Przedmowa
Niewielu ludzi zasługuje na tak ogromną wdzięczność nas wszystkich jak
zmarły niedawno Marshall Rosenberg. Życie tego niezwykłego człowieka
można zilustrować tytułem jednej z jego książek: To, co powiesz, może
zmienić świat. Był on niezwykle świadomy znaczenia tych słów -?motta
życiowego, a może i ostrzeżenia. Rzeczywistość widziana oczami każdego z nas zawsze jest jakąś historią. Historię, której jesteśmy bohaterami,
kształtuje nasz język. To założenie legło u podstaw podejścia Rosenberga
do rozwiązywania konfliktów. Sprawiał on, że skonfliktowane osoby
zaczynały wymieniać się komunikatami wolnymi od osądów, wzajemnego
obwiniania się i przemocy.
Wykrzywione twarze uczestników protestów ulicznych w wieczornych
wiadomościach to więcej niż obrazy. Każda z tych twarzy, każdy gest i każdy krzyk przedstawia jakąś historię, a swoich historii trzymamy się
jak tonący brzytwy, bo one określają naszą tożsamość. Zatem gdy Marshall
Rosenberg zaczął propagować mówienie bez przemocy, tak naprawdę zaczął
propagować zmianę ludzkiej tożsamości. Doskonale zdawał sobie z tego
sprawę. W nowym wydaniu swojej książki tak oto mówi o porozumieniu bez
przemocy i o roli mediatora: "Nie dość, że w PBP postulujemy
wprowadzenie zmian, to jeszcze staramy się wcielić w życie nowy system
wartości".
Zgodnie z jego nowym systemem wartości konflikty są rozwiązywane w sposób, który nie wymusza typowych frustrujących kompromisów.
Skonfliktowane strony traktują się z szacunkiem, pytają nawzajem o swoje
potrzeby, by w atmosferze wolnej od uprzedzeń nawiązać ze sobą kontakt.
Gdy spojrzymy na pełen wojen i przemocy świat, w którym myślenie "my
kontra oni" jest normą, w którym łamane są wszelkie zasady obowiązujące
cywilizowanego człowieka, popełniane najgorsze zbrodnie, nowy system
wartości wydaje się fantasmagorią. Podczas jednej z europejskich
konferencji dla mediatorów wypowiedziano słowa krytyki, nazwając
podejście Rosenberga formą psychoterapii. Ale czy -?powiem to zwyczajnie
-?nie prosi on, byśmy zapomnieli o przeszłości i zostali przyjaciółmi?
To takie proste, choć takie nieosiągalne -?i na prawdziwej wojnie, i na
prywatnych wojennych ścieżkach.
Każdy światopogląd obciążony jest bagażem systemu wartości. Ludzie nie
są w stanie odrzucić tego bagażu. Co więcej, zwykle są z niego dumni. Na
całym świecie od wieków wojownicy budzą strach i podziw jednocześnie.
Wyznawcy psychologii Junga twierdzą, że w podświadomości każdego z nas
zakorzeniony jest archetyp Marsa, boga wojny, który sprawia, że
wchodzenie w konflikty i okazywanie agresji leżą w naszej naturze.
W tej książce zostało przedstawione inne spojrzenie na ludzką naturę. W nim cała nadzieja. Według niego nasze historie to fikcja, która powstaje
i rozwija się na gruncie utworzonym przez brak samoświadomości, nasze
nawyki i otoczenie oraz warunki, w jakich żyjemy. Nawet najwspanialsze
historie zawierają elementy przemocy. Za każdym razem, gdy używamy siły,
by chronić rodzinę, bronić się przed atakiem z zewnątrz, walczyć z niesprawiedliwością lub o cudze dobro, zapobiegać przestępstwom, tak
naprawdę dajemy się zwerbować do armii o nazwie "Przemoc". Jeśli zaś nie
damy się do niej zwerbować, istnieje duże ryzyko, że nasze otoczenie
obróci się przeciwko nam i będzie chciało nas ukarać. Mówiąc krótko:
niełatwo jest wybrnąć z takiej sytuacji.
Istnieje w Indiach starodawny model życia bez przemocy zwany ahimsą. To
słowo tłumaczone jest zwykle jako niestosowanie przemocy, choć jego
znaczenie jest szersze. Wyrazem ahimsy są zarówno pokojowe protesty
Mahatmy Gandhiego, jak i afirmacja życia Alberta Schweitzera. Podstawowym
aksjomatem ahimsy jest niewyrządzanie zła. Mój podziw wzbudziło to, że
Marshall Rosenberg, który zmarł w wieku 80 lat, uchwycił ahimsę na obu
jej poziomach: działań i świadomości.
Działania zostały szczegółowo opisane w tej książce jako podstawy PBP,
więc nie będę się tutaj nimi zajmował. O wiele więcej mocy ma w sobie
świadomość zgodna z ahimsą, którą miał Marshall Rosenberg. Nie opowiadał
się po żadnej ze stron, nie badał nawet, jak doszło do konfliktu.
Zakładał bowiem, że wszystkie historie prowadzą w sposób mniej lub
bardziej otwarty do jakiegoś konfliktu. Skupiał się natomiast na
budowaniu kontaktów międzyludzkich -?mostów psychicznych, które mogły
połączyć zwaśnione strony. Pozostawał tym samym w zgodzie z kolejnym
aksjomatem ahimsy: liczy się nie to, co robimy, lecz to, jaką jakość ma
nasza uwaga.
W świetle prawa w wyniku rozwodu ustaje między małżonkami wspólnota
majątkowa. Małżonkowie mogą podzielić dobra materialne między siebie i to kończy sprawę. To nie działa na gruncie emocjonalnym -?tutaj, jak
powiedziałby Rosenberg, powiedziano zbyt dużo słów.
Agresja rodzi się za sprawą ego. To ono w sytuacji konfliktowej kieruje
nas w stronę "ja", "moje", "dla mnie". Stawiamy sobie za przykład
świętych ofiarnie służących Bogu, ale między hołubionymi przez nas
wartościami a tym, jak postępujemy, rozciąga się przepaść. Ahimsa
rozpina nad tą przepaścią most świadomości. Jedynym sposobem
wyeliminowania wszelkiej przemocy jest odcięcie się od własnej
subiektywnej historii. Nie dozna oświecenia ten, kogo trzymają na
świecie własne przywiązania -?to stwierdzenie mogłoby stanowić trzeci
aksjomat ahimsy. Wydaje się to jednak równie radykalne jak słowa kazania
Jezusa na górze o tym, że tylko cisi na własność posiądą ziemię.
To nie zmiana zachowań, lecz zmiana świadomości jest kluczem do sukcesu.
Aby doszło do zmiany świadomości, musimy przejść z punktu A do punktu B.
Punkt A to życie pełne nieustających żądań ze strony ego, punkt B -
uwolnienie się od żądanego. Bądźmy szczerzy: niewielu z nas marzy o uwolnieniu się od ego. Z perspektywy kogoś, kto znajduje się w punkcie
A, jest to czymś zarazem strasznym i nierealnym. Co będziemy mieli z tego, że się uwolnimy (zwykle z każdego działania chcemy coś mieć)? A gdy już się uwolnimy, czy spędzimy resztę życia, siedząc i nic nie
robiąc?
Odpowiedź znajdziemy w tych momentach, w których spontanicznie i w sposób naturalny uwalniamy się na chwilę od ego: podczas medytacji lub
gdy jesteśmy bezgranicznie szczęśliwi. Świadomość pozbawiona ego to
stan, w który wkraczamy, będąc w kontakcie z cudami natury, sztuki i muzyki. Jedyną różnicą między tymi chwilami (którym towarzyszą dodatkowo
kreatywność, miłość i radość) a ahimsą jest to, że one pojawiają się i znikają, ahimsa zaś pozostaje niezmienna. Dzięki ahimsie każdy staje się
tym, kim naprawdę jest.
"Wyższa świadomość" to zbyt górnolotne określenie ahimsy. Określenie
"zwykła świadomość" lepiej oddaje ten stan zwłaszcza w świecie, w którym
wszelkie normy stały się nienormalne i balansują na granicy patologii.
Nie jest przecież normalne życie w świecie, w którym tysiące głowic
nuklearnych są skierowane na przeciwników posiadaczy tych głowic, a terroryzm stał się akceptowanym aktem religijnym.
Najważniejszym owocem pracy Marshalla Rosenberga, najcenniejszym
spadkiem, jaki nam zostawił, nie jest, wbrew pozorom, rewolucyjne
podejście do roli mediatora. Jest nim natomiast nowy, choć tak naprawdę
znany od wieków, system wartości, według którego żył. Każde pokolenie
powinno od nowa uczyć się ahimsy, bo jesteśmy w swojej naturze rozdarci
między pokojem a przemocą. Marshall Rosenberg udowodnił, że osiągnięcie
stanu wspomnianej "zwykłej świadomości" jest możliwe i bardzo pomocne
podczas rozwiązywania konfliktów. Zostawił ślady, którymi możemy teraz
podążać. I będziemy nimi podążać, jeśli tylko zależy nam naprawdę na
poznawaniu siebie samych. To jedyne wyjście w świecie wołającym o ratunek, czyli o mądrość i rozwiązanie wszelkich konfliktów.
Deepak Chopra
Dr nauk med. Deepak Chopra, założyciel Chopra Center for Wellbeing oraz
autor ponad osiemdziesięciu książek przetłumaczonych na czterdzieści
trzy języki, w tym dwudziestu trzech książek, które znalazły się na
liście bestsellerów "New York Timesa".
1 Dawanie z serca
Sedno porozumienia bez przemocy
W życiu szukam współczucia, przepływu między sobą a innymi ludźmi,
opartego na wzajemnym dawaniu z serca.
Marshall B. Rosenberg
WSTĘP
Ponieważ wierzę, że mamy wrodzoną zdolność cieszenia się, gdy możemy
dawać i brać w sposób współczujący, przez większość życia zadaję sobie
te oto dwa pytania: Dlaczego tracimy kontakt z własną współczującą
naturą, tak że dopuszczamy się przemocy i wyzyskujemy ludzi? I na
odwrót: jaka właściwość pozwala niektórym ludziom pozostać w kontakcie z własną współczującą naturą nawet w okolicznościach, które wystawiają ich
na najcięższe próby?
Zainteresowałem się tymi kwestiami już w dzieciństwie, gdzieś latem 1943
roku. Moja rodzina przeniosła się wtedy do Detroit w stanie Michigan.
Niecałe dwa tygodnie po naszym przyjeździe w miejskim parku miał miejsce
incydent, który doprowadził do wybuchu rozruchów na tle rasowym. W ciągu
kilku dni zginęło ponad czterdzieści osób. Nasza dzielnica znajdowała
się w samym centrum zamieszek, toteż przez trzy dni siedzieliśmy w domu,
zamknięci na klucz.
Kiedy skończyły się rozruchy, a my poszliśmy do szkoły, przekonałem się,
że imię może być równie niebezpieczne jak kolor skóry. Gdy podczas
sprawdzania obecności nauczyciel wyczytał moje nazwisko, dwaj chłopcy
wściekle na mnie łypnęli i jeden z nich zasyczał: "Jesteś żydłak?".
Nigdy przedtem nie słyszałem tego słowa, więc nie wiedziałem, że
niektórzy ludzie używają go jako obelżywego określenia Żyda. Po lekcjach
ci dwaj zaczekali przed szkołą, powalili mnie na ziemię, pobili i skopali.
Od tamtego lata czterdziestego trzeciego roku roztrząsam oba przytoczone
na wstępie pytania. Na przykład to, jaki dar pozwala nam nawet w najstraszliwszych okolicznościach pozostawać w kontakcie z własną
współczującą naturą? Mam tu na myśli takich ludzi jak Elly Hillesum,
która zachowała współczującą postawę nawet w koszmarnych warunkach
niemieckiego obozu koncentracyjnego. Napisała wtedy w swoim dzienniku:
Niełatwo jest mnie przestraszyć. Nie żebym była jakoś szczególnie
odważna, ale po prostu wiem, że mam do czynienia z ludźmi i że zawsze i wszędzie muszę ze wszystkich sił starać się zrozumieć każdy postępek
każdego człowieka. I na tym właśnie polegał istotny sens dzisiejszego
poranka: mniejsza o to, że nawrzeszczał na mnie sfrustrowany młody
gestapowiec; grunt, że nie byłam przy tym ani trochę oburzona, lecz
raczej szczerze mu współczułam i korciło mnie, żeby go spytać: "Miałeś
bardzo nieszczęśliwe dzieciństwo? Zawiodłeś się na swojej dziewczynie?".
Tak, sprawiał wrażenie człowieka znękanego, udręczonego, ponurego
słabeusza. Najchętniej od razu zrobiłabym mu terapię, bo wiem, że tacy
żałośni młodzieńcy stają się niebezpieczni, gdy tylko pozwoli im się
traktować ludzkość tak, jak mają ochotę.
Etty Hillesum, Dziennik
Kiedy badałem czynniki, od których zależy nasza umiejętność
podtrzymywania w sobie współczucia, nagle uderzyła mnie kluczowa rola
języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Zdołałem od tamtej
pory zdefiniować pewną szczególną postawę wobec porozumiewania się
(mówienia i słuchania), która pozwala nam dawać z serca, ponieważ
umożliwia każdemu człowiekowi nawiązanie kontaktu z sobą samym i z innymi ludźmi, i to w taki sposób, że nasze wrodzone współczucie
rozkwita. Postawę tę nazywam Porozumieniem Bez Przemocy (Nonviolent
Communication), nawiązując do określenia "nonviolence" w takim
znaczeniu, w jakim stosował je Mahatma Gandhi. Jest to naturalny stan
współodczuwania, który osiągamy wtedy, gdy przemoc ustąpi z naszego
serca.
PBP: sposób porozumiewania się, dzięki któremu zaczynamy dawać z serca.
Choć może nam się wydawać, że nasz styl porozumiewania się nie ma nic
wspólnego z przemocą, nasze słowa jednak często ranią i wywołują ból u innych albo w nas samych1. W niektórych społecznościach opisana
tu metoda znana jest pod nazwą Porozumienia Współczującego; używany w tej książce skrót PBP oznacza Porozumienie Bez Przemocy -?czyli właśnie
Współczujące.
JAK SKUPIAĆ UWAGĘ
Fundamentem PBP jest taki sposób mówienia i umiejętność komunikowania
się, które pozwalają nam zachować człowieczeństwo nawet w niesprzyjających okolicznościach. Nie ma w tej metodzie niczego nowego;
wszystkie jej składniki znane są od stuleci. Jej zadaniem jest
nieustanne przypominanie nam o czymś, co już wiemy -?o tym, jak my,
ludzie, mamy zgodnie z pierwotnym zamysłem wzajemnie odnosić się do
siebie; dzięki tej metodzie łatwiej też jest nam żyć w taki sposób, żeby
wiedza ta przejawiała się w konkretnym działaniu.
PBP pomaga nam zmienić swój styl wyrażania siebie i słuchania tego, co
mówią inni. Nasze słowa nie są już odtąd nawykową, automatyczną reakcją,
ale stanowią zamierzoną wypowiedź, która wynika wyłącznie ze świadomości
tego, co spostrzegamy, co czujemy i czego chcemy. Dzięki PBP wyrażamy
siebie szczerze i jasno, zarazem z szacunkiem i empatią poświęcając
uwagę innym ludziom. Odtąd w każdej wymianie zdań potrafimy usłyszeć
własne głębokie potrzeby i oczekiwania, a także cudze. PBP uczy nas
uważnie obserwować i dokładnie określać zachowania i okoliczności, które
wywierają na nas taki czy inny wpływ. Uczymy się wyraźnie dostrzegać i uzewnętrzniać własne potrzeby i oczekiwania w każdej konkretnej
sytuacji. Technicznie jest to proste, ale bardzo wiele zmienia.
Kiedy wsłuchujemy się we własne i cudze głębokie potrzeby, tak jak
naucza PBP, związki między ludźmi ukazują się nam w całkiem nowym
świetle.
Dzięki PBP stopniowo zastępujemy nasze stare wzorce reagowania na
krytykę i osąd poprzez obronę, wycofywanie się czy atak, zaczynamy
natomiast postrzegać w nowym świetle siebie i innych, a także nasze
intencje oraz wzajemne odniesienia. Opór, postawa obronna i gwałtowne
reakcje pojawiają się coraz rzadziej. Kiedy skupiamy się na jasnym
wyrażaniu spostrzeżeń, odczuć i potrzeb, zamiast na stawianiu diagnoz i osądzaniu, odkrywamy głębię własnego współczucia. Ponieważ z punktu
widzenia PBP ogromnie ważne jest słuchanie -?zarówno samego siebie, jak
i innych -?z czasem budzi się szacunek, uwaga i empatia, a także
wzajemna chęć dawania z serca.
Chociaż PBP nazywam "metodą porozumiewania się" lub "językiem
współczucia", jest to dużo więcej niż metoda czy język. Na głębszym
poziomie będzie to nieustanne skupianie uwagi w obszarach, w których
mamy większe szanse zdobyć to, czego poszukujemy.
Kierujmy snop światła świadomości tam, gdzie jest nadzieja, że
znajdziemy to, czego szukamy.
Opowiem anegdotę: pewien człowiek łaził na czworakach pod latarnią
uliczną i czegoś szukał. Przechodzący policjant spytał go, co też
najlepszego wyprawia. -?Szukam kluczyków od samochodu -?odparł tamten
lekko podpitym tonem. -?A czy właśnie tu je pan zgubił? -?zapytał
policjant. -?Nie, upuściłem je w tamtej uliczce -?padła odpowiedź. Na
widok zdumionej miny funkcjonariusza poszukiwacz kluczyków czym prędzej
dodał: -?Ale tu jest lepsze światło.
Kultura, w której się wychowałem, nauczyła mnie skupiać uwagę akurat
tam, gdzie mam niewielkie szanse zdobyć to, czego chcę. Wymyśliłem więc
PBP jako metodę kierowania uwagi -?czyli światła świadomości -?ku
obszarom, w których kryje się mniej lub bardziej wyraźna obietnica, że
mogę w nich znaleźć przedmiot moich poszukiwań. A ja w życiu szukam
współczucia, przepływu między mną a innymi ludźmi, opartego na wzajemnym
dawaniu z serca.
Ta współczująca postawa, którą nazywam "dawaniem z serca", opisana jest
w następującej piosence mojej przyjaciółki Ruth Bebermeyer:
Najhojniej obdarzona czuję się,
kiedy ode mnie coś przyjmujesz -
gdy rozumiesz radość, z jaką
składam ci dar.
I wiesz, że robię to nie po to,
abyś miał u mnie dług,
lecz po prostu chcę, żeby moja miłość do ciebie
dała owoce.
Z wdziękiem brać -
kto wie, czy to nie największy dar.
W ogóle nie rozróżniam tych dwóch
stron medalu.
Kiedy mi coś dajesz,
oddaję ci swoje przyjmowanie.
A kiedy bierzesz ode mnie, taka się czuję
obdarzona.
Kiedy dajemy z serca, powoduje nami radość, która w nas tryska, ilekroć
dobrowolnie wzbogacamy cudze życie. Z takiego dawania pożytek mają obie
strony: ten, kto daje, i ten, kto bierze. Obdarowany cieszy się z prezentu, nie obawiając się konsekwencji, jakie pociąga za sobą
przyjmowanie darów motywowanych strachem, poczuciem winy, wstydem lub
żądzą zysku. Jako ofiarodawcy także czerpiemy korzyść, zyskujemy bowiem
szacunek do samych siebie, gdy widzimy, że nasze wysiłki komuś pomagają.
PBP można stosować nawet w kontaktach z ludźmi, którzy nie znają tej
metody i wcale nie mają zamiaru odnosić się do nas ze współczuciem.
Jeżeli przestrzegamy zasad PBP, powodując się jedynie chęcią
współczującego dawania i przyjmowania, i jeśli przy tym zrobimy
wszystko, co w naszej mocy, żeby nasi partnerzy dowiedzieli się, że nie
mamy żadnej innej motywacji, oni też przyłączą się do tego procesu i prędzej czy później zdołamy nawiązać współczujący dialog. Nie twierdzę,
że zawsze następuje to szybko, lecz gdy pozostajemy wierni zasadom i metodzie PBP, współczucie nieuchronnie rozkwita.
METODA PBP
Aby doprowadzić do sytuacji, gdy obie strony pragną dawać z serca,
skupiamy światło świadomości w czterech obszarach, zwanych czterema
elementami modelu PBP.
Najpierw staramy się zobaczyć, co właściwie dzieje się w danej sytuacji.
Ogólnie rzecz biorąc, polega ona na tym, że jacyś ludzie mówią lub robią
coś, co albo wzbogaca nasze życie, albo nie. Spróbujmy jednak spostrzec,
co oni tak naprawdę mówią i robią. Cała sztuka w tym, żeby umieć
sformułować to spostrzeżenie, a zarazem powstrzymać się od
jakiegokolwiek osądu czy oceny: po prostu rzeczowo stwierdzić, co
mianowicie robi dana osoba, której działanie nam się podoba lub nie.
Następnie mówimy, co czujemy wobec postępowania partnera, które
spostrzegliśmy: czy jest to uczucie bólu, lęku, radości, rozbawienia,
irytacji? Po trzecie określamy własne potrzeby związane z uczuciami,
które przed chwilą zdefiniowaliśmy. Kiedy za pomocą PBP jasno i uczciwie
wyjawiamy, co się z nami dzieje, mamy świadomość tych trzech elementów.
Cztery elementy PBP: Spostrzeżenie, Uczucia, Potrzeby, Prośba
Na przykład matka może przekazać swojemu nastoletniemu synowi taki
trójczłonowy przekaz: -?Wiesz co, Felek, kiedy widzę dwie brudne
skarpetki pod stolikiem i jeszcze trzy pary przepoconych skarpet obok
telewizora, jestem zirytowana, bo chciałabym, żeby w naszym wspólnym
mieszkaniu panował porządek.
W opisanej sytuacji hipotetyczna matka natychmiast dodałaby czwarty
element, czyli bardzo konkretną prośbę: -?Nie zechciałbyś zanieść tych
skarpetek do swojego pokoju albo wrzucić do pralki?
Na tym etapie wymiany zwracamy się do partnera z prośbą, której
spełnienie wzbogaci nasze życie albo po prostu je umili.
Dwie fazy PBP:
1. Szczere wyrażanie siebie poprzez cztery elementy PBP.
2. Empatyczny odbiór za pośrednictwem czterech elementów PBP.
PBP polega więc między innymi na tym, żeby przekazać tę czteroczłonową
informację bardzo wyraźnie, w słowach lub w innej formie. Drugą fazą
tego stylu porozumiewania się jest przyjmowanie analogicznych
czteroczłonowych informacji od innych ludzi. Nawiązujemy z nimi łączność
w ten sposób, że najpierw wyczuwamy, co spostrzegli, co czują i czego
potrzebują, a potem ustalamy, jak można wzbogacić ich życie, dodając
czwarty element, czyli spełniając ich prośbę.
Gdy tak skupiamy uwagę na czterech wymienionych obszarach i pomagamy
partnerom czynić to samo, tworzymy wzajemny przepływ zrozumienia i podtrzymujemy go, póki naturalną koleją rzeczy nie pojawi się
współczucie, a wtedy okaże się: co konkretnie spostrzegłem, co czuję i czego mi trzeba; i o co takiego proszę, co by wzbogaciło moje życie;
okaże się też, co ty spostrzegłeś, co czujesz i czego ci trzeba; i o co
takiego prosisz, co by wzbogaciło twoje życie...
METODA PBP
Konkretne zaobserwowane przez nas działania, które wpływają na nasze
samopoczucie.
Co czujemy wobec tego, co spostrzegliśmy.
Potrzeby, wartości, pragnienia itp., z których wynikają nasze uczucia.
Prośba o konkretne czyny, które wzbogacą nasze życie.
Korzystając z tej metody, możemy albo najpierw wyrażać samych siebie,
albo empatycznie przyjmować w wypowiedzi innych osób te cztery elementy
przekazu. Choć w rozdziałach 3-6 będziemy się uczyli słuchać i wyrażać
je słowami, trzeba pamiętać, że PBP nie polega na powtarzaniu gotowej
formuły, ale dostosowuje się zarówno do rozmaitych sytuacji, jak i do
indywidualnych upodobań i kulturowych obyczajów. Dla wygody określam PBP
jako "metodę" lub "język", możliwe jest jednak stosowanie jej bez
wypowiadania choćby jednego słowa. Istotą PBP jest bowiem to, byśmy byli
świadomi tych czterech elementów i skierowali na nie naszą uwagę, a nie
na wypowiadane w danym momencie słowa.
STOSOWANIE PBP W ŻYCIU CODZIENNYM
Kiedy stosujemy PBP w rozmaitych interakcjach -?czy to z samym sobą, czy
to z kimś innym lub z całą grupą -?wzmacniamy w sobie naturalną zdolność
współodczuwania. Metodę tę można zatem skutecznie wykorzystywać na
wszystkich poziomach porozumiewania się i w najróżniejszych sytuacjach,
takich jak:
intymne związki
rodzina
szkoła
organizacje i instytucje
terapia i poradnictwo
negocjacje między dyplomatami lub ludźmi interesu
wszelkiego rodzaju dyskusje i konflikty
Niektórzy ludzie stosują PBP, żeby wprowadzić do swoich intymnych
związków więcej głębi i troski:
Kiedy nauczyłam się brać (słuchać) i dawać (wyrażać) za pomocą PBP,
przestałam czuć się obiektem napaści i "wycieraczką", a zaczęłam
naprawdę wsłuchiwać się w słowa i wydobywać z nich uczucia, którymi są
podszyte. Nagle odkryłam straszliwie obolałego mężczyznę, z którym
pozostaję w związku małżeńskim od dwudziestu lat. Podczas weekendu
poprzedzającego ten warsztat [PBP] mąż poprosił mnie o rozwód. Mówiąc
najkrócej, przyszliśmy tu dziś razem, a ja jestem wdzięczna za wkład PBP
w szczęśliwe zakończenie naszej historii... Nauczyłam się wsłuchiwać w uczucia, uzewnętrzniać swoje potrzeby i oczekiwania, a także akceptować
odpowiedzi, które nie zawsze miałam ochotę usłyszeć. Mąż nie po to jest
na świecie, żeby mnie uszczęśliwiać, a i ja nie po to, żeby dawać mu
szczęście. Oboje nauczyliśmy się, że można dorosnąć, nauczyliśmy się
akceptować i kochać, tak żebyśmy oboje mogli osiągnąć spełnienie.
uczestniczka warsztatu w San Diego
Inni korzystają z PBP, żeby w pracy budować relacje, dzięki którym
osiągną lepsze efekty. Pewien nauczyciel pisze:
Mniej więcej od roku posługuję się PBP w szkole specjalnej. Metoda ta
daje dobre skutki nawet w zastosowaniu do dzieci, które są opóźnione w nauce mowy i w ogóle z trudem się uczą albo sprawiają trudności
wychowawcze. Jeden uczeń z mojej klasy pluje, przeklina, wrzeszczy i kłuje ołówkami inne dzieci, gdy te zbliżą się do jego ławki. Zwracam mu
wtedy uwagę: "Proszę, przetłumacz to na język żyrafy" [podczas
niektórych warsztatów używa się pluszowych uszu żyrafy jako rekwizytu,
ułatwiającego pokazowe stosowanie PBP -?przyp. autora]. Chłopiec
natychmiast zrywa się z miejsca, staje na baczność i patrząc na osobę,
która go rozgniewała, mówi z całym spokojem: "Proszę, odsuń się od mojej
ławki. Złości mnie, kiedy stoisz tak blisko". Inni uczniowie odpowiadają
wówczas mniej więcej tak: "Przepraszam! Zapomniałem, że ci to
przeszkadza".
Zacząłem się zastanawiać, czemu tak naprawdę brak mi już cierpliwości
do tego dziecka, i spróbowałem ustalić, czego od niego oczekuję (oprócz
harmonii i ładu). Uświadomiłem sobie, ile czasu zainwestowałem w planowanie lekcji i że zaniedbuję swoją potrzebę twórczości i aktywnego
uczestnictwa uczniów, bo muszę zaprowadzać dyscyplinę. Poczułem też, że
nie dbam wystarczająco o kształcenie pozostałych dzieci. Odtąd ilekroć
ten chłopiec zaczynał w czasie lekcji po swojemu pogrywać, mówiłem:
"Chciałbym, żebyś poświęcił trochę uwagi temu, co mówię". W niektóre dni
musiałem mu to powtarzać po sto razy, ale jakoś jednak do niego trafiało
i zazwyczaj na pewien czas skupiał się na temacie lekcji.
nauczyciel, Chicago, stan Illinois
A oto wypowiedź lekarki:
Coraz częściej stosuję PBP w swojej praktyce lekarskiej. Niektórzy
pacjenci pytają mnie, czy jestem psychologiem, bo ich lekarze zazwyczaj
nie interesują się tym, jak pacjent żyje i jakie ma podejście do swojej
choroby. PBP pomaga mi zrozumieć, czego pacjentowi trzeba i co w danej
chwili chciałby usłyszeć. Metoda ta jest szczególnie przydatna w kontaktach z chorymi na hemofilię lub AIDS, mają oni bowiem w sobie tyle
zalegającego gniewu, że w wielu przypadkach mocno na tym cierpi relacja
między pacjentem a służbą zdrowia. Pewna kobieta chora na AIDS, którą
zajmuję się od pięciu lat, powiedziała mi niedawno, co jej najbardziej
pomogło: otóż najwięcej dało jej to, że szukałam pomysłów, dzięki którym
mogłaby cieszyć się swoim codziennym życiem. PBP ogromnie mi się w takich sprawach przydaje. Dawniej często zdarzało się, że wiedząc o śmiertelnej chorobie pacjenta, sama byłam pod silnym wrażeniem
beznadziejnej prognozy i nie bardzo potrafiłam szczerze zachęcać chorego
do życia. Dzięki PBP zyskałam nową świadomość i nauczyłam się nowego
języka. Jestem zdumiona, jak bardzo ta metoda harmonizuje z moją
praktyką medyczną. W miarę jak coraz bardziej angażuję się w ten taniec,
którym jest PBP, pracuję z coraz większą energią i radością.
lekarka z Paryża
Jeszcze inni korzystają z tej metody w działalności politycznej. Bawiąc
z wizytą u krewnych, pewna osoba z francuskich sfer rządowych zauważyła,
że jej siostra i szwagier porozumiewają się i odnoszą do siebie zupełnie
inaczej niż dawniej. Zachęcona tym, co jej opowiedzieli o PBP, zwierzyła
im się, że w przyszłym tygodniu będzie prowadzić negocjacje między
Francją a Algierią, dotyczące pewnych delikatnych zagadnień, związanych
z procedurą adopcji. Chociaż czasu było niewiele, wysłaliśmy do Paryża
trenera, który mówił po francusku. Pani minister swój późniejszy sukces
w Algierii przypisała w znacznej mierze nowo poznanym technikom
porozumiewania się.
Uczestnicy warsztatu w Jerozolimie -?Żydzi o rozmaitych poglądach
politycznych -?rozmawiali w języku PBP o wysoce kontrowersyjnej kwestii
Zachodniego Brzegu Jordanu. Wielu izraelskich osadników, którzy tam
zamieszkali, uważa, że w ten sposób wypełniają nakaz religijny; są oni
skłóceni nie tylko z Palestyńczykami, lecz także z innymi Żydami,
przyznającymi Palestyńczykom prawo do marzeń o niepodległym państwie.
Podczas jednej z sesji pewien trener i ja zademonstrowaliśmy empatyczne
słuchanie według zasad PBP, a następnie poprosiliśmy uczestników, żeby
porozmawiali, zamieniając się rolami i wchodząc w położenie adwersarza.
Po dwudziestu minutach pewna osadniczka oświadczyła, że jeśli
przeciwnicy polityczni zdołają wysłuchać jej tak, jak przed chwilą
została wysłuchana, być może zrezygnuje ze swojej działki i wyprowadzi
się z Zachodniego Brzegu, aby zamieszkać na ziemiach uznawanych przez
społeczność międzynarodową za prawowite terytorium Izraela.
Na całym świecie PBP oddaje obecnie wielkie usługi społecznościom
targanym gwałtownymi konfliktami i silnymi napięciami etnicznymi,
religijnymi lub politycznymi. Fakt, że coraz więcej osób poznaje tę
metodę i stosuje ją jako narzędzie mediacji podczas rozwiązywania
konfliktów w Izraelu, Autonomii Palestyńskiej, w Nigerii, Ruandzie, w Sierra Leone i innych krajach, sprawia mi szczególną satysfakcję. Ja i moi współpracownicy spędziliśmy kiedyś w Belgradzie trzy bardzo
intensywne dni, szkoląc tamtejszych działaczy pokojowych. Zaraz po
przyjeździe zobaczyliśmy w twarzach uczestników szkolenia wyraźną
rozpacz, ich kraj był wtedy uwikłany w brutalną wojnę na terytorium
Bośni i Chorwacji. Lecz w miarę trwania warsztatu w ich głosach
zaczynała się pojawiać nuta śmiechu, gdy zwierzali się nam, jak głęboko
są wdzięczni i jak się cieszą, że znaleźli źródło mocy, którego szukali.
W ciągu następnych dwóch tygodni podczas warsztatów w Chorwacji, Izraelu
i Palestynie wielokrotnie widywaliśmy, jak zrozpaczeni mieszkańcy krajów
spustoszonych przez wojnę odzyskiwali dzięki nauce PBP animusz i wiarę w siebie.
To, że mogę jeździć po świecie i uczyć ludzi sposobu porozumiewania się,
z którego czerpią oni siłę i radość, uważam za istne błogosławieństwo.
Jestem też ogromnie uradowany i podekscytowany tym, że teraz mam okazję
podzielić się z wami w tej oto książce całym bogactwem Porozumienia bez
Przemocy.
STRESZCZENIE
Porozumienie bez Przemocy pomaga każdemu z nas nawiązać kontakt z innymi
i z sobą samym w taki sposób, żeby mogło rozkwitnąć wrodzone nam
współczucie. Metoda ta pomaga nam zmienić swój styl wyrażania siebie i słuchania tego, co mówią inni. Zmiana następuje dzięki nauce skupiania
uwagi na czterech obszarach: na tym, co spostrzegamy, co czujemy, czego
potrzebujemy oraz na kierowanych ku innym ludziom prośbach, których
spełnienie może wzbogacić nasze życie. Stosowanie PBP sprzyja wnikliwemu
słuchaniu, wzajemnemu szacunkowi i empatii, a także obustronnemu
pragnieniu dawania z serca. Niektórzy posługują się PBP, żeby nauczyć
się okazywać więcej współczucia samym sobie, inni chcą w ten sposób
pogłębić swoje związki osobiste, a jeszcze inni budują tą metodą
bardziej owocne relacje w pracy lub w sferze polityki. Na całym świecie
PBP znajduje zastosowanie w działalności mediacyjnej podczas
rozstrzygania dysput i konfliktów na wszelkich możliwych poziomach.
PBP w działaniu: "Morderca, rzeźnik, zabójca dzieci, morderca!"
Po wielu rozdziałach tej książki następują dialogi, będące przykładem
zastosowań PBP. Mają one dać Czytelnikowi pewien posmak autentycznej
wymiany zdań, w której jeden z uczestników stosuje zasady PBP, tak jak
opisano je w danym rozdziale. PBP jest jednak nie tylko językiem czy
zbiorem technik werbalnych. Świadomość i intencje, którymi metoda ta
jest przeniknięta, można wyrazić poprzez milczenie, poprzez specyficzny
rodzaj obecności, a także wyrazem twarzy i gestami. Zamieszczone w tej
książce dialogi, stanowiące przykład PBP w działaniu, są z konieczności
wydestylowanymi i skróconymi wersjami autentycznych rozmów, kiedy to
chwile milczącej empatii, humor, anegdoty, gesty itp. sprzyjały
powstaniu między rozmówcami naturalnej, płynnej więzi -?rzecz nie do
oddania w skondensowanej formie słowa drukowanego.
Pewnego razu prowadziłem pokaz PBP w meczecie na terenie obozu dla
uchodźców Deheisha w Betlejem. Publiczność stanowiło stu
siedemdziesięciu palestyńskich muzułmanów, samych mężczyzn, mało
życzliwych Amerykanom. Nagle zauważyłem przebiegającą przez tłum
słuchaczy falę tłumionego wzburzenia.
-?Szeptem powtarzają sobie wiadomość, że jest pan Amerykaninem! -
ostrzegł mnie mój tłumacz i właśnie wtedy pewien jegomość spośród
publiczności zerwał się na równe nogi. Patrząc mi prosto w oczy,
wrzasnął co sił w płucach:
-?Morderca!
Natychmiast poparł go chór kilkunastu głosów:
-?Rzeźnik!
-?Dzieciobójca!
-?Morderca!
Na szczęście zdołałem się skupić na uczuciach i potrzebach tego
człowieka. W tym akurat konkretnym przypadku miałem na czym oprzeć swoje
domysły. Wjeżdżając do obozu, zauważyłem kilka pustych pojemników po
gazie łzawiącym, którymi w przeddzień wieczorem obóz ten ostrzelano. Na
każdym pojemniku widniał wyraźnie czytelny napis "Made in USA".
Wiedziałem, że uchodźcy mają bardzo za złe Stanom Zjednoczonym dostawy
gazu łzawiącego i innej broni dla Izraela.
Zwracając się do człowieka, który zwymyślał mnie od morderców,
zapytałem:
Ja: Czy złości pana to, że mój rząd w ten właśnie sposób
wykorzystuje zasoby swojego kraju? (Nie wiedziałem, czy mój domysł jest
trafny, najważniejsze jednak było to, że szczerze staram się dotrzeć
do uczuć i potrzeb rozmówcy).
On: Jeszcze jak mnie złości! Myśli pan, że potrzebujemy gazu
łzawiącego? Potrzebna jest nam kanalizacja, a nie ten wasz gaz łzawiący!
Potrzebne nam są domy! Potrzebny nam jest nasz własny kraj!
Ja: A więc jest pan wściekły i byłby pan wdzięczny, gdyby ktoś
pomógł wam podnieść swój standard życiowy i uzyskać polityczną
niezależność?
On: Wie pan, jak to jest, kiedy się tu żyje od dwudziestu siedmiu
lat, tak jak ja i moja rodzina, i to jeszcze z dziećmi? Ma pan chociaż
pojęcie, jak my się tu męczymy?
Ja: Wygląda na to, że jest pan strasznie zdesperowany i zastanawia
się, czy ja albo ktokolwiek inny potrafi naprawdę zrozumieć, jak to
jest, kiedy się żyje w takich warunkach, jakie wy tu macie. Czy dobrze
pana słyszę?
On: Chce pan zrozumieć? No to niech mi pan powie: ma pan dzieci? A czy one chodzą do szkoły? Mają place zabaw? Mój syn jest chory! Bawi się
w odkrytym ścieku! Dzieci w jego klasie w ogóle nie mają podręczników!
Widział pan kiedyś szkołę bez podręczników?
Ja: Wyraźnie słyszę, jak pana to boli, że musi pan tutaj wychowywać
dzieci; próbuje pan zakomunikować mi, że chciałby pan zapewnić im to
samo, co chcą zapewnić swoim dzieciom wszyscy rodzice -?staranne
wykształcenie i odpowiednie warunki do tego, żeby bawiły się i rosły w zdrowym otoczeniu...
On: No właśnie, chodzi o same podstawy! Prawa człowieka -?tak chyba
wy, Amerykanie, te sprawy nazywacie. Może by was tu więcej przyjechało,
żebyście sami zobaczyli, jakie ludzkie prawa tutaj zaprowadzacie!
Ja: Chciałby pan, żeby więcej Amerykanów uświadomiło sobie ogrom
cierpienia, jakie tu znosicie, i wnikliwiej przyjrzało się skutkom
naszych politycznych działań?
Dialog trwał. Mój rozmówca jeszcze przez prawie dwadzieścia minut dawał
wyraz swojemu bólowi, a ja wsłuchiwałem się w uczucia i potrzeby ukryte
w każdym jego stwierdzeniu. Ani mu nie przytakiwałem, ani się nie
sprzeciwiałem. Jego słowa odbierałem nie jako napaść, lecz jako dar od
bliźniego, który chce odsłonić przede mną własną duszę i najczulsze
punkty.
Kiedy ten pan nabrał wreszcie pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać
moich wyjaśnień, dlaczego w ogóle przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy
minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą,
zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to
akurat w czasie ramadanu.
2 Komunikat, który blokuje współczucie
Nie sądźcie, abyście nie byli osądzeni. Jak bowiem innych osądzicie,
tak i was osądzą...
Pismo Święte, Mateusz 7,1
Próbując dociec, co właściwie odcina nas od wrodzonego nam stanu
współczucia, wyróżniłem pewne rodzaje wypowiedzi i innych komunikatów,
które, moim zdaniem, przyczyniają się do tego, że stosujemy przemoc
zarówno wobec innych oraz nas samych. Te właśnie rodzaje przekazu
określam mianem "komunikatów odcinających od życia".
Pewne sposoby porozumiewania się odcinają nas od wrodzonego nam stanu
współczucia.
OSĄDY MORALNE
Jednym z kilku typów komunikatu odcinającego od życia są osądy moralne,
sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym
systemem wartości, nie mają racji lub są źli. Tego rodzaju osądy
znajdują odzwierciedlenie w takich chociażby wypowiedziach: "Sęk w tym,
że jesteś strasznym samolubem", "Ona jest leniwa", "Oni mają mnóstwo
uprzedzeń", "To niestosowne". Zarzuty, obelgi, słowa lekceważenia,
etykietki, wszelka krytyka, porównania i diagnozy -?wszystko to są formy
osądu.
Suficki poeta Rumi napisał: "Gdzie nie sięgają wyobrażenia o prawości i nieprawości, zaczyna się szczere pole. Czekam tam na ciebie". Ale
komunikaty odcinające od życia więżą nas właśnie w świecie wyobrażeń o prawym i nieprawym postępowaniu -?czyli w świecie osądów; ich język
obfituje w słowa, za pomocą których ludzi oraz ludzkie uczynki
klasyfikuje się i umieszcza w przeciwstawnych kategoriach. Kiedy mówimy
tym językiem, osądzamy innych ludzi i ich zachowanie; zaprząta nas wtedy
to, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny,
nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony itd.
Na poziomie osądów interesuje nas głównie to, KTO JEST CZYM.
Na długo przed osiągnięciem pełnoletniości nauczyłem się porozumiewać w bezosobowym stylu, który nie wymagał ode mnie ujawniania tego, co się
działo w moim wnętrzu. Ilekroć spotykałem się z ludźmi czy też z zachowaniami, których nie lubiłem albo nie rozumiałem, punktem wyjścia
mojej reakcji było przekonanie, że coś jest z nimi nie tak. Kiedy
nauczyciele kazali mi robić coś, na co nie miałem ochoty, byli "wredni"
albo "niepoczytalni". Kiedy wyprzedzał mnie jakiś kierowca, wołałem: "Ty
idioto!". Gdy mówimy tym językiem, nasze myśli i komunikaty wypływają z przekonania, że z innymi ludźmi widocznie coś jest nie w porządku, skoro
tak a nie inaczej postępują; czasem zaś uznajemy, że to właśnie w nas
samych tkwi błąd, skoro nie rozumiemy otoczenia i nie reagujemy tak, jak
byśmy chcieli. Cała nasza uwaga skupia się na klasyfikowaniu,
analizowaniu i ustalaniu poziomów niesłuszności, a nie na tym, czego nam
samym, a także innym ludziom, potrzeba i brakuje. Jeśli zatem bliska mi
osoba prosi o więcej czułości, niż jej okazuję, jest "zachłanna i niesamodzielna". Ale jeśli to ja zapragnę więcej czułości, niż od niej
dostaję, uznam, że jest "wyniosła i niewrażliwa". Jeśli mój kolega z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest "małostkowym
pedantem". Lecz jeśli to mnie bardziej niż jemu detale leżą na sercu,
będzie "niechlujnym bałaganiarzem".
Wierzę, że w tym sposobie analizowania cudzych zachowań znajdują
tragiczny wyraz nasze własne potrzeby i systemy wartości. Mówię:
"tragiczny", bo gdy uzewnętrzniamy swoje potrzeby i systemy wartości w tej a nie innej formie, wzmagamy postawy obronne i opór ze strony
właśnie tych ludzi, których postępowanie jest przedmiotem naszej troski.
Jeśli zaś zgodzą się oni postępować w myśl naszego systemu wartości, bo
uznali, że trafnie zanalizowaliśmy popełniane przez nich błędy,
najprawdopodobniej zrobią to wyłącznie ze strachu, poczucia winy lub
wstydu.
Zawsze drogo za to płacimy, kiedy ludzie dają pierwszeństwo naszym
potrzebom czy też systemom wartości nie dlatego, że pragną dawać z serca, lecz powodowani strachem, poczuciem winy lub wstydem. Prędzej czy
później odczujemy na własnej skórze konsekwencje malejącej życzliwości
ze strony tych, którzy podpisali się pod wyznawanymi przez nas
wartościami, ulegając poczuciu zewnętrznego lub wewnętrznego przymusu.
Oni też płacą za to w sensie emocjonalnym, bo zapewne poczują urazę i będą mieli obniżoną samoocenę, kiedy odpowiedzą nam, powodowani
strachem, poczuciem winy albo wstydem. Co więcej, ilekroć obraz naszej
osoby trwale skojarzy się komuś z którymś z wyżej wymienionych uczuć,
maleje prawdopodobieństwo, że człowiek ten kiedyś jeszcze odniesie się
do naszych potrzeb i wartości w sposób współczujący.
Analizując cudze postępowanie, w rzeczywistości uzewnętrzniamy własne
potrzeby i systemy wartości.
Ważne jest zatem, aby nie mylić wypowiedzi o wartościach z osądami
moralnymi. Kiedy mówimy na temat wartości, które w życiu cenimy, jak na
przykład uczciwość, wolność czy pokój, wyrażamy przekonanie o tym, co -
według nas -?najlepiej służy życiu. Natomiast do wypowiadania sądów
moralnych jesteśmy skłonni wtedy, gdy ludzie lub ich zachowania wyraźnie
odbiegają od naszego systemu wartości. Mówimy wtedy na przykład:
"Przemoc jest zła. Zabójcy są niegodziwi". Gdyby od małego nauczono nas
posługiwać się językiem ułatwiającym okazywanie współczucia, umielibyśmy
uzewnętrzniać swoje potrzeby i wyznawane wartości wprost, zamiast
sugerować, że ktoś postępuje niewłaściwie, kiedy owym potrzebom i wartościom nie czyni zadość. I tak na przykład, zamiast mówić: "Przemoc
jest zła", moglibyśmy powiedzieć: "Stosowanie przemocy jako narzędzia
rozstrzygania konfliktów budzi moje obawy; dużą wartość ma dla mnie
rozwiązywanie konfliktów między ludźmi innymi sposobami".
O.J. Harvey, profesor psychologii z uniwersytetu stanowego w Kolorado,
prowadzi badania nad związkami między językiem a przemocą. Losowo wybrał
fragmenty tekstów literackich z wielu różnych krajów i porównał
częstotliwość, z jaką pojawiają się słowa, za pomocą których klasyfikuje
się i osądza ludzi. Jego eksperyment dowiódł istnienia wyraźnej
korelacji między częstym używaniem takich słów a przypadkami przemocy.
Ani trochę nie zaskoczyła mnie wiadomość, że w obrębie kultur, w których
ludzie rozumują kategoriami ludzkich potrzeb, przemoc występuje znacznie
rzadziej niż tam, gdzie przylepiają sobie nawzajem etykietki "dobrych" i "złych", wierząc przy tym, że źli zasługują na karę. W trzech czwartych
amerykańskich programów telewizyjnych, wyświetlanych w porze, gdy
istnieje największe prawdopodobieństwo, że dzieci je obejrzą, bohater
kogoś zabija albo spuszcza mu lanie. Owe akty przemocy stanowią typową
"kulminację" widowiska. Widzowie, od dzieciństwa nauczeni, że czarnemu
charakterowi należy się kara, z przyjemnością oglądają te sceny gwałtu.
Klasyfikowanie i osądzanie ludzi sprzyja przemocy.
Źródłem większości, jeśli nie wszelkich aktów przemocy słownej,
psychicznej albo fizycznej, czy to wśród członków rodziny, plemienia czy
narodu -?jest sposób rozumowania, zgodnie z którym przyczyną konfliktu
jest jakieś zło w przeciwnikach, czemu towarzyszy niezdolność
dostrzegania ich bezbronności, ich uczuć, obaw, pragnień, tęsknot itp.
Ten właśnie niebezpieczny sposób myślenia widoczny był podczas zimnej
wojny. Nasi przywódcy widzieli w Rosji "niegodziwe imperium", uparcie
dążące do tego, żeby unicestwić amerykański styl życia. Natomiast
przywódcy rosyjscy twierdzili , że Amerykanie
to "imperialistyczni wyzyskiwacze", którzy chcą sobie podporządkować
Rosję. Ani jedna, ani druga strona nie przyznawała się do strachu,
utajonego pod tymi etykietkami.
PORÓWNANIA
Inną formą osądu są porównania. W książce zatytułowanej How to Make
Yourself Miserable ("Unieszczęśliw się sam") Dan Greenberg w zabawny
sposób demonstruje, jak podstępnie umie nami czasem zawładnąć myślenie
porównawcze. Czytelnikom, którzy szczerze pragną tak sobie urządzić
życie, aby stało się dla nich udręką, proponuje, żeby nauczyli się
porównywać z innymi ludźmi. Z myślą o osobach nieznających tej metody
podsuwa parę ćwiczeń. Pierwsze z nich wykonuje się za pomocą fotografii,
ukazujących w całej okazałości mężczyznę i kobietę, którzy zgodnie ze
standardami dzisiejszych mediów ucieleśniają ideał piękna fizycznego.
Czytelnik ma przeprowadzić dokładne pomiary własnego ciała, porównać
wyniki z załączonymi parametrami owych ponętnych okazów, a potem
kontemplować różnice.
Porównanie to forma osądu.
Ćwiczenie to przynosi obiecany skutek: gdy wdajemy się w tego rodzaju
porównania, zaczynamy czuć się kiepsko. Kiedy wydaje nam się, że już
bardziej nie uda nam się zdołować, przewracamy kartkę i tu się okazuje,
że pierwsze ćwiczenie to była tylko rozgrzewka. Ponieważ uroda fizyczna
stanowi walor względnie powierzchowny, Greenberg daje nam teraz szansę,
żebyśmy zmierzyli się z innymi ludźmi w dziedzinie naprawdę istotnej, a mianowicie w sferze osiągnięć. Z książki telefonicznej wybiera na chybił
trafił nazwiska osób, z którymi mamy się porównywać. Pierwsze nazwisko,
jakie podobno znalazł w spisie numerów, brzmi Wolfgang Amadeusz Mozart.
Greenberg wymienia języki, którymi władał ten kompozytor, i najważniejsze utwory, które napisał jeszcze w dzieciństwie. Czytelnik ma
podsumować wszystko, co dotychczas osiągnął, a rezultat tych obrachunków
porównać z tym, czego dokonał Mozart, zanim skończył dwanaście lat.
Ćwiczenie jak zwykle dopełnia kontemplacja różnic.
Nawet jeśli Czytelnik nigdy nie zdoła się wydobyć z otchłani niedoli, w którą za pomocą tych ćwiczeń sam się wtrącił, może zauważy, jak
skutecznie ten sposób rozumowania blokuje współczucie -?zarówno wobec
samego siebie, jak i wobec innych.
WYPARCIE SIĘ ODPOWIEDZIALNOŚCI
Kolejnym typem komunikatów odcinających od życia jest wyparcie się
odpowiedzialności. Komunikat odcinający od życia zaćmiewa naszą
świadomość tego, że każdy z nas odpowiada za własne myśli, uczucia i czyny. Często używane słowo "musieć" -?tak jak w zdaniu "Pewne rzeczy
człowiek po prostu robić musi, chce czy nie chce" -?może być przykładem,
jak tego rodzaju frazeologia zamąca poczucie odpowiedzialności za własne
postępki. Wyrażenie "przez ciebie czuję się..." -?na przykład w zdaniu
"Przez ciebie czuję się winny" -?to kolejny przykład, jak język ułatwia
odmowę wzięcia na siebie odpowiedzialności za własne uczucia i myśli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki