1
Eve duszkiem wypiła kawę i sięgnęła do szafy. Zdecydowała się na cienką
koszulkę na ramiączkach, jako że lato 2059 roku trzymało Nowy Jork i całe Wschodnie Wybrzeże w mocnym, duszącym uścisku.
Z dwojga złego wolała jednak upał niż zimno.
Pomyślała, że nie pozwoli na to, by coś zepsuło jej ten dzień.
Włożyła koszulkę, spojrzała na drzwi, a gdy upewniła się, że jest sama,
rzuciła się do autokucharza po drugi kubek kawy. Zerknęła na zegarek.
Widząc, że ma mnóstwo czasu na śniadanie, zaprogramowała jeszcze automat
na dwa naleśniki z jagodami.
Wróciła do szafy po buty. Wysoka i szczupła, doskonale prezentowała się
w spodniach koloru khaki i niebieskim podkoszulku. Miała krótkie,
ciemnobrązowe włosy z jaśniejszymi pasmami wypalonymi przez bezlitosne
słońce. Ta fryzurka pasowała do jej wyrazistej twarzy o szeroko
rozstawionych brązowych oczach i pełnych wargach. Na podbródku widniał
płytki dołeczek. Mąż Eve lubił go dotykać koniuszkiem palca.
Mimo że po wyjściu z olbrzymiej sypialni w ogromnym, cudownie chłodnym
domu czekał ją potworny upał, sięgnęła po lekki żakiet i rzuciła go na
broń, leżącą na kanapie.
Odznakę miała już w kieszeni.
Porucznik Eve Dallas wyjęła kubek z kawą i naleśniki z autokucharza i opadła na kanapę, zamierzając rozkoszować się wspaniałym śniadaniem
przed podjęciem obowiązków policjantki z wydziału zabójstw.
Galahad, tłusty kocur, bezbłędnie wyczuwający jedzenie zwierzęcym
szóstym zmysłem, wyrósł jak spod ziemi, wskoczył na kanapę i zaczął
wpatrywać się w talerz pani.
-?To moje. -?Nabiła naleśnika na widelec i popatrzyła na kota. -?Wiem,
że Roarke cię rozpuszcza, ale ze mną nie pójdzie ci tak łatwo jak z moim
mężem. Jestem pewna, że już dostałeś śniadanie -?dodała, kładąc nogi na
stół. -?Założę się, że od świtu urzędowałeś w kuchni i łasiłeś się do
Summerseta.
Pochyliła się tak, że niemal zetknęli się nosami.
-?No, przez najbliższe trzy tygodnie nie będziesz miał na to szans. To
będą trzy piękne, wspaniałe, odjazdowe tygodnie. A wiesz, dlaczego?
Wiesz?
Zadowolona, dała kotu kawałek naleśnika.
-?Bo ten ponury, kościsty sukinsyn wyjeżdża na wakacje! Daleko stąd! -
Miała ochotę śpiewać z radości, że kamerdyner Roarke'a, przekleństwo jej
życia, nie będzie jej irytował tego wieczoru, a także przez wiele
następnych. -?Mam przed sobą dwadzieścia jeden dni wolnych od Summerseta
i wprost nie mogę się tym nacieszyć!
-?Nie jestem pewien, czy kot podziela twoją radość. -?Roarke już od
pewnego czasu stał w drzwiach, oparty o framugę, i obserwował żonę.
-?Na pewno. -?Zjadła naleśnika, zanim Galahad zdążył dobrać się do
talerza. -?Tylko że on przyjmuje to ze spokojem. Myślałam, że dzisiaj
rano będziesz zajęty przekazem satelitarnym.
-?Już skończyłem.
Wszedł do kuchni. Eve patrzyła na męża z wyraźną przyjemnością.
Szczupły, długonogi, zgrabny -?był wręcz niebezpiecznie męski.
Pomyślała, że kot mógłby brać u niego lekcje zwinności. Uśmiechnęła się
do męża, przekonana, że nie ma chyba na świecie kobiety, która nie
cieszyłaby się z możliwości oglądania przy śniadaniu tak urodziwej
męskiej twarzy.
W przypadku Roarke'a była ona istnym dziełem sztuki, stworzonym w dniu
wielkiej hojności Pana Boga. Szczupła, o wyraźnie zarysowanych kościach
policzkowych, pełnych wargach wyrażających zdecydowanie -?ta twarz
wprawiała Eve w stan podniecenia. Roarke miał jasne niebieskie oczy i błyszczące czarne włosy.
Trudno byłoby też zarzucić cokolwiek jego zgrabnej, muskularnej
sylwetce.
-?Chodź tu, przystojniaku. -?Wymierzyła mu żartobliwego kuksańca, po
czym z lubością przygryzła jego dolną wargę i leniwie przeciągnęła po
niej językiem. -?Smakujesz jeszcze lepiej niż naleśniki.
-?Jesteś dziś wesolutka jak szczygiełek.
-?Zgadza się. Mam ochotę podzielić się swoją radością z całym światem.
-?Miła odmiana -?odparł wesoło. W jego głosie pobrzmiewał
charakterystyczny irlandzki akcent. -?W takim razie możemy zacząć od
odprowadzenia Summerseta.
Skrzywiła się.
-?To może zepsuć mi apetyt. -?Skończyła posiłek i dodała: -?Nie, nie.
Widzę, że wszystko jest w porządku. Mogę pomachać mu na do widzenia.
Wymierzył jej żartobliwego kuksańca.
-?Cieszę się.
-?Zatańczę z radości dopiero wtedy, kiedy zniknie mi z oczu. Trzy
tygodnie. -?Przeciągnęła się rozkosznie, wstała i odsunęła talerz tak,
że stał się niedostępny dla kota. -?Nie będę musiała oglądać jego
szpetnej twarzy i słuchać jego skrzypiącego głosu przez trzy cudowne
tygodnie.
-?Odnoszę wrażenie, że on podobnie myśli o tobie. -?Roarke podniósł się
z westchnieniem. -?Jestem tego pewien, ale dałbym sobie rękę uciąć, że
będzie wam brakować tego skakania sobie do oczu.
-?Na pewno nie. -?Przypasała broń. -?Dzisiaj wieczorem mam zamiar
świętować. Nie żartuję. Będę przechadzać się nago po salonie, zajadając
pizzę.
Roarke uniósł brwi.
-?O! Ten pomysł bardzo mi się podoba.
-?Zamów pizzę -?poleciła, wkładając żakiet. -?Muszę już iść. Czekają na
mnie w centrali.
-?Najpierw powtórz za mną wesołym tonem: "Życzę ci przyjemnej podróży i miłego wypoczynku". -?Położył ręce na ramionach żony.
-?Nie uprzedziłeś mnie, że mam z nim rozmawiać. -?Westchnęła, patrząc
Roarke'owi w oczy. -?No, dobrze. Wiem, że ta sprawa jest warta wielkiego
poświęcenia. "Życzę ci przyjemnej podróży... gnido". Oczywiście daruję
sobie tę "gnidę", po prostu chciałam sobie teraz pofolgować.
-?Rozumiem. -?Przesunął dłońmi wzdłuż jej ramion i wziął ją za ręce. Kot
wybiegł z pokoju. -?Summerset też cieszy się z tego wyjazdu. Przez
ostatnie kilka lat nie miał wiele czasu dla siebie.
-?Bo nie chciał dać mi ani chwili spokoju. Ale już dobrze, w porządku -
powiedziała wesoło. -?W końcu teraz przede wszystkim liczy się to, że
nareszcie wyjeżdża.
Z dołu dobiegł przeraźliwy pisk kota, siarczyste przekleństwo, a potem
cała seria głuchych łomotów. Eve natychmiast rzuciła się w stronę, z której dochodziły odgłosy, ale Roarke pierwszy dopadł schodów i zbiegł z nich do Summerseta, który leżał wśród stosu porozrzucanej bielizny.
-?A niech to szlag! -?zaklęła Eve, patrząc na scenkę rozgrywającą się u stóp schodów.
-?Nie ruszaj się -?polecił cicho Roarke, badając Summerseta.
Eve zbiegła na dół i przyklękła. Zlana potem twarz kamerdynera była
kredowobiała. W jego oczach malowało się przerażenie. Było widać, że
bardzo cierpi.
-?Moja noga -?powiedział słabym głosem. -?Obawiam się, że jest złamana.
Eve była już tego pewna, widząc nogę Summerseta dziwnie zgiętą pod
kolanem.
-?Przynieś koc -?poleciła mężowi, wyjmując telefon komórkowy. -?Jest w szoku. Zawołam służby medyczne.
-?Nie pozwól mu się ruszać. -?Roarke złapał z podłogi i narzucił na
Summerseta prześcieradło, po czym wbiegł na schody. -?Może mieć jeszcze
inne obrażenia.
-?To tylko noga. I ramię. -?Kamerdyner zamknął oczy, słysząc, że Eve
dzwoni po pomoc. -?Potknąłem się o tego cholernego kota. -?Otworzył oczy
i usiłował złośliwie uśmiechnąć się do Eve. Najwyraźniej szok po upadku
ustępował, choć pojawiły się dreszcze, przyprawiające go o szczękanie
zębami. -?Pewnie żałujesz, że nie skręciłem sobie karku.
-?Przyznaję, że przyszło mi to do głowy. -?Na szczęście zachował jasność
umysłu, pomyślała z ulgą. Nie stracił przytomności, tylko oczy dziwnie
mu błyszczą. Uniosła wzrok na Roarke'a, który przyniósł koc. -?Już jadą.
Jest przytomny i zgryźliwy. Myślę, że z jego głową wszystko jest w porządku, ale zleciał ze schodów z takim impetem, że omal nie rozbił
posadzki. Potknął się o kota.
-?Boże!
Eve patrzyła, jak Roarke ujmuje dłoń Summerseta. Mimo że szczerze nie
cierpiała tego kościstego pawiana, wiedziała, że mąż traktuje go jak
rodzonego ojca.
-?Otworzę bramę dla służb medycznych.
Podeszła do tablicy kontrolnej, by otworzyć furtę, odgradzającą od
miasta dom otoczony wypielęgnowanymi trawnikami -?świat stworzony przez
Roarke'a. Nigdzie nie było śladu Galahada. Zapewne nie będzie pokazywać
się przez dłuższy czas, pomyślała kwaśno.
Cholerny kot musiał zrobić to specjalnie, chcąc zepsuć jej doskonały
nastrój, a wszystko dlatego, że nie dała mu wystarczająco dużej porcji
naleśników.
Wiedząc, że lada chwila usłyszy dźwięk syren, otworzyła drzwi frontowe i omal się nie przewróciła, uderzona falą upału. Chociaż dopiero
dochodziła ósma, żar był już taki, że lasował się mózg. Niebo miało
barwę zsiadłego mleka, a powietrze konsystencję syropu, którego smakiem
tak się rozkoszowała, kiedy jeszcze miała radość w sercu.
Miłej podróży, pomyślała. Sukinsyn.
Wideofon zapiszczał w chwili, gdy zawyły syreny.
-?Już tu są! -?krzyknęła do Roarke'a, po czym odeszła na bok, by odebrać
połączenie. -?Tu Dallas. Cholera, Nadine -?powiedziała, gdy na ekranie
zobaczyła twarz głównej reporterki Kanału 75. -?Dzwonisz w fatalnym
momencie.
-?Mam dla ciebie wiadomość. Wygląda poważnie. Spotkajmy się na rogu
Delancey i Avenue D. Już jadę.
-?Nie rozłączaj się. Nie pojadę na Lower East Side tylko dlatego, że ty...
-?Chyba ktoś nie żyje. -?Nadine przesunęła się tak, że odsłoniła wydruki
zaścielające biurko. -?Tak, ta dziewczyna nie żyje.
Zdjęcia przedstawiały młodą brunetkę. Jedne były nieupozowane, inne
oficjalne.
-?Dlaczego myślisz, że nie żyje?
-?Wszystko ci powiem, gdy się spotkamy. Teraz tylko niepotrzebnie
tracimy czas.
Eve wpuściła służby medyczne i skrzywiła się w stronę wideofonu.
-?Wyślę tam policjanta.
-?Nie po to daję ci gorące wiadomości, żebyś je lekceważyła i zlecała
sprawę zwykłym służbom. Dallas, naprawdę mam coś ważnego. Spotkaj się ze
mną albo sprawdzę to sama i puszczę w świat to, co odkryłam.
-?Co za cholerny dzień. No dobrze. Stań na rogu i zaczekaj. Niczego nie
ruszaj, dopóki nie przyjadę. Muszę najpierw jakoś uporać się z tym, co
mam tutaj. -?Westchnęła ciężko i spojrzała na medyków badających
Summerseta. -?Przyjdę najszybciej, jak będę mogła.
Rozłączyła się, schowała komunikator do kieszeni, po czym podeszła do
Roarke'a i poklepała go po ramieniu.
-?Otrzymałam ważną wiadomość. Myślę, że powinnam to sprawdzić.
-?Nie pamiętam, ile on ma lat, zupełnie wyleciało mi to z głowy.
-?Spokojnie. Jest zbyt podły na to, żeby naprawdę mogło mu się coś stać.
Słuchaj, jeśli chcesz, żebym tu została, to odwołam spotkanie.
-?Nie, jedź. -?Potrząsnął głową. -?Biedak potknął się o kota. Mógł się
zabić. -?Odwrócił się i pocałował Eve w czoło. -?Życie jest pełne
paskudnych niespodzianek. Niech pani uważa na siebie, pani porucznik.
Nie życzę sobie już dzisiaj żadnych złych wiadomości.
Na ulicach panował potworny chaos, co doskonale korespondowało z nastrojem Eve. Awaria maksibusa na Lexington Avenue sprawiła, że wokół,
jak okiem sięgnąć, samochody wylewały się z 75 na południe. Wyły
klaksony. Nad głowami warczały helikoptery służb drogowych. Wydawało
się, że za chwilę dojdzie do zakorkowania szlaków powietrznych.
Zniecierpliwiona przymusowym postojem wśród morza ludzi jadących do
pracy, Eve włączyła syrenę i sprytnie przedarta się w kierunku
wschodnim, gdzie wypatrzyła niezatłoczoną ulicę.
Połączywszy się z dyspozytornią, poinformowała, że potrzebuje teraz
godziny dla siebie. Mówienie o tym, że podąża w kierunku wskazanym przez
nawiedzoną reporterkę, bez żadnego powodu ani zezwolenia przełożonych,
mijało się z celem, miała jednak zaufanie do jej instynktu. Nadine już
nieraz wykazała się węchem psa myśliwskiego w tropieniu sensacyjnych
historii, więc Eve nakazała swej asystentce, by stawiła się na Delancey.
* * *
Na ulicy panował wielki ruch. W okolicy znajdowały się niezliczone
sklepy i kawiarnie, zajmujące pomieszczenia na parterze budynków i służące głównie mieszkańcom apartamentów na piętrach. W piekarni
realizowano zamówienia mężczyzny prowadzącego warsztat napraw w sąsiedniej posesji. Z kolei szef warsztatu programował domowego androida
dla właścicielki sklepu z ubraniami, która zaopatrywała się w owoce na
straganie po drugiej stronie ulicy.
Eve pomyślała, że wszystko toczy się tutaj według odwiecznego schematu
wzajemnych powiązań. Po ustaniu zamieszek w mieście dzielnica została
odbudowana, chociaż tu i ówdzie nosiła jeszcze ślady zniszczeń.
Nie był to teren chętnie wybierany na wieczorne spacery, a kilka
kwartałów dalej w kierunku południowym i zachodnim można było się
natknąć na gromady niechlujnych włóczęgów i narkomanów, sypiających pod
gołym niebem. Jednak w ten letni, parny dzień Delancey sprawiała
wrażenie dzielnicy wyłącznie tętniącej handlem.
Eve zatrzymała samochód za furgonetką i wystawiła na dach sygnalizator
świetlny.
Niechętnie wyszła z chłodnego wnętrza wozu na rozpalony chodnik. Od razu
w nozdrza uderzyła ją ostra woń solanki, kawy i potu. Znacznie
przyjemniejszy zapach melonów ze straganu został natychmiast wyparty
przez strumień duszącej smrodliwej pary, wydobywającej się z obwoźnej
budki, w której sprzedawano zapiekanki ze sztucznymi jajami i cebulą.
Wstrzymując oddech, pomyślała, że trzeba być bardzo odważnym, by jeść te
świństwa. Przystanęła na rogu ulicy i zbadała wzrokiem okolicę.
Nie dostrzegła Nadine ani Peabody, jej uwagę przyciągnęli natomiast
czterej mężczyźni -?właściciele sklepów i strażnik miejski zawzięcie
kłócili się o coś przy zielonym pojemniku na surowce wtórne.
Miała ochotę skontaktować się z Roarkiem i zapytać o zdrowie Summerseta,
w nadziei, że stał się cud i służby medyczne skleiły kość tak, że
kamerdyner jest w stanie odbyć podróż, a po wstrząsie, jaki przeżył tego
ranka, zdecydował się solidnie wypocząć i przedłużył wakacje do czterech
tygodni.
Wyobraziła sobie z rozmarzeniem, że w czasie urlopu Summerset zakocha
się w swej płatnej opiekunce -?jaka inna kobieta zgodziłaby się na
uprawianie seksu z tym potworem? -?i postanowi osiedlić się z nią gdzieś
w Europie.
Po chwili namysłu uznała, że Europa jest za blisko. Powinni zamieszkać w kolonii Alfa w gwiazdozbiorze Byka i nigdy już nie powrócić na planetę
Ziemię.
Dobrze zdawała sobie sprawę, że może karmić się tymi złudzeniami tylko
do czasu, gdy zadzwoni do domu, przypomniała sobie jednak ból w oczach
Summerseta i sposób, w jaki Roarke trzymał starego kamerdynera za rękę,
i z ciężkim westchnieniem sięgnęła po komunikator.
Zanim zdążyła z niego skorzystać, jakiś właściciel sklepu odepchnął
strażnika miejskiego, który zatoczył się, a po chwili upadł po zadanym
pięścią ciosie.
Eve wepchnęła komunikator do kieszeni i pobiegła w stronę mężczyzn. Nie
zdążyła jeszcze do nich dotrzeć, kiedy poczuła charakterystyczny zapach.
Nie mogła się mylić. Zbyt wiele razy miała do czynienia ze śmiercią.
Przechodnie i ludzie, którzy wylegli ze sklepów i otoczyli walczących,
zwartych teraz w zapaśniczym uścisku na chodniku, zagrzewali ich do
boju, nie szczędząc obraźliwych wyzwisk. Tłum gapiów gęstniał z każdą
chwilą.
Bez sięgania po odznakę Eve uniosła za koszulę mężczyznę znajdującego
się na górze i postawiła stopę na leżącym.
-?Spokój!
Właściciel sklepu był niskim, żylastym mężczyzną. Szarpnął się
gwałtownie, zostawiając kawałek przepoconej koszuli w dłoni Eve. Miał
oczy czerwone od gniewu, a z warg kapała mu prawdziwa krew.
-?To nie twój interes, paniusiu, więc spadaj, bo możesz oberwać.
-?To jest pani porucznik. -?Mężczyzna leżący na ziemi wydawał się
zadowolony ze swego miejsca. Miał wydatny brzuch, był zdyszany, a lewe
oko znikało mu pod opuchlizną. Jednak Eve nie darzyła strażników
miejskich sympatią, więc nie uniosła nogi z jego torsu. Wyciągnęła
odznakę i obdarzyła właściciela sklepu szerokim uśmiechem.
-?Chcesz się założyć o to, kto tu oberwie? Cofnij się i gęba na kłódkę.
-?O, glina. Powinna pani zamknąć go w pudle. Ja regularnie płacę
podatki. -?Mężczyzna uniósł ręce i zwrócił się w stronę tłumu, jak
bokser okrążający ring pomiędzy rundami. -?Płacimy wszystko, jak trzeba,
a te gnidy wciąż nie dają nam spokoju.
-?Znieważył mnie. Chcę wnieść skargę.
Eve popatrzyła na leżącego strażnika.
-?Zamknij się! Nazwisko! -?zażądała, wskazując właściciela sklepu.
-?Remke. Waldo Remke. -?Oparł posiniaczone dłonie na wąskich biodrach. -
To ja chcę wnieść oskarżenie.
-?Dobrze, dobrze. To pański sklep? -?Wyciągnęła rękę w stronę
delikatesów.
-?Od osiemnastu lat. Wcześniej należał do mojego ojca. Płacimy podatki...
-?To już wiem. To pański pojemnik?
-?Zapłaciliśmy już za niego chyba ze sto razy. Ja, Costello i Mintz. -
Kciukiem wskazał dwóch stojących za nim mężczyzn. -?A przez większość
czasu i tak jest uszkodzony. Czuje pani ten wstrętny zapach? Ten ohydny
smród? Kto przyjdzie tu na zakupy, jeżeli tak będzie śmierdzieć? W ciągu
ostatnich sześciu tygodni już trzy razy prosiliśmy o naprawę, ale nikt
nawet nie kiwnął palcem.
W tłumie gapiów rozległy się jakieś pomruki, wyrażające poparcie. Jakiś
dowcipniś krzyknął:
-?Śmierć faszystom!
Eve była świadoma tego, że w tym upale i smrodzie okoliczni gapie na
widok krwi w każdej chwili mogą przeobrazić się we wrogi tłum.
-?Panie Remke, chciałabym, żeby pan, pan Costello i pan Mintz odsunęli
się trochę. Proszę się rozejść! -?zwróciła się do zgromadzonych.
Usłyszała za sobą szybki stukot policyjnych butów. To mogły być tylko
kroki jej asystentki.
-?Peabody -?powiedziała, nie odwracając się. -?Zrób coś z tymi ludźmi,
zanim dojdzie do linczu.
Lekko zdyszana asystentka podeszła do Eve.
-?Tak jest! Proszę się rozejść!
Na widok policyjnego munduru, nawet trochę już zmiętego od upału,
większość gapiów odeszła. Peabody poprawiła okulary przeciwsłoneczne i kapelusz, który przechylił się w czasie biegu.
Jej kwadratowa twarz lśniła od potu, ale oczy ukryte za przydymionymi
okularami pozostawały czujne. Popatrzyła na pojemnik, a potem na Eve.
-?Pani porucznik?
-?Tak. Nazwisko -?Eve zwróciła się do strażnika miejskiego, poklepując
stopą jego tors.
-?Larry Poole. Pani porucznik, ja tylko wykonywałem swoje obowiązki.
Przyjechałem tu z powodu interwencji w sprawie naprawy pojemnika, a ten
facet mnie napadł.
-?Kiedy pan tu przyjechał?
-?Jakieś dziesięć minut temu. Sukinsyn nawet nie dał mi obejrzeć tego
śmietnika, tylko od razu skoczył mi do gardła.
-?Teraz go pan obejrzy. Nie chcę mieć żadnych kłopotów ze strony
właściciela sklepu -?powiedziała Eve, spoglądając na Remkego.
-?Chcę wnieść skargę. -?Remke złożył ramiona na piersiach i wydął wargi.
Eve pomogła Poole'owi wstać.
-?Wrzucają tu wszystkie możliwe świństwa -?narzekał Poole. -?I stąd cały
problem. Nie segregują śmieci. Potrafią wrzucić jakieś szczątki
organiczne do otworu na tworzywa sztuczne, a potem dziwią się, że mają
smród. -?Kuśtykając, podszedł do pojemnika. Zanim zajrzał do środka,
włożył na twarz maskę z filtrem. -?Wystarczyłoby przestrzegać
instrukcji, ale oni wolą co pięć minut wnosić skargi.
-?Jak działa zamek?
-?Ma specjalny kod. Wypożyczają pojemnik od miasta, ale kod znają tylko
służby miejskie. Mój skaner czyta kod, a potem... Cholera, ten zamek jest
uszkodzony.
-?Mówiłem, że jest uszkodzony.
Poole wyprostował się z godnością i popatrzył na Remkego spod zmrużonych
powiek.
-?Zamek i pieczęć są uszkodzone. Dzieciaki czasem to robią. To nie moja
wina. Kto to wie, skąd dzieciakom przychodzą do głowy takie pomysły?
Pewnie zepsuły go wczoraj w nocy i wepchnęły do środka jakiegoś
zdechłego kota, sądząc po zapachu.
-?Nie mam zamiaru płacić za wasze zepsute zamki -?złościł się Remke.
-?Panie Remke, niech pan da spokój -?ostrzegła Eve i zwróciła się do
Poole'a: -?Jest otwarty i ma zerwaną pieczęć?
-?Tak. Teraz będę musiał wezwać ekipę, żeby opróżniła pojemnik.
Nieznośne dzieciaki. -?Zamierzał unieść klapę, lecz Eve przytrzymała go
za rękę.
-?Proszę się odsunąć. Peabody?
Peabody dobrze zdawała sobie sprawę, że odór, który przyprawia ją o mdłości, za chwilę stanie się nie do zniesienia.
-?Żałuję, że po drodze zjadłam krokieta z jajkiem.
Eve z niedowierzaniem popatrzyła na asystentkę.
-?To ty jadasz takie paskudztwa? Co się z tobą dzieje?
-?Te krokiety są całkiem smaczne. A poza tym można szybko się najeść. -
Wstrzymała oddech.
Po chwili obie uniosły ciężką pokrywę.
Z pojemnika buchnął odór rozkładającego się ciała.
Dziewczyna została wepchnięta do przegrody na szczątki organiczne. Było
widać tylko połowę jej twarzy. Eve zauważyła, że denatka ma oczy
zielonego, butelkowego koloru. Za życia była prawdopodobnie bardzo
ładna.
Śmierć i gorąco sprawiły, że obrzmiałe ciało wyglądało teraz wręcz
obscenicznie.
-?Co też, do cholery, tam włożyli? -?zaczął Poole, zajrzał do pojemnika,
po czym natychmiast odwrócił się, żeby zwymiotować.
-?Peabody. Zaraz będzie tu Nadine. Pewnie ugrzęzła w korkach, bo powinna
już tu być. Zatrzymaj ją i nie dopuść jej tu z kamerą. Będzie nalegać,
ale musisz być stanowcza.
-?Ktoś tam jest? -?Z twarzy Remkego natychmiast zniknął gniew.
Przerażonym wzrokiem wpatrywał się w Eve. -?Człowiek?
-?Chciałabym, żeby wszedł pan do sklepu, panie Remke. Wszyscy panowie.
Niedługo przyjdę, żeby z panami porozmawiać.
-?Niech no spojrzę. -?Odchrząknął. -?Może... jeśli to jest ktoś z sąsiedztwa, może będę wiedział. Jeśli to w czymkolwiek pomoże, zajrzę
tam.
-?To mocne przeżycie -?ostrzegła, ale dała mu ręką znak zachęty.
Ze zbielałą twarzą podszedł do pojemnika. Przez chwilę nie otwierał
oczu, po czym zacisnął zęby i uniósł powieki.
-?Rachel. -?Usiłując powstrzymać odruch wymiotny, cofnął się o parę
kroków. -?O, Boże! Boże! To Rachel, nie znam nazwiska. Pracowała, o,
Boże, pracowała w 24/7 po drugiej stronie ulicy. To jeszcze dzieciak. -
Po jego prawie zupełnie białej twarzy spłynęły łzy. Odwrócił głowę. -
Miała najwyżej dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat. Studentka. Ciągle się
czegoś uczyła.
-?Proszę wejść do sklepu, panie Remke. Zajmę się nią.
-?To jeszcze dzieciak. -?Otarł twarz. -?Co za bestia zrobiła coś takiego
tej dziewczynie?
Mogła mu powiedzieć, że na świecie nie brakuje różnego rodzaju bestii,
nieokiełznanych i okrutnych, groźniejszych niż cokolwiek innego na
świecie, jednak postanowiła się nie odzywać.
Remke podszedł do Poole'a.
-?Niech pan też wejdzie do sklepu. -?Położył rękę na ramieniu strażnika.
-?W środku jest chłodniej. Przyniosę panu wody.
-?Peabody, w samochodzie mam zestaw polowy.
Odwróciwszy się w stronę ciała, wpięła w klapę mikrofon rekordera.
-?No, Rachel -?mruknęła. -?Trzeba zabrać się do roboty. Nagrywam. Ofiarą
jest kobieta, rasy kaukaskiej, w wieku około dwudziestu jeden lat.
Teren został odgrodzony taśmą, a umundurowani policjanci utworzyli
zwarty kordon, by powstrzymać ciekawskich. Po zarejestrowaniu danych Eve
zamierzała wejść do pojemnika.
Spostrzegła furgonetkę Kanału 75 na końcu kwartału. Pomyślała, że Nadine
pewnie cała gotuje się w środku, bynajmniej nie tylko z gorąca. Cóż,
musi poczekać na swoją kolej.
Następne dwadzieścia minut były po prostu koszmarne.
-?Proszę. -?Gdy Eve wynurzyła się z pojemnika, Peabody podała jej
butelkę z wodą.
-?Dzięki. -?Wypiła duszkiem zawartość butelki i dopiero potem wzięła
głęboki oddech. Miała wrażenie, że nigdy nie zdoła pozbyć się tego
okropnego smaku w ustach. Woda z drugiej butelki posłużyła jej do
obmycia rąk. -?Tych facetów zostawimy sobie na później. -?Wskazała
wejście do delikatesów. -?Najpierw muszę zobaczyć się z Nadine.
-?Masz już dane?
-?Tak. Na podstawie odcisków palców. Rachel Howard, zaoczna studentka
Uniwersytetu Columbia. -?Otarła pot z twarzy. -?Remke nie mylił się co
do wieku. Miała dwadzieścia lat. Już można ją zabrać. Nie potrafię podać
przyczyny ani czasu śmierci, bo ciało znajduje się w fatalnym stanie.
Popatrzyła na pojemnik.
-?Zobaczymy, co znajdą nasi ludzie, a potem niech się nią zajmą medycy.
-?Chcesz zacząć przesłuchania?
-?Zaczekaj, muszę najpierw porozmawiać z Nadine. -?Oddała Peabody pustą
butelkę i ruszyła w stronę furgonetki. Któryś z gapiów coś zawołał, ale
kiedy zobaczył wyraz twarzy Eve, słowa zamarły mu na ustach.
Nadine wyszła z samochodu, świeża jak do występu przed kamerą i wściekła
na cały świat.
-?Do cholery, Dallas, jak długo zamierzasz mnie blokować?
-?Tak długo, jak będzie trzeba. Muszę zobaczyć te zdjęcia, a potem
będziesz mi potrzebna w Centrali. Muszę ci zadać parę pytań.
-?Musisz? Myślisz, że obchodzi mnie to, co ty musisz?
To był okropny poranek. Eve aż dusiła się z upału, śmierdziała, a śniadanie, które zjadła z takim apetytem, leżało jej w żołądku jak
kamień. Para bijąca z budki, której właściciel dwoił się i troił, by
obsłużyć niezwykle licznych tego dnia klientów, pragnących z bliska
przyjrzeć się czyjejś śmierci, zatruwała tłuszczem i tak już ciężkie
powietrze.
Patrząc na Nadine, świeżą jak wiosenny poranek, z kubkiem kawy z lodem w wypielęgnowanej dłoni. Eve poczuła, że nie ma ochoty ukrywać swego
humoru.
-?W porządku. Masz prawo milczeć.
-?Co jest, do diabła?
-?Przypominam ci twoje prawa. Jesteś świadkiem zabójstwa. -?Skinęła na
policjanta. -?Proszę odczytać pani Furst jej prawa i odwieźć ją do
Centrali, gdzie zostanie poddana przesłuchaniu.
-?Podła z ciebie suka!
-?Gadaj sobie do woli. -?Eve odwróciła się na pięcie i podeszła do koronera.
2
We wnętrzu delikatesów panował przyjemny chłód. Pachniało kawą, wędzonym
łososiem i ciepłym pieczywem. Eve wypiła wodę, którą podał jej Remke.
Właściciel sklepu w niczym nie przypominał już rakiety kosmicznej na
chwilę przed startem. Sprawiał wrażenie potwornie wyczerpanego.
Eve dobrze wiedziała, że gdy ludzie stykają się z wyrafinowanym
okrucieństwem, często popadają w odrętwienie.
-?Kiedy ostatnio korzystał pan ze śmietnika? -?zapytała.
-?Wczoraj około siódmej wieczorem, tuż po zamknięciu sklepu. Zazwyczaj
robi to mój siostrzeniec, ale w tym tygodniu ma urlop. Zabrał żonę i dzieciaki do Disneylandu, Bóg jeden wie po co.
Wsparłszy się łokciami o ladę, ukrył głowę w dłoniach, mocno
przyciskając palce do skroni.
-?Wciąż nie mogę wymazać z pamięci twarzy tej dziewczyny.
I nigdy ci się to nie uda, pomyślała Eve. Takich obrazów nigdy w pełni
się nie zapomina.
-?O której przyszedł pan dziś do sklepu?
-?O szóstej. -?Z głębokim westchnieniem opuścił ręce. -?Od razu poczułem
ten zapach. Kopnąłem pojemnik. Boże, kopnąłem go, a ona tam była.
-?I tak nie mógł pan jej już w niczym pomóc, ale może pan to zrobić
teraz. Co było dalej?
-?Odsunąłem go. Zadzwoniłem do operatora. Costello i Mintz przyjechali
tu gdzieś około wpół do siódmej. Byliśmy wściekli. Około siódmej
zadzwoniłem jeszcze raz, bo nikt się nie pokazał. Potem dzwoniłem chyba
jeszcze ze sto razy, aż wreszcie przyjechał pan Poole. To było jakieś
dziesięć minut przed tym, jak go uderzyłem.
-?Mieszka pan na piętrze?
-?Tak, razem z żoną i najmłodszą córką. Ma szesnaście lat. -?Ciężko
westchnął. -?Mogła znaleźć się w tym śmietniku. Wróciła do domu dopiero
o dziesiątej. Zawsze jej powtarzam, że o tej porze musi już być w domu.
Wczoraj gdzieś poszła z przyjaciółmi. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby...
Chyba bym oszalał. -?Głos mu się załamał. -?Co można zrobić w takiej
sytuacji?
-?Wiem, że jest panu ciężko. Czy wczorajszego wieczoru usłyszał pan albo
zobaczył coś podejrzanego? Może coś pan pamięta.
-?Shelley przyszła o czasie. Jesteśmy z żoną bardzo stanowczy, jeśli
chodzi o godzinę powrotu córki do domu, więc przyszła punktualnie o dwudziestej drugiej. Grałem w jakąś grę na komputerze, ale oczywiście
głównie czekałem na powrót Shelley. Poszliśmy spać koło dwudziestej
trzeciej. Muszę rano otwierać sklep, więc kładę się wcześnie. Nic nie
słyszałem.
-?Proszę mi opowiedzieć o Rachel. Co pan o niej wie?
-?Niewiele. Pracowała w tym całodobowym sklepie, 24/7, chyba gdzieś od
roku. Głównie w dzień. Czasami w nocy, ale przede wszystkim w dzień.
Kiedy wchodziło się do sklepu i nie była zajęta, to zawsze czegoś się
uczyła. Chciała zostać nauczycielką. Miała piękny uśmiech. -?Głos znów
mu się załamał. -?Człowiek jakoś tak lepiej się czuł, kiedy na nią
patrzył. Nie wiem, jak ktoś mógł ją tak potraktować.
Spojrzał na śmietnik.
-?Nie mieści mi się w głowie, jak ktoś mógł jej to zrobić.
* * *
Eve i Peabody przeszły na drugą stronę ulicy, do sklepu 24/7.
-?Chciałabym, żebyś połączyła się z Roarkiem i zapytała, jak czuje się
Summerset -?zwróciła się Eve do asystentki.
-?Przecież dzisiaj wyjechał na wakacje. Zaznaczyłaś ten dzień w swoim
kalendarzu, narysowałaś butelkę szampana i gwiazdki.
-?Złamał nogę.
-?Coo? Kiedy? Jak to się stało? O, Boże!
-?Rano spadł ze schodów. Uważam, że zrobił mi to na złość. Naprawdę tak
myślę, ale proszę cię, sprawdź, co się dzieje. Powiedz Roarke'owi, że
się do niego odezwę, kiedy tylko się z tym uporam.
-?I że myślisz o nim i wspierasz go na duchu -?dodała z kamienną twarzą
Peabody.
Eve uniosła oczy ku niebu i chwyciła asystentkę za rękę.
-?Domyśli się, że to bujda, ale tak trzeba się zachować.
-?I to niezależnie od okoliczności.
Eve weszła do sklepu. Ktoś wrażliwy wyłączył wesołą muzykę, którą można
było usłyszeć w każdym sklepie z sieci 24/7 na całej kuli ziemskiej.
Miejsce przypominało grobowiec, wypełniony gotowymi produktami
żywnościowymi, sprzedawanymi po zawyżonych cenach. Pod ścianą stał rząd
autokucharzy z gotowymi potrawami. Jakiś policjant kręcił się koło
stoiska z muzyką rozrywkową, a za ladą siedział młody mężczyzna. Miał
zaczerwienione oczy.
Jeszcze jeden wykorzystywany pracownik, pomyślała Eve. Sprzedawcami w 24/7 byli przeważnie ludzie bardzo młodzi albo w zdecydowanie starszym
wieku -?tylko oni zgadzali się na wielogodzinną pracę w najprzeróżniejszych porach dnia i nocy za śmiesznie niskie
wynagrodzenie.
Chłopak był chudym Murzynem ze sterczącymi włosami o jaskrawopomarańczowym odcieniu. Miał srebrny kolczyk w dolnej wardze, a na ręku tanią bransoletę.
Spojrzawszy na Eve, zaczął cicho płakać.
-?Nie wolno mi do nikogo dzwonić. Powiedziano mi, że muszę tu zostać.
Ale ja chcę stąd wyjść.
-?Niedługo będzie pan wolny. -?Skinieniem głowy dała policjantowi znak,
żeby wyszedł.
-?Podobno Rachel nie żyje.
-?To prawda. Był pan z nią zaprzyjaźniony?
-?Myślę, że to jakaś pomyłka. To musi być pomyłka. -?Otarł nos wierzchem
dłoni. -?Jeśli pozwoli mi pani do niej zadzwonić, na pewno się okaże, że
zaszła jakaś pomyłka.
-?Bardzo mi przykro. Jak się pan nazywa?
-?Madinga. Jones Madinga.
-?Nie ma mowy o żadnej pomyłce, Madinga, i serdecznie ci współczuję, bo
widzę, że byliście przyjaciółmi. Jak długo ją znałeś?
-?Myślę, że to niemożliwe. To nie może być prawda. -?Potarł podbródek. -
Zaczęła tu pracować w lecie zeszłego roku. Wczesnym latem. Jest
studentką college'u i potrzebuje pieniędzy. Czasami spędzaliśmy wspólnie
czas.
-?Byliście tylko zaprzyjaźnieni, czy łączyło was coś więcej?
-?Po prostu się przyjaźniliśmy. Mam dziewczynę. Czasami chodziliśmy do
klubu albo oglądaliśmy razem coś nowego na wideo.
-?Miała chłopaka?
-?Nikogo stałego. Nie chodziła z nikim na poważnie, bo musiała się
uczyć. Naprawdę interesowała się tylko nauką.
-?Czy kiedykolwiek ci wspomniała, że ktoś się jej naprzykrza? Może jakiś
chłopak, który nie chciał luźno traktować znajomości?
-?Nie. To znaczy, był jakiś facet, którego poznaliśmy w klubie i potem
się z nim umówiła. Poszli chyba do jakiejś restauracji, której był
właścicielem. Ale stwierdziła, że jest zbyt namolny i z nim zerwała. Nie
chciał przyjąć tego do wiadomości i jeszcze przez pewien czas za nią
łaził. No, ale to było już kilka miesięcy temu. Jeszcze przed Bożym
Narodzeniem.
-?Jak miał na imię?
-?Diego. -?Wzruszył ramionami. -?Nie znam nazwiska. Gładki, wyszczekany,
z odlotowymi piórami. Nędzny podrywacz. Powiedział jej, że lubi się
zabawić z dziewczynami, ale dobrze tańczył, a Rachel kochała taniec.
-?Jaki to klub?
-?Scena. Na Czternastej, niedaleko Union Square. Czy... czy on jej coś
zrobił, zanim ją tam włożył?
-?Nie wiem.
-?Była dziewicą. -?Wargi mu drżały. -?Mówiła mi, że nie chce tego zrobić
tylko po to, żeby mieć to już za sobą. Czasami dokuczałem jej z tego
powodu, tak dla żartu, bo byliśmy przyjaciółmi. Jeśli on jej to zrobił...
-?W oczach chłopaka nie było już łez. Patrzył przed siebie szklanym
wzrokiem. -?Powinniście go ukarać. Niech cierpi tak, jak cierpiała ona.
Po wyjściu na dwór Eve przeczesała palcami włosy w poszukiwaniu okularów
przeciwsłonecznych. Nie miała pojęcia, gdzie się zapodziały.
-?Złamana noga -?poinformowała ją Peabody. -?Stłuczone ramię i uszkodzenie ścięgien.
-?O czym ty mówisz?
-?O twoim ulubieńcu! Roarke powiedział, że Summerseta zatrzymano na
jeden dzień w szpitalu i że trzeba mu załatwić opiekę domową. Ma też
uszkodzone drugie kolano, więc trochę to potrwa, zanim dojdzie do
siebie.
-?Cholera!
-?Aha, poza tym powiedział, że docenia twoje zainteresowanie, o którym
bezzwłocznie poinformuje pacjenta.
-?Cholera! -?powtórzyła Eve.
-?A żeby twoje szczęście było pełne, wiedz, że masz wiadomość od
przedstawiciela Nadine. Dostałaś godzinę na zakończenie przesłuchań. Po
tym czasie Kanał 75 złoży oficjalną skargę w imieniu Nadine Furst.
-?Niech się skicha. -?Eve wyjęła okulary swej asystentki z kieszeni jej
munduru i włożyła je z wyraźną ulgą. -?Najpierw musimy zawiadomić
rodzinę Rachel Howard.
* * *
Kiedy Eve w końcu dotarła do Centrali, marzyła jedynie o prysznicu,
okazało się jednak, że będzie musiała z tym zaczekać. Udała się prosto
do pomieszczenia, które policjanci nazywali salonem, a które pełniło
funkcję poczekalni dla przesłuchiwanych, członków rodzin i świadków,
nieznajdujących się na liście podejrzanych.
Były tam stoły, krzesła, automaty do sprzedaży różnych produktów i kilka
ekranów plazmowych dla oczekujących na swoją kolej. W tej chwili w pokoju znajdowali się Nadine, członkowie jej ekipy i mężczyzna w garniturze, którego Eve natychmiast uznała za adwokata reporterki.
Nadine zerwała się na nogi.
-?Chcemy wreszcie się czegoś dowiedzieć.
Mężczyzna w garniturze, wysoki, szczupły, z burzą kasztanowych włosów i stalowym spojrzeniem niebieskich oczu, poufałym gestem poklepał ją po
ramieniu.
-?Spokojnie, Nadine. Proszę pozwolić, że się tym zajmę, porucznik
Dallas. Nazywam się Carter Swan, jestem doradcą Kanału 75. Reprezentuję
panią Furst i jej współpracowników. Chciałbym podkreślić, że
potraktowała pani moją klientkę, powszechnie cenioną i szanowaną
przedstawicielkę mediów, w sposób absolutnie niedopuszczalny. Zamierzam
wnieść skargę do pani przełożonych.
-?Aha. -?Eve podeszła do automatu. Kawa z maszyny była lurowata, ale
musiała się czegoś napić. -?Pani Furst -?zaczęła, wstukując numer
identyfikacyjny, a po chwili zaklęła pod nosem, gdyż okazało się, że
karta kredytowa jest pusta. -?Pani Furst jest ważnym świadkiem w śledztwie w sprawie morderstwa. Została poproszona o stawienie się w celu złożenia zeznań, nie wykazała jednak żadnej chęci współpracy.
Sięgnęła do kieszeni w nadziei, że znajdzie tam jakieś monety albo
żetony, lecz kieszeń była pusta.
-?Miałam prawo nakazać doprowadzenie pańskiej klientki, tak jak pani
Furst miała prawo sprowadzić tu pana, żeby mnie zdenerwować. Nadine,
potrzebne mi są te wydruki.
Nadine usiadła i skrzyżowała długie nogi. Po chwili poprawiła blond
włosy i uśmiechnęła się lekko.
-?Będziesz musiała pokazać nakaz mojemu przedstawicielowi, a o wydrukach
porozmawiamy dopiero wtedy, gdy sprawdzi autentyczność dokumentu.
-?Nie musisz aż tak utrudniać mi pracy.
Zielone, kocie oczy Nadine rozbłysły gniewem.
-?Tak uważasz?
-?Zgodnie z prawem stanowym i federalnym -?zaczął Carter -?pani Furst
nie ma żadnego obowiązku przekazywać żadnej własności, tak prywatnej jak
i służbowej, bez nakazu sądu.
-?Zadzwoniłam do ciebie -?powiedziała cicho Nadine. -?Wcale nie musiałam
tego robić. Mogłam pojechać prosto na Delancey i zrobić, co do mnie
należy, ale postanowiłam dać ci znać, ze względu na naszą przyjaźń i szacunek, jakim cię darzę. Tak się złożyło, że przyjechałaś tam
pierwsza. -?Zrobiła pauzę, spoglądając przy tym wymownie na jednego z członków swojej ekipy. Młody człowiek aż się skulił pod jej wzrokiem. -
Wyłączyłaś mnie z tej sprawy. No i nici z mojego reportażu.
-?Będziesz miała swój cholerny reportaż. Ostatnie pół godziny spędziłam
w bardzo miłym szeregowym domku w Brooklynie z rodzicami
dwudziestojednoletniej dziewczyny i patrzyłam, jak się załamują na wieść
o śmierci córki. A musiałam im też powiedzieć, gdzie była przez całą
noc.
Nadine podeszła do Eve, przemierzającej pokój w tę i z powrotem. W końcu
stanęły naprzeciw siebie.
-?Nie znalazłabyś jej, gdybym ci o tym nie powiedziała.
-?Mylisz się. Gdybym to nie była ja, znalazłby ją ktoś inny. Pięć, sześć
godzin w pojemniku, dziewięćdziesiąt stopni Fahrenheita za oknami, a pewnie ze sto dwadzieścia w śmietniku. Znaleziono by ją bardzo szybko.
-?Słuchaj, Dallas -?zaczęła Nadine, lecz Eve właśnie się rozkręcała.
-?Zapewne pomyślał o tym, wkładając ją do pojemnika, a potem wysłał ci
zdjęcia. Może nawet przyszło mu do głowy, że jakiś policjant będzie
musiał się nią zająć. Nadine, chyba wiesz, co dzieje się z ciałem w takim upale?
-?Nie zbaczaj z tematu.
-?Ależ to jak najbardziej należy do tematu. -?Gwałtownym ruchem wyjęła
rekorder z kieszeni i podłączyła go do monitora.
Na ekranie pojawił się obraz Rachel Howard w chwili znalezienia jej
przez Eve.
-?Miała dwadzieścia lat, była studentką, chciała zostać nauczycielką.
Lubiła tańczyć, miała kolekcję misiów. Pluszowych. -?Głos Eve brzmiał
dziwnie ostro, kiedy spoglądała na zdjęcie doczesnych szczątków Rachel
Howard. -?Miała młodszą siostrę, Melisę. Rodzina myślała, że Rachel
została w akademiku u przyjaciół, co zdarzało jej się kilka razy w tygodniu, więc nikt nie przejmował się jej nieobecnością. Dopóki nie
zapukałam do ich drzwi.
Odwróciła się i spojrzała na Nadine.
-?Jej matka osunęła się na kolana, jakby w jednej chwili uszło z niej
całe powietrze. Musisz do niej polecieć ze swoją ekipą, kiedy tylko
skończymy. Jestem pewna, że zdobędziesz tam wspaniały materiał. Taki
obraz cierpienia na pewno podniesie atrakcyjność reportażu.
-?To niedopuszczalne -?warknął Carter. -?Moja klientka...
-?Cicho, Carter. -?Nadine sięgnęła po skórzaną teczkę. -?Chciałabym
porozmawiać z tobą na osobności, pani porucznik.
-?Nadine, szczerze radzę...
-?Zamknij się, Carter! Dallas, chcę z tobą pogadać w cztery oczy.
-?W porządku. -?Wyłączyła magnetowid. -?Chodźmy do mojego gabinetu.
Po drodze nie odezwały się do siebie ani słowem. Ruchomy chodnik zawiózł
je do odpowiedniego sektora.
Minęły pomieszczenia aresztu, skąd natychmiast dobiegły odgłosy powitań
domniemanej nowo przybyłej, które jednak szybko się urwały, gdy tylko
przeszły dalej.
Gabinet Eve był mały i miał tylko jedno okno. Po zamknięciu drzwi Eve
przysunęła do biurka krzesło, zostawiając drugie dla Nadine.
Jednak reporterka nie usiadła. Z jej twarzy łatwo było wyczytać uczucia,
które ogarnęły ją po tym, co usłyszała.
-?Przecież dobrze mnie znasz. Znasz mnie na tyle, żeby wiedzieć, że nie
zasługuję na takie traktowanie i słowa, które wypowiedziałaś pod moim
adresem.
-?Może i nie zasługujesz, ale to ty przywlokłaś tu adwokata i skoczyłaś
mi do gardła tylko dlatego, że nie pozwoliłam ci nagrać materiału.
-?Do cholery, Dallas, przecież ty mnie aresztowałaś!
-?Wcale cię nie aresztowałam, tylko kazałam doprowadzić na
przesłuchanie. Nie będziesz nigdzie notowana z tego powodu.
-?Kicham na to. -?Rozwścieczona Nadine kopnęła krzesło.
Eve dobrze rozumiała jej zachowanie, mimo że gwałtownie przesunięty
mebel boleśnie uderzył ją w nogę.
-?Zadzwoniłam do ciebie! -?wybuchnęła Nadine. -?Zawiadomiłam cię, mimo
że wcale nie musiałam tego robić! A w nagrodę nie pozwalasz mi zrobić
reportażu, ciągniesz na policję i traktujesz jak przestępcę.
-?Nie zabraniałam ci robić reportażu, tylko wykonywałam swoją pracę. A poleciłam cię tu doprowadzić, bo masz informacje, które są mi potrzebne,
a robisz fochy.
-?Ja?
-?Oczywiście. Boże, muszę się napić kawy. -?Podeszła do autokucharza. -
Byłam wściekła, więc nie miałam czasu na nasz zwyczajowy taniec godowy.
Przepraszam za to, w jaki sposób cię potraktowałam. Dobrze wiem, że nie
żerujesz na ludzkim nieszczęściu. Chcesz trochę kawy?
Nadine otworzyła usta, po chwili je zamknęła i wypuściła powietrze.
-?Gdybyś miała dla mnie odrobinę szacunku...
-?Nadine. -?Eve odwróciła się z kubkiem kawy w ręku. -?Gdybym nie
darzyła cię szacunkiem, to już wchodząc do salonu miałabym w ręku nakaz
aresztowania -?zamilkła na chwilę. -?Robisz to z tym adwokatem?
Nadine wypiła łyk kawy.
-?Prawdę mówiąc, zrobiłam kopie zdjęć przed wyjazdem na Delancey, gdzie
dotarłabym znacznie wcześniej, gdyby Red nie walnął w zderzak drugiego
auta. -?Wyjęła fotografie z teczki.
-?Wydział informacji chciałby mieć namiary na twoje łącze.
-?Domyśliłam się tego. -?Bitwa była zakończona, stały teraz naprzeciw
siebie: dwie kobiety bez reszty oddane swojej pracy.
-?Była ładną dziewczyną. Miała piękny uśmiech -?stwierdziła Nadine.
-?Wszyscy to mówią. To zdjęcie z pracy, widzisz stoisko ze słodyczami. A to pewnie zrobiono w metrze. A to... nie mam pojęcia. Pewnie w jakimś
parku. Nie są upozowane. Wygląda na nich tak, jakby w ogóle nie zdawała
sobie sprawy, że ktoś ją fotografuje.
-?Łaził za nią.
-?To możliwe. A tutaj wyraźnie pozuje. -?Uniosła ostatnie zdjęcie.
Rachel siedziała na krześle ustawionym na tle białej ściany, w kręgu
ciepłego, miękkiego światła, ze skrzyżowanymi nogami i rękami leżącymi
tuż przy kolanach. Była ubrana w niebieską bluzkę i dżinsy, w których
została znaleziona. Miała młodą, urodziwą twarz, śliczne różowe wargi i policzki. Jednak soczyście zielone oczy wyrażały pustkę.
-?Nie żyje. To zdjęcie było zrobione już po śmierci.
-?Chyba tak. -?Eve odłożyła fotografię i przeczytała załączony tekst.
Ona była pierwsza, miała czyste światło. Odtąd będzie świecić na wieki.
Teraz to światło żyje we mnie. Ona żyje we mnie. Aby odnaleźć miejsce
jej spoczynku, należy udać się na skrzyżowanie Delancey i Avenue D.
Powiedz światu, że to dopiero początek. Początek wszystkiego.
-?Mam zamiar zmusić Feeneya, żeby wysłał kogoś z działu przetwarzania
danych po twoje łącze. A skoro jesteśmy teraz takie pełne wzajemnego
szacunku, nie powinnam chyba w ogóle dodawać, że treść tego przekazu nie
może zostać podana do publicznej wiadomości w czasie trwania śledztwa.
-?Oszczędź sobie tych szczegółów. Natomiast ja, również przez wzgląd na
szacunek, nie będę cię prosić, żebyś w czasie trwania śledztwa
powiadamiała mnie o jego postępach albo od czasu do czasu spotykała się
ze mną sam na sam.
-?Nie musisz, Nadine, ale teraz naprawdę nie jestem w stanie ci nic
powiedzieć. Muszę jakoś pchnąć tę sprawę.
-?W takim razie proszę o jakieś oświadczenie, tak żebym mogła przekonać
ludzi, że nowojorski Departament Policji i Bezpieczeństwa czuwa i robi
postępy.
-?Możesz powiedzieć, że celem śledztwa jest ustalenie wszystkich
możliwych powiązań i że policja nie będzie bierna, kiedy młoda kobieta
zostaje potraktowana jak surowiec wtórny.
* * *
Po odprowadzeniu Nadine Eve usiadła przy biurku. Miała ochotę
natychmiast udać się do prosektorium, teraz jednak czekało ją inne
zadanie.
Zadzwoniła na prywatny komunikator Roarke'a, otrzymała wiadomość, że
jest chwilowo niedostępny, i natychmiast została połączona z jego
sekretarką.
-?Cześć, Caro. Domyślam się, że Roarke jest zajęty.
-?Witam, pani porucznik. -?Na ekranie ukazała się miła twarz. -?Właśnie
kończy spotkanie. Za chwilę powinien być wolny. Zaraz przełączę.
-?Nie chcę sprawiać kłopotu. Cholera! -?zaklęła, ale sekretarka zdążyła
już ją połączyć. Eve poruszyła się niespokojnie, słysząc serię sygnałów.
Po chwili na ekranie ukazała się twarz Roarke'a. Chociaż się uśmiechał,
Eve widziała, że jest czymś zaaferowany.
-?Pani porucznik! Udało się pani mnie złapać.
-?Przepraszam, że nie skontaktowałam się z tobą wcześniej, ale nie
miałam wolnej chwili. Czy u niego wszystko w porządku?
-?To brzydkie złamanie. Jest bardzo niespokojny. W dodatku urazy
ramienia i kolana, a także inne potłuczenia i otarcia, jeszcze
komplikują sprawę. To był ciężki upadek.
-?Jest mi bardzo przykro. Naprawdę.
-?Mmm. Zatrzymają go w szpitalu do jutra. Jeśli wydobrzeje na tyle, że
będą mogli go wypisać, przywiozę go do domu. Z początku nie będzie w stanie poruszać się o własnych siłach i będzie potrzebował opieki. Już
się wszystkim zająłem.
-?Może powinnam coś zrobić?
Tym razem Roarke uśmiechnął się swobodniej.
-?Na przykład?
-?Nie mam najmniejszego pojęcia. A jak ty się czujesz?
-?Muszę przyznać, że to wszystko mną wstrząsnęło. Nie potrafię się
pozbierać, kiedy komuś znajdującemu się pod moją opieką dzieje się
krzywda. A właśnie tak odbieram tę sytuację. Był na mnie wściekły, że
wsadziłem go do szpitala, jak się wyraził. Przypominał mi ciebie w podobnych sytuacjach.
-?Jestem pewna, że wyzdrowieje. -?Marzyła o tym, by móc teraz czule
dotknąć Roarke'a, poprawić mu nastrój. -?Ja najczęściej spadam na cztery
łapy.
-?Dopóki nie poznałem ciebie, on był jedynym pewnym punktem w moim
życiu. Kiedy zobaczyłem go w takim stanie, omal nie odszedłem od
zmysłów.
-?Nie martw się o niego. Jest zbyt podły, żeby długo cierpieć. Muszę już
iść. Nie wiem, kiedy wrócę do domu.
-?To samo mogę powiedzieć o sobie. Dzięki za kontakt.
Zakończyła rozmowę, jeszcze raz przebiegła wzrokiem zdjęcia i schowała
je do torebki. Wychodząc, przeszła obok boksu swojej asystentki.
-?Peabody, lecimy.
-?Mam rozkład zajęć ofiary. -?Asystentka musiała podbiegać, by dotrzymać
kroku Eve. -?A także listę jej wykładowców oraz współpracowników z 24/7.
Nie miałam nawet czasu przyjrzeć się temu dokładniej.
-?Zrób to w drodze do zakładu medycyny sądowej. Wprowadź hasło:
fotografia i wizualizacja. Sprawdź, czy któraś z osób na liście się tym
interesuje.
-?Od razu mogę ci to powiedzieć. Uczęszczała na dodatkowe zajęcia z wizualizacji. Była w tym bardzo dobra. Zresztą ona była doskonała ze
wszystkich przedmiotów. Jakaś wyjątkowo zdolna dziewczyna. -?W drodze do
garażu wyciągnęła laptopa. -?Zajęcia z tej wizualizacji miała we
wtorkowe wieczory.
-?Czyli między innymi wczoraj.
-?Tak. Jej wykładowczynią była Leeanne Browning.
-?Sprawdź ją jako pierwszą. -?Pociągnęła nosem. -?Co to za zapach?
-?Jako twoja asystentka i przyjaciółka jestem zobowiązana cię
poinformować, że to ty go wydzielasz.
-?Cholera!
-?Masz. -?Peabody wyciągnęła z torebki dezodorant w sprayu.
Eve cofnęła się instynktownie.
-?Co to jest? Trzymaj to ode mnie z daleka.
-?Dallas, kiedy wejdziemy do samochodu, trudno będzie nam oddychać,
nawet jeśli włączymy wentylację. Ty po prostu śmierdzisz. Pewnie
będziesz musiała spalić ten żakiet, a szkoda, bo jest bardzo szykowny.
Zanim Eve zdążyła się uchylić, Peabody skierowała na nią potężny
strumień dezodorantu i nie przestawała pryskać mimo protestów
bohaterskiej pani porucznik.
-?To pachnie jak... zgniłe kwiaty.
-?Ta zgniła część należy do ciebie. -?Peabody przysunęła się i wciągnęła
powietrze. -?Ale jest już dużo lepiej. Z odległości trzech-czterech
metrów w ogóle nic nie czuć. No, ale w prosektorium na pewno mają silne
środki odkażające -?stwierdziła, prezentując czarny humor. -?Będziesz
mogła się zdezynfekować, a może nawet znajdzie się coś do odkażenia
twojego ubrania.
-?Wyłącz się, Peabody.
-?Już się robi. -?Peabody wsiadła do samochodu i zajęła się sprawdzaniem
danych na temat Leeanne Browning. -?Profesor Browning ma pięćdziesiąt
sześć lat. Od dwudziestu trzech lat pracuje na Uniwersytecie Columbia.
Żyje w małżeństwie homoseksualnym z czterdziestoczteroletnią Angelą
Brightstar. Mieszkają na Upper West Side. Niekarana. Drugi dom w Hamptons. Ma brata, mieszkającego na Upper East Side. Żonaty, jedno
dziecko, syn. Trzydzieści osiem lat. Rodzice żyją, są na emeryturze,
mają domy w Upper East Side i na Florydzie.
-?Sprawdź teraz karalność tej Brightstar i rodziny.
-?Brightstar -?stwierdziła po chwili Peabody. -?Dwanaście lat temu miała
wyrok za narkotyki, została skazana na trzy miesiące robót publicznych.
Brightstar jest niezależną artystką, ma w mieszkaniu studio. Brat
czysty, podobnie jak rodzice, ale kuzyn ma dwa wyroki. Jeden za
narkotyki w wieku dwudziestu trzech lat, a drugi za napaść. Obecnie
mieszka w Bostonie.
-?Być może warto będzie z nim porozmawiać. Wrzuć go na listę. Zobaczymy,
czy odwiedzał nasze wspaniałe miasto. Zdobądź plan wykładów profesor
Browning. Chciałabym z nią dzisiaj porozmawiać.
Eve przeszła białym korytarzem prosektorium. Pomyślała, że istotnie
stosuje się tu silne środki odkażające, lecz mimo wszystko nie udawało
się całkowicie zneutralizować charakterystycznego zapachu, który wciskał
się we wszystkie szczeliny i zatruwał powietrze.
Została skierowana do sali ze stołem sekcyjnym, na którym leżała Rachel
Howard. Pochylał się nad nią doktor Morris w długim zielonym kitlu
narzuconym na cytrynowy garnitur. Lekarz związał włosy w trzy kucyki,
jeden pod drugim, wymykające się spod czepka i opadające na plecy. Mimo
to wcale nie wyglądał śmiesznie.
Eve podeszła do ciała. Od razu domyśliła się przyczyny śmierci.
Niewielkie ukłucie na wysokości serca nie mogło powstać w czasie sekcji.
-?Co możesz mi powiedzieć?
-?Że grzanka zawsze spada posmarowaną stroną na podłogę.
-?Zanotuję to w raporcie. To przez tę ranę serca?
-?Tak. Szybka śmierć. Ktoś bardzo sprawnie posłużył się sztyletem,
szpikulcem do lodu albo czymś podobnym. Nie chciał bałaganu ani
kłopotów.
-?Czemu używasz rodzaju męskiego? Czy została zgwałcona?
-?Mówię "on" w sensie ogólnym. Nie było żadnego gwałtu. Kilka
niewielkich sińców, które mogły powstać w czasie przewozu. Żadnego
bałaganu, żadnych kłopotów -?powtórzył. -?Opatrzył ranę. Znalazłem ślady
plastra z opatrunkiem. Schludne kółko. Zapewne zdjął go już po
wszystkim. No i jeszcze to. -?Odwrócił dłoń Rachel. -?Niewielki okrągły
ślad. Najprawdopodobniej po strzykawce naciskowej.
-?Nie wygląda na osobę, która miała do czynienia narkotykami, poza tym
to dziwne miejsce na wkłucie. Musiał jej coś wstrzyknąć, prawdopodobnie
jakiś środek uspokajający.
-?Zobaczymy po wykonaniu analiz. Na ciele nie ma śladów użycia siły, z wyjątkiem tego nakłucia. Widoczne są jedynie nieznaczne ślady związania
na nadgarstkach, na lewym kolanie i na prawym łokciu. Popatrz tutaj.
Podał jej okulary.
-?Ślady więzów? W tych miejscach? -?zdziwiła się. -?To byłby dziwny
sposób krępowania ciała.
-?Myślę, że rozmowę na temat różnych możliwości krępowania ciała i związanych z tym zabaw odłożymy na później. Najpierw się przyjrzyj.
Włożyła okulary ochronne i pochyliła się nad ciałem. Dostrzegła cienkie,
sinawe linie.
-?To musiały być jakieś druty -?stwierdził Morris. -?Na pewno nie sznur.
-?Chciał ją upozować. Użył drutu, żeby przybrała odpowiednią pozę.
Popatrz, drut był owinięty wokół przegubów. Złożył jej ręce na kolanie.
Skrzyżował jej nogi, przywiązał do krzesła. Tych drutów nie widać na
zdjęciu, bo je później usunął przy opracowaniu komputerowym.
Wyprostowała się i wyjęła z torby fotografię.
-?Pasuje ci to do teorii?
Morris włożył okulary i przyjrzał się zdjęciu.
-?Tak, pozycja się zgadza. A więc robi zdjęcia zmarłym. Był dawniej taki
zwyczaj, a potem moda wróciła na początku tego wieku.
-?Jaki zwyczaj?
-?Układali zmarłych w pozycjach wyrażających odpoczynek i spokój, a potem robili zdjęcia. Ludzie trzymali je w specjalnych albumach.
-?Chyba nigdy nie przestanę się dziwić ludzkim zboczeniom.
-?Nie wiem, czy tak bym to nazwał. To miało stanowić pocieszenie,
utrwalić wspomnienia.
-?Może i pragnie ją zapamiętać -?mruknęła Eve -?ale myślę, że tym razem
przede wszystkim to on chce być zapamiętany. Muszę jak najszybciej mieć
wyniki analiz toksykologicznych.
-?Trochę cierpliwości, złotko. Już niedługo.
-?Nie walczyła albo nie była w stanie walczyć. Musiała go znać i zaufała
mu albo została obezwładniona, a potem przeniósł ją tam, gdzie chciał. -
Włożyła fotografię z powrotem do torby. -?Albo już nie żyła, albo tam ją
zabił. Wydaje mi się, że właśnie tam ją zamordował, opatrzył ranę tak,
żeby krew nie zaplamiła ubrania, potem ją upozował i zrobił zdjęcia.
Następnie znowu ją przewiózł i umieścił ciało w pojemniku na odpadki
naprzeciwko sklepu, w którym pracowała.
Zaczęła przechadzać się tam i z powrotem.
-?Tak więc jest bardzo prawdopodobne, że jej morderca mieszka gdzieś w sąsiedztwie. Widuje ją codziennie, dostaje obsesji na jej punkcie. Nie
seksualnej, ale jednak obsesji. Śledzi ją, robi zdjęcia. Przychodzi do
sklepu, a ona nie zwraca na niego szczególnej uwagi. Jest uprzejma.
Zapewne zna jego imię. Albo jest to ktoś ze studiów. Znajoma twarz,
ktoś, komu ona ufa. Może proponuje, że podwiezie ją do domu albo na
uczelnię? Tak czy owak, jakoś ją dopada. Znała go -?podsumowała, patrząc
na Rachel. -?Tak jak on znał ją.
* * *
Nieco oprzytomniawszy po przejściu przez komorę dezynfekcyjną w kostnicy, Eve zatrzymała się przed okazałym domem, w którym mieszkała
profesor Browning.
-?Myślałam, że nauczyciele akademiccy zarabiają mniej niż gliny -
zauważyła.
-?Zajmę się sprawdzeniem stanu jej finansów.
Eve wyszła z samochodu i natychmiast dostrzegła śpieszącego w jej stronę
odźwiernego.
-?Obawiam się, że nie może pani zostawić tego tutaj.
-?To służbowy samochód. A to -?dodała, wyjmując odznakę -?jest policyjna
odznaka. Ponieważ zamierzam wejść do środka w sprawach służbowych,
samochód zostanie tutaj.
-?Niedaleko stąd jest parking. Z przyjemnością tam panią zaprowadzę.
-?Z przyjemnością to pan otworzy drzwi, wejdzie ze mną do środka i poinformuje profesor Browning, że porucznik Dallas z nowojorskiego
Departamentu Policji i Bezpieczeństwa ma zamiar z nią porozmawiać. A potem może pan sobie wyjść na zewnątrz i kierować ludzi choćby i do
samego diabła. Zrozumiano?
Wszystko wskazywało na to, że tak, gdyż odźwierny wybrał kod domofonu.
-?Gdyby profesor Browning pani oczekiwała, byłbym o tym poinformowany.
Był tak sztywny i nadęty, że Eve nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.
-?Wie pan co? Mam w domu kogoś, kto bardzo przypomina mi pana. Po prostu
drugi egzemplarz. Czyżbyście założyli jakiś klub?
Prychnął gniewnie i zabębnił palcami w drzwi.
-?Pani profesor, tu Monty. Przepraszam, że panią niepokoję, ale jest tu
ze mną porucznik Dallas. Chce coś wyjaśnić. Tak, pani profesor -
powiedział do mikrofonu. -?Widziałem jej odznakę. Towarzyszy jej druga
policjantka w mundurze. Tak, oczywiście, pani profesor.
Zwrócił się w stronę Eve. Miał usta tak wąskie, że mógłby przeciąć nimi
papier.
-?Profesor Browning zgodziła się z paniami spotkać. Proszę udać się
windą na czternaste piętro. Ktoś będzie tam na panie oczekiwał.
-?Dziękuję, Monty. -?Jak to się dzieje, że odźwierni zawsze mnie
nienawidzą? -?zapytała Eve, kiedy szły z Peabady w stronę windy.
-?Myślę, że wyczuwają twoją pogardę, tak jak feromony. Gdybyś
powiedziała im, że jesteś żoną Roarke'a, oczywiście natychmiast padliby
na kolana i zaczęli oddawać ci hołdy.
-?To już wolę, żeby się mnie bali i nienawidzili. -?Weszła do windy. -?Czternaste piętro -?poleciła.
3
Winda otworzyła się na czternastym piętrze, gdzie czekał już domowy
android. Jego czarne włosy były zaczesane do góry, a górną wargę zdobił
ciemny wąsik. Miał na sobie dziwny strój w rodzaju tych, które Eve
widywała na starych nagraniach wideo: czarny, o połach z przodu
obciętych, a z tyłu wydłużonych. Znajdująca się pod nim koszula
sprawiała wrażenie sztywnej i była wprost niewiarygodnie biała.
-?Porucznik Dallas i asystentka -?odezwał się donośnym głosem z wyraźnym
brytyjskim akcentem. -?Czy mogłyby się panie wylegitymować?
-?Oczywiście. -?Gdy Eve wyciągnęła odznakę, między oczami androida
przeskoczyła cienka czerwona linia. -?Jesteś szefem ochrony?
-?Pełnię bardzo wiele różnych funkcji, pani porucznik. -?Nieznacznie się
skłoniwszy, podał jej odznakę. -?Proszę za mną.
Cofnął się, umożliwiając im wyjście z windy. Przed ich oczami roztoczyło
się ogromne foyer z marmurową posadzką i lśniącymi antycznymi meblami,
na których stały wazony z artystycznie ułożonymi bukietami kwiatów.
W tym olbrzymim pomieszczeniu znajdował się również okazały posąg nagiej
kobiety, z głową odrzuconą do tyłu i dłońmi wsuniętymi we włosy. U stóp
rzeźby leżały kwiaty.
Na ścianach wisiały pięknie oprawione obrazy, a także fotografie i dzieła multimedialne. Eve zauważyła akty utrzymane w stylu romantycznym,
z rozproszonym światłem i widocznymi w tle zasłonami cienkimi jak
mgiełka.
Android otworzył kolejne drzwi i wprowadził policjantki do apartamentu.
Eve pomyślała, że nazwa apartament jest eufemizmem na określenie
ogromnego mieszkania, pełnego barw, kwiatów i miękkich draperii. Tutaj
także na ścianach znajdowało się wiele dzieł sztuki.
Patrząc na szerokie drzwi po prawej i lewej stronie, oraz jeszcze jedne,
prowadzące na korytarz biegnący wzdłuż pokoju, dochodziła do wniosku, że
Browning i Brightstar nie tylko mieszkają na czternastym piętrze, ale
wręcz stanowią jego istotę.
-?Proszę spocząć -?odezwał się android. -?Profesor Browning zaraz
przyjdzie. Czy mogę zaproponować coś do picia?
-?Nie, dziękujemy.
-?Rodzinny majątek -?powiedziała szeptem Peabody, kiedy zostały same. -
Obie nie mogą narzekać na brak gotówki, ale nadziana jest przede
wszystkim Brightstar. No, nie tak jak Roarke, ale i ona śpi na
pieniądzach. Angela Brightstar pochodzi z tych Brightstarów z Brightstar
Gallery na Madison. Szpanerskie miejsce. Kiedyś byłam tam z Charlesem na
wernisażu.
Eve podeszła do malowidła, na które składały się barwne plamy i grudki
farby.
-?Jak to się dzieje, że ludzie nie malują już domów i tym podobnych
rzeczy? Chodzi mi o odwzorowanie rzeczywistości.
-?Każdy inaczej odbiera rzeczywistość.
Do pokoju wkroczyła Leeanne Browning. Słowo "weszła" byłoby tu
zdecydowanie nie na miejscu, pomyślała Eve. Kobieta, licząca ponad metr
osiemdziesiąt wzrostu, o bujnych kształtach, ubrana w błyszczącą
srebrzystą suknię, mogła jedynie wkraczać.
Włosy opadały jej słoneczną kaskadą aż do pasa. Miała przy tym niezwykle
wyrazistą twarz o szerokich ustach z cofniętą górną wargą. Długi nos był
leciutko zadarty, a szeroko rozstawione oczy podkreślał makijaż w żywym
odcieniu purpury.
Eve natychmiast rozpoznała modelkę, która pozowała do białej rzeźby w foyer.
-?Proszę mi wybaczyć mój wygląd. -?Gospodyni uśmiechnęła się jak
kobieta, która doskonale zdaje sobie sprawę, że wywarła ogromne wrażenie
na zgromadzonych. -?Właśnie pozowałam mojej przyjaciółce. Proponuję,
żebyśmy usiadły, napiły się czegoś zimnego, a potem panie powiedzą mi,
co sprowadza policję w moje progi.
-?Czy ma pani studentkę Rachel Howard?
-?Mam wielu studentów. -?Usiadła na sofie w kolorze soczystej czerwieni
płatków maku, z ostrożnością i precyzją dorównującą aranżacji dzieł
sztuki na ścianach. -?Ale tak -?ciągnęła -?znam Rachel. Takich studentów
łatwo się nie zapomina. Jest bardzo bystra i aż rwie się do nauki.
Doskonale sobie radzi na moich zajęciach, mimo że wybrała je jako
dodatkowe.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
-?Mam nadzieję, że nie ma żadnych kłopotów. Chociaż osobiście uważam, że
młoda dziewczyna od czasu do czasu powinna wpadać w jakieś tarapaty.
-?Niestety, ma bardzo duży kłopot, pani profesor. Nie żyje.
Uśmiech zniknął z twarzy Leeanne. Wyprostowała się.
-?Nie żyje? Co się stało? Przecież to bardzo młoda osoba. Czyżby miała
wypadek?
-?Nie. Kiedy widziała ją pani po raz ostatni?
-?Na zajęciach, wczoraj wieczorem. Boże, nie jestem w stanie zebrać
myśli. -?Przyłożyła palce do skroni. -?Rodney! Rodney, przynieś nam coś...
coś zimnego. Jest mi bardzo przykro to słyszeć.
Porzuciła ton flirtu i pozę zadowolonej z siebie kobiety. Opuściła rękę,
a po chwili uniosła ją w geście bezradności.
-?Nie mogę w to uwierzyć, naprawdę nie mogę. Są panie pewne, że chodzi o Rachel Howard?
-?Tak. Co panią z nią łączyło?
-?Była studentką. Widywałam ją raz w tygodniu, uczęszczała też na
warsztaty, które prowadzę w drugie soboty miesiąca. Lubiłam ją. Była,
jak już powiedziałam, zdolna i chętna do nauki. Młoda, ładna dziewczyna,
która miała życie przed sobą. W kampusie widuje się ich całe mrowie
każdego roku, ale Rachel wyróżniała się zdolnościami, była pełna zapału
i radości życia. Boże, to straszne. Czy to był napad? Jej chłopak?
-?Miała chłopaka?
-?Nie wiem. W ogóle niewiele wiem na temat jej prywatnego życia.
Przypominam sobie teraz, że kiedyś po zajęciach przyjechał po nią jakiś
młody mężczyzna. Często była otoczona przyjaciółmi. Była typem osoby,
która przyciąga ludzi. Parę razy widziałam ją też w kampusie z innym
chłopakiem. Zapamiętałam to, gdyż tak pięknie razem wyglądali. Mogli być
żywą ilustracją hasła "Młodzi przyszłością Ameryki". Dziękuję, Rodney -
zwróciła się do androida, który postawił na stoliku tacę z trzema
szklankami musującego różowego napoju.
-?Czy ma jeszcze pani dla mnie jakieś polecenia?
-?Tak, powiedz pani Brightstar, że chciałabym się z nią zobaczyć.
-?Tak jest.
-?Czy może wspominała kogoś o imieniu Diego?
-?Nie. Naprawdę, nie zwierzała mi się ze swoich spraw. Była dla mnie
tylko studentką, którą dobrze zapamiętałam ze względu na jej wygląd i emanującą z niej radość życia. Nie mam pojęcia, co robiła poza
zajęciami.
-?Pani profesor, czy mogłaby mi pani powiedzieć, co robiła pani wczoraj
wieczorem po zajęciach?
Po chwili wahania profesor Browning westchnęła z rezygnacją.
-?Przypuszczam, że musi pani zadać to pytanie. -?Uniosła szklankę. -?Po
zajęciach poszłam prosto do domu, tak że przyszłam tu jakieś dwadzieścia
po dziewiątej. Razem z Angie zjadłyśmy późną kolację, rozmawiałyśmy o pracy. Nie mam dzisiaj zajęć, więc siedziałyśmy do pierwszej w nocy.
Słuchałyśmy muzyki, kochałyśmy się, potem poszłyśmy spać. Dzisiaj
wstałyśmy dopiero około dziesiątej. Żadna z nas jeszcze nie wychodziła z domu. Jest potworny upał, a Angie pracuje w swoim studiu.
Poruszyła się i wyciągnęła rękę, widząc wchodzącą do pokoju Angelę
Brightstar. Współmieszkanka miała na sobie niebieski fartuch do pół
łydki, pomazany farbami we wszystkich możliwych kolorach. Burza
kręconych włosów w kolorze wina była związana na czubku głowy szarfą,
której końce opadały na plecy.
Angela Brightstar miała twarz o delikatnych rysach, różowe usteczka
lalki i zamglone szare oczy. Drobna figurka wydawała się jakby zagubiona
w ogromnym, workowatym fartuchu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki