Rozdział 1
Plantacja Middleburg
Huger, Karolina Południowa
21 maja 1727
Zapierając się bosymi stopami o ubitą ziemię, trzepałam dywan rozwieszony na sznurze z tyłu domu i patrzyłam, jak kurz znika w promieniach zachodzącego słońca. Unosił się wśród porośli oplątwy brodaczkowej, zwieszającej się z konarów starych dębów nade mną. Pragnęłam, by moje problemy ulatywały z podobną łatwością. Od wysiłku bolały mnie już ręce, ale niespokojne myśli wcale nie znikały, a praca nie dawała ukojenia mojemu skołatanemu i przepełnionemu lękiem sercu.
Choćbym nie wiem jak bardzo się starała o tym zapomnieć, wciąż towarzyszyła mi rzeczywistość mojego życia - albo raczej moich żyć. Nie wiedziałam, jak to nazwać ani dlaczego akurat mnie się to przytrafiło. Kiedy kładłam się spać w Karolinie Południowej w 1727 roku, budziłam się kolejnego ranka we Francji, w Paryżu, w 1927. A kiedy szłam spać w Paryżu, następnego dnia znów budziłam się w Karolinie Południowej i czas nie mijał w trakcie mojej nieobecności. Miałam dwa takie same ciała, ale tylko jedną świadomość, która się między nimi przenosiła. Działo się tak, odkąd pamiętam. Możliwe, że od samego początku tego mojego dziwnego życia.
Trudno mi było złapać oddech, a na moim czole perlił się pot.
Gdybym tylko mogła się pozbyć tego skrywanego w sercu sekretu, tak jak z dywanu pozbywałam się zgromadzonego od miesięcy kurzu i brudu. Wszystko w moim życiu było tajemnicą zasadzoną na tajemnicach. Fortecą tajemnic, której mury były zbyt wysokie, by je sforsować.
Część z nich to rzeczy, które sama ukrywałam, innych zaś nie chciano mi ujawnić.
- Caroline! - Stanowczy głos dziadka dotarł do mnie zza dębów i magnolii rosnących na naszej niewielkiej plantacji. W oddali pobłyskiwały wody rzeki Cooper, ale same pola dojrzewającego tytoniu i ludzie zatrudnieni tam do pracy byli poza zasięgiem mojego wzroku.
- Tu jestem! - odkrzyknęłam zza rogu, bo dziadek nie widział mnie na tylnym podwórku naszego prostego, dwukondygnacyjnego domu. Zdjęłam fartuch, który chronił moją domową suknię, i otarłam czoło. Ruszyłam w stronę domu przez wystające korzenie i kamienie.
Josias Reed, mój dziadek, stał na werandzie na tle białej drewnianej elewacji. Ręce założył na piersi i czekał na mnie z wyrazem dezaprobaty na twarzy. Plantacja Middleburg była znaną posiadłością, a on sam cieszył się poważaniem w okolicy. Przybył z Anglii, potem mieszkał w Massachusetts, aż dotarł do Karoliny Południowej. Cieszył się z tego z domu, który wybudował, choć przyszłość tego, co stanowiło jego radość i dumę, pozostawała niepewna, bo byłam jedyną dziedziczką.
- Co robiłaś? - zapytał, gdy zwolniłam kroku.
- Trzepałam dywany.
Spojrzał na moje bose stopy, potem podniósł wzrok na zakurzoną twarz. Jego dezaprobata stała się jeszcze bardziej widoczna.
- Po to jest służba, żeby zajmowała się takimi przyziemnymi zadaniami, Caroline. Właścicielka plantacji powinna doglądać prac w domu.
- Ale ja lubię trze...
- Mamy gości - przerwał mi. - Powinnaś już czekać przyszykowana na ich przyjęcie. Gubernator Shepherd to ważny człowiek i nie będzie patrzył łaskawym okiem na to, że jego najstarszy syn poślubi jakąś dzikuskę.
- Jego syn? - Zmarszczyłam brwi skonsternowana. - Ja nie zamierzam poślubiać syna gubernatora.
- A jak sądzisz, po co to całe spotkanie? - zapytał z coraz wyraźniejszą frustracją. - Ależ, Caroline! Twoja naiwność cię zgubi!
- Słyszałam, że on jest stary i leniwy - zaprotestowałam.
Dziadek zrobił krok w moją stronę i ściszył głos, obawiając się zapewne, że gubernator i jego syn mogliby coś usłyszeć.
- Eliasz Shepherd odziedziczy pewnego dnia pięć tysięcy akrów najlepszych plantacji ryżowych w Ameryce. - Pokręcił głową z rozczarowaniem. - Nie udało mi się nic zyskać z twojej nieprzewidywalnej matki, bo uciekła z jakimś nic niewartym kupcem morskim. Ale przynajmniej z ciebie będę miał pożytek.
Słyszałam to odgrażanie się całe swoje życie. Moja matka, Anne Reed, też była dzikuską. Wychowana bez matki, ze skłonnością do brawury i buntu, uciekła z pierwszym lepszym mężczyzną, który okazał jej względy.
Miała wtedy tylko trzynaście lat.
Rok później podrzuciła mnie na próg domu swojego ojca. Jej lekkomyślność sprawiła, że dziadek również o mnie miał złe zdanie, dlatego przysięgłam sobie, że nigdy nie będę taka dzika i bezmyślna jak ona. Miałam dwadzieścia lat, a więc byłam siedem lat od niej starsza, gdy uciekła, i nie zrobiłam nic, czym mogłabym sobie zasłużyć na jego złą opinię. A jednak wciąż dawał mi do zrozumienia, że będę taka jak ona, jeśli nie dostosuję się do jego planu na moje życie.
- Nie chcę wychodzić za Eliasza Shepherda - odparłam, starając się odwołać do jego współczucia, choć niezbyt często go doświadczałam. - Ja go nie kocham.
- Miłość. - Wypowiedział to słowo z taką pogardą, że zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek kogoś kochał. Nigdy nie mówił nic o babci i rzadko kiedy wspominał moją matkę, chyba że porównywał moje niedostatki do jej. Jedyne, co o nich wiedziałam, to plotki, które zasłyszałam z rozmów szeptanych przez służbę.
Czary. Cudzołóstwo. Porzucenie. Zdrada.
- Jeśli uda mi się doprowadzić do twojego małżeństwa z Eliaszem - kontynuował - będziemy mogli połączyć nasze majątki i zostaniemy najzamożniejszymi plantatorami w Karolinie Południowej. Nie pozwolę ci zniweczyć moich planów. - Otworzył tylne drzwi do domu. - Chodź, niania pomoże ci się ubrać do kolacji.
Nie pozostało mi nic, jak tylko wejść tylnymi schodami do swojego pokoju. Dom był długi i wąski. Mieścił trzy pokoje na parterze i trzy na górze. Dziadek spał w ostatnim pomieszczeniu na piętrze, a ja w tym środkowym. Sypialnia na przeciwległym końcu należała do mojej matki, ale odkąd pamiętam, była zamknięta na klucz. Minęłam drzwi, które przypominały mi o wszystkim, co trzymano przede mną w tajemnicy. Dwukrotnie próbowałam włamać się do tego pokoju, żeby zobaczyć, co dziadek ukrywa, ale za każdym razem skończyło się tym, że zostałam przyłapana i ukarana biciem.
Gdy weszłam do swojej sypialni, niania już na mnie czekała. Trzymała w poskręcanych artretyzmem dłoniach moją najlepszą muślinową suknię. Ta kobieta towarzyszyła mi przez całe życie. Przybyła na plantację Middleburg, kiedy moja mama była niemowlakiem. Od dziecka uważałam ją za staruszkę, a teraz wyglądała na zbyt starą, by w ogóle pracować. Nie chciałam jednak nawet słyszeć o tym, by ktoś inny miał ją zastąpić. Stanowiła dla mnie ostatnie ogniwo łączące mnie z matką, choć nie mówiła o niej wiele więcej niż dziadek.
- Znów się gdzieś szwendałaś? - zapytała i cmoknęła, ale w jej głosie słychać było rozbawienie. - Twój dziadek jest zły. Musimy się pospieszyć. - Zaczęła rozwiązywać sznurowanie na moich plecach.
- Wcale się nie szwendałam - odparłam i wyswobodziłam się z sukni. - A ty wiesz, jaki jest cel dzisiejszych odwiedzin gubernatora Shepherda?
- Tak... i podejrzewam, że ty też.
- Dziadek nic mi wcześniej o tym nie mówił.
- Caroline, czyżbyś była aż tak naiwna? - zapytała. - Przecież na pewno wiedziałaś, że będzie chciał cię z korzyścią wydać za mąż. - Obróciła mnie tak, żebym popatrzyła w lustro, a następnie pomogła mi włożyć muślinową suknię. - Spójrz, jaka jesteś piękna. To cud, że jeszcze nikt cię do tej pory nie zgarnął.
Spoglądałam na swoje brązowe oczy, na twarz, którą określano piękną, choć ja widziałam w niej same wady. Kwadratowa szczęka, gęste brwi, nadąsane usta i buntowniczy wzrok, który starałam się poskromić.
Zauważałam pewne podobieństwo do swoich rodziców z XX wieku, ale żadne z nich nie miało brązowych oczu. Czy Anne, moja matka z XVIII wieku, miała takie? A może to były oczy jej męża, kupca morskiego? Człowieka, którego imienia nigdy mi nie zdradzono?
Niania pomogła mi ułożyć włosy, a ja w tym czasie przy użyciu zwilżonej ściereczki obmywałam twarz z potu i kurzu. Gdy byłam młodsza, próbowałam jej opowiadać o moim drugim życiu, ale ona tylko mnie uciszała, grożąc mi batami za wygadywanie bluźnierstw i kłamstw. Przykładała drżącą dłoń do moich ust i mówiła:
- Niech tak nie mówi. Wystarczy, że panienka jest naznaczona z urodzenia. - Przesunąwszy dłoń, pokazywała na moją klatkę piersiową, na której widniało promieniste znamię, takie samo, jak według jej zapewnień miała moja matka, a może i nawet moja babka. - Niech panienka nie daje im powodu, by zniszczyli także i ją, tak jak je.
Te słowa jeszcze bardziej przerażały już i tak zalęknione dziecko. Przez wiele lat żyłam wśród obaw i niepewności, zastanawiając się, czy postradałam zmysły. Może te dwa życia były tylko dziełem mojej wyobraźni? A jeśli tak, to które z nich było prawdziwe, a które zmyślone?
Chciałam zapytać niani, kto zniszczył mamę i babcię, ale wiedziałam, że nie otrzymałabym odpowiedzi, więc wzięłam sobie do serca jej słowa i już więcej nie mówiłam nic o swoim drugim życiu, wznosząc wokół siebie fortecę sekretów, która stała się moim więzieniem. Z czasem zaakceptowałam, że jednak oba moje życia były prawdziwe i że musi być jakieś wyjaśnienie, którego po prostu nie znam.
Być może moja matka mogłaby mi to wyjaśnić.
Niedługo potem, gdy pojawiłam się na dole i weszłam do głównego pokoju w naszym domu, poczułam na sobie spojrzenia wszystkich.
Mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Eliasza i poczułam w sercu przerażenie. Młody Shepherd zlustrował mnie od stóp do głów z takim chłodem, jakby to był czysty interes. Nie uśmiechnął się nawet na powitanie, tylko oceniał mnie, jakby kupował jałówkę albo ziarno na zasiew.
- Caroline - powiedział dziadek, przywołując mnie skinieniem dłoni. - Pozwól, że ci przedstawię gubernatora Shepherda i jego syna, pana Eliasza Shepherda.
Dygnęłam, jak mnie uczono, a mężczyźni skinęli głowami.
- Jak się panowie mają? - spytałam uprzejmie, próbując ukryć odrazę malującą się na mojej twarzy.
Eliasz był ode mnie co najmniej dziesięć lat starszy i nie wyglądał na człowieka, który pracował na swojej ziemi. Był opasły i blady, co świadczyło o tym, że wiele czasu spędzał w domu. W jego spojrzeniu nie dostrzegałam żadnej głębi - ani śladu inteligencji czy charakteru.
A ja najbardziej w świecie pragnęłam mężczyzny, w którego oczach widziałabym ogień.
- Miło w końcu pannę poznać, panno Reed - odezwał się gubernator Shepherd. - Omawialiśmy szczegóły zaręczyn, ale zdaje się, że właśnie osiągnęliśmy porozumienie.
- W rzeczy samej - potwierdził dziadek z uśmiechem.
Nie potrafiłam sobie wyobrazić straszniejszego więzienia ani gorszego losu.
Gdy tylko mogłam, przeprosiłam gości i opuściłam towarzystwo panów, zostawiając ich przy cygarach i brandy. Ledwie wytrzymałam kolację, podczas której Eliasz wciąż się na mnie gapił. Dziadek rozmawiał z gubernatorem Shepherdem o rolnictwie i polityce, ale żaden z nich nie zaprosił do tej konwersacji Eliasza. Im dłużej przebywałam w jego obecności, tym bardziej się obawiałam, że jest dość ograniczony. Czy on w ogóle był w stanie odziedziczyć taką ogromną plantację? Albo pojąć żonę?
Wcale nie miałam ochoty tego sprawdzać.
Serce biło mi mocno, gdy wychodziłam z pokoju z pragnieniem, aby jak najszybciej uwolnić się z więzienia swojego żywota i narzuconych mi oczekiwań. Aż się wzdrygnęłam na myśl o dotyku Eliasza Shepherda czy o życiu dzień po dniu u jego boku.
Tak wiele chciałam od życia. Wolności, możliwości podejmowania własnych decyzji, ale przede wszystkim pragnęłam poznać swoją matkę.
W szczególności jednak chciałam odkryć, dlaczego wiodę podwójny żywot.
Z lampką oliwną w dłoni gnałam po schodach do sypialni tak szybko, że aż mi zabrakło tchu. Jutro będę już w 1927 roku i odetchnę od tego życia. Ale następnego dnia znów się tu zbudzę, a ono będzie na mnie czekać.
Pomyślałam o matce i zaczęłam się zastanawiać, czy dziadek też próbował ją zmusić do małżeństwa bez miłości. Czy to dlatego uciekła z Karoliny Południowej w tak wczesnym wieku?
Musiała gdzieś istnieć odpowiedź - jakieś wyjście z tej koszmarnej sytuacji.
Przystanęłam przed drzwiami do jej sypialni i znów ogarnęła mnie ciekawość, co dziadek przede mną ukrywał. Może moja matka wciąż żyła i wyjaśnienie tych wszystkich sekretów kryło się tam w środku?
Nie zastanawiając się dłużej, weszłam do pokoju dziadka po klucze. Serce waliło mi jak młotem, aż słyszałam w uszach pulsujące bicie.
W końcu odnalazłam kolucho i szybko odłożyłam na miejsce wszystko, co przełożyłam w trakcie poszukiwań. Wróciłam pod drzwi sypialni matki i trzęsącymi się rękami wsuwałam kolejne klucze do zamka, aż trafiłam na ten właściwy.
Gdy usłyszałam zgrzyt, poczułam, jakby czas stanął w miejscu.
Zerknęłam przez ramię i powoli przekręciłam gałkę, po czym weszłam do ciemnego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi.
Oddychałam płytko. Przyświecałam sobie lampką i rozglądałam się wokół. Pomieszczenie wyglądało pospolicie. Łóżko z baldachimem, biurko, toaletka. Sama nie wiedziałam, czego miałabym się spodziewać... ale raczej niczego tak normalnego czy zwykłego.
Może dziadek wcale nic nie ukrywał.
Dopadło mnie poczucie zawodu. Miałam nadzieję, że znajdę tu odpowiedzi na swoje pytania, ale nic takiego nie dostrzegłam. Otwierałam kolejne szuflady i zajrzałam pod łóżko, jednak niczego nie znalazłam. Po mojej matce nie zostało nic.
Nogi się pode mną ugięły, więc przeszłam przez pokój i usiadłam na łóżku z lampką w dłoniach. Chciało mi się płakać, jednak już dawno temu nauczyłam się, że to nic nie zmieni. Mogłam się pomodlić, ale sama nie wiedziałam, czy Bóg to usłyszy. Czy wysłuchuje próśb kobiety naznaczonej znamieniem?
Lampka rzucała cienie na ścianę. Nagle zauważyłam delikatny uskok w boazerii. Zmarszczyłam czoło i odstawiłam lampkę na stolik nocny, po czym przeszłam na drugi koniec pokoju. Przesunęłam dłonią po deskach i poczułam, że jedna z nich jest luźna.
Powoli odciągnęłam ją i aż nabrałam powietrza z wrażenia. Za boazerią była dziura w ścianie, a w niej znajdowała się koperta!
Ręce mi się trzęsły, gdy wzięłam ją w dłonie i skierowałam się w stronę łóżka. Usiadłszy koło lampki, otworzyłam kopertę i wyjęłam ze środka cienką kartkę. Przebiegłam wzrokiem po papierze i rozwarłam usta z wrażenia.
To był list napisany przez moją matkę, datowany na grudzień 1706 roku - trzy miesiące po moim urodzeniu, mniej więcej w tym czasie, gdy podrzuciła mnie dziadkowi.
Przysunęłam się bliżej do światła, żeby spojrzeć na słowa napisane przez nią dwadzieścia lat temu.
Caroline, podejrzewam, że będziesz mnie nienawidzić. Tak jak ja nienawidziłam swojej matki za to, że mnie porzuciła i zostawiła pod opieką mojego ojca, Josiasa Reeda. Mówił mi, że zmarła w Salem w 1692 roku, ale nie chciał powiedzieć, jak i dlaczego. Może być tylko jedno wyjaśnienie, dlaczego kobieta w jej wieku zmarła w tamtym roku i dlaczego zachowuje się to w tajemnicy. Była czarownicą. Czy rzuciła na mnie urok? Czy to dlatego cierpię, zmuszona wieść dwa żywoty, bo znienawidziła dziecko, które urodziła?
Poczułam, jak przyspiesza mi puls. Moja matka też ma dwa życia! Czytałam dalej, czując jednocześnie panikę i radość na myśl, że nie byłam w tym sama.
Nienawidzę siebie samej za to, że zostawiłam Cię z moim ojcem, ale niełatwe życie, jakie będziesz z nim wieść, zaoferuje Ci więcej możliwości niż ten ciężki żywot, który wybrałam dla siebie. Może się zastanawiasz, dlaczego nie porzuciłam życia w Nassau, ale na tym polega problem z miłością, czyż nie? Opuszcza się to, co rozsądne, żeby być blisko tego, kto sprawia, że czujemy, że żyjemy. Tak właśnie jest z Twoim ojcem. To dlatego do niego wracam. Wyjechałam, zanim było widać ciążę, i nie zamierzam mu mówić o Twoim urodzeniu. Nie byłabyś bezpieczna, gdyby wiedział o Twoim istnieniu.
Piszę to teraz do Ciebie, bo sama chciałabym, żeby moja matka coś mi zostawiła. Jakiś strzępek, ziarenko, choćby ślad korespondencji. Ale może to tylko Cię rozwścieczy, gdy przeczytasz ten list pewnego dnia. Jeśli w ogóle go kiedykolwiek przeczytasz. Chciałabym móc Ci wyjaśnić, dlaczego Cię opuściłam, dlaczego wyjechałam z Karoliny Południowej, ale to tylko przysporzyłoby Ci więcej cierpień. Nigdy nikomu nie wyjawiłam prawdy o moich życiach i nie oczekuję też, że będziesz to rozumieć. Zabiorę swój sekret ze sobą do grobu, zwłaszcza że ten nieunikniony dzień zdaje się być coraz bliżej. Może i mam w tym życiu czternaście lat, ale tak naprawdę przeżyłam ich dwadzieścia osiem. Prawdopodobnie, kiedy będziesz czytać te słowa, mnie już nie będzie na tym świecie. Tak chyba będzie lepiej dla Ciebie i dla każdego, kto mnie zna.
List kończył się taką fatalistyczną wizją.
W głowie kręciło mi się na myśl o konsekwencjach tego wszystkiego, czego się właśnie dowiedziałam.
Moja matka - tak samo jak ja - miała dwa życia. Przywiozła mnie do Karoliny Południowej, żeby chronić mnie przed moim ojcem. Czy mógłby być groźny, gdyby wiedział, że ona była w ciąży? Kim zatem był mój ojciec? Dziadek powiedział, że kupiec morski, z którym uciekła, był tchórzliwym i miałkim człowiekiem. Z pewnością nie chciałby skrzywdzić własnej córki. Co ważniejsze, matka napisała, że wraca do Nassau. O Nassau na Bahamach wiedziałam tylko tyle, że jakieś dziewięć - dziesięć lat temu stanowiło stolicę piratów i nadal miało reputację miejsca pełnego niemoralności i przestępstw. Przywódcy piratów, tacy jak Benjamin Hornigold, Czarnobrody i Charles Vane, zostali albo ułaskawieni przez króla, albo zabici, ale wciąż jeszcze było trochę piratów, którzy krążyli po Karaibach.
Oderwałam wzrok od kartki, a w głowie kłębiły mi się różne myśli. Czyżby moja matka miała jakieś związki z piratami? Czy nadal żyła w Nassau? Tak bardzo pragnęłam zrozumieć to, co się ze mną dzieje, a ona była jedyną osobą, która mogła znać odpowiedzi.
Usłyszałam odgłos kroków na schodach i szybko zdmuchnęłam płomień lampki. To był chód dziadka - powolny, ciężki i miarowy. Nawet nie przystanął przy drzwiach pokoju matki i zaraz potem usłyszałam, jak otwierają się i zamykają drzwi do jego sypialni.
Wypuściłam wstrzymywane powietrze i wsunęłam list z powrotem w otwór, po czym zakryłam go deską. Odczekałam jakiś czas, a następnie wyszłam na korytarz i zamknęłam za sobą drzwi na klucz.
Niania spała nad kuchnią i cały dom był już gotowy do snu. Musiałam działać szybko, jeśli chciałam wymknąć się niezauważona.
Nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed odnalezieniem matki.