Rozdział 2
W piątek rano od razu po przyjęciu służby dostaliśmy wezwanie do wypadku samochodowego. Zawsze mieliśmy dziewięćdziesiąt sekund na wejście w stan gotowości, ale z reguły uwijaliśmy się z tym w niecałą minutę. Byłam na dzisiaj rozpisana jako kierowca, więc wskoczyłam do auta i włączyłam nawigację. Rysiek usiadł obok i podał adres. Rudy i Poeta zajęli miejsca z tyłu. Uruchomiłam syrenę alarmową i wyjechaliśmy z remizy. Miałam nadzieję, że ten piękny, majowy dzień rozpocznie się inaczej, ale w naszej pracy musieliśmy liczyć się z szybką zmianą planów.
Do wypadku doszło na skrzyżowaniu dwóch ruchliwych ulic. Po zderzeniu jedno z aut wypadło z trasy i utknęło na chodniku w wąskim przesmyku między słupkiem ulicznych świateł a ścianą budynku. Kierowca był uwięziony w środku i skarżył się na ból szyi i głowy.
W rekordowym tempie dotarliśmy na miejsce. Z oddali zauważyłam światła zaparkowanego ambulansu. Ratownicy nie mogli jednak pomóc mężczyźnie bez nas. Jeden z nich łagodnie przemawiał do poszkodowanego.
Zaparkowałam wóz. Ratownik natychmiast podszedł do Ryśka, prosząc o pomoc z zachowaniem szczególnej ostrożności, bo u kierowcy nie można było wykluczyć urazu kręgosłupa. Podeszliśmy do zablokowanego w przesmyku auta, najnowszej klasy mercedesa, w którym siedział pobladły mężczyzna w eleganckim garniturze. Krople potu spływały mu po skroniach - był w szoku. Jeden z ratowników usiadł na tylnym miejscu i próbował go uspokoić. Rysiek odruchowo potarł dłonią podbródek i zmarszczył brwi.
- Nie możemy wypchnąć samochodu siłą mięśni, bo jeśli faktycznie doszło do urazu kręgosłupa, moglibyśmy tym zaszkodzić kierowcy - powiedział.
Obszedł wóz i sprawdził odległość drzwi pasażera od ściany budynku.
- Mamy tu jakieś czterdzieści centymetrów zapasu. Spróbujemy odsunąć auto jak najdalej od słupka sygnalizacji świetlnej. Poeta, przynieś rozpieracz hydrauliczny.
Michał podbiegł do wozu i wyciągnął z niego ważące prawie dwadzieścia kilogramów urządzenie, które w jego rękach wyglądało jednak jak zabawka. Po kilku minutach udało nam się powiększyć przestrzeń między drzwiami auta a masztem świateł. Nadal jednak nie byliśmy w stanie bezpiecznie wydobyć kierowcy.
Zerknęłam w jego kierunku. Mężczyzna wydał mi się jeszcze bledszy, pocił się obficie, jego dłonie drżały. Z ogromnym wysiłkiem przenosił wzrok z jednej osoby uwijającej się przy mercedesie na drugą, choć miałam wątpliwości, czy świadomie rejestruje, co się wokół niego dzieje.
- Musimy jak najszybciej wydostać go z auta. Jego stan się pogarsza! - oświadczył z mocą ratownik zajmujący się mężczyzną.
- Dobra! Nie mamy innego wyjścia, odcinamy dach - zdecydował nasz dowódca.
Usłyszałam jęk kierowcy, który poruszył się na fotelu. Widać było, że ból stawał się nie do zniesienia. Ratownik skinął głową na zgodę.
- Proszę z powrotem podnieść wszystkie szyby w aucie! - rozkazał Rysiek. - Rudy, leć po sprzęt! Poeta, odetnij zasilanie w samochodzie!
Jak dotąd dowódca nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem. Poczułam złość. Nic się nie paliło, więc jako kierowca nie musiałam pozostawać w wozie. Chciałam włączyć się do akcji, ale Rysiek nie wydał mi żadnego rozkazu, a przecież ja też mogłam przynieść koce antyodłamkowe i przecinarkę spalinową czy choćby młotek.
Kiedy Rudy wrócił ze sprzętem do wozu, wzięłam od niego złożony w kostkę ciemny materiał, podeszłam do auta od strony kierowcy i uchyliłam drzwi.
- Będziemy odcinać dach. Nakryję pana teraz specjalnym kocem, który chroni przed odpryskami szkła - oznajmiłam powoli i wyraźnie, choć nie byłam pewna, czy mężczyzna mnie zrozumiał. Nadal błądził wokół wzrokiem, ale nie wykonywał gwałtownych ruchów, więc zarzuciłam mu materiał na głowę i opatuliłam z każdej strony najlepiej, jak potrafiłam. Drugi koc podałam ratownikowi, który chciał pozostać w środku, na wypadek gdyby poszkodowany wpadł w panikę, słysząc dźwięki tłuczonego szkła i używanych przez nas urządzeń.
Rudy powybijał od środka szyby, a potem odpalił sprzęt. Rysiek, Poeta i ja wraz z drugim ratownikiem ustawiliśmy się wokół auta.
- Uwaga, przecinam - powiedział Rudy głośno i ostrożnie przesunął piłę wzdłuż przedniej szyby samochodu. Potem delikatnie odłożył przyrząd i podniósł nożyce hydrauliczne, którymi musiał wykonać sześć nacięć, aby można było odłączyć dach od reszty wozu i go unieść. Cała operacja zajęła nam dwadzieścia minut.
Ratownik przyniósł deskę ortopedyczną i podał ją górą. Delikatnie ułożyliśmy na niej jęczącego mężczyznę i zanieśliśmy do ambulansu. Odetchnęłam z ulgą. Może akcja nie wiązała się z bezpośrednim niebezpieczeństwem dla nas, ale fakt, że zagrożone było inne życie, wywoływał duży stres.
Oparłam się o bok naszego wozu, podczas gdy Poeta i Rudy układali sprzęt na miejscach. Przede mną znienacka pojawił się Rysiek.
- Zawieziesz nas łaskawie z powrotem do remizy?! - rzucił ostro.
"To się skończy u komendanta", pomyślałam, ale skinęłam tylko głową i usiadłam na miejscu kierowcy.
***
Następnego dnia po zakończeniu służby pojechałam do domu trochę się przespać. Cichy obchodził dziś urodziny i zaprosił wszystkich do naszego ulubionego baru, gdzie zwykle świętowaliśmy. Mieliśmy się spotkać wieczorem. Wcześniej chciałam jeszcze podjechać po Zochę, którą ciągałam wszędzie ze sobą dla towarzystwa. Gdybym tego nie robiła, spędzałaby cały czas wyłącznie w sklepie lub na strzelnicy.
Położyłam się, ale nie mogłam usnąć. W nocy mieliśmy jeszcze jedną interwencję, więc powinnam była czuć zmęczenie, sen jednak nie przychodził. Wiedziałam, co było tego przyczyną: Rysiek. Mój dowódca po raz kolejny udowodnił mi, że w jego zastępie nie ma miejsca dla kobiet. Powoli docierało do mnie, że w ostateczności będę musiała to zgłosić komendantowi. Ale nim sprawy zaszłyby tak daleko, postanowiłam z nim dzisiaj porozmawiać.
Ta myśl trochę mnie uspokoiła. Wtuliłam twarz w poduszkę i w końcu usnęłam.
Zbudził mnie dźwięk telefonu. Zerknęłam nieprzytomnie na budzik stojący na szafce nocnej. Było po piętnastej.
- Halo - sapnęłam do słuchawki, tłumiąc ziewnięcie.
- Dorotko, tu mama.
Zerwałam się z łóżka.
- Mamuś, co się dzieje? - zapytałam nerwowo. Zawsze tak reagowałam, kiedy dzwoniła, tłumacząc to zboczeniem zawodowym.
- Nic, kochanie. Spokojnie, to nie wezwanie na akcję.
- Hmm... jasne. To co słychać?
- Chciałam tylko zapytać, czy wpadniesz do nas jutro na obiad. Dawno cię nie widzieliśmy. Stęskniłam się za tobą.
Szybko obliczyłam w myślach grafik. Następną służbę miałam w poniedziałek, więc mogłam jechać.
- Dobrze. Coś przywieźć?
- Nie trzeba, ale tak między nami, mogłabyś częściej do nas zaglądać.
- Tak... Może powinnam częściej wpadać. - Ociągałam się z odpowiedzią. - Ale wiesz, jakie mam relacje z twoim... mężem.
Zdawałam sobie sprawę, że mówiąc tak, robię jej przykrość. Wprawdzie ja również tęskniłam, ale unikałam częstych wizyt w jej domu przez wzgląd na Romana, mojego ojczyma. Miałam piętnaście lat, kiedy straciłam ojca, a już rok później wprowadził się do nas nowy partner mamy. Nigdy do końca go nie zaakceptowałam.
- Kochanie, masz trzydzieści dwa lata i jesteś już dorosła - powiedziała mama ugodowo. - Po co wracać do starych czasów?
Moje myśli z automatu właśnie tam powędrowały. Odżyły dawne wspomnienia. Kiedy mieszkał z nami mój prawdziwy ojciec, nasze życie płynęło spokojnie i harmonijnie. Rodzice dogadywali się bez słów, a że oboje byli pogodni i niekonfliktowi, w domu rzadko zdarzały się kłótnie. Ewentualne spory toczyły się o mnie, bo zawsze szłam pod prąd. Rodzice potrafili jednak wyciszyć moje emocje tak, by w domu znowu zapanowała zgoda. Mama żartowała, że wojowniczą naturę odziedziczyłam po dziadku, zawodowym żołnierzu i strasznym choleryku.
Kiedy zabrakło taty i w domu pojawił się Roman, moje życie zostało wywrócone do góry nogami. Nie było dnia, żebyśmy nie stoczyli słownej bitwy. Miałam szesnaście lat. Hormony buzowały, w głowie roiło mi się od najdzikszych pomysłów, a Roman na wszystkie moje wyskoki reagował złością. Mama starała się łagodzić nasze spory, ale na niewiele się to zdało. I tak jest do dziś.
- Może kupię po drodze ciasto i pączki, które tak lubi Roman? - zaproponowałam, chcąc wykazać dobrą wolę.
- I to jest moja dziewczynka! Możesz przywieźć coś słodkiego, Roman na pewno się ucieszy.
- W takim razie do jutra!
Odłożyłam komórkę i opadłam na poduszkę. Westchnęłam głośno na myśl o jutrzejszym obiedzie. Jak zwykle musiałam zacisnąć zęby i zmierzyć się z kolejnym facetem o ciężkim charakterze i wrażliwości betonu. To było moje fatum. Jakkolwiek bym się nie starała, nie mogłam się od niego uwolnić.
***
Kiedy dotarłam z Zochą do baru, panował tam ruch jak w ulu. Wszystkie stoliki były zajęte, piwo lało się strumieniami, a z głośników dudniła muzyka. Rozejrzałam się po wnętrzu, szukając wzrokiem Cichego i pozostałych kolegów. W ręku ściskałam owinięty w kolorowy papier prezent dla jubilata: najnowszą książkę Paula Coelho.
W końcu udało mi się odnaleźć znajome twarze w obszernym boksie po lewej stronie. Wszyscy siedzieli wokół dużego stołu, zastawionego kuflami z piwem i plastikowymi kubeczkami. W tych drugich ktoś poupychał paluszki. W centrum siedział Cichy i zapewne opowiadał dowcip, bo po chwili rozległ się zbiorowy rechot kolegów. Zocha i ja ruszyłyśmy w ich stronę. Rysiek podniósł się i przez gwar dotarły do mnie jego słowa:
- Cholera, Dora z Zochą tu są. Idę do baru, bo w "doppelpacku" znoszę je tylko po trzech piwach.
Mijając nas, wykonał prawie niewidoczny ruch głową. Powitanie godne królów... Odniosłam wrażenie, że lekko się zataczał. Zastanawiałam się, jak w tych warunkach uda nam się porozmawiać, ale nie zamierzałam odpuścić.
- Cześć dziewczyny! - zawołał Cichy, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Hej. Wszystkiego naj! - Podałam mu kolorowy pakunek. Od razu się domyślił, że to książka, bo jego oczy zajaśniały żywszym blaskiem.
- Najlepszego! - Zocha klepnęła Cichego w plecy i opadła ciężko na krzesło. - Jest tu jakieś wolne piwo?
- Nie. Przynieść ci coś z baru? - zapytał Poeta.
- Siedź na dupie, sama pójdę! - odparła, nie grzesząc kurtuazją, ale zanim zniknęła, obróciła się jeszcze w moją stronę. - Chcesz coś?
- Jasne z sokiem, dzięki!
Usiadłam na wolnym krześle, a Zocha poczłapała w stronę baru, postukując ciężkimi butami. Kątem oka zauważyłam, że Poeta odprowadza ją zdegustowanym wzrokiem. Komentowanie nie miało jednak sensu, więc włączyłam się do ogólnej rozmowy. Po dłuższej chwili usłyszałam stukot odstawionego na blat kufla. Zocha usiadła koło mnie i w milczeniu siorbała piwo. Znała chłopaków od lat, ale nie zwykła, jak mawiała, mleć jęzorem trzy po trzy. Poeta utkwił w niej znużony wzrok. Na jej reakcję nie trzeba było długo czekać.
- Co się gapisz, Misiek?
- Misiek? - zdziwił się. - A ty dalej to samo! Jesteś jedyną osobą, która tak się do mnie zwraca. Wszyscy mówią do mnie "Poeta".
- Z ciebie taki poeta, jak z koziej dupy trąba - odcięła się.
Michał zmrużył oczy, ale nic nie odpowiedział. Wiedziałam, że Zocha nie ma racji. Potrafił pisać i niejednokrotnie namawiałam go, żeby wydał tomik wierszy. On jednak uważał, że to tylko hobby i że nie będzie się tym afiszował.
- Okej, panowie i...ekhm... panie! - Za moimi plecami rozległ się głos Ryśka. - Poznajcie nową koleżankę.
Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam wysoką sylwetkę mojego dowódcy, na którego ramieniu uwieszona była na oko dwudziestoletnia, szczupła blondyna w mini i butach na dwunastocentymetrowych obcasach. Rysiek lekko chwiał się na nogach, rozchlapując piwo z kufla. Bez słowa wpatrywaliśmy się w niego i jego blond towarzyszkę.
- No co? - wycedził na wyraźnym rauszu. - Nie po to rozstałem się z żoną, żeby teraz wieść życie pustelnika.
Zarechotał, ale nikt mu nie zawtórował. Słyszeliśmy o jego rozwodzie i o tym, że zostawił żonę po dziesięciu latach małżeństwa. Nie mieliśmy jednak prawa oceniać jego decyzji i mieszać się w prywatne sprawy.
- Zdrowie pięknych pań. - Rysiek pociągnął wielki łyk piwa. - I tych tu obecnych, he, he, he!
Spojrzałyśmy z Zośką po sobie, a blondyna zachichotała piskliwie, niepomna faktu, że po prawdzie jej również dotyczyła druga część wypowiedzi. Nadal chichocząc, dziewczyna zaciągnęła Ryśka na parkiet. Zdążył tylko odstawić kufel, rozlewając przy tym sporą ilość trunku. Wiedziałam, że ten nadęty bufon nie cierpi tańczyć, ale tym razem musiał się poświęcić. Wił się przy niej jak piskorz. Ona też nie radziła sobie za dobrze na obcasach dłuższych niż jej łydka.
- Jak na kolesia po czterdziestce to mógłby trochę spoważnieć - rzuciła Zocha cynicznie.
- A propos kolesi, jak tam twój amant ze strzelnicy? - zapytałam, bo uświadomiłam sobie, że miała randkę, a ja nie znam szczegółów.
- Obiecująco - odpowiedziała z tajemniczym wyrazem twarzy.
- Rozumiem. Przełknął bojówki i zgniły podkoszulek?
- Wygląda na to, że tak. Pisze do mnie esemesy. - Uśmiechnęła się lubieżnie, a ja wolałam nie pytać o szczegóły.
- A on ci się spodobał?
- Brad Pitt to nie jest. Ale można gorzej trafić.
Odchrząknęłam nerwowo, lecz nie chciałam się uprzedzać, nim nie poznam faceta osobiście.
- Zośka, wyrwałaś kogoś? - zapytał Poeta, który najwyraźniej przysłuchiwał się naszej rozmowie.
- Żebyś wiedział! - prychnęła w odpowiedzi. - W przeciwieństwie do ciebie mam do zaoferowania płci przeciwnej coś więcej niż rzewne wierszyki o bzyczących pszczółkach w malinowym chrustniku.
- Chruśniaku - poprawił ją Poeta i pokiwał głową z politowaniem. - I huczał tam bąk, a nie bzyczały pszczoły. Ale widzę, że coś ci się tam jeszcze kołacze.
Zocha poczerwieniała, zerwała się z krzesła i poszła do baru. Po chwili wróciła do stołu z kolejnym piwem. Zajęta rozmową z Rudym i Adrianem na temat najnowszych modeli karabinków sportowych, nie odezwała się już do Poety ani słowem.
Rozglądałam się za Ryśkiem, mając na uwadze swój plan zmuszenia go do konfrontacji. Jednak on albo odstawiał jakieś dziwne pląsy na parkiecie, albo stał przy barze, wlewając w siebie niepoliczalne ilości piwa. W końcu dotoczył się z blondi do naszego stołu i wyjąkał z trudem:
- Drodzy ko... koledzy, ja i ta pię... piękna, młoda da... dama prze... przeniesiemy się teraz w inne, ba... bardziej ustronne miejsce.
Skłonił się nam teatralnie, beknął donośnie i zniknął w tłumie ludzi, ciągnąc za sobą drobiącą na niebotycznych obcasach dziewczynę. Tego wieczoru moje szanse na rozmowę z dowódcą równały się zeru.
***
Stojąc przed drzwiami rodzinnego domu, zastanawiałam się nad pozostawieniem pączków na wycieraczce i salwowaniem się ucieczką. Mimo że było to miejsce, w którym się wychowałam i z którym wiązały się miłe wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, teraz nie lubiłam w nim przebywać.
Gdy spoglądałam na jasną fasadę i ciemnozielone drzwi, widziałam siebie biegnącą z rozwianymi włosami i krzyczącą coś do ojczyma. Słyszałam jego podniesiony głos, którym próbował przyprowadzić mnie do porządku. Nie zdawałam sobie sprawy, jak te obrazy wciąż żywe były w mojej pamięci.
Drzwi otworzyły się nagle, pozbawiając mnie możliwości ucieczki. Stanęła w nich uśmiechnięta mama. Odruchowo wyciągnęłam w jej stronę paczkę ze słodyczami. Wzięła pakunek i mocno mnie do siebie przytuliła.
- Moja kochana - szepnęła czule. - Zobaczyłam cię przez okno w kuchni. I nie pozwolę ci nigdzie uciec - dodała z szelmowskim uśmieszkiem i uszczypnęła mnie w policzek.
Poszłam za nią do salonu, gdzie stał zastawiony do obiadu stół. Roman siedział w fotelu taty i czytał gazetę. Zastanawiające, że po tylu latach to był nadal fotel mojego ojca, a nie ojczyma, choć ten drugi przesiedział w nim znacznie więcej czasu.
- Roman, Dorotka już jest - rzuciła mama lekko.
Krępy mężczyzna podniósł wzrok znad płachty zadrukowanego papieru. Wstał niespiesznie i wyciągnął dłoń na powitanie. Uścisnęłam ją, czując wewnętrzny opór, ale obiecałam sobie, że nie będę robić żadnych scen i zachowam się jak dorosła osoba. Bo przecież nią byłam! Niestety, przy Romanie czułam się zawsze jak niesforny dzieciak.
- Cześć - powiedział krótko i usiadł za stołem.
Zajęłam miejsce naprzeciwko, a mama poszła do kuchni po wazę z zupą. Siedzieliśmy w milczeniu. Żadne z nas nie chciało pierwsze rozpocząć rozmowy, uważając to za wyraz słabości. W końcu Roman uznał, że tym razem da mi fory i zapytał:
- Wszystko w porządku u ciebie?
- Tak, a tutaj... też wszystko dobrze?
- Dobrze.
Atmosfera w pokoju była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Na szczęście weszła mama z parującą wazą. Z piersi Romana wydarło się pełne ulgi westchnienie. Złapałam się na zabawnej myśli, że on również z całych sił próbuje stworzyć normalną atmosferę, by nie zepsuć niedzielnego obiadu. Oboje graliśmy w tej samej tragifarsie.
- A Norberta nie będzie? - zapytała mama.
- Nie. - Zagryzłam wargi, prosząc w duchu, by nie dociekali, dlaczego.
- Coś się stało?
- Nie... to znaczy, tak, ale...
Czy mogłam zatajać przed nimi podstawowe fakty z mojego życia?
- Norbert odszedł niecałe dwa miesiące temu - wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu.
Roman uderzył dłonią w blat stołu i już wiedziałam, że zgodną atmosferę właśnie trafił szlag.
- Jak to odszedł?! - huknął.
- Kochanie, uspokój się - próbowała łagodzić mama.
- To był jedyny sensowny facet w jej życiu!
- Widocznie mieli swoje powody, żeby się rozejść.
- Swoje powody, żeby się rozejść?! - powtórzył zjadliwie. - To on miał swoje powody! Dora jak zwykle coś spieprzyła! No, powiedz nam, co nawywijałaś tym razem?!
Utkwił we mnie oskarżycielski wzrok, a ja na chwilę znowu poczułam się jak tamta zbuntowana szesnastolatka.
- Nie twoja sprawa! - wysyczałam i zacisnęłam dłonie na blacie stołu.
- Kochani, proszę - błagała mama. - Nie kłóćcie się w niedzielę. Zjedzmy obiad.
To były słowa, które słyszałam tysiące razy: "Nie kłóćcie się! Zjedzmy obiad, śniadanie, kolację... Po co te nerwy?". Podniosłam się z krzesła i poszłam do kuchni, ciężko dysząc. Stanęłam przy oknie i próbowałam uspokoić oddech, wbijając wzrok w piękne krzewy piwonii, które mama posadziła w ogrodzie, kiedy byłam małą dziewczynką. Po chwili na ramieniu poczułam jej dłoń.
- Co się stało, kochanie? - zapytała. - Nie byłaś szczęśliwa z Norbertem?
- Byłam - odparłam szczerze. - To on nie był szczęśliwy ze mną.
Poczułam pieczenie pod powiekami. Mama głaskała mnie po włosach i nie odzywała się, czekając na to, aż będę gotowa mówić dalej.
- On odszedł, bo... ja nie chciałam założyć z nim rodziny. To znaczy, chciałam, ale nie tak, jak on to sobie wyobrażał.
- To znaczy jak, skarbie?
- Mamo! - Odwróciłam się i chwyciłam jej dłonie. - Wiesz, jaką mam pracę. I wiesz, jak bardzo ją kocham. Nie mogę z niej zrezygnować. Nigdy!
Wpatrywała się we mnie zamyślona. Jej piękne, błękitne oczy wypełniły się łzami.
- Twój ojciec też tak kochał to, co robił. Nauczyłaś się tego od niego - wyszeptała.
Odetchnęłam głęboko. Tata byłby ze mnie dumny i żaden Roman nie mógł tego zmienić. Spokojniejsza wróciłam do salonu i zajęłam miejsce przy stole. Ojczym siedział z założonymi rękami i wyrazem dezaprobaty na twarzy. W milczeniu zjedliśmy zimną zupę. Przy drugim daniu nastrój trochę mi się poprawił, bo mama podała aromatyczną pieczeń z ziemniaczkami. Poza tym myśl o tacie pomogła mi poskromić złość.
- Kupiłam twoje ulubione pączki - oznajmiłam pojednawczo i zerknęłam nieśmiało na Romana. On skrzywił się w wymuszonym uśmiechu. Raczej nie można było oczekiwać od nas niczego więcej.
- A jak tam w pracy? - zapytał, kierując rozmowę na jedyny temat, który nas łączył.
Streściłam przebieg kilku ostatnich akcji. Oboje z uwagą wysłuchali opowieści, Roman zadał kilka technicznych pytań. Zawsze wykazywał zainteresowanie zawodem strażaka i to w najgorszych chwilach ratowało naszą relację. Sam handlował silnikami hydraulicznymi. Był inżynierem, więc ciekawił go używany przez nas sprzęt i techniki pracy. Zastanawiałam się już kilka razy, czy zaprosić go do remizy, ale po kolejnym spięciu odpuszczałam temat.
Po deserze ojczym ponownie zatopił się w lekturze gazety, a mama i ja wyszłyśmy do ogrodu. Usiadłyśmy na tarasie wśród świeżej zieleni, rozkoszując się promieniami majowego słońca.
- Wszystko w porządku, kochanie? Radzisz sobie jakoś? - zapytała, nawiązując do naszej rozmowy w kuchni.
- Tak, mamuś. Nie ma tragedii.
Nadal wypierałam fakt, że bardzo tęsknię za Norbertem.
- Na pewno?
- Tak!
Gwałtownie zmieniłam pozycję na leżaku. Zerknęła na mnie z ukosa, ale nie drążyła.
- Co u Zochy?
- A właśnie! Miałam ci mówić, że spotkała faceta.
- Nie do wiary! - ucieszyła się. - Opowiadaj!
- Właściwie to nic o nim nie wiem - przyznałam szczerze. - Tylko to, że poznała go na strzelnicy i że przetrwał pierwszą randkę.
Mama zachichotała, bo dobrze znała moją przyjaciółkę.
- Nie mów, że nadal biega w bojówkach i tych dziwnych podkoszulkach?
- W tej kwestii nic się nie zmieniło - odparłam wesoło. - Zocha mówi, że ten facet zapowiada się obiecująco i że...
Chciałam dodać, że pisze do niej esemesy, ale w porę ugryzłam się w język.
- I co?
- I że... ogólnie może coś z tego będzie - wybrnęłam.
- To fajnie. Trochę złagodnieje, gdy się zakocha.
- Na to bym raczej nie liczyła.
- Ech, nie takie przypadki jak Zocha świat już widział - zakpiła mama. - A potem przychodzi ten moment i wszystkie kanty stają się obłe.
- Co?
- Zrozumiesz, kiedy naprawdę się zakochasz - wypaliła i spojrzała na mnie przestraszona. - Przepraszam, kochanie.
- Uważasz, że jeszcze nigdy się nie zakochałam? - spytałam oburzona.
- Uważam, że zbyt łatwo się poddałaś. Czyli tęsknisz za Norbertem?
- Mamo!
Nie mogłam się na nią gniewać. Wzięła mnie w dwa ognie, ale zrobiła to z troski.
- Wiesz, mamo, chciałam porozmawiać o czymś innym. Muszę wyjaśnić sprawy z Ryśkiem.
- Jakie sprawy?
- Rysiek nie traktuje mnie tak, jak pozostałych.
- Dyskryminuje cię? - Zrozumiała w lot.
- Tak. Na każdym kroku daje mi odczuć, że nie życzy sobie kobiet w zastępie.
- Ile czasu to już trwa?
- Od zawsze. Od kiedy razem pracujemy. Nie wiem, co z tym zrobić. Mam wrażenie, że jest coraz gorzej.
Spuściłam głowę. Chciałam być dorosła, a tymczasem zwierzałam się mamie ze swoich problemów. Nic dziwnego, że Roman traktował mnie jak dziecko, a dowódca nie szanował.
- Rozmawiałaś z nim o tym?
- Myślałam, że zrobię to wczoraj na urodzinach Cichego, ale się nie udało. Zastanawiam się, czy powinnam zgłosić się do komendanta.
- Zanim do niego pójdziesz, porozmawiaj z Ryśkiem. Niewykluczone, że uda wam się to załatwić między sobą.
Miałam co do tego pewne wątpliwości, ale taki był mój pierwotny plan. Może faktycznie warto jeszcze spróbować? Mama uśmiechnęła się i pogłaskała mnie po dłoni. Ułożyłam się wygodniej na leżaku, ciesząc się ciepłymi promieniami słońca. Wmawiałam sobie, że wszystko się poukłada. Przecież z każdej sytuacji jest wyjście. Tylko co, jeśli będę musiała zmienić jednostkę? Zaczynać od nowa? Przymknęłam oczy i wzięłam trzy głębokie wdechy. Cokolwiek się stanie, stawię temu czoła. Od lat ćwiczyłam to w pracy.
***
Kiedy ostatni z naszych kolegów wyszedł z kuchni i zostaliśmy z Rudym sami, wreszcie mogłam go zapytać, dlaczego jest taki markotny. Od samego rana snuł się po remizie z nieprzytomnym wzrokiem i posępną miną. Przypuszczałam, że chodzi o piękną kosmetyczkę i czekałam na dobry moment, żeby pociągnąć go za język.
Gdy tylko za Małym zamknęły się drzwi, wrzuciłam mokre ścierki do kosza na pranie.
- Rudy, co się dzieje? - zapytałam wprost.
- Co masz na myśli?
- Dobrze wiesz. Dlaczego jesteś taki przybity?
Przez chwilę się wahał, ale w końcu podniósł na mnie wzrok.
- Dora, wszystko nie tak. Zrobiłem, co mi radziłaś, ale Arleta nie miała cukru, bo jest na diecie, a kran działa - oznajmij zawiedziony.
Zrobiło mi się go żal.
- Rudy, nie łam się. Musimy wymyślić coś innego.
- Ale co? Mam pustkę w głowie.
To akurat mnie nie zdziwiło. W stanie zakochania iloraz inteligencji gwałtownie spada, a już w bezpośredniej konfrontacji z obiektem naszych uczuć może się znaleźć niebezpiecznie blisko skali ujemnej. Rudy od jakiegoś czasu przejawiał takie oznaki.
- To może spróbujmy opcji "sekretny wielbiciel"! - Zadowolona klasnęłam w dłonie.
- Myślisz, że ona ma jakiegoś wielbiciela? - Skrzywił się w grymasie złości.
- Tak, ma! - rzuciłam zniecierpliwiona. - Ciebie!
- Aha - sapnął z ulgą i klepnął się dłonią w czoło. - No tak. Tylko co ja mam robić?
Przewróciłam oczami.
- Rudy, będziesz jej robił różne niespodzianki. Zaczniemy od kwiatów. Kupujesz wiązankę lub storczyka w doniczce i podrzucasz na wycieraczkę. Dzwonisz i znikasz. Ona otwiera drzwi, znajduje kwiaty, cieszy się lub nie, ale już wie, że komuś się podoba.
- Dora, ona od razu wyczai, że to ode mnie! - zaskomlał.
- I właśnie o to chodzi! Ma widzieć, że się starasz, ale udawać, że nic nie wie, żebyś mógł się wykazać.
- To jest chyba dla mnie zbyt skomplikowane. Nigdy nie zrozumiem dziewczyn!
- Ty nie musisz ich rozumieć. Ty masz tylko je zdobywać. W sensie zdobyć Arletę.
- No dobra. Kupię te kwiaty czy coś i...
- I?
- I zrobię, co mi kazałaś.
- No. I to rozumiem.
***
Po południu siedziałam w swojej kanciapie i przeglądałam wiadomości w Internecie. W remizie panował spokój. Mieliśmy godzinę wolnego przed rozpoczęciem zajęć sportowych, więc wycofałam się do szatni i włączyłam telefon. Po chwili zawibrował w mojej dłoni. Dzwoniła Zocha.
- Hej Dora, jesteś na służbie?
- Tak, coś się stało?
- Nic się nie stało. Dzwonię, bo mój facet chce się z tobą spotkać.
- Słucham?!
- Wiesz, po tych wszystkich esemesach doszliśmy do wniosku, że powinniśmy poznać naszych przyjaciół. Przejść na wyższy poziom.
- Po tych wszystkich esemesach? - Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.
- Dora, no, ile można pisać...
- Nie spotykacie się?
- Widzieliśmy się ten jeden raz. Janusz mieszka poza miastem, więc kontaktujemy się tylko przez telefon. Ciekawe doświadczenie - zarechotała.
- Dobra, to kiedy? - wtrąciłam szybko, bo temat esemesów jakoś dziwnie mnie stresował.
- Możesz w sobotę? Autobus Janusza odjeżdża o piętnastej.
- Janusz przyjedzie autobusem?
- Tak. Z jego wsi odchodzą tylko dwa autobusy dziennie. Jeden rano i jeden po południu. Masz z tym problem?
- Nie, nie - zaprzeczyłam, chociaż zdziwiło mnie, że młody facet nie ma samochodu albo motoru.
- Dobra, przyjedź do mnie na drugą. Pomożesz mi naszykować coś do żarcia i ogarnąć trochę chatę - powiedziała i się rozłączyła.