1
Dominic Yun jest w moim studiu.
Dobrze wie, że to moje studio. Pracuje tu od czterech miesięcy, więc nie ma opcji, żeby nie wiedział. Jak wół stoi zresztą napisane w niebieskim dymku we wspólnym kalendarzu, tym połączonym z mejlem: studio C, Goldstein Shay, od poniedziałku do piątku od 11 do 12. Kończy się: nigdy.
Pukałam do drzwi, ale cóż, są dźwiękoszczelne. A choć lista moich wad z pewnością wypełniłaby półgodzinną audycję bez reklam, nie jestem aż tak wredna, żeby wparować do środka i zepsuć mu nagranie. Może to najmniej wykwalifikowany dziennikarz Pacific Public Radio, ale za bardzo szanuję sztukę montażu, żeby się posunąć do czegoś takiego. To, co się dzieje w studiu, powinno być święte.
Dlatego stoję oparta o ścianę i gotuję się w milczeniu, gdy nad drzwiami na wprost migocze czerwony napis NAGRYWANIE.
- Idź do innego studia, Shay! - woła Paloma Powers, gospodyni mojego programu, w drodze na lunch. (Yakisoba z warzywami z mikroknajpki po drugiej stronie ulicy, w każdy wtorek i czwartek przez ostatnie siedem lat. Kończy się: nigdy).
Mogłabym, pewnie. Ale pasywna agresja jest dużo zabawniejsza.
W radiu publicznym pracują nie tylko intelektualiści o miodopłynnych głosach, którzy dopraszają się o pieniądze podczas dorocznych zbiórek. Na każde stanowisko w tej branży przypada pewnie setka zdesperowanych absolwentów i absolwentek dziennikarstwa, którzy "po prostu uwielbiają This American Life", i dlatego, jeśli się chce przetrwać, trzeba być czasem bezwzględną.
Niewykluczone, że byłam bardziej uparta niż bezwzględna. Temu uporowi zawdzięczam staż, który udało mi się tu dostać dekadę temu, i teraz, w wieku dwudziestu dziewięciu lat, jestem najmłodszą w historii stacji starszą realizatorką. Tego właśnie pragnęłam od dziecka, nawet jeśli na początku marzyłam raczej, że będę siedziała przy mikrofonie, a nie przy komputerze.
Jest jedenasta dwadzieścia, gdy drzwi studia wreszcie się otwierają, choć ja zdążyłam już zapewnić swoją asystentkę Ruthie Liao, że materiały promocyjne będą przed południem, i wzbudzić wesołość Marlene Harrison-Yates, dziennikarki zajmującej się ochroną środowiska, zanim ta zniknęła w nieporównywalnie gorszym studiu B.
Najpierw widzę jego buty, błyszczące czarne oksfordy, za którymi podąża mierząca dobrze ponad metr osiemdziesiąt reszta - grafitowe spodnie i rdzawoczerwona koszula z rozpiętym górnym guzikiem. Postać we framudze drzwi do studia C, marszcząca brwi nad scenariuszem, mogłaby się znaleźć na stockowym zdjęciu w kategorii business casual.
- Udało ci się powiedzieć odpowiednie słowa w odpowiedniej kolejności? - pytam.
- Chyba tak - mówi Dominic z całkowitą powagą do scenariusza zamiast do mnie. - Mogę ci w czymś pomóc?
Napełniam swój głos słodyczą aż po wrąbek.
- Czekam tylko na swoje studio.
Ponieważ blokuje mi drogę, kontynuuję oględziny. Rękawy ma podwinięte do łokci, czarne włoski lekko wzburzone. Może przejeżdżał po nich dłońmi zirytowany, bo historia nie układała się tak, jak chciał. Byłaby to odświeżająca zmiana po jego materiałach, które zdominowały naszą stronę - miały dużo odsłon ze względu na chwytliwe nagłówki, ale brakowało im emocjonalnej głębi. Może przez dwadzieścia minut, które spędził w studiu C, radio publiczne zmęczyło go do tego stopnia, że teraz właśnie szedł do Kenta, żeby mu powiedzieć, że nie nadaje się do tej roboty.
Pracował tu na tyle krótko, że nie potrafił dostrzec niuansów różniących studia A i B od mojego ulubionego C: słuchawek złamanych w idealnym miejscu, suwaków na tablicy wyważonych tak, że łatwiej nimi manipulować. Nie wiedział też, dlaczego to miejsce było dla mnie aż tak ważne. To tu zmontowałam swój pierwszy samodzielnie zrobiony program - o tym, co znaczy nie mieć ojca w Dzień Ojca, program, który zablokował telefony stacji na wiele godzin. Gdy słuchałam historii, które opowiadali ludzie, po raz pierwszy od lat czułam się mniej samotna - przypomniały mi, dlaczego zawsze chciałam pracować w radiu.
Możliwe, że nie chodziło wcale o studio C, możliwe, że rozwinęłam w sobie niezdrowe przywiązanie do tych dwóch metrów kwadratowych kabli i pokręteł.
- Jest twoje - mówi, ale nie przesuwa się ani nie unosi wzroku.
- I powinno być. We wszystkie dni robocze od jedenastej do południa. Jeśli twój kalendarz szwankuje, zgłoś to do działu IT.
Wreszcie odrywa wzrok od papierów i przenosi go na mnie. Czy raczej opuszcza. Opiera się o framugę, lekko garbiąc ramiona. Zawsze to robi, a ja podejrzewam, że po prostu budynki normalnej wielkości są dla niego za małe. Mam metr pięćdziesiąt siedem i nigdy bardziej nie uświadamiam sobie swojego wzrostu, niż gdy stoję obok niego.
Kiedy nasza recepcjonistka Emma robiła mu zdjęcie na stronę, bez przerwy się czerwieniła - pewnie dlatego, że jest tu jedynym facetem poniżej trzydziestki nie na stażu. Na tym zdjęciu wygląda poważnie, jeśli nie liczyć maleńkiego zagięcia w kształcie nawiasu w kąciku ust. Wpatrywałam się w nie przez długi czas, gdy fotografię zamieszczono na stronie, zastanawiając się, dlaczego Kent zatrudnił kogoś, kto nigdy wcześniej nie postawił stopy w studiu. Rozpływał się nad jego magisterium na Northwestern, powszechnie uznawanym za uniwersytet z najlepszym programem dziennikarstwa w kraju, i nad nagrodami zdobytymi w czasie studiów.
Dominic obdarza mnie teraz surowszą, bardziej powściągliwą wersją uśmiechu ze zdjęcia.
- O jedenastej pięć nikogo nie było w środku. A ja mogę mieć coś dużego. Czekam na potwierdzenie z jeszcze jednego źródła.
- Super. Muszę zmontować intro Palomy, więc... - Ruszam w stronę studia, ale on ani drgnie, jego niewiarygodnie potężna postać blokuje wejście. Jestem jak mały miś, który próbuje zwrócić uwagę grizzly.
Nawias w kąciku ust rozciąga się nieco bardziej.
- Nie spytasz, co to?
- Pewnie przeczytam jutro w "Seattle Times".
- Ej, a gdzie twoja wiara w zespół? Radio publiczne też może mieć gorące newsy - mówi z przekonaniem. Kłóciliśmy się o to z dziesięć razy, od pierwszego tygodnia jego pracy, kiedy spytał, dlaczego nikt z nas nie bierze udziału w posiedzeniach rady miasta. - Nie byłoby fajnie przynajmniej raz wyrwać się do przodu zamiast gonić innych?
Dominic zdaje się nie rozumieć, że najświeższe doniesienia to nie nasza bajka. Gdy w trakcie szkolenia powiedziałam mu, że nasi dziennikarze po prostu piszą streszczenia wiadomości z "Timesa", spojrzał na mnie, jakbym oznajmiła, że nie będziemy rozdawać gadżetów z logo stacji w czasie następnej zbiórki funduszy. Nasi dziennikarze robią świetną robotę - i ważną - ale ja zawsze uważałam, że radio publiczne jest najlepsze wtedy, gdy skupia się nie na problemach bieżących, tylko na sprawach głębszych, kiedy wydobywa ludzki aspekt historii. Tym właśnie zajmujemy się w moim programie Głosy Puget i w tym jesteśmy dobre. To Paloma wymyśliła nazwę, która nawiązuje do Puget Sound, zatoki na północno-zachodnim wybrzeżu stanu Waszyngton.
- Ludzie nie szukają u nas wiadomości z ostatniej chwili - mówię, starając się nie podnosić głosu. - Zrobiliśmy badania. Nie ma znaczenia, kto pierwszy zamieści newsa. Jutro będą o tym mówić wszystkie stacje, blogi i cały Twitter. I nikogo nie będzie obchodziło, skąd się dowiedział.
Krzyżuje ręce na piersi, czym jeszcze mocniej przyciąga uwagę do nagich przedramion i czarnych włosów znikających pod podwiniętymi rękawami. Zawsze miałam fioła na punkcie przedramion - mężczyzna zawijający rękawy do łokci to dla mnie w zasadzie gra wstępna - i moim zdaniem to zbrodnia, że u tego typa marnuje się taki śliczny zestaw.
- Jasne, jasne - mówi. - Muszę pamiętać, że prawdziwe radio to... Co masz dziś w swoim paśmie?
- Spytaj trenerkę. - Unoszę podbródek w nadziei, że roztaczam aurę pewności siebie.
Nie będę się wstydzić. To jedna z najpopularniejszych audycji, program na żywo, w którym znana behawiorystka Mary Beth Szczekley - dziewięćdziesiąt osiem procent szans, że to nieprawdziwe nazwisko - odpowiada na pytania słuchaczek i słuchaczy. Zawsze przychodzi ze swoim corgi i faktycznie dzięki psom wszystko staje się lepsze.
- Analiza kocich wymiocin na antenie, prawdziwa służba publiczna. - Odkleja się od framugi i drzwi zatrzaskują się za nim głucho. - Tego dnia, kiedy mówili o tym na studiach, byłem chyba chory. Mało kto potrafi wychwycić takie niuanse jak ty ze swoim programem.
Zanim zdążę odpowiedzieć, na korytarzu pojawia się Kent w charakterystycznych szelkach i śmiesznym krawacie. Dziś dostrzegam kawałki pizzy pepperoni. Kent O'Grady, dyrektor programowy stacji i właściciel głosu, który dekady temu uczynił z niego radiową legendę Seattle.
Klepie Dominica po ramieniu, ale ponieważ jest tylko kilka cali wyższy ode mnie, jego ręka ląduje na bicepsie.
- Oto ludzie, których szukałem. Dom, jak tam ta twoja historia? Mamy skandal?
Dom. W ciągu dziesięciu lat nie zdarzyło się, żeby Kent do kogokolwiek zaczął się tak szybko zwracać z poufałością.
- Skandal? - pytam z zainteresowaniem.
- Być może - mówi Dominic. - Czekam na jeszcze jeden telefon, żeby to potwierdzić.
- Znakomicie. - Kent przejeżdża ręką po siwiejącej brodzie. - Shay, czy Paloma znajdzie czas, żeby przeprowadzić na żywo rozmowę z Dominikiem?
- Na żywo? To znaczy... nie nagramy tego wcześniej? - jąka się Dominic.
- Gdzie tam. Chcemy być pierwsi.
- No to szykujemy się na gorącego newsa - mówię, a on blednie. Niezbyt podoba mi się pomysł, żeby oddawać mu czas na antenie, ale skoro budzi to w nim taki popłoch, oczywiście w to wchodzę. - Myślę, że możemy urwać kilka minut Mary Beth Szczekley.
Kent pstryka palcami.
- Przypomnij mi, żebym ją złapał przed wyjściem. Klopsik ostatnio je karmę, tylko jeśli każdego chrupka wyjmie najpierw z miski na podłogę.
- Nie więcej niż kilka minut, tak? - Głos Dominica drży.
- Góra pięć. Dasz sobie radę. - Kent uśmiecha się szeroko i wraca do swojego gabinetu.
- Błagam, tylko nie zepsuj mi programu - mówię, a potem wślizguję się do studia C.
Dominic Yun jest w moim studiu.
Formalnie rzecz biorąc, to trzy przylegające do siebie studia: w jednym znajduję się ja razem ze spikerem i konsolą do miksowania, czyli "mikserem", w drugim odbiera się telefony, w trzecim zaś siedzi Paloma z notatkami, butelką kombuczy i szklanką po wodzie. Koło niej Dominic załamuje ręce, bo rzeczoną wodę wylał właśnie na notatki Palomy. Ruthie popędziła wydrukować nową kopię.
- Mary Beth już jest - mówi, wślizgując się do studia. Zdążyła posprzątać bałagan, którego narobił Dominic. - I tak, dostała wodę, tak samo jak jej pies.
- Świetnie. Dziękuję. - Zakładam słuchawki i przeglądam konspekt programu, moje serce wali w znajomym rytmie.
Głosy Puget to godzinny zastrzyk adrenaliny na antenie we wszystkie dni powszednie od czternastej do piętnastej. Jako starsza realizatorka reżyseruję program na żywo: daję znaki Palomie, dzwonię do gości i przełączam rozmowy, pilnuję czasu przeznaczonego na każdy segment i gaszę wszelkie pożary. Ruthie wpuszcza gości, a nasz stażysta Griffin odbiera telefony od słuchaczy w sąsiedniej kabinie.
Czasami nie potrafię uwierzyć, że robię to pięć razy w tygodniu. Tysiące ludzi w całym mieście przełączają radia, aplikacje i przeglądarki na 88.3 FM, a część nawet czuje się do tego stopnia zainspirowana, rozbawiona czy wkurzona, że dzwonią do nas, żeby się podzielić swoją historią albo zadać pytanie. Właśnie ten interaktywny element - fakt, że człowiek w jednej chwili słyszy Palomę w głośniku, a w drugiej rozmawia z nią na żywo - sprawia, że to najlepsza forma dziennikarstwa. Dzięki niemu świat staje się nieco mniejszy. Możecie słuchać programu, który ma setki tysięcy wielbicieli w całym kraju, ale i tak wciąż będzie się wam wydawało, że jego gospodarz czy gospodyni zwracają się bezpośrednio do was. Prawie tak, jakbyście byli przyjaciółmi.
Stopy w jasnobrązowych botkach podskakują mi na najniższym szczeblu stołka, na którym zwykle siadam. Ruthie obok poprawia słuchawki na krótkich platynowych włosach, a potem kładzie mi rękę na nodze, żeby powstrzymać wiercenie.
- Będzie dobrze - mówi, wskazując na Dominica, którego widać za szybą. Chociaż staramy się nie obnosić ze swoim konfliktem, Ruthie ma intuicję zoomerki i wystarczyło kilka tygodni, żeby wszystko wywęszyła. - Radziłyśmy sobie z gorszymi rzeczami.
- Racja. Jesteś moją bohaterką, odkąd w ostatniej chwili udało ci się przełożyć tamtą audycję o irracjonalnych lękach i odwołać całą czwórkę gości.
Uwielbiam Ruthie. Trafiła do nas z radia komercyjnego, gdzie mimo nieustannych przerw na reklamę tempo pracy jest znacznie szybsze. Od czasu do czasu przyłapuję ją, jak nuci pod nosem dżingla 1-877-KARS-4-KIDS. Mówi, że ją prześladuje.
Pośrodku reżyserki Jason Burns unosi się na krześle spikera, ergonomicznym ustrojstwie, które sprowadził ze Szwecji. Przed sobą ma mikser.
- Proszę o ciszę - mówi ciepłym, gęstym jak syrop klonowy głosem. Jego ręce zatrzymują się przy suwakach. Jason to uroczy trzydziestoparolatek, którego zawsze widuję w kraciastej flanelowej koszuli i dżinsach, uniformie drwali i rodowitych mieszkańców Seattle.
Obok zegara zapala się napis NAGRYWANIE.
- Słuchają państwo Pacific Public Radio 88.3 FM - mówi Jason. - Już wkrótce Głosy Puget, a w nich wiadomość z ostatniej chwili. Następnie Paloma Powers przekaże znanej behawiorystce zwierzęcej najbardziej palące pytania słuchaczy dotyczące zachowań naszych milusińskich. Najpierw jednak informacje krajowe z NPR.
Napis NAGRYWANIE gaśnie. Rozlega się głos: "Tu NPR News, Waszyngton, Dystrykt Kolumbii, mówi Shanti Gupta...".
Mało co działa na mnie równie uspokajająco jak filar NPR News, dziś jednak głos Shanti Gupty wcale mnie nie pokrzepia. Za bardzo skupiam się na Dominicu siedzącym obok Palomy. Jego obecność w tym miejscu jest czymś niewłaściwym.
Wciskam przycisk i się z nim łączę.
- Nie siedź tak blisko mikrofonu - mówię, a jemu z zaskoczenia brwi szybują do linii włosów. - Bo będziemy słyszeć tylko twoje sapanie.
Porusza ustami, ale bezdźwięcznie.
- Musisz przycisnąć...
- Naprawdę nie chcesz, żeby mi się udało, co?
To pytanie rozbrzmiewa mi w uszach. Jeśli Paloma nas słucha, nie daje tego po sobie poznać - robi notatki na marginesie konspektu. Nagle czuję, że w swetrze jest mi za ciepło.
Dziesięć lat temu to ja byłam cudownym dzieckiem, stażystką, która pisała idealne konspekty i wynajdowała interesujące tematy, przekonując Palomę i jej ówczesnego realizatora, faceta, który przeszedł na emeryturę, zanim zajęłam jego miejsce, że jestem kimś wyjątkowym.
- Taka dobra, a ma dopiero dziewiętnaście lat! - grzmiał Kent. - Któregoś dnia będzie tym wszystkim rządzić.
Nie chciałam niczym rządzić. Zależało mi tylko, żeby opowiadać dobre historie.
A teraz proszę, Dominic: najnowszy nabytek, świeżo upieczony magister, już na antenie.
- Dziesięć sekund - mówi Jason, nim zdążę odpowiedzieć. Odsuwam więc zazdrość na bok, żeby się skoncentrować na tym, co od zawsze stanowiło najfajniejszą część tej pracy.
Zsuwam się ze stołka i łapię kontakt wzrokowy z Palomą, trzymając rękę na wyimaginowanej dwunastej.
- Pięć, cztery, trzy, dwa... - Opuszczam rękę, celując w nią palcem, i oto jest na antenie.
- Tu Paloma Powers, słuchają państwo Głosów Puget - mówi z wprawą. Ma głos jak ciemna czekolada: niski, dojrzały, ze szczyptą kobiecości. W takich głosach kryje się siła, potrafią sprawić, że ludzie nie tylko słuchają, ale też obchodzi ich to, co słyszą.
W tle rozbrzmiewa podkład muzyczny, wesołe dźwięki pianina, które Jason wyciszy, gdy Paloma skończy swój wstęp.
- Dziś będziemy gościć znaną zwierzęcą behawiorystkę Mary Beth Szczekley, której mogą państwo zadawać pytania dotyczące zwierzęcych podopiecznych. Może zastanawiają się państwo, jak wprowadzić do domu nowego kociaka albo czy starego psa faktycznie można nauczyć nowych sztuczek. Jeśli tak, proszę dzwonić pod numer 206-555-8803, a my postaramy się znaleźć odpowiedź. Najpierw jednak sensacyjna wiadomość, o której na żywo ze studia opowie państwu nasz reporter Dominic Yun. Witamy w Głosach Puget, Dominicu.
Dominic się nie odzywa. Nawet na nią nie patrzy, gapi się w swoje notatki, jakby wciąż czekał na sygnał.
Cisza w eterze to zło. Kilka sekund da się przeżyć, potem jednak słuchacze zaczynają narzekać i mamy problem.
- Kurwa - mówi Ruthie.
- Powiedz coś - mruczę mu do ucha. Macham rękami, ale jego całkowicie zamurowało.
No cóż, jeśli zepsuje mi program, to przynajmniej pójdzie na dno razem z nim.
- Dominicu - mówi idealnie pogodnym tonem Paloma. - Bardzo nam miło gościć cię na antenie!
I wtedy coś zaskakuje, jakby adrenalina nareszcie trafiła do krwiobiegu. Dominic mruga, budzi się do życia, pochyla do mikrofonu.
- Dziękuję, Palomo. - Głos na początku nieco mu drży, zaraz się jednak uspokaja. - Mnie też jest ogromnie miło. To właśnie twojej audycji słuchałem przed przenosinami do Seattle.
- Wspaniale. Z czym dzisiaj do nas przychodzisz?
Dominic się prostuje.
- Chciałem opowiedzieć o czymś, co zaczęło się od anonimu. Wiem, co myślisz. Anonimowe wskazówki to często po prostu plotki. Ale jeśli zada się odpowiednie pytania, można wpaść na trop prawdziwej historii. I tym razem czułem, możesz to nazwać reporterską intuicją, że mam do czynienia właśnie z czymś takim. Prowadziłem podobne śledztwo w sprawie pewnego wykładowcy na Northwestern. - Dramatyczna pauza. - Otóż odkryłem, że burmistrz Scott Healey ma drugą rodzinę. I choć życie prywatne to jego osobista sprawa, okazało się, że wykorzystywał środki przeznaczone na kampanię, żeby uciszyć pogłoski na ten temat.
- O cholera - mówi Jason, odwracając się do nas na krześle. Za kulisami w zasadzie nie podlegamy zasadom Federalnej Komisji Łączności.
- Wiedziałam, że musi być powód, że na niego nie głosuję - stwierdza Ruthie. - Nie podoba mi się jego twarz.
- To... poważna sprawa - mówi Paloma. Jest w szoku, ale szybko odzyskuje zimną krew. - Kilka razy gościliśmy w programie burmistrza Healeya. Powiesz nam, jak na to wpadłeś?
- Zaczęło się od posiedzenia rady miasta w zeszłym miesiącu... - Opowiada, jak dotarł do dokumentacji finansowej, prześledził przepływ pieniędzy i w końcu udało mu się namówić córkę burmistrza, żeby z nim porozmawiała.
Mijają dwie minuty. Trzy. Gdy zbliżamy się do pięciu, próbuję zasygnalizować Palomie, żeby zmieniła temat, ona jednak jest zbyt skoncentrowana na Dominicu. Zastanawiam się, czy nie dałoby się przerwać kabla od mikrofonu gołymi rękami.
- Nie nadążam z odbieraniem telefonów - słyszę w uchu głos Griffina.
Wciskam przycisk.
- Zapisuj wszystkie pytania i mów, że Mary Beth odpowie na te, na które się da.
- Nie, nie, ludzie dzwonią w związku z burmistrzem. Chcą rozmawiać z Dominikiem.
Och. Okej. Zaciskam zęby i przełączam się na nasz wewnętrzny czat.
Dzwonią ludzie, czy D. jest gotów odpow. na pyt.?
- Wygląda na to, że mamy dużo pytań - oznajmia Paloma na widok mojej wiadomości. - Jesteś gotów porozmawiać ze słuchaczami?
- Oczywiście - mówi Dominic ze swobodą wytrawnego reportera, a nie kogoś, kto w koledżu miał kilka razy w rękach cyfrowy dyktafon i na tej podstawie uznał, że może iść do radia.
Gdy patrzy mi w oczy przez szybę, moja niechęć wybucha gwałtownie, a serce szaleje. Zarys szczęki sprawia, że wydaje się bardziej stanowczy niż zwykle, jakby wiedział, że zawsze straszliwie pragnęłam znaleźć się na jego miejscu. Unosi kąciki ust w triumfalnym półuśmiechu. Żywy komentarz: kolejna rzecz, którą Dominic Yun w mgnieniu oka opanował do perfekcji.
Do studia wpada Kent.
- Shay, musimy przenieść Mary Beth na inny termin. To, co się tam dzieje, to kawał zajebiście dobrej radiowej roboty.
- Ruthie - mówię, ale ona jest już w połowie drogi do drzwi.
- Świetna robota, kochani. - Kent klepie Jasona po ramieniu. - Cieszę się, że tak nam dziś dobrze poszło.
Poprawiam okulary, rozcierając miejsce między oczami, gdzie rodzi się migrena.
- Nie podoba mi się to - oznajmiam, kiedy Kent wychodzi.
- To kawał zajebiście dobrej radiowej roboty - mówi śpiewnym głosem Jason, naśladując Kenta.
- Napastliwe.
- Opinia publiczna chyba ma prawo wiedzieć, że burmistrz to szuja?
- Tak, ale niekoniecznie z naszego programu.
Jason podąża za moim wzrokiem. Spogląda to na Dominica, to na mnie. Oboje, Jason i ja, zostaliśmy przyjęci do pracy mniej więcej w tym samym czasie, facet zna mnie więc dość dobrze, żeby wiedzieć, że jestem zdenerwowana.
- Nie podoba ci się, że Dominic jest w tym taki dobry - mówi. - Nie podoba ci się, że ma talent i znalazł się na antenie, choć pracuje dopiero od kilku miesięcy.
- Ja... - zaczynam, ale potykam się o własne słowa. Brzmi fatalnie, kiedy ujmuje to w ten sposób. - Nieważne, co czuję. Wcale nie chcę występować na antenie. - Już nie. Nie ma sensu pragnąć czegoś, o czym wiadomo, że nigdy się nie wydarzy.
Wraca Ruthie, policzki jej płoną.
- Mary Beth się wkurzyła. - Zakłada słuchawki. - Mówi, że musiała odwołać prywatną sesję z dzieciakiem Billa Gatesa, żeby do nas przyjechać.
- Wyślemy jej mejla z kornymi przeprosinami. Albo nie, zadzwonię do niej.
- Brakuje nam linii - mówi mi do ucha Griffin.
- Ruthie, pomożesz Griffinowi? Ja też dołączę, jeśli będzie trzeba.
- Okej.
- Dzięki.
Dominic wyczytuje wszystkie nielegalne transakcje. Kwoty są ogromne. Nie chodzi o to, że to złe wydanie. Po prostu jakimś cudem stało się wydaniem Dominica. Ja straciłam kontrolę. To on jest gwiazdą.
Dlatego siadam i oddaję stery. Dominic zdobędzie uznanie i słuchaczy, a ja pozostanę tu, za sceną.
Kończy się: nigdy.