Pomyślę o tym jutro - Katarzyna Michalik-Jaworska

-
Proszę czekać

SŁYSZAŁEM, ŻE ZNO­WU JĄ OD­RA­TO­WA­LIŚCIE! Czy w tym ku­rew­skim szpi­ta­lu nie ma ab­so­lut­nie ni­ko­go, kto miałby odro­binę cy­wil­nej od­wa­gi, by z tym wresz­cie skończyć?

- Pana córka żyje. Nie po­wi­nien się pan cie­szyć?

- Żyje? Pani to na­zy­wa życiem?! Musi być pani ja­kimś po­two­rem!

- Ja? Gdy­by to była moja córka, byłabym tu co­dzien­nie! Przy­cho­dzi pan do niej raz na kil­ka mie­sięcy, a mnie pan oskarża?

- Co pani może o tym wie­dzieć? Czy pani w ogóle ma dzie­ci?

- Nie, ale je­stem tu co­dzien... - nie po­zwo­lił mi skończyć.

- To o czym my w ogóle roz­ma­wia­my? Jak, pa­niu­siu, będziesz miała swo­je dziec­ko, a naj­le­piej cho­re - wte­dy... wte­dy możesz mnie osądzać.

***

Pierw­szy raz płakałam w pra­cy. Zbie­gam po scho­dach, potrącając jakąś ko­bietę. Na­wet nie mówię "prze­pra­szam". Właści­wie nie je­stem na­wet pew­na, czy to była ko­bieta. Muszę się jak naj­szyb­ciej do­stać na świeże po­wie­trze. Jesz­cze chwi­la i zwy­mio­tuję. Nie umiem tego wytłuma­czyć. Tyle lat pra­cy i na­gle taka re­ak­cja. Nie był to trud­niej­szy przy­pa­dek od po­zo­stałych. Od dzie­siątek in­nych w ciągu tych dzie­sięciu lat, gdy pra­cuję jako pielęgniar­ka na od­dzia­le kar­dio­lo­gii. Tu są same ciężkie przy­pad­ki.

Pamiętam, jak spy­tałam swoją siostrę, ile lat może mieć dziec­ko ważące czte­ry i pół kilo. Chwilę się wahała. Jej tyle miało, gdy się uro­dziło. Założyła jed­nak, że to jest cho­re, więc pew­nie ma z sześć czy sie­dem mie­sięcy. Ania ma czte­ry lata. Od trzech i pół roku jest u nas. Sama nie je, nie sie­dzi, nie załatwia swo­ich po­trzeb. Jej mózg jest prak­tycz­nie mar­twy. Do tego ma cho­re ser­ce. Nie żyje. We­ge­tu­je. Po­zba­wio­na świa­do­mości leży w szpi­tal­nym łóżecz­ku, po­karm do­sta­je dożyl­nie. Umie­rała pięć razy. Dziś re­ani­mo­wa­liśmy ją po raz szósty. Pierw­szy raz w pra­cy płakałam. Mo­dliłam się, by tym ra­zem re­ani­ma­cja się nie udała. Aby ktoś odważniej­szy podjął de­cyzję, że po­zwo­li­my jej umrzeć. Nie mogłam pa­trzeć na jej cier­pie­nie. Od­ra­to­wa­liśmy ją. A ja po­czułam, że muszę ra­to­wać sie­bie przed spa­zma­mi tar­gającymi moim ciałem.

Wciągam głęboko po­wie­trze. W żaden ra­cjo­nal­ny sposób nie umiem wytłuma­czyć re­ak­cji swo­je­go or­ga­ni­zmu. Po­dobną sy­tu­ację przeżyłam raz. Kie­dyś. Daw­no. Gdy za­czy­nałam pracę w tym za­wo­dzie. Cze­mu dziś? Cze­mu właśnie te­raz?

Po­wo­li szum w uszach za­czy­na usta­wać, a or­ga­nizm się wy­ci­sza. Muszę wra­cać. Ale jesz­cze chwi­la. Jesz­cze je­den od­dech.

Wstaję i po­wo­li ru­szam scho­da­mi na od­dział. Wszyst­ko jest jak za­wsze. Świat się nie za­trzy­mał. Nikt na­wet nie przejął się tym, co przed chwilą zaszło. Ko­lej­ny dzień pra­cy. Jak każdy od dzie­sięciu lat. Za­raz za por­tierką skręcam w pierw­sze drzwi na pra­wo. Nie mam siły po­ka­zać się którejś z dziew­czyn. Nie chcę zo­ba­czyć w ich oczach, że to nie ma zna­cze­nia, że nie wol­no dać się po­nieść emo­cjom. Na­sze mot­to. In­a­czej nie mogłabym tu pra­co­wać. Co za­tem zda­rzyło się dziś? Czy to jest ten osławio­ny kry­zys, przed którym ostrze­ga nas star­szy per­so­nel? Uporządkuj myśli - przy­wołuję sie­bie. - Je­steś Scar­lett O'Hara. Pomyślisz o tym ju­tro - od­dech, odwrót i uśmiech nu­mer trzy do małego pa­cjen­ta.

Źle wy­brałam drzwi. Za­miast do po­ko­ju ma­luchów wchodzę do piętna­sto­let­nie­go au­ty­stycz­ne­go Krzy­sia. Nic! Będę się uśmie­chać. Muszę się uśmie­chać, prze­cież to człowiek. Pod względem men­tal­nym dziec­ko, nie na­sto­la­tek. Spraw­dzam mo­ni­tor i mój wzrok wędru­je wyżej, wzdłuż brązo­wa­wej ścieżki biegnącej aż do okna. Zre­zy­gno­wa­na spoglądam na nie­go z wy­rzu­tem. Uśmie­cha się ra­do­sny, jak­by udało mu się spłatać naj­lep­sze­go z możli­wych figlów. Twarz dziec­ka, po­stu­ra do­rosłego mężczy­zny. I męskie re­ak­cje na mój wi­dok. Do­brze, że go to cho­ciaż nie za­wsty­dza, bo nie ma kom­plet­nie świa­do­mości, co się z nim dzie­je. Dum­nie wyciąga wy­ma­zaną kałem łapę. Leży u nas już trzy mie­siące i co­dzien­nie ta sama hi­sto­ria. Ar­ty­sta porąbany.

Wra­cam do sie­bie. Nie wiem, gdzie byłam przed chwilą, ale Krzyś ściągnął mnie sku­tecz­nie na zie­mię. Do ro­bo­ty.

***

Ostre światło prze­dzie­ra się pod przy­mkniętą po­wiekę. Ja­skra­wy neon dwor­ca PKS wdzie­ra się bru­tal­nie w mój sen. Zasnęłam? Mu­siałam być bar­dzo zmęczo­na. Do­brze, że nie prze­spałam przy­stan­ku. Pod­ry­wam się szyb­ko z miej­sca i potrącając współpasażerów, dosłownie wy­pa­dam na zewnątrz. Otu­lam się szczel­niej swe­trem, bo mimo dość ciepłego sierp­nia wie­czo­ry by­wają już ra­czej chłodne. Skręcam za "De­li­ka­te­sa­mi 24h" czyn­ny­mi od go­dzi­ny szóstej do go­dzi­ny dwu­dzie­stej dru­giej. Właści­ciel twier­dził, że ta na­zwa na­ga­nia mu klientów. Jesz­cze dwie prze­czni­ce i będę w swo­im miesz­ka­niu. Wezmę gorącą kąpiel, wtulę się w Mar­ci­na, po­zwolę wy­ma­so­wać so­bie sto­py. Plan jest do­bry. Może w za­mrażarce jesz­cze są ja­kieś lody?

Dru­gie piętro, trze­cie, za­mek, klucz, drzwi. Ci­sza. Ci­sza? Pew­nie wy­szedł. Może to na­wet le­piej. Jeśli nie wróci, to po kąpie­li pójdę pro­sto do łóżka. Tak zmo­dy­fi­ko­wa­ny plan też ma swój urok. A kąpiel zmy­je ze mnie ten dzień.

Spi­nam włosy na kar­ku, odkręcam ku­rek. Ubra­nie tra­fia pro­sto do ko­sza na bie­liznę. Przy­dałoby się zro­bić pra­nie. Z ko­sza wy­sy­pują się już brud­ne rze­czy. Pomyślę o tym ju­tro. Ju­tro mam dyżur w nocy, zdążę rano ogarnąć trochę ten bałagan. De­stroy - ar­ty­stycz­ny nieład, jak ma­wia mój mąż. A właśnie. Cie­ka­we, gdzie się szwen­da po nocy. Ach, mecz. Wspo­mi­nał coś wczo­raj. A może przedwczo­raj? Dni stają się ta­kie do sie­bie po­dob­ne. A prze­cież nie je­stem jesz­cze sta­ra. No, może doj­rzała też nie je­stem. Trzy­dziest­ka na kar­ku nie uspra­wie­dli­wia znużenia. Co w ko­szu na bie­liznę robią pod­pa­ski? Mu­siały spaść z półki (tyl­ko cze­go on szu­kał w mo­ich rze­czach?). Opłaca się je upy­chać na półkę? Nie, po­win­ny lada mo­ment być po­trzeb­ne. Ile minęło dni? Dwa­dzieścia pięć, dwa­dzieścia sześć? Mat­ko, jak ten czas leci. Muszę się jakoś po­zbie­rać do kupy, bo nicze­go już nie kon­tro­luję. Ka­len­da­rzyk! Gdzie mój ka­len­da­rzyk? Grze­bię w to­reb­ce już dobrą mi­nutę i nie mogę go na­mie­rzyć. Pamiętam, jak kie­dyś w pociągu siedząca na­prze­ciw­ko mnie para sprze­czała się żar­to­bli­wie, kto jest większym bałaga­nia­rzem. On nie­opatrz­nie zaczął opo­wia­dać o dam­skiej to­reb­ce. Dość nie­roz­ważny krok, ale mógł mieć może sie­dem­naście lat i nie zdążył opa­no­wać jesz­cze tych kil­ku pro­stych za­sad uni­ka­nia kon­fliktów. Dziew­czy­na, naj­wy­raźniej nie­zbi­ta z tro­pu, od­po­wie­działa z właści­wym tyl­ko na­sto­lat­kom wdziękiem, iż on nie zna pro­ste­go stop­nio­wa­nia: bałagan - bur­del - dam­ska to­reb­ka.

Mam! Dziś jest sie­dem­na­sty, to ile to dni? Trzy­dzieści sześć! Wy­klu­czo­ne! Spraw­dzam raz jesz­cze i sia­dam na se­de­sie. To nie­możliwe. Za­wsze mie­siączkuję jak w ze­gar­ku, dwa­dzieścia pięć - dwa­dzieścia sześć dni. Może to stres? A może ane­mia? Ostat­nio przełożona zwra­cała mi uwagę, że je­stem wyjątko­wo bla­da. Ciąża? Iskra szyb­ko gaśnie. Od sześciu lat sta­ra­my się o dziec­ko. Bez­sku­tecz­nie. Ro­bi­liśmy ba­da­nia. Oby­dwo­je. Choć, jak twier­dzi mój mąż, to "na pew­no moja wina, bo z nim jest wszyst­ko w porządku". I była moja. Nie umiałam utrzy­mać za­rod­ka w początko­wej fa­zie ciąży. Nie mówi się na­wet o po­ro­nie­niach. Jest na to od­dziel­ny ter­min - mi­kro­po­ro­nie­nia. Nie da się usta­lić, czy za­chodzę w ciążę, a jeśli w ogóle za­chodzę, to ile razy byłam w ciąży. Za­nim za­ro­dek się za­gnieździ, już go nie ma. Próbowałam się na­wet le­czyć. Odpuściłam. Ile razy można przeżywać zawód? Ile razy można nie­cier­pli­wie cze­kać i z drżeniem mo­dlić się, by tym ra­zem...

To za­wsze było dwa­dzieścia pięć - dwa­dzieścia sześć dni i krwa­wie­nie przy­cho­dziło, nie po­zwa­lając na­wet na złudze­nia, że może tym ra­zem...

Pomyślę o tym ju­tro.

Dziś tyl­ko kąpiel i sen. Wsu­wam się pod świeżą pościel z uczu­ciem ulgi. Przy­najm­niej pamiętał, że pro­siłam, aby wy­wie­trzył pościel na ta­ra­sie. Jak miło. Jed­na owiecz­ka, dru­ga owiecz­ka, ta trze­cia ma wyraźnie twarz Ani. Odejdź, proszę. Muszę od­począć. A jeśli je­stem w ciąży i po­ro­nię? Jak już będzie można określić, że byłam. I że ono było. A jeśli urodzę i będzie cho­re jak Ania? Czy star­czy mi na to sił? Jej ro­dzi­ce na początku miesz­ka­li w szpi­ta­lu. Po roku by­wa­li. Po dwóch zaglądali. Ojca Ani wi­działam ostat­nio na Dzień Dziec­ka. To będzie już trzy mie­siące pra­wie. Nie po­win­nam ich winić - ona nig­dy nie opuści szpi­ta­la, oni nig­dy nie będą mie­li dziec­ka. Ale ja bym była inna. Wiem to! Gdy­bym tyl­ko mogła mieć dziec­ko...

Miałam spać, ale natłok myśli nie po­zwa­la odpłynąć. A tak po­trze­buję od­po­czyn­ku. Klucz w drzwiach. Mar­cin. Jak do­brze. W jego ra­mio­nach na­tych­miast zasnę. Jak za­wsze. Tyl­ko że on wca­le nie idzie do sy­pial­ni, ale do po­ko­ju. Włącza po ci­chu te­le­wi­zor. Słyszę, że rozkłada ka­napę. Wyciągnął koc, znam go i jego na­wy­ki jak zły szeląg. Za­raz zaśnie przed tym te­le­wi­zorem, ale do sy­pial­ni nie pójdzie. Gdzie mój te­le­fon, która jest go­dzi­na? Dru­ga trzy­dzieści! Stra­ciłam po­czu­cie cza­su. Ale on, zda­je się, że też. Mecz trwał do dwu­dzie­stej pierw­szej trzy­dzieści. Co­raz częściej za­sy­pia przed te­le­wi­zorem. Nie będę się te­raz jesz­cze tym zadręczać. Pomyślę o tym ju­tro.

***

Wstaję, Mar­ci­na już nie ma. Może to i do­brze, prze­myślę so­bie wszyst­ko na spo­koj­nie. Przez ko­lej­ne dni jed­nak także nie mamy oka­zji na sie­bie tra­fić. Na­sze dyżury prze­pla­tają się. Nie mamy co li­czyć na to, że uda nam się spędzić ze sobą więcej niż piętnaście mi­nut. Pomyślałam, że może ce­lo­wo układa so­bie tak gra­fik, żeby się ze mną mijać. Oprzy­tom­niałam w porę, było to nie­do­rzecz­ne, zwłasz­cza że jego ko­men­dant nie po­szedłby mu na rękę, na­wet gdy­by pro­sił o do­dat­ko­we służby. Ich niechęć do sie­bie wzra­stała la­ta­mi i chy­ba żaden już nie pamiętał, skąd w ogóle się wzięła.

Ja tym­cza­sem byłam u le­ka­rza, zro­biłam ba­da­nia, z którymi po od­bio­rze miałam się zgłosić za ty­dzień. Zro­biłam na­wet test ciążowy - ujem­ny (nie wiem, po co, przeżywa­nie tego na nowo i na nowo było kosz­ma­rem). Wzięłam kil­ka do­dat­ko­wych dyżurów. Wa­ka­cje się kończyły, a dzie­cia­te koleżanki chciały jesz­cze złapać kil­ka dni słońca z dziećmi nad mo­rzem.

Za­nim wchodzę do le­ka­rza, po­bieżnie rzu­cam okiem na wy­ni­ki badań. To ab­sur­dal­ne! Drżącą ręką na­ci­skam klamkę.

- Pani dok­tor, je­stem w ciąży - zdążyłam wy­krztu­sić, za­nim ze­mdlałam.

***

Sie­działam na ta­bo­re­cie w kuch­ni, tępo wpa­trując się w dziurkę po gwoździ­ku w ścia­nie. Co tu wi­siało? I cze­mu na gwoździu, a nie na porządnie wkręco­nej śru­bie? Ta za­gad­ka miała na za­wsze po­zo­stać nie­roz­wiązaną. Właśnie wszedł Mar­cin. Po­de­rwałam się, jak­by ten nieszczęsny za­gu­bio­ny gwoździk od­na­lazł się na moim krześle, wbi­jając się boleśnie w moje sie­dze­nie.

- Mu­si­my po­roz­ma­wiać - wy­krztu­siłam z tru­dem, gdy wresz­cie wszedł do kuch­ni.

- Nie te­raz, za pół go­dzi­ny mam tre­ning. Nie ma nic na obiad? - od­burknął spod przy­kryw­ki garn­ka.

- Nie. Nie zdążyłam nic zro­bić. Byłam u le­ka­rza.

- Aha. No do­bra, zjem na mieście. Zo­ba­czy­my się później. Cześć. - Do­le­ciało już zza za­mkniętych drzwi wejścio­wych.

Trwałam wciąż w tym sa­mym miej­scu, odkąd weszłam do domu. Mama ma­wiała, że cza­sem rze­czy same układają się le­piej, niż gdy­byśmy je za­pla­no­wa­li. Może do­brze, że tak się stało. Jeśli się do­wie, będzie żył na­dzieją. A jeśli nie utrzy­mam ko­lej­nej ciąży? To będzie dla nie­go sil­ny cios. Cho­ciaż ten pierw­szy try­mestr niech się zakończy. Mi­nie naj­większe ry­zy­ko. Ja też nie zniosłabym w tym wszyst­kim jesz­cze jego roz­cza­ro­wa­nia. Do­brze się stało.

***

Zmie­niałam pościel u Krzy­sia, kie­dy go zo­ba­czyłam. Odkąd po­zwal­nia­li w ra­mach oszczędności sa­lo­we i die­te­tycz­ki, dwo­imy się i tro­imy w obo­wiązkach - choć na pod­sta­wo­we na­wet bra­ku­je cza­su. Dwie pielęgniar­ki na od­dział w nocy to zde­cy­do­wa­nie za mało. A jesz­cze ten gówniarz wy­ma­lo­wał wszyst­ko kałem. Kie­dy to się skończy? Prze­cież nie mogę przy­wiązać mu rąk do łóżka. Poza tym jest sil­niej­szy ode mnie. Zwłasz­cza gdy się wku­rzy.

Sie­dział na krześle na ko­ry­ta­rzu. Twarz trzy­mał w dłoniach. Pod­niósł głowę i za­uważył mnie. Po­de­rwał się z krzesła i pod­biegł w moją stronę.

- Słyszałem, że zno­wu ją od­ra­to­wa­liście! Czy w tym ku­rew­skim szpi­ta­lu nie ma ab­so­lut­nie ni­ko­go, kto ma odro­binę cy­wil­nej od­wa­gi, by z tym wresz­cie skończyć?

- Pana córka żyje. Nie po­wi­nien się pan cie­szyć?

- Żyje? Pani to na­zy­wa życiem?! Musi być pani ja­kimś po­two­rem!

- Ja? Gdy­by to była moja córka, byłabym tu co­dzien­nie! Przy­cho­dzi pan tu raz na kil­ka mie­sięcy, a mnie pan oskarża?

- Co pani może o tym wie­dzieć? Czy pani w ogóle ma dzie­ci?

- Nie, ale je­stem tu co­dzien...

- To o czym my w ogóle roz­ma­wia­my? Jak, pa­niu­siu, będziesz miała swo­je dziec­ko, a naj­le­piej cho­re - wte­dy... wte­dy możesz mnie osądzać.

Trzasnął drzwia­mi tak, że koleżanka wy­biegła na ko­ry­tarz, a pod siódemką roz­wrzesz­czały się no­wo­rod­ki. Cho­le­ra, kie­dy wpadł w tym sza­le do mnie, nie za­uważył, że stanął na wy­bru­dzo­nym przeście­ra­dle rzu­co­nym prze­ze mnie na podłogę. Te­raz mam gównia­ne ślady na całym od­dzia­le...

***

Nie mogę prze­stać myśleć o tym, co mi po­wie­dział. Czy rze­czy­wiście jest coś, co tłuma­czy po­rzu­ce­nie dziec­ka? Czy mogę go osądzać? Kie­dyś byli tu co­dzien­nie. A prze­cież życie to­czy się da­lej. Ktoś musi za­ra­biać, opłacać ra­chun­ki. A może mają już dru­gie dziec­ko? Jest zdro­we, żyje, wy­ma­ga opie­ki. Ania właści­wie jest dla nich mar­twa od daw­na...

Ale to ciągle jest ich dziec­ko! Ja bym... No właśnie, co ja? Miał może rację - co ja mogę wie­dzieć. Ta moja ciąża jest tak nie­re­al­na, że na­wet nie za­sta­na­wiałam się zbyt długo, czy nie po­win­nam pójść na zwol­nie­nie. W końcu to szpi­tal i cała masa za­grożeń dla płodu. Ale pójście na zwol­nie­nie wiąże się ze zro­bie­niem szu­mu wokół sie­bie, przy­zna­niem się do ciąży cho­ciażby przed Mar­ci­nem. A prze­cież lada dzień mogę ją stra­cić. Znam to. Nie zniosę współczu­cia koleżanek czy wy­rzu­tu w oczach Mar­ci­na.

Muszę się wziąć do pra­cy, myśli nie po­zwa­lają mi się sku­pić, a dziś nie wia­do­mo, w co ręce włożyć. Mamy dziec­ko, któremu podłączy­liśmy he­pa­rynę i co dwie go­dzi­ny muszę po­bie­rać krew do badań. W nocy nie ma gońca, za każdym ra­zem same zjeżdżamy windą na po­ziom mi­nus dwa i prze­cho­dzi­my do­bre trzy­sta metrów piw­nicz­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi do la­bo­ra­to­rium. W tym cza­sie na od­dzia­le zo­sta­je tyl­ko jed­na pielęgniar­ka. Tym, którzy kie­rują szpi­ta­lem, na­prawdę brak wy­obraźni.

Moja ko­lej. Po raz trze­ci prze­mie­rzam tę samą drogę w półmro­ku. Kątem oka do­strze­gam ruch w le­wym zaułku. A może mi się tyl­ko wy­da­wało? Po­win­nam spraw­dzić, ale świa­do­mość, że ochro­na jest na par­te­rze i w ra­zie cze­go na­wet nikt mnie nie usłyszy, każe mi przy­spie­szyć kro­ku. Te­raz je­stem pew­na, wyraźnie słyszę szyb­kie kro­ki za sobą. Jesz­cze dwa­dzieścia, dzie­sięć metrów. Na­ci­skam klamkę i od­wra­cam się gwałtow­nie. Przede mną ni­czym mur wyrósł wiel­ki fa­cet z brud­ny­mi włosa­mi i dość moc­nym odo­rem sta­re­go mo­czu.

- Nie ma pani cze­goś do je­dze­nia?

Do­strze­gam ruch za nim, szyb­ko za­my­kam za sobą drzwi na za­mek. Zdzi­wio­na la­bo­rant­ka pa­trzy na mnie dość nie­przy­tom­nie.

- Za­dzwoń po ochronę. Śpi tu kil­ku bez­dom­nych.

Wiem, że na dwo­rze jest co­raz zim­niej, ale muszę tej nocy przyjść tu jesz­cze kil­ka razy i nie chcę się bać - tłumaczę się przed sobą i swo­im odrętwiałym ze stra­chu ser­cem.

***

Patrzę na nie­go, jak je. Lubię go wte­dy ob­ser­wo­wać. Je­dze­nie dla nie­go jest jak ce­le­bra. Każdy kęs, przy­mrużenie po­wiek i ci­chy po­mruk są zapłatą za wysiłek włożony w przy­go­to­wa­nie posiłku. Jego twarz jest wte­dy taka po­god­na. Dzie­więć lat ra­zem, a ja wciąż to lubię. Bu­dzi we mnie tkli­wość i nie­mal mam ochotę mu po­wie­dzieć o ciąży. Marzę, by zo­ba­czyć jego radość. Wy­obrażam so­bie jego oczy, w których ry­su­je się miłość do mnie, i chcę po­czuć to szczęście, które możemy so­bie wza­jem­nie dać. Ko­cham go wciąż tak samo jak w dniu, w którym włożył mi obrączkę na pa­lec.

No właśnie. Ko­cham go. Dla­te­go mu tego oszczędzę. Kie­dy mi­nie pierw­szy try­mestr ciąży i wszyst­ko ja­kimś cu­dem będzie w porządku, wte­dy mu po­wiem. Wte­dy się odważę.

- Było pysz­ne, dziękuję. Za­wsze świet­nie go­to­wałaś.

Pod­noszę się z krzesła, zbie­ram ta­le­rze i sia­dam na nim okra­kiem, opie­rając się ple­ca­mi o stół. Całuję go w po­wie­ki. De­li­kat­nie. A po­tem w nos i w usta. Ściągam ko­szulkę przez głowę i wpi­jam się w jego usta, tym ra­zem na dłużej. Od­wza­jem­nia z dużo większą siłą. Czuję jego ręce na mo­ich pier­siach i słyszę, że jęknął. Pod­no­si się z krzesła ze mną na so­bie i sa­dza mnie na sto­le. Lek­ko od­py­chając mnie od sie­bie, robi trzy kro­ki w tył.

- Nie. Ja już tak nie mogę - prze­cze­su­je ręką po­tar­ga­ne włosy.

Wy­raz mo­je­go zdu­mie­nia na twa­rzy jest na tyle su­ge­styw­ny, że kon­ty­nu­uje nie­mal na jed­nym wy­de­chu.

- To do­nikąd nie pro­wa­dzi. Nie można tak żyć. Oszu­ku­je­my sie­bie od daw­na, że to nor­mal­ność, ale nią ta­kie życie nie jest. Ro­dzi­na to mąż, żona i dziec­ko. A my je­steśmy ja­kimś sztucz­nym two­rem.

- Myślałam, że wy­star­cza­my so­bie. Mówiłeś, że naj­ważniej­sze, że mamy sie­bie...

- Mówiłem, kie­dy jesz­cze miałem na­dzieję, że będzie in­a­czej. Że w końcu się uda. Proszę, nie patrz tak na mnie. Sama prze­cież to czu­jesz, że nie jest w porządku. Daj­my so­bie szansę na inne życie. Na pełne życie.

- Ale prze­cież wiesz, że ja ta­kie­go życia być może nig­dy nie będę mogła mieć. Może nig­dy nie będę mogła mieć dzie­ci - przełykam sys­te­ma­tycz­nie gulę, aby nie po­deszła całkiem do gardła. Mówi to wszyst­ko jesz­cze z ru­mieńcami na twa­rzy po wcześniej­szym pod­nie­ce­niu.

- Ale ja je chcę mieć. Za­wsze ma­rzyłem o dziec­ku, wiesz o tym. Daj za­tem szansę mi... Zasłużyłem na nią...

- Tak... zasłużyłeś...

Pod­noszę z zie­mi rzu­coną bluzkę i naciągam przez głowę. Łapie mnie za rękę, ale ją wy­szar­puję. Chwy­tam tyl­ko wiszące na ha­czy­ku klu­cze i za­trza­skuję za sobą drzwi. Chłód wie­czo­ru uzmysławia mi do­pie­ro, że wyszłam bez okry­cia i w kap­ciach. Da­le­ko się tak nie wy­biorę. Nie mam jed­nak siły tam wrócić. Ru­szam przed sie­bie.

Pamiętam, jak wrócił kie­dyś ze służby. Zmęczo­ny, bo była so­bo­ta - dys­ko­te­ki i dużo in­ter­wen­cji. Zwinęli do ra­dio­wo­zu trzy­na­sto­let­nią smar­kulę, pi­janą do nie­przy­tom­ności. Sie­działa w ro­wie i nie była w sta­nie się ru­szyć. "Jeśli byśmy jej nie za­bra­li, to za­raz jakaś grup­ka moc­no roz­ba­wio­nych ko­le­si by ją zgarnęła" - po­wie­dział. Za­wieźli ją do domu, a jej oj­ciec po­szczuł ich psa­mi i od­grażał się, że zro­bi jej ba­da­nia, czy jej nie tknęli. Chwilę po­tem zno­wu in­ter­wen­cja i dwóch agre­syw­nych wy­rostków. Skuł jed­ne­go i wsa­dził do ra­dio­wo­zu. Wte­dy ten zaczął ude­rzać głową w kratkę od­dzie­lającą pasażerów od kie­row­cy, aż roz­ciął so­bie łuk brwio­wy i zalał się krwią. Gdy ko­le­ga wrócił do ra­dio­wo­zu z dru­gim de­li­kwen­tem, oświad­czył, że chce złożyć ze­zna­nie, że go Mar­cin pobił.

Pamiętam, jak położył głowę na mo­ich ko­la­nach i po­wie­dział, że je­stem jego równo­wagą. Że jak kładzie się przy mnie, to cały ten zwa­rio­wa­ny świat od­zy­sku­je ład i porządek. Że je­stem jego po­wie­trzem i beze mnie by się udu­sił lub co naj­mniej zwa­rio­wał.

Jak widać, można żyć bez po­wie­trza...

***

Jak to się stało, że stoję pod drzwia­mi Lid­ki? Nie wiem, ile cza­su szłam ani którędy, ale bezbłędnie tra­fiłam pod jej drzwi. To idio­tycz­ne, jest pra­wie północ. Ma małe dzie­ci, na pew­no już śpią. Ale gdzie pójdę? Co mam ze sobą zro­bić w tych kap­ciach i blu­zecz­ce? Nie wzięłam na­wet port­fe­la.

Za­pu­kam le­ciut­ko, jak śpią, to odejdę. Tyl­ko co ja jej po­wiem? Do­bra, na trzy. Raz, dwa, trzy. Nie słyszała. Nie za­dzwo­nię, po­budzę wszyst­kich. Przejdę się jesz­cze, może wymyślę coś in­ne­go.

- Mar­ta? Co się stało?

- Mogę u cie­bie prze­no­co­wać?

- Wejdź.

Po­pro­wa­dziła mnie po scho­dach na górę do po­ko­ju syna. Wzięła go de­li­kat­nie na ręce i prze­niosła do swo­jej sy­pial­ni. Wyjęła z sza­fy do­dat­kową pościel i posłała mi jego łóżko. Podała ręcznik i po dłuższej chwi­li przy­niosła gorącą her­batę i swoją ko­szulę nocną. O nic nie spy­tała, rzu­ciła "do­bra­noc" i za­mknęła za sobą drzwi.

Słyszałam jesz­cze, że coś po ci­chu tłuma­czy mężowi, i dom pogrążył się w ci­szy. Początko­wo zmar­z­nięta opa­tu­liłam się szczel­nie kołdrą, ale chwilę później wydała mi się po­twor­nie ciężka. Miałam wrażenie, że mnie dusi i przytłacza. Cała się spo­ciłam, więc ją z sie­bie zrzu­ciłam i otwo­rzyłam okno. Wdy­cha­ne łap­czy­wie po­wie­trze nie po­mogło. Złapały mnie mdłości i w ostat­niej chwi­li zdążyłam do łazien­ki. Po­tem zasnęłam i spałam jak za­bi­ta, dopóki nie po­czułam za­pa­chu kawy i nie zo­ba­czyłam Lid­ki siedzącej na łóżku po tu­rec­ku i wyciągającej do mnie gorący ku­bek.

- Za­wiozłam dzie­ci do przed­szko­la, Paweł jest w pra­cy. Wzięłam urlop na życze­nie, więc je­stem tu tyl­ko dla cie­bie. Masz, na­pij się i do­pro­wadź do sta­nu używal­ności.

- Nie, dziękuję za kawę.

- Na­pij się, bo wyglądasz jak zom­bie.

- Nie pi­jam kawy.

- Nie pi­jesz kawy? Od kie­dy? Co jest gra­ne? - Pa­trzyła na mnie wni­kli­wie... i jest! Jej źre­ni­ce robiły się co­raz większe i większe. - Cho­le­ra! Je­steś w ciąży, tak? Słyszałam, jak wy­mio­to­wałaś.

Jak to możliwe? Zajęło jej to na­prawdę kil­ka­naście se­kund, aby połączyć ze sobą wca­le nie tak oczy­wi­ste fak­ty. Rzy­gałam z nerwów, a kawy nie piję ot tak, na wszel­ki wy­pa­dek. Zajęło jej to kil­ka­naście se­kund, a Mar­cin nic nie spo­strzegł przez trzy ty­go­dnie.

- Nie, no co ty... - zaczęłam, ale nie dała mi skończyć.

- Je­stem twoją siostrą, do cho­le­ry, więc mnie nie okłamuj. Poza tym byłam w ciąży, pragnę ci przy­po­mnieć.

- Je­stem...

- Mój Boże, tak się cieszę - rzu­ciła mi się na szyję, ani na chwilę nie odkładając kub­ka z wrzątkiem. - Czy to... czy tym ra­zem to pew­ne?

- Nie! To do­pie­ro początek, więc nic nie jest pew­ne. Na­wet u osób ab­so­lut­nie zdro­wych, a co do­pie­ro u mnie. - Jej uśmiech szyb­ko zni­kał z oczu. - Ale ciąża już tyle się utrzy­mała, a to w moim wy­pad­ku duży postęp - dodałam po­spiesz­nie, usil­nie chcąc pod­trzy­mać ten jej życz­li­wy uśmiech.

- Taak. To rze­czy­wiście nowość. Trze­ba wie­rzyć. Co Mar­cin na to?

Spuściłam głowę, bo łzy mi­mo­wol­nie zaczęły mi płynąć po po­licz­kach.

- Zo­sta­wił mnie.

- Zo­sta­wił? Te­raz, kie­dy w końcu zaszłaś w ciążę?

- Nie po­wie­działam mu...

- Jak to? Co ty wy­pra­wiasz?

- Nie wiem... Nie mogłam mu po­wie­dzieć. Początko­wo bałam się robić mu na­dzieję, dopóki ciąża się nie utrzy­ma przez trzy mie­siące, ale po­tem... po­tem, gdy mówił te wszyst­kie słowa, że bez dziec­ka nie je­steśmy ro­dziną... że nie mogę go ska­zy­wać na ta­kie życie... że ma pra­wo mieć ro­dzinę... Mam go za­trzy­mać dziec­kiem? A jeśli za chwilę je stracę? Muszę się z tym li­czyć bar­dziej niż z tym, że urodzę. Mam to prze­cho­dzić po­now­nie? Bo ja tego dziec­ka dać mu nie mogę. To jego naj­większe ma­rze­nie, pra­gnie­nie, życio­we spełnie­nie. Ja oka­załam się "prze­szkodą" w jego re­ali­za­cji. Bez dziec­ka nig­dy nie będzie szczęśliwy. Czuję się prze­gra­na podwójnie, bo nie mogę być matką, no i miłość jed­nak nie po­ko­nu­je wszyst­kiego... A on nie chce o nas wal­czyć, mimo że byliśmy na­prawdę świetną parą. Po­sta­wił na nas kreskę, ważne jest tyl­ko to, że nig­dy nie będzie­my ro­dziną.

- Nie mogę tego słuchać. On spro­wa­dził cię do funk­cji in­ku­ba­to­ra. Je­steś nie­przy­dat­na bio­lo­gicz­nie, to do wi­dze­nia. Pod­su­mo­wał twoją war­tość spraw­nością two­jej ma­ci­cy. Du­pek!

- Nie mów tak! Na­zy­wa­nie go dup­kiem tyl­ko dla­te­go, że pra­gnie mieć dzie­ci, nie jest w porządku. Nie uzur­puję so­bie pra­wa do za­trzy­ma­nia go. Ma pra­wo do pro­kre­acji, ma pra­wo do by­cia oj­cem, jego ro­dzi­ce mają pra­wo do wnuków - ale nikt nie ma pra­wa do na­zy­wa­nia go dup­kiem. Człowiek ma tyl­ko jed­no życie, a pro­kre­acja jest jego sen­sem. Jeżeli na­wet nie je­dy­nym, to głównym.

- O kur­na! To się nie­wie­le różnimy od bak­te­rii... Czy ty słyszysz sama sie­bie? A dwo­je lu­dzi? Co z nimi? Co z tym, co ich łączy? Myślisz, że między mną a Pawłem nie ma nic trwal­sze­go niż dzie­ci?

- Nie ma. Twoją siłą, jako żony, jest to, że je­steś matką jego dzie­ci. Dałaś mu to, bez cze­go nie war­to żyć. Gdy­byś nie uro­dziła mu dzie­ci, nie miałabyś tej po­zy­cji.

- Co ty za bzdu­ry wy­ga­du­jesz?

- Jak można nie ro­zu­mieć, że zupełnie inną "war­tość" ma dwu­dzie­sto­dwu­let­nia dziew­czy­na, a inną mat­ka dwójki dzie­ci, z którą się przeszło przez życie. W do­dat­ku niełatwe. Zo­bacz, ile kosz­to­wała w sie­dem­dzie­siątym czwar­tym roku bu­tel­ka niezłego, ale wca­le nie je­dy­ne­go czy naj­wspa­nial­sze­go wina i ile ta sama bu­tel­ka kosz­tu­je obec­nie. Może to pomoże ci zro­zu­mieć coś, co dla mnie jest oczy­wi­ste.

- Do­brze, po­sta­ram się nadążyć za two­im to­kiem ro­zu­mo­wa­nia. On z tobą też przeżył wie­le lat. Trud­nych dla was lat. To wszyst­ko się nie li­czy, bo nie dałaś mu dzie­ci? Prze­cież to ab­surd! A gdy­by on był bezpłodny? Myśle­li­byście pew­nie o ad­op­cji. Prze­cież ważny jest part­ner, a nie jego ga­me­ty.

- Są ważne...

- Ta­aak... Czy­tałam kie­dyś, że w związku, w którym dziec­ko jest cho­re, zo­sta­je po­nad dwa lata tyl­ko trzy­dzieści pro­cent fa­cetów. Czy­li cała resz­ta ma te swo­je geny głęboko w du­pie, gdy tymi ge­na­mi trze­ba się jakoś spe­cjal­nie zaj­mo­wać.

- On by się zaj­mo­wał...

- Z pew­nością! Dał tego dowód wczo­raj! Przy­sięgaliście "na do­bre i na złe". Dziś jest to tyl­ko "na do­bre", "złe" po­wo­du­je za­bra­nie swo­ich za­ba­wek z pia­skow­ni­cy. Wiesz co, nie wiem, jak z tobą roz­ma­wiać... Ręce mi opa­dają... Nie wiem, które z was ma większy bałagan w głowie...

- Prześpij się - rzu­ciła jesz­cze za drzwia­mi. - Zro­bię coś na obiad i zajrzę po­tem do cie­bie.