spotkało na tym angielskim uniwersytecie, którego rektor jeszcze pół roku wcześniej "miał wielki honor" zaprosić "gwiazdę amerykańskiej historiografii" do wygłoszenia cyklu wykładów o sowieckich służbach specjalnych. Sześć miesięcy wcześniej prosił uniżenie o łaskawe rozpatrzenie jego propozycji, dzisiaj ledwie zechciał z gościem zamienić kilka słów. Oczywiście amerykański profesor - po ostatnich zabarwionych politycznie sprzeczkach, polemikach i interwencjach na łamach poczytnego angielskiego dziennika, w których był stroną aktywną - nie łudził się, że tłumy będą wiwatować na jego cześć. Był jednak na tyle naiwny, że liczył w skrytości ducha na większą gościnność członków władz uczelni oraz na przysłowiowe dobre maniery angielskiej studiującej młodzieży. Jego nadzieje okazały się płonne pod każdym względem. Pierwsi - po tym jak w internecie został uznany za czołowego antymarksistę i za wroga dawnego Związku Radzieckiego - unikali go jak ognia, bojąc się, być może, że zostaną sfotografowani z reakcjonistą, a potem to zdjęcie - umieszczone na stronie internetowej typu marxiststudent.com - wywoła lawinę nienawiści. Drudzy natomiast wyraźnie pokazali, iż stereotypy dotyczące angielskich studentów, podobnie jak przepowiednie astrologiczne, są prawdziwe tylko połowicznie.
Historyk naturalnie wiedział, że chłodnemu przyjęciu i przez jednych, i przez drugich winna była polemika, w jaką się wdał z recenzentem "Guardiana" pomiędzy zaproszeniem go do Coventry a przyjazdem do tego miasta. Miesiąc wcześniej Greymore opublikował wielkie dzieło o zbrodniach, jakie stalinowski reżym popełnił w państwach podbitych przez Związek Radziecki w latach 1939-1940, przede wszystkim w Polsce. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Pierwszy zabrał głos właśnie "Guardian". Na jego łamach historyk oraz polityczny komentator i aktywista Robert Wheatley przypuścił na książkę zdecydowany atak, który - choć niezwykle błyskotliwy i z różnych wychodzący pozycji - sprowadzał się właściwie do jednego tylko zarzutu, i to w odniesieniu do jednego tylko rozdziału. Recenzent ostro krytykował brak równowagi, jaki dostrzegał między przerażającymi, makabrycznymi oraz "przydługimi i literacko wiele pozostawiającymi do życzenia" - jak się wyraził - opisami zbrodni stalinowskich w Polsce a krótką i zdawkową prezentacją niemieckich okropieństw popełnianych tamże. Najbardziej miał za złe autorowi "opisanie Holokaustu jednym zaledwie zdaniem". Ten brak balansu był największym grzechem Greymore'a i przesuwał go na pozycje niebezpiecznie bliskie tym, którzy, jak przekonywał Wheatley, "po cichu, dyskretnie i pod płaszczykiem rzekomej obiektywności historycznej chcieliby nazistowskie zbrodnie zasłonić, zminimalizować czy zgoła ukryć za stalinowskimi".
Greymore nie wytrzymał i napisał list otwarty do redakcji "Guardiana" - opublikowany zresztą niezwłocznie po nadesłaniu - w którym się bronił, że jego książka nie dotyczy zbrodni nazistowskich, lecz stalinowskich, a zatem trudno tu wymagać symetrii. Czując się szczególnie dotkniętym zawoalowanymi sugestiami o negowanie Holokaustu, przytaczał i cytował swe liczne artykuły na temat Zagłady, bardzo cenione w izraelskim świecie naukowym. Wdał się przy tym w niepotrzebną i nieszczęśliwą dla siebie, jak się wkrótce okazało, polemikę na temat prawdy historycznej, której istnienie podtrzymywał z pełnym przekonaniem i z wielkim zapałem.
Robert Wheatley odpowiedział na list z jadowitą uprzejmością i zaatakował przede wszystkim tezy filozoficzne swego adwersarza, kwestionując pojęcie prawdy, "która przecież, jak ogólnie wiadomo, rodzi przemoc", po czym całkiem zasypał czytelników nazwiskami współczesnych filozofów francuskich oraz ornamentami mniej lub bardziej chwytliwych metafor.
Serwer wydawnictwa, które opublikowało tak gorąco dyskutowaną książkę, rozpalił się do czerwoności. Oprócz gróźb i obelg, stosunkowo zresztą nielicznych, pojawiły się prośby o dodruk pozycji, która po tym zamieszaniu stała się trudno dostępna. Kilka tygodni później z prasy drukarskiej zeszło kolejnych dziesięć tysięcy egzemplarzy, które się szybko sprzedały.
Na tym cała sprawa pewnie by się zakończyła, gdyby nie aktywność szyderców z wirtualnego świata ukrytych za pseudonimami, na przykład "Marxism_forever" czy też "Slavoj_Zizek_superstar". Internet kipiał od komentarzy - najczęściej bardzo nieprzychylnych Greymore'owi, który, nawiasem mówiąc, na początku nie miał o nich zielonego pojęcia. Ten światowej sławy specjalista od najnowszych dziejów Europy Środkowo-Wschodniej czytał wyłącznie papierowe gazety i książki, a sieci używał głównie do mailowej wymiany poglądów oraz do zdobywania informacji o nowych publikacjach z zakresu historii.
Nie zdawał sobie więc sprawy z opiniotwórczej roli cyberprzestrzeni. To właśnie ona, co teraz w jednej chwili zrozumiał, wywołała zmianę in minus w zachowaniu ludzi, którzy przed ową nieszczęsną polemiką byli prawie że jego wielbicielami. Rektor uniwersytetu w Coventry Malcolm Packard powitał go chłodno, zadał mu zdawkowe pytania o podróż i samopoczucie, po czym zadzwoniła jego komórka i gospodarz uniwersytetu, uśmiechając się przepraszająco, całą swą uwagę poświęcił telefonicznemu rozmówcy. Po kwadransie czekania profesor Greymore wycofał się dyskretnie z jego gabinetu i - nie zatrzymywany przez niego - skierował swe kroki do dziekana Wydziału Sztuk i Nauk Humanistycznych, gdzie oficjalnie miał być zatrudniony przez najbliższe dwa trymestry.
Szefowa fakultetu profesor Vivienne Manyeruke była nieobecna. Jej sekretarka wręczyła Amerykaninowi formularze do wypełnienia oraz klucz do służbowego mieszkania na terenie kampusu. Zatroszczyła się przy tym o samopoczucie profesora Greymore'a, ponieważ za nim "długi lot, a wykład zaczyna się przecież już za pół godziny". Wykładowca wypełnił formularze i udał się na zajęcia. Przed salą zobaczył dużą grupę studenckich aktywistów. Na jego widok zaczęli skandować słowa "bojkot wykładu" i wymachiwać czerwonymi transparentami, na których srożyły się sierp i młot, jakby go chcieli dodatkowo pognębić tymi znienawidzonymi przez niego symbolami.
Kolejnym uczuciem, które tego dnia się zrodziło w historyku, był szacunek dla odwagi nielicznych słuchaczy wchodzących na wykład mimo szyderstw kolegów. Do żadnych rękoczynów nie doszło, a owe drwiny były chwilami tak zabawne, że aż uśmiechnął się pod swoim niemodnym już wąsem. O dobrym wychowaniu aktywistów świadczyło to, że kiedy ostatni słuchacz zamknął za sobą drzwi, a Greymore usiadł na katedrze, zbuntowana młodzież oddaliła się, a jej okrzyki wkrótce umilkły na dziedzińcu.
Już o tym nie pamiętał, wykład porwał go jak rzeka, zwłaszcza że doszedł do jednego z punktów kulminacyjnych.
- Tak, proszę państwa, pedofil Józef Miętki triumfował. Rozprawa sądowa, o której wam mówiłem, nie odbyła się w jakiejś zapadłej bałkańskiej wsi ani w przepastnych borach Transylwanii! Sędzia nie był pastuchem, który przebrał się w togę po całym dniu pilnowania haremu swoich kóz, o nie! Taki wyrok wydał świetnie wykształcony sędzia, władający biegle łaciną i niemieckim, a cała rozprawa toczyła się w siedzibie sądu w jednym z głównych centrów kultury Polski międzywojennej, w stolicy europejskiej matematyki, w pięknym mieście Lwowie. Było to prawie sto lat temu, latem roku tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego...
- Ale dlaczego, profesorze Greymore? - Studentka siedząca w pierwszym rzędzie nie wytrzymała. - Dlaczego taki niski wyrok? Przecież on się dopuścił ohydnego czynu, zbrodni, i zostało mu to wszystko udowodnione!
Wykładowca sięgnął po notatki i zszedł z katedry. Tytuł naukowy i nazwisko, których użyła dziewczyna, świadczyły o tym, że na tej uczelni raczej nie będzie otrzymywał od studentów maili zaczynających się od zwrotu "Hi, Roger", co było nagminne w jego amerykańskiej Alma Mater. Zbliżył się do owej studentki, która wpatrywała się w niego w wielkim skupieniu. Była ładna. Idealnie pasowało do niej określenie "angielska róża" nadawane delikatnym blondynkom o bardzo jasnej cerze. Zabębnił po jej pulpicie swymi wypielęgnowanymi palcami.
- Jest na to kilka odpowiedzi. Najprostsza to taka, że wtedy, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie, dzieci nie uważano za pełnowartościowych ludzi. Jeszcze sto lat wcześniej autorytety medyczne, co się dzisiaj wydaje absurdalne i skrajnie okrutne, kwestionowały odczuwanie przez dzieci wielkiego bólu, zatem dokonywano na nich niekiedy operacji bez znieczulenia! "Dzieci i ryby głosu nie mają", jak mówi polskie przysłowie. "Dziecku nie można wierzyć", "Ono zmyśla", takie panowały opinie...
- Ależ nikt tu nic nie zmyślił - wtrącił się jeden ze studentów ze słowiańskim obliczem i takimże akcentem. - Tutaj były badania medyczno-sądowe. Sam pan powiedział, profesorze Greymore, że dziewczynka na zapleczu została rozcięta w pół, oczywiście pewnie w sensie metaforycznym.
- Owszem, w sensie metaforycznym. I powiedziałem raczej "rozdarta" niż "rozcięta". Ale tak, ma pan rację. Zbadano dziecko i stwierdzono gwałt. W ówczesnym polskim kodeksie karnym paragraf 203 mówił "o molestowaniu nieletnich dziewczynek". Ale żaden z sędziów, kierując się wstydem, niechęcią do bulwersowania opinii publicznej czy obłudą w końcu, nie wypytywał nigdy dokładnie oskarżonego, nie mówiąc już o dziecku, o jakie tu mianowicie chodziło molestowanie. Szczegóły medyczne, takie jak rozdarcie błony dziewiczej, rzadko omawiano in publico, wszak mogły one kogoś zgorszyć... Pedofilia nie została wtedy w Polsce, i chyba nigdzie oprócz Niemiec, przedyskutowana i przeanalizowana na poziomie legislacyjnym. Na wydanie tak łagodnego, oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia, wyroku złożyły się jeszcze dwie przyczyny: freudyzm i tak zwana paedophilia subrogativa.
Podszedł do białej gładkiej tablicy i napisał na niej nazwisko "Sigmund Freud" oraz łaciński termin medyczny. Pisak piszczał niemiłosiernie. Za wielkim oknem zapłonęło zachodzące listopadowe słońce. Obnażyło ono całą szpetotę tego obskurnego czteropiętrowego budynku ze szkła, betonu i metalu, przegrzanego i źle wentylowanego, który był chlubą modernistycznej architektury późnych lat sześćdziesiątych. Snop światła wlał się do sali wykładowej. Niektórzy studenci przymknęli oczy oślepieni jego promieniami. Amerykański profesor stał, przyglądał się im, i stukał pisakiem to w jeden, to w drugi napis.
- Niejeden sędzia, bezradny w kwestiach pedofilii, zapraszał na salę biegłego seksuologa. Jeśli to był psychiatra, to niewykluczone, że raczył sędziego, adwokatów, prokuratorów, a nade wszystko publiczność modnymi wówczas Freudowskimi bredniami, wśród których najbardziej przerażające w takich sprawach było przekonanie, że dzieci mają swoje potrzeby erotyczne, chcą uprawiać seks z dorosłymi i prowokują ich mniej lub bardziej świadomie. Żadnej takiej pseudoekspertyzy nie było wprawdzie w aktach procesowych Miętkiego, ale nie możemy wykluczyć, że sędzia znał takie poglądy. Jest natomiast w aktach coś jeszcze. Coś bardzo ważnego.
Greymore postukał w napis paedophilia subrogativa i napisał obok tłumaczenie "pedofilia zastępcza".
- Inny mędrzec z tego czasu - uśmiechnął się lekko - tym razem Brytyjczyk, niejaki William Martin, podzielił pedofilów na dwie grupy, a podział ten przyjął się w europejskich kręgach prawnych. Pierwsi muszą uprawiać seks z dzieckiem, bo tylko taka forma obcowania daje im pełną satysfakcję. To przedstawiciele paedophilia erotica. Oni nie umieją inaczej, i koniec. Z punktu widzenia prawnego tamtych czasów są jak zwierzęta. Nic ich nie usprawiedliwia. Są godni potępienia i wysokiej kary. Natomiast inni, biedni i nieszczęśliwi - profesor ironizował na całego - w dzieciach szukają zastępstwa. Z jakichś powodów nie mogą uprawiać seksu z dorosłymi kobietami? To szukają innego obiektu. Czemu nie dzieci? Pojawia się tutaj ważne pytanie. Jak oddzielić jeden rodzaj sprawców od drugich?
Na sali zapadła cisza. Słońce zgasło, wiatr nawiał chmur nad kwadratowy dziedziniec widoczny z okien, a dawno niemyty blok ze szkła i metalu pogrążał się w sinej ciemniejącej poświacie.
- Kryterium jest proste i wydawać by się mogło oczywiste. - Greymore przestał się uśmiechać. - Jeśli dziecko jest nad wiek rozwinięte fizycznie, to pedofil, który się na nie rzuca, szuka swoistego zastępstwa, a zatem mamy wtedy do czynienia z pedofilią zastępczą. Sprawca takiego czynu jest właściwie normalny, bo ma normalny popęd płciowy, i wobec braku właściwej osoby wyładowuje się na tej, którą ma pod ręką. To przypomina homoseksualizm zastępczy w więzieniach albo - jeśli mówimy o obiekcie, nie o osobie - albo onanizm przy użyciu różnych utensyliów. Człowiek, który popełnia pedofilię zastępczą, nie jest zatem godzien wysokiej kary. Jest prawie normalny. Tak naprawdę to chciał dobrze, tylko zły świat nie dał mu do dyspozycji właściwej osoby. Tak wtedy uważano za Martinem.
- A w wypadku tego - "angielska róża" spojrzała do notatek - sklepikarza Józefa? W aktach był opisany jako przedstawiciel odmiany erotica czy subrogativa?
Profesor uśmiechnął się do dziewczyny.
- Doceniam użycie przez panią łacińskich terminów. - Patrzył na nią o jedną chwilę za długo. - I to z właściwą akcentuacją. A jak pani sądzi? Przypadek Józefa Miętkiego został uznany za paedophilia...
Zawiesił głos.
- Subrogativa - odpowiedziała lekko zarumieniona. - Bo dziewczynka była ponad wiek rozwinięta fizycznie, prawda?
- Właśnie tak - odparł historyk ze smutkiem. - I to wbrew opinii biegłych medyków! Sędziowie, uznając ją za nad wiek rozwiniętą, opierali się na przykład na opiniach sąsiadów! Tak właśnie było. I pedofil wyszedł z sali sądowej z triumfującym uśmiechem. Ale za nim szybkim krokiem podążył ktoś, kogo się obawiał. Był to bardzo znany lwowski policjant, powiedzielibyśmy dzisiaj: "policyjny celebryta". Komisarz Edward Popielski, zwany powszechnie "Łyssym". Wysoki, postawny, silny i skłonny do przemocy. To właśnie on wytropił owego pedofila, umiejętnie go przesłuchiwał, nie szczędząc przy tym pięści, i skłonił do przyznania się do winy. Uczestniczył w procesie na sali sądowej jako widz i jako świadek, od początku do końca. Według relacji obecnych Józef Miętki najpierw lękliwie popatrywał na Popielskiego, ale wraz z każdą godziną procesu wyraźnie się uspokajał. Usłyszawszy wyrok, wstał i spojrzał zuchwale na swego pogromcę: "No i co, Łyssy? Opłacało ci się? Tak wiele twojego zachodu, a taki śmieszny wyrok!". To powiedział zgodnie ze wspomnieniami wielu świadków. Dla lwowskiego sklepikarza byłoby lepiej, gdyby tego nie mówił.
Komisarz Edward Popielski miał wrażenie, że został przeniesiony do innego świata, w którym potworna krzywda wyrządzona dziecku ma niewielkie znaczenie, staje się czymś nierealnym i wydumanym.
Owszem, zdawał sobie sprawę, gdzie jest i co słyszy. Wiedział, że oto jako główny świadek oskarżenia siedzi w trzecim rzędzie sali rozpraw, tuż za plecami prokuratora Wacława Legieżyńskiego, który oskarżał Józefa Miętkiego, jak się zdawało Popielskiemu, z równym zaangażowaniem, jakie całej sprawie okazywał sędzia Mikołaj Gawalewicz, czyli z nader znikomym. Owszem, Edward czuł, że wściekle palące słońce, które wlewa się przez ogromne okna, wyciska mu z łysej głowy grube krople potu. Owszem, starał się opanować drżenie śliskich palców, którymi usiłował rozpiąć pod szyją policyjny mundur z grubego granatowego sukna. Doznał wrażenia, że z potężnego neorenesansowego budynku przy ulicy Batorego 3, gdzie mieścił się Wydział Karny Sądu Okręgowego we Lwowie, przeniósł się nagle na ateńską agorę. Sędzia zamienił się w mędrka-sofistę, a całe uzasadnienie wyroku zostało naszpikowane paradoksami i retorycznymi sztuczkami. Choć wysłuchiwał ich często w czasie swych licznych bytności w sądach, to dzisiaj - z uwagi na ohydę zbrodni - zanikła jego tolerancja na prawniczą elokwencję. Przelała się czara goryczy.
Edward nie był oczywiście naiwnym idealistą, który sądził, że w polskim wymiarze sprawiedliwości pracują ludzie opierający się wyłącznie na bezstronnej ocenie dowodów. Ten czterdziestoletni, ciężko doświadczony przez życie mężczyzna wielokrotnie się stykał z podłością, głupotą i umysłowym lenistwem - również prawników. Nie dziwił się wcale, kiedy sędziowie czasami wydawali wyroki zbyt surowe, bo byli przed obiadem, a łagodne, gdy czuli błogą sytość. Wiedział o tym wszystkim, ale uważał za Markiem Aureliuszem, że "przeszkody są po to, by nas wzmacniać". Postanowił zrobić zatem wszystko, co w jego mocy, by te przeszkody przewidzieć i dostarczyć prokuratorowi niezbitych faktów do sporządzenia powalającego aktu oskarżenia.
Po złapaniu Józefa Miętkiego komisarz starannie, długo i brutalnie go przesłuchiwał. Wynikiem tego dochodzenia był pięćdziesięciostronicowy dokument, w którym prawie każde zdanie wynikało z poprzedniego. Zanim go sporządził i dla uniknięcia błędów dwukrotnie przepisał na maszynie, prześledził wiele spraw o zhańbienie nieletnich dziewczynek. Jako rasowy szachista usiłował przewidzieć wszystkie ruchy obrońców Miętkiego.
Z góry zniweczył manewr obronny wykorzystujący paedophilia subrogativa, kiedy uzyskał zeznania dwóch lekarzy, którzy po zbadaniu Celinki Hulczuk zgodnie potwierdzili, że to dziesięcioletnie dziecko wcale nie było nad wiek rozwinięte, a do pierwszej menstruacji musiało jeszcze upłynąć nie mniej niż dwa lata. Nie wiedział jednak, że w tym czasie gwiazda lwowskiej palestry doctor utriusque iuris Włodzimierz Terlecki - który, nawiasem mówiąc, twierdził, że broni Józefa Miętkiego za darmo! - już nawiązał kontakty z profesorem psychiatrii z Wiednia, który później na sali sądowej wykazywał, iż ofiara, widząc swoją matkę "obcującą z kolejnym kochankiem, musiała nabrać podświadomej ochoty na to, co jej matce sprawiało taką radość, i w sposób nieunikniony prowokowała dorosłych mężczyzn". Jako świadkowie obrony wystąpiły całe tabuny niechlujnych sąsiadek w średnim wieku, które ze świętym oburzeniem opowiadały o złym prowadzeniu się matki Celinki, czego dowodem były "częste gardłowe okrzyki ekstazy, jakie dochodziły z okien tej panny z dzieckiem". W czasie gdy to mówiły, z gardła matki dziecka Anieli Hulczukówny, biednej szwaczki z ulicy Zielonej, dochodziły jednak nie odgłosy ekstazy, ale rwący szloch, który na nikim chyba - oprócz Popielskiego - nie robił żadnego wrażenia.
Policjant, obawiając się, że sędzia Gawalewicz może wymierzyć Józefowi Miętkiemu niską karę, przygotował też dla prokuratora kilkustronicowy spis przestępców, którzy dostawali w polskich sądach wyższe albo takie same kary jak pedofile. Było tam porównanie zboczeńca i niedbałego majstra. Obaj otrzymali karę tej samej wysokości - pół roku więzienia. Pierwszy pobrudził swym nasieniem głowę ośmioletniej uczennicy, drugi nie stanął na wysokości zadania, kiedy strącano z kamienicy lodowe sople i jeden z nich spadł na głowę przechodnia, powodując u tegoż wstrząs mózgu. Takich dubletów jednakowych lub podobnych kar - pedofil versus sprawca wykroczenia - Edward zgromadził wiele. Prokurator Legieżyński miał tym wykazem - w zamierzeniu Popielskiego - wstrząsnąć publicznością i sędziami, którzy nie prowadzili zbyt często spraw o gwałt na dziecku i mogli po prostu nie znać wyroków zapadających w innych miastach. Kiedy oskarżyciel odczytywał ich listę, mecenas Terlecki zgłosił sprzeciw, bezbłędnie uznając, że jest to rodzaj presji "wywieranej na Wysoki Sąd". Ten się zgodził z uwagą adwokata i upomniał prokuratora, by skupił się raczej na własnych zadaniach, a nie komentował wyroków innych sędziów.
Przed rozprawą Popielski pracował dniem i nocą, rozmyślając nad innymi ewentualnymi posunięciami obrońcy. Wiele jego ruchów przewidział, ale w najdzikszych fantazjach nie przyszła mu do głowy taktyka, która doprowadziła do zwycięstwa Miętkiego. Bo jak inaczej nazwać karę dwóch lat więzienia? Terlecki jako okoliczność łagodzącą przedstawił mianowicie to, iż Miętki w momencie popełnienia tej zbrodni był pijany, a kiedyś chorował wenerycznie. To właśnie stan upojenia sprawił, że sklepikarz, wdowiec od roku, nie mogąc swym potrzebom uczynić naturalnie zadość, stracił zupełnie zdrowy rozsądek, a ponieważ bał się kolejnej wstydliwej dolegliwości, postanowił "skorzystać z wdzięków" - Popielskiemu zdawało się, że się przesłyszał! - "tak, z wdzięków dzieweczki, która ze względu na swój wiek i świeżość nie sprawiała wrażenia chorej na cokolwiek, a ponadto, jak twierdził oskarżony, zawsze się do niego zalotnie uśmiechała". Adwokat odmalował następnie smutną sytuację ponurych dzielnic Lwowa, gdzie wedle statystyk jedną trzecią prostytutek stanowiły dziewczęta poniżej czternastego roku życia, a obcowali z nimi liczni mężczyźni ze względu na "taniość ich nieprzyzwoitych usług" oraz - co już było straszne zdaniem Terleckiego - ze względu na rozpowszechniony wśród ludu przesąd, że choroba weneryczna ustępuje po obcowaniu z dziewicą. Krótko mówiąc, czyn oskarżonego był smutnym i owszem, odrażającym przykładem pedofilii, ale była to typowa paedophilia subrogativa, nie zaś straszna i zwierzęca paedophilia erotica, a zatem oskarżony rokuje jakieś nadzieje i nie należy go karać zbyt surowo. Edward widział, jak na twarzy sędziego Gawalewicza odmalowuje się ulga. To terminologiczne naukowe rozróżnienie dało mu pełną jasność. Już wiedział, na czym stoi i jaki wyda wyrok.
Popielski po usłyszeniu wyroku siedział jak oniemiały. Zdjął z nosa czarne binokle i przecierał je chusteczką do nosa. Nagle przed jego oczami poruszył się jakiś cień. Otarł głowę z potu i spojrzał uważnie przed siebie. Zobaczył Józefa Miętkiego. Wyrywał się on dwóm policjantom, którzy trzymali go za łokcie. Na jego twarzy rozlewał się uśmiech triumfu.
- No i co, Łyssy? - wrzasnął skazany. - Co, opłaciło ci się, chamidło jedne? Takie manto mi spuściłeś, a tu co? Dwa lata! Rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata!
Popielski wstał. Bielizna pod mundurem lepiła mu się od potu. Nagle strzelił fajerwerk magnezji. Obstąpili ich dziennikarze i fotografowie. Edward wiedział, że jeszcze jeden błysk, może dwa, a w jego głowie coś wybuchnie i przez kolejne minuty będą nim szarpać epileptyczne drgawki.
- Dość! - ryknął. - Nie robić zdjęć!
Jego polecenie było wydane tak przekonującym tonem, że palce fotografów zastygły na wężykach spustowych. Popielski spojrzał na policjantów, którzy trzymali Miętkiego.
- Oddać honory starszemu stopniem! - wydarł się teraz na nich.
Ci oderwali się od skazańca, a nawet odsunęli. O to mu właśnie chodziło.
Zaatakował błyskawicznie. Runął na Miętkiego. Kolanami wcisnął go w podłogę i zaczął bić. Chrzęst w nosie, wybuch krwi, nos się zapada, kości przesuwają się pod skórą, skronie puchną, z uszu miazga, oko, oko mu wyłupać!
Kiedy Edward wciskał Miętkiemu gałkę oczną w czaszkę, znów błysnęła magnezja. Raz i drugi. Migot ten wywołał w mózgu policjanta, chorego na epilepsję światłoczułą, gwałtowne zmiany. Atak choroby był potężny. Popielski usłyszał szum w uszach. Niczego już więcej nie pamiętał.
Tego samego dnia Józef Miętki trafił na oddział szpitalny w Więzieniu Karno-Śledczym przy ulicy Kazimierza Wielkiego 24, który w całej Polsce był znany pod nazwą "u Brygidek". Kiedy zmasakrowaną twarzą pacjenta zajmował się, bez wielkiej zresztą delikatności, więzienny lekarz, a pedofil wył z bólu, komisarz Edward Popielski został wezwany przed oblicze komendanta wojewódzkiego policji inspektora Waleriana Wilczyńskiego, który beznamiętnym tonem poinformował podwładnego o tym, że został właśnie zawieszony w obowiązkach służbowych aż do czasu wyjaśnienia jego karygodnego zachowania.
Tymczasem we wszystkich brukowcach ukazało się zdjęcie Edwarda Popielskiego i opis całej sytuacji, którą prasa bulwarowa zgoła inaczej niż komendant nazwała wymierzaniem sprawiedliwości.
Trzy tygodnie później w więzieniu u Brygidek rzeczywiście sprawiedliwości tak rozumianej stało się zadość. Wydarzyło się to w czasie spaceru pod okiem pięciu uzbrojonych strażników. Skazańca Józefa Miętkiego powaliło na ziemię trzech współwięźniów. Dwudziestu ich kolegów natychmiast otoczyło czterech leżących mężczyzn i pochyliło się nad nimi. Całkiem zasłonili widok klawiszom. Zanim ci przedarli się przez kordon, wszyscy osadzeni rozpierzchli się i stanęli pod murem spacerniaka. Na ziemi leżał tylko Józef Miętki, a obok niego starannie naostrzona łyżka do zupy. Z tętnicy szyjnej zbrodniarza buchała krew. Umarł minutę później.
Z narzędzia zbrodni zdjęto odciski palców, po czym porównano je z odciskami wszystkich spacerowiczów. Zabójcą okazał się sześćdziesięciodwuletni recydywista i morderca, niejaki Franciszek Socha, któremu zostało piętnaście lat do końca odsiadki. Ów więzień był w przyjaznych stosunkach z komisarzem Edwardem Popielskim, co się przejawiało w tym - jak stwierdził jeden ze strażników, który cenzurował więzienną korespondencję - że Socha dwa razy do roku wysyłał Łyssemu życzenia świąteczne. Podejrzenie o zorganizowanie tego zamachu na pedofila od razu padło na człowieka noszącego ten właśnie szeroko znany we Lwowie przydomek. Postanowiono zachować całkowitą tajemnicę i do prasy nie przedostała się żadna wzmianka o samosądzie w Brygidkach. Do Komendy Głównej w Warszawie błyskawiczne poszły stosowne meldunki i trafiły na biurko pełniącego obowiązki komendanta głównego i czekającego tylko na stosowną nominację pułkownika Janusza Jagrym-Maleszewskiego.
Sprawa była zbyt poważna, aby pozostawić ją w rękach lwowian. W Warszawie zawrzało. Do akcji przystąpił niespecjalnie lubiany w policyjnym środowisku komisarz Antoni Cewe, inspektor do spraw wewnętrznych Komendy Głównej Policji Państwowej. Przyjechał do Lwowa, a stamtąd zupełnie nieoczekiwanie został zawezwany do stolicy w trybie pilnym, zaledwie po kilku dniach pobytu w mieście nad Pełtwią. Pułkownik Jagrym-Maleszewski nie uznał za stosowne wyjaśnić mu powodów tej decyzji. Cewe był służbistą i nie wnikał w nie zresztą. Miał w Warszawie kilka rozgrzebanych spraw i nie lubił Lwowa, gdzie wszyscy murem stawali za Łyssym. Nie interesowało go też zupełnie, dlaczego śledztwo w sprawie Popielskiego zostało powierzone pewnemu młodemu i niedoświadczonemu funkcjonariuszowi z warszawskiego Urzędu Śledczego. Kiedy plotka, że ten świeżo upieczony podkomisarz nazwiskiem Celestyn Brodziński jest protegowanym "starego", dotarła do Cewego, ten tylko wzruszył ramionami.
Bliski przyjaciel komendanta głównego policji, pewien wysoko postawiony oficer służb specjalnych, odprowadził podkomisarza Brodzińskiego na pociąg do Lwowa, gdzie ów miał kontynuować śledztwo w sprawie Popielskiego. Młody człowiek czuł się zaszczycony i słuchał bardzo uważnie różnych rad swego towarzysza. Szczególnie dobrze zapamiętał ostatnie zdania.
- W czasie swego śledztwa niech pan pamięta o jednym, panie komisarzu. Niech pan w chwilach trudnych ma to jedno na uwadze: od wyników tej sprawy w najmniejszym stopniu nie zależy pański kolejny awans. Szczęśliwej podróży!
Po odprowadzeniu Brodzińskiego na pociąg do Lwowa wysoki oficer służb specjalnych odesłał szofera i wrócił na piechotę do domu. Drogę z Dworca Tymczasowego do mieszkania na Mokotowie pokonał w trzy kwadranse. Miał czas, by zastanowić się nad kilkoma kwestiami.
Wszedł do swego gabinetu, podniósł słuchawkę telefonu i kiedy usłyszał znajomy głos, rzucił tylko kilka słów:
- Nadszedł czas, by naostrzyć sztylet.
- Pozostawmy na moment w spokoju Edwarda Popielskiego, gdy siedzi w swym lwowskim mieszkaniu z widokiem na piękny park zwany Ogrodem Jezuickim, bawi się z sześcioletnią córeczką i patrząc na szczebioczące dziecko, cieszy się w duchu, że uwolnił świat od potwora, który mógłby skrzywdzić kolejną maleńką i kruchą istotę, taką jak jego mała Rita - mówił profesor Roger Greymore. - Zostawmy go z jego wszeteczną, ale i poniekąd zasłużoną radością w sercu i wznieśmy się ze zwykłej codzienności na poziom spraw międzynarodowych.
W roku 1795 rządząca Rosją caryca Katarzyna przyłączyła Polskę do swego imperium. Ozdobiła pierś rosyjskiego dwugłowego orła herbem swego znienawidzonego sąsiada. W akcie aneksji pomogły jej dwa państwa niemieckojęzyczne otaczające Polskę od zachodu i od południa - Prusy i Austria. Łaskawa imperatorowa była hojna dla germańskich szakali. Każdemu rzuciła w nagrodę po ćwierci rozdartego kraju, sama zadowoliwszy się jego połową. Przez sto dwadzieścia trzy lata na mapie świata Polski nie było.
Kiedy pod koniec Wielkiej Wojny z lat 1914-1918 imperium carów upadło pod ciosami zadanymi z zewnątrz (przez Niemców) i od wewnątrz (przez bolszewików), Polska stała się państwem niepodległym. Ten upragniony przez całe pokolenia status nie był oczywiście dany Polakom raz na zawsze, o czym zaraz im przypomnieli rozwścieczeni sąsiedzi. Niemcy gryźli od zachodu, nie mogąc się pogodzić z utratą na rzecz Polski dużej części węglonośnego Śląska, a Rosja bolszewicka natarła od wschodu, zajmując w grudniu roku 1919 roku miasto Wilno, które Polacy uważali za własne. I tak się zaczęła wojna polsko-bolszewicka, która jest dzisiaj jednym z kamieni milowych w dziejach polskiego patriotyzmu.
Zmienne były jej losy: raz wygrywali Rosjanie, raz Polacy, aż w końcu Armia Czerwona, biorąca swoją nazwę od barwy sztandarów, którymi dzisiaj raczyli mnie powitać państwa koledzy przed wykładem... Otóż Armia Czerwona stanęła w końcu pod Warszawą i dni młodego kraju wydawały się policzone. I wtedy polskie wojsko pod wodzą jednego z ojców niepodległości, marszałka Józefa Piłsudskiego... Choć muszę zauważyć, że niektórzy uczeni kwestionują jego przywództwo w tej bitwie... Otóż polskie wojsko w upalny dzień 15 sierpnia 1920 roku dzięki śmiałym manewrom i ogromnej dzielności rozbiło pod Warszawą bolszewików i przegnało ich z powrotem na stepy Azji, których - moim skromnym zdaniem - z zyskiem dla całego świata nigdy nie powinni byli opuszczać.
Upokorzeni Rosjanie szybko otrząsnęli się z klęski. Ludzie tej nacji są świetnymi szachistami i wiedzą, że utrata figury nie oznacza jeszcze przegranej partii. Wypowiedzieli Polsce tajną podstępną wojnę, w której przypuścili atak trującej propagandy - a wierzyło w nią wielu zachwyconych komunizmem intelektualistów Zachodu. Sowieci użyli całej dyplomatycznej i szpiegowskiej wirtuozerii, którą odznaczały się przywrócone przez nich do łask carskie służby specjalne. Najpierw zminimalizowali straty spowodowane wojną z nienawistnym sąsiadem. Choć dotkliwie pobici na polu bitwy, wygrali w negocjacjach pokojowych. Zawarli w marcu roku 1921 pokój, który był dla Polski katastrofą. Jak to było możliwe, zapytają państwo, że zwycięzca wojny nie zabezpieczył swych interesów w traktacie pokojowym? Jak to możliwe, jak mówił jeden z historyków, że Polska wygrała wojnę, lecz przegrała pokój?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Należy przyjrzeć się różnym możliwym i forsowanym przez polityków scenariuszom rozwoju państwa. Józef Piłsudski słusznie uważał, że szanse przetrwania i utrzymania silnej pozycji w otoczeniu dyszących żądzą odwetu sąsiadów Polska ma tylko jako federacja różnych narodów, coś w rodzaju wielkiej Szwajcarii, której obywatele - mówiąc na co dzień różnymi językami i różne wyznając religie - mają mocne poczucie przynależności państwowej. Narodami, z którymi Piłsudski chciał utworzyć wielkie silne państwo, byli Litwini, Białorusini i Ukraińcy, nie licząc oczywiście Żydów, którzy byli rozsiani po różnych miastach.
Ponieważ ci pierwsi nawet nie chcieli o tym słyszeć, prąc do stworzenia własnego państwa, co im się zresztą udało, a ostatni wobec swego rozproszenia nie mieli i mieć nie mogli żadnych ambicji terytorialnych, pozostawały tylko ludy słowiańskie - Ukraińcy i Białorusini. Federacja z Polakami oznaczała dla nich "być albo nie być" wobec chęci zagarnięcia ich przez Rosję. Koncepcje federacyjne Piłsudskiego były niestety odrzucane przez jego największych wewnętrznych wrogów posiadających ogromne wpływy polityczne, czyli przez katolickich nacjonalistów oraz przez przywódców partii chłopskich. Ci pierwsi, ludzie o ograniczonych horyzontach, uważali, że niepolskich słowiańskich obywateli należy po prostu "spolszczyć" przez nachalną i obowiązkową asymilację. Ci drudzy nie sięgali wzrokiem dalej niż koniec pola, które uprawiali.
I tu dochodzimy do odpowiedzi na pytanie, dlaczego pokój podpisany w Rydze w marcu 1921 roku był dla Polski katastrofą. Dlatego że układy tam zawarte oznaczały całkowity koniec planów przyszłej federacji, której sowiecka Rosja się bała jak ognia. Ale ta dyplomatyczna klęska dokonała się przede wszystkim dlatego, że federalista Józef Piłsudski, choć opromieniony wiktorią warszawską z 1920 roku, został zepchnięty na margines przez politycznych przeciwników i nie miał żadnego realnego wpływu na prace polskiej delegacji negocjującej pokój. Dominowali w niej jego wrogowie: nacjonalista Stanisław Grabski i niezbyt rozgarnięty galicyjski chłop Jan Dąbski.
Nic dziwnego, że rozmowy w Rydze przebiegały po myśli Sowietów. Polscy nacjonaliści nie chcieli mieć na karku kolejnych setek tysięcy niepolskich Słowian, których trzeba będzie na siłę asymilować. Owi krótkowzroczni ludzie, wyznający dodatkowo tak powszechny wówczas w Europie i na świecie antysemityzm, jednym pociągnięciem pióra zrezygnowali z Mińska i Witebska, miast zaoferowanych im przez jeszcze wystraszonych na początku Rosjan. Argumentem, dla którego odrzucili ten dar, był duży odsetek zamieszkującej je ludności żydowskiej. Zupełnie nie brali pod uwagę, że mogłyby stać się one fortecami zatrzymującymi przyszłą nawałę ze wschodu. A że Sowieci znów będą chcieli eksportować swoją rewolucję, w to nikt nie wątpił - oprócz właśnie nacjonalistów, którzy tradycyjnie byli rusofilami.
Polscy delegaci, rozgrywani jak naiwniacy przez znakomitego rosyjskiego negocjatora Adolfa Joffego (postać bardzo malowniczą - nieprzeciętnie inteligentnego człowieka, znakomitego szachistę i seksualnego drapieżcę), zgadzali się chętnie na ogromne, lecz rozłożone na lata kontrybucje wojenne, obiecywane w zamian za rezygnację z jakichkolwiek rozwiązań politycznych, które by pachniały przyszłą federacją. Genialny Joffe uzyskał, co chciał: Polacy wytyczyli dalszy rozwój swego państwa jako organizmu, w którym mniejszości słowiańskie - stanowiące niewiele mniej niż jedną trzecią ludności! - będą ciemiężone przymusową polonizacją, co prędzej czy później groziło eksplozją wewnętrzną. W zamian zaś złożył obietnice, z których większość była martwa już w momencie ich składania. Inna sprawa, że polskie społeczeństwo naprawdę chciało szybkiego podpisania traktatu pokojowego, który by kończył tę krwawą i okrutną wojnę i pozwolił wrócić prawie milionowi polskich żołnierzy do swych rodzin, pogrążających się w powojennej nędzy.
Tymczasem po pokoju ryskim Piłsudski otrząsnął się po dyplomatycznej klęsce i zaczął zbierać siły, by bronić się przed znienawidzonym wrogiem na kilku niewojskowych frontach. Nie zaniedbywał przy tym drogi politycznej i wspierał myślicieli, aby cyzelowali i do aktualnej sytuacji dostosowywali ideę federacyjną, której nigdy był nie porzucił. W latach dwudziestych jego najbliżsi współpracownicy integrowali wokół siebie przedstawicieli i przywódców narodów podbitych i uciemiężonych przez Rosję. W eleganckich warszawskich mieszkaniach, w pięknych dworkach na Litwie, opiewanych przez największego poetę polskiego Adama Mickiewicza, i w pałacach arystokratów, które jak wyspy polskości tkwiły w ukraińskim morzu, zaczęli się spotykać azerscy watażkowie, gruzińscy książęta i ukraińscy Kozacy znad Donu, czyli cr?me de la cr?me eurazjatyckich wojowników.
Ruch tych spiskowców i myślicieli nazwano "ruchem prometejskim". Tak jak ich mityczny patron przyniósł ludzkości ogień, tak i prometejczycy chcieli serca zgnębionych przez Rosję ludów ogrzać i rozpalić, przygotowując je do wytrwałego opierania się tyranii i zdobycia upragnionej niepodległości. Nie trzeba tu dodawać, że polskie służby specjalne wspierały ten ruch na wielu polach, a liczni funkcjonariusze legendarnej Dwójki, czyli wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, byli czynnymi prometejczykami.
Jednym z najbardziej wpływowych spośród nich, choć jednocześnie skromnie unikającym wszelkiego rozgłosu, był pochodzący z Inflant major rezerwy Florian Tyzenhauz. Z wykształcenia doctor medicinae uniwersytetu w Zurychu, z zamiłowań naukowych psycholog, z natury - nieustraszony wojownik, który przeszedł cały szlak Legionów Polskich, sił zbrojnych utworzonych przez Józefa Piłsudskiego. To właśnie on zainteresował się we wrześniu 1926 roku sprawą porywczego komisarza policji lwowskiej Edwarda Popielskiego, który - jak domniemywano - wymierzył pewnemu obrzydliwemu zboczeńcowi sprawiedliwość na własną rękę.
Tyzenhauz popierał takie metody i natychmiast powziął pewien ryzykowny plan. Nie wspomniał jednak o nim ani słowem swemu patronowi i przyjacielowi Józefowi Piłsudskiemu. Wiedział, że po zamachu stanu, którego ten dokonał w maju tegoż roku, ważną rzeczą jest uspokojenie nastrojów politycznych - wewnętrznych i zewnętrznych. A to oznaczało, że odważniejsze akcje przeciwko Rosji należy odłożyć na stosowniejszy czas. Nie działać na chybcika.
Takie były ogólne zalecenia Marszałka w sprawach wschodnich. Tyzenhauz fundamentalnie nie zgadzał się z tym stanowiskiem. Kiedy zrozumiał, jak można wykorzystać zawieszonego tymczasowo w obowiązkach komisarza Popielskiego, postanowił swój plan przeprowadzić w tajemnicy przed Piłsudskim. Poinformował tylko swych najbardziej zaufanych ludzi. Wiedział, jak wielkie ryzyko niesie ze sobą to sprzysiężenie, ale nie wahał się go podjąć.
Kiedy Tyzenhauz odprowadził na pociąg młodego policjanta, który miał prowadzić wewnętrzne śledztwo w sprawie domniemanego udziału komisarza Popielskiego w zabójstwie pedofila Józefa Miętkiego, i kiedy wyrzekł do Celestyna Brodzińskiego słowa: "Od wyników tej sprawy w najmniejszym stopniu nie zależy pański kolejny awans!", wrócił do swej luksusowej willi przy ulicy Łowickiej, połączył się z pewnym prawie nikomu nieznanym numerem i rzucił kilka słów:
- Nadszedł czas, by naostrzyć sztylet.
Wilno, grudzień 1926 roku
Podróż ze Lwowa do Wilna z przesiadką w Warszawie zajęła Popielskiemu prawie dwadzieścia trzy godziny. Jechał pociągiem relacji Bukareszt-Warszawa wyposażonym w wiele wygód, w tym w dobrze zaopatrzoną w trunki restaurację. Trasa alternatywna przez Zdołbunów i Łuniniec zabierała tylko godzinę więcej, lecz wymagałaby nie lada cierpliwości, z jaką trzeba by znosić trzygodzinny postój w Zdołbunowie. Popielski wszystko sobie policzył i podjął racjonalną decyzję o podróży z przesiadką w stolicy. Plan ten kłócił się trochę z otrzymanym zaleceniem, aby jak najmniej rzucać się w oczy. W pociągu relacji Lwów-Warszawa i Warszawa-Wilno mogło bowiem jechać wiele osób wykształconych i zamożnych, mieszkających w wielkich miastach, czytających prasę, a zatem mogących rozpoznać Popielskiego jako bohatera niedawnej afery z Józefem Miętkim. Kresową koleją żelazną natomiast - oprócz nielicznych arystokratów i latyfundystów - poruszali się niepiśmienni polscy rekruci zmierzający do przygranicznych garnizonów albo jadący na jarmark rusińscy chłopi, którzy w ten srogi mróz pozostawili w gospodarstwach swe wozy i konie, albo też żydowscy handlowcy czytający jedynie "Wilner Tog" czy "Hajnt", względnie "Nasz Przegląd" unikający spraw krajowych i słynący ze swych zagranicznych korespondencji. Poza tym wszyscy oni zresztą podróżowali zwykle klasą drugą lub trzecią, w odróżnieniu od Popielskiego, stałego pasażera klasy pierwszej. Choć istniało wiele argumentów za podróżą kresową, jako grożącą niewielkim prawdopodobieństwem rozpoznania, Popielski zbagatelizował je dla swej wygody i kupił bilet kolejowy do Wilna via Warszawa.
Podjąwszy tę decyzję, poczuł sporą ulgę. Nie był specjalnie przesądny, ale w głębi duszy musiał przyznać, że miasto Zdołbunów źle mu się kojarzyło - z fiaskiem pewnej tajnej misji, jaką powierzono mu cztery lata wcześniej[1]. Z jednej strony nie wierzył w "zapeszanie" przedsięwzięć, ale z drugiej - nie chciał zleconego sobie nowego sekretnego zadania zaczynać od złych wspomnień i od nocy spędzonej w nielubianym mieście.
Wyjechał ze Lwowa przed ósmą rano, a na warszawski Dworzec Główny, wciąż zwany Tymczasowym, dotarł, gdy szły trzy kwadranse na siódmą wieczorem. Do odjazdu pociągu do Wilna z dworca nazywanego bardzo właściwie Wileńskim brakowało równo godziny. To wystarczyło, aby dostać się na ów dworzec, leżący po drugiej stronie Wisły, i zameldować się w klasie pierwszej pociągu, który przez Białystok i Wilno jechał aż do Jakubowa w łotewskiej Semigalii.
Edward tryskał dobrym humorem. Podróż z Warszawy do Wilna trwała jedenaście godzin. Przez ten czas trochę drzemał, trochę rozmyślał, a trochę czytał i analizował pierwszą mowę Cycerona przeciwko Katylinie. Było to zajęcie tyleż pożyteczne, co konieczne, bo właśnie od tego tekstu miał rozpocząć swoją pracę dydaktyczną, która nie była niczym innym jak tylko przykrywką jego rzeczywistych działań nad Wilią. I tak już przyjemny nastrój Popielskiego jeszcze bardziej się spotęgował, kiedy zjadł w wagonowej restauracji cztery potężne pyzy nadziewane mięsem, polane grzybowym sosem i przystrojone chrupiącymi skwarkami. Wybrał tę potrawę opisaną w menu jako litewskie cepeliny, ponieważ uznał - jakby sam przed sobą chciał wytłumaczyć to obżarstwo - że wobec perspektywy zamieszkiwania w Wilnie przez kilka następnych miesięcy trzeba jak najszybciej wejść w świat tamtejszych smaków.
Pociąg dotarł do Wilna punktualnie pięć po wpół do ósmej rano. Kiedy Edward raźno z niego wyskoczył, aż go zatkało od silnego mrozu. Dźwigając elegancki sakwojaż z tłoczonej skóry, wyszedł z peronu, przeszedł przez hall dworca i znalazł się przed jego budynkiem. Trzaskający, prawie dwudziestostopniowy mróz mocno przerzedził bardzo liczną zwykle grupę dorożkarzy i tragarzy, którzy codziennie z nadzieją oczekiwali przyjazdu nocnego z Warszawy. Tego szarego, nieco mglistego poranka było ich niewielu i wszyscy szybko zdobyli klientów. Pasażerowie klasy pierwszej, którzy - jak się Popielski zorientował z ich rozmów - wracali do Wilna, załatwiwszy w stolicy swoje interesy, byli tak zmęczeni i rozjątrzeni bezsennością, że jedyne, o czym marzyli, to by szybko udać się do swych domów i zalec pod stosem pierzyn. Toteż na wyścigi wybiegali przed budynek, potrącając się łokciami, oddawali swe bagaże we właściwe ręce, pokrzykiwali ostro na woźniców i z ulgą zapadali w dorożkarskie kanapy, przykrywszy sobie pledem kolana.
Popielski się nie śpieszył. Stał przed dworcem, ubrany w ciepłą bekieszę i wysokie, podbite od wewnątrz kożuszkiem lśniące sznurowane buty. Palił obojętnie papierosa i przyglądał się swoim niedawnym towarzyszom podróży, instynktownie rejestrując w myśli adresy, które podawali. Ulica taka-a-taka, Wilcza Łapa, Ponary, Antokol. Same dobre podmiejskie dzielnice. Wiedział, że jego tymczasowa kwatera znajduje się również w jednej z nich, zwanej Zwierzyńcem. Przyjeżdżał kilkakrotnie do Wilna w sprawach policyjnych, a nawet spędził tu kiedyś dwa tygodnie. Znał zatem nieźle to miasto, a nawet szczerze je lubił.
Kiedy okazało się, że tragarzy i fiakrów już dla niego zabrakło, oddał sakwojaż do przechowalni bagażu i nakazał przynieść go sobie wieczorem do kwatery przy ulicy Krzywej 17, zapłaciwszy i za przetrzymanie torby, i za przyszły trud posłańca całe pięćdziesiąt groszy.
Pstryknął papierosem w śniegowy puch, melonik nacisnął na uszy chronione przed zimnem specjalną wełnianą opaską, ręce wbił w rękawice z foczej skóry i ruszył ulicą Kolejową na wschód. Zostawił za sobą wileński dworzec, który przypominał mu grecką świątynię podpartą dwunastoma attyckimi kolumnami i zwieńczoną trójkątnym tympanonem. Zamiast scen bitewnych i religijnych rozpierał się tam herb miasta
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
- Sojusz Polski z państwami, które tak jak Polska żywiły uzasadnione obawy przed Rosjanami i przed ich wściekłą żądzą odwetu, stawał się kwestią palącą - mówił Greymore. - Zmierzając w tym właśnie kierunku, stworzono w 1922 roku koncepcję Międzymorza, Intermarium, czyli przestrzeni, która miałaby być jedną wielką fortecą powstrzymującą moskiewskie siły idące na podbój Europy. Pomysł ten, będący zresztą lżejszą odmianą idei federacyjnej, znalazł zwolenników właśnie wśród tych państw, które przed wojną należały do imperium Romanowów, czyli Finlandii, Estonii i Łotwy. Litwa natomiast zdecydowanie odrzuciła alians z Polską, obawiając się nie bez podstaw, że z sojusznika zamieni się wkrótce w wasala. Do tych obaw dołączyła nienawiść i urażona duma, które eksplodowały tam po tym, jak dwa lata wcześniej Polska w podstępny sposób, przypominający pucz wojskowy, odebrała Litwie jej historyczną stolicę Wilno zamieszkaną jednak w tym czasie, co trzeba przyznać, głównie przez Polaków, Żydów i Rosjan. Polska musiała zatem postawić na inne państwa niż Litwa. Początkiem realizowania planu Intermarium była umowa warszawska z roku 1922. Finlandia, Estonia, Łotwa oraz Polska podpisały w Warszawie układ sojuszniczy, który jednak nigdy nie wszedł w życie. Nie ratyfikowała go bowiem Finlandia, zrywając eo ipso cały alians. Oficjalnie uczyniła to pod naciskiem Niemiec, ale nie będzie chyba jednak przesadną sugestią z mojej strony, jeśli współwinnego obalenia tej umowy poszukam także na Kremlu. Krótko mówiąc, Lenin będący już w zaawansowanym stadium syfilisu na wieść o upadku umowy warszawskiej kazał otwierać szampany.
Greymore zaczerpnął tchu.
- Tak, proszę państwa, to nie pierwszy wypadek, gdy wydarzenia na europejskiej scenie politycznej były jednakowo korzystne i dla Rosji, i dla Niemiec. Pojawia się tutaj pytanie: czy oba te państwa, pognębione, sfrustrowane i ziejące nienawiścią do sąsiadów, współpracowały ze sobą przy tworzeniu tych korzystnych dla siebie faktów? Niech odpowiedzią na to pytanie będzie łacińska maksyma prawnicza qui fecit, cui prodest, "ten uczynił, komu to jest na rękę". Oba byłe imperia połączył wspólny los pariasów marzących o statusie maharadżów. Oba odpychane przez europejskie elity zaczęły do siebie lgnąć. Pierwszym dyplomatycznym ciosem wymierzonym w Polskę był sowiecko-niemiecki układ w Rapallo z roku 1922, owoc współpracy dobrze nam już znanego starego wyjadacza i negocjatora Adolfa Joffego oraz byłego arystokraty Gieorgija Cziczerina, gwiazdy sowieckiej dyplomacji, o której jeszcze wiele usłyszymy na naszych wykładach. Oczywiście pod gładkimi notami tego układu kryły się ponure tajne protokoły o współpracy wojskowej, gospodarczej i wywiadowczej. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, aby się zorientować, kto stanie się celem przyszłego ataku. Rzecz jasna, państwa, jak nazywali je Niemcy, "sezonowe", które miały czelność powstać na ziemiach niegdysiejszych imperiów! Największym z nich była Rzeczpospolita Polska.
Tymczasem cała Europa, pogrążona w powojennej biedzie, przymykała oczy na coraz większe rozzuchwalenie Rosji. Intelektualiści zachodni, zaślepieni rzekomą sprawiedliwością rewolucji, sławili pod niebiosa brutalnych pretorianów Lenina, otrzymując od niego w zamian pogardliwe określenie "pożytecznych idiotów". Nic zatem dziwnego, że w tej atmosferze dyplomaci sowieccy sondowali, na co mogą sobie pozwolić. Jednym z nich był niejaki Christian Rakowski, Bułgar zresztą z pochodzenia, wcześniej bajecznie bogaty finansista wspierający bolszewików, następnie trockista brutalnie zamordowany przez stalinowskich siepaczy w latach trzydziestych. Ów Rakowski podczas rozmów z Brytyjczykami w marcu 1924 roku zażądał wręcz odebrania Polsce jej ziem wschodnich.
Kiedy rząd w Warszawie zareagował oficjalną pełną oburzenia notą protestacyjną, ataki przybrały łagodną postać troski o pomyślność ludów żyjących na tych terenach. Pół roku później znany nam już Cziczerin nie domagał się wprawdzie aneksji polskich Kresów Wschodnich, lecz jedynie płakał nad dolą tamtejszych narodów i pytał na forum międzynarodowym, czy mają one nieskrępowaną możliwość rozwijania własnej kultury. Twierdził, że te ziemie nie posiadają określonego statusu i powinny być przedmiotem ustaleń pomiędzy mocarstwami, do których oczywiście zaliczał swój kraj.
W tym czasie pożyteczni idioci znad Wisły, czyli prorosyjscy nacjonaliści i goniący za zyskami bogacze, zdawali się ślepi na tę dyplomatyczną ofensywę i z uporem godnym lepszej sprawy apelowali do "zdrowego rozsądku narodu", by znormalizować stosunki z wielkim sąsiadem. Agresywne wypowiedzi najwyższych rangą polityków w Moskwie wcale nie przeszkadzały polskim nacjonalistom później, we wrześniu 1925 roku, przyjmować Cziczerina w Warszawie z pompą godną wschodniego satrapy. Ich mentor i guru, jeden z wielkich ojców polskiej niepodległości Roman Dmowski, ugościł wtedy Rosjanina u siebie, okazując mu wielką przyjaźń i atencję, a ten odwdzięczył mu się mianem "niekoronowanego króla narodowców". Logicznym dopełnieniem wzajemnych umizgów było powstanie wiosną 1926 roku w Warszawie Polsko-Sowieckiej Izby Handlowej, naszpikowanej agentami Razwiedupru.
Wyraz "normalizacja" stał się zaklęciem większości polskich elit politycznych. Nawet stary wojownik Józef Piłsudski, który w maju 1926 roku zdobył władzę w wyniku zamachu stanu, dał zielone światło różnym dyplomatom, którzy w wywiadach prasowych szafowali tym słowem na prawo i lewo. Nie trzeba tu dodawać, jak bardzo wzburzeni byli tym polscy prometejczycy.
W tej beczce miodu, jaką były w latach dwudziestych sukcesy sowieckiej dyplomacji i jej służb specjalnych, znalazła się też łyżka dziegciu. Była nią sprawa Maurice'a Conradiego. Temu Rosjaninowi szwajcarskiego pochodzenia bolszewicy w czasie rewolucji zabili ojca, brata i wuja. Poprzysiągł on zemstę i w roku 1923 zemsty tej dokonał na ich wybitnym przedstawicielu, rezydującym w Szwajcarii dyplomacie sowieckim Wacławie Worowskim. W lozańskim hotelu Cecille zastrzelił go i oddał się w ręce policji. Proces Conradiego był szeroko relacjonowany przez europejską prasę i zamienił się w sąd nad bolszewickim reżymem. Trybunał, poruszony elokwencją słynnego adwokata Théodore'a Auberta opisującego potworności rosyjskiej rewolucji, uniewinnił Conradiego, uznając jego czyn za "idealistyczny". Na Kremlu zawrzało. Helwetów zaatakowano na dwóch frontach, na obu zresztą nieskutecznie. Rosja zerwała stosunki handlowe ze Szwajcarią, co zamożnych mieszkańców tego alpejskiego kraiku niewiele obeszło. Drugi front natomiast stał się domeną służb specjalnych. To one pod wodzą polskiego renegata Feliksa Dzierżyńskiego wzięły na celownik mecenasa Auberta, który był tak poruszony historią bolszewickiego bestialstwa, że założył coś w rodzaju międzynarodówki antykomunistycznej. Ów nieustraszony alpinista był dwukrotnie celem zamachu sowieckich służb specjalnych i dwukrotnie uszedł z życiem.
O sprawie Conradiego dużo pisano nad Wisłą, a na biurka szefów polskiego wywiadu i kontrwywiadu codziennie trafiały relacje ze szwajcarskiej sali sądowej. Te wszystkie materiały major Florian Tyzenhauz, wybitny prometejczyk, bardzo starannie zbierał, selekcjonował i przekazywał kopistom. Robił to kierowany pedantycznym usposobieniem. Nie sądził, że kiedyś wszystkie one bardzo mu się przydadzą.
- Zostanę uniewinniony jak słynny Moris Morisowicz Konradi? - zapytał Borys Kowerda. - Ale przecież inny zamachowiec, Smaragd Łatyszenko, został skazany na dwanaście lat! A też dokonał swego czynu z pobudek idealistycznych!
Popielski długo zastanawiał się nad odpowiedzią. W ten ciepły kwietniowy poranek roku 1927 siedzieli obok siebie na północnym zboczu wileńskiej Góry Zamkowej, zwanej również Górą Gedymina, i palili papierosy. Wyglądali na dwóch przyjaciół albo na ojca i syna, którzy rozkoszują się krystalicznym powietrzem poranka i podziwiają wspaniały widok na Antokol, jaki rozpościerał się przed ich oczami. Spomiędzy świerków i dębów błyskały niebieskie, łączące się tutaj, wstęgi rzeki Wilii i jej dopływu Wilejki. Za jej ujściem wykwitała posępna, lecz malownicza bryła więzienia wojskowego położonego nad samym brzegiem. Nieco dalej znajdowało się boisko Szóstego Pułku Piechoty Legionów, skąd dochodziły teraz okrzyki żołnierzy rozgrywających poranny mecz piłki nożnej. Bardziej na wschód widoczne były koszary oraz Góra Trzykrzyska, ozdobiona potężnymi trzema krzyżami dla odpędzania litewskich pogańskich duchów, które - jak podawały legendy - wracały chętnie tam, gdzie przed wiekami syciły oczy kaźniami dokonywanymi na rozkaz Kiejstutów i Olgierdów.
Minęło już pięć miesięcy od czasu, jak Popielski zamieszkał w Wilnie. Swoją misję pedagogiczną doprowadził do szczęśliwego końca, i to przed czasem. Uczeń był bardzo dobrze przygotowany zarówno do zdania egzaminu z łaciny, który umożliwiłby mu promocję do klasy maturalnej, jak i do zabicia ambasadora Wojkowa, za co - jak obiecywał mu preceptor - zostanie na pewno uniewinniony.
Pojawił się też skutek uboczny tych korepetycji, które były jednocześnie ukrytą inspiracją. Nauczyciela i ucznia połączyła silna więź. Edward polubił chłopca i czuł się za niego odpowiedzialny, Borys - porzucony de facto przez ojca - widział w swym korepetytorze mentora i przewodnika duchowego. Od czasu gdy Popielski po sutym śniadaniu w hotelu St. Georges odwiedził go i zasugerował zabicie Wojkowa, Kowerda obsesyjnie wracał do tej kwestii. Gdyby Edward zdecydowanie nie oponował i nie zmuszał podopiecznego do rozbioru gramatycznego Wergiliańskich czy Horacjańskich tekstów, to ten pewnie by nie mówił o niczym innym jak tylko o zamachu na ambasadora, "podłego i zdradzieckiego mordercy cara". Kiedy chłopak w marcu pokazał Popielskiemu siedmiostrzałowy rewolwer Mauzer, który - jak twierdził - dostał, by chronić przed komunistami wydawcę tygodnika "Białoruskie Słowo", preceptor udał się natychmiast do Państwowych Zakładów Naftowych przy Jagiellońskiej 8, gdzie pan Erazm Bisping odebrał od niego meldunek składający się z dwóch słów: "Zapłon zaskoczył".
- I co, panie profesorze? - zniecierpliwił się Kowerda. - Nic mi pan nie odpowie na mój argument o Łatyszence?
- Przepraszam. - Popielski się uśmiechnął. - Chyba zapadłem tu w sen jak Gedymin przed wiekami... Tylko że mnie się nie śnił żelazny wilk i ja nie założę tu żadnego grodu. Ale wracając do twojego pytania, chłopcze. Powiedz mi, dlaczego mnich Smaragd Łatyszenko zabił cztery lata temu w Warszawie metropolitę Jerzego.
- Bo metropolita Jerzy Jaroszewski chciał polski Kościół prawosławny oderwać od Moskwy, a Łatyszenko uważał tę secesję za zbrodnię.
- Dobrze. To powiedz mi teraz, który z nich dwóch realizował interesy Moskwy.
- Oczywiście Łatyszenko, jego czyn był po myśli Rosjan. Oni chcieli, by Cerkiew w Polsce była niemalże ich agenturą!
- Dziwisz się więc, że polski sąd skazał na dwanaście lat kogoś, kto działał w interesie Moskwy? To przecież jasne jak słońce, które teraz przygrzewa nam w plecy.
Borys obejrzał się za siebie. Za nimi w pełnym słońcu stała ośmiokątna Baszta Gedymina z powiewającą na wietrze polską flagą.
- Ty po zastrzeleniu Wojkowa będziesz w zupełnie innej sytuacji niż prorosyjski Łatyszenko - ciągnął Popielski. - Adwokatom tego mnicha trudno było go bronić. Owszem, jego czyn był idealistyczny, ale wynikał z jakichś teologicznych mrzonek, bo oderwanie polskich wyznawców prawosławia od ich moskiewskich zwierzchników miało być zdaniem oskarżonego świętokradztwem. A to już jest kwestią wiary, której sąd nie podzielał. Tymczasem twój czyn, młodzieńcze, będzie karą za okrucieństwo rewolucji. Już widzę, jak najsławniejsi adwokaci rzucą się, aby bronić cię gratis i pro publico bono. Ich nazwiska staną się sławne w całej Polsce, kiedy będą wychwalali twój młodzieńczy idealizm! Jak słynny Aubert, który reprezentował Conradiego, tak teraz jakiś legendarny obrońca lwowski czy warszawski odmaluje zbrodnie bolszewizmu z całą siłą swej elokwencji. Demonstracje pod sądem domagające się twojego uniewinnienia również wywrą presję na sędziów. I oni cię puszczą wolno, Borysie, a tłumy będą wiwatować! Wrócisz do swej matki i siostry opromieniony sławą bohatera. Wszystko to się stanie pod jednym wszakże warunkiem: po zastrzeleniu Wojkowa oddasz się w ręce policji ze słowami, że zabiłeś go jako symbol nieludzkiego terroru. Jeśli będziesz uciekać albo, nie daj Boże!, strzelać do policji, to czeka cię zagłada.
Uczeń zasępił się i spojrzał z obawą na nauczyciela.
- A pan profesor? - powiedział cicho, a potem podniósł głos. - A pan?! Przecież pan również będzie szedł z rewolwerem na tę kanalię. Tak się umawialiśmy. Pan też odda się policji? Wtedy nie będę się mógł bronić w sądzie, że jako idealista działałem w pojedynkę! Pańska obecność będzie świadczyła o spisku, a spisek to przecież premedytacja, nie idealizm!
Wojkow zabił mi rodziców i każdy polski sąd uzna moją zemstę za uzasadnioną. - Popielski chciał powtórzyć argumentację, do jakiej Tyzenhauz się uciekł we lwowskiej kawiarni Warszawa, ale ugryzł się jednak w język i nie rzekł nic.
Pojawienie się nauczyciela, który ni stąd, ni zowąd zasugerował Kowerdzie zabicie ambasadora, można by jeszcze śmiało uznać za przypadek. Gdyby jednak Edward się przyznał, iż zabójstwo jest częścią jego osobistej vendetty, chłopak mógłby się poczuć potraktowany instrumentalnie. Poza tym byłoby nadzwyczaj podejrzane, że ów mściciel nagle się zjawia w życiu Borysa jako korepetytor w chwili, gdy uczeń potrzebuje tych korepetycji jak kania dżdżu. To wszystko wyglądałoby na jakiś niecny tajemniczy plan, a nikt nie chce być marionetką w rękach nieznanych manipulatorów.
- Nie martw się o mnie - odpowiedział w końcu Popielski. - Ja będę cię chronił, a zabiję Wojkowa tylko wtedy, gdy chybisz. Katem i mścicielem w jednej osobie zostaniesz ty, a ja pomocnikiem kata. Ty zabijesz, a ja dobiję. Ty będziesz sztyletnikiem jak ci zdecydowani młodzi ludzie, co w czasie powstania styczniowego swoje ostrze kierowali przeciwko...
Popielski zawahał się i umilkł. Nie dokończył: "przeciwko ludziom cara, jego najwyższym urzędnikom". Wszak miał do czynienia z admiratorem monarchy! Kowerda tego nie zauważył. Jego myśli krążyły w innych rejonach.
- Sztyletnik. - Chłopak się uśmiechnął. - Ładnie to brzmi po polsku. A jak byłoby to po łacinie?
- Sicarius - odpowiedział nauczyciel. - Jest też polska forma: sykariusz.
Młodzieniec powoli powstał z miejsca. Jego oczy płonęły, a ramię wzniósł jakby w rzymskim pozdrowieniu.
- Wie pan profesor, dlaczego tak nalegałem, abyśmy się spotkali właśnie tutaj, na Górze Zamkowej? Dlaczego właśnie na tej polanie, na tym placyku na północno-wschodnim zboczu?
Popielski pokręcił przecząco głową.
- Być może stąpamy teraz po kościach polskich bohaterów, powstańców styczniowych. - Głos Kowerdy wznosił się w patetycznych rejestrach. - To są pańscy bohaterowie, ale i moi...
Umilkł. Edward patrzył na niego w zdumieniu - nie mniejszym niż to malujące się teraz na twarzy jakiegoś jegomościa, który w przekrzywionym kapeluszu wszedł pomiędzy drzewa, aby sobie ulżyć, a na polanie zobaczył jakiegoś młodzieńca wykonującego teatralne gesty. Stojący obok chłopca łysy mężczyzna spojrzał groźnie na intruza i poranny spacerowicz w pokrytej listowiem brudnej marynarce - najwyraźniej zasnął w lesie po wczorajszej libacji pod chmurką - pobiegł w stronę wijącej się u stóp zbocza alei Syrokomli.
- Jacy "twoi", Borysie? Wszak to byli Polacy, a ty jesteś Białorusin!
- Widzi pan te nazwiska na tablicy pamiątkowej koło krzyża? - Kowerda się odwrócił i wskazał na krzyż stojący pod Basztą Gedymina. - Tam są takie nazwiska jak Zygmunt Sierakowski, Konstanty Kalinowski, Bolesław Kołyszko. Powieszeni przez Moskali na placu Łukiskim, a potem pochowani po cichu, pohańbieni brakiem pogrzebowej ceremonii. Miałem w szkole białoruskich kolegów o podobnych nazwiskach. Ci powstańcy mówili po polsku, ale rozumieli po białorusku, litewsku, żydowsku! To sól tej ziemi, sól mojego Wilna!
Nagle podszedł do Popielskiego i nieoczekiwanie chwycił go za ramiona.
- Zrobimy to, panie profesorze! Zabijemy gada! - krzyknął. - Tu, na Górze Zamkowej, pod Basztą Gedymina Białorusin zawiera przymierze z Polakiem! Niech będzie ono proroctwem przyszłej białorusko-polskiej federacji, do której niech dołączą inni: Żmudzini, Łotysze, Litwini i Ukraińcy! Niech się spełni sen o wielkiej Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu języków! Dzisiaj zawieram tutaj z panem przymierze! Ślubuję, że dokonam mordu założycielskiego. Jak Romulus zabił Remusa i założył Rzym, tak i my, zabijając naszego słowiańskiego brata, ale też ambasadora szatańskiego reżymu, położymy podwaliny pod przyszłe międzymorskie mocarstwo, pod civitas intermarina!
Sięgnął po teczkę leżącą w trawie. Otworzył ją. Słońce błysnęło na ostrzu bagnetu.
- Zawieramy tu przymierze. - Rozciął sobie skórę na przedramieniu, w stronę przegubu spłynęła ciemna strużka krwi. - Ja ślubuję, że zabiję ambasadora piekieł Piotra Wojkowa. Ślubuję, że nigdy pana nie wydam, w najgorszym śledztwie, w najgorszych katuszach! Pan Bóg powiedział w Drugiej Księdze Kronik: "Nie wiecie, iż Pan Bóg Izraelski podał królestwo Dawidowi nad Izraelem na wieki, jemu i synom jego przymierzem soli". Tak, sól konserwuje, sól potwierdza. Oto zawieram z panem przymierze soli, panie profesorze!
Kowerda posypał ranę solą i zacisnął usta. Ani jęk się z nich nie wydobył. Edward sięgnął po bagnet pobrudzony krwią swego ucznia. Wyjął z mankietu złotą spinkę z bursztynem, zawinął ją w czystą chusteczkę. Powoli podwijał rękaw koszuli. Młodzieniec przygryzał wargi i nie spuszczał z niego oczu.
- Ślubuję - powiedział Popielski dobitnie i przeciął skórę poniżej łokcia - że dobiję Piotra Wojkowa, jeśli twój strzał będzie niecelny. Ślubuję, że zrobię wszystko, abyś uniknął więzienia!
Krew wylała się z rany ciepłym strumykiem. Popielski podał Kowerdzie dłoń. Ich skrwawione ręce mocno się zwarły.
Góra Gedymina, pamiętająca pogańskie jeszcze czasy, nadała mistycznego znaczenia temu przymierzu.
Przez całe swoje późniejsze życie Popielski żałował, że je zawarł.
Warszawa, wtorek, 7 czerwca 1927 roku,
godzina dziewiąta rano
Wykład profesora Rogera Greymore'a trwał już prawie trzy kwadranse. Mówca widział lekkie znużenie studentów, ich ukradkowe ziewnięcia, spojrzenia kierowane pod ławkę na ekraniki telefonów, by sprawdzić, która godzina albo czy są jakieś nowe informacje w mediach społecznościowych.
- Poproszę jeszcze o kilka minut uwagi. - Uśmiechnął się do słuchaczy. - Wiem, że po punkcie kulminacyjnym mojego wykładu, jakim było zabójstwo ambasadora Wojkowa, w ówczesnej nomenklaturze zwanego również posłem, odczuwacie naturalną chęć wytchnienia. Zaraz przejdziemy od historii do teraźniejszości i wrócicie do Coventry Anno Domini 2019. Ale zanim to zrobicie, proponuję, abyście nie opuszczali krainy przeszłości, lecz przenieśli się duchem z Warszawy do Londynu Anno Domini 1927. Ta wędrówka, mam nadzieję, będzie chwilowym urozmaiceniem, odpędzi senność i zamknie pierwszą część naszego wykładu.
Studenci oderwali oczy od telefonów, spojrzeli na wykładowcę z uwagą, niektórzy wyjęli z kieszeni paczki papierosów i położyli je na pulpicie, inni potarli oczy i skronie. Byli gotowi na nowe punkty kulminacyjne.
- A zatem jesteśmy w Londynie, stolicy imperium, w którym słońce nie zachodzi. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że działa tutaj cała siatka sowieckich szpiegów. Na Trafalgar Square albo na Saville Road ich może nie ma, ale w robotniczych dzielnicach East Endu wprost się roi od komunistycznych agitatorów. Rosja Sowiecka słusznie uważała Anglię, bo tak będziemy teraz w skrócie nazywać Zjednoczone Królestwo, za swojego najpoważniejszego przeciwnika w ówczesnej Europie, za najsilniejsze mocarstwo świata i ostoję znienawidzonego imperializmu. Nic zatem dziwnego, że szpiegowskie działania przeciwko ojczyźnie Karola Dickensa stały się na Kremlu priorytetem. Funkcjonariusze Wydziału Wywiadu Zagranicznego, czyli INO...
Przerwał i napisał po rosyjsku oraz w transkrypcji Innostrannyj Otdieł. Wiedział, że pisanie na tablicy, i to w obcym alfabecie, zawsze ożywia audytorium.
- ... funkcjonariusze Wydziału Wywiadu Zagranicznego powołanego w roku 1920 wypowiedzieli Anglii tajną wojnę. Prowadzili ją, jak to zawsze w Rosji, a i dzisiaj podobnie, pod przykrywką organizacji gospodarczych. Jedną z nich była firma Arcos zajmująca się oficjalnie zacieśnianiem sowiecko-brytyjskich kontaktów handlowych. Od początku stała się ona obiektem dyskretnych obserwacji Scotland Yardu. Inwigilacja ta stała się jeszcze intensywniejsza, kiedy do władzy w roku 1924 doszli konserwatyści, a premier sir Stanley Baldwin krzyknął w stronę Moskwy: "Ręce precz od Anglii!". Nastąpił wtedy okres wojen podjazdowych, na otwarty atak trzeba było zaczekać trzy lata. A przypuszczono go 12 maja 1927 roku, niecały miesiąc, powtarzam, niecały miesiąc przed zabójstwem w Warszawie Piotra Wojkowa. Proszę dobrze zapamiętać tę zbieżność czasową!
Nabrał tchu i zaczął relacjonować wydarzenia w tempie komentatora sportowego:
- Tegoż to dnia o czwartej trzydzieści po południu do siedziby wspomnianego Arcosu przy Moorgate 49 w Londynie weszło dziewiętnastu detektywów ze Scotland Yardu wraz z towarzyszącymi im umundurowanymi policjantami w liczbie dwudziestu jeden. Dołączyło do nich trzydziestu strażników miejskich, czyli funkcjonariuszy Metropolitan Police. Razem siedemdziesięciu mężczyzn. Zajęli oni błyskawicznie wszystkie piętra i prawie wszystkie pokoje. Mówię "prawie", ponieważ jeden pokój, pozbawiony klamek, był zamknięty od wewnątrz, a zabarykadowany tam urzędnik sowiecki, szef szyfrantów, niejaki Anton Miller, pośpiesznie palił papiery. Nie udało mu się jednak zniszczyć wszystkich. Po wyważeniu drzwi policjanci znaleźli liczne dokumenty potwierdzające ścisłą współpracę Międzynarodówki Komunistycznej z partiami komunistycznymi w Wielkiej Brytanii i Ameryce. Znaleziono dowody na działalność wywrotową tajnych służb sowieckich skierowaną przeciwko Anglii oraz na szkolenie dywersantów na statkach Arcosu. Nie mówiąc już o szyfrach, adresach i kontaktach, które natychmiast zaczęto sprawdzać. Akcja była szybka, brutalna, "chuligańska", jak wrzeszczeli angielscy pożyteczni idioci i gazety rosyjskie, oraz... całkowicie bezprawna, bo Rosjan, zgodnie z zawartym w roku 1920 porozumieniem, chroniły immunitety handlowe. A jednak wbrew temu, co zarzucała jej opozycja, z Partią Pracy na czele, była ona także niezwykle skuteczna. Sowieckie służby specjalne otrzymały bolesny cios, z którego zdołały się podnieść dopiero w latach trzydziestych, kiedy to stworzono jedną z najgroźniejszych i najskuteczniejszych grup szpiegowskich w historii, a mianowicie Piątkę z Cambridge. Wróćmy jednak do burzliwych wydarzeń z maja dwudziestego siódmego roku. Po ataku na Arcos z Anglii wydalono ponad czterysta sowieckich personae non gratae, z ambasadorem Arkadijem Rosenholcem na czele.
Wykładowca uśmiechnął się tajemniczo.
- Mówi wam coś to nazwisko? Tak, to ten sam, który wracając do Moskwy, spotkał się w Warszawie ze swoim przyjacielem Piotrem Wojkowem. Może ich spotkanie było przypadkowe, a może ustalone dużo, dużo wcześniej. Tego nie wiemy. Wiemy natomiast jedno: propagandowe wykorzystanie śmierci carobójcy z całą pewnością było już częścią dobrze zaplanowanej akcji. Podniósł się krzyk, że zabójstwo Wojkowa jest jednym z etapów wielkiej imperialistycznej krucjaty podjętej przez Anglię obok akcji "Arcos" i innych drobniejszych incydentów. Czyż nie budzi się teraz w was choćby cień podejrzenia, że zamach dokonany przez Kowerdę przydał się trochę Rosji w propagandowej nagonce na Londyn? Że był jej na rękę? Że trochę racji mógł mieć mieszkający w Genewie, uznany za szalonego, brat Wojkowa, który w liście do krakowskiej gazety "Ilustrowany Kurier Codzienny" twierdził, że to Arkadij Rosenholc miał zabić Wojkowa, ale Kowerda nieświadomie odwalił za niego całą brudną robotę? A czy istniały inne powody, dla których ktoś w Moskwie mógł pragnąć śmierci Wojkowa? Otóż tak! Na grobie pod murami Kremla napisano, że był bohaterem, ale już nie wspomniano, że Piotr Wojkow kompromitował dyplomację sowiecką, a wszystkie zaproszenia na warszawskie salony omijały go łukiem ku rozpaczy jego żony. Nie było oczywiście wzmianki, że osiągnął on prestiżowe dno, kiedy jego erotyczne wyczyny na ławkach w jednym z warszawskich parków stały się głośne, a dopiero ostre reakcje, być może i samego Cziczerina, sprawiły, że wynajął na stałe pokój w jednym z tanich hotelików i przyjmował tam uliczne damy. Nikt nie wyrył na nagrobnej płycie słów, że ten malwersant, który wydawał garściami państwowe pieniądze, śmiał się wszystkim w twarz i nie bał się żadnych konsekwencji, ponieważ chodził w glorii tyranobójcy! Tak, moi drodzy, trzeba przyznać, że na Kremlu nie wszyscy płakali po Wojkowie. - Greymore spojrzał na zegarek. - Gdybyż o tym wszystkim wiedział nasz Edward Popielski, toby się kilka razy zastanowił, czy zimą 1926 roku przyjąć propozycję Tyzenhauza. Tymczasem nasz policjant popadł w nowe tarapaty. Zaraz po wyjściu z sądu został aresztowany. Ale o tym opowiem państwu po przerwie.
Popielski wyszedł z kościoła Kapucynów, gdzie spędził prawie trzy kwadranse, usiłując ochłonąć po wyroku, jaki został wymierzony Borysowi Kowerdzie. Obszedł gmach sądu i znalazł się na ulicy Hypotecznej, a potem Daniłowiczowską dotarł do Bielańskiej. Mimo że w czasie swej ostatniej bytności w stolicy nie odwiedził tego rejonu miasta, a przecież lubił poznawać nowe miejsca, teraz nie zwracał większej uwagi na otoczenie. Nie spojrzał nawet na gmach nieczynnego Teatru Bogusławskiego ani na potężny Bank Polski przypominający angielskie zamczysko. Nie patrzył na boki ani przed siebie z obawy, że musiałby komuś spojrzeć w oczy i dostrzegłby tam potępienie swojego postępku, przez który szlachetny i zdolny młodzieniec straci piętnaście lat życia i dopiero w roku czterdziestym drugim wyjdzie z więzienia - zapewne jako człowiek chory, zgorzkniały, zdegenerowany.
Szedł noga za nogą, wbijając wzrok w trotuar i nie osłaniając głowy przed palącym słońcem, jakby w ten sposób chciał sam siebie ukarać. Nagle ujrzał wypastowane wysokie buty i jasnokawowe spodnie. Nie musiał podnosić wzroku. Wiedział, jakiego koloru jest latem dolna część umundurowania polskich policjantów.
- Pójdzie pan z nami! - usłyszał warknięcie.
Stali przed nim dwaj posterunkowi w czapkach i w letnich granatowych bluzach z przewiewnego materiału. Ich oczy patrzyły uważnie i nie można się było w nich doszukać pogardy czy kpiny. Byli spięci, skoncentrowani, spoceni.
- Na jakiej podstawie? - wykrztusił.
- Podejrzenia o włóczęgostwo! - usłyszał.
Potrząsnął głową z niedowierzaniem. Niewyspany i psychicznie sponiewierany sądowymi zdarzeniami, wiedział, że wygląda nieszczególnie bez nakrycia głowy i krawata. Do włóczęgi było mu jednak daleko. Nie zionął alkoholem, nie śmierdział moczem ani gnojem. Wyglądał jak człowiek bezrobotny lub jak majster, który włożył zwykłe ubranie - ani robocze, ani odświętne.
Czuł, że coś jest nie w porządku i że będzie chyba zmuszony podnieść głos i postawić funkcjonariuszy na baczność, zdradzając swą prawdziwą tożsamość. To jednak mogło wydarzyć się tylko na komisariacie. Tu, na ulicy, czekały go - w razie stanowczego sprzeciwu - uderzenia pałek, kajdanki i kopniaki.
- Idziesz z nami? - zapytali obaj jednocześnie. - Czy też...
Dotknęli swych pałek i krzywo się uśmiechnęli. Byli jak bliźniacy, nawet braki w uzębieniu mieli w tym samym miejscu.
- Idę - odparł Popielski.
Wskazali mu miejsce pomiędzy sobą. Ruszyli ulicą Daniłowiczowską, którą otwierał potężny ośmiopiętrowy gmach, a tuż za nim ciągnęły się małe kamieniczki, wręcz domki z płotami, zza nich zaś łypali na Popielskiego ciekawscy. Po chwili posterunkowi i ich aresztant wchodzili do okazalszej nieco kamienicy z szyldem "Komisariat XII".
W środku było tak jak we wszystkich komisariatach w Polsce. Brązowe malowano na olejno lamperie i brudna podnoszona lada. Za ladą siedział zły na cały świat dyżurny, a nad jego głową zwisał smętnie lep na muchy. Pod ścianami stały szafki na akta i stary samowar. Śmierdziało też tak jak we wszystkich komisariatach: marnym tytoniem palonym przez aresztantów, ciężkimi kwiatowymi perfumami, którymi skrapiały się prostytutki, i przetrawionym alkoholem bijącym od pijaków. Wszyscy stali teraz za kratami i wpatrywali się w nowego aresztanta.
Do tego wszystkiego dołączyła się także przenikliwa woń potu. Popielski uświadomił sobie, że dochodzi ona nie tylko od otyłego policjanta, który wstał od lady, ale - o zgrozo! - od niego samego.
Dyżurny otarł głowę, włożył na nią czapkę i poprawił pasek pod brodą. Spoglądał na Edwarda dłuższą chwilę, sapiąc przy tym potężnie. W jego małych oczach, ledwie widocznych pomiędzy rumianymi policzkami a spuchniętymi nieco powiekami, pojawił się jakiś cień. Pagony munduru, obszyte białym otokiem, były puste, co wskazywało na rangę starszego przodownika.
- Wsadzić go do dwójki! - krzyknął na swoich podopiecznych i odwrócił się plecami do Popielskiego.
Jeden z posterunkowych wskazał Edwardowi drogę. Ten porzucił myśl ujawniania się. Pociąg do Lwowa miał dopiero późnym wieczorem, chciało mu się spać, a prycza w areszcie raczej nie odstręczała tego starego wojaka, któremu w czasie wojny bolszewickiej zdarzało się sypiać po lasach, krzakach i pod mostami.
Coś go jednak zaniepokoiło i chwilowo odpędziło sen. Nie przeszukano go, nie spisano żadnego protokołu. To mogło oznaczać jedno: z jakichś względów nie chcą go mieć w ewidencji. Pozostawało tylko pytanie o owe względy. Odpowiedzi mogły być dwie - uspokajająca i złowroga. Zgodnie z pierwszą policjanci byli leniwi i w tym upale nie chciało im się działać. Zamierzali wkrótce wypuścić spokojnego i trzeźwego człowieka, na jakiego, miał nadzieję, wyglądał. Czemu jednak w takim razie jeszcze tego nie zrobili? I tu pojawia się odpowiedź złowroga. Dostali rozkaz z góry, aby go zatrzymać, a po chwili się zjawi ktoś z tejże góry i zacznie go przesłuchiwać. To by zaś oznaczało, że rozpoznał go na sali jakiś tajniak, który powiadomił zwierzchników, a jego samego śledził później i w kościele, i podczas smutnego spaceru uliczkami Śródmieścia.
Po minucie znalazł się w pojedynczej celi, do której wchodziło się osobnym korytarzem. Na ścianach zobaczył nie tylko wyżłobienia wyryte łyżkami do zupy czy też dziury, powstałe, gdy ktoś uparcie tarł monetą o tynk. Wszędzie widniały też daty, imiona, krzyże i serca przebite strzałą. Za tym wszystkim kryły się banalne historie więzienne - ktoś wyznawał miłość, ktoś mówił o cierpieniu, a jeszcze ktoś pisał intymny pamiętnik.
Popielski położył się na pryczy. Zdjął już wcześniej marynarkę, zwinął ją w kłębek, po czym tę prowizoryczną poduszkę podłożył sobie pod głowę. Z niechęcią pociągnął nosem i zapadł w sen.
Ale nie był to pokrzepiający sen, lecz dławiący koszmar. Śniło mu się, że jest właśnie tutaj, w tej celi, i co chwila ktoś podchodzi do krat, spoziera przez nie ze złością i wypowiada oskarżenia pod jego adresem.
- Nie zasługujesz, Edwardzie, na miłość moją i dziecka. - Leo przesunęła swoimi smukłymi palcami po kratach, jakby grała na harfie. - Bo jesteś podlec, a podleca nie możemy kochać. Spójrz na swoje nacięcie na przedramieniu, które posypałeś solą. Spójrz, wymacaj je i obwieszczaj wszystkim, krzycz: "Pusta obietnica! Pusta obietnica!".
- Tak, pusta! Bez pokrycia - mówił z rosyjskim akcentem Sofroniusz Kowerda, który przy kracie zastąpił Leokadię. - Ty dał mojemu nieszczęsnemu chłopcu pustu obietnicu. Ślubował mu, że zrobisz wszystko, żeby nie trafił do tiurmy, ale ślubów ty nie dotrzymał, a?
- Silne uczucia rodzinne cię ogarnęły, prawda? - śmiała się Leo, która stanęła obok ojca skazanego. - Bałeś się, że trafisz do więzienia, jeśli się przyznasz do współudziału w zamachu. Bałeś się, że zostaniemy wtedy biedne, same. Ja będę musiała poszukać sobie bogatego kochanka, takiego, co bardziej na intelekt patrzy niż na ciało, bo moje już podwiędło nieco. Czterdzieści trzy lata to nie wiek dla rozpustnicy, ale na heterę, z którą się dyskutuje, to już chybabym się nadawała, n'est-ce pas? Wiem, że tego się bałeś i dlatego nie pomogłeś temu biednemu młodzieńcowi. Teraz pewnie rozsadza cię złość i energia! Chciałbyś wiedzieć, dlaczego sąd wymierzył tak wysoki wyrok. Chciałbyś poprowadzić w tej sprawie własne śledztwo i znaleźć odpowiedź: kto oprócz ciebie złamał obietnicę? Tyzenhauz? A może ktoś inny?
- Tyzenhauz zaświecił ci zierkałem w oczy? - zapytał Kowerda senior. - Zaświecił. Uratował cię przed policją? Uratował. Nawet gdyby ty wolny był i mógł śledztwo prowadzić, to co? Co będzie, jeśli ty by odkrył, że Tyzenhauz wszystkiemu winien? Że to on popchnął mojego chłopca do zguby... Ty mu nic nie zrobisz, bo on ciebie spasił, uratował, a? Ty wdzięczny musisz być.
Leo i Sofroniusz odeszli od kraty: ona ze smutnym uśmiechem, on ze łzami w kaprawych oczach. Ich miejsce zajął mężczyzna średniego wzrostu, o nieco przydługich włosach, które nadawały mu wygląd artysty.
- Musi pan teraz zniknąć na jakiś czas - mówił cicho, lecz wyraźnie Tadeusz Chłapowski, wiceprezes Krajowego Towarzystwa Naftowego. - Nie wiemy, czy Kowerda pana jednak nie wyda. Ślubowanie ślubowaniem, ale ręce wrogów prometeizmu sięgają również poza mury więzień i mogą do wszystkiego zmusić ludzi o wiele silniejszych psychicznie niż ten chłopiec!
Klucz zazgrzytał w zamku. Chłapowski wszedł do celi i usiadł na pryczy. Pociągnął nosem i otworzył papierośnicę.
Edward zapalił. To już nie był sen. Dym z papierosów Wybornych Egipskich zabił odór celi. W snach byłoby to niemożliwe, w snach nie ma zapachów - chyba że dochodzą z realnego świata.
- Do Lwowa jedzie już moim autem pewien funkcjonariusz w randze kapitana. Za kilka godzin zapuka on do pańskich drzwi przy Kraszewskiego 3 i poinformuje pannę Leokadię, że pan żyje i że przez jakiś czas nie będziecie się widzieć. Roztoczy nad pańską rodziną opiekę, i tę realną, i tę finansową. Będą obserwowani przez czujne oko Dwójki.
Wstał i przeciągnął się, aż zatrzeszczały mu kości. Popielski patrzył na rozmówcę tępym, niczego nierozumiejącym wzrokiem.
- Pewnie pan ciekaw, jak tu się znalazł - ciągnął Chłapowski. - Otóż zatelefonowałem do pana do Lwowa, aby się upewnić, czy pan posłuchał zakazu, jaki wystosował Tyzenhauz. Po zamachu miał pan pozostać z rodziną i pod żadnym pozorem nie pojawiać się na rozprawie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałem od pańskiej córeczki, że wyjechał pan do Warszawy! Pewnie zabronił pan o tym mówić pannie Leokadii oraz waszej służącej. O dziecku pan nie pomyślał, a to ono akurat odebrało! - Urwał i obserwował, jak się zmienia twarz Popielskiego. Trafił w sedno. - Spodziewałem się zatem pana w Warszawie. Mój człowiek na rozprawie miał tylko jedno zadanie: rozpoznać pana. W przerwie do mnie zatelefonował. "Na sali siedzi dziwny typ w peruce, ale bez binokli, podobny do Popielskiego, spocony jak mysz", oto jego słowa. Wydałem odpowiednie rozkazy, mam pewne możliwości wpływu na warszawską policję... Należy do nich również to, że nikt nam teraz nie przeszkodzi, kiedy będziemy opuszczać - pociągnął nosem - to skądinąd śmierdzące miejsce.
Edward wstał i spojrzał ostro na Chłapowskiego.
- Co za banialuki mi pan tu opowiadasz! - ryknął. - Co mnie to wszystko obchodzi?! Chłopak trafił za kratki! A Tyzenhauz obiecał, obiecał! Że nigdy, że nigdy!
Chłapowski obejrzał się za siebie.
- Ciszej, Popielski! I bez nazwisk! Wspomniany przez pana człowiek na pewno wyjaśniłby, dlaczego nie dotrzymał obietnicy.
Aresztant zerwał się z pryczy.
- No, to niech mi to wyjaśni, do ciężkiej cholery! Gdzie on jest, kurwa jego mać?!
- W kostnicy na cmentarzu - odparł spokojnie prezes.
Dwa kwadranse później
- Jeśli się wam wydaje - powiedział profesor Roger Greymore do swoich studentów - że polska Dwójka odniosła wielki triumf, pozbywając się ze swojego terenu agenta "Batumi", bo taki miał pseudonim książę Galaktion Kwaracchelia, to jesteście w dużym błędzie.
Zaczerpnął tchu i pociągnął łyk kawy z papierowego kubka. Nie chciało mu się pić, ale kaloryfery w sali wykładowej ziały gorącym suchym powietrzem, które drapało w gardle. Poluzował krawat. Chętnie zdjąłby marynarkę, ale obawiał się, że na jego błękitnej koszuli dobrze będą widoczne plamy pod pachami. Młode lata, kiedy po całonocnym bridżu przez sześć godzin wykładał, miał już dawno za sobą. Po nieprzespanej nocy i wielogodzinnej podróży lotniczej powinien odpocząć, a nie prowadzić zajęcia akademickie. Zmęczenie musiało go w końcu dopaść.
Na zewnątrz już od dawna świeciły latarnie. Ich niebieskawe ostre światło ujawniło wstydliwe, brudne zacieki na szybach. Nikt nie zwracał na nie uwagi. Były tu od zawsze. Ktoś syknął niecierpliwie. Oznaczało to: "Zasnąłeś, profesorze?".
- Owszem, tymczasowo Razwiedupr stracił ważną wtyczkę w środowisku prometejskim. - Przetarł chusteczką okulary. - To był dla Sowietów pewien cios. Ale nie tak wielki, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka. W zeszłym roku udało mi się w archiwach berlińskich odkryć tajną notatkę służbową z roku 1928. Jej adresatem był prezydent policji berlińskiej Karl Zörgiebel, a nadawcą ktoś o nieczytelnym podpisie, ale o nader czytelnej pieczątce. Stało na niej "Kancelaria Ministra Spraw Wewnętrznych Republiki Niemieckiej". Tekst był następujący, cytuję z pamięci:
Uprasza się Wielce Szanownego Pana Prezydenta Policji o jak najszybsze zamknięcie sprawy samobójstwa księcia Galaktiona von Quarz-Helia. Jego samobójstwo - a zatem ex definitione brak udziału osób trzecich - nie podlega, naszym zdaniem, żadnej dyskusji i bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby Herr Polizeipräsident podzielił naszą opinię.
Tak, moi drodzy, książę popełnił samobójstwo, ale pojawia się tu naturalne pytanie, czy ktoś mu w nim nie pomógł. Notatka z ministerstwa, nakazująca zatuszować sprawę, byłaby pewnym argumentem za tą tezą. Zamierzam dokładnie się tej kwestii przyjrzeć w książce, którą teraz piszę pod roboczym tytułem Międzywojenny Berlin - mekka sowieckich szpiegów.
Greymore dostrzegł w oczach jednej ze studentek ironiczny błysk. Pewnie widziała niejednego profesora chełpiącego się wiekopomnymi badaniami, które aktualnie prowadzi.
- A tymczasem w Warszawie podpułkownik Schaetzel zamknął się w piwnicy razem z Włodzimierzem Chorążukiem. Towarzyszyli mu dwaj ludzie, którzy tej nocy nie próżnowali, bo rano bardzo bolały ich knykcie. Na drugi dzień przyjechali ich zmiennicy, którzy ze zdumieniem patrzyli na obdarte pięści swych kolegów. Niedługo ich własne wyglądały podobnie. Po trzech dniach Schaetzel zarządził, aby ludzi torturujących jego byłego adiutanta zaopatrzyć w rękawice bokserskie. Szef Dwójki uznał za swój życiowy cel zdekonspirowanie siatki szpiegowskiej, która - jak sądził - zabiła jego brata i zainspirowała Borysa Kowerdę.
Profesor westchnął.
- Istnieją na tym świecie ludzie, którzy mają bardzo podwyższony próg bólu. Porucznik Włodzimierz Chorążuk do nich należał. Nie przyznał się, że jest sowieckim agentem, a kontakty z Kwaracchelią wyjaśniał po prostu swym prorosyjskim nastawieniem. Otóż Chorążuk miał być skrajnym nacjonalistą, kochał Rosjan i nienawidził Żydów, ale jak państwo widzieli, niektórych jednak trochę lubił, zwłaszcza tych płci przeciwnej. Był też, jak zeznawał, zwolennikiem normalizacji politycznych i handlowych stosunków polsko-sowieckich. Jak to możliwe, że człowiek o takich poglądach został osobistym adiutantem szefa polskiego wywiadu wojskowego? Schaetzel też zadawał sobie to pytanie. Kiedy Chorążuk wygłaszał swój polityczny manifest, niezbyt gęste włosy szefa mocno się jeżyły. Tego samego dnia trzech oficerów z działu kadr winnych przeoczenia przeszłości Chorążuka otrzymało nagłe przydziały do odległych garnizonów, a tam dyskretni informatorzy mieli im się bacznie przyglądać.
- A jak Chorążuk wytłumaczył swoje kontakty z księciem? - zapytała szczupła brunetka, która jeszcze przed chwilą widziała w nim narcyza, chwalącego się osiągnięciami.
- Zdawał sobie sprawę, tak zeznał, że Kwaracchelia jest tajnym sowieckim wysłannikiem - odpowiedział Greymore. - Ale postanowił wykorzystać dla dobra ojczyzny jego alkoholowy nałóg i skłonność do ekscesów. Mówiąc krótko, Chorążuk zamierzał przeciągnąć go na polską stronę. Taka była jego linia obrony. Schaetzel zauważył, o czym pisze w liście do Józewskiego, że porucznik, cytuję: "mówiąc o możliwości zwerbowania Gruzina, śmiał się, jakby sam nie wierzył w to, co mówi". Pomijając już przyczyny tego śmiechu, mamy tu wszak do czynienia z torturowanym, maltretowanym człowiekiem, który może zachowywać się nieracjonalnie, rzeczywiście trudno było wierzyć Chorążukowi na słowo. Po tygodniu katowania swego dawnego adiutanta Schaetzel zrozumiał, że niczego więcej z niego nie wyciągnie. Musiał przejść do działań delikatniejszych. Zlecił Popielskiemu, który na jego wezwanie powrócił po krótkim urlopie ze Lwowa, dokładne prześwietlenie przeszłości porucznika, aby znaleźć na niego, sit venia verbo, "lewar". Poszukiwania te nie przyniosły pożądanego efektu. Popielski, zagrzebawszy się po uszy w różnych archiwach, znalazł tylko jedną ciekawą informację: cała rodzina Chorążuka mieszka od pokoleń na terenie Rosji. Oczywiście naszemu śledczemu od razu przyszło do głowy, że to groźby wobec jego krewnych mogły być motywem zwerbowania porucznika do pracy dla Sowietów. Do tego jednak sam przesłuchiwany, nieco podleczony i wracający do sił, nie tylko się nie przyznał, ale wręcz pomysł wyśmiał.
Schaetzel otworzył kilka frontów w walce z Chorążukiem i z jego szpiegami. Najpierw poszedł drogą, którą pokazali mu Sowieci. Wystąpił mianowicie do Razwiedupru z zaskakującą propozycją wymiany tego sowieckiego agenta na księdza Skalskiego. Gdyby Rosjanie się zgodzili, miałby niezbity dowód na agenturalną działalność swego byłego adiutanta. Nieformalne, supertajne spotkanie i rozmowa na ten temat odbyły się w Gdańsku, czyli na neutralnym gruncie. Strony reprezentowane były przez kapitana Olgierda Andrukiewicza, drugiego adiutanta Schaetzla, który został chwilowo zwolniony z pilnowania kuzynki i córki Popielskiego, oraz - ze strony sowieckiej - przez porucznika Aleksego Popowa, alias Aleksandrsa Popovsa, byłego oficera carskiego i aktualnego rezydenta wywiadu sowieckiego w Wolnym Mieście Gdańsku. Spotkali się na statku pływającym po Motławie. Nie wiemy, jak przebiegała ich rozmowa. Wiemy natomiast, że do wymiany nigdy nie doszło. Najpewniej Sowieci zareagowali całkowitym milczeniem, a zatem niezbyt wyszukany plan Schaetzla spalił na panewce.
Sprawa porucznika zdrajcy nie była już, moi drodzy, tajemnicą, choć o jej możliwym związku z zamachem na Wojkowa wciąż wiedział tylko kwatuorwirat Schaetzel-Popielski-Józewski-Chłapowski. Do pracy nad "Sprawą Małego", bo taki kryptonim otrzymało śledztwo, przystąpiła większość warszawskich funkcjonariuszy Dwójki. Schaetzel tymczasem otworzył kolejny front działań, którego najważniejszym elementem było pewne autystyczne dziecko nazwiskiem Janusz Pirożyński.
Greymore cieszył się przez chwilę zdumieniem w oczach swych słuchaczy.
- W tamtych czasach autystyczne dzieci były uważane za nienormalne i często czekał je smutny los, zwłaszcza jeśli pochodziły z niezamożnych warstw społecznych. W najlepszym razie występowały w cyrkach lub w rewiach, gdzie dla uciechy widzów wykonywały w pamięci działania na jakichś astronomicznie wielkich liczbach. Januszek był jednak synem jednego z wiceministrów skarbu. Rodzice bardzo o niego dbali i usiłowali go leczyć. Szybko odkryli, że chłopca fascynują połączenia kolejowe. Od małego godzinami studiował rozkłady jazdy pociągów. Kiedy miał lat czternaście, dzięki rodzicielskim koneksjom został poproszony kiedyś na próbę, a tak naprawdę to dla zabicia nudy, którą czasami boleśnie odczuwał... A zatem został poproszony przez naczelnika jakiejś sporej stacji kolejowej o to, by stworzył lepszy, bardziej racjonalny plan połączeń kolejowych obejmujących tę stację. Chłopiec wykonał swoje zadanie summa cum laude. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Naczelnik ów wystąpił do ministra komunikacji z prośbą o zreformowanie połączeń zgodnie z projektem chłopca. Historia milczy o tym, czy tak się rzeczywiście stało. Wiadomo jednak, że wieść o niezwykłym młodym człowieku dotarła na salony. Właśnie w takich okolicznościach usłyszał ją podpułkownik Tadeusz Schaetzel. Postanowił wykorzystać niezwykłe zdolności Januszka.
Popielski siedział w swoim tymczasowym gabinecie na drugim piętrze siedziby Sztabu Generalnego w pałacu Saskim i przecierał oczy ze zdumienia. To uczucie nie było wywołane przez eleganckie biuro, które zajmował. Już się zdążył naekscytować tym, że pracuje tuż przy gabinecie szefa polskiego wywiadu i że przez wielu jest traktowany jako jego prawa ręka - podczas gdy, jak słusznie szeptano, "jeden adiutant okazał się szpiegiem, a drugi został dokądś wysłany z tajną misją". A zatem to nie nowa pozycja, choćby tymczasowa, takim napełniała go zdumieniem. Zdołał już ochłonąć po serdecznych gratulacjach, jakie usłyszał od wielu po aresztowaniu Chorążuka - najmilsze mu oczywiście były te od Leokadii i Rity, złożone we Lwowie. Jego głupią minę - rozszerzone oczy i półotwartą szczękę z wysuniętym nieco językiem - wywoływał teraz młodzian siedzący wraz ze swoją matką po drugiej stronie biurka.
Januszek Pirożyński przed chwilą wydeklamował był właśnie wszystkie możliwości dostania się drogą kolejową do różnych europejskich stolic. Popielski zadawał mu pytania typu:
- Jesteśmy w Warszawie, mój drogi chłopcze, mamy godzinę ósmą rano. Jak najszybciej dostać się do Wiednia z ośmioma przesiadkami?
Młody człowiek z pryszczami pokwitania na policzkach, wysoki i chudy jak szczapa, słuchał uważnie pytania, nie patrząc rozmówcy w oczy. Układał przy tym na jego biurku kostki domina. Nagle przerywał swoją pracę, wichrzył włosy - sztywne i odstające na wszystkie strony - i szybko wyrzucał z siebie nazwy stacji oraz godziny odjazdów pociągów.
Siedzący obok przy bocznym stoliku pan Antoni Ptak, zastępca naczelnika stacji Warszawa Wileńska i szef służb informacyjnych całego stołecznego węzła kolejowego, najpierw szybko notował to, co mówił Januszek, a potem wertował rozkład jazdy, zatrzymywał się na jakiejś tabeli, po czym po dłuższej chwili wolnym ruchem podciągał swe czarne aksamitne zarękawki i zdejmował binokle. Był wtedy niemalże symbolem osłupienia. Wypowiedzi chłopca idealnie zgadzały się z rozkładem.
Potem Edward podawał inne miasto i inną liczbę przesiadek, na co jego młody gość odpowiadał równie beznamiętnie i równie szybko, a pan Ptak ponawiał swoją pantomimę.
Pani ministrowa Pirożyńska, tęga kobieta cała w lokach, nie była zachwycona tymi poczynaniami, uważając - trochę nie bez racji - że oficer urządza sobie widowisko kosztem jej syna.
- No, może już wystarczy, co, panie poruczniku? - powiedziała w końcu ze złością, poprawiając sobie na głowie mały kapelusik. - Może przejdzie pan do rzeczy!
- Tak, ma pani całkowitą słuszność, szanowna pani ministrowo - odrzekł Popielski. - Już sprawdziłem nadzwyczajne zdolności tego młodzieńca. A teraz przystępujemy do najważniejszego etapu naszej pracy. Potrwa to ponad godzinę, ale sprawa jest naprawdę wagi państwowej. Zaraz potem będę miał zaszczyt odprowadzić państwa na dół. Czy wyraża pani zgodę?
- Gdyby nie to, że błagał mnie o to sam minister Sławoj-Składkowski... - Pirożyńska niechętnie skinęła głową.
- Proszę teraz dokładnie notować! - polecił panu Ptakowi gospodarz tego gabinetu i uśmiechnął się do chłopca. - Wyobraź sobie, Januszku, że jest godzina dziesiąta rano i jesteśmy na Dworcu Tymczasowym w Warszawie. Musimy szybko wyjechać do Nieświeża. Jakie by to były połączenia?
Wtedy rozległy się nagle dzwony na wieży pobliskiego kościoła Wizytek. Chłopiec wsłuchiwał się uważnie w ich dźwięki i nic nie mówił.
- On teraz analizuje wysokość tonów - powiedziała z niejaką dumą pani ministrowa. - Proszę powtórzyć to pytanie!
Popielski powtórzył, a potem przez ponad godzinę podawał chłopcu nazwy różnych miast Rzeczypospolitej, gdzie - tak jak w Nieświeżu - znajdowały się więzienia. Januszek sypał godzinami odjazdów i nazwami geograficznymi, a pan Ptak zapisywał wszystko w pocie czoła.
Minęło półtorej godziny i młody człowiek wybornie spełnił swe zadanie. Urzędnik kolejowy miał jeszcze porównać informacje podane przez chłopca z rozkładem jazdy. Zmęczony nieco bohater całej akcji i jego mama zostali odprowadzeni przez Popielskiego na dół, a tam oddani w ręce młodego przystojnego podoficera, który miał za zadanie zabrać na ciastka do Bristolu panią Pirożyńską z synem oraz dotrzymać im tam towarzystwa. Ministrowej wrócił dobry humor. To wszystko w ciągu najbliższych dni powtórzono jeszcze pięć razy. W ten sposób zarejestrowano połączenia kolejowe z Warszawy do wszystkich trzystu trzydziestu siedmiu miast, gdzie mieściły się zakłady karne. Pierwszy etap akcji tropem "więziennego prześcieradła" dobiegł końca.
Po tej pracy wstępnej Popielski kazał przepisać listę połączeń kolejowych dwóm maszynistkom, co te uczyniły błyskawicznie. Teraz akcja przebiegała dwutorowo. Najpierw sporządzono spis tych wszystkich trzystu trzydziestu siedmiu więzień na terenie Rzeczypospolitej. Dwaj analitycy z nowo utworzonego referatu statystycznego sztabu oraz czternastu przydzielonych im ad hoc pracowników cywilnych innych działów Sztabu Generalnego dzwonili i telegrafowali przez dwa dni do trzystu dwóch zakładów karnych i wypytywali o to, czy między 7 a 14 czerwca tegoż roku nie odnotowano zwiększenia się liczby osadzonych o jakiegoś więźnia albo czy nie zauważono, że kogoś w skrytości, pod osłoną nocy, umieszczano w danym zakładzie. W pozostałych trzydziestu pięciu więzieniach, tych położonych w większych miastach, wywiadowcy z miejscowych ekspozytur Dwójki oraz policji politycznej zgłosili się osobiście po takie właśnie informacje. Po tygodniu analitycy mieli pełny wykaz. W ciągu wspomnianych czerwcowych dni przyjęto do polskich więzień dwudziestu dziewięciu nowych osadzonych, którzy wciąż żyją i mają się dobrze, o ile za dobry można uznać pobyt za kratami. Nie zauważono również żadnych tajemniczych i nieewidencjonowanych przyjęć.
Zanim dwaj pracownicy referatu statystycznego sporządzili swój krótki raport, bynajmniej nie próżnowali. Otrzymawszy do pomocy pięciu studentów matematyki uniwersytetu i tyleż telefonistek, całymi dniami telefonowali i telegrafowali do komisariatów i posterunków policyjnych w bardzo wielu miejscowościach Rzeczypospolitej, które wymienił chłopiec. Znajdowały się w nich siedziby zakładów karnych oraz miejsca ostatnich przesiadek, bez których nie można się było dostać do więzienia drogą kolejową. Wzięto pod uwagę tylko te połączenia kolejowe, które spełniały dwa warunki: po pierwsze - rozpoczynały się w Warszawie mniej więcej o dziesiątej, czyli po zabiciu Wojkowa, po drugie - odstęp czasowy pomiędzy różnymi przesiadkami w drodze do więzienia nie mógł być zbyt duży. Doprawdy dwaj kolejarze pilnujący eleganckiego mężczyzny na jakiejś podrzędnej stacyjce, pełnej ciekawskich ludzi, zaraz ściągnęliby na siebie zainteresowanie policji, gdyby tam siedzieli wiele godzin! Dlatego albo na stacjach przesiadkowych musieli być krótko, albo czekając na kolejny pociąg, musieli więzić gdzieś Tyzenhauza.
Skontaktowano się zatem z policjantami i wydano im stosowne rozkazy. Funkcjonariusze mieli wypytać kogo tylko mogli, czy w tamtych czerwcowych dniach nie pojawili się w okolicach dworca dwaj kolejarze, którzy by nieśli czy prowadzili chorego lub bezprzytomnego mężczyznę. Ponieważ już wcześniej ustalono ich nazwiska: Ksawery Składnik i Henryk Jugerman, wszędzie je podawano wraz z ich rysopisami.
Ta gigantyczna praca trwała trzy tygodnie. Na zadane pytanie uzyskano trzy pozytywne odpowiedzi.
W pierwszym meldunku donoszono, że 9 czerwca do szpitala miejskiego w Bochni (oddalonej o osiem kilometrów od więzienia w Nowym Wiśniczu) zgłosili się dwaj kolejarze, Mieczysław Walter i Bogumił Janicki, z nieprzytomnym mężczyzną lat czterdziestu pięciu, nazwiskiem Leopold Podobiński. Tenże godzinę wcześniej padł na dworcu w Bochni ofiarą złodziei kieszonkowych i w silnym wzburzeniu doznał ataku apopleksji. Wspomniani kolejarze zajęli się nim troskliwie. Zrobili mu sztuczne oddychanie i odwieźli do szpitala miejskiego, za co zawiadowca stacji nagrodził ich specjalną premią. O całej sprawie pisał krakowski "Ilustrowany Kuryer Codzienny". Tożsamość wszystkich trzech głównych aktorów tego zdarzenia została przez policjantów starannie sprawdzona i nie budziła najmniejszych wątpliwości.
W drugim meldunku przekazano informację, iż 12 czerwca w miasteczku Mosty, stanowiącym ważny węzeł przesiadkowy pomiędzy Grodnem, Lidą, Baranowiczami a Wołkowyskiem i oddalonym o niespełna czterdzieści kilometrów od więzienia w tej ostatniej miejscowości, dwaj kolejarze, Franciszek Garbowicz i Leon Dziemianiuk, nieśli 10 czerwca pijanego kolegę, ale - jak donosił tamtejszy posterunkowy - trudno było po kilku tygodniach ustalić tożsamość owego pijanicy, ponieważ jego koledzy, kierując się źle rozumianą solidarnością, nabrali wody w usta, za co spotkała ich służbowa reprymenda. Na późniejszy pilny telefon z Warszawy z pytaniem, gdzie byli wspomniani kolejarze 7 czerwca, posterunkowy po kilku dniach odpowiedział, że tegoż dnia pracowali na linii Wołkowysk-Lida, co może potwierdzić przynajmniej tuzin osób.
W trzeciej depeszy napisano, że 7 czerwca żydowski handlarz starzyzną z Nasielska pan Fajwel Altman zauważył, jak dwaj umundurowani kolejarze pchają wózek inwalidzki z siedzącym na nim mężczyzną, który wyglądał na pozbawionego zmysłów. Kiedy ich zapytał, co się stało temu panu, odpowiedzieli:
- A gówno cię to obchodzi, parchu. Poszedł won!
W jednym jedynym meldunku - właśnie w tym z Nasielska - nieznane były personalia ani dwóch kolejarzy, ani człowieka, którym się zajmowali.
Najbliższą okoliczną miejscowością z zakładem karnym, połączoną z Nasielskiem linią kolejową, okazało się prawie dziewięciotysięczne miasteczko Sierpc.
Kiedy Popielski zameldował o tym wszystkim Schaetzlowi, ten uśmiechnął się z zadowoleniem, ponieważ referat statystyczny był jego oczkiem w głowie. Potem spojrzał na swego tymczasowego adiutanta z udawaną surowością:
- No, to co pan tu jeszcze robi, poruczniku?
Sierpc,
połowa lipca 1927 roku
Profesor Roger Greymore spojrzał na zegarek. Do końca wykładu zostało piętnaście minut. Trochę za mało, aby przejść do nowego wątku. Owszem, mógł go rozpocząć, ale musiałby wtedy pod presją czasu przerwać w jakimś przypadkowym momencie, niekoniecznie w tym najbardziej emocjonującym. A to już by było niezgodne ze sztuką nauczania, jaką na Uniwersytecie Harvarda wpoił mu jego mistrz, wybitny znawca dziejów Rosji, niedawno zmarły profesor Richard Pipes. Mówił on zawsze do swoich doktorantów tak:
- Cykl wykładów, by był dobry i przyciągał słuchaczy, musi być skomponowany jak powieść w odcinkach. Każdy odcinek, czyli pojedynczy wykład, powinien urywać się w najbardziej intrygującym miejscu.
Aby nie sprzeciwiać się zaleceniom Pipesa, Greymore musiał epilog historii Kowerdy i Popielskiego albo rozciągnąć, dodając jakieś szczegóły, albo tak zaintrygować słuchaczy, by pod koniec zajęć zalała go lawina pytań i wypełniła ostatnie minuty. Postanowił pójść tą drugą drogą.
- Tak, drodzy państwo. Kapitan Olgierd Andrukiewicz uciekał. Ale tego wieczoru, gdy rzucił się do ucieczki, musiał szybko powiadomić Moskwę o swoich działaniach i porwaniu Popielskiego. Szpiegowska łączność działała błyskawicznie. Już następnego dnia wczesnym rankiem na biurku Schaetzla pojawiła się zaszyfrowana depesza z Gdańska. Została ona wysłana przez nowego rezydenta Dwójki kapitana Edmunda Pawłowskiego. Zawierała propozycję, jaką nad ranem na statku na Motławie przedstawił jego sowiecki odpowiednik rezydent Razwiedupru w Gdańsku porucznik Aleksy Popow vel Aleksandrs Popovs. Pułkownik w trakcie pierwszej lektury prychnął kawą tak mocno, iż jej czarne krople poplamiły mu mundur. Wydawało mu się, że to, co czyta, jest senną halucynacją. Po dwukrotnym przejrzeniu wiadomości zapalił papierosa. Musiał się głęboko zastanowić, jak ma tę sowiecką propozycję przedstawić swojemu zwierzchnikowi, szefowi sztabu generałowi Tadeuszowi Piskorowi, by ten nie uznał go za idiotę. Sowieci podnieśli cenę i zaproponowali ni mniej, ni więcej, tylko wymianę księdza Teofila Skalskiego na - i właśnie to sprawiło, że Schaetzel prychnął kawą! - na porucznika Edwarda Popielskiego oraz dwóch swoich agentów, a mianowicie porucznika Włodzimierza Chorążuka i kapitana Olgierda Andrukiewicza. Trzech za jednego. Absurdalność całej sytuacji polegała na tym, że Sowieci żądali od niego rzeczy niemożliwych. Nie mógł dać czegoś, czego nie miał. Bo z trzech wymienionych przez Moskwę panów w swoim ręku trzymał tylko Chorążuka. Andrukiewicz - niezależnie od uznania go przez sowieckie służby za własnego agenta - był wolnym człowiekiem i jego najzaufańszym współpracownikiem, podobnie jak Popielski. Mistrzowskie operowanie przez Moskwę kłamstwem i prowokacją było jak szachowe gambity, a w tej grze Sowieci nie mieli sobie równych. Za oczywistą prowokację uznał bowiem Schaetzel oczernienie Andrukiewicza, a za szczyt bezczelności żądanie wydania Popielskiego, który pięć lat wcześniej mocno napsuł krwi wschodnim sąsiadom Polski, co będę miał państwu okazję szerzej jeszcze przedstawić.
Nie, tych dwóch Schaetzel nie mógł po prostu związać i przerzucić przez graniczną rzekę Prypeć! W jego głowie zapanował mętlik. Wszystko się wyjaśniło chwilę później. Zatelefonował do niego komisarz Marian Sobota, kierownik XIII Komisariatu Policji przy ulicy Hożej. Schaetzel po pięciu minutach rozmowy zrozumiał, że propozycja Sowietów nie jest absurdem.
Otóż do komisarza Soboty zgłosił się o poranku Alojzy Sorówka, stróż kamienicy, w której mieszkał Chłapowski. Przyniósł osobliwą wieść, że oto w czasie spełniania porannych obowiązków odkrył w bocznej ulicy Szopena przy torze Towarzystwa Łyżwiarskiego elegancki samochód marki Ford, model T. Nie widziałby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że siedzenie szofera owego samochodu było potężnie zachlapane krwią. I to może nie wyglądałoby tak szokująco - każdy może przecież dostać krwotoku z nosa - gdyby z owego samochodu nie wysiadł dzień wcześniej przed jego kamienicą łysy pan, który ostatnio bywał często u prezesa Chłapowskiego.
Mężczyzna ten wydawał się cieszyć jak najlepszym zdrowiem. Ale widocznie źle się poczuł w czasie wizyty u panny Alicji, bratanicy prezesa, bo około północy na wózku inwalidzkim wytaskało go z bramy dwóch sanitariuszy, co dozorca widział doskonale. Zapakowali go do ambulansu i odjechali. Towarzyszył im dobrze zbudowany kapitan w średnim wieku, w rogatywce i z akselbantami, który ostatnio też często bywał u panny Alicji, zwłaszcza pod nieobecność gospodarza. Dodatkowo stróż został tego ranka poinformowany przez jednego z lokatorów, że około dziesiątej wieczorem poprzedniego dnia dwaj podejrzani osobnicy otworzyli sobie własnym kluczem drzwi wejściowe do kamienicy. Sorówka uznał to wszystko za bardzo niepokojące. Chciał poprosić pannę Alicję Chłapowską o wyjaśnienia, ale tej już nie było w mieszkaniu prezesa. Przez cały ranek dozorca usiłował się dodzwonić do jej stryja, ale połączenie z Juratą było niemożliwe. Toteż udał się on w końcu do komisariatu na Hożą. Komisarz Marian Sobota, wiedząc o tym, że wszelkie kwestie dotyczące prezesa Chłapowskiego powinien konsultować z biurem pułkownika Schaetzla, to właśnie uczynił.
Szef Dwójki był zdruzgotany. Relacja stróża i depesza z Gdańska wskazywały na jedno: Andrukiewicz, do którego idealnie pasował podany opis, mógł rzeczywiście być sowieckim agentem i porwał Popielskiego jako zakładnika. Byłyby to dla polskiego wywiadu i dla pułkownika osobiście nokautujące ciosy. Oto w ciągu dwóch miesięcy dwaj jego zaufani adiutanci okazują się agentami wrogiego wywiadu, a niezwykle zdolny tajny funkcjonariusz, który doprowadził do ujęcia pierwszego i był zapewne na tropie drugiego, zostaje porwany - i to za sprawą bratanicy prezesa Chłapowskiego, przyjaciela i nieoficjalnego, ale najbliższego współpracownika w wywiadowczej materii!
Zrozumiał, że jeśli nie ugasi tego pożaru, to już teraz może się podać do dymisji. Żywił jedną jedyną i bardzo wątłą nadzieję zwycięstwa. Był to ów "niezawodny sposób", o którym Popielskiemu miał wspomnieć kamerdyner, kiedy mówił: "Proszę wracać natychmiast, Mały zacznie mówić, mam na niego niezawodny sposób". To był misterny plan. Ale w tej nowej skomplikowanej sytuacji wprowadzenie go w życie nie zależało już tylko od Schaetzla.
Ignorując gniewne interwencje hrabiego Romana Pniewskiego, właściciela dóbr Sieradowice, który już kilkakrotnie dzwonił i i pytał, kiedy otrzyma z powrotem automobil i szofera, Schaetzel zatelefonował do bezpośredniego przełożonego. Przedstawił krótko swoją prośbę: konieczność widzenia się ze zwierzchnikiem ich obu. Generał Piskor natomiast bez chwili zwłoki powiadomił premiera i ministra spraw wojskowych jednej osobie, marszałka Józefa Piłsudskiego. Ten wyznaczył termin nadzwyczajnej narady i wezwał ich obu oraz ministra spraw wewnętrznych generała Felicjana Sławoj-Składkowskiego.
Trzech mężczyzn o najwyższych szarżach wojskowych, to znaczy minister spraw wewnętrznych, szef sztabu i szef wywiadu wojskowego, spotkało się o drugiej po południu w gabinecie Piłsudskiego w Ministerstwie Spraw Wojskowych przy ulicy Nowowiejskiej 3-5. Schaetzel przedstawił sprawę Kowerdy, sprawę Chorążuka i nieoczekiwaną propozycję Sowietów. Na koniec scharakteryzował swój ryzykowny "niezawodny plan", któremu dał nazwę Inexpectatus eventus, i którego kluczowym ogniwem był już nie Chorążuk - jak to było w wersji pierwotnej - ale Andrukiewicz. Trwało to wszystko godzinę.
Piłsudski przeprosił Schaetzla i Piskora i wraz ze Sławoj-Składkowskim, swoim bliskim przyjacielem, wyszli z papierosami na balkon, aby porozmawiać. Tam najprawdopodobniej minister przekonywał Piłsudskiego, że ksiądz Skalski jest ważniejszy dla opinii publicznej niż jakiś Popielski, a dwaj byli adiutanci Schaetzla niech wracają tam, gdzie ich miejsce, do Związku Sowieckiego. Co ważniejsze, zdaniem Sławoj-Składkowskiego Andrukiewicz był nie tylko ogniwem głównym planu Schaetzla, ale ogniwem najsłabszym, bo nieistniejącym. Aby wprowadzić w życie Inexpectatus eventus, należało najpierw ująć właśnie jego. A on pewnie już jest na Wołyniu. Czas ich gonił i nie dawał im możliwości przeprowadzenia koronkowej akcji Schaetzla.
Piłsudski, mając we wdzięcznej pamięci poczynania Popielskiego przy okazji akcji "Dziewczyna o czterech palcach", ofuknął ostro rozmówcę. Nie zwykł poświęcać swych żołnierzy, a tak nazywał tego wiernego policjanta, za klechów, z którymi od dawna miał na pieńku. Postanowił dać Schaetzlowi zielone światło. Do ścisłego kierownictwa akcji kazał dołączyć szefa Korpusu Ochrony Pogranicza generała Henryka Odrowąża-Minkiewicza. Kiedy się dowiedział, że ten zażywa letniego wypoczynku w Druskiennikach, oznajmił wszystkim grubym słowem, ile warte są w tej sytuacji wywczasy generała.
Na koniec zebrania krzyknął do Schaetzla: "Jak to się stało, że wyhodował pan na swej piersi dwie takie żmije!? Jaki z pana naczelnik, co ludzi nie umie dobierać! Jeśli ta akcja się panu uda, to być może nie podpiszę pańskiej dymisji, którą jutro mam widzieć na moim biurku, do jasnej cholery!".
W kuluarach Sztabu Generalnego mówiono później, że Marszałek zgodził się na ten arcyryzykowny plan również ze względu na jego kryptonim. Lubił łacinę, a nawet jej nauczał, dorabiając sobie jako korepetytor w czasie zesłania na Syberii. Wiedział, że inexpectatus eventus oznacza "nieoczekiwany wynik, skutek". A on nie bał się nigdy nieoczekiwanych zdarzeń. Gdzie w tym czasie byli Andrukiewicz i Popielski? - zapytacie. Dokładnie w tym momencie kiedy prawie wszyscy najważniejsi wojskowi w państwie zebrali się w gabinecie Marszałka, do dwudziestotysięcznego Łucka, czyli do stolicy województwa wołyńskiego, wjeżdżał ambulans. Przebył w ciągu czternastu godzin bez przerwy trasę czterystu kilometrów, co było nie najgorszym wynikiem, zważywszy na stan dróg w centralnych i wschodnich województwach Rzeczypospolitej.
Całe miasto, uśpione letnim upałem, było w to niedzielne popołudnie jakby wyludnione. Nie budząc niczyjego zainteresowania, karetka przejechała głównymi ulicami Kościuszki i Jagiellońską, po czym skręciła w prawo w długie na dobre dwa kilometry Aleje Chrobrego. Po prawej stronie tej wylotowej ulicy ciągnęły się cmentarze - najpierw prawosławny, potem karaimski i żydowski. Naprzeciwko tego ostatniego, prawie na samych rogatkach miasta, mieściło się przedstawicielstwo znanego słowackiego browaru Hellenbach - cel pośredni ich podróży.
Wjechali na podwórze. Jakiś człowiek otworzył im tylne drzwi do firmy. Inni zatroszczyli się o pojazd. Kilku ludzi zabrało się do roboty tak sprawnie i tak fachowo, jakby niczego innego w życiu nie robili. Z wielką łatwością zdemontowali syrenę, odlepili ceratowe białe płachty z czerwonymi krzyżami, a na ich miejscu nakleili duże, również ceratowe, plakaty z napisem "Piwo Słowackie L.T.A.B. Zast. Hellenbach". Samą część towarową samochodu przerobili tak, by przypominała typową budę małego automobilu dostawczego. Rozmontowali i zdjęli drewniany dach pokryty papą. Zamiast niego nad platformą dostawczą rozpięli brezent, naciągając go grubymi linami konopnymi na żebrach burt. W środku przestrzeń podzielono na dwie części. Pierwsza z nich, szersza, została całkiem zastawiona skrzynkami z piwem, które tworzyły grubą, zwartą i nieprzeniknioną okiem bryłę. Druga, węższa część platformy - ta pomiędzy szoferką a owymi skrzynkami - była całkiem pusta i przypominała mały pokój. Jego ściana, zbudowana ze skrzynek, została zabezpieczona przed upadkiem parcianymi pasami, które były wewnątrz rozpięte gęsto od góry do dołu - w razie gdyby auto gwałtownie zahamowało.
Po sześciu godzinach na podwórzu stał całkiem inny pojazd niż ten, który tu wjechał.
Kapitan Andrukiewicz zamienił mundur na roboczy kombinezon. Takie same wdziali na siebie trzej "sanitariusze", pozbywszy się kitli i czapek z czerwonym krzyżem. Ich stare łachy zostały wepchnięte do pieca. Oblane benzyną i spalone będą dopiero jutro, kiedy zaczną swą produkcję różne okoliczne fabryczki. Dzisiaj, w dzień wolny od pracy, smród dymu mógłby się komuś wydać podejrzany. Od szefa przedstawicielstwa "L.T.A.B." przybysze otrzymali stosowne faktury przewozowe, które poświadczały, że byli ekspedytorami i handlowcami. Zgodnie z tymi papierami celem ich podróży służbowej były Równe, Hoszcza, Kostopol i Sarny.
O czwartej po południu, skonani po męczącej podróży, poszli spać. Szofer i Andrukiewicz spali pięć godzin, natomiast jego dwaj pozostali ludzie po dwie i pół godziny, ponieważ zmieniali się przy pilnowaniu Popielskiego. Nie było to zresztą potrzebne. Eter odebrał Edwardowi siły i rozum, a grube postronki, którymi przywiązano go do kraty w oknie, jakąkolwiek możliwość poruszania. Andrukiewicz, dla którego Popielski był kartą przetargową, wolał jednak dmuchać na zimne.
O dziewiątej wszyscy oprócz więźnia zjedli kolację. Wraz z pięcioma robotnikami i z szefem przedstawicielstwa wypili pięć półlitrowych butelek wódki. Przy stole dyskutowano po polsku i po ukraińsku na tematy polityczne i personalne, związane z kierownictwem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Kilku robotnikom bardzo się nie podobał kierunek, w którym szedł niejaki Osyp Kiryłyk, znany skądinąd Popielskiemu jak zły szeląg. Inni - przeciwnie - mocno ten kierunek popierali. Doszło do kłótni, a gdyby było więcej wódki, pewnie na pyskówce by się nie skończyło.
Na więcej alkoholu Andrukiewicz jednak swoim ludziom nie pozwolił. Wycałowali się serdecznie z towarzyszami z Łucka i wyszli za podwórko w krzaki, gdzie wszyscy, włącznie z Popielskim, zgodnie oddali mocz przed podróżą. Edward usłyszał, jak mówią, że zaraz opuszczą miasto. Już wcześniej - z dochodzących do niego rozmów przy stole - zorientował się, gdzie się znajdują.
Potem zajęli miejsca w nowo wyszykowanym pojeździe. Najpierw jeden człowiek wpełzł na budę pod poluzowaną nieco płachtę brezentu. Znalazł się właśnie w owym pokoiku - w wolnej przestrzeni pomiędzy szoferką a sześcienną bryłą skrzynek zajmujących ponad połowę paki. Potem przepchnęli tam Popielskiego, który miał ręce związane postronkiem tak ciasno, że zbielały mu dłonie. Jako ostatni wlazł Andrukiewicz. Dwaj pozostali ludzie przywiązali mocno linami brezent do burty i wsiedli do szoferki. Gdyby ich zatrzymali żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza i podnieśli z tyłu plandekę, zobaczyliby zwartą ścianę skrzynek z butelkami. Mało komu chciałoby się męczyć w tym upale i wyciągać z ciężarówki wszystko, aby sprawdzić, czy ktoś czegoś nie przemyca.
Ruszyli. Samochód trząsł się na wybojach, a parciane pasy zabezpieczające skrzynki napinały się i skrzypiały przeraźliwie.
Popielski dochodził do siebie powoli. Głód przenikał mu wnętrzności jak cienkie ostrze. Ostatni posiłek, jaki spożywał, to kiełbasa i bułki, które mu w Radomiu kupił szofer Marian. Roił o różnych potrawach, które teraz mógłby zjeść na wolności. Wyobrażał też sobie, jak bardzo ma brudne ubranie, jak już niedługo zaczną śmierdzieć mokre plamy po moczu na spodniach. Podczas załatwiania czynności fizjologicznej trudno obiema związanymi rękami utrzymać przyrodzenie we właściwej pozycji.
Andrukiewicz zapalił zapalniczkę i w świetle jej płomienia przyglądał się Edwardowi.
- Ksawciu - odezwał się do swojego podwładnego. - Rozwiąż mu sznurek. My szanujemy jeńców, nie jak białopolacy, którzy zamęczyli dziesiątki tysięcy naszych po wojnie.
Pociągnął łyk wódki z butelki i skierował jej szyjkę w stronę Popielskiego. Ten pokręcił przecząco głową. Przypomniał sobie, że kolejarze, którzy porwali Tyzenhauza, nazywali się Ksawery Składnik i Henryk Jugerman. Kiedy mu rozwiązano ręce, zgasł płomień.
Zaczął masować uwolnione od więzów nadgarstki. Krew napłynęła do nich ledwo wyczuwalnie, ale w głowę uderzyła nagle gorącą falą. Myśl o kolejarzach pierzchła pod wpływem niepokoju, który go nagle zaczął dławić.
- Gdzie jest moja kuzynka i moje dziecko? - wychrypiał.
- Widzę, że już panu wróciła trzeźwość po eterze - skonstatował kapitan w ciemności. - No, to możemy sobie pogawędzić. Pierwszy przystanek za Hoszczą, to niecałe cztery godziny jazdy stąd. Będziemy około drugiej. Mamy zatem czas, panie poruczniku.
- Gdzie moja...
- W bezpiecznym miejscu i jedna, i druga. - Głos Andrukiewicza był lekko zniekształcony przez alkohol. - Dziecko we Lwowie pod opieką służącej Hanny. Albo też u niej na wsi.
Popielski odetchnął z ulgą.
- A panna Leokadia jest już w tym miejscu, do którego zmierzamy... - zdrajca zapalił papierosa, a w świetle płomienia ślina zabłysła mu na wargach. - Pojechała z moimi ludźmi. Grzecznie, z fasonem. Nie opierała się zbytnio, zwłaszcza że jej powiedzieli, iż do pana ją wiozą. Jest bezpieczna, chyba że pan będzie nierozsądny. A jeśli okaże się pan nierozsądny i spróbuje stąd uciec albo walczyć z nami w ciemności, wykorzystując swoje chwilowo wolne od więzów ręce, to...
Samochód zakołysał się, jakby najechał na coś miękkiego.
- To wtedy będę ją gwałcił, panie poruczniku - szepnął w ciemności Andrukiewicz. - Od przodu i od tyłu. Jest jeszcze bardzo powabna. Zadbana, pachnąca, taka arystokratyczna. Będę do niej przychodził. Bił i rozkładał na stole. I tak dzień w dzień. Po dwa razy. Aż mnie pokocha swym całym burżuazyjnym sercem.
Ksawery parsknął śmiechem.
- A jeśli pan się powstrzyma od głupich działań - sapał kapitan, jakby się podniecił własnymi słowy - to i ja się też powstrzymam. Nie mam już dwudziestu lat. Nie muszę dwa razy dziennie, jak na przykład Ksawery... Co, Ksawciu?
Odgłos głuchego klepnięcia w plecy. A potem wesołe okrzyki.
- To jak? Zostanie pan ze mną? Wszystko będzie cacy, a rano przywita się pan z kuzynką. I razem...
- Skrzywdzili ją pańscy ludzie? - przerwał mu Edward w pół słowa. - Co z nią? W jakim jest stanie?
Wyrzucał z siebie te pytania. Czuł wstrętną woń bijącą z własnych ust - pomieszanie wymiocin, słodyczy eteru i żołądkowych kwasów. Ryknął silnik, jakby auto przyśpieszyło.
- Nikt jej nie skrzywdził! - W głosie Andrukiewicza zabrzmiał twardy ton. - Komuniści nie są bardziej zwierzętami niż białopolacy. Wie pan, co Żydówkom i Ukrainkom robili pańscy rodacy z oddziałów Listowskiego albo Bułak-Bałachowicza?
Popielski wiedział. Nie powiedział ani słowa.
- Powiedziałem "pańscy", bo ja sam jestem Litwinem - rzekł z mocą kapitan.
Zapadła cisza.
- Nikt jej nie zhańbił, ponieważ taki dałem rozkaz. - W jego głosie zabrzmiała groźba. - I nikt jej nie zhańbi, chyba że go cofnę.
Popielski poczuł ruch powietrza wokół swoich ust.
- Papierosa? - usłyszał.
- Dziękuję, nie! - na myśl o dymie zrobiło mu się niedobrze.
Jego rozmówca najwyraźniej pił i palił prawie równocześnie. Zacharczało jego gardło przemywane wódką, a dym wszedł mu w płuca jakby z westchnieniem.
- Jak pan pamięta, miałem jej pilnować we Lwowie na rozkaz pułkownika. - Andrukiewicz chuchnął po potężnym łyku i chyba się lekko przesunął, bo głos dochodził nieco z innej strony. - Tom pilnował. Przedwczoraj rano Schaetzel wzywa mnie do Warszawy. Przez telefon mówi mi tylko tyle, że wraca pan z ważnej misji i mamy się spotkać we trzech, by przeprowadzić jakąś akcję, która by w końcu zmusiła Włodka, to znaczy porucznika Chorążuka, do zeznań. Przyjechałem więc...
W jego głosie pojawił się teraz jakiś obleśny ton. Jakby w gardle zachlupotała ślina.
- Warszawa zawsze nastraja mnie romantycznie. Już następnego dnia nabrałem wielkiej ochoty na małą Alicję, którą pan tak pięknie nazywa Sybillą. Była sama, jej stryj w Juracie. Pojechałem do niej z kwiatami. A ona mi powiedziała, że pan do niej telefonował. Zrozumiałem, że dostałem niespodziewany prezent od losu. Przyniosę towarzyszowi Zaranowi-Zaranowskiemu na tacy jego znienawidzonego wroga, co będzie dla naszych osłodą po aresztowaniu Chorążuka. Opuszczę z tarczą tej Kraj Przywiślański, już i tak wiele w nim zrobiłem dla mojej prawdziwej duchowej ojczyzny, Kraju Rad. To było rozsądne, tym bardziej że w Warszawie wciąż byli moi pretorianie, gotowi do pomocy, prawda, Ksawciu?
Ksawery Składnik mruknął coś przez sen.
Teraz do wypowiedzi Andrukiewicza znów wrócił twardy ton.
- Jestem komunistą i będę walczył z kontrrewolucją! Ale nawet bokser może walczyć tylko wtedy, gdy ma wokół siebie trochę powietrza. A pan, poruczniku, zabrał mi to powietrze. W zamian więc... Jutro, może pojutrze przekroczymy razem granicę. Zabiorą się do pana nasze sowieckie zuchy. I wtedy to pan będzie miał mało powietrza. Niech pan mi wierzy, ciężko się oddycha w naszych tiurmach. - Ziewnął potężnie. - Idę spać, Edziu! Dawaj łapę, przywiążę ją do skrzynek. Nie będę cię tak strasznie krępował. Jedną ci tylko przywiążę. No, dawaj! Znam taki węzeł, że go nie rozplączesz drugą!
Popielski się zawahał. Nie miał wyjścia. Musiał podać mu rękę. Andrukiewicz przywiązał ją po omacku, a potem pstryknął zapalniczką. Zadowolony z efektu, opadł na ławkę i po chwili zachrapał. Musiał chyba kiedyś być marynarzem, skoro na ślepo wiązał węzły.
Popielski miał jedną rękę wolną. Najprościej byłoby teraz uklęknąć, wymacać komunistę, wyrwać butelkę z jego ręki, zbić ją i poderżnąć mu gardło. A potem zająć się Ksawerym. Zaraz stłumił w sobie ten zapał.
Musiałbym być cyrkowcem, by jedną ręką ogłuszać, wyrywać butelki i podrzynać gardła - pomyślał trzeźwo. - Walkę w budzie wygrałbym tylko wtedy, gdybym zabił ich obu, co w tych ciemnościach i jedną ręką niepodobna. Wystarczy, że któryś z nich krzyknie, a zaraz się szofer zatrzyma, wyskoczy tu wraz ze swym kompanem i będę musiał walczyć nie z dwoma, lecz z czterema! Zemsta tego bolszewika może być straszna. Zwiąże mnie jak snopek i przemyci jakoś przez granicę w tej czy innej budzie albo i pod budą. A Leokadię odda swoim hajdamakom!
Pozostawało mu tylko jedno wyjście. Odtworzył sobie w głowie słowa Andrukiewicza: "Pierwszy przystanek za Hoszczą to niecałe cztery godziny jazdy stąd".
"Stąd", czyli z Łucka. Miał wciąż na przegubie zegarek marki Eberhardt. Nikt mu go nie zabrał, choć ukraińscy towarzysze z Łucka łakomie nań zerkali. Teraz spojrzał on. Fosforyzujące wskazówki mówiły, że jechali już dwie godziny, a więc pokonali połowę drogi. Wytężał teraz swoją pamięć, czemu nie sprzyjał ani głód, ani ból głowy, który nagle zaczął nim szarpać.
Gdzie jest ta Hoszcza i jakie miasta i wioski leżą pomiędzy nią a Łuckiem? - zadawał sobie pytania.
Niestety, ten pierwszy wołyński toponim nie mówił mu absolutnie nic. Usiłował z całej siły umysłu przypomnieć sobie geografię Wołynia, którą studiował, gdy przybył tu pięć lat temu z misją zwaną "Dziewczyna o czterech palcach".
Do najważniejszego wniosku doszedł po dłuższej chwili. Ze słów Andrukiewicza wynikało, że zbliżają się do sowieckiej granicy i że zdrajca chce ją przekroczyć możliwie szybko. Z Łucka nad granicę można się było dostać - to sobie akurat przypomniał - tylko dwiema dobrymi drogami. Jedna prowadziła na Równe, a druga na Dubno.
Dobrymi, czyli takimi, na jakich tak bardzo nie trzęsie - uzupełnił w myślach swoje rozumowanie. - Takimi, jakimi teraz właśnie jedziemy...
W obu tych miastach znajdowały się wojskowe garnizony. Zrozumiał, że ma tylko jedną szansę. I wtedy podjął decyzję.
Wstał i wymacał w ciemności parciane pasy rozpięte pomiędzy podłogą a sufitem. Były zapinane na klamerki jak pasek u spodni. Operując tylko jedną ręką, rozpiął cztery takie klamry. Huk silnika wytłumił jego kroki i manipulacje. Modlił się, by samochód nie zahamował zbyt wcześnie - kiedy jeszcze on nie będzie gotów do ataku.
Przez szpary w plandece zaczęły teraz przeciskać się lekkie promyki zamglonego światła, a wóz zaczął się mocniej trząść. Blask latarń i kocie łby. Wjeżdżali do jakiegoś miasta. Dubna lub Równego. Popielski usiadł szybko na podłodze z drugiej strony "pokoju", gdzie pasy były wciąż nienaruszone.
Andrukiewicz i Składnik wykazali się zwierzęcym instynktem. Obudzili się w jednej i tej samej chwili.
- Cicho - szeptał kapitan. - Bo strzelę ci w kolano. Wiesz, jak to boli?
Edward nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Po kwadransie ciężarówka przestała podskakiwać, a żółte plamy znikły. Obaj komuniści sapnęli z wyraźnym zadowoleniem. Silnik ryczał. Auto nabierało szybkości. Skrzynki niebezpiecznie zatrzeszczały, jakby się chciały przesunąć.
Jechali znów w ciemności po równej nawierzchni. Auto chwilami podskakiwało, jakby najechało na coś miękkiego - pewnie martwe zwierzątko. Popielski modlił się o dwie rzeczy: po pierwsze, aby nie wpakowali się w jakąś dziurę, leśną zwierzynę albo w inną nieoczekiwaną przeszkodę, po drugie zaś - aby przejeżdżali przez jeszcze jedno miasto.
Minęła kolejna godzina, a temu drugiemu pragnieniu Edwarda stało się zadość. Mdłe światło latarń przedostało się przez dziury w plandece nad szoferką i pełzało przez chwilę po suficie. Andrukiewicz znów się obudził. Patrzył na więźnia, trzymając broń w pogotowiu. Było to małe miasto, bo po kilku minutach światła zgasły. Popielski zdołał jeszcze dostrzec, że Andrukiewicz zamyka oczy.
Zapadła ciemność. Furgonetka nabierała pędu. Jechała już pełnym gazem, kołysząc się nieco na boki.
To była chwila, na którą czekał. Moment kiedy samochód będzie jechał szybko, a dwaj jego strażnicy się rozluźnią.
- Mogę zapalić? - zapytał Popielski. - Dacie mi papierosa?
- Masz - odezwał się kolejarz Ksawery.
Edward wymacał w powietrzu jego dłoń. Zatrzeszczała zapałka potarta o draskę, huknął głuchy odgłos wyciąganego z butelki korka. W świetle płomienia dostrzegł poruszającą się grdykę Andrukiewicza, gdy ten pił wódkę.
Z całej siły chwycił za denko i pchnął butelkę w górę. Usłyszał zgrzyt i wrzask bólu. Na dłoni poczuł wilgoć i jakiś piasek albo mały kamyk zastukał o podłogę. Pewnie wybity ząb.
Andrukiewicz się darł jak człowiek w męczarniach. Popielski poczuł, że Składnik usiłuje go złapać za pasek u spodni. Przesunął szybko dłoń po butelce - od denka do szyjki. Była pokryta lepką cieczą - śliną lub krwią zdrajcy. Wyślizgnęła mu się z dłoni i o coś uderzyła. Wokół prysnęła wódka i zabrzęczały kawałki szkła. Andrukiewicz w odróżnieniu od swego kompana Chorążuka był niezbyt odporny na ból.
- No, usłysz to, kurwa, i hamuj! - Edward wypowiedział te słowa jak modlitwę.
Szofer, słysząc wrzaski Andrukiewicza, gwałtownie wcisnął hamulec. Wokół rozległ się trzask drewna. Skrzynki z butelkami piwa runęły. Ku zdziwieniu kapitana nie napotkały żadnego oporu. Parciane pasy ich nie powstrzymały, bo były rozpięte. Ciężkie kolumny szkła i drewna wywracały się, miażdżąc wszystko dokoła. Ale upadały tylko tam, gdzie je Popielski wcześniej poluzował. Tylko tam, gdzie teraz byli obaj komuniści. Drewno pękało, piwna piana buchała wokół, ludzie jęczeli. A potem przestali.
Popielski wymacał wolną ręką jedną z butelek i trzasnął nią na oślep. Szkło prysło, a piana się wzburzyła na jego dłoni. Najechał od wewnątrz na napięty brezent bandyckim tulipanem, jak nazywano szyjkę butelki z poszarpanym szkłem, i mocno nacisnął. Przerwał materiał z trzaskiem, który był niesłyszalny przy wciąż włączonym silniku.
Potem zajął się swym powrozem. Niełatwo było go przeciąć w ciemnościach. Wzburzony, nie czuł nawet ran na nadgarstkach, które sam sobie zadawał. Wiedział jednak, że nie pójdzie w ślady swego ulubionego Seneki, który rozpruł żyły w samobójczym akcie. Mimo wszystko jego przegub jest teraz chroniony przez pasek zegarka.
- Ksawery! Panie kapitanie! - słyszał głosy.
Powróz w końcu puścił. Popielski rozerwał brezent obiema rękami i wyskoczył z samochodu. Pod stopami i kolanami poczuł miękką ziemię. Było to jedno z najmilszych dotknięć ostatnich lat. Przed sobą w porannej mgle widział rów, a po obu stronach szosy kępy drzew.
- Patrz, łysy ucieka! - usłyszał wrzask. - Wal do niego!
Gruchnął strzał. Popielski rzucił się w stronę drzew, ściskając w dłoni stłuczoną butelkę po piwie, która była jego jedyną bronią. Bolała go noga, ale mógł biec. I biegł, biegł, kuśtykał, potykał się i podnosił. Sunął wśród krzaków, zapadał się w podmokły grunt śmierdzący wilgotną i gnijącą roślinnością, pluskał w jakichś bulgocących błotach, aż ciężko dysząc, dopadł zagajnika i przykucnął za jakimś pniem, wciąż dzierżąc w dłoni swoją broń. I wtedy od strony samochodu doszedł potężny głos. Ryk samca, który oznajmia całemu światu swoją żądzę.
- Będę ją ruchał, Popielski - doszedł od samochodu potężny głos. - Nabiję ją na mój pal!
Niestety, Andrukiewicz nie był połamany.
Ludwipol, powiat Równe, województwo wołyńskie,
poranek następnego dnia