Parę lat temu podczas kilkudniowej wizyty w Warszawie korzystałam z mieszkania przyjaciół, którzy wyjechali na urlop. Mieszkanie jest duże, nowoczesne, z wygodami. I bez przerwy coś robi. Na przykład samo zapala dyskretne boczne światło, gdy zapada zmrok. Albo zasłania okna. Gdy pierwszego dnia usłyszałam od strony podwórka niepokojący szelest i zamarłam ze strachu, przekonana, że włamuje się psychopata, okazało się, że to zapuszczają się żaluzje w salonie. Mieszkanie w regularnych interwałach nawadniało też roślinność na tarasie za pomocą zmyślnego systemu rurek, kategorycznie pozbawiając mnie nawet sposobności podlania kwiatków w skromnym geście wdzięczności za gościnę. Brakowało tam tylko historii, które same się zmyślały, i samorozgryzających się orzechów jak w piosence śpiewanej przez Hannę Banaszak.
Gdy już jako tako uporałam się z ciągłą aktywnością nowoczesnego domu, który bez przerwy coś bez mojej wiedzy, a czasem nawet zgody ułatwiał i optymalizował, zaczęłam myśleć o tym, co robi dom poniemiecki. Tak już mam, że wszystko mi się z poniemieckim kojarzy, prawdopodobnie dlatego, że - jak uznała kiedyś znajoma parająca się astrologią - jest wprawdzie dwanaście domów astrologicznych, ale dla mnie planety zrobiły wyjątek i obdarzyły mnie jeszcze trzynastym, poniemieckim. Myślałam też o tym, jak bardzo dom poniemiecki musiał się napracować, żeby zostać domem polskim. Bo czym jest dom poniemiecki? Niemieckim, który udaje polski? A może domem schizofrenicznym, "murem podzielonym" jak w piosence Kultu, domem, którego mieszkańcy bez przerwy obserwują to jedną, to drugą stronę? A może jest jeszcze gorzej i obie strony nie chcą nic o sobie wiedzieć, jak w tych skrzywdzonych domkach jednorodzinnych, z jedną połową pomalowaną na niebiesko, a drugą na czerwono, bo lokatorzy nie wpadli na to, żeby ze sobą porozmawiać? Czy dom poniemiecki, dom z podwójnym rodowodem, jest politycznie podejrzany, tak jak zdaniem niektórych osoby z podwójnym obywatelstwem?
Życie na poniemieckim najczęściej jest kojarzone ze słowiańskim rozmemłaniem, które umościło się z wszelkimi blaskami i cieniami prowizorki w germańskim Ordnungu. "Słowiański, sielski żywioł wlazł tu w poniemieckie domy", pisał o lubuskiej wsi Ziemowit Szczerek przy okazji wizyty na festiwalu w Kostrzynie nad Odrą [Küstrin][2] latem 2017 roku. Słowiański żywioł, dopowiadam, który rozwalił się na pokojach, stronił od koniecznych remontów i drapiąc się po brzuchu, rzucał co jakiś czas: "No to cyk". Ale skojarzenia z domem poniemieckim nie kończą się przecież na opozycjach dbania o porządek i niedbalstwa, protestanckiego minimalizmu i katolickiej wystawności, teutońskiej zapobiegliwości i słowiańskiego odkładania na później.
Cóż to takiego - dom poniemiecki? To przede wszystkim dom zbudowany najpóźniej w 1945 roku. Czyli stary. Pewnie dlatego wychowanym na "Ziemiach Odzyskanych" zdarza się mianem poniemieckich określać stare budynki również w innych częściach Polski. Wrocławski pisarz Piotr Adamczyk przyznał mi się, że kiedy podczas pobytu w Łodzi powiedział o pewnej tamtejszej kamienicy, że jest poniemiecka, jego łódzcy rozmówcy byli cokolwiek zdezorientowani. Niektórzy widzą poniemiecką architekturę nawet za granicą. Pisarka, dziennikarka i tłumaczka Katarzyna Weintraub zapamiętała, jak w latach osiemdziesiątych pewna spotkana w Kolonii Polka zachwycała się secesyjną zabudową miasta, namawiając przyjezdnych znajomych, aby koniecznie obejrzeli piękne poniemieckie kamienice.
Dom poniemiecki może być wiejską zagrodą, miejską willą, kamienicą, może być i modernistycznym kubusem, chociaż te ostatnie laik zakwalifikuje raczej jako budowle z lat sześćdziesiątych - ze względu na płaskie dachy. Poniemieckie kojarzy się bowiem ze spadzistym dachem, czasem z datą budowy ułożoną z dachówek w innym niż całość odcieniu, czerwoną cegłą i ciemną klatką schodową z kolorowymi szybkami oraz łazienką z bateriami z napisami kalt i warm. Są poniemieckie kamienice, które melancholijnie niszczeją, razem z ozdobnymi piecami kaflowymi przypominającymi piętrowe torty, rzeźbionymi poręczami na klatkach schodowych i sklepieniami z wyblakłym niebkiem. Są coraz słabiej opierające się czasowi poniemieckie pałace, które każą myśleć o porosłej chwastami siedzibie Marquezowskiego generała w jego ostatniej jesieni, z dywanami rozszarpanymi przez krowie racice i ścianami inkrustowanymi grzybami we wszystkich kolorach tęczy. Są domy poniemieckie, którym się nie wiodło, bo mieszkali w nich ludzie, którzy traktowali swoje siedziby tak, jak żołnierze zwycięskiej armii traktują kobiety wroga. Są domy poniemieckie, o które nikt się nie zatroszczył, aż te poddały się i runęły, a potomkowie dawnych mieszkańców mogą fotografować już tylko resztki fundamentów.
Przybywa takich, które mają szczęście, odremontowywanych pieczołowicie i z dbałością o najmniejszy szczegół, tak że nawet - jak opowiadał mi z dumą pan Stefan z okolic Słubic [Frankfurt (Oder) Dammvorstadt] - "i Helmut by się nie powstydził". Na portalach w rodzaju slowhop.pl, które kuszą mieszczuchów listami klimatycznych miejsc, można znaleźć sporo poniemieckich domów emanujących atmosferą tradycyjnej przytulności i solidnego zadomowienia oraz odrestaurowanych obór, zamienionych na charakterne domy wakacyjne. Trudno o lepszy dowód na to, że drugie i trzecie pokolenie osadników uznało, że jest u siebie i Niemcy jednak nie wrócą.
Temat poprzednich mieszkańców powraca czasem w magazynach wnętrzarskich, w artykułach poświęconych remontom poniemieckich domów. "Weranda Country" pisała w 2016 roku:
Ceramiczna dachówka pochodzi aż z trzech różnych dachów. Kupowali ją przez internet z rozbiórek poniemieckich chałup. [...] Pod podłogą i na strychu nowi właściciele znaleźli pamiątki po przedwojennych mieszkańcach (np. trzy stare kafle piecowe z ręcznie odciśniętym wzorem) - zachowali je, bo jak mówią, to dzięki nim wracają dobre duchy.
Wbrew zaklęciom właścicieli poniemieckich domów duchy wcale nie muszą wracać w zamiarach pojednawczych. Mogą pojawiać się jako upiory i zgłaszać pretensje. Karolowi Maliszewskiemu z Nowej Rudy [Neurode], autorowi Wyprawy do miasteczka. Notatnika sudeckiego, jeszcze w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych nie dawało spokoju wyobrażenie byłego właściciela jego domu, aptekarza Joachima Jacobsa, który w każdej chwili może wyjść z szafy i powiedzieć w sudeckim dialekcie: "Spierdalaj, przybłędo!".
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polacy krótko cieszyli się wspólnym domem, a wybuch II wojny światowej zapoczątkował czas tułaczki i bezdomności, który miał trwać jeszcze przez długie powojenne lata. W 1946 roku, gdy Kazimierz Brandys pisał "wojna wzięła mój dom w twarde karby", w miastach całej Polski było 4,44 miliona izb mieszkalnych. Izba mieszkalna to oficjalne określenie pomieszczenia nadającego się do mieszkania, w tym kuchni. Sześć lat później liczba izb mieszkalnych będzie wynosić 5,97 miliona. To nadal niewiele, zważywszy wojenne straty.
8 marca 1946 roku, rok po postanowieniach w Jałcie i Poczdamie, na mocy dekretu o majątkach opuszczonych i poniemieckich przechodzi na własność Skarbu Państwa wszelki majątek Rzeszy Niemieckiej i byłego Wolnego Miasta Gdańska oraz ich obywateli "z wyjątkiem osób narodowości polskiej lub innej przez Niemców prześladowanej". Mieszkania w całej Polsce, również poniemieckie, stają się własnością wspólną w wyniku dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego o komisjach mieszkaniowych, przyjętym w 1944 roku przez lubelski rząd.
W maju 1945 roku, jeszcze przed postanowieniami poczdamskimi, Centralny Komitet Przesiedleńczy agituje: "Chcecie chleba - na Zachodzie jest chleb! Chcecie ziemi - na Zachodzie jest ziemia!". Na "Ziemie Odzyskane" jadą ci, którym odebrano domy na Wschodzie, i ci, których domy zbombardowano w centrali. W 1947 roku dołączą do nich przesiedleni w ramach akcji "Wisła". Jadą ocalali Żydzi. Założą gminy żydowskie - ziemie zachodnie staną się największym skupiskiem ocalonych z Zagłady - i przez krótki czas będzie się wydawać, że w nowym polskim domu jest miejsce i dla nich. Najpóźniej po pogromie kieleckim w lipcu 1947 roku Żydzi z całego kraju zaczną masowo emigrować i szukać sobie domu gdzie indziej. Na Zachód jadą rodziny, których bieda jest tak dotkliwa, że ich siedziby przestały zasługiwać na miano domu. Jadą po złote runo bandy szabrowników, patroszą mieszkania, pomieszkując to w jednym, to w drugim, i znikają na zawsze. Jadą ci, którzy mają coś do ukrycia przed nową władzą. Jadą zdemobilizowani żołnierze, zachęceni obietnicami ulg dla osadnika wojskowego, i powracający z Niemiec robotnicy przymusowi. Jedni marzą o urządzonych mieszkaniach poniemieckich i gospodarstwach z budynkami, światłem i inwentarzem. Inni - o rychłym powrocie do utraconych rodzinnych stron.
Przeprowadzka
Magdalena Viecenz, babcia Cäcilii Hille, z którą rozmawiam w Berlinie, do 1946 roku mieszkała w ostatnim domu na wzgórzu w Rückers, dziś Szczytnej w Kotlinie Kłodzkiej. Dom został wyszabrowany jeszcze podczas obecności gospodarzy. Rabusie spędzili domowników do piwnicy, a górę opróżnili ze wszystkiego, co dało się wynieść, łącznie z namoczonym praniem. Zanim wyjechali, szesnastoletnia Magdalena Viecenz widywała w kościele polskie dziewczęta ubrane w jej rzeczy. Wróciła w siedemdziesiątym piątym, żeby zobaczyć dom. Parter był zrujnowany, a na piętrze mieszkała kilkuosobowa rodzina. Mieszkańcy mieli odciętą wodę i korzystali ze studni w podwórzu. Nigdy nie widziałam równie pustego domu, opowiadała babcia Cäcilii. Nie pojechała już później do Polski. Za to latem 2016 roku pojechała Cäcilia. Domu nie znalazła. Przywiozła babci kamyk.
Rodzina Magdaleny Viecenz opuści wieś jako jedna z ostatnich niemieckich familii, gdy Rückers będzie już Szczytną. Podczas gdy Viecenzowie będą jeszcze zwlekać z decyzją o wyjeździe, mama mojego taty, babcia Marysia, już będzie pakować dobytek w Wojutyczach pod Starym Samborem. Pojedzie na Zachód pierwszym transportem, ze swoim dwuletnim synem, czyli moim tatą, młodszym bratem i matką, do Zobten am Berg, Sobótki pod Ślężą. Wśród szykujących się do wyjazdu zabraknie Michała, męża Marysi - Ukraińca, parę miesięcy wcześniej zaaresztowanego przez Sowietów. Wtedy nikt jeszcze nie wie, że ze lwowskich Brygidek dziadek Michał trafi na osiem lat do łagru w Workucie i choć w 1953 roku wróci w rodzinne strony, przemianowane tymczasem na Ukraińską Republikę Rad, już nigdy nie zobaczy żony, a syna - dopiero gdy ten będzie dorosłym człowiekiem.
W ruchomej szopce pamięci od lat kręcą się te same postaci i wypowiadają te same słowa. Gdy po dziadka przychodzą sowieccy żołnierze, jeden z nich sięga po wiszącą na ścianie rodzinną pamiątkę, szablę po ojcu Marysi, który służył w armii austriackiej za Franciszka Józefa. Mały tato protestuje: "Moskal, job twoju mać, zostaw, to dziadzi!". A zbity z pantałyku Moskal kiwa głową i mówi: "Wot, umnyj malczik". Ilu jest wojskowych w rodzinnej chałupie? Dwóch? Więcej? Kogo jeszcze zastali w domu, kto żegna dziadka Michała, który potem, w siedemdziesiątym siódmym, gdy urodzi się wnuczka, a jemu pozostaną już tylko dwa lata życia, będzie pisał z ukraińskiego Chodorowa: "Obciskam Was wszystkich, a kochaną Karolincię najlepiej", i wysyłał mnie, oseskowi, kartki na Dzień Kobiet? Tego już się pewnie nigdy nie dowiem.
"Eto uże nie Polsza, eto zapadnaja Ukraina" - słyszą domownicy. "Eto nie Polsza" - słyszy półtora miliona Polaków wysiedlonych z Kresów Wschodnich w latach 1944-1948. Na początku lipca 1945 roku, tuż po konferencji poczdamskiej, Frank Scholz, ksiądz z Görlitz, zapisuje w pamiętniku: "Dowiadujemy się po raz pierwszy, że rząd polski zalicza Görlitz-Ost do Polski". "Hier ist Polen" - tu jest Polska, słyszy w czerwcu i lipcu 1945 roku czterysta tysięcy Niemców, pędzonych za Odrę na dziko, jeszcze przed postanowieniami poczdamskimi o nowym przebiegu granic. "Hier ist Polen" - słyszą ci, którzy muszą wyjechać od sierpnia 1945 do końca 1950 roku. Historycy szacują ich liczbę na trzy i pół miliona.
Repatriantom i osadnikom przypadają - niczym w gigantycznej monopoly - zagrody, kamienice, fabryki i kopalnie; parki, drogi i cmentarze; szpitale, przychodnie, przedszkola, szkoły, uniwersytety; teatry, opery i muszle koncertowe; mleczarnie, browary, piekarnie i laboratoria; linie elektroenergetyczne i wodociągi; byłe obozy pracy i obozy koncentracyjne; linie tramwajowe, dworce i lotniska; oczka wodne, jeziora, rzeki i strumienie; nadmorskie kurorty i górskie schroniska; muzea, boiska i stadiony; schrony i tunele; morza ruin i nietknięte starówki. W monopoly uczestniczy również Armia Czerwona, gracz nieobliczalny, łamiący zasady według swojego widzimisię - może wkroczyć do gry w każdej chwili, nie czekając na swoją kolejkę, przeskakując o kilka pól, zgarniając całe fabryki wraz z wyposażeniem, wille po adwokatach, kobiety, zegary z kukułkami i zegarki na rękę.
30 czerwca 1945 roku Hugo Hartung, główny dramaturg teatrów miejskich w Breslau, po pobycie w lazarecie wraca do miasta z grupą rekonwalescentów i spotyka idący z przeciwka korowód przesiedlonych Polaków:
[...] drepczą zmęczeni, wynędzniali, w orszaku, który zdaje się nie mieć końca: Polacy z guberni lwowskiej. To miasto, które dla nas już przestało być domem, dla nich jeszcze nim nie jest. Obydwa orszaki mijają się w milczeniu, niczym marionetki niepojętego losu.
Co z cudnym domem, który obiecywali kupić bohaterowie przedwojennego filmu Włóczęgi, kultowa para lwowskich batiarów Szczepko i Tońko, jak tylko zarobią "dwieści złoty"? Po wojnie Tońko emigruje za ocean, Szczepko zaczyna pracować w Polskim Radiu, a wspomnienia o wsiach i miastach, "gdzie śpiewem cię tulą i budzą ze snu", pielęgnuje się tylko wśród swoich. W nowej Polsce przez długie lata nie będzie miejsca na wspominanie Lwowa i Wilna. Wielki Brat patrzy. Przygląda się, jak ci, których urządziła historia, urządzają się wśród obcych dekoracji.
Zastali murowaną
Ci, którzy jadą na Zachód, patrząc na obcą krainę z wagonów pociągów lub - jak chce piosenka - z przyczepy rozklekotanej ciężarówki, widzą przede wszystkim dachówki i mury. Obszerne, murowane zagrody mogą wzbudzać lęk: "Każdy spojrzał za zabudowania i strach nas ogarnął, co w tych murach będziemy robić. Człowiek nigdy nie widział takich zabudowań", będzie wspominać rekonesans podgłogowskiej wsi Ruszowice [Rauschwitz] Stanisław Pawlus, przybysz z rzeszowskiego. "Wszędzie widzieliśmy solidnie zbudowane domy i zabudowania gospodarskie. Budulec stanowiły cement, cegła i glina, a nie drewno jak u nas na wschodzie", zapisze we wspomnieniach Henryk Zudro. Franciszek Kalisz, który zamieszkał we wsi Laski [Heinrichswalde] niedaleko Ząbkowic Śląskich [Frankenstein], zapamięta, że czuł się na nowym miejscu jak w "małym miasteczku".
Skoro nawet wsie dla wielu wyglądają jak miasta, cóż mają powiedzieć ci, którzy trafiają właśnie do miast? Inteligent ze Lwowa Zbigniew Żaba zatrzymuje się na pewien czas w Krośnie Odrzańskim [Crossen an der Oder]. Tam w willi "po Niemcu Krügerze, właścicielu kawiarni", zamieszkali jego krewni. "Kuzynka oświadczyła, że czuje się w tym mieszkaniu jak w raju. Cieszyli się jak dzieci, pokazując mi przyzwoite meble, łazienkę, elektryczność. Na Nowogródczyźnie, gdzie żyli przed wojną, to wszystko było dla nich nieosiągalne, zaliczało się do magnackiego komfortu". Sam Żaba dociera w końcu do Wrocławia [Breslau], gdzie w poszukiwaniu lokum ogląda setki mieszkań dużych i małych, słonecznych i ciemnych, willowych i blokowych, z ogródkami i bez. Nie kryje swojego oczarowania architekturą miasta: "Kremowe wille, przeświecające ceglastą dachówką przez delikatną, młodą zieleń, były podobne do domków na obrazkach dla grzecznych dzieci". Po żmudnych peregrynacjach znajduje komfortowe mieszkanie w poniemieckiej willi, która go "olśniewa".
Domy i mieszkania poniemieckie: pozostawione we wzorowym porządku, z umytymi naczyniami i kluczem karnie tkwiącym w drzwiach - koniecznie od zewnątrz, zgodnie z rozkazem rządu polskiego z 14 lipca 1945 roku. Opuszczone w pośpiechu; we wspomnieniach niedawna obecność poprzedników zapisze się w obrazie talerzy z jeszcze ciepłą zupą. Splądrowane. Umeblowane. Z wygodami. Z trupami właścicieli, którzy obarczają przybyszy obowiązkiem pochówku. Mieszkania, które przed wysiedleniem zdewastowali w aktach sabotażu sami Niemcy. Mieszkania zrujnowane, mieszkania grobowce. Mieszkania sracze dla sowieckich żołnierzy. Mieszkania burdele. Mieszkania czyste i zamieszkane, najczęściej przez kobiety, dzieci i starców. W miastach i wsiach, które wydają się wyludnione, bo Niemcy, którzy jeszcze nie wyjechali, wolą nie wychodzić na ulice. "Wszystko wygląda jak opuszczone, jak poniemieckie, a raczej, jak gdyby ślad pozostał po zaginionej jakiejś ekspedycji", notuje w Gołdapi [Goldap] osadnik Ignacy Wojnikiewicz.
Walka o mieszkania
Przesiedlenie to często kilka tygodni w odkrytych wagonach, w deszczu, słońcu i kurzu. Czasem z kilkudniową lub kilkutygodniową przerwą na koczowanie na dworcu lub przy torach w szczerym polu, bo wojsko zarekwirowało wagony. "Ci biedni ludzie porobili sobie nad głowami dachy z desek albo małe domki i tak czekają po 3-4 tygodnie" - pisał ktoś w liście do bliskich o takim wypatrującym zmiłowania transporcie repatriantów. Po dotarciu na miejsce przeznaczenia nie ma mowy o odpoczynku - zaczyna się walka o lokum. Przyjezdni często zajmują mieszkania sami, nie czekając na przydział. Kto pierwszy, ten lepszy. "My chociaż zajęliśmy dom, ale nie wiem, jak długo będziemy w nim siedzieć, bo jak poszłam po dokument, to porucznik mi powiedział, że nie mamy prawa [...], a jak będę, pośle swoich żołnierzy i nas wyrzucą na ulicę", pisze do bliskich we wrześniu 1945 roku osadniczka z Sulęcina [Zielenzig]. Rządzi prawo silniejszego lub ustosunkowanego. Po zarezerwowaniu nowej siedziby za pomocą kartki z napisem "Zajęte przez Polaka" albo przez zatknięcie polskiej flagi osadnicy zgłaszają się w miejscowej komisji przy Radzie Narodowej. Jeśli nie ma przeciwwskazań, mogą się osiedlić. Przezorni zajmują na wszelki wypadek kilka mieszkań:
Ja udałem się do Ośna Lubuskiego [Drossen] w powiecie sulęcińskim. Miasteczko to było bardzo mało zniszczone i posiadało dużo pięknych domów z umeblowanymi mieszkaniami. Ale już wszystko było zajęte. Chociaż ludzie tu nie mieszkali, lecz na każdych drzwiach widniała kartka z napisem "zajęte"
- wspominał Adam Chomicz. "Oczywiście my, mocno zdyscyplinowani ludzie, szanowaliśmy te kartki i nikt z nas nie śmiał zajmować tych mieszkań. Dziwiło nas tylko, że ich lokatorzy nie tylko nie przybywali, lecz odwrotnie, po pewnym czasie zdejmowali te kartki i porzucali te mieszkania".
Miejscowa komisja przy Radzie Narodowej przydziela mieszkania potrzebującym odpowiednio do ich zawodu, stanu zdrowia i stanu rodzinnego. Rozstrzyga też spory. Jeśli do Rady Narodowej zgłosi się w późniejszym czasie osoba bardziej uprzywilejowana, dotychczasowy mieszkaniec musi ustąpić mu miejsca. Lepiej, żeby zrobił to dobrowolnie. Gdy rolnik Czesław Roksela dostaje nakaz opuszczenia domu, w którym postanowiono zakwaterować nauczycieli, a on prosi o czas do jesieni - w polu kiełkują kartofle - na drugi dzień po nakazie eksmisji przyjeżdża milicja i zaczyna wyrzucać z mieszkania meble. "Mieszkania lepsze były zajęte zaraz po oswobodzeniu przez UB i Milicję, wraz z meblami" - notuje w pamiętniku repatriantka ze Lwowa Henryka Lukas. Jej krajan Zbigniew Żaba wspomina:
Gdy już wolnych mieszkań nie było ani na lekarstwo, wtedy "lepsi goście" zaczęli częstokroć bezkarnie wyrzucać na bruk wcześniej osiedlonych, a mniej ustosunkowanych. [...] I mnie również nie ominęła taka walka o "mieszkaniowy Lebensraum". Sprawy mieszkaniowe do dziś dnia pozostają dla mnie najbardziej zawikłanymi i zagadkowymi tworami biurokratycznymi.
Mniej obrotni, a bardziej lękliwi zostają zakwaterowani w barakach Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, czyli PUR-u, skąd - po tym jak odczekają swoje - kieruje się ich do wyznaczonego mieszkania lub domu. Najczęściej wzgardzonego przez bardziej przedsiębiorczych i niebojących się ryzyka. "Kto był rzutki i odważny, to sami ludzie wyszukiwali sobie miejsca, ale [...] nasza rodzina składała się z samych niedołęgów i bojaźliwych [...], tak że my czekali nie wiadomo na co i na kogo" - lamentuje Wanda Fedorowicz, niezadowolona z domu, który przydzielono jej rodzinie w "zapadłej" wsi Kargowa [Karge, Unruhstadt].
"W sprawie przydziału domów i mieszkań instytucjom i obywatelom polskim toczą się we Wrocławiu gorszące spory, a nawet walki" - skarży się obywatel Antoni Plater-Zyberk w liście do samego Bolesława Bieruta we wrześniu 1945 roku. Osadnictwo na Dzikim Zachodzie przebiega przy akompaniamencie krzyków i wystrzałów. Towarzyszą mu rozboje, gwałty i kradzieże, a polowanie na mieszkanie można przypłacić życiem. Trzej gospodarze, towarzysze Stanisława Błażejewskiego z transportu repatriacyjnego, tuż po przybyciu w okolice Opola [Oppeln] jadą wozem szukać domów na własną rękę i nigdy nie wracają. Repatriantka Wilhelmina Trylowska tak wspomina jedną z pierwszych nocy w Żaganiu [Sagan]:
[...] maruderzy i jacyś bandyci wybili szyby na parterze, przedostali się na piętro, wyważyli drzwi i w okrutny sposób poczęli nas bić, zatykając nam usta szmatami, a inni [...] zabierali wszystko, co im się podobało. Wszystkich opanował znów okropny strach. Staliśmy jak osłupieni i dopiero kiedy oddalili się z mieszkania, poczęliśmy z dziećmi okropnie krzyczeć. Ci, nie pytając wiele, poczęli ostrzeliwać nasz dom. [...] Nikt nie przyszedł i nikt nie ratował z sąsiadów, gdyż bali się tak samo jak my.
Wielu nowo przybyłych, po kilkukrotnym ograbieniu przez grasujące bandy i sowieckich żołnierzy, decyduje się na opuszczenie nowych siedzib. Jesienią 1945 roku, wobec wiadomości o planowanym zakwaterowaniu w Piszu [Johannisburg] jednostki Armii Czerwonej, tamtejszy starosta donosi: "Ludność zamieszkującą teren powiatu ogarnęła panika. Osadnicy porzucają swoje siedziby i wraz z całym swoim majątkiem mają zamiar przenieść się do Polski Centralnej z powrotem". Podobne doniesienia słychać od Nysy po Szczecin i od Rzepina po Olsztyn. Albo od Neiße po Stettin i od Reppen po Allenstein. Strach jest wszechobecny, jak "Ziemie Odzyskane" długie i szerokie.
Przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, którzy nie mogą pozwolić sobie na powrót w rodzinne strony, chronią się przed bandami i żołnierzami sowieckimi na polach i w lasach - nocami całe rodziny koczują do świtu pod gołym niebem. Niektórzy zostają w obejściach na noc, ale śpią w stajniach lub oborach, pilnując zwierząt. Albo wprowadzają inwentarz do chałupy. Nowi gospodarze barykadują się w swoich domach, trzymają pod łóżkami siekiery, organizują broń palną, reaktywują instytucję stróżów nocnych. "Karolewicz zrobił specjalne grube wewnętrzne okiennice, inni zakładali specjalne sztaby i tak żyliśmy każdej nocy, czekając czego złego" - będzie wspominał repatriant Adam Chomicz z Krzeszyc [Kriescht] na ziemi lubuskiej. Sen na nowym miejscu jeszcze przez długi czas nie będzie snem spokojnym, lecz czujnym, nerwowym, snem zająca pod miedzą. Osadniczka Rozalia Szymula spod Krakowa, młoda samotna kobieta, której przyznano dom dwurodzinny we wsi Goraj [Eibendorf], w ciągu dnia sprząta dom, zatarasowawszy drzwi stołem, a noce spędza dla bezpieczeństwa w gromadzie sąsiadów. "Zrywamy się na każdy szmer podejrzany. Strasznie [za] dnia, a okrutniejsza noc". Rozalia ma się czego bać: "Było wówczas dużo amatorów na samotnie mieszkające kobiety" - notuje Chomicz.
Choć administracja miasta lub gminy stara się pieczętować mieszkania opuszczone, a jeszcze przez nikogo niezajęte, nikła to ochrona przed włamaniami. Oprócz zwykłych szabrowników włamują się, pod pretekstem rewizji, milicjanci i ubecy. Również mieszkań zajętych nic nie chroni przed splądrowaniem. "Wracam z pracy około godziny siedemnastej i widzę, że drzwi są otwarte, gdy wszedłem do mieszkania, to zastałem dwóch mężczyzn plądrujących mieszkanie" - wspomina Wincenty Kuć z Wrocławia. Gdy zaczyna protestować, jeden z szabrowników mówi spokojnie: "Nie krzycz! Bo to przecież i tak nie twoje, lecz poniemieckie". Wynoszą metodycznie, co się da, i wcale nie spieszą się z odejściem. "Tak wówczas było bezpiecznie we Wrocławiu", konstatuje okradziony. Często dochodzi do komisyjnych konfiskat sprzętów, jeśli te okazują się potrzebne w siedzibie powiatu czy u ministra w Warszawie, nawet jeśli zostały kupione z zachowaniem wszelkich reguł, zgodnie z wyceną Urzędu Likwidacyjnego.
Niektórzy osadnicy wiejscy borykają się z przekleństwem nadmiaru. Przejmują obszerne, nieraz sześcioizbowe zagrody, nie licząc kuchni, piwnic, strychów i sionek, oraz ziemię wymagającą zatrudnienia pomocników. "Z ust pionierów osadnictwa w okolicach Witnicy [Vietz an der Ostbahn] słyszałem relacje, jak to kierowano ich wprost z dworca do zamożnej wsi Kamień Wielki, z dużymi stodołami, stajniami i budynkami mieszkalnymi - pisał historyk Zbigniew Czarnuch. - Oświadczali oni jednak, że budynki są dla nich za duże, i wędrowali po okolicy w poszukiwaniu zagród, które by im bardziej przypominały ich ubogie gospodarstwa". Bywa, że osadnikom wiejskim dostają się wielkie, doskonale zachowane zabudowania, ale bez maszyn, narzędzi i zwierząt gospodarskich. Za to w miastach, szczególnie zniszczonych, takich jak Gdańsk [Danzig] czy Wrocław, panuje ścisk. Niemcy, którzy jeszcze nie wyjechali, muszą zwalniać kolejne ulice i dzielnice, aż na końcu pozostają dla nich tylko mieszkania o najniższym standardzie. Ludzie śpią w ruinach, zajmują kamienice naruszone bombardowaniem, nadpalone, grożące zawaleniem. W miastach niezniszczonych, takich jak Zielona Góra [Grünberg] czy Legnica, wybór mieszkań bywa tak wielki, że trudno się zdecydować.
Temu nie odpowiadało, że weranda wychodziła na północ; fortepian był w nieodpowiednim kolorze; okna to za duże, to za małe; żyrandol nie przypadł do gustu; nie takie meble. Czasem dwaj kumple chcieli mieszkać obok siebie. Jednemu podobała się willa, drugi nie mógł znaleźć odpowiedniej w pobliżu, więc szli dalej. [...] Byli i tacy, którzy znaleźli wymarzony dom, wprowadzili się, a potem znaleźli jeszcze bardziej wymarzony
- wspomina poszukiwania lokalowe w Legnicy Jan Kurdwanowski.
Zwyczaje dzikich pszczół
Wielopokojowe mieszkania i wille zamieniają się w "kołchozy", w których mieszka kilka rodzin, wspólnie użytkując łazienki i kuchnie. O życiu w willi na wrocławskim Biskupinie, otrzymanej w ramach rekompensaty za mienie pozostawione na Wschodzie, pisze w pamiętniku lwowianka Stefania Jęczalikowa. Stefania, w chwili przyjazdu na Zachód pięćdziesięcioletnia, zabiera się z mężem do remontu już podczas pierwszej wrocławskiej zimy. Niedługo później mąż umiera. Stefania zajmuje trzy pokoje na parterze z córką i matką, a piętro wynajmuje studentom. W suterenie mieszka monter, opiekujący się centralnym ogrzewaniem, wspólnym dla całego domu. W 1950 roku Wydział Kwaterunkowy przyznaje piętro repatriantowi z Francji, który razem z pracownikiem Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i funkcjonariuszami milicji wyrzuca na bruk studentów. Nowy lokator zajmuje piwnicę z koksownią, nie godząc się na wspólne opalanie domu i wykorzystując ją kolejno na składzik, kurnik i królikarnię. Zwierzęta trzyma w komórkach, piwnicach i łazienkach wielu wrocławian. Co drugi jest przybyszem ze wsi.
Skutek zajęcia koksowni na hodowlę inwentarza jest taki, że w willi od 1950 roku nie można już palić w centralnym. Zaczyna się noszenie węgla, popiołu, pękanie rur wodociągowych i kanalizacyjnych, wilgoć, odpadanie farby z sufitów. Gdy w 1957 roku towarzysz Gomułka uzna, że należy skończyć z bezpłatnym przyznawaniem mieszkań, a obywatele mogą kupować za swoje, by odciążyć budżet państwa - "Właścicielami mieszkań powinni być w coraz większym stopniu sami mieszkańcy, czy to przez spółdzielnie, czy przez budownictwo mieszkaniowe", głosi protokół numer 179 posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR z 26 czerwca 1957 roku - Stefania podpisuje umowę z bankiem i kupuje willę. Odtąd będzie ją spłacać z urzędniczej pensji. Zakup domu niczego jednak nie zmienia, bo Stefania nadal nie ma w nim nic do powiedzenia. Zostaje jej dokwaterowany kolejny lokator "z używalnością kuchni". Na parterze brakuje łazienki, a nowy mieszkaniec ma zwyczaj okupowania kuchni, więc trzy kobiety myją się w pokoju. Z sutereny wyprowadza się przyzwoity monter, a na jego miejsce przychodzą, również z kwaterunku, dwaj robotnicy i zaczynają się pijaństwa i awantury. Robotnicy nie zagrzewają długo miejsca, ale po nich wprowadza się rodzina z trojgiem dzieci, podobnie jak jej poprzednicy nieskora do dbania o zajmowany wspólnie dom. Umęczona Stefania jest gotowa zmienić lokum, ale Wydział Kwaterunkowy nie może jej przydzielić nowego, bo przecież jest właścicielką. Jest przekonana, że nikt się z nią nie zamieni, "bo któż zgodzi się zamieszkać w dwóch pokojach bez żadnego zaplecza gospodarczego i to w takim społeczeństwie jak moi lokatorzy". "Historia jednej rodziny, jednego domu na ziemiach zachodnich - kończy pamiętnik Stefania. - Jakże pouczająca dla wszystkich przyszłych właścicieli nieruchomości w naszym kraju, tak gorliwie dziś werbowanych".
W Opowieściach wrocławskich, wydanych w 1955 roku, pisarka Anna Kowalska porównuje krajobraz Wrocławia do martwych uli z dzikimi pszczołami. Dzikie pszczoły nie mają królowej i nie współpracują. Nie tworzą społeczności. Nawet jeśli mieszkają w kolonii.
Historia willi na Biskupinie przysłana na konkurs osadniczych pamiętników w 1957 roku nie trafiła do pokonkursowej publikacji, podobnie jak fragment wspomnień Władysławy Pilak [pisownia oryginalna]:
Kiedyś ładne i czyste podwórza niemieckie zamieniły się w śmietniska. Dachy uszkodzone nikt nie naprawiał. [...] W pokojach meble stały w nieładzie. [...] Lenistwo doszło do strasznych rozmiarów. U każdego gospodarza było trzech czterech niemców na usługach. [...] Strach mnie ogarnął na myśl co będzie jeżeli reszta niemców wyjedzie. Kto będzi robił. Jako Polka wstydziłam się [...] za brud ogólny, za brak gospodarki, za brak kultury i zaradności. W tym czasie wojska rosyjskie, których wszędzie nie brakowało, wywozili co się dało.
Na "Ziemiach Odzyskanych" pojawia się problem mieszkań i domów jednorazowego użytku. "Właściwie nie musiało się spać w tym samym domu każdej nocy. Nic nie stało na przeszkodzie codziennej zmianie adresu" - będzie wspominał po latach Jan Kurdwanowski. Wicestarosta Kudowy-Zdroju [Bad Kudowa] w ciągu pół roku zmienia mieszkanie pięciokrotnie, za każdym razem zabierając całe wyposażenie. O osadnikach, którzy zajmują duże gospodarstwa i starają się wycisnąć z nich, co się da, i to w jak najkrótszym czasie, pisze Władysław Kordaczuk z dolnośląskiego Małuszowa [Malitsch]:
Zamieszkał na piętrze, bo to bezpieczniej i rozleglejszy widok. Wypadło parę dachówek, dach zaczął przeciekać, nieprzyjemnie kapało na głowę. Dom wielopokojowy, nie ma strychu, zamykał drzwi i przeprowadzał się do drugiego pokoju. Po jakimś czasie i tam zaczęło kapać, zajmował następny pokój. Po paru latach kapało już wszędzie, schodził wtedy na parter. Upłynęło jeszcze parę lat, dach obleciał, sufity zaczęły się walić, a Niemców ani widu, ani słychu.
"Na wsiach koło Nowej Rudy ludzie używali domów, aż te zaczynały się walić" - napisze pod koniec lat dziewięćdziesiątych Olga Tokarczuk w Dwunastu obrazkach z Wałbrzycha, Nowej Rudy i okolic.
Wtedy gmina dawała im następne. Ludzie jednego dnia przenosili swój dobytek na drugą stronę strumienia albo drogi i żyli dalej. Zimą zawalały się dachy i podłogi zasypywał śnieg. Czy słowo gwałt jest zastrzeżone tylko dla istoty żywej? Czy można powiedzieć, że zgwałcony został przedmiot - stare pianino, w które wali się tak długo, aż odlecą klawisze, albo szafa porąbana na opał, albo dom opuszczony jesienią, gdy pierwsze deszcze zaczynają przeciekać przez dachówki?
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.