Artykuły z "Jersey Evening Post"
Przedrukowane za zgodą gazety
RAKOWE PINGWINY
Tekst opublikowany 11 września 2023 roku
Niedawno poinformowano mnie, że muszę jechać na biegun południowy, czy mi się to podoba, czy nie. Jedynie tą metaforą potrafię opisać to, co przydarzyło mi się w ciągu ostatnich kilku tygodni. Mniej więcej w połowie deszczowego lata zdziwiony lekarz potwierdził, że dziwne guzy w mojej szyi to przerzuty raka płaskonabłonkowego, a powodem trwających od roku problemów z przełykaniem jest nowotwór gardła. ("Mówiłem, że jestem chory", jak napisano na nagrobku Spike'a Milligana).
Zalecono mi sześć tygodni wymagających chemio- i radioterapii, które miały się rozpocząć w połowie września w Southampton. W tej sytuacji najlepszą analogią, jaka przyszła mi do głowy, było zdanie: "Słuchaj, Simon, musisz jechać na biegun południowy". Wcale nie chcę jechać na biegun południowy, zresztą nie robi się tego przecież tak po prostu. Z drugiej strony w dzisiejszych czasach wielu ludzi się tam udaje i wraca cało, mimo że to niebezpieczne i prawdopodobnie traci się podczas podróży sporo kilogramów (i być może kilka palców u nóg). W każdym razie po drodze zobaczę też kilka ciekawych rzeczy (pingwiny rakowe!), a po powrocie będę lepiej znał siebie samego.
W tej chwili przygotowuję się zatem do nieplanowanej wyprawy. Przekazuję mojej fantastycznej ekipie zadania dyrektora Jersey Overseas Aid, a kolegom z zarządu obowiązki prezesa Jersey Heritage. Zamierzam ze wszystkimi utrzymywać kontakt radiowy, ale muszę pamiętać, że czasami, jeśli znajdę się w szczelinie lodowej, sygnał może zanikać.
Podczas wędrówki na południe na pewno schudnę, więc teraz najadam się na zapas. Podstawę pysznej diety stanowią obecnie Bruno's Bakery i Parade Kitchen, a wczoraj wieczorem zjadłem ponad kilogram fondue, bijąc tym samym rekord życiowy. Mniej przyjemne jest to, że powinienem rozpocząć podróż tak sprawny fizycznie, jak to tylko możliwe, więc zrobiłem nawet jedną pompkę. Wkrótce zapewne zrobię kolejną.
Wyprawa na biegun południowy jest wyprawą w pojedynkę. Pomaga mi jednak wiele osób. Grupa Cancer.JE zaoferowała sprzęt (telefon z tańszym roamingiem), a nawet gotówkę, jeśli będę jej potrzebował. Organizacja MacMillan Jersey okazała się niesamowicie, onieśmielająco wręcz wspaniała. Odegrała rolę polar outfitters, jeśli mogę korzystać z tej wycieczkowej metafory jeszcze przez kilka akapitów. Dała mi tony mentalnego i namacalnego wsparcia. Przekazała również wszystkie informacje, których bardzo potrzebowałem, a eksperci od kolejnych etapów podróży powiedzieli dokładnie, czego się spodziewać. Nie potrafię nawet wyrazić swojej wdzięczności.
Pomaga mi także wielu mieszkańców tej cudownej wyspy. Rak to rzecz zabawna - bo tak straszna, że wielu ludzi zupełnie nie wie, jak na nią reagować. I choć wylałem ostatnio sporo łez, były to raczej łzy szczęścia wywołane dobrem, jakie mnie otacza, a nie litości nad samym sobą.
Dzięki codziennej pracy w Jersey Overseas Aid od dawna wiem, jak empatycznym i szczodrym miejscem jest Jersey. Czuję wdzięczność wobec każdego, kto się do mnie odezwał, i powstrzymuję ochotę, by na oferty pomocy odpowiedzieć prośbą o wyciśnięcie gruczołów okołoodbytowych mojego owczarka (no dobra, to nieprawda, choć pewnie byście to zrobili, kochani ludzie!). Jeśli was to nie zdołuje, będę od czasu do czasu aktualizował sytuację, przedzierając się przez lodowce i śniegi.
Zamierzam podążać raczej śladami Amundsena, nie Scotta, a wyleczenie z pewnością jest możliwe. Niemniej jednak, ponieważ nowotwór jest dość zaawansowany, muszę przyjąć do wiadomości, że kubeł zimnej wody wyleje mi się na głowę prawdopodobnie wcześniej, niżbym tego chciał. Nie znam dokładnych liczb i w tej chwili nie chcę ich znać. Jednak to bardziej szanse typu "dwa naboje w bębenku". Może trzy.
W pewnym sensie wszystko to wydaje mi się kosmicznie pechowe i niesprawiedliwe. Mam czterdzieści sześć lat, niewiarygodnie szczęśliwe małżeństwo, uwielbiam swoją pracę i nagle okazuje się, że niedługo przestanę istnieć. Nie będę udawać, że w piosenkach, które śpiewam sobie o czwartej nad ranem, nie pojawia się od czasu do czasu nutka rozżalenia. Muszę przyznać, że o tej porze słyszę też czasami kilka taktów złości: że ponad rok czekałem na diagnozę, że odwoływano badania, że biurokratyczne pomyłki, brak informacji i tak dalej.
Jednak "na tej drodze grozi szaleństwo", a mnie, przynajmniej w ciągu dnia, udaje się całkiem nieźle wyciszyć złe emocje. Udaje się - choć nie wiem, jakim cudem - nie obwiniać zbytnio siebie samego. Trzy dekady palenia papierosów i kilka okresów picia godnych Churchilla zapewne mi nie pomogły (choć oczywiście innym udaje się bardziej odsunąć w czasie konsekwencje takich działań). Możliwe również, że moja sporadyczna niezdolność do oceny tego, jak bardzo powinienem się martwić o swoje zdrowie, oznaczała, że lekarze nie traktowali nowych dolegliwości wystarczająco poważnie. Niemniej to, że jesteś paranoikiem, nie oznacza wcale, że nie chcą cię dopaść (jak mówi napis na T-shircie), a to, że jesteś trochę hipochondrykiem, nie wyklucza raka płaskonabłonkowego.
Udało mi się więc uniknąć paru oczywistych pułapek - rozżalenia, gniewu, obwiniania - ale jakie to właściwie uczucie tak wyraźnie widzieć nad sobą kostuchę? Cóż, może zabrzmi to jak gadanie wariata, ale w rzeczywistości nie jest tak źle. Tylko jedna rzecz sprawia, że wilgotnieją mi oczy - myśl o bliskich, zwłaszcza ukochanej żonie Aurélie i rodzicach, którzy mnie stracą. Na dźwięk słowa "wdowa" czuję gulę w gardle, a jeszcze gorzej robi się, gdy używam czasownika "owdowieć". Jednak nie jestem smutny ani się nie boję, powiedziałbym wręcz, że te gówniane prognozy użyźniły trochę trawnik mojego rozwoju osobistego.
Tak więc wybaczcie i przygotujcie się na kilka banałów. Prawdopodobnie już je słyszeliście, a w głębi duszy i tak to wszystko wiecie, ale nasze pędzące życie i mózg skutecznie przysłaniają te myśli. Rak pokazał mi je bardzo wyraźnie.
Przede wszystkim nauczyłem się lepiej ustalać priorytety. Istotne rzeczy: miłość, życzliwość, spełnienie. Nieistotne: pieniądze, pozycja, uznanie. Tak łatwo zapomnieć, że to, co w życiu naprawdę cenne, jest właściwie darmowe. Co więcej, na Jersey jesteśmy realnie bogatsi od innych mieszkańców świata. Mamy zagwarantowany dostęp do mieszkań i wyżywienia, opieki zdrowotnej, edukacji i sprawiedliwych sądów. Możemy się natychmiast skomunikować, z kim chcemy, podróżować w dowolne miejsca na świecie, a w naszych kieszeniach jest cała wiedza ludzkości. Na Jersey żyjemy w jednej z najbardziej opiekuńczych, bezpiecznych i zżytych ze sobą społeczności na świecie. A mimo to biegamy jak chomik w kołowrotku, byle tylko zdobyć więcej, i porównujemy się do tych nielicznych, którzy naszym zdaniem radzą sobie lepiej, a nie do miliardów biedniejszych od nas.
Poza tym o wiele łatwiej jest mi teraz widzieć w ludziach to, co najlepsze. Zwykle i tak chodzę po Saint Helier, głupkowato się uśmiechając, ponieważ jestem beznadziejny w rozpoznawaniu twarzy i wolę wprawić w zakłopotanie obcego, niż urazić znajomego. Jednak odkąd postawiono mi diagnozę, stałem się życzliwszy i bardziej skłonny do wybaczania. Usiądźcie w poczekalni na radioterapii z ludźmi z różnych środowisk, a zdacie sobie sprawę, że znacznie więcej nas łączy, niż dzieli (pomimo wysiłków ruchu woke i ich bratnich dusz, rasistów, próbujących przekonać świat, że jesteśmy bardziej podzieleni niż w rzeczywistości).
Dostrzegajcie drobne akty czułości, stoicki humor, odwagę. Poważna choroba i jej towarzyszka z kosą potrafią wszystkich zrównać, ponieważ każą zdejmować maski i odsłaniają kryjących się pod nimi wrażliwców. Łatwo rozszerzyć tę obserwację poza oddział onkologii i zobaczyć, że naprawdę każdy człowiek po prostu robi na co dzień, co w jego mocy. Nawet kobieta, która zajęła ci miejsce parkingowe, i lekarz, który się upierał, że masz tylko refluks żołądkowy!
Wreszcie, gdy przyszłość jest niepewna, człowiek pełniej żyje teraźniejszością. Oczywiście nadal martwi się o to, co będzie dalej (właśnie nauczyłem się słowa scanxiety oznaczającego strach przed badaniem obrazowym). Jednak doceniam też wiele rzeczy, których w innej sytuacji mógłbym nie zauważyć lub nie byłbym za nie wdzięczny. Szczęśliwy pies tarzający się w trawie, idealny grzyb, naprawdę dobry stilton! Drobiazgi sprawiają mi w tej chwili ogromną przyjemność (Boże, jakże będę tęsknić za serem, kiedy włożą mi sondę). I z drugiej strony: kiedy nie możesz robić planów, rzadziej odczuwasz pokusę, by knuć, zazdrościć lub martwić się o różne sprawy.
Naprawdę żałuję, że nie zrozumiałem tego wszystkiego wiele lat temu. Przy odrobinie szczęścia wyzdrowieję i przez dziesięciolecia będę jeszcze czerpać korzyści z tych spostrzeżeń (oraz denerwować nimi innych). Mam szczerą nadzieję, że część z was, kochani, również dojdzie do tych wniosków, póki w waszych klepsydrach jest jeszcze dużo piasku.
[...]