Popłynę przed siebie jak rzeka - Shelley Read

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Wy­obraź so­bie, co za­lega na czar­nym dnie je­ziora. Wszel­kiego ro­dzaju szczątki, które na­nio­sła rzeka albo też lu­dzie wy­rzu­cili ze swo­ich ło­dzi, roz­mię­kają w wo­dzie, po­ra­sta­jąc mięk­kim fu­ter­kiem szlamu. Ryby o odę­tych po­licz­kach krążą wła­snymi nie­po­ję­tymi ścież­kami, z dala od ha­czyka, od­dech i ruch w nie­roz­łącz­nej jed­no­ści. Wy­obraź so­bie wo­do­ro­sty po­dobne do gib­kich po­staci ko­biet wi­ją­cych się w tańcu, któ­rego nikt nie wi­dzi. Stań na brzegu je­ziora, gdzie lekka fala ob­li­zuje czubki bu­tów, i po­myśl, że tuż przed tobą, na wy­cią­gnię­cie ręki, roz­ta­cza się kra­jo­braz tak samo obcy i mil­czący jak po­wierzch­nia Księ­życa, nie­do­stępny dla świa­tła, cie­pła i dźwięku.

Na dnie ta­kiego je­ziora stoi mój dom. Na­sza farma spo­czywa w mule, łu­dząco po­dobna do cmen­ta­rzy­ska za­to­pio­nych ło­dzi. Po moim po­koju i po sa­lo­niku, gdzie w nie­dziele spo­ty­ka­li­śmy się całą ro­dziną, plą­czą się pstrągi o lśnią­cych łu­skach. Bu­twieją ściany szop i ko­ryta dla zwie­rząt. Rdza prze­żera splą­tane kłęby drutu kol­cza­stego. Zie­mia, nie­gdyś tak płodna, leży odło­giem w tej męt­nej za­le­wie.

W pod­ręcz­ni­kach do hi­sto­rii po­wsta­nie zbior­nika wod­nego Blue Mesa może się ja­wić jako bo­ha­ter­ski czyn zro­dzony z wiel­kiej, śmia­łej wi­zji: po­móc lu­dziom, kie­ru­jąc bez­cenną wodę z do­pły­wów Ko­lo­rado na su­che zie­mie Po­łu­dnio­wego Za­chodu. Ci, któ­rzy za­gro­dzili tamą bieg dzi­kiej rzeki Gun­ni­son, za­mie­nia­jąc ją na siłę w je­zioro, dzia­łali być może w naj­lep­szej wie­rze, ale ja znam inną hi­sto­rię tych stron.

W cza­sach, gdy Gun­ni­son to­czyła jesz­cze swój wartki, pie­ni­sty nurt przez moją ro­dzinną do­linę, bro­dzi­łam w jej wo­dach za­nu­rzona po ko­lana, błą­dząc wzro­kiem po gó­ru­ją­cych nad ko­ry­tem rzeki wznie­sie­niach dzi­kiej, od­lud­nej wy­żyny Big Blue. Pa­mię­tam mia­steczko Iola, wi­ta­jące każdy nowy dzień bu­kie­tem śnia­da­nio­wych za­pa­chów i po­ranną krzą­ta­niną na far­mach i ran­czach, pa­mię­tam, jak pro­mie­nie wspi­na­ją­cego się po nie­bie słońca naj­pierw oświe­tlały wschod­nią stronę Main Street, a na­stęp­nie po­wo­lutku wę­dro­wały na obrzeża mia­sta, za tory i dzie­dzi­niec szkoły, aby wresz­cie za­pło­nąć ja­snym roz­bły­skiem w okrą­głym, czer­wono-nie­bie­skim wi­trażu miej­sco­wego ko­ściółka. Do od­mie­rza­nia czasu słu­żyły mi głu­che gwizdy trzech miej­sco­wych po­cią­gów: dzie­wiąta dwa­dzie­ścia dwie, czter­na­sta zero pięć, sie­dem­na­sta czter­dzie­ści sie­dem. Zna­łam w mie­ście wszyst­kich, każdy kąt i skrót, wie­dzia­łam też do­kład­nie, która z sę­ka­tych brzo­skwiń w sa­dzie na­le­żą­cym do mo­jej ro­dziny jest naj­star­sza i rok w rok daje naj­słod­sze owoce. I chyba nikt tak jak ja nie od­czuł przej­mu­ją­cego smutku tych stron.

Lu­dzie w do­brej wie­rze prze­nie­śli miej­ski cmen­tarz wy­soko na wzgó­rze - mam tylko na­dzieję, że pod każ­dym na­grob­kiem na­le­żą­cym do mo­jej ro­dziny spo­częły wła­ściwe szczątki - i tam już po­zo­stał, oto­czony bia­łym pło­tem z że­la­znych prę­tów, po­gię­tych i po­wy­krę­ca­nych od śniegu, bo zimą pu­chowe czapy są grube i cięż­kie. Dzięki ta­kim sa­mym lu­dziom i tak samo do­brej wie­rze całe mia­sto Iola w sta­nie Ko­lo­rado znik­nęło pod wodą.

Wy­obraź so­bie mil­czące, za­po­mniane ludz­kie osie­dle, mur­sze­jące w ci­szy na dnie je­ziora, które kie­dyś było rzeką. Je­śli się za­sta­na­wiasz, czy spię­trzona fala może po­chło­nąć i za­brać ze sobą wszel­kie ra­do­ści i cier­pie­nia, któ­rymi na­sią­kło ta­kie miej­sce, po­wiem ci, że nie, nie może. Kra­jo­brazy lat mło­do­ści każdy z nas nosi w so­bie, są bu­dul­cem, który nas two­rzy, a my - za­pi­sem tego, co te lata nam dały i co nam ode­brały.

Roz­dział pierw­szy

1948

Nie ro­bił wiel­kiego wra­że­nia.

W każ­dym ra­zie na pierw­szy rzut oka.

- Pani wy­ba­czy - po­wie­dział, lekko po­cią­ga­jąc dwoma usmo­lo­nymi pal­cami za da­szek po­dar­tej czer­wo­nej czapki bejs­bo­lo­wej. - Tra­fię tędy do noc­le­gowni?

I tyle. Zwy­czajne py­ta­nie z ust brud­nego, nie­zna­jo­mego czło­wieka, który aku­rat prze­cho­dził Main Street, kiedy wy­szłam zza rogu na skrzy­żo­wa­niu z ulicą North Laura.

Spodnie, ogrod­niczki na szel­kach, miał czarne od wę­gla, po­dob­nie jak dło­nie. My­śla­łam, że to smar do osi albo zie­mia po pracy na polu, cho­ciaż ten brud był jed­nak zde­cy­do­wa­nie ciem­niej­szy. Po­liczki też miał umo­ru­sane. Po­mię­dzy struż­kami potu prze­świ­ty­wała śniada skóra. Spod czapki wy­sta­wały pro­ste czarne włosy.

Ten je­sienny dzień za­czął się tak samo zwy­czaj­nie, jak zwy­czajna była owsianka i jajka sa­dzone, które po­da­łam na śnia­da­nie męż­czy­znom z mo­jej ro­dziny. Nie rzu­ciło mi się w oczy nic nie­zwy­kłego: ani kiedy sprzą­ta­łam dom i opo­rzą­dza­łam po­tulne zwie­rzęta w za­gro­dach, ani kiedy zbie­ra­łam późne brzo­skwi­nie do dwóch ko­szów, lekko dy­go­cząc, bo przed po­łu­dniem by­wało już chłodno, ani kiedy jak co dzień wsia­dłam na ro­wer, aby roz­wieźć owoce za­ła­do­wane do roz­kle­ko­ta­nego wózka, ani też po po­wro­cie do domu, kiedy za­bra­łam się do go­to­wa­nia obiadu. Zdą­ży­łam się już jed­nak na­uczyć, że nie­zwy­kłość czai się tuż za cien­kim prze­pie­rze­niem sza­rej co­dzien­no­ści, jak ta­jem­ni­czy świat mor­skich głę­bin ukryty pod po­wierzch­nią wody.

- Tędy wszę­dzie pan trafi - od­po­wie­dzia­łam.

To nie był żart, nie sta­ra­łam się też zwró­cić na sie­bie uwagi, ale wi­dząc jego krzywy uśmiech i lekko prze­chy­loną na bok głowę, do­my­śli­łam się, że moja od­po­wiedź go roz­ba­wiła. Aż ści­snęło mnie w dołku, kiedy pa­trzył na mnie w ten spo­sób.

- Chcia­łam tylko po­wie­dzieć, że to małe mia­steczko - do­rzu­ci­łam szybko, usi­łu­jąc wy­brnąć z nie­zręcz­nej sy­tu­acji, aby było ja­sne, że nie je­stem z ta­kich, które ce­lowo rzu­cają się w oczy, żeby chłopcy ster­czący na rogu ulicy mo­gli je so­bie oglą­dać, wy­mie­nia­jąc zna­czące uśmieszki.

Oczy nie­zna­jo­mego były czarne i lśniące, ni­czym skrzy­dło kruka. I pełne do­broci. To wła­śnie za­pa­mię­ta­łam naj­le­piej, od pierw­szego ukrad­ko­wego zer­k­nię­cia aż po ostat­nie spoj­rze­nie: ła­god­ność zda­wała się try­skać z wnę­trza jego źre­nic, ni­czym woda ze studni, która wy­biła. Wciąż uśmiech­nięty, przy­glą­dał mi się przez chwilę, a po­tem znów do­tknął pal­cami daszka swo­jej czapki i z po­wro­tem ru­szył przed sie­bie, w kie­runku pen­sjo­natu pana Dun­lapa, znaj­du­ją­cego się na sa­mym końcu Main Street.

Ten znisz­czony, dziu­rawy chod­nik rze­czy­wi­ście pro­wa­dził wszę­dzie. Oprócz pen­sjo­natu mie­li­śmy ho­tel Iola dla ele­ganc­kich przy­jezd­nych i przy­tu­loną tuż za nim knajpę, dla trun­ko­wych. Były też sta­cja ben­zy­nowa Stan­dard Oil, sklep z ar­ty­ku­łami że­la­znymi, poczta - wszystko to pro­wa­dził pan Jer­ni­gan - knajpka, gdzie za­wsze pach­niało kawą i be­ko­nem, oraz Big Lit­tle Store, sklep spo­żyw­czy pana Chap­mana, gdzie oprócz zwy­kłych pro­duk­tów można było ku­pić także de­li­ka­tesy i na­słu­chać się plo­tek ile du­sza za­pra­gnie, albo jesz­cze wię­cej. Na za­chod­nim końcu ulicy znaj­do­wał się dzie­dzi­niec z wy­so­kim bia­łym masz­tem fla­go­wym: po jed­nej stro­nie stała szkoła, do któ­rej kie­dyś cho­dzi­łam, a po dru­giej biały drew­niany ko­ściół, gdzie przed śmier­cią mamy cała na­sza ro­dzina zja­wiała się co nie­dzielę w kom­ple­cie, wy­pu­co­wana tak jak się na­leży. Da­lej Main Street koń­czyła się na­gle, ucięta zbo­czem wzgó­rza, jak krót­kie zda­nie za­koń­czone nie­spo­dzie­waną kropką.

Szłam w tę samą stronę co nie­zna­jomy - mu­sia­łam wy­cią­gnąć brata z po­ke­ro­wej spe­lunki za sta­cją ben­zy­nową pana Jer­ni­gana - ale nie mo­głam prze­cież drep­tać krok w krok za nim. Przy­sta­nę­łam na rogu i osło­niw­szy oczy dło­nią, przyj­rza­łam mu się uważ­nie. Szedł po­woli, spa­ce­ro­wym kro­kiem, jakby ta prze­chadzka była dla niego ce­lem sa­mym w so­bie. Ręce, swo­bod­nie opusz­czone, ko­ły­sały się lekko, głowa jakby tro­chę nie na­dą­żała. Spod sze­lek ogrod­ni­czek wy­glą­dała opięta, brudna biała ko­szulka z krót­kim rę­ka­wem. Był szczu­pły, a umię­śnione ra­miona zdra­dzały na­jem­nego ro­bot­nika.

Na­gle, jakby czu­jąc na so­bie mój wzrok, od­wró­cił się i uśmiech­nął. Białe zęby bły­snęły olśnie­wa­jąco w umo­ru­sa­nej twa­rzy. Wes­tchnę­łam, spło­szona, że tak mnie przy­ła­pał. Fala go­rąca spły­nęła mi po karku. Chło­pak, do­tknąw­szy po raz trzeci daszka swo­jej czapki, od­wró­cił się i ru­szył da­lej przed sie­bie. Nie wi­dzia­łam już jego twa­rzy, ale coś mi mó­wiło, że wciąż się uśmie­cha.

Z per­spek­tywy czasu mogę po­wie­dzieć, że była to chwila brze­mienna w skutki. Prze­cież mo­głam za­wró­cić, skrę­cić z po­wro­tem w North Laura i pójść do domu, bo trzeba już było szy­ko­wać ko­la­cję. Mo­głam zo­sta­wić Se­tha przy kar­tach, niech so­bie sam wraca pi­jany na farmę i po­każe się w tym sta­nie ta­cie i wuj­kowi Ogowi: bę­dzie draka, a wszystko spad­nie na jego głowę. Mo­głam przy­naj­mniej przejść na drugą stronę Main Street, od­dzie­lić się od nie­zna­jo­mego szpa­le­rem żółk­ną­cych to­pól ba­weł­ni­stych i jezd­nią, po któ­rej od czasu do czasu prze­my­kał ja­kiś sa­mo­chód. Po­stą­pi­łam jed­nak ina­czej i to prze­są­dziło o wszyst­kim.

Za­miast za­wró­cić albo przejść przez ulicę, ru­szy­łam po­woli przed sie­bie. In­tu­icja pod­po­wia­dała mi, że każde unie­sie­nie nogi i każde do­tknię­cie stopą ziemi ma szcze­gólną wagę.

Nikt ni­gdy nie roz­ma­wiał ze mną o spra­wach dam­sko-mę­skich. Moja mama zmarła, kiedy by­łam jesz­cze dziec­kiem, i nie zdą­żyła mi prze­ka­zać tych ta­jem­nic, cho­ciaż i tak pew­nie ni­czego bym się od niej nie do­wie­działa. Była ci­chą, oby­czajną ko­bietą, bez­względ­nie po­słuszną Bogu oraz wszel­kim nor­mom. O ile pa­mię­tam, ko­chała nas szcze­rze, mo­jego brata i mnie, ale jej uczu­cie da­wało o so­bie znać wy­łącz­nie w ści­śle okre­ślo­nych gra­ni­cach, a na­szym ży­ciem rzą­dził śmier­telny strach przed Są­dem Osta­tecz­nym. Od czasu do czasu mia­łam oka­zję do­strzec prze­bły­ski jej sta­ran­nie skry­wa­nej żar­li­wo­ści, na przy­kład kiedy okła­dała nas po sie­dze­niach czarną gu­mową packą na mu­chy albo gdy szyb­kim ru­chem ocie­rała łzy po mo­dli­twie, po­zo­sta­wia­jąc na dłoni le­d­wie wi­doczne ślady wil­goci, ani razu jed­nak nie wi­dzia­łam, żeby po­ca­ło­wała czy cho­ciaż ob­jęła mo­jego ojca. Byli zgod­nym mał­żeń­stwem, wie­dzieli, że mogą na so­bie po­le­gać, umieli do­brze za­jąć się ro­dziną i go­spo­dar­stwem, lecz ni­gdy nie do­strze­głam po­mię­dzy nimi mi­ło­ści w tej szcze­gól­nej po­staci, która łą­czy ko­bietę i męż­czy­znę. Nie do­sta­łam żad­nej mapy, aby od­na­leźć wła­ściwą drogę na tym ta­jem­ni­czym lą­dzie.

Je­den je­dyny raz zda­rzył się wy­ją­tek: w tam­ten po­nury je­sienny wie­czór, nie­długo po mo­ich dwu­na­stych uro­dzi­nach, kiedy sze­ryf Lyle wy­siadł ze swo­jego dłu­giego, czarno-bia­łego służ­bo­wego auta na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie przed na­szym do­mem. Za­uwa­żyw­szy tatę na po­dwó­rzu, pod­szedł do niego z wi­docz­nym ocią­ga­niem. Wi­dzia­łam to przez okno w sa­lo­niku, po­kryte pół­przej­rzy­stą mgiełką mo­jego od­de­chu. Tata po­woli osu­nął się na ko­lana, pro­sto w błoto po nie­daw­nym desz­czu. Sta­łam przy tym oknie, cze­ka­jąc na po­wrót mamy, ku­zyna Ca­la­musa i cioci Vi­vian. Po­je­chali we troje za prze­łęcz, do Ca­nyon City, z do­stawą za­mó­wio­nych brzo­skwiń. Mieli wró­cić już dawno. Tata też ich wy­glą­dał i tak się de­ner­wo­wał, że przez cały wie­czór gra­bił roz­mok­nięte li­ście, które za­wsze zo­sta­wiał na ziemi przez całą zimę, na kom­post dla trawy. Kiedy ugiął się pod cię­ża­rem wia­do­mo­ści, które prze­ka­zał mu sze­ryf, moje młode serce po­jęło dwie bar­dzo ważne rze­czy: po pierw­sze, troje naj­bliż­szych nie wróci już do domu, a po dru­gie - mój oj­ciec ko­chał moją matkę. Przy mnie ni­gdy nie oka­zy­wali so­bie uczuć i ni­gdy o nich ze mną nie roz­ma­wiali, ale w tam­tej chwili zda­łam so­bie sprawę, że na­prawdę nie były im obce: po pro­stu prze­ży­wali je na wła­sny spo­sób, ci­chy i spo­kojny. Ta sub­tel­ność wza­jem­nych re­la­cji - na równi z cał­kiem su­chymi oczami i rze­czową miną taty, który po­że­gnaw­szy się z sze­ry­fem, przy­szedł do domu, aby z po­nurą po­wagą po­in­for­mo­wać Se­tha i mnie o śmierci na­szej mamy - uświa­do­miła mi, że mi­łość to pry­watna sprawa dwojga lu­dzi. To oni mają o nią dbać i nikt inny nie może na­wet jej opła­ki­wać. Na­leży do nich i tylko do nich, jak ta­jemny skarb, jak wiersz z oso­bi­stą de­dy­ka­cją.

Poza tym by­łam w tych spra­wach cał­ko­wi­cie nie­świa­doma, a przede wszyst­kim nie mia­łam po­ję­cia, jak za­czyna się mi­łość: czemu na jed­nego chłopca można nie zwró­cić naj­mniej­szej uwagi, ale już na­stępny przy­ciąga dziew­czynę z ogromną siłą, nie­od­partą jak gra­wi­ta­cja, i od tej chwili cały świat prze­sła­nia jej tę­sk­nota.

Dzie­liło mnie od tego nie­zna­jo­mego chło­paka za­le­d­wie pół prze­cznicy; wy­pa­dło nam iść tym sa­mym wą­skim chod­ni­kiem, w tym sa­mym mia­steczku za­gu­bio­nym na pust­ko­wiach Ko­lo­rado, tego sa­mego dnia, o tej sa­mej po­rze. Po­dą­ża­łam w ślad za nim, my­śląc, że nie­za­leż­nie od tego, ja­kie drogi go tu­taj przy­wio­dły, ja­kie przej­ścia i przy­gody, oboje mamy za sobą sie­dem­na­ście lat ży­cia - bo na oko by­li­śmy mniej wię­cej w jed­nym wieku - i przez cały ten czas po­zo­sta­wa­li­śmy cał­ko­wi­cie nie­świa­domi swo­jego ist­nie­nia. A te­raz, nie wie­dzieć czemu, na­sze ścieżki prze­cięły się nie­od­wra­cal­nie jak Main Street i North Laura.

Na­gle serce za­biło mi ży­wiej, bo od­le­głość po­mię­dzy nami za­częła ma­leć: trzy domy, dwa i w końcu tylko je­den. Zro­zu­mia­łam, że to on zwal­nia kroku, dys­kret­nie, po tro­szeczku.

Nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, co zro­bić. Je­śli też zwol­nię, do­my­śli się, że ro­bię to ce­lowo, żeby nie zbli­żyć się do niego za bar­dzo, a prze­cież nie na­leży zwra­cać tak bacz­nej uwagi na nie­zna­jo­mego czło­wieka. Je­śli jed­nak będę szła da­lej tym sa­mym tem­pem, to szybko się z nim zrów­nam i co wtedy? Albo jesz­cze go­rzej: minę go i po­czuję na ple­cach jego pa­lący wzrok. Z pew­no­ścią za­uważy, że idę ko­ślawo, mam gołe łydki i zno­szone skó­rzane buty, stara bor­dowa szkolna su­kienka źle na mnie leży, bo już z niej wy­ro­słam, a pro­ste brą­zowe włosy, nie­myte od ostat­niej nie­dziel­nej ką­pieli, pre­zen­tują się na­der po­spo­li­cie.

Zwol­ni­łam więc kroku. On zro­bił to samo, jakby był zwią­zany ze mną ja­kimś nie­wi­dzial­nym sznur­kiem. Zwol­ni­łam jesz­cze bar­dziej, a on prak­tycz­nie sta­nął w miej­scu. W końcu za­trzy­mał się na­prawdę i znie­ru­cho­miał jak głaz. Nie ma­jąc in­nego wyj­ścia, też mu­sia­łam za­sty­gnąć w bez­ru­chu i tkwi­li­śmy tak na Main Street jak dwa durne po­sągi.

Wy­czu­łam, że wcale nie zro­bił tego dla hecy. Sta­łam spa­ra­li­żo­wana stra­chem i nie­zde­cy­do­wa­niem, a pierw­sze szepty bu­dzą­cego się po­żą­da­nia mą­ciły mi w gło­wie. Po­zna­łam tego chłopca za­le­d­wie kilka mi­nut wcze­śniej, rap­tem tyle, ile po­trzeba, aby przejść nie­całą prze­cznicę, a już na myśl o nim wszystko prze­wra­cało się we mnie ni­czym garść ka­my­ków nie­siona nur­tem stru­mie­nia.

Nie sły­sza­łam za sobą po­skrzy­py­wa­nia sta­lo­wych kó­łek dzie­cię­cego wózka ani kro­ków pulch­nej żony miej­sco­wego le­ka­rza. Kiedy pani Ber­nette na­gle wy­ro­sła obok, usi­łu­jąc mnie omi­nąć na wą­skim chod­niku, spło­szy­łam się jak wie­wiórka.

Na ustach dok­to­ro­wej po­ja­wił się po­dejrz­liwy uśmiech, a jej cien­kie, mocno wy­sku­bane brwi unio­sły się w wy­ra­zie nie­mego za­py­ta­nia.

- To­rie - po­wi­tała mnie la­ko­nicz­nie, skró­tem mo­jego imie­nia.

Z naj­wyż­szym tru­dem zdo­ła­łam ski­nąć uprzej­mie głową; imię jej dziecka kom­plet­nie ule­ciało mi z pa­mięci i nie po­my­śla­łam na­wet o tym, że mogę wy­ko­nać przy­ja­zny gest i po­gła­dzić je po ja­snej czu­prynce.

Nie­zna­jomy zręcz­nie usu­nął się z drogi, żeby pani Ber­nette mo­gła prze­je­chać wóz­kiem. Przyj­rzała mu się z cie­ka­wo­ścią od stóp do głów i uśmiech­nęła nie­znacz­nie, kiedy po­wie­dział "Usza­no­wa­nie", grzecz­nie uchy­la­jąc czapki. Na mnie zer­k­nęła jesz­cze przez ra­mię, marsz­cząc brwi, jakby gło­wiła się nad ja­kąś za­gadką, a po­tem po­szła da­lej, ko­ły­sząc się jak kaczka.

Taka para jak ten chło­pak i ja rze­czy­wi­ście mu­siała sta­no­wić nie­złą sza­radę. Co to jest: raz po­wią­zane ze sobą, łą­czą swe losy na za­wsze? Od­po­wiedź: ku­kiełki na jed­nym sznurku.

- Vic­to­ria... - Ob­ró­ciw­szy się w końcu twa­rzą w moją stronę, z nie­skrę­po­waną po­ufa­ło­ścią zwró­cił się do mnie moim peł­nym imie­niem. - A ty co, idziesz za mną? - Te­raz to on po­pi­sy­wał się po­czu­ciem hu­moru, a sze­roki uśmiech świad­czył, że wła­sny dow­cip bawi go tak samo jak wcze­śniej mój nie­za­mie­rzony żart.

- N-nie... - za­jąk­nę­łam się jak dziecko przy­ła­pane na kra­dzieży mie­dziaka.

Nie po­wie­dział już wię­cej ani słowa, skrzy­żo­wał tylko na piersi od­sło­nięte śniade przed­ra­miona. Trudno było zgad­nąć, czy za­sta­na­wia się nad swoim py­ta­niem, nad moim za­cho­wa­niem czy też może nad tym zbie­giem oko­licz­no­ści, który do­pro­wa­dził do na­szej wy­miany zdań.

W końcu, nie mo­gąc już dłu­żej wy­trzy­mać nie­zręcz­nego mil­cze­nia, wy­pro­sto­wa­łam się i uda­jąc opa­no­wa­nie, za­py­ta­łam:

- Skąd wiesz, jak się na­zy­wam?

- Spo­strze­gaw­czy je­stem - od­parł. Bez­po­śred­nio, lecz na swój spo­sób skrom­nie. - Vic­to­ria... - po­wtó­rzył raz jesz­cze, po­woli, chyba tylko po to, aby de­lek­to­wać się tymi trzema krót­kimi sy­la­bami. - Imię dla kró­lo­wej.

Był cza­ru­jący, a jego urok ni­jak nie szedł w pa­rze z nie­chlujną po­wierz­chow­no­ścią. Wi­dział jak na dłoni, że robi na mnie wra­że­nie, cho­ciaż ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się grać obo­jętną. Jego ciemne oczy zło­żyły mi pro­po­zy­cję, za­nim pa­dło choćby jedno słowo.

- Przej­dziemy się? Ale tak, jak na­leży... - Wska­zał dło­nią miej­sce obok sie­bie. - O, pro­szę.

Zwle­ka­łam z od­po­wie­dzią, bo cho­ciaż ow­szem, chcia­łam z nim po­spa­ce­ro­wać, to po­czu­cie przy­zwo­ito­ści albo też szczera dziew­częca wsty­dli­wość pod­po­wia­dały mi, że le­piej tego nie ro­bić. A może to było prze­czu­cie?

- Nie, dzię­kuję - od­par­łam. - Nie mogę... To zna­czy... Nie wiem na­wet, jak masz na...

- Wil - prze­rwał mi, za­nim zdą­ży­łam za­py­tać. - Wil­son Moon. - Od­cze­kał, aż te dwa słowa wy­brzmią w mo­ich uszach, a po­tem zbli­żył się z wy­cią­gniętą ręką. - Bar­dzo mi miło, panno Vic­to­rio. - Spo­waż­niał nie­spo­dzie­wa­nie. Ocze­ki­wał, że też wy­stą­pię i uści­snę mu dłoń.

Po chwili ner­wo­wego za­wa­ha­nia dy­gnę­łam. Nie wiem, które z nas było bar­dziej za­sko­czone taką re­ak­cją. Dy­ga­łam w dzie­ciń­stwie, kiedy cho­dzi­łam jesz­cze do szkółki nie­dziel­nej, ale od tam­tej pory już nie. Nic in­nego nie przy­szło mi jed­nak do głowy, a do­tknąć jego ręki ba­łam się strasz­li­wie. Mo­men­tal­nie zro­biło mi się głu­pio. My­śla­łam, że bę­dzie się śmiał, lecz on tylko się uśmiech­nął - naj­pierw pół­gęb­kiem, a po­tem pro­mien­nie, sze­roko, szcze­rze, ale bez cho­ciażby cie­nia kpiny. Po­ki­wał ze zro­zu­mie­niem głową, opu­ścił rękę, wsu­nął dłoń do kie­szeni swo­ich brud­nych ogrod­ni­czek i stał już tylko spo­koj­nie przede mną.

W tam­tej chwili, za­trzy­mana jego spoj­rze­niem, nie mo­głam tego po­jąć, ale póź­niej mia­łam się na­uczyć, że Wil­son Moon nie od­czuwa upływu czasu w spo­sób ty­powy dla więk­szo­ści lu­dzi i że ge­ne­ral­nie bar­dzo nie­wiele rze­czy prze­żywa w ty­powy spo­sób. Ni­gdy mu się nie spie­szyło, nie wier­cił się ner­wowo, a mil­cze­nie nie było dla niego nie­zno­śnie pu­stym na­czy­niem, które ko­niecz­nie trzeba wy­peł­nić ga­da­niem o byle czym. O przy­szło­ści my­ślał rzadko, a jesz­cze rza­dziej o prze­szło­ści; żył chwilą obecną, za­gar­niał ją obu­rącz, aby po­dzi­wiać ze wszyst­kimi szcze­gó­łami. Nie oglą­dał się przy tym na ni­kogo i ni­gdy nie po­stało mu w gło­wie, że być może po­wi­nien po­stę­po­wać ina­czej. Ale w tamto paź­dzier­ni­kowe po­po­łu­dnie, sto­jąc jak słup soli na chod­niku, nie mo­głam jesz­cze tego wie­dzieć. Do­piero póź­niej od­kry­łam jego mą­drość i z cza­sem na­uczy­łam się ją sto­so­wać w chwi­lach naj­więk­szej po­trzeby.

A więc tak, zmie­ni­łam zda­nie, przy­ję­łam za­pro­sze­nie na spa­cer i po­szli­śmy we dwoje główną ulicą mia­steczka Iola: ja i Wil­son Moon, chło­pak, który prze­stał już być nie­zna­jo­mym.

I cho­ciaż spa­cer był krótki, a na­sza roz­mowa skła­dała się ze zwy­kłych uprzej­mo­ści, to gdy do­tar­li­śmy pod pen­sjo­nat pana Dun­lapa, żadne z nas nie miało ochoty się po­że­gnać. Przy­sta­nę­łam za Wi­lem na zje­żo­nych drza­zgami schod­kach. Serce wa­liło mi jak osza­lałe.

Nie po­wie­dział zbyt wiele o so­bie. Na­wet kiedy za­py­ta­łam, czy skrót od imie­nia Wil­son pi­sze się przez jedno "l" czy przez dwa, wzru­szył tylko ra­mio­nami i od­parł: "Jak wo­lisz". Tam­tego dnia do­wie­dzia­łam się za­le­d­wie tyle, że pra­co­wał w ko­palni wę­gla w Do­lo­res i że wła­śnie stam­tąd uciekł.

- Mia­łem już tego po dziurki w no­sie - wy­ja­śnił. - Któ­re­goś dnia głos we­wnętrzny po­wie­dział mi: "Zbie­raj się. Te­raz, za­raz".

Wa­gony z wę­glem do trans­portu li­nią ko­le­jową Du­rango-Si­lver­ton stały już za­ła­do­wane na to­rach - opo­wia­dał mi da­lej - a gwizd lo­ko­mo­tywy, długi, prze­ni­kliwy i na­tar­czywy, za­brzmiał w jego uszach jak we­zwa­nie. Jedno było ja­sne: te wa­gony jadą tam, gdzie go nie ma. Sły­sząc pierw­sze zgrzyt­nię­cie kół po­ciągu, bły­ska­wicz­nie wspiął się po prze­rdze­wia­łej dra­bince i ze­sko­czył na cie­pły, czarny po­kład wę­gla. Za­uwa­żył go bry­ga­dzi­sta, który pu­ścił się w po­ścig, klnąc wiel­kim gło­sem i wście­kle wy­ma­chu­jąc czapką. Wkrótce jed­nak i on, i cała ko­pal­nia roz­pły­nęły się w od­dali, a Wil­son Moon mógł spo­koj­nie wy­sta­wić twarz na po­dmu­chy wia­tru.

- I na­wet nie wie­dzia­łeś, do­kąd je­dziesz? Gdzie skoń­czy się ta po­dróż? - za­py­ta­łam.

- A po co? Chyba wszę­dzie jest tak samo, co nie?

Zna­łam tylko mia­steczko Iola i jego oko­lice, te­reny le­żące nad sze­ro­kim i cał­kiem pro­stym w tych stro­nach od­cin­kiem rzeki Gun­ni­son. Na­sza nie­duża miej­sco­wość przy­cup­nęła u stóp wznie­sień na­le­żą­cych do wy­żyny Big Blue. Ich zbo­cza sta­no­wiły jej po­łu­dniową gra­nicę, a od za­chodu i pół­nocy ota­czały nas wy­nio­słe szczyty Elk Mo­un­ta­ins. Na wscho­dzie, wzdłuż rzeki, ni­czym długi ogon cią­gnęła się wie­lo­barwna mo­zaika pól i pa­stwisk. Mój brat i ja uro­dzi­li­śmy się na far­mie, którą nasz oj­ciec ob­jął w spadku po swoim, na łóżku z wy­soką że­la­zną ramą, zaj­mu­ją­cym po­łowę bla­do­żół­tej klitki do­bu­do­wa­nej na ty­łach domu. Słu­żyła wy­łącz­nie go­ściom i ro­dzą­cym ko­bie­tom, a zmie­niło się to do­piero po wy­padku, kiedy za­miesz­kał z nami wu­jek Og. Na­sza farma nie wy­róż­niała się ab­so­lut­nie ni­czym, nie była też spe­cjal­nie roz­le­gła, ot, dzie­więt­na­ście hek­ta­rów, wli­cza­jąc szopę, dom i żwi­rowy pod­jazd, długi jak wil­czy sko­wyt. Tyle że od szopy aż do sa­mego płotu na końcu na­szej ziemi cią­gnął się je­dyny w ca­łym hrab­stwie Gun­ni­son sad brzo­skwi­niowy, a owoce z tego sadu były do­rodne, ru­miane i słod­kie. Wschodni kra­niec działki biegł krę­tym brze­giem stru­mie­nia Wil­low Creek, który to­czył czy­stą, świeżą, lo­do­watą wodę z top­nie­ją­cych gór­skich śnie­gów i nie­ustan­nie gro­ził za­la­niem na­szym drze­wom i skrom­nym grząd­kom z ziem­nia­kami i ce­bulą, a wie­czo­rami śpie­wał ko­ły­sanki pod oknem mo­jego po­koju. Za­sy­pia­łam wsłu­chana w jego szem­ra­nie, w łóżku z tral­kami, tym sa­mym, w któ­rym prze­spa­łam pra­wie każdą noc mo­jego ży­cia. Wschód słońca nad ma­ja­czącą w od­dali górą Ten­der­foot i gwizdy po­cią­gów prze­jeż­dża­ją­cych trzy razy na dobę przez sta­cję na skraju na­szego mia­steczka były dla mnie naj­bar­dziej nie­za­wod­nym cza­so­mie­rzem. Wie­dzia­łam, że w zi­mowe po­po­łu­dnie pro­mie­nie słońca wpadną uko­sem przez okienko w kuchni, prze­ci­na­jąc długi blat so­sno­wego stołu. Wie­dzia­łam, że pierw­sze dzi­kie kwiaty, które ukażą się wio­sną na ca­łej na­szej far­mie, to będą kro­kusy i fio­le­towe ostróżki, a jako ostat­nie za­kwitną wierz­bówki i na­wło­cie. Wie­dzia­łam, że w po­rze wy­lę­ga­nia się ję­tek ja­skółki gniaz­du­jące na nie­da­le­kim urwi­sku pi­kują nad rzekę, gdy tylko zo­ba­czą rój tych ma­leń­kich owa­dów, i że do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie na za­rzu­coną przez tatę wędkę zła­pie się piękny pstrąg tę­czowy. Wie­dzia­łam też, że naj­strasz­liw­sze bu­rze, czarne i zło­wro­gie jak sam dia­beł, pra­wie za­wsze nad­cią­gają znad gór na pół­noc­nym za­cho­dzie, a tuż przed obe­rwa­niem chmury milkną nie tylko wszyst­kie śpie­wa­jące ptaki w oko­licy, ale też każdy kruk i każda sroka.

A więc nie, dla mnie tu­taj nie było tak samo jak wszę­dzie, za­uwa­ży­łam na­to­miast, że ten chło­pak naj­wy­raź­niej nie ma po­ję­cia o tym, jak to jest mieć dom, i za­czę­łam się za­sta­na­wiać dla­czego.

- I nie masz nic ze sobą? - spy­ta­łam, za­in­try­go­wana ży­ciem włó­czy­kija.

- Nie, a po co? - po­wtó­rzył, wzru­sza­jąc ra­mio­nami, i uśmiech­nął się, jakby wie­dział na te­mat dóbr oso­bi­stych coś, czego ja nie wie­dzia­łam. Co osta­tecz­nie oka­zało się prawdą. Ten czło­wiek miał mnie na­uczyć, że do­piero ży­cie odarte ze wszyst­kiego oprócz rze­czy naj­bar­dziej nie­zbęd­nych na­biera praw­dzi­wego sensu, a za­sad­ni­czo naj­waż­niej­sza jest de­ter­mi­na­cja, mocne po­sta­no­wie­nie, aby żyć da­lej. Gdyby po­wie­dział mi o tym od razu, nie zdo­ła­ła­bym mu uwie­rzyć. Cóż, czas zmie­nia lu­dzi.

Nie umia­łam wy­my­ślić żad­nego pre­tek­stu, aby wejść za nim do pen­sjo­natu. Na­wet gdy­bym nie zja­wiła się tu z nie­zna­jo­mym chło­pa­kiem, to i tak mło­dej dziew­czy­nie nie ucho­dzi za­glą­dać do domu noc­le­go­wego bez kon­kret­nego po­wodu i bez za­ufa­nej osoby to­wa­rzy­szą­cej. Poza tym zbli­żała się pora ko­la­cji, a ja mu­sia­łam jesz­cze wy­cią­gnąć Se­tha z po­ke­ro­wej spe­lunki i do­pro­wa­dzić go do domu, za­nim tata wróci od pana Mit­chella; to był ostatni już dzień be­lo­wa­nia siana.

- No do­brze... - wes­tchnę­łam, da­jąc znak, że pora się po­że­gnać, lecz za­miast odejść, cze­ka­łam, aż Wil zro­zu­mie alu­zję i zrobi na­stępny krok.

Tym­cza­sem on, tak samo jak po­przed­nio, po pro­stu stał so­bie swo­bod­nie i uśmie­chał się do mnie, nie­kiedy tylko spoj­rzał w niebo, jakby chciał coś wy­czy­tać z pie­rza­stych przed­wie­czor­nych chmur.

- Chyba le­piej już pójdę - po­wie­dzia­łam w końcu. - Mu­szę zro­bić ko­la­cję i tak da­lej.

Wil jesz­cze raz omiótł wzro­kiem niebo, a po­tem po­pro­sił, że­bym spo­tkała się z nim na­stęp­nego dnia, po­ka­zała mu mia­steczko, przy­nio­sła może ka­wa­łek do­mo­wego cia­sta, coś w tym ro­dzaju.

- No bo w końcu - do­dał - nie znam w tym graj­dołku ni­kogo oprócz cie­bie.

- Mnie też pra­wie nie znasz - za­uwa­ży­łam.

- Jak to nie? - Pu­ścił do mnie oko. - Tyś jest panna Vic­to­ria, kró­lowa Ioli! - Zgiął się w pas, uda­jąc wy­tworny ukłon, i za­krę­cił dło­nią, jak przed praw­dziwą kró­lową.

Par­sk­nę­łam śmie­chem. Po­tem się wy­pro­sto­wał i tak długo nie od­ry­wał ode mnie wzroku, że po­my­śla­łam: jesz­cze chwila i roz­płynę się jak ta­bliczka cze­ko­lady w ostat­nich pro­mie­niach słońca za­glą­da­ją­cego na we­randę pen­sjo­natu. Mil­czał, ale mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że w ja­kiś nie­po­jęty spo­sób ten czło­wiek zna mnie na wy­lot. Na­gle zro­bił krok w moją stronę. Po raz pierw­szy po­czu­łam wy­raź­nie jego za­pach, in­ten­sywny, ostry i, o dziwo, za­chę­ca­jący. Przez krótką chwilę za­pa­trzy­łam się w jego prze­pastne ciemne oczy.

Jak można prze­żyć sie­dem­na­ście lat i ani razu nie za­dać so­bie py­ta­nia: czy ktoś wła­ści­wie mnie zna? Jesz­cze ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, że są lu­dzie, któ­rzy po­tra­fią wi­dzieć in­nych ta­kimi, jacy są w isto­cie rze­czy. Sta­łam na za­ku­rzo­nych schod­kach domu noc­le­go­wego i czu­łam się cał­kiem prze­zro­czy­sta, jakby ktoś oglą­dał mnie pod świa­tło. Do­póki nie po­zna­łam Wil­sona Mo­ona, nie mia­łam po­ję­cia, że można tak się czuć.

Cof­nę­łam się onie­śmie­lona, a po­tem zgo­dzi­łam się na spo­tka­nie na­stęp­nego dnia. Pra­gnę­łam wię­cej jego obec­no­ści, tak jak pra­gnie się słońca, które długo kryło się za chmu­rami. Za­nim jed­nak zdą­ży­li­śmy się kon­kret­nie umó­wić, usta­lić go­dzinę, miej­sce i przy­czynę spo­tka­nia, zna­jomy głos do­się­gnął mnie ni­czym ci­śnięty cel­nie ka­mień.

- To­rie!

Mój brat Seth stał chwiej­nie na środku Main Street, a w le­wej dłoni ści­skał brą­zową bu­telkę piwa.

- To­rie, nie zbli­żaj się do tego bru­dasa! - wark­nął beł­ko­tli­wie, wska­zu­jąc bu­telką Wila. Piwo roz­lało się ciemną plamą na ziemi.

- To mój brat. Upił się - wes­tchnę­łam ty­tu­łem wy­ja­śnie­nia i od­wró­ciw­szy się szybko, ze­szłam po schod­kach pen­sjo­natu pana Dun­lapa. - Mu­szę iść - rzu­ci­łam jesz­cze z iry­ta­cją przez ra­mię i szybko po­de­szłam do Se­tha, żeby nie zdą­żył wsz­cząć awan­tury.

- Co to za by­dlak? - burk­nął pół­gęb­kiem, bo w ustach dyn­dał mu lucky strike. To py­ta­nie było skie­ro­wane ra­czej do Wila, nie do mnie.

- Nikt taki - od­par­łam, po­py­cha­jąc go od tyłu z po­wro­tem w kie­runku skrzy­żo­wa­nia Main Street i North Laura.

Za­wie­si­łam obie dło­nie na jego ra­mio­nach, jak­bym trzy­mała lejce ja­kie­goś upar­tego muła. By­łam od niego po­nad rok star­sza, ale prze­rósł mnie w oko­li­cach swo­ich pięt­na­stych uro­dzin, pół roku temu; od tego czasu przy­było mu jesz­cze co naj­mniej pięć cen­ty­me­trów. Tylko że ja wcale nie by­łam wy­soka, więc w po­rów­na­niu z ró­wie­śni­kami Seth nie mógł się po­chwa­lić słusz­nym wzro­stem. Zbu­do­wany był za to mocno, jak bok­ser, i taki też miał tem­pe­ra­ment. Mu­sia­łam się bar­dzo wy­si­lać, żeby za­brać go sprzed oczu Wila i in­nych ga­piów. Trzeba było wra­cać do domu.

- Ja­kiś chło­pak za­py­tał mnie o drogę i tyle - skła­ma­łam, cho­ciaż jesz­cze nie­cały kwa­drans wcze­śniej by­łaby to szczera prawda. - Jest tu­taj prze­jaz­dem.

- Be­żowy su­kin­syn...

- Seth, jak ty cuch­niesz - prze­rwa­łam mu. - Go­rzej niż ten chle­wik, który mia­łeś wy­czy­ścić. I le­piej, że­byś to wła­śnie ro­bił, kiedy tata wróci.

- A chrza­nić go - wy­beł­ko­tał z pi­jacką od­wagą, za­cią­gnął się ostatni raz pa­pie­ro­sem i rzu­cił go na ulicę.

- Cho­ciaż raz mógł­byś zro­bić to, co ci każą, tak by było le­piej dla wszyst­kich. - Przy­dep­ta­łam nie­do­pa­łek i obej­rza­łam się na Wila, który wciąż stał na we­ran­dzie pen­sjo­natu pana Dun­lapa i mie­rzył mnie za­in­try­go­wa­nym wzro­kiem, jakby czy­tał pa­sjo­nu­jący kry­mi­nał.

- Prę­dzej świ­nie w tym ob­sra­nym chle­wie za­mie­nią się w orły i od­lecą w siną dal, niż ja się będę cie­bie słu­chał, dziew­czyno. Niech ci się nie zdaje, że mo­żesz mi...

- Za­mknij się, Seth - wes­tchnę­łam. - Za­mknij się, do dia­bła cięż­kiego.

Nie mo­głam tego dłu­żej słu­chać. Ni­gdy przed­tem nie tar­gało mną aż tyle złych uczuć do mo­jego brata i już wtedy ta awer­sja miała ja­kiś zwią­zek z osobą Wila. Były też inne, znacz­nie star­sze przy­czyny, zwią­zane z tatą i wuj­kiem Ogiem, a także z matką, ku­zy­nem i ciotką, któ­rzy po­woli za­czy­nali mi się za­cie­rać w pa­mięci, ale mój wstręt wo­bec Se­tha ge­ne­ral­nie był jak dziki, na­je­żony kol­cami oset: z każ­dym dniem ży­cia pod jed­nym da­chem kłuł mnie co­raz bar­dziej.

Pchnę­łam go w plecy, wkła­da­jąc w to całą siłę. Za­to­czył się od tego ciosu, zro­bił kilka chwiej­nych kro­ków, przy­jął ko­lejny, za­czął kląć i po­ję­ki­wać, przez cały czas wy­ma­chi­wał też tą swoją bu­telką, ale nie opie­rał mi się ani tro­chę. Może wy­pił już tyle, że było mu wszystko jedno, a może wie­dział, że mam ra­cję: za­nim słońce schowa się za gó­rami, mu­siał wziąć się do ro­boty w chle­wiku.

Skrę­ci­li­śmy w North Laura. Ulica koń­czyła się ślepo, a da­lej pro­wa­dziła już tylko wą­ska, wy­dep­tana ścieżka, za­ro­śnięta do­rod­nym chwa­stem. Bie­gła sa­mym skra­jem gę­sto za­ro­śnię­tej so­snami ziemi sza­lo­nej Ruby-Alice Akers i wiła się zyg­za­kiem przez roz­le­głą tra­wia­stą łąkę. To była naj­krót­sza droga na na­szą farmę. Seth i ja zna­li­śmy ją jak wła­sną kie­szeń. Kiedy by­li­śmy mali, mama ka­zała mu mnie pil­no­wać, gdy tędy cho­dzimy, czy to w jedną, czy w drugą stronę. Był młod­szy i znacz­nie bar­dziej nie­od­po­wie­dzialny, ale wy­star­czyło, że to chło­pak. Kiedy już pod­ro­śli­śmy, role się od­wró­ciły i to ja go pil­no­wa­łam. Nikt mi nie ka­zał, po pro­stu mu­sia­łam i tyle, nie tylko ze względu na niego, ale także dla wła­snego do­bra i dla do­bra na­szego taty. Choć­bym się jed­nak nie wiem jak sta­rała, nie by­łam w sta­nie ochro­nić go przed nie­szczę­ściem, które sam na sie­bie ścią­gał, i mia­łam już tego ser­decz­nie dość.

Pro­wa­dzi­łam go po­spiesz­nie tą ścieżką, pcha­jąc przed sobą, a on za­ta­czał się i cały czas klął w żywy ka­mień. Aż w któ­rejś chwili bu­telka wy­pa­dła mu z pal­ców. Za­nim do mnie do­tarło, co mam pod no­gami, na­dep­nę­łam na nią i po­le­cia­łam do przodu, wpa­da­jąc od tyłu na Se­tha i prze­wra­ca­jąc się ra­zem z nim. Pra­wym bio­drem i łok­ciem zde­rzy­łam się bo­le­śnie z zie­mią. Ta­kie drobne rze­czy: nie­zręczne ręce pi­ja­nego chło­paka, upusz­czona bu­telka, skrę­cona kostka, ro­ze­rwany rę­kaw su­kienki. Czę­sto jed­nak naj­bar­dziej ra­dy­kalne zmiany w ży­ciu za­wdzię­czamy wła­śnie ta­kim mało zna­czą­cym, a brze­mien­nym w skutki zwro­tom ak­cji - w od­dali roz­lega się przy­zy­wa­jący gwizd po­ciągu za­ła­do­wa­nego wę­glem, nie­zna­jomy czło­wiek za­daje py­ta­nie na skrzy­żo­wa­niu dwóch ulic, na ziemi leży bu­telka z brą­zo­wego szkła. Choć­by­śmy z ca­łych sił wma­wiali so­bie, że jest ina­czej, to i tak nie mamy wpływu na to, które chwile nas kształ­tują, nie mo­żemy ich so­bie wy­brać, tak jak przy zry­wa­niu brzo­skwiń sta­ran­nie wy­biera się naj­doj­rzal­sze, naj­smacz­niej­sze owoce. Każ­dego dnia czło­wiek po tro­chu staje się sobą, a na wy­bo­istych bez­dro­żach ży­cia zbiera ten plon, który jest mu dany.

Przez chwilę le­ża­łam na ścieżce, cał­ko­wi­cie zdez­o­rien­to­wana. Seth za­śmiał się pod no­sem, a po­tem ucichł. Moja kostka pul­so­wała bó­lem. Ostroż­nie unio­słam się na łok­ciu i na­gle ode­rwa­łam się od ziemi: to Wil wziął mnie na ręce, płyn­nym, pew­nym ru­chem, jak pan młody mał­żonkę w dniu ślubu. I cho­ciaż na tej łące, po­ro­śnię­tej wy­soką, su­chą trawą i przy­wię­dłą na­wło­cią, nie było żad­nego progu, przez który mógłby mnie prze­nieść, to w moim od­czu­ciu wła­śnie wtedy go prze­kro­czy­li­śmy. Nie wzdry­gnę­łam się, czu­jąc na so­bie jego dło­nie, nie opie­ra­łam się ich ła­god­nej sile, kiedy pod­niósł mnie jak piórko i przy­ci­snął do uwa­la­nej wę­glem piersi, nie pró­bo­wa­łam grać har­dej i prze­ko­ny­wać, że dam radę iść sama, cho­ciaż kostka za­czy­nała już puch­nąć.

- Po­sze­dłeś za mną - za­uwa­ży­łam bez emo­cji w gło­sie.

- Mhm - mruk­nął, rzu­ca­jąc okiem na nie­przy­tom­nego Se­tha, le­żą­cego na skraju ścieżki. - Co z nim ro­bimy? - za­py­tał.

- A nic, do dia­bła - od­par­łam, a on par­sk­nął, roz­ba­wiony.

"A nic, do dia­bła", po­wtó­rzy­łam w my­ślach, bez­gra­nicz­nie zdzi­wiona swoim bun­tow­ni­czym ję­zy­kiem i za­cho­wa­niem. Niech so­bie leży i śpi na go­łej ziemi. A mnie niech nie­sie na rę­kach ten nie­zna­jomy.

Za­drża­łam. Nie wiem wła­ści­wie dla­czego, z bólu czy może ude­rzyły we mnie pierw­sze iskry ro­dzą­cej się mi­ło­ści - zresztą jedno nie wy­klu­cza dru­giego - ale trzę­słam się na ca­łym ciele, jakby Wil nie pod­niósł mnie z po­lnej ścieżki, tylko wy­cią­gnął z za­mar­z­nię­tego je­ziora. Obej­mo­wa­łam go mocno za ży­la­stą szyję, przez co przy każ­dym kroku głowa ko­ły­sała mu się lekko, jakby po­ta­ki­wał. Czu­łam się w jego ra­mio­nach lekka jak małe dziecko i prze­peł­niała mnie dzie­cięca uf­ność. To nie pa­so­wało do mnie - przyj­mo­wać po­moc i opiekę od in­nych, tak uf­nie wi­dzieć in­ten­cje nie­zna­jo­mego chło­paka. A mimo to - niósł mnie na rę­kach; to by­łam ja. Zna­łam tę drogę od uro­dze­nia, ale jesz­cze ni­gdy nie po­ko­na­łam jej w taki spo­sób. Mia­łam wra­że­nie, że wszystko, co mnie ota­cza, od­mie­niło się odro­binę. Mój oj­ciec praw­do­po­dob­nie już wró­cił i cze­kał na nas na far­mie, a wu­jek Og, jak za­wsze, czy też pra­wie za­wsze, sie­dział na swoim wózku przy oknie albo na we­ran­dzie - albo je­den, albo drugi mógł zo­ba­czyć, jak obcy czło­wiek nie­sie mnie na rę­kach przez łąkę. Przez tyle lat mar­twi­łam się, co tata po­my­śli, i ba­łam się gniewu wujka Oga, ale te­raz w ogóle prze­sta­łam się przej­mo­wać ich opi­nią czy też re­ak­cją. Spo­czy­wa­łam w ra­mio­nach Wila, które kryły w so­bie taką siłę, że wszystko w po­rów­na­niu ma­lało i ni­kło - mój oj­ciec i wu­jek, wszelki au­to­ry­tet i wszel­kie za­sady. Na­wet ota­cza­jące nas góry skar­lały, na­wet kon­se­kwen­cje na­szych czy­nów stra­ciły na zna­cze­niu.

Wy­cho­dząc rano z domu, by­łam zwy­czajną dziew­czyną, a dzień też był zwy­czajny, jak co dzień. Te­raz co prawda nie umia­łam jesz­cze prze­czy­tać tej no­wej mapy, która otwo­rzyła się w mo­jej du­szy, ale czu­łam, że wra­cam do domu od­mie­niona. Uczy­łam się kie­dyś w szkole o od­kryw­cach i coś mi mó­wiło, że tak wła­śnie mu­sieli się czuć, wi­dząc, jak z mo­rza, które wy­da­wało się bez­kre­sne, wy­ła­nia się od­le­gły i ta­jem­ni­czy brzeg. Nie­ocze­ki­wa­nie i ja od­kry­łam coś w so­bie, lecz jak Ma­gel­lan, nie wie­dzia­łam, co to ta­kiego. Uło­ży­łam głowę na sze­ro­kim ra­mie­niu Wila, my­śląc o tym, skąd przy­bywa, wśród ja­kich lu­dzi się ob­raca i jak długo włó­czy­kij może prze­by­wać w jed­nym miej­scu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki