Port nad zatoką - Magdalena Majcher

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (15,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Nie spa­ła już od do­brych dzie­się­ciu mi­nut, a jed­nak bała się otwo­rzyć oczy. Za­ci­ska­ła po­wie­ki, li­cząc po ci­chu, że Ra­dek zro­zu­mie, iż cała sy­tu­acja jest dla niej bar­dzo krę­pu­ją­ca, i po pro­stu znik­nie. Tak by­ło­by naj­le­piej. Gdy­by wy­szedł, bez­sze­lest­nie za­mknął za sobą drzwi. Oby­dwo­je mo­gli­by uda­wać, że nic się nie zmie­ni­ło i na­dal znaj­du­ją się w tym sa­mym po­ło­że­niu, co jesz­cze kil­ka­na­ście go­dzin wcze­śniej. Ad­rian­na po­trze­bo­wa­ła te­raz chwi­li sa­mot­no­ści. Mu­sia­ła ze­brać my­śli i cho­ciaż spró­bo­wać zro­zu­mieć to, co wy­da­rzy­ło się po­przed­nie­go wie­czo­ru. A wy­da­rzy­ło się nie­ma­ło.

Po­szła do łóż­ka ze swo­im mę­żem. W po­rząd­ku. Oso­ba po­stron­na za­pew­ne nie do­strze­gła­by w ca­łym ak­cie ni­cze­go dziw­ne­go czy nie­wła­ści­we­go. W koń­cu mał­żon­ko­wie upra­wia­ją ze sobą seks. Z re­gu­ły. Je­śli jed­nak wziąć pod uwa­gę, że Ad­rian­na i Ra­dek się roz­sta­li, każ­de z nich po­szło w swo­ją stro­nę, pro­wa­dzi­li osob­ne ży­cia, go­spo­dar­stwa, i tak da­lej. Po­zew roz­wo­do­wy na­dal nie wpły­nął do sądu wła­ści­wie tyl­ko z czy­ste­go le­ni­stwa oboj­ga. Te­raz jesz­cze wy­lą­do­wa­li ra­zem w łóż­ku... sy­tu­acja moc­no się kom­pli­ko­wa­ła. A Ad­rian­na wy­jąt­ko­wo nie lu­bi­ła, kie­dy spra­wy przy­bie­ra­ły nie­ocze­ki­wa­ny ob­rót. Nie to, żeby ża­ło­wa­ła. Seks był do­bry, jak za­wsze. Poza tym tak na do­brą spra­wę ni­g­dy nie prze­sta­ła ko­chać męża. Nie roz­sta­li się dla­te­go, że coś się skoń­czy­ło. Zro­bi­li to, bo nie mo­gli dojść do po­ro­zu­mie­nia. Nie pod­ję­li tej de­cy­zji w trak­cie kar­czem­nej awan­tu­ry. Wcze­śniej dłu­go roz­ma­wia­li. Nie wy­szło. Naj­wy­raź­niej tak mia­ło być. Jed­nak żad­ne z nich do­tych­czas nie zło­ży­ło tego cho­ler­ne­go po­zwu. Na­wet Ad­rian­na, któ­ra nie to­le­ro­wa­ła pół­środ­ków. A te­raz spę­dzi­li ze sobą noc.

- Po­roz­ma­wia­my? - Ra­dek naj­wy­raź­niej się zo­rien­to­wał, że Ada już nie śpi. - Nie chcę wy­cho­dzić bez sło­wa.

Ad­rian­na aż się wzdry­gnę­ła na dźwięk gło­su męża. Przy­pusz­cza­ła, że przy­pa­try­wał jej się od dłuż­szej chwi­li. Za­wsze tak ro­bił. Wsta­wał przed nią, kładł się na boku, cza­sem sia­dał w fo­te­lu i bez­czel­nie ją ob­ser­wo­wał. Iry­to­wa­ło ją to. Wy­da­wa­ło jej się, że kie­dy śpi, wy­glą­da idio­tycz­nie. Z otwar­tą bu­zią, nie­świe­żym od­de­chem, po­sa­pu­ją­ca i wy­da­ją­ca bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne dźwię­ki.

Po­wo­li otwo­rzy­ła po­wie­ki. Za­mru­ga­ła, żeby przy­zwy­cza­ić oczy do świa­tła. Od­wró­ci­ła się nies­piesz­nie. Ra­dek sie­dział w sza­rym fo­te­lu z Ikei, któ­ry do­sta­ła od nie­go na uro­dzi­ny (dą­sa­ła się o to przez ty­dzień, bo jaki fa­cet ku­pu­je swo­jej żo­nie na uro­dzi­ny me­bel?!), i pa­trzył pro­sto na nią. Zdą­żył się ubrać, co spra­wi­ło, że ode­tchnę­ła z ulgą. Cała ta sy­tu­acja i tak była dla niej wy­jąt­ko­wo nie­zręcz­na.

- Jak spa­łaś? - za­py­tał Ra­dek, jak­by nie było nic nie­zwy­kłe­go w tym, że obu­dził się obok żony.

Ad­rian­na bar­dzo chcia­ła­by zrzu­cić całą tę dzi­wacz­ną sy­tu­ację na karb wy­pi­te­go al­ko­ho­lu, ale nie mo­gła tego zro­bić. Przy­go­to­wu­jąc się do ko­la­cji z Rad­kiem, wpraw­dzie ku­pi­ła wino, ale na­wet go nie otwo­rzy­ła. Nie zdą­ży­ła. Wszyst­ko po­to­czy­ło się tak bły­ska­wicz­nie! Bóg jej świad­kiem, że w ża­den spo­sób nie prze­wi­dzia­ła ta­kie­go prze­bie­gu wy­da­rzeń. Ku­pi­ła to wino, bo chcia­ła, żeby było miło. Umó­wi­ła się ze swo­im by­łym, no do­bra, wciąż obec­nym mę­żem, żeby po­roz­ma­wiać o cór­ce. Byli part­ne­rzy spo­ty­ka­ją się prze­cież cza­sem przy ko­la­cji! Może nie wszy­scy, ale nie­któ­rzy mimo roz­sta­nia po­tra­fią utrzy­my­wać nor­mal­ne, zdro­we kon­tak­ty. A ona mar­twi­ła się o Mal­wi­nę, dla­te­go po­pro­si­ła Rad­ka o spo­tka­nie. Przy­go­to­wa­ła ko­la­cję, ku­pi­ła wino. Skąd mo­gła wie­dzieć, że ten wie­czór tak się skoń­czy?

- W po­rząd­ku. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, kon­se­kwent­nie uni­ka­jąc wzro­ku męża. - Po­win­nam gdzieś tu mieć nie­uży­wa­ną szczo­tecz­kę do zę­bów... - mruk­nę­ła, owi­nę­ła się szczel­nie koł­drą i za­czę­ła się pod­no­sić z łóż­ka, ale Ra­dek po­wstrzy­mał ją ge­stem.

- Szczo­tecz­ka nie jest w tym mo­men­cie naj­waż­niej­sza - za­uwa­żył. - Nie uwa­żasz, że to, do cze­go wczo­raj do­szło... nie zda­rzy­ło się przy­pad­kiem?

- Cóż. - Ad­rian­na z za­kło­po­ta­niem po­dra­pa­ła się po gło­wie. Mo­gła so­bie tyl­ko wy­obra­zić, jak źle wy­glą­da z roz­ma­za­nym pod ocza­mi tu­szem do rzęs i roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi. - Nie pla­no­wa­łam tego.

Naj­chęt­niej pod­szedł­by do niej, przy­cią­gnął ją do sie­bie i nie wy­pu­ścił jej z ra­mion. Ale po ko­lei. Już wczo­raj po­wi­nien był wy­czuć, co się świę­ci, i za­cząć od szcze­rej roz­mo­wy. Nie zro­bił tego, dał się po­nieść chwi­li. Mógł to jed­nak wy­tłu­ma­czyć chwi­lo­wą sła­bo­ścią, wpły­wem księ­ży­ca, sa­mot­no­ścią, tak bo­le­śnie od­czu­wal­ną wła­śnie wie­czo­ra­mi, czy in­ny­mi czyn­ni­ka­mi. Nocą lu­dzie czę­sto po­dej­mu­ją nie­prze­my­śla­ne de­cy­zje pod wpły­wem chwi­li. Ale nad­szedł dzień, a on za bar­dzo sza­no­wał Ad­rian­nę, aby nie wy­ja­śnić jej, jak waż­ne jest dla nie­go to, co się mię­dzy nimi wy­da­rzy­ło.

- Za pół go­dzi­ny będę mu­siał wyjść do pra­cy, ale chciał­bym wró­cić - oznaj­mił pew­nym sie­bie gło­sem.

Ad­rian­na za­drża­ła. Pa­trzy­ła na nie­go wiel­ki­mi, zdzi­wio­ny­mi ocza­mi. Była taka pięk­na mimo upły­wu lat! To wła­śnie na jej ogrom­ne zie­lo­ne oczy Ra­dek zwró­cił uwa­gę w pierw­szej ko­lej­no­ści. Czas oka­zał się dla niej ła­ska­wy. Zresz­tą ona ni­g­dy z nim nie wal­czy­ła, cho­ciaż mia­ła moż­li­wo­ści i dru­gie­go stop­nia chi­rur­gii ogól­nej i cer­ty­fi­ko­wa­ne­go le­ka­rza me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej za męża. Nie była jed­nak ko­bie­tą, któ­ra po­trze­bo­wa­ła za­bie­gów. Ra­do­sław ni­g­dy nie po­wie­dział­by tego swo­im pa­cjent­kom, ale pry­wat­nie uwa­żał, że pięk­no pły­nie z we­wnątrz. I wła­śnie taka była Ada. Pięk­na we­wnętrz­nie.

Za­trzy­mał wzrok na jej moc­no za­ry­so­wa­nych oboj­czy­kach, de­li­kat­nej, upstrzo­nej pie­ga­mi skó­rze na ra­mio­nach i okry­tych bia­łą tka­ni­ną ma­łych pier­siach.

- Chciał­byś wró­cić - po­wtó­rzy­ła nie­przy­tom­nie jego sło­wa, mru­ga­jąc szyb­ko.

- Do domu. Do cie­bie - do­pre­cy­zo­wał.

- To nie jest ta­kie pro­ste - wy­co­fa­ła się.

Otu­li­ła się szczel­niej koł­drą, cho­wa­jąc pod nią coś wię­cej niż swo­ją na­gość. Pró­bo­wa­ła ukryć swo­je lęki, ale to na nic, bo prze­cież jej strach był i jego stra­chem. Tyl­ko Ra­dek wy­da­wał się jak­by bar­dziej zde­ter­mi­no­wa­ny. Ad­rian­na bar­dzo prze­ży­ła roz­sta­nie i wy­pro­wadz­kę męża. Mie­li być ra­zem na za­wsze, a to "za­wsze" trwa­ło tyl­ko dwie de­ka­dy. Sko­ro już raz im się nie uda­ło, jaką mo­gła mieć gwa­ran­cję, że znów nie bę­dzie cier­pieć?

- Ow­szem, to jest bar­dzo pro­ste! - Ra­dek nie dał się zbyć. - Po­wiedz mi po pro­stu, czy tego chcesz. Je­śli nie, zro­zu­miem. Nie będę się na­rzu­cał. Ale je­śli ist­nie­je choć cień szan­sy, że mo­gli­by­śmy cho­ciaż spró­bo­wać...

Ada wsu­nę­ła opa­da­ją­cy na twarz ko­smyk wło­sów za ucho. Przed kil­ko­ma ty­go­dnia­mi zde­cy­do­wa­ła się na krót­kie cię­cie i już tego ża­ło­wa­ła. Mu­sia­ła cze­kać, aż wło­sy jej od­ro­sną, żeby móc je spiąć, a osu­wa­ją­ce się luź­no pu­kle do­pro­wa­dza­ły ją do sza­łu.

- Nie wy­szło nam - przy­po­mnia­ła mu. - Dla­cze­go więc tym ra­zem mia­ło­by się udać?

- Może dla­te­go, że Mal­wi­na w koń­cu po­zna­ła praw­dę, a my mo­gli­by­śmy za­cząć od nowa, bez kłamstw?

Ad­rian­na za­cmo­ka­ła z nie­za­do­wo­le­niem. Jesz­cze się nie zgo­dzi­ła na jego po­wrót, a już ją de­ner­wo­wał. I po co mia­ła­by do nie­go wra­cać? Żeby da­lej się kłó­cić?

- Uwa­żasz, że to był nasz je­dy­ny pro­blem?

- Nie je­dy­ny, ale od tego wszyst­ko się za­czę­ło. - Ra­do­sław upie­rał się przy swo­im. - Wza­jem­ne oskar­ża­nie się, ucie­ka­nie od pro­ble­mów, uni­ka­nie szcze­rych roz­mów, za­mia­ta­nie spraw pod dy­wan - wy­li­czał. - Obo­je po­peł­ni­li­śmy błąd! Wie­le błę­dów - do­dał po chwi­li.

Ad­rian­na nie zdą­ży­ła jed­nak od­po­wie­dzieć, gdyż ode­zwał się do­mo­fon. Spoj­rza­ła ze stra­chem na Rad­ka i za­wi­nię­ta w koł­drę, ze­rwa­ła się z łóż­ka. Mia­ła moc­no ogra­ni­czo­ne ru­chy, ale do­tar­ła do przed­po­ko­ju, za­nim ta­jem­ni­czy gość od­pu­ścił. Kie­dy w słu­chaw­ce usły­sza­ła głos cór­ki, za­mar­ła. Mal­wi­na nie mo­gła ich te­raz na­kryć! Spa­ni­ko­wa­na spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Nie mia­ła po­ję­cia, że już jest tak póź­no! Za­po­mnia­ła, że umó­wi­ła się z cór­ką. Wpa­dła jak bu­rza do sy­pial­ni i nie zwa­ża­jąc na obec­ność Rad­ka, po­zby­ła się krę­pu­ją­cej ru­chy koł­dry i w pa­ni­ce za­czę­ła wkła­dać zna­le­zio­ne na pod­ło­dze majt­ki. Męż­czy­zna przy­pa­try­wał się ca­łej sce­nie z uśmie­chem.

- Mal­wi­na za­raz tu bę­dzie! Scho­waj się! - Ad­rian­na po­sła­ła mu bła­gal­ne spoj­rze­nie.

- Mam wejść do sza­fy? Nie uwa­żasz, że to idio­tycz­ne? - Naj­wy­raź­niej cał­kiem nie­źle się ba­wił. - Nie mamy po pięt­na­ście lat, a i Mal­wi­na jest do­ro­sła, po­win­na zro­zu­mieć...

Ad­rian­na nie do­wie­dzia­ła się, co jej cór­ka po­win­na zro­zu­mieć. Mal­wi­na zde­cy­do­wa­nie za­pu­ka­ła do drzwi. Ada za­sty­gła w bez­ru­chu. Mia­ła na so­bie majt­ki i wło­żo­ną na gołe cia­ło ko­szul­kę. Syk­nę­ła i wy­cią­gnę­ła z sza­fy ge­try. Pu­ka­nie się po­wtó­rzy­ło.

- Już idę! - za­wo­ła­ła.

Ra­dek ani drgnął. Na­dal sie­dział w fo­te­lu, śle­dząc roz­wój sy­tu­acji z wi­docz­nym za­do­wo­le­niem. Niech to szlag!

Ad­rian­na wy­szła z po­ko­ju i za­mknę­ła za sobą drzwi. Za­trzy­ma­ła się przed lu­strem w przed­po­ko­ju. Prze­tar­ła pal­cem skó­rę pod ocza­mi, pró­bu­jąc usu­nąć reszt­ki na­ło­żo­ne­go po­przed­nie­go wie­czo­ra tu­szu do rzęs, i po­pra­wi­ła dło­nią wło­sy. Uzna­ła, że le­piej nie bę­dzie, i otwo­rzy­ła cór­ce drzwi.

Mal­wi­na - tra­dy­cyj­nie już - wpa­try­wa­ła się w mat­kę z wy­ra­zem bez­brzeż­ne­go zdzi­wie­nia na twa­rzy. Ja­kiś czas temu, ku prze­ra­że­niu Ad­rian­ny, po­sta­no­wi­ła zmie­nić swój wi­ze­ru­nek. Za­czę­ła od wło­sów, któ­re prze­far­bo­wa­ła na kru­czo­czar­ny ko­lor. W po­łą­cze­niu z bla­dą cerą spra­wia­ło to, że wy­glą­da­ła jak klon Mor­ti­cii Ad­dams. Ab­sur­dal­ne­go wi­ze­run­ku do­peł­ni­ły brwi.

- Po co wy­ry­wać so­bie brwi, żeby po­tem na­ma­lo­wać sztucz­ne? - za­py­ta­ła wte­dy Ada, ale to był je­dy­ny ko­men­tarz, na jaki so­bie po­zwo­li­ła.

Jej sto­sun­ki z cór­ką od daw­na były skom­pli­ko­wa­ne, dla­te­go wo­la­ła się nie wtrą­cać i nie kry­ty­ko­wać Mal­wi­ny. Bała się, że ją stra­ci, co w su­mie nie było ta­kie ir­ra­cjo­nal­ne, gdyż dziew­czy­na, kie­dy już po­zna­ła praw­dę, wy­krzy­cza­ła ro­dzi­com, że nie za­mie­rza mieć z nimi nic wspól­ne­go. Chcia­ła ko­niecz­nie po­znać swo­ją bio­lo­gicz­ną ro­dzi­nę. Uwa­ża­ła, że ca­łe­mu złu tego świa­ta są win­ni jej ad­op­cyj­ni ro­dzi­ce.

W każ­dym ra­zie na­ry­so­wa­ne czar­ną kred­ką, wy­gię­te w ostry łuk brwi nada­wa­ły twa­rzy Mal­wi­ny wy­raz nie­ustan­ne­go zdu­mie­nia. Przez gło­wę Ad­rian­ny prze­mknę­ła myśl, że po­wie­dze­nie: "Umrę zdzi­wio­na", któ­re po­wta­rza­ła jej ko­le­żan­ka z pra­cy, na­bra­ło cał­kiem no­we­go zna­cze­nia.

Ad­rian­na wpu­ści­ła cór­kę do miesz­ka­nia i de­li­kat­nie za­su­ge­ro­wa­ła za­ję­cie miej­sca w sa­lo­nie. Ra­dek wciąż sie­dział w sy­pial­ni, nie da­jąc zna­ku ży­cia. Ada po­my­śla­ła, że gdy­by uda­ło się szyb­ko za­ła­twić spra­wę z Mal­wi­ną albo w ja­kiś spo­sób na­kło­nić cór­kę, żeby wy­szła z nią z domu... Cóż, Ra­dek wpraw­dzie wspo­mi­nał, że spie­szy się do pra­cy, ale w imię wyż­sze­go do­bra mógł się prze­cież spóź­nić. Za­mknę­ła­by go w miesz­ka­niu, a po­tem pod byle pre­tek­stem wró­ci­ła do domu i uwol­ni­ła męża. Tak, to mia­ło szan­sę się udać!

- Słu­chaj, jest taka ład­na po­go­da, może pój­dzie­my na spa­cer - bąk­nę­ła.

Co ja­kiś czas zer­ka­ła w pa­ni­ce w stro­nę sy­pial­ni. Wie­dzia­ła, że to może ją zdra­dzić, ale nie mo­gła się po­wstrzy­mać.

Mal­wi­na z wy­ra­zem zdzi­wie­nia przy­kle­jo­nym do twa­rzy, spoj­rza­ła na mat­kę. Ad­rian­na wciąż nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do no­we­go ima­ge'u cór­ki i w głę­bi du­szy ży­wi­ła na­dzie­ję, że Mal­wi­nie w koń­cu znu­dzi się ten bunt.

- Wy­glą­da­łaś dziś przez okno? Od co naj­mniej go­dzi­ny pada ulew­ny deszcz.

- O! Rze­czy­wi­ście... To może usią­dzie­my w tej ka­wiar­ni, któ­rą nie­daw­no otwo­rzy­li na dole?

Mal­wi­na za­trzy­ma­ła wzrok na sto­le. Ada spoj­rza­ła w tam­tą stro­nę i zro­zu­mia­ła, że po­peł­ni­ła błąd. Po­przed­nie­go wie­czo­ru nie po­sprzą­ta­ła po ko­la­cji, a i tego ran­ka nie zdą­ży­ła tego zro­bić.

- Masz go­ścia? - zro­zu­mia­ła cór­ka. - Mo­głaś po­wie­dzieć, prze­cież bym ci się nie na­rzu­ca­ła!

- Nie mam! Mia­łam, ale już nie mam, wszyst­ko jest w po­rząd­ku! - za­pew­nia­ła Ada, igno­ru­jąc świ­dru­ją­ce spoj­rze­nie Mal­wi­ny i ru­mień­ce, któ­re po­ja­wi­ły się na jej wła­snej twa­rzy. - Za­mie­niam się w słuch, po­dob­no mia­łaś do mnie ja­kąś spra­wę...

- Ale to może po­cze­kać - od­par­ła bez­na­mięt­nie Mal­wi­na.

Ad­rian­na była roz­dar­ta. Z jed­nej stro­ny chcia­ła, żeby cór­ka jak naj­szyb­ciej wy­szła, bo bała się, że dziew­czy­na może się zo­rien­to­wać, kto prze­by­wa za ścia­ną, ale z dru­giej... Mal­wi­na tak rzad­ko pro­si­ła ją o po­moc. Do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, aby spra­wiać wra­że­nie do­sko­na­le ra­dzą­cej so­bie ze swo­imi pro­ble­ma­mi.

- Nic się nie dzie­je. Po­wiedz, co cię do mnie spro­wa­dza. - W Ad­rian­nie w koń­cu zwy­cię­ży­ła tro­ska o cór­kę.

- Wła­ści­wie to... - Mal­wi­na się za­wa­ha­ła. Zmarsz­czy­ła nos. - Chcia­ła­bym cię pro­sić o drob­ną po­życz­kę.

Ad­rian­na wes­tchnę­ła z re­zy­gna­cją. Mo­gła się tego spo­dzie­wać. Od ja­kie­goś cza­su Mal­wi­na zgła­sza­ła się do niej tyl­ko po wspar­cie fi­nan­so­we. Mię­dzy in­ny­mi o tym mie­li roz­ma­wiać z Rad­kiem po­przed­nie­go wie­czo­ru.

- Ile po­trze­bu­jesz? - Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę.

Nie chcia­ła dać cór­ce od­czuć, jak bar­dzo za­bo­la­ła ją jej proś­ba. Li­czy­ła, że Mal­wi­na po­roz­ma­wia z nią o swo­ich spra­wach, pro­ble­mach. Zu­peł­nie tak, jak kie­dyś. Naj­wy­raź­niej jed­nak cór­ka na­dal jej nie wy­ba­czy­ła.

- Ty­siąc pięć­set zło­tych - po­wie­dzia­ła Mal­wi­na bez mru­gnię­cia okiem. - Wiesz, pla­nu­ję się za­pi­sać na taki kurs wa­ka­cyj­ny... Za­wsze chcia­łam na­uczyć się wło­skie­go!

- O ile się orien­tu­ję, lek­cje od­by­wa­ją się w ty­go­dniu, a ty prze­cież pra­cu­jesz. - Spoj­rza­ła na cór­kę uważ­nie. - Jak więc za­mie­rzasz po­go­dzić pra­cę z za­ję­cia­mi?

- Nie pra­cu­ję od rana do wie­czo­ra - pod­su­mo­wa­ła Mal­wi­na, nie pa­trząc mat­ce w oczy.

Te­mat za­wisł jed­nak w próż­ni. Ad­rian­na za­mar­ła, kie­dy usły­sza­ła gło­śne kich­nię­cie. Mal­wi­na unio­sła brwi jesz­cze wy­żej, o ile w ogó­le było to moż­li­we. Po­wo­li prze­nio­sła wzrok z mat­ki, któ­rej za­sty­gła twarz była po­zba­wio­na wy­ra­zu, na za­mknię­te drzwi pro­wa­dzą­ce do sy­pial­ni.

- Py­ta­łam, czy masz go­ścia, i od­po­wie­dzia­łaś, że nie! - ode­zwa­ła się z wy­rzu­tem w gło­sie Mal­wi­na.

Drzwi szyb­ko się otwar­ły i po­ja­wił się w nich Ra­dek, po­sy­ła­jąc skon­ster­no­wa­nej cór­ce nie­śmia­ły uśmiech. W ci­szy wy­szedł z sy­pial­ni, do­łą­czył do cór­ki i żony, po czym, jak­by w jego na­głym po­ja­wie­niu się nie było ni­cze­go nie­zwy­kłe­go, przy­wi­tał się z Mal­wi­ną.

- Tata? Co ty tu­taj ro­bisz? - Dziew­czy­na nie wie­dzia­ła, co ją bar­dziej zdzi­wi­ło: nie­ocze­ki­wa­ne zma­te­ria­li­zo­wa­nie się ojca czy fakt, że mat­ka tak bar­dzo chcia­ła ukryć jego obec­ność.

- Oj­ciec przy­je­chał ze mną po­roz­ma­wiać - wtrą­ci­ła Ad­rian­na, te­le­pa­tycz­nie prze­ka­zu­jąc Rad­ko­wi wia­do­mość, że naj­bez­piecz­niej bę­dzie dla nie­go, je­śli za­milk­nie.

- Ale dla­cze­go zro­bi­łaś z tego taką wiel­ką ta­jem­ni­cę? - do­cie­ka­ła Mal­wi­na. - Mamo, obo­je z tatą je­ste­ście do­ro­śli i je­śli utrzy­mu­je­cie ze sobą in­tym­ne kon­tak­ty, nie mu­si­cie się z tego przede mną spo­wia­dać, ale...

- Do­brze, już do­brze! - we­szła jej w sło­wo Ada. - Zro­zu­mia­łam!

Za­pa­dła ci­sza. Ad­rian­na była wście­kła na samą sie­bie i na Rad­ka, że w ogó­le do­szło do tej dzi­wacz­nej sy­tu­acji. Mal­wi­na czu­ła się skrę­po­wa­na na myśl, że jej ro­dzi­ce upra­wia­ją seks, a Ra­dek... Cóż. Ra­dek był chy­ba naj­bar­dziej roz­ba­wio­ny z ca­łe­go to­wa­rzy­stwa.

- Za nie­dłu­go idę do pra­cy, ale może zdą­ży­my jesz­cze zjeść ra­zem śnia­da­nie? - za­pro­po­no­wał, za nic so­bie ma­jąc cięż­ką at­mos­fe­rę pa­nu­ją­cą w miesz­ka­niu.

Za­nim Ad­rian­na zdą­ży­ła za­re­ago­wać, Mal­wi­na zro­bi­ła krok w tył.

- Ja nie mogę, w grun­cie rze­czy już je­stem spóź­nio­na, wpa­dłam tyl­ko na chwi­lę, żeby...

- Żeby po­pro­sić mat­kę o pie­nią­dze - do­koń­czył za nią Ra­dek.

Mal­wi­na, któ­rej na co dzień ra­czej obce było uczu­cie za­że­no­wa­nia, za­wsty­dzi­ła się i opu­ści­ła gło­wę.

- Nie było te­ma­tu - żach­nę­ła się i już za­czę­ła zbie­rać się do wyj­ścia, ale Ad­rian­na ją za­trzy­ma­ła.

- W po­rząd­ku, dziec­ko, cie­szę się, że chcesz iść na kurs ję­zy­ko­wy! - Zła­pa­ła cór­kę za rękę. - Prze­le­ję ci dzi­siaj te pie­nią­dze, w po­rząd­ku?

Dziew­czy­na na­tych­miast się roz­ch­mu­rzy­ła.

- Na­praw­dę? Dzię­ki, mamo! - Cmok­nę­ła mat­kę w po­li­czek. - Na­wet nie wiesz, jaka je­stem ci wdzięcz­na! Będę cze­kać na prze­lew, a te­raz już na­praw­dę mu­szę le­cieć! - Uśmiech­nę­ła się. - To cześć, tato! - Ru­szy­ła do przed­po­ko­ju, a Ad­rian­na po­dą­ży­ła za nią. - Trzy­maj się, mamo, za­dzwo­nię do cie­bie w tym ty­go­dniu. - Za­wa­ha­ła się. - Aha, tato? - krzyk­nę­ła.

Ra­dek wy­chy­lił gło­wę z sa­lo­nu.

- Tak?

- Krzy­wo za­pią­łeś gu­zi­ki w ko­szu­li. To na ra­zie! - Mach­nę­ła ręką i wy­szła z miesz­ka­nia.

Ra­do­sław za­klął pod no­sem, sta­nął przed lu­strem i za­czął roz­pi­nać ko­szu­lę. Za­wsze draż­ni­ło go to, że do ko­szul do­szy­wa­ne są tak małe gu­zi­ki! Jak taki wiel­ki fa­cet jak on miał­by je niby za­piąć? Kie­dyś Ad­rian­na ro­bi­ła to za nie­go, bo gu­zicz­ki wy­śliz­gi­wa­ły się z jego du­żych pal­ców. Od ja­kie­goś cza­su mu­siał ra­dzić so­bie sam. Po­słał bła­gal­ne spoj­rze­nie w stro­nę żony, ale je zi­gno­ro­wa­ła.

- Fak­tycz­nie... - mruk­nął, si­łu­jąc się z gu­zi­ka­mi. - W pra­cy mie­li­by ze mnie uży­wa­nie. Nie dość, że już dru­gi dzień je­stem w tej sa­mej ko­szu­li, to jesz­cze źle ją za­pią­łem!

Ad­rian­na z ję­kiem opa­dła na ka­na­pę.

- Przy­ła­pa­ła nas - wy­mam­ro­ta­ła, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. Na­gle za­chi­cho­ta­ła. - Boże, czu­ję się jak na­sto­lat­ka, z tym że z chło­pa­kiem przy­ła­pa­ła mnie nie mat­ka, a cór­ka!

Ką­ci­ki ust Rad­ka nie­znacz­nie drgnę­ły.

- Cóż, nie miał­bym nic prze­ciw­ko, żeby Mal­wi­na czę­ściej nas na­kry­wa­ła... A swo­ją dro­gą - zmarsz­czył brwi - nie wiem, czy po­win­naś jej ot tak da­wać pie­nią­dze na ten kurs. Uwa­żam, że ona nie za­cho­wu­je się wo­bec nas cał­kiem w po­rząd­ku.

Ad­rian­na de­li­kat­nie ści­snę­ła skro­nie dłoń­mi. Niby wczo­raj­sze­go wie­czo­ru na­wet nie otwo­rzy­ła wina, a jed­nak od sa­me­go rana do­ku­czał jej ból gło­wy.

- Masz ra­cję, ale my­ślę, że kurs ję­zy­ko­wy aku­rat nie jest głu­pią za­chcian­ką. Poza tym nie je­steś­my bez winy. - Wy­co­fa­ła się. - Do­brze wiesz, że nie trak­tu­je nas tak cał­kiem bez po­wo­du...

Ra­dek wes­tchnął zna­czą­co. Jesz­cze raz spoj­rzał na sie­bie w lu­strze. To, co zo­ba­czył, wca­le mu się nie po­do­ba­ło. Ow­szem, czas był ła­ska­wy dla Ad­rian­ny, ale nie dla nie­go. Jego skro­nie po­kry­ła si­wi­zna, a po­więk­sza­ją­cy się brzuch co­raz czę­ściej prze­szka­dzał mu w co­dzien­nych czyn­no­ściach, ta­kich jak za­wią­zy­wa­nie bu­tów czy wkła­da­nie skar­pet.

- Na­praw­dę mu­szę już iść do pra­cy, a ty na­dal nie od­po­wie­dzia­łaś na moje py­ta­nie - po­wie­dział, spo­glą­da­jąc na nią wy­cze­ku­ją­co. - Po pra­cy mógł­bym wstą­pić do sie­bie po ubra­nia i bie­li­znę na zmia­nę. No, i po tę nie­szczę­sną szczo­tecz­kę... A po­tem przy­je­chać tu­taj.

- Mó­wi­łam ci już prze­cież, że szczo­tecz­ka po­win­na się zna­leźć - ode­zwa­ła się Ad­rian­na po dłuż­szej ci­szy.

Na ra­zie tyle mu­sia­ło mu wy­star­czyć. Wie­dział, że nie wy­cią­gnie z niej wię­cej. Była skry­ta. Nie­wie­le mó­wi­ła, za­wsze wo­la­ła dzia­łać. Znał Adę od po­nad dwu­dzie­stu lat. Przez dwie de­ka­dy zdą­żył się na­uczyć na pa­mięć jej ge­stów, za­cho­wań, re­ak­cji. Kie­dy się wy­pro­wa­dził, naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło mu wła­śnie tego. I jej obec­no­ści. Czę­sto ła­pał się na tym, że ja­dąc do domu, za­sta­na­wiał się, co Ad­rian­na przy­go­to­wa­ła dla nie­go na obiad, gdy na­gle uświa­da­miał so­bie, że ona już nie cze­ka na jego po­wrót z pra­cy. Że tego dnia, tak jak na­stęp­ne­go i jesz­cze ko­lej­ne­go, nikt nie bę­dzie go wy­glą­dał. Przy­go­to­wy­wa­ne po­spiesz­nie po­sił­ki były zim­ne, zim­na była też dru­ga stro­na po­dwój­ne­go łóż­ka w wy­naj­mo­wa­nym miesz­ka­niu. Z tym ko­ja­rzy­ło mu się roz­sta­nie. Z zim­nem.

Mu­siał się na­uczyć żyć na nowo. Funk­cjo­no­wać jak dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni ka­wa­ler, cho­ciaż ka­len­darz każ­de­go dnia bo­le­śnie przy­po­mi­nał mu, że uda­je. Jego miej­sce było przy Ad­rian­nie, za­wsze to czuł, a jed­nak ich dro­gi się ro­ze­szły. Łą­czy­ła ich Mal­wi­na, siłą rze­czy mu­sie­li się więc wi­dy­wać. Może gdy­by za­koń­czył ten etap jed­nym cię­ciem, by­ło­by ła­twiej, ale wi­dok Ady wciąż spra­wiał mu ból. Świa­do­mość, że ona jest tak bli­sko, a jed­nak on nie może jej do­tknąć, przy­tu­lić, po­ca­ło­wać, była tor­tu­rą nie do znie­sie­nia. Ko­chał ją. Wciąż bez­na­dziej­nie ją ko­chał. I te­raz zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie los pod­su­wał mu ją pod sam nos. Po­przed­nie­go wie­czo­ru jej do­ty­kał, przy­tu­lał ją i ca­ło­wał. Mógł o wie­le, wie­le wię­cej. Wziął wszyst­ko, tak za­chłan­nie, jak­by ko­cha­li się pierw­szy raz w ży­ciu, jak­by była dla nie­go zu­peł­ną no­wo­ścią. Nie wy­obra­żał so­bie, że te­raz miał­by wró­cić do swo­je­go ka­wa­ler­skie­go ży­cia i pu­ste­go miesz­ka­nia. Wspo­mnie­nia jej po­ca­łun­ków, jej mi­ło­ści były zbyt żywe. Kie­dy od­cho­dził, tak na­praw­dę nie byli ze sobą od wie­lu ty­go­dni. Od­da­la­li się od sie­bie stop­nio­wo. Ból roz­sta­nia zo­stał po­dzie­lo­ny na dłu­gie go­dzi­ny i dni. Ale po tym, co za­szło po­przed­nie­go wie­czo­ru, nie mógł­by tak po pro­stu za­po­mnieć.

- Przy­ja­dę od razu po pra­cy, do­brze? - upew­nił się, że do­brze zro­zu­miał jej sło­wa. - Zro­bić po dro­dze ja­kieś za­ku­py?

Ad­rian­na po­czu­ła, że szyb­ciej bije jej ser­ce. Py­tał, czy zro­bić ja­kieś za­ku­py. Nor­mal­ność. Tak bar­dzo za nią tę­sk­ni­ła! Za każ­dym ra­zem, kie­dy re­kla­mów­ki bo­le­śnie wży­na­ły jej się w dło­nie, kie­dy z czter­dzie­sto­stop­nio­wą go­rącz­ką szła do ap­te­ki, my­śla­ła, że bra­ku­je w jej ży­ciu ko­goś, kto w ta­kich chwi­lach wziął­by od niej te prze­klę­te siat­ki albo po­wie­dział: "Zo­stań w łóż­ku, pój­dę po leki". Tę­sk­ni­ła za bli­sko­ścią i obec­no­ścią Rad­ka, ale nie po­tra­fi­ła za­po­mnieć tych słów, któ­re pa­dły, wy­ba­czyć tej obo­jęt­no­ści, któ­ra ich po­dzie­li­ła. Po­trze­bo­wa­ła cza­su. I te­raz, pa­trząc w jego oczy, zro­zu­mia­ła, że jest wol­na, że wszyst­ko, co złe, ode­szło w nie­pa­mięć. Po­przed­nia noc nie była wy­ni­kiem przy­pad­kiem od­na­le­zio­nej na­mięt­no­ści, zwy­kłych po­trzeb i in­stynk­tów. Sta­ła się ak­tem wy­ba­cze­nia.

- Przy­jedź do domu - po­wie­dzia­ła i obo­je wie­dzie­li, że nie cho­dzi tyl­ko o po­wrót z pra­cy.

Roz­dział 2

Ad­rian­na nie mo­gła po­zbyć się wra­że­nia, że cof­nę­ła się w cza­sie o do­brych dwa­dzie­ścia lat. Nie po­dej­rze­wa­ła­by swo­jej czter­dzie­sto­pię­cio­let­niej wer­sji o tak ogrom­ne po­kła­dy sza­leń­stwa i na­mięt­no­ści. Jej zna­jo­mość z Rad­kiem za­to­czy­ła koło. Znów znaj­do­wa­li się na eta­pie wza­jem­nej fa­scy­na­cji i wiecz­ne­go nie­na­sy­ce­nia. Nie mo­gli się sobą na­cie­szyć. Każ­de­go ran­ka po prze­bu­dze­niu prze­cie­ra­ła oczy i ze zdu­mie­niem od­kry­wa­ła, że jej mąż po­chra­pu­je tuż obok. Nie spo­dzie­wa­ła się, że po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło, jesz­cze kie­dy­kol­wiek obu­dzi się przy jego boku, a jed­nak uda­ło się po­ko­nać prze­ciw­no­ści losu i z po­je­dyn­czych puz­zli na nowo po­skła­dać wspól­ne ży­cie.

Cie­szy­ła się, że tego wie­czo­ru wyj­dą na mia­sto. Mimo że Ra­dek wró­cił do domu do­brych kil­ka dni wcze­śniej, na­dal nie mie­li chwi­li na po­waż­ną roz­mo­wę. Kie­dy tyl­ko zo­sta­wa­li sami, rzu­ca­li się na sie­bie jak na­sto­lat­ki, pod­czas gdy naj­bar­dziej pa­lą­ce kwe­stie na­dal nie zo­sta­ły przez nich omó­wio­ne. Wie­dzia­ła, że po­śród lu­dzi będą bez­piecz­ni, że w koń­cu uda im się po­roz­ma­wiać. Bo to, co ich po­dzie­li­ło, wciąż uwie­ra­ło. Wy­ba­czy­li, po­sta­no­wi­li iść da­lej ra­zem, ale mu­sie­li po­mó­wić o tym, co się sta­ło, aby wy­nieść z tego lek­cję na przy­szłość.

Za­nim jed­nak to mia­ło na­stą­pić, Adę cze­kał dłu­gi dzień w pra­cy. Od kil­ku­na­stu mi­nut krą­ży­ła po uli­cy War­szaw­skiej, pró­bu­jąc za­par­ko­wać sa­mo­chód, co o dzie­wią­tej pięt­na­ście gra­ni­czy­ło z cu­dem. W koń­cu do­strze­gła srebr­ne­go for­da z wrzu­co­nym kie­run­kiem do wy­jaz­du i usta­wi­ła się za nim, cze­ka­jąc, aż auto zwol­ni miej­sce par­kin­go­we. Nie­mal na­tych­miast przed ma­ską jej to­yo­ty po­ja­wił się sa­mo­zwań­czy par­kin­go­wy, ma­cha­jąc przy­jaź­nie ręką i pre­zen­tu­jąc licz­ne bra­ki w uzę­bie­niu. Ad­rian­na ko­ja­rzy­ła wszyst­kich miej­sco­wych pi­jacz­ków, któ­rzy zbie­ra­li na piwo, krę­cąc się po cen­trum. Kie­dy za­par­ko­wa­ła auto i wy­szła na po­nad trzy­dzie­sto­stop­nio­wy upał, dała męż­czyź­nie dwa zło­te bar­dziej z oba­wy, że jej to­yo­ta może zo­stać za­ry­so­wa­na, niż z chę­ci do­rzu­ce­nia mu się do al­ko­ho­lu.

- Kie­row­nicz­ko, dzię­ku­ję! - Męż­czy­zna szyb­ko za­mknął w dło­ni dwu­zło­tów­kę i po­chu­chał na nią. - Kie­row­nicz­ka jak za­wsze bar­dzo szczo­dra!

Ad­rian­na mi­nę­ła grup­kę mło­dych dziew­cząt cze­ka­ją­cych na tram­waj. Ze skraw­ków roz­mo­wy wy­wnio­sko­wa­ła, że po­wta­rza­ją ma­te­riał do ko­lo­kwium czy eg­za­mi­nu. Uśmiech­nę­ła się do sie­bie, wspo­mi­na­jąc cza­sy, kie­dy sama była stu­dent­ką. Skrę­ci­ła w pra­wo i we­szła na Ry­nek, za­raz jed­nak opu­ści­ła plac i scho­wa­ła się przed upa­łem w gma­chu te­atru. W bu­dyn­ku za­wsze pa­no­wa­ła przy­jem­na tem­pe­ra­tu­ra - la­tem było tam chłod­no, a zimą cie­pło. Ad­rian­na wbie­gła po scho­dach, przy­wi­ta­ła się z por­tie­rem i ru­szy­ła w stro­nę gar­de­ro­by. Cie­szy­ła się jak dziec­ko, że re­ży­ser po­sta­no­wił się­gnąć do grec­kiej kla­sy­ki. I cho­ciaż za­mie­rzał wy­sta­wić uwspół­cze­śnio­ną wer­sję sztu­ki, chór zo­stał w nie­zmie­nio­nej wer­sji. To ona, wła­śnie ona, była od­po­wie­dzial­na za ko­stiu­my! W pra­cy za­wsze da­wa­ła z sie­bie sto pro­cent, ale mia­ła wra­że­nie, że przy tym pro­jek­cie uda­ło jej się wy­krze­sać z sie­bie sto pięć­dzie­siąt.

Ad­rian­na pra­co­wa­ła przy kil­ku gło­śnych pol­skich fil­mach, co za­pew­ni­ło jej uzna­nie w śro­do­wi­sku, ale gdy­by mia­ła wy­brać, co bę­dzie ro­bić przez resz­tę ży­cia, po­sta­wi­ła­by na te­atr. W te­atrze pra­ca wy­glą­da zu­peł­nie ina­czej, bo tam za­wód ko­stiu­mo­gra­fa jest trak­to­wa­ny z sza­cun­kiem. W fil­mie, no cóż, w fil­mie jest tyl­ko "tą babą z gar­de­ro­by", cho­ciaż z dru­giej stro­ny - na ekra­nie szcze­gó­ło­wo wi­dać efek­ty jej pra­cy. Ad­rian­na była per­fek­cjo­nist­ką, po­tra­fi­ła się spie­rać z re­ży­se­rem na­wet o gu­zik, cho­ciaż widz w dru­gim czy trze­cim rzę­dzie nie wi­dzi ta­kich szcze­gó­łów. Cie­szy­ła się więc, że nie musi wy­bie­rać, że ma sta­ły etat w te­atrze i od cza­su do cza­su robi fil­my.

Pro­jekt, nad któ­rym pra­co­wa­ła, był dla niej szcze­gól­ny, bo nie­czę­sto mia­ła oka­zję przy­go­to­wy­wać ko­stiu­my do sztu­ki kla­sycz­nej. A prze­cież kształ­ci­ła się wła­śnie w tym kie­run­ku. Po pro­stu w pew­nym mo­men­cie na­ro­dzi­ła się w niej pa­sja do fil­mu i te­atru, po­zna­ła od­po­wied­nich lu­dzi i tak się zło­ży­ło, że zo­sta­ła ko­stiu­mo­graf­ką, cho­ciaż w tak zwa­nym mię­dzy­cza­sie ro­bi­ła to, do cze­go przy­go­to­wy­wa­ła się na stu­diach, i każ­de­go roku bra­ła kil­ka go­dzin ty­go­dnio­wo na uni­wer­sy­te­cie.

Jej fa­scy­na­cja kul­tu­rą sta­ro­żyt­ną za­czę­ła się jesz­cze w li­ceum. Wpraw­dzie wie­le jej ko­le­ża­nek uwa­ża­ło cza­sy Gre­ków i Rzy­mian za wy­jąt­ko­wo nud­ne, ona jed­nak upar­cie twier­dzi­ła, że sta­ro­żyt­nym bli­żej do lu­dzi współ­cze­snych niż, daj­my na to, ży­ją­cych w epo­ce śre­dnio­wie­cza czy re­ne­san­su.

- Oby­cza­jo­wość, nor­my za­cho­wa­nia, kul­tu­ra... - wy­li­cza­ła, pró­bu­jąc prze­ko­nać zna­jo­me do swo­je­go zda­nia. - Sta­ro­żyt­ni lu­bi­li się ba­wić, sta­wia­li na ucie­chy cie­le­sne! Czy wie­cie, że to wła­śnie w sta­ro­żyt­nych za­ba­wach moż­na się do­szu­ki­wać ge­ne­zy kar­na­wa­łu? A w śre­dnio­wie­czu nic, tyl­ko się mo­dli­li...

Ad­rian­na ni­g­dy nie mia­ła pa­mię­ci do dat. In­te­re­so­wa­ły ją kul­tu­ra, ję­zyk. Ko­lej­ne woj­ny i trak­ta­ty po­ko­jo­we nie za­przą­ta­ły jej uwa­gi, dla­te­go wie­dzia­ła, że stu­dia w In­sty­tu­cie Hi­sto­rii nie są dla niej. Poza tym nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty zgłę­biać mro­ków śre­dnio­wie­cza, a jak wia­do­mo, hi­sto­rii nie moż­na stu­dio­wać wy­biór­czo. Za­pra­gnę­ła więc do­głęb­nie po­znać i sze­rzyć wie­dzę na te­mat ję­zy­ka naj­wy­bit­niej­sze­go sta­ro­żyt­ne­go na­ro­du. Kom­plet­nie nie ro­zu­mia­ła po­wszech­nej nie­chę­ci do ła­ci­ny. W koń­cu była ona mat­ką wszyst­kich ję­zy­ków! O ile tych z po­lo­ni­sty­ki mo­gła cho­ciaż pró­bo­wać tłu­ma­czyć, o tyle uwa­ża­ła, że stu­den­ci fi­lo­lo­gii ob­cych po­win­ni sami dą­żyć do po­zna­wa­nia ła­ci­ny, któ­ra była prze­cież bar­dzo po­moc­na w na­uce in­nych ję­zy­ków. Ow­szem, ła­ci­na wy­mar­ła daw­no temu, jed­nak wy­kształ­co­ny czło­wiek po­wi­nien znać cho­ciaż jej pod­sta­wy! Na­to­miast jej stu­den­ci... cóż, de­li­kat­nie mó­wiąc, mie­li zu­peł­nie inne zda­nie na te­mat tego ję­zy­ka. Naj­wy­raź­niej uwa­ża­li, że jego zna­jo­mość do ni­cze­go im się w ży­ciu nie przy­da. I oni mie­li zo­stać eli­tą in­te­lek­tu­al­ną tego kra­ju!

Stu­den­ci Wy­dzia­łu Po­lo­ni­sty­ki Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go w trak­cie dwóch pierw­szych se­me­strów mie­li obo­wiąz­ko­we ćwi­cze­nia z ła­ci­ny za­koń­czo­ne eg­za­mi­nem. Naj­pierw jed­nak mu­sie­li zo­stać do tego eg­za­mi­nu do­pusz­cze­ni. Gdy­by ktoś za­py­tał Ad­rian­nę o zda­nie, nie do­pu­ści­ła­by do se­sji żad­ne­go z pierw­szo­rocz­nia­ków, przy­naj­mniej nie w pierw­szym ter­mi­nie, ale dzie­kan naj­wy­raź­niej nie po­dzie­lał jej po­glą­dów.

- Pani Ad­rian­no, sama pani ro­zu­mie, przed­miot do­dat­ko­wy, ab­sol­wen­ci tych stu­diów mają być przy­go­to­wa­ni do na­ucza­nia ję­zy­ka pol­skie­go, pra­cy w wy­daw­nic­twie czy w me­diach, ła­ci­na nie jest im, ekhm... - Wi­dząc minę Kol­skiej, stra­cił pew­ność sie­bie. - To zna­czy tak, oczy­wi­ście, zga­dzam się z pa­nią w peł­ni, ła­ci­na jest mat­ką wie­lu ję­zy­ków i każ­dy fi­lo­log musi znać choć­by jej pod­sta­wy, ale pro­szę nas zro­zu­mieć, jest duża kon­ku­ren­cja... Te pry­wat­ne uczel­nie ro­sną jak grzy­by po desz­czu, a stu­den­ci się skar­żą!

- Stu­den­ci się skar­żą - po­wtó­rzy­ła Ad­rian­na, wpa­tru­jąc się z nie­do­wie­rza­niem w dzie­ka­na. - Pa­nie dzie­ka­nie, stu­dia fi­lo­lo­gicz­ne zo­bo­wią­zu­ją! - prych­nę­ła ze zło­ścią. - Nie mo­że­my ob­ni­żać po­zio­mu tyl­ko dla­te­go, że za­le­wa­ją nas pry­wat­ne uczel­nie, w któ­rych pła­ci się za uzy­ska­nie dy­plo­mu! Czy pan się kie­dy­kol­wiek za­sta­na­wiał, co się sta­nie, kie­dy my przej­dzie­my na eme­ry­tu­rę? W czy­je ręce od­da­my na­ukę? Chy­ba zda­je pan so­bie spra­wę, że za­stą­pią nas wła­śnie obec­ni stu­den­ci i tyl­ko od nas za­le­ży, co będą sobą re­pre­zen­to­wać!

- Oczy­wi­ście, tak, tak, ja ro­zu­miem, a jed­nak pro­sił­bym - gło­śno prze­łknął śli­nę - żeby była pani mniej wy­ma­ga­ją­ca wo­bec swo­ich stu­den­tów. Odro­bi­nę! Oni po pro­stu nie mają cza­su na inne przed­mio­ty, bo uczą się ła­ci­ny...

Ad­rian­na na koń­cu ję­zy­ka mia­ła uwa­gę, że na im­pre­zo­wa­nie wciąż star­cza im cza­su, ale mach­nę­ła tyl­ko ręką i po­szła w swo­ją stro­nę.

Cie­szy­ła się, że ma ten te­atr, bo tam pra­co­wa­ła z ludź­mi, któ­rym za­le­ża­ło. Co roku obie­cy­wała so­bie, że zre­zy­gnu­je z pra­cy na uczel­ni, ale za­wsze da­wa­ła się prze­ko­nać i zo­sta­wa­ła, bo bra­ko­wa­ło wy­kła­dow­ców. Poza tym Ad­rian­na po pro­stu lu­bi­ła czuć się po­trzeb­na. Schle­bia­ło jej to, że dzie­kan, mimo pew­nych za­strze­żeń do jej po­dej­ścia, uwa­ża ją za nie­za­stą­pio­ną. Bar­dzo tego po­trze­bo­wa­ła, zwłasz­cza wte­dy, gdy od­wró­ci­ła się od niej Mal­wi­na. Ad­rian­na za­wsze ucie­ka­ła przed pro­ble­ma­mi w pra­cę. Zna­jo­mi czę­sto ją py­ta­li, jak w ogó­le daje radę. Ni­g­dy nie na­wa­la­ła, za­wsze wy­wią­zy­wa­ła się z obo­wiąz­ków. Se­kre­tem Ad­rian­ny były umie­jęt­ność pla­no­wa­nia i do­bra or­ga­ni­za­cja. Ot, tyl­ko tyle i aż tyle.

We­szła do swo­jej pra­cow­ni, któ­rą w my­ślach zwy­kła na­zy­wać świą­ty­nią, i za­mknę­ła za sobą drzwi. Ach, cze­góż tam nie było! Te­atr miał jesz­cze jed­ną prze­wa­gę nad pla­nem fil­mo­wym - do­sko­na­le wy­po­sa­żo­ną gar­de­ro­bę. Sły­sza­ła opo­wie­ści star­szych ko­stiu­mo­gra­fów, któ­rzy pra­co­wa­li w la­tach PRL-u. Wte­dy ko­stiu­my z fil­mów tra­fia­ły do te­le­wi­zyj­nych ma­ga­zy­nów, te­raz pry­wat­ni pro­du­cen­ci naj­czę­ściej je za­bie­ra­li i ślad po nich gi­nął, przez co pra­ca lu­dzi ta­kich jak Ad­rian­na była moc­no utrud­nio­na. W te­atrze mia­ła do dys­po­zy­cji mniej­sze sumy, ale mo­gła gro­ma­dzić ko­stiu­my i do­dat­ki, przez co czę­sto uda­wa­ło jej się wy­cza­ro­wać coś wy­jąt­ko­we­go bez uszczu­pla­nia i tak skrom­ne­go bu­dże­tu.

Po­wie­si­ła to­reb­kę na wie­sza­ku i się­gnę­ła po pro­jek­ty, któ­re na­szki­co­wa­ła przed dwo­ma dnia­mi. Pró­bo­wa­ła się na nich sku­pić, ale jej my­śli wciąż krą­ży­ły wo­kół stu­den­tów pierw­sze­go roku po­lo­ni­sty­ki, z któ­ry­mi mia­ła za­ję­cia po­przed­nie­go dnia.

Kie­dy tyl­ko po­ja­wi­ła się w sali, za­pa­dła ab­so­lut­na ci­sza. Dwa­dzie­ścia je­den par oczu śle­dzi­ło każ­dy jej ruch. Ada nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go ma opi­nię naj­bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce­go na­uczy­cie­la aka­de­mic­kie­go. Ni­g­dy nie ocze­ki­wa­ła od stu­den­tów wia­do­mo­ści wy­kra­cza­ją­cych poza ma­te­riał. Po pro­stu re­ali­zo­wa­ła pro­gram.

- No do­brze. - Za­trzy­ma­ła wzrok na stu­den­tach sie­dzą­cych w pierw­szych ław­kach. Na tych z tyłu wo­la­ła na­wet nie pa­trzeć. - Te­raz zbio­rę od was li­sty ulu­bio­nych sen­ten­cji wraz z tłu­ma­cze­nia­mi, a po­tem za­cznę od­py­ty­wać z wier­sza... - po­wie­dzia­ła z nie­sma­kiem.

Uwa­ża­ła, że przy­go­to­wa­nie li­sty sen­ten­cji ła­ciń­skich i wy­ku­cie na pa­mięć wier­sza po ła­ci­nie nie wy­kra­cza poza moż­li­wo­ści stu­den­tów pierw­sze­go roku po­lo­ni­sty­ki, ale naj­wy­raź­niej się my­li­ła. Mia­ła w pla­nach trze­cie ko­lo­kwium, ale po roz­mo­wie z dzie­ka­nem po­sta­no­wi­ła nie­co przy­sto­po­wać. Zdą­ży­ła prze­ro­bić z nimi wszyst­kie czte­ry ko­niu­ga­cje i od­mia­nę rze­czow­ni­ka przez przy­pad­ki. Po­tra­fi­li prze­tłu­ma­czyć krót­ki tekst, co uwa­ża­ła za ogrom­ny suk­ces. Praw­dę mó­wiąc, po­wo­li za­czy­na­ła do­pusz­czać do sie­bie myśl, że tra­fi­ła jej się wy­jąt­ko­wo po­jęt­na gru­pa, ale prze­glą­da­jąc ich re­fe­ra­ty, stra­ci­ła reszt­ki na­dziei.

- Po­wa­rio­wa­li, do resz­ty po­wa­rio­wa­li! - Krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. - Ro­zu­miem, że ko­rzy­sta­li­ście pań­stwo z tej sa­mej stro­ny in­ter­ne­to­wej? Mo­gli­ście so­bie za­dać cho­ciaż odro­bi­nę tru­du i uzgod­nić, kto ścią­ga sen­ten­cje z Wi­ki­pe­dii, a kto z fo­rum Im­pe­rium Ro­ma­num... A może mam to ro­zu­mieć ina­czej? Su­ge­ru­je­cie pań­stwo, że je­ste­ście aż tak jed­no­myśl­ni, że nu­me­rem je­den na ab­so­lut­nie wszyst­kich li­stach jest Homo ho­mi­ni lu­pus est?

Za­pa­dła ci­sza. Ża­den ze zgro­ma­dzo­nych na sali stu­den­tów na­wet nie drgnął. Wszy­scy wpa­try­wa­li się w Ad­rian­nę z mie­sza­ni­ną stra­chu i na­dziei. Od niej za­le­żał te­raz ich los. Ech, fi­lo­lo­dzy cho­ler­ni, przy­szłość na­ro­du. Aku­rat!

W koń­cu prze­mó­wił Bar­tek, któ­ry naj­wy­raź­niej był na tyle od­waż­ny albo na tyle głu­pi, żeby prze­rwać prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szę.

- My­ślę, że po pro­stu wszy­scy po­szli­śmy w kla­sy­kę - oznaj­mił nie­śmia­ło. Z każ­dym sło­wem brzmiał jed­nak pew­niej, bar­dziej zde­cy­do­wa­nie. - No, bo ja na przy­kład uwa­żam, że ci Rzy­mia­nie wie­dzie­li, co mó­wią, twier­dząc, że czło­wiek czło­wie­ko­wi wil­kiem jest! Naj­wy­raź­niej nie zmie­ni­ło się to od ty­się­cy lat, wciąż nie­trud­no do­stać od przy­ja­cie­la kosą w ple­cy, dla­te­go chy­ba wszy­scy do­szli­śmy do wnio­sku, że to naj­waż­niej­sza spo­śród tych... ekhm, tych ła­ciń­skich mą­dro­ści!

- Nie­trud­no do­stać kosą w ple­cy od przy­ja­cie­la - po­wtó­rzy­ła po nim Ad­rian­na. - Nie miał pan przy­pad­kiem na my­śli noża?

- No, prze­cież mó­wię!

"I ten czło­wiek może uczyć pol­skie­go moje wnu­ki. O ile oczy­wi­ście do­cze­kam wnu­ków" - po­my­śla­ła Ad­rian­na i prze­nio­sła wzrok z czer­wo­ne­go ze zde­ner­wo­wa­nia stu­den­ta na ko­lej­ną kart­kę z sen­ten­cja­mi.

Amor vin­cit omnia; Car­pe diem; Dum spi­ro, spe­ro; Dura lex, sed lex; Et tu, Bru­te, con­tra me?

Cóż, nie wy­si­li­li się. Jak to dzie­kan po­wie­dział? Ma być mniej wy­ma­ga­ją­ca dla stu­den­tów. Odro­bi­nę! Czy­li że co, ma ich do­ce­niać za to, że za­in­we­sto­wa­li w pa­pier do dru­kar­ki?

- W po­rząd­ku, przejdź­my do wier­sza - wes­tchnę­ła osten­ta­cyj­nie.

W re­zul­ta­cie do­pu­ści­ła do eg­za­mi­nu wszyst­kich stu­den­tów: nie tyl­ko z tej gru­py, ale też z dwóch ko­lej­nych. Uzna­ła, że naj­bliż­sza przy­szłość i tak zwe­ry­fi­ku­je ich wie­dzę. Eg­za­min po­le­gał na prze­tłu­ma­cze­niu frag­men­tu tek­stu. Zresz­tą stu­den­ci mo­gli mieć ze sobą słow­ni­ki, co zna­czą­co uła­twia­ło spra­wę. Ad­rian­na uwa­ża­ła, że trze­ba być wy­jąt­ko­wo "zdol­nym", żeby nie za­li­czyć tego te­stu, a jed­nak w pierw­szym ter­mi­nie zda­wa­ła mniej niż po­ło­wa stu­den­tów.

Nie zre­zy­gno­wa­ła chy­ba tyl­ko dla­te­go, że mimo opo­ru, z ja­kim spo­ty­ka­ła się na co dzień ze stro­ny mło­dzie­ży, lu­bi­ła to za­ję­cie i nie trak­to­wa­ła go jako stric­te do­cho­do­we­go. Ro­bi­ła to, co ko­cha­ła, to, czym za­wsze chcia­ła się zaj­mo­wać, mo­gła się więc uwa­żać za szczę­ścia­rę. I cho­ciaż ła­ci­na nie na­le­ża­ła do ję­zy­ków chęt­nie po­zna­wa­nych przez ko­lej­ne rocz­ni­ki stu­den­tów, zda­rza­ły się mo­men­ty, któ­re wy­na­gra­dza­ły cały jej trud. Jak­że wiel­ką czu­ła sa­tys­fak­cję, kie­dy oka­za­ło się, że jed­na z jej by­łych stu­den­tek po­dą­ży­ła jej śla­dem! Obec­nie Anna była kimś w ro­dza­ju przy­ja­ciół­ki Ad­rian­ny, cho­ciaż Ada, oso­ba z na­tu­ry ra­czej skry­ta, nie­wie­le opo­wia­da­ła jej o so­bie. Ra­zem dzia­ła­ły w Pol­skim To­wa­rzy­stwie Fi­lo­lo­gicz­nym, ści­śle współ­pra­co­wa­ły z Ko­łem Mło­dych Kla­sy­ków i to wła­śnie spra­wy za­wo­do­we były tym, o czym roz­ma­wia­ły naj­czę­ściej, cho­ciaż nie za­wsze. Ania cza­sem od­wie­dza­ła Ad­rian­nę w te­atrze i właś­nie na ten dzień za­po­wie­dzia­ła swo­ją wi­zy­tę. Chcia­ła zo­ba­czyć te kla­sycz­ne grec­kie ko­stiu­my, o któ­rych przy­ja­ciół­ka opo­wia­da­ła jej od kil­ku ty­go­dni.

Ania za­sta­ła Ad­rian­nę po­chy­lo­ną nad pro­jek­ta­mi, w któ­rych kre­śli­ła za­wzię­cie, co chwi­la zmie­nia­jąc kon­cep­cję. Wciąż nie mo­gła się zde­cy­do­wać, jak po­wi­nien wy­glą­dać współ­cze­sny Kre­on, a re­ży­ser wca­le jej nie po­ma­gał, bo nie miał ja­sno spre­cy­zo­wa­nej wi­zji.

- Cześć! - Ania wsu­nę­ła się nie­pew­nie do gar­de­ro­by. - Chy­ba ci prze­szka­dzam?

Ad­rian­na mach­nę­ła ręką, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że nie robi nic waż­ne­go, choć w isto­cie tak wła­śnie było. Stę­sk­ni­ła się jed­nak za przy­ja­ciół­ką, bo ostat­nio spo­ty­ka­ły się wy­łącz­nie w bie­gu mię­dzy za­ję­cia­mi na ko­ry­ta­rzach bu­dyn­ku Wy­dzia­łu Fi­lo­lo­gicz­ne­go albo w nie­wiel­kim ga­bi­ne­cie, któ­ry dzie­li­ły z in­ny­mi pra­cow­ni­ka­mi. Nie mia­ły cza­su ani moż­li­wo­ści, aby ze sobą po­mó­wić, a Ad­rian­na czu­ła, że właś­nie roz­mo­wa z przy­ja­ciół­ką jest tym, co po­mo­że jej roz­wiać wąt­pli­wo­ści.

- Masz już re­cen­zje do tej naj­now­szej pu­bli­ka­cji? - za­py­ta­ła Ad­rian­na, wsta­wia­jąc wodę na kawę.

Przez otwar­te okno do po­miesz­cze­nia do­sta­wa­ły się go­rą­ce po­wie­trze i dym ty­to­nio­wy. Pew­nie pra­cow­nik jed­ne­go z ban­ków, któ­rych przy prze­ci­na­ją­cej się z Ryn­kiem uli­cy War­szaw­skiej Ad­rian­na na­li­czy­ła kil­ka­na­ście, wy­szedł wła­śnie na pa­pie­ro­sa. Z uli­cy do­bie­ga­ły od­gło­sy pro­wa­dzo­nych pod­nie­sio­ny­mi gło­sa­mi roz­mów i dud­nie­nie tram­wa­ju.

- Tak, wszyst­ko jest go­to­we, ju­tro Pio­trek wy­śle tekst do dru­ku - po­twier­dzi­ła Anna.

- Ro­bię kawę. Na­pi­jesz się ze mną?

- Chęt­nie. Od rana kiep­sko się czu­ję, kawa po­win­na mnie po­sta­wić na nogi, cho­ciaż nie prze­pa­dam za go­rą­cy­mi na­po­ja­mi w taki upał. Aż żal spę­dzać tak pięk­ny dzień w mie­ście - oznaj­mi­ła przy­ja­ciół­ka, pa­trząc tę­sk­nie w stro­nę okna.

- W tym spoj­rze­niu do­strze­gam tę­sk­no­tę za pla­cem Sej­mu Ślą­skie­go! - Ro­ze­śmia­ła się Ad­rian­na. - Mó­wi­łam ci, że Ra­dek wró­cił do domu? - wspo­mnia­ła niby mi­mo­cho­dem, za­le­wa­jąc wrząt­kiem kawę.

Anna za­sty­gła w bez­ru­chu.

- Na­praw­dę? I do­pie­ro te­raz mi o tym mó­wisz?! Opo­wia­daj!

Ad­rian­na uśmiech­nę­ła się, po­da­jąc ko­le­żan­ce ku­bek z kawą.

- Bez cu­kru, z mle­kiem, taka jak lu­bisz! - Usia­dła wy­god­nie na krze­śle ob­ro­to­wym i po­cią­gnę­ła nie­wiel­ki łyk. - Na­praw­dę my­śla­łam, że już wszyst­ko skoń­czo­ne, a tym­cza­sem znów jest tak, jak na po­cząt­ku... - ode­zwa­ła się nie­śmia­ło.

- Ale jak? Dla­cze­go? Nie wspo­mi­na­łaś, że chcesz do nie­go wró­cić! - zdzi­wi­ła się Anna.

- Praw­dę mó­wiąc, nie pla­no­wa­łam tego - przy­zna­ła Ada, strze­pu­jąc z ra­mie­nia nie­wi­docz­ny py­łek. - Umó­wi­li­śmy się z Rad­kiem na ko­la­cję, chcie­li­śmy po­roz­ma­wiać o Mal­wi­nie i... - Urwa­ła zna­czą­co. - Nie po­roz­ma­wia­li­śmy, a Ra­dek zo­stał na noc. Rano nie wie­dzia­łam, jak się za­cho­wać, nie mia­łam po­ję­cia, jak on po­strze­ga to, do cze­go mię­dzy nami do­szło.

- Ale zo­stał już na sta­łe? - do­my­śli­ła się Anna.

Ad­rian­na przy­tak­nę­ła.

- Na to wy­glą­da! Chy­ba obo­je po­trze­bo­wa­li­śmy prze­rwy, aby wszyst­ko prze­my­śleć i zro­zu­mieć, jak dużo dla sie­bie zna­czy­my. - Pro­mie­nia­ła, a Anna po­my­śla­ła, że na­wet gdy­by star­sza ko­le­żan­ka jej się nie zwie­rzy­ła, ona i tak wie­dzia­ła­by, że mu­sia­ła zajść w jej ży­ciu ja­kaś zmia­na. Duża zmia­na. - Ża­łu­ję tyl­ko, że stra­ci­li­śmy tak dużo cza­su.

- Ko­niec koń­ców, wy­szło wam to na do­bre - pod­su­mo­wa­ła Anna. - A jak z Mal­wi­ną?

- Żad­nej po­pra­wy - wes­tchnę­ła Ad­rian­na i od­sta­wi­ła nie­do­pi­tą kawę na biur­ko. Szyb­ko zmie­ni­ła te­mat. - Dzi­siaj mu­szę wyjść z pra­cy tro­chę wcześ­niej, bo, uwa­ga, idzie­my z Rad­kiem na rand­kę! Nie wiem, co on wy­my­ślił, ale obie­cał mnie za­sko­czyć.

Anna za śmie­chem po­krę­ci­ła gło­wą.

- Co za hi­sto­ria!

Ad­rian­na spoj­rza­ła na przy­ja­ciół­kę nie­pew­nie.

- Nie wiem sama, czy do­brze ro­bię... - Przy­gry­zła war­gę. - Co o tym my­ślisz?

- Co ja o tym my­ślę? - zdzi­wi­ła się Anna. - Prze­cież od po­cząt­ku mó­wi­łam ci, że w ogó­le nie po­win­ni­ście się roz­sta­wać!

- Niby tak - Ad­rian­na odro­bi­nę nie­chęt­nie przy­zna­ła jej ra­cję - ale sko­ro się roz­sta­li­śmy, nie bez po­wo­du prze­cież, to może tyl­ko się wy­głu­pi­my i znów...

- Ciii! - prze­rwa­ła jej ze znie­cier­pli­wie­niem Anna. - Na­wet tak nie myśl! Bar­dzo się cie­szę two­im szczę­ściem. Po­ka­żesz mi te ko­stiu­my? Nie chcę ci zaj­mo­wać zbyt wie­le cza­su, sko­ro ma­cie dzi­siaj rand­kę!

* * *

Ad­rian­na umó­wi­ła się z Rad­kiem w domu. Uzna­li, że tak bę­dzie roz­sąd­niej, niż po­tem wra­cać dwo­ma sa­mo­cho­da­mi. Kie­dy wy­szła z bu­dyn­ku te­atru, ude­rzy­ła ją fala go­rą­ca.

Lato w mie­ście za­czę­ło się od na­praw­dę moc­ne­go ak­cen­tu. Lo­kal­ne lo­dziar­nie prze­ży­wa­ły praw­dzi­we ob­lę­że­nie, a dzie­ci ocho­czo ko­rzy­sta­ły z po­sta­wio­nej na Ryn­ku kur­ty­ny wod­nej. Ad­rian­na dzię­ko­wa­ła Bogu za spraw­ną kli­ma­ty­za­cję w sa­mo­cho­dzie. Dość szyb­ko prze­do­sta­ła się na dru­gą stro­nę cen­trum i na­wet zna­la­zła wol­ne miej­sce par­kin­go­we w od­le­gło­ści stu me­trów od wej­ścia do klat­ki scho­do­wej, co wca­le nie było ta­kie oczy­wi­ste. Wje­cha­ła win­dą na ósme pię­tro. Rad­ka nie było jesz­cze w domu. Ad­rian­na wzię­ła szyb­ki prysz­nic, prze­bra­ła się i po­de­szła do okna.

Miesz­ka­nie przy uli­cy Kor­fan­te­go, któ­ra była jed­ną z naj­dłuż­szych w mie­ście - za­czy­na­ła się przy Ryn­ku, a koń­czy­ła na gra­ni­cy Ka­to­wic i Sie­mia­no­wic Ślą­skich - mia­ło swo­je nie­wąt­pli­we plu­sy. Choć­by wi­do­ki. Ad­rian­na zda­wa­ła so­bie spra­wę, że więk­szość lu­dzi po­sta­wi­ła­by na wiej­ski kra­jo­braz, ale ona lu­bi­ła wy­glą­dać przez okno na Spodek, ron­do i, nie­co w od­da­li, Ry­nek. Ob­ser­wo­wa­ła sa­mo­cho­dy, tram­wa­je, prze­chod­niów, za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd się spie­szą. Kto cze­ka na nich w domu, kim są, czym się zaj­mu­ją? Cza­sem ła­pa­ła się na tym, że two­rzy­ła w swo­jej gło­wie całe hi­sto­rie. O, ta ko­bie­ta z dwoj­giem dzie­ci z całą pew­no­ścią wra­ca z przed­szko­la, do­kąd po dro­dze z pra­cy wstą­pi­ła, by je ode­brać. Jest zde­ner­wo­wa­na, bo na­uczy­ciel­ka ża­li­ła się, że młod­szy z chłop­ców zno­wu ude­rzył ko­le­gę z gru­py. A tam­ten męż­czy­zna je­dzie do domu, aby po­wie­dzieć żo­nie, że to ko­niec, że po­znał inną, że się za­ko­chał...

Otrzą­snę­ła się, kie­dy usły­sza­ła zgrzyt klu­cza w zam­ku. Ra­dek wró­cił do miesz­ka­nia. Jego obec­ność nie zdą­ży­ła jej spo­wsze­dnieć. Każ­dy wspól­nie spę­dzo­ny dzień ce­le­bro­wa­li jak naj­waż­niej­sze świę­to. Ad­rian­na chcia­ła, aby tak zo­sta­ło już na za­wsze, ale wie­dzia­ła, że to nie ta­kie pro­ste. Póź­niej do­cho­dzi pro­za ży­cia, obec­ność dru­gie­go czło­wie­ka sta­je się czymś zwy­czaj­nym. Już raz tak było...

- Je­steś go­to­wa? - za­py­tał, kie­dy się przy­wi­ta­li. - Dasz mi pięć mi­nut? We­zmę tyl­ko szyb­ki prysz­nic.

W stro­nę cen­trum po­szli pie­szo, szu­ka­jąc schro­nie­nia w cie­niu drzew i bu­dyn­ków. Nie­ste­ty, tych dru­gich było zde­cy­do­wa­nie wię­cej, co wciąż mar­twi­ło Ad­rian­nę. W ostat­nich wy­bo­rach sa­mo­rzą­do­wych gło­so­wa­ła na kan­dy­da­ta, dla któ­re­go spra­wy zmian kli­ma­tu były istot­ne, ale nie­ste­ty nie prze­szedł na­wet do dru­giej tury. Pro­blem był szcze­gól­nie waż­ny i od­czu­wal­ny na Ślą­sku, któ­ry od paź­dzier­ni­ka do kwiet­nia du­sił się w smo­gu. Ale tam­te­go dnia Ad­rian­na była taka szczę­śli­wa, że zmia­ny kli­ma­tycz­ne były ostat­nim, o czym my­śla­ła. Są­dzi­ła, że za­ko­cha­nie już jej nie gro­zi. Mia­ła czter­dzie­ści pięć lat. To nie jest wiek na mo­ty­le w brzu­chu, czyż nie? A wła­śnie gu­zik praw­da! Ad­rian­na wła­śnie prze­ko­ny­wa­ła się, że każ­dy wiek jest od­po­wied­ni na mi­łość. Moż­na się za­ko­chać, ma­jąc pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia, czter­dzie­ści czy osiem­dzie­siąt lat. Ba, moż­na się na­wet za­ko­chać po raz dru­gi w tym sa­mym czło­wie­ku, cze­go sama była naj­lep­szym przy­kła­dem.

- Dla­cze­go się śmie­jesz? - zdzi­wił się Ra­dek.

- Śmie­ję? - Te­raz z ko­lei Ad­rian­na była zdu­mio­na. - Po pro­stu się cie­szę!

Ra­dek moc­niej ści­snął jej dłoń. Jak on ją ro­zu­miał! Kie­dy Ad­rian­na po­zwo­li­ła mu wró­cić, po­czuł, że może wszyst­ko. Prze­ciw­no­ści losu nie były mu już strasz­ne. Sko­ro znów ze sobą byli - a obo­je daw­no stra­ci­li na­dzie­ję na to, że uda im się osiąg­nąć po­ro­zu­mie­nie - tak na­praw­dę nie ist­nia­ły już żad­ne prze­szko­dy do po­ko­na­nia. Żad­ne!

Za­pro­sił ją do Bar a Boo. Wcze­śniej za­się­gnął ję­zy­ka u zna­jo­mych i do­wie­dział się, że to właś­nie tam war­to się wy­brać. Nie­wiel­ka re­stau­ra­cja na sa­mym koń­cu uli­cy Ma­riac­kiej, tuż przed ko­ścio­łem, przy­cią­ga­ła po­dob­no rze­sze mi­ło­śni­ków wło­skiej kuch­ni.

- Tyl­ko nie za­po­mnij za­re­zer­wo­wać sto­li­ka! - po­ra­dził mu ko­le­ga, Pa­weł. - Ja ostat­nio cze­ka­łem trzy­dzie­ści mi­nut, aż się coś zwol­ni.

Ra­dek za­trzy­mał się przed bia­ły­mi drzwia­mi i spoj­rzał w górę na szyld.

- To chy­ba tu­taj.

- Ni­g­dy tu nie by­łam - stwier­dzi­ła Ad­rian­na, któ­ra rzad­ko wy­cho­dzi­ła na mia­sto.

Nie mia­ła z kim. Daw­niej, jesz­cze kie­dy łą­czy­ły ją z Mal­wi­ną ser­decz­niej­sze sto­sun­ki, cór­ka cza­sem za­bie­ra­ła ją do któ­rejś z mod­nych ka­to­wic­kich knajp, aby mat­ka spró­bo­wa­ła no­we­go ro­dza­ju su­shi czy kuch­ni mek­sy­kań­skiej. Ale Mal­wi­na już od dłuż­sze­go cza­su ni­g­dzie z Ad­rian­ną nie wy­cho­dzi­ła.

- Ja też nie, ale kil­ka osób po­le­ca­ło mi to miej­sce.

Ze­szli schod­ka­mi w dół i ro­zej­rze­li się wo­kół. Mimo su­ro­we­go wy­stro­ju wnę­trze spra­wia­ło wra­że­nie przy­tul­ne­go. Czer­wo­na ce­gła nie­źle się pre­zen­to­wa­ła w po­łą­cze­niu z bia­ły­mi sto­li­ka­mi i krze­sła­mi oraz wi­szą­cy­mi ży­ran­do­la­mi. Kel­ner­ka wska­za­ła im sto­lik, po czym znik­nę­ła, za­ję­ta ob­słu­gą in­nych go­ści.

- Na co masz ocho­tę? - za­py­tał Ra­dek.

Ad­rian­na po­chy­li­ła się nad kar­tą i zmarsz­czy­ła nos. Mąż przy­glą­dał jej się w mil­cze­niu. Wie­dział, że upstrzo­ny pie­ga­mi, za­dar­ty, mały nos jest źró­dłem jej kom­plek­sów, nic jed­nak nie mógł po­ra­dzić na to, że uwa­żał, iż jest uro­czy.

- Znów się na mnie ga­pisz - wy­mam­ro­ta­ła Ad­rian­na, czu­jąc na so­bie wzrok Rad­ka.

- Bo lu­bię.

- Dla mnie bę­dzie sa­łat­ka z ko­zim se­rem.

- Na­praw­dę tak się sta­ra­łem tyl­ko po to, że­byś za­mó­wi­ła sa­łat­kę?

Ad­rian­na par­sk­nę­ła śmie­chem.

- Masz ra­cję. Po­pro­szę krem z po­mi­do­rów i pa­par­del­le z po­lę­dwicz­ką wie­przo­wą, pod­grzyb­ka­mi, su­szo­ny­mi po­mi­do­ra­mi, ce­bu­lą, czosn­kiem i so­sem win­no-ma­śla­nym.

Ra­dek spoj­rzał na nią roz­bie­ga­nym wzro­kiem, na co ona prze­wró­ci­ła ocza­mi. Po co py­tał, sko­ro ni­g­dy nie mógł za­pa­mię­tać?

- Dzie­wią­ta po­zy­cja w menu.

Twarz męż­czy­zny się roz­ch­mu­rzy­ła.

- W po­rząd­ku. Wy­glą­da na to, że za­ma­wia się przy ba­rze. Po­cze­kaj na mnie chwi­lę, pro­szę.

- A ty co wy­bra­łeś?

- Piz­zę z so­sem śmie­ta­no­wym, bocz­kiem i po­rem. - Ra­dek wska­zał pal­cem wy­bra­ną po­zy­cję w menu.

- Nie­źle, to może być cie­ka­we!

- Może ty też zjesz piz­zę?

Kie­dyś, w po­przed­nim ży­ciu, Ad­rian­nę bar­dzo iry­to­wa­ło to, że mąż sta­ra się ją uszczę­śli­wiać na siłę. Te­raz jed­nak nie zwra­ca­ła na to więk­szej uwa­gi. Nie ma sen­su się kłó­cić. Prze­ko­na­ła się już prze­cież, jak wy­glą­da rze­czy­wi­stość bez nie­go, i oka­za­ło się, że wca­le nie jest lep­sza.

- Nie, dzię­ku­ję, weź mi ten ma­ka­ron i krem z po­mi­do­rów, tak jak pro­si­łam.

Ra­dek znik­nął przy ba­rze, a Ad­rian­na mi­mo­wol­nie się ro­zej­rza­ła. Za każ­dym ra­zem, kie­dy wy­cho­dzi­ła z domu, oba­wia­ła się, że spo­tka któ­re­goś ze stu­den­tów i nie bę­dzie wie­dzia­ła, jak się za­cho­wać. Z tego po­wo­du zresz­tą jed­na z wy­kła­dow­czyń ni­g­dy nie za­ma­wia­ła al­ko­ho­lu w miej­scach pu­blicz­nych. Ad­rian­na uwa­ża­ła to za prze­sa­dę, ale sama czu­ła się nie­swo­jo. Tym ra­zem lu­stra­cja prze­bie­gła po­myśl­nie. Nie do­strze­gła ni­ko­go zna­jo­me­go.

- Już je­stem. - Ra­dek usiadł na­prze­ciw­ko Ad­rian­ny. - Na­sze za­mó­wie­nie bę­dzie go­to­we za ja­kieś pięt­na­ście mi­nut. A ty szu­kasz swo­ich stu­den­tów? - Ro­ze­śmiał się, wi­dząc roz­bie­ga­ny wzrok żony.

- To ode mnie sil­niej­sze - przy­zna­ła.

- Je­steś pew­na, że na­dal chcesz cią­gnąć te wy­kła­dy i ćwi­cze­nia ze stu­den­ta­mi? Wiesz, że nie mu­sisz tego ro­bić... - za­czął ostroż­nie Ra­dek.

Nie chciał zo­stać źle ode­bra­ny, ale uwa­żał, że Ad­rian­na się prze­pra­co­wu­je.

- Wiem, ale nie chcę re­zy­gno­wać. Te­atr jest na pierw­szym miej­scu, ale w koń­cu kie­dyś z ja­kie­goś po­wo­du wy­bra­łam fi­lo­lo­gię kla­sycz­ną!

- Bo je­śli cho­dzi o fi­nan­se...

- Nie cho­dzi o fi­nan­se, a o... - Ad­rian­na się za­my­śli­ła. - Chy­ba o ideę. Zda­ję so­bie spra­wę, że więk­szość stu­den­tów ma głę­bo­ko w du­pie ła­ci­nę i moje sta­ra­nia, żeby cze­goś ich na­uczyć, ale prze­cież tra­fia­ją się tacy jak Ania.

- Ile ta­kich Ań spo­tka­łaś przez ostat­nich dwa­dzie­ścia lat?

Ad­rian­na uśmiech­nę­ła się smut­no.

- Ona jest je­dy­na i nie­po­wta­rzal­na. Zre­zy­gnu­ję, je­śli będę czu­ła, że nie dam rady, albo po­ja­wi się wy­pa­le­nie, ale na ra­zie jest w po­rząd­ku. To tyl­ko kil­ka go­dzin w ty­go­dniu, a w te­atrze też nie pra­cu­ję prze­cież od ósmej do szes­na­stej! W grun­cie rze­czy mam spo­ro wol­ne­go cza­su. Ostat­nio na­wet do­sta­łam pew­ną pro­po­zy­cję... - za­czę­ła ta­jem­ni­czo.

- Na­praw­dę? Zdra­dzisz coś wię­cej?

Kel­ner­ka po­sta­wi­ła na sto­li­ku bu­tel­kę le­mo­nia­dy i dwie szklan­ki.

- Na ra­zie tyl­ko tyle, że pra­co­wa­ła­bym z tymi sa­my­mi ludź­mi, co przy Pa­niach Dul­skich.

- Z Ba­jo­nem? To fan­ta­stycz­na wia­do­mość! - roz­e­mo­cjo­no­wał się Ra­dek.

- To nic pew­ne­go. Mu­sia­ła­bym znów na ja­kiś czas wy­je­chać, a bar­dzo za­le­ży mi na tej sztu­ce, nad któ­rą te­raz pra­cu­je­my - po­wie­dzia­ła Ad­rian­na, ob­da­rza­jąc sze­ro­kim uśmie­chem kel­ner­kę, któ­ra wła­śnie po­da­ła jej ta­lerz z kre­mem z po­mi­do­rów.

- Za­wsze cię po­dzi­wia­łem. Mo­gła­byś zro­bić ka­rie­rę w fil­mie, a ty od lat na pierw­szym miej­scu sta­wiasz te­atr.

- Nie za­le­ży mi na roz­gło­sie - rzu­ci­ła lek­ko Ad­rian­na. - Poza tym... na­praw­dę uwa­żasz, że ko­stiu­mo­graf może zro­bić ka­rie­rę? W Hol­ly­wo­od, ow­szem, ale w Pol­sce?

Ra­dek uciekł wzro­kiem. Nie wie­dział, co miał­by od­po­wie­dzieć. Cza­sem ła­pał się na my­śli, że w ogó­le do sie­bie nie pa­su­ją. On - le­karz, ści­sło­wiec, prag­ma­tyk. I ona - po tro­sze ar­tyst­ka, po tro­sze fi­lo­loż­ka, za­ko­twi­czo­na w świe­cie kul­tu­ry i sztu­ki. Coś jed­nak kie­dyś mię­dzy nimi za­iskrzy­ło, a ogień pło­nął od wie­lu lat.

- Słu­chaj... Czy Mal­wi­na się ostat­nio z tobą kon­tak­to­wa­ła? - za­py­tał, de­li­kat­nie głasz­cząc jej lewą dłoń, któ­ra spo­czy­wa­ła na sto­le.

Ad­rian­na po­my­śla­ła, że nie pa­mię­ta, kie­dy po raz ostat­ni zde­cy­do­wał się na taki gest. Gdzieś w pod­świa­do­mo­ści to­wa­rzy­szył jej lęk, że szczę­ście nie zo­sta­ło jej dane raz na za­wsze. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak ła­two moż­na się po­gu­bić, ale nie chcia­ła się nad tym za­sta­na­wiać. Nie te­raz.

- Nie. Pew­nie za­dzwo­ni, jak bę­dzie cze­goś po­trze­bo­wa­ła - po­wie­dzia­ła.

Ra­dek po­krę­cił gło­wą z nie­za­do­wo­le­niem.

- Wiesz, że tak nie po­win­no być. Może po­win­ni­śmy ją od­ciąć od źró­dła go­tów­ki, wte­dy sama przyj­dzie... - za­su­ge­ro­wał.

Ad­rian­na bły­ska­wicz­nie za­pro­te­sto­wa­ła.

- By­li­śmy o krok od jej utra­ty. Boję się, że je­śli te­raz się od niej od­wró­ci­my... - prze­łknę­ła gło­śno śli­nę - to stra­ci­my ją na do­bre.

- Mal­wi­na prze­cho­dzi te­raz trud­ny okres. Zresz­tą to nie był ła­twy czas dla nas wszyst­kich - sko­men­to­wał Ra­dek, po­ru­sza­jąc się nie­spo­koj­nie.

- My­ślisz, że ona... że ona bę­dzie chcia­ła od­na­leźć swo­ich bio­lo­gicz­nych ro­dzi­ców? - wy­rzu­ci­ła z sie­bie Ad­rian­na.

My­śla­ła o tym od daw­na, ale do­tych­czas ni­g­dy nie od­wa­ży­ła się wy­ra­zić swo­ich obaw na głos.

- Za­py­taj ją o to. Wa­szych re­la­cji nie moż­na na­zwać ide­al­ny­mi, ale i tak masz z nią lep­szy kon­takt niż ja - przy­znał ze smut­kiem.

Ad­rian­na od­su­nę­ła od sie­bie ta­lerz po zu­pie.

- Gdy­by­śmy tyl­ko nie ro­bi­li z ad­op­cji ta­kiej wiel­kiej ta­jem­ni­cy...

- Ko­ja­rzysz Ewe­li­nę ode mnie z pra­cy? - Ra­dek zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie zmie­nił te­mat.

- Chy­ba tak. - Ada się za­wa­ha­ła, cmo­ka­jąc przy tym z dez­apro­ba­tą. Nie po­do­ba­ło jej się, że mąż uni­kał roz­mów o Mal­wi­nie. - Ale co ona ma z tym wszyst­kim wspól­ne­go?

- Ewe­li­na i jej mąż nie­daw­no ad­op­to­wa­li dziec­ko - wy­ja­śnił, a ona w jed­nej se­kun­dzie zro­zu­mia­ła, do cze­go dąży Ra­dek. - Ob­ser­wu­ję ich i tak bar­dzo im za­zdrosz­czę tej od­wa­gi i pew­no­ści sie­bie w roz­mo­wach o ad­op­cji! My nie po­tra­fi­li­śmy o tym mó­wić, było w tym dla nas coś wsty­dli­we­go, wy­da­wa­ło nam się, że ad­op­cja robi z nas gor­szych ro­dzi­ców...

Ad­rian­na wstrzy­ma­ła od­dech.

- Na­dal masz do mnie żal, praw­da? Ob­wi­niasz mnie, bo to ja nie chcia­łam po­wie­dzieć Mal­wi­nie praw­dy?

Przy sto­li­ku za­pa­dła ci­sza, bo po­ja­wi­ła się przy nim kel­ner­ka z po­zo­sta­ły­mi da­nia­mi. Ad­rian­na po­dzię­ko­wa­ła, kie­dy mło­da dziew­czy­na po­sta­wi­ła przed nią ta­lerz z ma­ka­ro­nem, ale Ra­dek ani drgnął, kie­dy sta­nę­ła przed nim piz­za.

- Nie - oznaj­mił z sza­lo­ną po­wa­gą, kie­dy kel­ner­ka już ode­szła. - I prze­pra­szam za wszyst­ko to, co po­wie­dzia­łem... - Opu­ścił ze wsty­dem gło­wę. - Je­ste­śmy w ta­kim sa­mym stop­niu od­po­wie­dzial­ni za to, co się sta­ło!

- Co ta ko­bie­ta w ogó­le so­bie my­śla­ła, opo­wia­da­jąc o wszyst­kim Mal­wi­nie?! Kto dał jej ta­kie pra­wo? - prych­nę­ła ci­chut­ko Ad­rian­na.

Mal­wi­na po­zna­ła praw­dę w naj­gor­szy z moż­li­wych spo­so­bów. Choć wów­czas wy­da­wa­ło im się, że każ­dy jest tym naj­gor­szym. Nie wy­obra­ża­li so­bie, że cór­ka mo­gła­by się do­wie­dzieć, że jest ad­op­to­wa­na. Naj­pierw utrzy­my­wa­li, że po­wie­dzą jej, kie­dy do­ro­śnie, ale po­tem... cóż. Po­tem wy­da­wa­ło im się, że ża­den mo­ment nie jest od­po­wied­ni. Naj­pierw Mal­wi­na była za mała, po­tem zbyt za­gu­bio­na, jesz­cze póź­niej - zbyt ne­ga­tyw­nie na­sta­wio­na do świa­ta. Prze­ży­wa­ła bunt wie­ku doj­rze­wa­nia o wie­le in­ten­syw­niej niż jej ko­le­żan­ki, jak­by czu­ła, że nie wszyst­ko jest na swo­im miej­scu, że coś jej w tej ukła­dan­ce nie pa­su­je. Wciąż szu­ka­ła od­po­wie­dzi, głu­pio ry­zy­ko­wa­ła, na­ra­ża­ła sie­bie i bli­skich, za­da­jąc się z po­dej­rza­nym to­wa­rzy­stwem. Eks­pe­ry­men­to­wa­ła z al­ko­ho­lem, kil­ka razy zna­leź­li u niej ma­ri­hu­anę. Ad­rian­na sza­la­ła z nie­po­ko­ju, ale Ra­dek prze­ko­ny­wał ją, że to mi­nie.

- Sam w jej wie­ku cza­sem po­pa­la­łem traw­kę, a wy­sze­dłem na lu­dzi! - uspo­ka­jał żonę.

Kwe­stia po­cho­dze­nia Mal­wi­ny zo­sta­ła ze­pchnię­ta na dal­szy tor. Wpraw­dzie Ra­dek od cza­su do cza­su prze­bą­ki­wał, że mu­szą z nią po­roz­ma­wiać, ale Ad­rian­na na­wet nie chcia­ła o tym sły­szeć.

- Nie te­raz, ona jest taka za­gu­bio­na! - roz­pa­cza­ła.

Mia­ła ci­chą na­dzie­ję, że praw­da ni­g­dy nie wyj­dzie na jaw. Kła­ma­ła dla do­bra Mal­wi­ny. I na­wet sama przed sobą nie chcia­ła przy­znać, że to nie­je­dy­ny po­wód, dla któ­re­go nie chce po­wie­dzieć cór­ce, iż jest ad­op­to­wa­na. Była za­zdro­sna o pierw­szą mat­kę dziew­czy­ny. Bała się, że je­śli Mal­wi­na po­zna praw­dę, wy­bie­rze swo­ją bio­lo­gicz­ną ro­dzi­nę, a tego Ad­rian­na by nie prze­ży­ła. Ko­niec koń­ców ja­koś po­ra­dzi­ła so­bie z odej­ściem Rad­ka, ale nie po­dźwi­gnę­ła­by się po utra­cie cór­ki.

Mal­wi­na do­wie­dzia­ła się od mat­ki swo­je­go ko­le­gi. Nikt z ro­dzi­ny się nie wy­ga­dał. Mil­cze­li też bliż­si i dal­si zna­jo­mi. Wszy­scy sza­no­wa­li de­cy­zję Ady i Rad­ka, cho­ciaż po ci­chu pew­nie się z nią nie zga­dza­li. Dziew­czy­na po­zna­ła praw­dę od przy­pad­ko­wej oso­by, któ­ra kie­dyś coś od ko­goś usły­sza­ła i do­śpie­wa­ła so­bie resz­tę.

To był czas, kie­dy Mal­wi­nie im­po­no­wa­li star­si ko­le­dzy. Ra­dek czuł, że prze­sta­je mieć kon­tro­lę nad tym, co robi cór­ka, dla­te­go zde­cy­do­wa­nie za­bro­nił jej spo­ty­kać się z po­dej­rza­nym to­wa­rzy­stwem, ale ona ro­ze­śmia­ła mu się w twarz.

- Je­stem do­ro­sła! - wy­krzy­ki­wa­ła, za nic ma­jąc to, że jest śro­dek nocy i swo­im ko­lej­nym póź­nym po­wro­tem obu­dzi­ła do­mow­ni­ków i są­sia­dów. - Skoń­czy­łam osiem­na­ście lat, nie mo­żesz mi już wy­bie­rać zna­jo­mych!

- Ow­szem, mogę! Je­steś na moim utrzy­ma­niu, miesz­kasz pod moim da­chem i mu­sisz do­pa­so­wać się do pa­nu­ją­cych w tym domu re­guł! Ni­g­dy nie po­zwo­lę ci się za­da­wać z taką pa­to­lo­gią!

Naj­chęt­niej prze­ło­żył­by tę gów­nia­rę przez ko­la­no i zlał po­rząd­nie po tył­ku! Ale oczy­wi­ście tego nie zro­bił. Mimo że do­pro­wa­dza­ła go do osta­tecz­no­ści, po­tra­fił się po­wstrzy­mać.

- My­ślisz, że je­steś lep­szy od nich, bo jeź­dzisz nową rav czwór­ką? - Mal­wi­na ze zło­ścią zmru­ży­ła oczy. - Bo pra­cu­jesz w ja­kiejś pry­wat­nej kli­ni­ce dla bo­ga­czy, a mat­ka bawi się w te­atr i w ra­mach hob­by wy­kła­da na uni­wer­ku, pod­czas gdy w grun­cie rze­czy nie mu­sia­ła­by ro­bić nic? To spra­wia, że je­ste­ście lep­si od in­nych?

- O czym ty mó­wisz?! Za­wsze z po­wta­rza­li­śmy ci z mamą, że nie wol­no oce­niać lu­dzi przez pry­zmat ich port­fe­la, i ni­g­dy tego nie ro­bi­my. Nie cho­dzi o to, że ci lu­dzie nie mają pie­nię­dzy, tyl­ko o to, że są zwy­czaj­nie nie­bez­piecz­ni! - Ra­dek krzy­czał co­raz gło­śniej. Do tej dzie­wu­chy nie tra­fia­ły żad­ne ar­gu­men­ty!

- Na­wet ich nie znasz, osą­dzasz ich po po­zo­rach!

Ra­dek bar­dzo chciał­by się my­lić. Na­praw­dę. A jed­nak nowi ko­le­dzy Mal­wi­ny byli do­brze zna­ni po­li­cji i są­sia­dom. To byli lu­dzie, na któ­rych wi­dok bez­piecz­niej jest przejść na dru­gą stro­nę uli­cy. A jego cór­ka się z nimi pro­wa­dza­ła! Jak do tego w ogó­le do­szło?!

Pod­czas wi­zy­ty Mal­wi­ny u jed­ne­go z ko­le­gów jego mat­ka pod wpły­wem al­ko­ho­lu wy­gar­nę­ła jej, że jest ad­op­to­wa­na. Wcze­śniej wy­wo­ła­ła awan­tu­rę, żą­da­jąc, by syn dał jej pie­nią­dze, a kie­dy chło­pak się po­sta­wił, ze­mści­ła się na jego ko­le­żan­ce.

- Czy to praw­da? - za­py­ta­ła dziew­czy­na, kie­dy wró­ci­ła do domu.

Ad­rian­na na jej wi­dok za­sło­ni­ła dło­nią usta. Mal­wi­na wy­glą­da­ła strasz­nie. Była prze­mo­czo­na do su­chej nit­ki - naj­wy­raź­niej wra­ca­ła do domu pie­szo w ulew­nym desz­czu. Ma­ki­jaż spły­nął jej wraz z desz­czem, a może ze łza­mi? Naj­gor­sze jed­nak po­zo­sta­wa­ły jej oczy. Nie wy­ra­ża­ły kom­plet­nie nic. Zero bólu, za­sko­cze­nia, stra­chu czy roz­cza­ro­wa­nia. Ad­rian­na zo­ba­czy­ła w nich tyl­ko pust­kę.

- Co masz na my­śli? - Za­drża­ła.

Wie­dzia­ła, kie­dy tyl­ko Mal­wi­na we­szła do miesz­ka­nia, ale chcia­ła prze­dłu­żyć tę chwi­lę, odło­żyć mo­ment, kie­dy bę­dzie mu­sia­ła wy­znać cór­ce praw­dę.

Ra­dek wy­szedł z po­ko­ju i za­stygł w bez­ru­chu. Chy­ba i on bez­błęd­nie wy­czuł sy­tu­ację.

- Czy je­stem ad­op­to­wa­na?

Ad­rian­na szu­ka­ła ra­tun­ku u Rad­ka, Ra­dek szu­kał ra­tun­ku u Ad­rian­ny. Nie wie­dzie­li, co po­wie­dzieć. Wie­le razy roz­pi­sy­wa­li so­bie w gło­wie sce­na­riusz tej roz­mo­wy, ale żad­ne na­wet nie po­my­śla­ło, że ta sce­na bę­dzie wy­glą­dać wła­śnie tak. Że Mal­wi­na weź­mie ich z za­sko­cze­nia.

- Pro­szę cię, po­roz­ma­wiaj­my... - Ad­rian­na pró­bo­wa­ła ra­to­wać sy­tu­ację, ale Mal­wi­na nie po­zwo­li­ła jej się zbli­żyć.

- Okła­my­wa­li­ście mnie przez tyle lat, cho­ciaż raz po­wiedz­cie mi praw­dę! - za­łka­ła.

Ra­dek gło­śno wes­tchnął.

- Tak, skar­bie, je­steś ad­op­to­wa­na, ale to w ża­den spo­sób nie zmie­nia na­szych uczuć do cie­bie. Je­steś dla nas wszyst­kim i...

Ale Mal­wi­na nie po­zwo­li­ła mu skoń­czyć. Wy­krzy­ki­wa­ła strasz­ne rze­czy - że ich nie­na­wi­dzi, że nie chce ich znać i że w grun­cie rze­czy za­wsze to czu­ła.

- Ni­g­dy do was nie pa­so­wa­łam! Ni­g­dy! - Scho­wa­ła twarz w dło­niach i gło­śno za­szlo­cha­ła.

Ad­rian­na chcia­ła do niej po­dejść i ją przy­tu­lić, ale ona na to nie po­zwo­li­ła.

- Zo­staw mnie! Je­steś dla mnie kom­plet­nie obcą oso­bą!

To za­bo­la­ło Adę naj­bar­dziej. Sku­li­ła się i in­stynk­tow­nie przy­go­to­wa­ła na ko­lej­ny cios, któ­ry nad­szedł, ale żad­ne z nich nie spo­dzie­wa­ło się, że na­stą­pi wła­śnie z tej stro­ny.

- Wy­pro­wa­dzam się do bab­ci - oznaj­mi­ła na­stęp­ne­go dnia Mal­wi­na.

Ad­rian­na na­tych­miast zła­pa­ła za te­le­fon i za­dzwo­ni­ła do swo­jej mat­ki.

- Jak mo­głaś mi to zro­bić? - za­czę­ła od wy­rzu­tu. - Przez cie­bie stra­cę cór­kę!

Sa­bi­na jako je­dy­na z ca­łej ro­dzi­ny po­tra­fi­ła po­wścią­gnąć emo­cje i spoj­rzeć na całą spra­wę z dys­tan­sem.

- Wo­lisz, żeby po­miesz­ki­wa­ła ką­tem u któ­rejś z ko­le­ża­nek albo, nie daj Boże, ja­kie­goś ko­le­gi? - Mat­ka Ady jak za­wsze była do bólu prag­ma­tycz­na. - Mnie też nie po­do­ba się ta cała sy­tu­acja, ale uwa­żam, że z dwoj­ga złe­go le­piej, żeby za­trzy­ma­ła się u mnie!

Ad­rian­na nie mo­gła od­mó­wić mat­ce ra­cji, ale i tak bar­dzo bo­la­ło ją, że cór­ka wo­la­ła miesz­kać z bab­cią niż z ro­dzi­ca­mi.

- Mamo, bła­gam cię, zrób wszyst­ko, co w two­jej mocy, żeby ona wró­ci­ła do domu...

Ale Mal­wi­nie nie w gło­wie był po­wrót. Za­miesz­ka­ła z bab­cią, kil­ka mie­się­cy póź­niej zda­ła ma­tu­rę. Dzię­ki Bogu ze­rwa­ła kon­tak­ty z po­dej­rza­nym to­wa­rzy­stwem, a Sa­bi­na re­la­cjo­no­wa­ła Adzie, że wnucz­ce nie zda­rza się wra­cać do domu pi­ja­nej. Może więc bab­cia rze­czy­wi­ście mia­ła na dziew­czy­nę do­bry wpływ?

- Pew­nie wy­pi­je so­bie piwo czy dwa, w koń­cu kie­dy ma sza­leć, jak nie te­raz, za mło­du? Ale nie mam z nią więk­szych pro­ble­mów.

Z jed­nej stro­ny Ad­rian­na się cie­szy­ła, z dru­giej - czu­ła wy­cho­waw­czą nie­moc. Pod jej da­chem cór­ka za­cho­wy­wa­ła się prze­cież o wie­le go­rzej!

Mal­wi­na do­sta­ła się na stu­dia za­ocz­ne, po­szła do pra­cy i wy­pro­wa­dzi­ła się od bab­ci. Nie wró­ci­ła jed­nak do ro­dzi­ców. Wy­na­ję­ła z ko­le­żan­ka­mi miesz­ka­nie, tym sa­mym nie­świa­do­mie za­da­jąc mat­ce ko­lej­ny po­tęż­ny cios.

Od­kąd Mal­wi­na się wy­pro­wa­dzi­ła, nie­mal każ­de­go dnia w miesz­ka­niu Kol­skich wy­bu­cha­ły awan­tu­ry. At­mos­fe­ra sta­wa­ła się nie do znie­sie­nia. Ad­rian­na i Ra­dek ob­wi­nia­li sie­bie na­wza­jem o wy­pro­wadz­kę cór­ki. On twier­dził, że Ad­rian­na była wo­bec Mal­wi­ny nad­mier­nie po­błaż­li­wa, ona z ko­lei, że Ra­dek za­cho­wy­wał się wo­bec niej zbyt su­ro­wo. Pod­czas każ­dej kłót­ni wy­pły­wał te­mat ad­op­cji. Ra­dek dość otwar­cie ata­ko­wał żonę, przy­po­mi­nał jej, że prze­cież to ona od po­cząt­ku na­le­ga­ła, żeby wszyst­ko utrzy­mać w ta­jem­ni­cy. A po­tem zro­bił coś nie­wy­ba­czal­ne­go. Coś, cze­go już w na­stęp­nej se­kun­dzie ża­ło­wał. Nie miał po­ję­cia, co go pod­ku­si­ło. Prze­cież tak nie my­ślał. To oczy­wi­ste, że tak nie my­ślał!

- Gdy­by nie ty i te prze­klę­te cho­ro­by w two­jej ro­dzi­nie... - Na­wet nie do­koń­czył. Wie­dział już, jak po­tęż­ny po­peł­nił błąd.

W ich mał­żeń­stwie pa­no­wa­ła nie­pi­sa­na re­gu­ła, że nie roz­ma­wia­ją o przy­czy­nach ad­op­cji. Po pro­stu nie mie­li bio­lo­gicz­nych dzie­ci. Ko­niec.

- Wy­noś się stąd. - Ad­rian­na nie krzyk­nę­ła. Nie. Oznaj­mi­ła to spo­koj­nym, zde­cy­do­wa­nym gło­sem.

Do­pie­ro te­raz, pra­wie pół­to­ra roku po tym, jak Ra­dek bez­gło­śnie za­mknął ze sobą drzwi, mo­gli już bez emo­cji po­roz­ma­wiać o tam­tych naj­kry­tycz­niej­szych dla ich ro­dzi­ny chwi­lach.

- Ni­g­dy cię nie ob­wi­nia­łem - za­de­kla­ro­wał z peł­nym prze­ko­na­niem Ra­dek. - Na­wet przez chwi­lę nie ża­ło­wa­łem, że Mal­wi­na nie jest na­szą bio­lo­gicz­ną cór­ką. W peł­ni ak­cep­to­wa­łem ją i cie­bie, tyl­ko... - Za­trzy­mał się, gdyż kel­ner­ka wła­śnie mi­ja­ła ich sto­lik. Nie chciał, aby choć­by frag­ment tej roz­mo­wy tra­fił do uszu oso­by po­stron­nej. - Emo­cje zwią­za­ne z Mal­wi­ną i oko­licz­no­ścia­mi jej wy­pro­wadz­ki, na­sze co­dzien­ne kłót­nie... To wszyst­ko przy­tło­czy­ło mnie do tego stop­nia, że nie my­śla­łem ra­cjo­nal­nie!

Ad­rian­na po­ki­wa­ła ze zro­zu­mie­niem gło­wą, na­wi­ja­jąc ma­ka­ron na wi­de­lec i po­ma­ga­jąc so­bie łyż­ką.

- Dzi­siaj nie ża­łu­ję, że Mal­wi­na po­zna­ła praw­dę. Szko­da tyl­ko, że to nie my jej o wszyst­kim po­wie­dzie­li­śmy.

Ra­dek za­my­ślił się, wpa­tru­jąc się w nie­wiel­kie okno. Re­stau­ra­cja mie­ści­ła się w pod­zie­miu, wi­dział więc tyl­ko nogi prze­chod­niów. Przez Ma­riac­ką, słusz­nie uwa­ża­ną za naj­bar­dziej im­pre­zo­wą uli­cę w mie­ście, su­nę­ły rze­sze mło­dych lu­dzi. La­tem każ­dy z ogród­ków piw­nych był prze­peł­nio­ny, na­wet w środ­ku ty­go­dnia. W week­en­dy ta oko­li­ca prze­ży­wa­ła praw­dzi­we ob­lę­że­nie, a Ra­dek po ci­chu współ­czuł miesz­kań­com tu­tej­szych ka­mie­nic.

- Chciał­bym, żeby znów było nor­mal­nie. Tak po pro­stu! Nie wy­ma­gam wiel­kich rze­czy ani od cie­bie, ani od sie­bie. Po tej ogrom­nej za­wie­ru­sze ma­rzę już tyl­ko o nor­mal­no­ści...

Ad­rian­na rzu­ci­ła mę­żo­wi za­wa­diac­kie spoj­rze­nie.

- Cóż, je­śli tych kil­ka ostat­nich nocy mo­że­my na­zwać nor­mal­ny­mi, to ja się z chę­cią od­dam ta­kiej nor­mal­no­ści...

Gwizd­nął z po­dzi­wem.

- Hej, na sta­rość ro­bisz się roz­wią­zła! - za­żar­to­wał.

Ad­rian­na unio­sła wy­so­ko brwi, prze­ły­ka­jąc pod­grzyb­ka. Swo­ją dro­gą, ma­ka­ron sma­ko­wał na­praw­dę wy­śmie­ni­cie.

- Na sta­rość? - Spoj­rza­ła na nie­go oskar­ży­ciel­sko, cho­ciaż mia­ła ocho­tę się ro­ze­śmiać. - To ty nie wiesz, że ko­bie­ta jest jak wino? Im star­sza, tym lep­sza? A tak a pro­pos wina...

Ra­dek w mig przej­rzał jej za­mia­ry.

- Masz ra­cję! Pój­dę do­mó­wić coś moc­niej­sze­go!

Roz­dział 3

Li­piec przy­niósł kil­ku­dnio­we po­gor­sze­nie po­go­dy, ale już dru­ga de­ka­da mie­sią­ca przy­wi­ta­ła miesz­kań­ców po­łu­dnio­wych wo­je­wództw słoń­cem i wy­so­ki­mi, po­nad­dwu­dzie­sto­pię­cio­stop­nio­wy­mi tem­pe­ra­tu­ra­mi. Ad­rian­na mia­ła wol­ne na uczel­ni do pierw­sze­go wrze­śnia, kie­dy roz­po­czy­na­ła się se­sja po­praw­ko­wa se­me­stru let­nie­go. Do te­atru za­glą­da­ła dwa, trzy razy w ty­go­dniu, żeby przy­go­to­wać ko­stiu­my na je­sien­ną pre­mie­rę, ale nie mia­ła zbyt wie­le pra­cy. Mia­sto opu­sto­sza­ło, lu­dzie mie­li inne roz­ryw­ki niż cho­dze­nie do te­atru. Wie­dzia­ła, że wró­cą pod ko­niec wrze­śnia, może w paź­dzier­ni­ku, je­śli pierw­sze ty­go­dnie je­sie­ni będą sło­necz­ne i po­god­ne.

Ra­dek sta­rał się pla­no­wać mniej za­bie­gów, aby wię­cej cza­su spę­dzać z żoną. Go­rą­cy okres wa­ka­cyj­ny moż­na było zresz­tą śmia­ło uznać za mar­twy tak­że w me­dy­cy­nie es­te­tycz­nej. Wie­lu za­bie­gów nie moż­na było wów­czas wy­ko­ny­wać ze wzglę­du na sil­ne pro­mie­nio­wa­nie sło­necz­ne. Dru­gą ga­łę­zią me­dy­cy­ny, któ­rą zaj­mo­wał się Ra­dek, była chi­rur­gia, i tu wy­pa­da­ły mu głów­nie nie­pla­no­wa­ne ope­ra­cje. Nikt o zdro­wych zmy­słach nie uma­wia się na za­bieg w lip­cu czy w sierp­niu, a Ra­dek od ja­kie­goś cza­su nie brał dy­żu­rów w szpi­ta­lu. Po­świę­cił się pra­cy w pry­wat­nych pla­ców­kach bar­dziej z wy­go­dy niż z chę­ci zy­sku, cho­ciaż za­rob­ki rze­czy­wi­ście były na­wet kil­ka­krot­nie wyż­sze. Mie­li więc dla sie­bie tego lata spo­ro cza­su i po­sta­no­wi­li wy­ko­rzy­stać go jak naj­le­piej.

Ad­rian­na z no­stal­gią wspo­mi­na­ła lata, kie­dy wy­jeż­dża­li na wa­ka­cje we tro­je, a ich je­dy­nym zmar­twie­niem było to, czy po­je­chać nad Bał­tyk, czy może jed­nak spę­dzić urlop w Chor­wa­cji. Za­wsze jed­nak zwy­cię­ża­ła mi­łość do pol­skie­go mo­rza, cho­ciaż było ich stać na bar­dziej eg­zo­tycz­ne wa­ka­cje. Mal­wi­na mo­gła go­dzi­na­mi sie­dzieć w lo­do­wa­tej wo­dzie i ani my­śla­ła z niej wy­cho­dzić, na­wet kie­dy jej war­gi były już sine i szczę­ka­ła z zim­na zę­ba­mi. Wie­czo­ra­mi za­zwy­czaj cho­dzi­li do któ­rejś z nad­mor­skich knaj­pek z mu­zy­ką na żywo. Mal­wi­na od dziec­ka uwiel­bia­ła tań­czyć, mia­ła to we krwi. Kie­dy tyl­ko wy­cho­dzi­ła na par­kiet, przy­cią­ga­ła wzrok wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych. Ad­rian­na i Ra­dek są­czy­li piwo, pod­czas gdy ich cór­ka zjed­ny­wa­ła so­bie ser­ca wi­dow­ni. Przy­pa­try­wa­li się ma­łej z nie­ukry­wa­ną dumą. Wszyst­ko było wte­dy ta­kie pro­ste...

A te­raz? Mal­wi­na od dłuż­sze­go cza­su nie od­bie­ra­ła te­le­fo­nu. Kil­ka dni wcze­śniej na­pi­sa­ła tyl­ko do mat­ki enig­ma­tycz­ne­go ese­me­sa o tre­ści: Nie mogę roz­ma­wiać, nie­dłu­go się ode­zwę. Ale co mia­ło ozna­czać to "nie­dłu­go"? Ju­tro, za ty­dzień, za mie­siąc, w przy­szłym roku? Ad­rian­nie bra­ko­wa­ło cór­ki, ale wie­dzia­ła, że nie po­win­na na­ci­skać. Mal­wi­na po­trze­bo­wa­ła cza­su, więc Ada po­sta­no­wi­ła po­cze­kać. Ni­g­dzie jej się prze­cież nie spie­szy­ło.

Tym­cza­sem Ad­rian­na prze­ży­wa­ła swo­ją dru­gą mło­dość. Kil­ka razy już sły­sza­ła o tym zja­wi­sku od ko­le­ża­nek, ale nie przy­pusz­cza­ła, że tę dru­gą mło­dość moż­na prze­żyć z tym sa­mym part­ne­rem, co pierw­szą. Zna­jo­me za­zwy­czaj opo­wia­da­ły, że od­ży­ły do­pie­ro, kie­dy ode­szły od męża i po­zna­ły ko­goś in­ne­go. Ona na­to­miast na­ro­dzi­ła się na nowo, gdy do męża wró­ci­ła. Nie za­sta­na­wia­ła się nad tym, ja­kie to wszyst­ko jest po­krę­co­ne. Czer­pa­ła ra­dość z każ­dej wspól­nie spę­dzo­nej chwi­li, każ­dej roz­mo­wy, każ­de­go po­ca­łun­ku, jak­by chcia­ła się na­sy­cić obec­no­ścią Rad­ka, a wciąż było jej mało i mało.

- Hej, spo­koj­nie, jesz­cze zdą­żysz się mną znu­dzić! - śmiał się Ra­dek, kie­dy żona sta­now­czo pro­te­sto­wa­ła prze­ciw­ko jego wyj­ściu do pra­cy.

Po­je­cha­li do Ka­zi­mie­rza Dol­ne­go, aby w cie­niu prze­pięk­nych za­byt­ko­wych ka­mie­ni­czek roz­ko­szo­wać się uro­ka­mi lata. Je­dli lody, pili zim­ne piwo i wy­le­gi­wa­li się przy ho­te­lo­wym ba­se­nie. Póź­ny­mi po­po­łu­dnia­mi, kie­dy upał da­wał krót­ką chwi­lę wy­tchnie­nia, wy­bie­ra­li się na spa­ce­ry brze­giem Wi­sły.

Byli też w Pra­dze i w Kra­ko­wie. Lato w mie­ście zy­ska­ło zu­peł­nie inny, nowy wy­miar. Rok temu kie­dy była sama, na­wet nie zwra­ca­ła uwa­gi na to, jaka po­go­da jest za oknem, a wcze­śniej na po­cząt­ku lip­ca za­wsze ucie­ka­li z Ka­to­wic, żeby Mal­wi­na mo­gła po­od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem. Dwa ty­go­dnie nad mo­rzem, dwa ty­go­dnie w gó­rach, wy­jaz­dy do dziad­ków na wieś - ni­g­dy nie spę­dza­li wa­ka­cji w mie­ście. Póź­niej, kie­dy Mal­wi­na już do­ro­sła i za­czę­ły się obo­zy i wy­jaz­dy ze zna­jo­my­mi, Ad­rian­na i Ra­do­sław mie­li wię­cej cza­su dla sie­bie, ale na­stro­je im nie do­pi­sy­wa­ły. Każ­de z nich wy­naj­do­wa­ło so­bie inne za­ję­cie. Do­pie­ro te­raz, po po­nad dwu­dzie­stu la­tach mał­żeń­stwa i kil­ku kry­zy­sach, z któ­rych je­den omal nie skoń­czył się roz­wo­dem, na­uczy­li się po pro­stu być ze sobą. Bez po­śpie­chu, bez stre­su, bez wza­jem­nych oskar­żeń.

Na praw­dzi­we wa­ka­cje nad pol­skie mo­rze pla­no­wa­li się wy­brać do­pie­ro we wrze­śniu. Żad­ne z nich nie prze­pa­da­ło za tłu­ma­mi, a w te­le­wi­zji in­for­mo­wa­no, że w tym roku Wy­brze­że prze­ży­wa po­tęż­ne ob­lę­że­nie. Pięk­na, sło­necz­na po­go­da i wy­so­kie tem­pe­ra­tu­ry sprzy­ja­ły nad­mor­skim wo­ja­żom. Przed bram­ka­mi na au­to­stra­dach two­rzy­ły sie kil­ku­ki­lo­me­tro­we kor­ki, a w więk­szo­ści ku­ror­tów za­bra­kło miejsc noc­le­go­wych. Ad­rian­na oglą­da­ła zdję­cia, któ­re jed­na z jej zna­jo­mych za­mie­ści­ła na swo­im pro­fi­lu na Fa­ce­bo­oku. Zo­sia spę­dza­ła urlop we Wła­dy­sła­wo­wie, a Ad­rian­na za­sta­na­wia­ła się, czy w ta­kich oko­licz­no­ściach moż­na w ogó­le od­po­cząć. Przy­glą­da­jąc się fo­to­gra­fiom, mia­ła wra­że­nie, że czło­wiek leży tam na czło­wie­ku, i wręcz sły­sza­ła gwar, jaki mu­siał pa­no­wać na pla­ży. Ona zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła spo­koj­niej­sze, mniej­sze miej­sco­wo­ści. Uni­ka­ła Wła­dy­sła­wo­wa, Miel­na czy in­nych głów­nych ku­ror­tów. Ha­łas i zgiełk mia­ła na co dzień w Ka­to­wi­cach.

To lato było jed­nak inne od wszyst­kich po­zo­sta­łych. In­ten­syw­ne. Po­wie­trze było gę­ste i par­ne, zmia­ny po­go­dy - gwał­tow­ne. Jed­ne­go dnia nad mia­stem prze­cho­dzi­ły na­wet dwie, trzy bu­rze. Ad­rian­na mia­ła wra­że­nie, że to, co się dzie­je na ze­wnątrz, ide­al­nie kom­po­nu­je się z jej uczu­cia­mi. To był czas ogrom­nych wy­ła­do­wań w jej ży­ciu, gło­śnych pio­ru­nów. Żyła i ko­cha­ła in­ten­syw­nie.

Kie­dy przy­pad­kiem spo­tka­ła daw­no nie­wi­dzia­ną ko­le­żan­kę, Ju­sty­na zmru­ży­ła tyl­ko oczy i po­wie­dzia­ła:

- Aha!

- Co: aha? - nie ro­zu­mia­ła Ada.

Gdy­by ktoś spy­tał ją o zda­nie, stwier­dzi­ła­by, że zna­jo­ma za­cho­wu­je się nie­ra­cjo­nal­nie. Nie wi­dzia­ły się od kil­ku mie­się­cy, przy­pad­kiem na­tknę­ły się na sie­bie w mie­ście i za­miast nor­mal­nie po­roz­ma­wiać, ta robi miny i rzu­ca trium­fal­ne: "Aha!". Jak­by "aha" mo­gło co­kol­wiek zna­czyć. Czyż­by ich re­la­cja we­szła w etap ko­mu­ni­ka­cji nie­wer­bal­nej? Wpraw­dzie Ada zda­wa­ła so­bie spra­wę, że mło­dzi lu­dzie po­ro­zu­mie­wa­ją się bez słów, uży­wa­jąc dziw­nych emo­ti­ko­nów, w koń­cu mia­ła dwu­dzie­sto­let­nią cór­kę, ale żeby pra­wie pięć­dzie­się­cio­let­nia baba za­trzy­ma­ła się na tym eta­pie, też coś...

- Pro­mie­nie­jesz! Nie wie­dzia­łam cię trzy mie­sią­ce, a te­raz le­d­wie po­zna­łam cię na uli­cy! Wy­glą­dasz na dzie­sięć lat młod­szą!

Ad­rian­na od­ru­cho­wo do­tknę­ła wło­sów. Po­przed­nie­go dnia była u fry­zje­ra i cie­szy­ła się, że wy­ko­nał tak do­brą pra­cę.

- Na­praw­dę? Uwa­żasz, że te ja­sne re­flek­sy aż tak mnie od­mła­dza­ją?

Ju­sty­na za­cmo­ka­ła ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Ja­kie re­flek­sy? Prze­cież go­łym okiem wi­dać, że je­steś za­ko­cha­na! No, w koń­cu ko­goś po­zna­łaś! - Ro­zej­rza­ła się wo­kół. - Wpraw­dzie nie mam zbyt wie­le cza­su, ale może usią­dzie­my, a ty mi o wszyst­kim opo­wiesz.

- Ni­ko­go nie po­zna­łam - wy­mam­ro­ta­ła Ad­rian­na, po­ra­żo­na re­ak­cją ko­le­żan­ki. Nie spo­dzie­wa­ła się, że jej szczę­ście jest wi­docz­ne go­łym okiem.

- To może zro­bi­łaś so­bie bo­toks? - drą­ży­ła Ju­sty­na, pod­cho­dząc bli­żej i lu­stru­jąc zmarszcz­ki na twa­rzy zna­jo­mej. Nie, to z pew­no­ścią nie to. Ku­rze łap­ki nie zmie­ni­ły swo­je­go po­ło­że­nia, a lwia zmarszcz­ka prze­ci­na­ła czo­ło na dwie ide­al­ne po­ło­wy.

- Nie, po pro­stu wró­ci­łam do Rad­ka. Cho­ciaż je­śli mam być pre­cy­zyj­na, po­win­nam po­wie­dzieć, że on do mnie wró­cił... - przy­zna­ła, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Ju­sty­na za­sty­gła w bez­ru­chu.

- Żar­tu­jesz?! No, no, coś ta­kie­go! W ta­kim ra­zie ja też mu­szę wy­rzu­cić mo­je­go sta­re­go na rok z domu! Mó­wisz, że wró­ci od­mie­nio­ny?

Ta cała sy­tu­acja za­czy­na­ła już Ad­rian­nę nie­źle ba­wić.

- Seks jest obłęd­ny - po­chy­li­ła się i wy­szep­ta­ła ko­le­żan­ce do ucha. - Kie­dy wy­sta­wi­łam mu wa­liz­ki za drzwi, naj­wy­raź­niej włą­czył mu się tryb "jej or­gazm też ma zna­cze­nie"! - Mru­gnę­ła okiem i po­że­gna­ła się, po­zo­sta­wia­jąc Ju­sty­nę w osłu­pie­niu. - Lecę, umó­wi­łam się z mamą!

Miesz­ka­ła w Ka­to­wi­cach już od do­brych dwu­dzie­stu lat, a jed­nak wciąż mia­ła sen­ty­ment do ro­dzin­ne­go Bę­dzi­na. Całe szczę­ście mo­gła się zna­leźć w domu po kil­ku­na­sto­mi­nu­to­wej po­dró­ży sa­mo­cho­dem. Aglo­me­ra­cja ślą­sko-za­głę­biow­ska mia­ła to do sie­bie, że od­le­gło­ści mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi miej­sco­wo­ścia­mi były nie­wiel­kie. Przy­jezd­nych fa­scy­no­wa­ło to, że gra­ni­ce miast wy­zna­cza­ły je­dy­nie ta­blicz­ki, a po­dró­żu­jąc z jed­nej miej­sco­wo­ści do dru­giej, ani na mo­ment nie opusz­cza­ło się te­re­nu za­bu­do­wa­ne­go. Z mia­sta wjeż­dża­ło się pro­sto do mia­sta. Za­rów­no dla Ad­rian­ny, jak i dla in­nych miesz­kań­ców me­tro­po­lii ten fakt nie był ani dziw­ny, ani nie­zwy­kły. Tu­taj się wy­cho­wa­ła.

Ro­dzi­ce mie­li duży dom z ogro­dem na Ma­ło­bą­dzu. Kie­dy tata zmarł, mama czę­sto po­wta­rza­ła, że czu­je się sa­mot­na w tak ogrom­nym bu­dyn­ku, ale nie wy­obra­ża­ła so­bie, że mia­ła­by się prze­pro­wa­dzić. Ad­rian­na czę­sto pro­po­no­wa­ła, że po­mo­że jej sprze­dać dom i zna­leźć ka­wa­ler­kę w blo­ku, ale Sa­bi­na z ta­jem­ni­czym uśmie­chem krę­ci­ła gło­wą.

- I jak ty to so­bie wy­obra­żasz? Że na sta­re lata pój­dę miesz­kać do be­to­no­we­go pu­dła? Ja się tam udu­szę!

- Oj, mamo, my­ślę, że prze­sa­dzasz! - Ad­rian­na prze­wró­ci­ła ocza­mi. - Wy­cho­wa­łam się tu­taj, a ja­koś bez pro­ble­mu od­na­la­złam się w blo­ku w cen­trum wiel­kie­go mia­sta!

- Ale ja mam już sie­dem­dzie­siąt lat, a nie bez po­wo­du mówi się, że sta­rych drzew się nie prze­sa­dza. Wszę­dzie będę sa­mot­na, a tu przy­naj­mniej je­stem u sie­bie!

Wo­bec tak zde­cy­do­wa­nych ar­gu­men­tów Ad­rian­nie nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak od­pu­ścić i po­zwo­lić ma­mie od cza­su do cza­su po­na­rze­kać. Wi­docz­nie już tak mia­ła, że lu­bi­ła so­bie po­uty­ski­wać, na­wet je­śli nie prze­wi­dy­wa­ła w swo­im ży­ciu ja­kich­kol­wiek zmian.

Ad­rian­na za­je­cha­ła pod ro­dzin­ny dom kil­ka mi­nut po po­łu­dniu. W ra­diu usły­sza­ła, że to naj­go­ręt­szy dzień tego lata, a tem­pe­ra­tu­ra mo­gła wzro­snąć na­wet do trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu stop­ni. Praw­da była taka, że wszy­scy na­rze­ka­li na upał, a kie­dy lato się koń­czy­ło i nad­cho­dzi­ły zim­ne dni, obie­cy­wa­li so­bie, iż już ni­g­dy nie będą zrzę­dzić na go­rą­co. Wy­trzy­my­wa­li do na­stęp­ne­go lata.

Sa­bi­na sie­dzia­ła na ła­wecz­ce w cie­niu wiel­kiej wierz­by, któ­ra ro­sła na pla­cu, od­kąd tyl­ko Ad­rian­na się­ga­ła pa­mię­cią. Kie­dy były z Ga­bry­sią ma­ły­mi dziew­czyn­ka­mi, wspi­na­ły się na naj­wyż­sze ga­łę­zie, za nic ma­jąc do­bie­ga­ją­ce z dołu krzy­ki mamy. Śmia­ły się do utra­ty tchu i ku prze­ra­że­niu Sa­bi­ny urzą­dza­ły za­wo­dy, któ­ra z nich szyb­ciej we­sp­nie się na drze­wo. Sa­bi­na z dołu wo­ła­ła, że wy­da­wa­ło jej się, że uro­dzi­ła dwie dziew­czyn­ki, a nie chło­pa­ków, ale sio­stry nic nie ro­bi­ły so­bie ze zde­ner­wo­wa­nia bied­nej mat­ki, aż do dnia, kie­dy mała Ada spa­dła i zła­ma­ła so­bie nogę.

Ad­rian­na z każ­dym ro­kiem co­raz bar­dziej tę­sk­ni­ła za młod­szą sio­strą. Swe­go cza­su były nie­roz­łącz­ne. Ga­bry­sia była młod­sza tyl­ko o dwa lata. Nie­wiel­ka róż­ni­ca wie­ku spra­wi­ła, że przez ży­cie szły ra­zem. Sio­stra pra­wie od za­wsze tę­sk­nym wzro­kiem spo­glą­da­ła w stro­nę Za­cho­du. Snu­ła pla­ny wy­jaz­du, opo­wia­da­ła o wiel­kim świe­cie, któ­ry na nią cze­kał. Ad­rian­na pu­ka­ła się w czo­ło, ale Ga­bry­sia utrzy­my­wa­ła, że wy­je­dzie, bo w Pol­sce nie ma dla niej przy­szło­ści. Sło­wa do­trzy­ma­ła i w wie­ku dzie­więt­na­stu lat ru­szy­ła na pod­bój Za­cho­du. Świa­ta wpraw­dzie nie za­wo­jo­wa­ła, ale ko­niec koń­ców uło­ży­ła so­bie ży­cie z wąt­pli­wej uro­dy, ale bar­dzo sym­pa­tycz­nym i wy­ga­da­nym Fran­cu­zem i osie­dli­ła się w Nor­man­dii. Przy­la­ty­wa­ła do kra­ju na świę­ta i waż­niej­sze ro­dzin­ne uro­czy­sto­ści, ale to już nie było to samo. Ad­rian­na ni­g­dy nie za­peł­ni­ła tej pust­ki, jaką po­zo­sta­wi­ła po so­bie Ga­bry­sia. Była nie tyl­ko jej sio­strą, ale też przy­ja­ciół­ką. Przy­ja­ciół­ką, ja­kiej Ad­rian­na już ni­g­dy po­tem nie mia­ła, cho­ciaż od ja­kie­goś cza­su Annę moż­na było uznać za pre­ten­dent­kę do tego ty­tu­łu.

- Jak zdro­wie, mamo? - za­py­ta­ła, po­chy­la­jąc się nad Sa­bi­ną i ca­łu­jąc ją w po­li­czek. - Ku­pi­łaś tę maść na nogi, któ­rą ci po­le­ca­łam?

Mat­ka ro­ze­śmia­ła się i lek­ce­wa­żą­co mach­nę­ła ręką.

- Czło­wiek wie, że jest sta­ry, kie­dy pierw­sze, co sły­szy od swo­ich dzie­ci, to py­ta­nie: "Jak zdro­wie?"! To ja­kieś nowe po­wi­ta­nie?

- Wiesz, że po pro­stu się o cie­bie mar­twię - za­pro­te­sto­wa­ła Ad­rian­na, ale Sa­bi­na już jej nie słu­cha­ła.

Praw­dę mó­wiąc, lu­bi­ła opo­wia­dać o swo­ich do­le­gli­wo­ściach. Nie to, że była ego­cen­trycz­na. Nie! Była po pro­stu sta­ra, a w pew­nym wie­ku je­dy­ny­mi atrak­cja­mi, któ­re spo­ty­ka­ją czło­wie­ka, są po­ran­ny ból krę­go­słu­pa i uczu­cie cięż­ko­ści w no­gach.

- Nie ku­pi­łam tej ma­ści, bo far­ma­ceut­ka w ap­te­ce po­wie­dzia­ła mi, że le­piej nie sto­so­wać jej la­tem. Ale od­kry­łam maść z kasz­ta­now­ca, jest na­praw­dę re­we­la­cyj­na! - ucie­szy­ła się. - A wiesz, że Ga­bry­sia dziś do mnie dzwo­ni­ła z sa­me­go rana?

Ad­rian­na uwa­ża­ła, że młod­sza sio­stra zbyt rzad­ko kon­tak­tu­je się z mat­ką, ale za­cho­wy­wa­ła tego typu uwa­gi dla sie­bie. Nie lu­bi­ła się wtrą­cać.

- Co u niej sły­chać? - za­in­te­re­so­wa­ła się i usiad­ła na ła­wecz­ce obok mat­ki.

- No wła­śnie... - Sa­bi­na wes­tchnę­ła osten­ta­cyj­nie, a Ad­rian­na po­my­śla­ła, że w su­mie mo­gła się tego spo­dzie­wać. Sio­stra za­zwy­czaj od­zy­wa­ła się do mat­ki, gdy w jej ży­ciu nie dzia­ło się naj­le­piej. - Ga­bry­sia jest za­ła­ma­na! Dzwo­ni­ła, żeby po­wie­dzieć, że zo­sta­nie bab­cią!

Ad­rian­na za­sty­gła. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­ła, że to nie­moż­li­we. Jej młod­sza sio­stra mia­ła zo­stać bab­cią?! Na­praw­dę były już aż tak sta­re? Poza tym... cór­ki Ga­bry­si... prze­cież to jesz­cze dzie­ci! W ja­kim one mo­gły być wie­ku? Ad­rian­na wy­ko­na­ła w my­ślach szyb­kie ob­li­cze­nia i wy­szło jej, że star­sza sio­strze­ni­ca nie­daw­no skoń­czy­ła osiem­na­ście lat. A jed­nak wca­le nie ta­kie dziec­ko! Ode­tchnę­ła z ulgą, w du­chu dzię­ku­jąc cór­ce, że ona nie za­prag­nęła uczy­nić jej bab­cią w tak mło­dym wie­ku.

Zda­nie Ga­bry­si na te­mat ge­ne­tycz­ne­go ob­cią­że­nia ro­dzi­ny dia­me­tral­nie róż­ni­ło się od opi­nii Ad­rian­ny. Ada sama, w peł­ni świa­do­mie zre­zy­gno­wa­ła z bio­lo­gicz­ne­go ro­dzi­ciel­stwa. Teo­re­tycz­nie nic nie sta­ło na prze­szko­dzie, żeby zo­sta­ła mat­ką, a jed­nak od ćwierć wie­ku co pięć lat za­kła­da­ła nową spi­ra­lę an­ty­kon­cep­cyj­ną. Wie­dzia­ła, że szan­se na to, że jej syn bę­dzie cho­ry na he­mo­fi­lię albo że cór­ka otrzy­ma od niej wa­dli­wy gen, wca­le nie są ta­kie małe. Męż­czyź­ni w jej ro­dzi­nie cho­ro­wa­li od lat, dla­te­go wy­ko­na­ła ba­da­nie na no­si­ciel­stwo. Jego wy­nik tyl­ko utwier­dził ją w prze­ko­na­niu, że nie po­win­na mieć wła­snych dzie­ci. Ga­bry­sia z ko­lei uwa­ża­ła, że ży­cie z he­mo­fi­lią na prze­ło­mie dwu­dzie­ste­go i dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku nie jest już wy­ro­kiem i na­wet nie zro­bi­ła te­stu. Może we Fran­cji wy­glą­da­ło to ina­czej, ale w Pol­sce spe­cjal­ne ośrod­ki, w któ­rych cho­rzy na he­mo­fi­lię otrzy­my­wa­li­by kom­plek­so­wą po­moc, wciąż ist­nia­ły tyl­ko w pla­nach. Ga­brie­la mia­ła dwie cór­ki w wie­ku osiem­na­stu i pięt­na­stu lat, a Ad­rian­na była prze­ko­na­na, że dziew­czy­ny na­wet nie wie­dzą o stwier­dzo­nych w ro­dzi­nie cho­ro­bach ge­ne­tycz­nych. To było ży­cie Ga­bry­si, Ad­rian­na nie mia­ła więc pra­wa się wtrą­cać, dla­te­go cho­ciaż ni­g­dy nie ro­zu­mia­ła jej wy­bo­ru, to­le­ro­wa­ła go.

- Ale cho­dzi o An­na­bel­le, praw­da? - upew­ni­ła się.

Prze­ra­zi­ła ją myśl, że to młod­sza z có­rek Ga­bry­si mo­gła­by być w cią­ży.

- Oczy­wi­ście! Prze­cież Flo­ren­ce ma tyl­ko pięt­na­ście lat! - obu­rzy­ła się Sa­bi­na, a Ad­rian­na odet­chnę­ła z ulgą.

Nie to, że cią­ża w wie­ku osiem­na­stu lat nie kom­pli­ku­je ży­cia głów­nych za­in­te­re­so­wa­nych i osób po­stron­nych, ale za­wsze le­piej być mamą osiem­na­sto­let­nią niż pięt­na­sto­let­nią!

- I jak Ga­bry­sia czu­je się ze świa­do­mo­ścią, że zo­sta­nie bab­cią?

- Wiesz, moim zda­niem nie to jest naj­gor­sze... - Sa­bi­na zni­ży­ła głos i ro­zej­rza­ła się wo­kół, jak­by chcia­ła się upew­nić, że nikt ich nie pod­słu­chu­je. - Oj­ciec tego dziec­ka... - Urwa­ła w po­ło­wie zda­nia, gło­śno prze­ły­ka­jąc śli­nę.

- Mamo, wy­rzuć to w koń­cu z sie­bie! - zde­ner­wo­wa­ła się Ad­rian­na, za­sta­na­wia­jąc się, co też mat­ka pró­bu­je jej prze­ka­zać.

Kim mógł być ten chło­pak? Zło­dzie­jem, nar­ko­ma­nem? A może nie było żad­ne­go chło­pa­ka, tyl­ko star­szy żo­na­ty męż­czy­zna?

- Wi­dzisz, oj­ciec dziec­ka jest... no, czar­ny jest! - Sa­bi­na sku­li­ła się w so­bie, jak­by wy­po­wie­dze­nie tych ostat­nich słów było po­nad jej siły. - W sen­sie, że Mu­rzyn!

Mat­ka utrzy­my­wa­ła, że jest oso­bą to­le­ran­cyj­ną. Ob­ra­zi­ła się na księ­dza, bo pod­czas ka­za­nia po­tę­pił ge­jów i les­bij­ki. Od tam­tej pory nie cho­dzi­ła do ko­ścio­ła. Ostat­ni raz prze­kro­czy­ła próg świą­ty­ni na po­grze­bie są­siad­ki, a i to tyl­ko dla­te­go, że lał ulew­ny deszcz, a ona nie chcia­ła mok­nąć. Ale żeby tak jej wnucz­ka była w cią­ży z Mu­rzy­nem?

- Mamo, sło­wo "Mu­rzyn" jest uwa­ża­ne za bar­dzo ob­raź­li­we! - Ad­rian­na sta­ra­ła się ukryć roz­ba­wie­nie, ale jej to nie wy­szło.

- Jak zwał, tak zwał! Ale czy ty so­bie wy­obra­żasz, że moja wnucz­ka przy­je­dzie tu do mnie, na Ma­ło­bądz, z czar­no­skó­rym dziec­kiem? - Źre­ni­ce Sa­bi­ny się roz­sze­rzy­ły.

- No, to dziec­ko to nie bę­dzie czar­no­skó­re, nie tak do koń­ca... - Ad­rian­na się za­wa­ha­ła, wie­dząc, że ta wia­do­mość nie po­cie­szy mat­ki. - Bę­dzie Mu­la­tem! Ale jak Ga­bry­sia się z tym czu­je? Ma taki sam pro­blem jak ty?

- Gdzie tam! - fuk­nę­ła Sa­bi­na. - Wiesz, że w tej Fran­cji to te­raz so­do­ma i go­mo­ra, wię­cej tam Mu­rzy­nów i Ara­bów niż Eu­ro­pej­czy­ków!

- Mamo, za­la­tu­je an­ty­glo­ba­li­zmem... - zwró­ci­ła jej uwa­gę Ad­rian­na. - Jak­kol­wiek by na to pa­trzeć, two­ja cór­ka też nie jest tam u sie­bie! Wcho­dzisz na bar­dzo grzą­ski grunt, le­piej to zo­staw. A An­na­bel­le to bar­dzo mą­dra dziew­czy­na, na pew­no od­naj­dzie się w no­wej roli. Ja wiem, że to za wcześ­nie, że oni te­raz pew­nie rwą so­bie wło­sy z gło­wy z nie­po­ko­ju, ale jak już dziec­ko przyj­dzie na świat, to wszyst­ko się ja­koś uło­ży! Za­dzwo­nię dziś do Ga­bry­si.

- Mó­wisz tak, bo to nie Mal­wi­na jest w cią­ży - za­uwa­ży­ła Sa­bi­na, cał­kiem słusz­nie zresz­tą.

Ad­rian­na wy­cią­gnę­ła nogi i wy­sta­wi­ła je na słoń­ce. Ni­g­dy nie mo­gła ich opa­lić. Twarz, ra­mio­na, ple­cy - wszę­dzie była już czer­wo­na, a nogi po­zo­sta­wa­ły bla­de.

- Gdy­by na­wet tak się sta­ło, mu­sia­ła­bym po pro­stu za­ak­cep­to­wać całą sy­tu­ację i ja­koś się w niej od­na­leźć... Ga­bry­sia też da radę, nie martw się o nią! I za­pew­niam cię, że we współ­cze­snym świe­cie dziec­ko bia­łej ko­bie­ty z ciem­no­skó­rym męż­czy­zną wca­le nie jest czymś nie­zwy­kłym!

Sa­bi­na cmok­nę­ła z nie­za­do­wo­le­niem.

- A wi­dzia­łaś kie­dyś tu, na Ma­ło­bą­dzu, ja­kie­goś Mu­rzy­na?

Ad­rian­na wy­buch­nę­ła śmie­chem i ge­stem dała znać ma­mie, żeby już prze­sta­ła. Za­pa­dła ci­sza. Taka ci­sza, jaka może pa­no­wać tyl­ko la­tem, kie­dy po­wie­trze jest zbyt gę­ste, by prze­pu­ścić ja­ki­kol­wiek dźwięk. Dwie ko­bie­ty sie­dzia­ły na ław­ce, wpa­tru­jąc się przed sie­bie, każ­da z nich po­grą­żo­na w świe­cie wła­snych my­śli. Pierw­sza ode­zwa­ła się Ad­rian­na.

- Ra­dek wró­cił - oznaj­mi­ła ta­kim to­nem, jak­by wła­śnie oświad­cza­ła, że zro­bi­ła na obiad scha­bowe.

Sa­bi­na na­wet nie była spe­cjal­nie zdzi­wio­na. Ką­ci­ki jej ust pod­nio­sły się o kil­ka mi­li­me­trów.

- Moje mo­dli­twy zo­sta­ły wy­słu­cha­ne!

- Mamo, prze­cież ty je­steś nie­wie­rzą­ca... - zdzi­wi­ła się Ad­rian­na.

- Oj, głu­pia, nie wiesz, że tak się mówi? - zru­ga­ła ją Sa­bi­na. - Wi­dzisz, to­bie się w koń­cu za­czę­ło ukła­dać, to te­raz w ży­ciu Ga­bry­si moc­no się po­kom­pli­ko­wa­ło... Co ja z wami mam? To jed­nak praw­da, że małe dzie­ci to mały kło­pot, a duże... - Mach­nę­ła ręką. - No do­bra, opo­wia­daj! Wy­ja­śni­li­ście so­bie wszyst­kie nie­po­ro­zu­mie­nia?

- Tak - od­par­ła Ad­rian­na z ta­jem­ni­czym uśmie­chem na twa­rzy. - W koń­cu czu­ję, że wszyst­ko jest na wła­ści­wym miej­scu, wiesz? Wcze­śniej uwie­ra­ły mnie te ta­jem­ni­ce, a od­kąd żyję w praw­dzie... jest lżej. Oczy­wi­ście za­ję­ło nam tro­chę cza­su, żeby z tych zglisz­czy na nowo po­ukła­dać na­sze ży­cie, ale wie­rzę, że te­raz może być tyl­ko le­piej! Roz­sta­nie chy­ba wy­szło nam na do­bre, cho­ciaż to wszyst­ko było nie­po­trzeb­ne. Stra­ci­li­śmy zbyt wie­le cza­su, ale wy­nio­słam z tej ca­łej sy­tua­cji waż­ną lek­cję - przy­zna­ła, wa­chlu­jąc się wy­cią­gnię­tym z to­reb­ki no­tat­ni­kiem. - Nie chcę już tra­cić ani chwi­li na bez­sen­sow­ne kłót­nie!

Sa­bi­na moc­no ści­snę­ła cór­kę za rękę.

- Bar­dzo pięk­ne po­sta­no­wie­nie, tyl­ko cza­sem trud­no w nim wy­trwać - wes­tchnę­ła zna­czą­co. - Wiesz, twój tata od­szedł czte­ry lata temu, a mnie na­dal zda­rza się ża­ło­wać słów, któ­re wy­po­wie­dzia­łam w ner­wach. Nie­kie­dy tak so­bie my­ślę, że gdy­bym mo­gła cof­nąć czas... - Urwa­ła.

- Prze­ży­li­ście ra­zem czter­dzie­ści sześć lat! - przy­po­mnia­ła jej Ad­rian­na. - Pięk­ny wy­nik, pew­nie nie­wie­lu mło­dych bę­dzie się mo­gło po­szczy­cić po­dob­nym na sta­rość! To nor­mal­ne, że nie za­wsze było ide­al­nie.

Sa­bi­na ski­nę­ła gło­wą.

- Fak­tycz­nie, mie­siąc mio­do­wy prę­dzej czy póź­niej się koń­czy, a wte­dy przy­cho­dzi pro­za ży­cia. Czter­dzie­ści sześć lat... Wciąż nie mogę uwie­rzyć, że mi­nę­ło tyle cza­su od dnia, kie­dy wy­szłam za wa­sze­go ojca! - Po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie. - Na po­cząt­ku czas pły­nął swo­im na­tu­ral­nym ryt­mem, ale póź­niej jak­by przy­spie­szył, a ja mia­łam wra­że­nie, że śred­nio co kwar­tał świę­to­wa­li­śmy syl­we­stra i na­dej­ście no­we­go roku. Ostat­nio są­siad­ka opo­wia­da­ła mi, że jej star­sza cór­ka hucz­nie ob­cho­dzi­ła pięć­dzie­sią­te uro­dzi­ny. I tak so­bie po­my­śla­łam, że sta­re już ma te dzie­ci, nie to, co ja, a prze­cież ty za pięć lat też do­bi­jesz do pięć­dzie­siąt­ki! - Spoj­rza­ła na cór­kę wy­mow­nie.

- Dzię­ki, mamo, uwiel­biam, kie­dy wy­po­mi­nasz mi mój wiek! - obu­rzy­ła się Ad­rian­na, ale po chwi­li już chi­cho­ta­ła pod no­sem. - No cóż, czas nie jest dla nas ła­ska­wy, ale bła­gam, nie ude­rzaj­my w tak de­pre­syj­ne tony! Ja tu się cie­szę dru­gą mło­do­ścią, a ty mi uświa­da­miasz, że nie­dłu­go wszy­scy i tak umrze­my. I po co to wszyst­ko?

- Żeby od­cho­dząc, mieć świa­do­mość, że żyło się peł­ną pier­sią! Przy­naj­mniej na sta­rość bę­dziesz mia­ła co wspo­mi­nać. - Za­kasz­la­ła zna­czą­co, a Ad­rian­na chy­ba nie chcia­ła wie­dzieć, co mat­ka wspo­mi­na.

- Mal­wi­na nie daje zna­ku ży­cia - wes­tchnę­ła cór­ka.

- Do mnie też nie dzwo­ni, ale ja­koś się o nią nie mar­twię. Ona i tak za­wsze spa­da na czte­ry łapy! Naj­wi­docz­niej po­trze­bu­je nie­co wię­cej cza­su niż ty i Ra­dek, żeby so­bie to wszyst­ko po­ukła­dać - stwier­dzi­ła Sa­bi­na bez­na­mięt­nie. - Chodź do środ­ka, upie­kłam cia­sto droż­dżo­we z tru­skaw­ka­mi. Trze­ba ko­rzy­stać z uro­ków lata!

Ad­rian­na ski­nę­ła gło­wą, po­mo­gła mat­ce wstać i obie ko­bie­ty ru­szy­ły w stro­nę ogrom­ne­go dwu­pię­tro­we­go domu, któ­ry nie­gdyś roz­brzmie­wał śmie­chem dzie­ci, a te­raz opu­sto­szał i stra­szył wszech­obec­ną ci­szą.