Portret wiedźmy - K.S. Shay

-
Proszę czekać

1

Jadę koleją podmiejską do domu, by okraść babcię. Za oknem na usychających gałęziach ptaki nucą pieśń, a księżyc żniwiarza wspina się ponad dachy. Dla jasności: jadę tam, żeby odpowiedzieć na Rytualne Przyzwanie - nie mam wyboru - a Marsh House, dom mojego kowenu, nie ma nic wspólnego z przytulnym pokojem z dzieciństwa. To raczej miejsce przesiąknięte pradawną magią. Po śmierci żadna ziemia nie upomni się o moją moc z większą zachłannością niż mokradła północno-wschodniego Massachusetts, gotowe zwrócić ją temu, co nieskrępowane.

Ostatecznie wracam do Marsh House, by wziąć udział w rytuale równonocy jesiennej i przy okazji dokonać kradzieży.

Przyciskam nos do szyby, obserwując przesuwające się za nią drzewa, i próbuję przygotować się na to, co mnie czeka. Sam rabunek pójdzie jak z płatka, ale na myśl o rytuale żołądek podchodzi mi do gardła.

Dziecko z tyłu uporczywie kopie w moje siedzenie, przez co uderzam głową o szybę z głuchym stuknięciem, zupełnie pozbawiona wiedźmiej godności. Odskakuję do tyłu i upuszczam mały kawałek papieru, który przesuwałam między palcami. Przeklinam pod nosem - bynajmniej nie magicznie, tego już nie robię - i nurkuję pod siedzenie.

Kiedy wracam na miejsce, szelest gałęzi o szybę brzmi jak salwy śmiechu. Ciskam wściekłym spojrzeniem w noc za oknem i rozwijam skrawek papieru z tytułem książki: Złowieszcze przypadłości. Heksariusz klątw po trzykroć zakazanych.

Nie traktuję tego jak kradzieży i nie zamierzam zadręczać się wyrzutami sumienia. Jak by nie patrzeć, w innym życiu, gdzieś w innym wymiarze, księgi matriarchini należałyby właśnie do mnie. A jednak istnieję tu i teraz, a od rozwiązania mojego problemu dzielą mnie już tylko dwie rzeczy: księga, którą muszę zdobyć, i ostatnie zaklęcie.

Pociąg się zatrzymuje. Kiedy wysiadam na stacji Rowley, rześkie nocne powietrze smaga mi policzki. To jedna z tych jesiennych nocy w Nowej Anglii, które smakują zimą - silnym mrozem i nieznośnie długą ciemnością. Niemal słyszę złośliwy szept świszczącego wiatru: "Ciesz się resztkami ciepła, złotko. Jeszcze nie poczułaś, jak ostre bywają moje zęby".

Na stacji nikt na mnie nie czeka. Rodzice bez wątpienia liczą na to, że otworzę portal i pojawię się przed nimi w chmurze srebrnobiałego dymu, zupełnie jak za czasów, gdy nic nie ekscytowało mnie bardziej niż rzucanie zaklęć, a każdy dystans nadawał się do tego, by pokonać go tunelem wydrążonym w nieskrępowanej magii - sile, która rządzi wszystkim, co dzikie, a nawet szczelinami między przestrzeniami. Zupełnie jak za czasów, gdy byłam skończoną idiotką.

Jadę taksówką na mokradła. Gdy budynki młyna zostają za oknem, a wokół gęstnieje las, coraz wyraźniej słyszę śmiech niesiony wiatrem. Po chwili drzewa ustępują miejsca mokradłom, gdzie wysokie trawy szeleszczą nad słonawą wodą.

Gdy dostrzegam sylwetkę czapli wzbijającej się do lotu, proszę kierowcę, by zatrzymał samochód. Wiem, że jestem już wystarczająco blisko. Mężczyzna unosi ze zdziwieniem brew, wyraźnie dumając nad tym, czy warto pytać mizerną dwudziestokilkulatkę, dlaczego chce wysiąść na kompletnym odludziu bez choćby cienia domu w pobliżu, ale ostatecznie spełnia moją prośbę bez słowa.

Czekam, aż czerwona poświata tylnych reflektorów rozproszy się w ciemności, i wchodzę w wysokie trawy. Kłosy rozchylają się na boki, prowadząc mnie krętą, wąską ścieżką. Z przeciwległej strony mokradeł rozlega się śpiew wilgowrona. Dopiero gdy milknie, czuję, jak głęboka cisza panuje tej nocy i jak mała jestem wobec niej.

Z bagien wyłania się Marsh House, typowy dla Nowej Anglii kolonialny dom z drobnymi szybkami z nierównego szkła, które zniekształcają widok po drugiej stronie, kamiennymi kominami i drzewami pochylonymi nad frontową werandą. Wystarczy spojrzeć na opasłe pnie, by zrozumieć, jak stara jest ta posiadłość. To nie jest mój dom, ale równie dobrze mógłby nim być - całe dzieciństwo spędziłam w tych murach, przygotowując się do roli matriarchini. Na parapetach stoją świece i słoiki z zaklętymi w nich urokami. W pokoju w wykuszu, gdzie odpoczywałam po godzinach intensywnej nauki, migocze pojedyncza świeca. Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, to właśnie tam przeniosłabym się portalem. Gdybym była inna.

Reszta kowenu gromadzi się już na miejscu. Samochody blokują podjazd, miotły zapełniają werandę. Powietrze wokół wypełniają wstęgi dymu wijące się łukami - to zapewne efekt otworzenia portalu przez wiedźmę zupełnie pozbawioną finezji.

Gdy podchodzę do werandy, zastanawiam się, czy dom mnie przyjmie, czy grząski grunt pod stopami lada chwila mnie pochłonie.

Zanim zdążę się tego dowiedzieć, tuż obok z rykiem przemyka samochód i wzbija w powietrze chmurę pyłu, wjeżdżając na miejsce parkingowe. To kobaltowy Oldsmobile, który rozpoznałabym wszędzie. Gdy drzwi się otwierają, z auta rozlega się donośny śmiech. Imani Davis patrzy prosto na mnie. Jest w moim wieku, ma ciemną skórę i spojrzenie, które sprawia wrażenie, jakby krzyczało: "No dalej, tylko spróbuj". Po krótkiej, niezręcznej chwili odwraca się do swojej paczki i przerzuca przez ramię kaskadę cienkich warkoczyków, po czym wyłącza silnik. Ruszam w stronę domu, próbując ignorować szepty dobiegające z samochodu.

- Przyszła tu pieszo? - Po tym pytaniu wybuchają kolejne salwy śmiechu. - Słyszałam, że pracuje w jakiejś księgarni...

Wchodzę na deski ganku i z ulgą odkrywam, że się pode mną nie zapadają. Gdy już mam przekroczyć próg, głośny świst obwieszcza przybycie jedynej wiedźmy, której widok napawa mnie radością.

Ash ześlizguje się z sękatej miotły i od razu zamyka mnie w uścisku.

- Maeve! Jesteś!

- Widziałyśmy się jakieś dwa dni temu - mówię, przytulając ją równie mocno.

Ash jest duża i miękka. Ma włosko-amerykańskie korzenie, oliwkową skórę, która latem lśni od słońca, i godne pozazdroszczenia fale ciemnych włosów, zawsze idealnie układające się wokół okularów. Przyjaźnimy się na tyle długo, że traktuję ją jak siostrę - pod każdym względem jest dla mnie rodziną. Spędzę dzisiejszy wieczór, trzymając się kurczowo jej boku, zupełnie jakby była jedynym źródłem spokoju w samym środku tego piekielnego huraganu magii.

- To o dwa dni za długo! Zamierzałam odebrać cię ze stacji, ale moja ciotka przyjechała do miasta na rytuał. Wiesz, co to znaczy. Przysięgam, że jeśli usłyszę jeszcze jeden komentarz dotyczący mojej wagi, w końcu rzucę ten urok odpędzający, który planowałyśmy już w liceum. - Przyjaciółka pochyla się, przyciągając mnie bliżej. - Posłuchaj, Maeve, pracuję teraz nad czymś dużym i...

- Ash, ty zawsze pracujesz nad czymś dużym - stwierdzam i przywołuję na twarz wymuszony uśmiech.

- Bądź wielka i wracaj do domu, sama wiesz - oznajmia Ash, otwierając przed nami drzwi.

Z trudem utrzymuję pogodny wyraz twarzy. To nasza prywatna przeróbka powiedzenia: "Bądź wielka albo wracaj do domu". Po co wybierać, skoro potrafiłyśmy jedno i drugie - mierzyć wysoko i wracać do domu w jednym kawałku? Powtarzałyśmy to sobie przed ryzykownymi czarami. Teraz zamiast ekscytacji czuję jedynie lęk.

Już mam wypytać Ash o to, nad czym pracuje, kiedy w drzwiach pojawia się moja matka, na co podskakuję w miejscu.

Jest wysoka i blada. Wygląda, jakby składała się z połowy tuzina europejskich krajów zmiksowanych w blenderze. Tę samą mieszankę otrzymałam również ja - wraz z mocną szczęką oraz blond włosami, choć jej są już poprzetykane siwizną i upięte we francuski kok. Usta zaciska w cienką kreskę. Robi to tak często, że czasem dziwię się, że w ogóle jeszcze je ma. Głos matki jest chłodny jak wiatr hulający nad mokradłami.

- Słyszałam, że przyjechałaś koleją miejską.

Imani i reszta jej świty mijają nas w chmurze szeptów. W domu rozbrzmiewają liczne słowa powitania. Faworytka na funkcję matriarchini Kowenu North Shore właśnie się zjawiła. Imani ma tu wysoką pozycję.

Zupełnie jak ja kiedyś.

Odwracam się z powrotem do matki.

- Zgadza się, a potem wzięłam taksówkę - doprecyzowuję. Robię krok naprzód, lecz ona zagradza mi drogę.

- Maeve. Najsilniejsza wiedźma swojego pokolenia nie może przyjeżdżać na Rytualne Przyzwanie taksówką. Kiedy twoja babcia o tym usłyszy... - zaczyna przechodzić w krzykliwy szept, który wszystkie kobiety z rodziny Ryanów doprowadziły niemal do perfekcji. - Nawet się nie starasz.

- To nie był mój pomysł - odpowiadam, zmuszając się do szeptu. - To ty kazałaś mi przyjechać.

Matka ścisza głos, lecz jej ton pozostaje przeszywający.

- Dałyśmy ci czas. Wiesz, jakie to ważne, byś zajęła jej miejsce. Choć raz pomyśl o kimś innym niż o sobie. Koweny na północy upadają, nie możemy teraz pozwolić sobie na słabość. Czymkolwiek jest to, przez co przechodzisz, wiem, że gdybyś tylko włożyła odrobinę wysiłku, by...

Odpływam myślami, pozwalając, by kolejne słowa odbijały się ode mnie niczym fale pozbawionych znaczenia sylab. Ash uparcie twierdzi, że prowadzenie cywilizowanej rozmowy z matką to zawsze rozsądniejsze rozwiązanie niż wdawanie się w krzyki, zupełnie jak wtedy, gdy byłam nastolatką. Tylko jeśli ma rację, to dlaczego czuję się wtedy znacznie gorzej? Gdy wrzeszczę, daję przynajmniej upust swojej energii, w innym wypadku straciłabym nad sobą panowanie przez te nieustające kazania: "Weź się w garść, Maeve. Wracaj do wyścigu o pozycję matriarchini, przecież powinno ci zależeć na podtrzymaniu dziedzictwa".

Przesuwam palcem po skrawku papieru w kieszeni. Byłam głupia, sądząc, że uda mi się uciec do Bostonu.

- Twój ojciec... - zaczyna matka, ale ponownie odpływam.

Bez wątpienia mój ojciec ją wesprze - nigdy nie naraziłby na szwank ich zjednoczonego frontu. Zduszam w sobie chęć, by dolać oliwy do ognia, sugerując, żeby matka sama zawalczyła o pozycję matriarchini, skoro sprawa dziedzictwa tak bardzo leży jej na sercu. Rzecz w tym, że moc potrzebna do podtrzymania zaklęcia, które wiąże wiedźmy z Kowenu North Shore, ominęła matkę szerokim łukiem i przeszła z babki prosto na mnie. Wypomnienie jej tego byłoby jak wytoczenie ciężkich dział, a nie zależało mi na wszczynaniu wojny z matką. Dziś pragnęłam przede wszystkim zdobyć Heksariusz.

Dlatego nie pozwalam jej skończyć. Zamiast tego przepycham się obok i wchodzę do domu kowenu.

- Dobrze cię widzieć, mamo. - Zdobycie się na te słowa przynosi mi niemal zapomniane poczucie wewnętrznej siły.

Ash dogania mnie w korytarzu.

- Wiesz, teraz jak o tym myślę, moja ciotka wcale nie jest taka zła - mruczy pod nosem. - Ale lepsze to, niż zostać wykluczoną z kowenu, prawda?

Przewracam oczami.

- Może odrobinę.

W pokoju zgromadzeń zebrał się cały Kowen North Shore - krainy lasów, mokradeł i wzburzonego morza. Nasze terytorium ciągnie się wzdłuż wybrzeża Massachusetts aż do New Hampshire, gdzie zaczynają się ziemie kowenów Północnej Akadii. Boston, jak większość miast, pozostaje magiczną ziemią niczyją, nienależącą do żadnego kowenu. Kiedy rok temu tam uciekłam, nie przyjęto tego najlepiej.

Wszystkie rozmowy cichną, gdy pojawiam się w drzwiach, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że stałam się głównym tematem równonocnych plotek. Choć przez ostatnie dekady kowen stał się bardziej różnorodny, wciąż widzę przed sobą głównie białe twarze podobne do mojej. Po drugiej stronie pomieszczenia dostrzegam ojca. Jest blady jak jego irlandzcy przodkowie, ma piaskowe włosy i szerokie ramiona, które - ku przerażeniu matki - po nim odziedziczyłam. Zbieram się w sobie i podnoszę dłoń w geście powitania. Obok niego siedzi babcia, matriarchini Elizabeth, która na mój widok niemal niezauważalnie potrząsa głową. Jak sądzę, jest zawiedziona i wściekła. Przewierca mnie spojrzeniem na wylot; jej niebieskie oczy są zimne jak lód. Z upływem czasu stała się niższa, zmarszczki pod oczami ma wydatniejsze, a blada skóra jest niemal przezroczysta. Mimo to wciąż czuję się tak, jakby patrzyła na mnie z góry. Babcia mi tym imponuje - ja również chciałabym wyglądać jednocześnie na tak opanowaną i groźną jak czapla zastygła w bezruchu na kilka chwil przed atakiem.

Ze wzrokiem wciąż utkwionym we mnie, Matriarchini Elizabeth przemawia:

- Już czas.

Głos ma słaby, lecz w każdej sylabie drży siła. Więzi w kowenie są nieskomplikowane i bezlitosne - matriarchini mówi "chodźcie", a reszta bez mrugnięcia okiem wykonuje polecenie. Wychodzimy z domu przez werandę na tyłach i schodzimy na mokradła. Dołączam do Ash na końcu szeregu, siląc się na opanowanie, choć mam wrażenie, że stado wilgowronów dziobie mój żołądek. Muszę przetrwać ten rytuał. Po prostu muszę go przetrwać, a potem to wszystko się skończy.

Rozgarniamy czarną trawę i sitowie, przedzierając się w stronę wyżej położonego mokradła. Dalej, od strony morza, kępy spartyny falują na wietrze. Wokół nie słychać żadnych ptaków. Młoda wiedźma rozdaje świece wszystkim członkom kowenu. Kiedy podchodzi do mnie, waha się, jakby nie była pewna, czy biorę udział w rytuale.

Nie mam jej tego za złe - dołączyła do nas w zeszłym roku, zaraz po tym, jak się załamałam. Kiedy podaje mi świecę, przyjmuję ją.

Stajemy w kręgu, a początek szeregu zawraca, by połączyć się z końcem. Widząc, że za babcią i radą stoi Imani, przeklinam się w duchu za brak przezorności.

Ash pstryka palcami nad knotem świecy. Na jej bransoletce pojawia się mała iskra, która zaraz przeskakuje w dół po cienkim łańcuszku łączącym ozdobę z pierścionkiem. Przyjaciółka dotyka nim knota, który szybko się rozpala. Rzucam gniewnie spojrzenie wiedźmom w naszym wieku, na wypadek gdyby zamierzały skomentować, że Ash użyła zaklęcia do czegoś, co powinno być odruchem. Dopiero gdy przyjaciółka swoją świecą odpala moją, zdaję sobie sprawę, że jako jedyna nie użyłam magii. Imani zerka na płomień i natychmiast odwraca wzrok.

Stawiamy świece u stóp. Matriarchini wchodzi do środka kręgu i odsłania księgę. Moc promieniuje z grymuaru kowenu niczym słone powietrze znad morza. To nie jest zwykła księga zaklęć. To zbiór historii i wspomnień, esencja North Shore. Nasiąknięta magią związaną z wiedźmami tego kowenu i dziką, nieskrępowaną mocą samych mokradeł. Niewiele rytuałów opiera się na równie potężnym splocie.

W dni równonocy jesiennej mokradła przyzywają nas do siebie, by odnowić więzi w kowenie i wzmocnić zaklęcie, które nas jednoczy i czyni takimi, jakimi jesteśmy. To obustronny obrzęd - śpiewamy, dodając ziemi witalności przed porą śnieżnych zasp i nagich gałęzi, a ona również odpowiada pieśnią, oferując nam miejsce zgromadzeń, schronienie oraz bezpieczeństwo.

Wszyscy naraz chwytamy się za ręce, a mokradła odpowiadają drżeniem. Ash natychmiast ściska moją dłoń, choć akurat ona powinna wiedzieć lepiej. Imani łapie mnie za drugą, jakby dopilnowanie, żebym nie zrujnowała rytuału, należało do obowiązków przyszłej matriarchini.

Cóż, chyba tak właśnie będzie, kiedy obejmie tę funkcję i stanie się naczyniem zaklęcia wiążącego kowen. Czaru, który nas chroni, łączy i otacza siłą, dzięki której razem jesteśmy silniejsi, niż kiedykolwiek moglibyśmy być osobno. Obejmie pieczę nad mokradłami i będzie strzec tego, by związana magia kowenu oraz nieskrępowana magia dziczy pozostały w harmonii, a jednak nigdy się nie zmieszały - odrębne jak noc i dzień.

Częścią jej obowiązków będzie zajmowanie się wiedźmami, które zagrażają stabilności kowenu. Takimi jak ja.

W środku kręgu matriarchini wypuszcza grymuar z rąk. Księga zawisa w powietrzu na wysokości naszych oczu. Z ceremonialnych szat wyjmuje jeden heliks po drugim i układa je na tomie. To przedmioty mocy, nasycone pamięcią, emocją oraz intencją.

Rozpoczyna od tych należących do mokradeł: łuski pałki wodnej i pióra epoletnika krasnoskrzydłego, następnie przechodzi do tych, które są własnością kowenu: kostki z palca dawno zmarłej matriarchini oraz pióra, którym po raz ostatni dopisano zaklęcie w naszym grymuarze. To przedmioty obdarzone znaczeniem. Takim, które istnieje samo w sobie, i takim, które nadajemy im my. Nasza magia rośnie dzięki niemu.

Rytuał się rozpoczyna, a moje ciało przeszywa przejmujący impuls. Przed oczami przelatują mi wspomnienia grymuaru: dłonie, atrament i wszystkie pary oczu, które kiedykolwiek na nim spoczęły. Potem przychodzi lot epoletnika, puls mokradeł i kołowrót pór roku - od żniw aż po mroczną zimę.

Magia kowenu narasta wokół mnie i czuję, jak coś się budzi. Nieskrępowana, dzika magia mokradeł i podobnych miejsc. Ożywa, odpowiadając na Rytualne Przyzwanie. Moje nozdrza wypełnia woń torfu i soli.

Czuję tylko strach. Reszta kowenu kieruje swoją moc w zaklęcie, a moja własna magia zrywa się, by do nich dołączyć. Zaciskam zęby i spycham ją w dół, coraz głębiej, jak najgłębiej.

Ściskam dłoń Ash zdecydowanie za mocno. Moje myśli zaczynają się plątać i przytłaczać mnie swoim ciężarem: "Zaraz stracę kontrolę i ją wypuszczę. Stracę kontrolę, wypuszczę ją i znowu wszystko zepsuję, znowu wszystko zniszczę i przez przypadek ich wszystkich zabiję...".

Usiłuję skupić się na oddechu i odliczam do dziesięciu. Robię wszystko, co mogę, ale każdy ze sposobów na wyciszenie narastającej paniki zawodzi. Jeśli nie zapanuję nad swoimi obawami przed zepsuciem rytuału, reszta kowenu wyczuje mój strach przez zaklęcie, a wtedy naprawdę będzie już po wszystkim. Muszę wyrzucić z głowy wspomnienia tamtej nocy.

Gryzę się w język, licząc, że metaliczny smak odciągnie moje myśli od krwi Ash, wsiąkającej w glebę mokradeł i mieszającej się ze słonawą wodą.

Nieskrępowana magia ziemi gęstnieje wokół nas - radosna, budząca grozę, dzika. Oplata mnie z drapieżną rozkoszą, kusi, bym jej uległa, i szepcze, że to wszystko jest zaledwie cieniem mocy, którą mogłabym posiąść, gdybym tylko się odwróciła i po nią sięgnęła. Ból rozsadza mi głowę, jakby ktoś próbował wydłubać mi oczy i wcisnąć w ich miejsce swoje własne.

Wiatr przesuwa się powoli tuż nad skórą, drażniąc ją samą bliskością, a każda komórka mojego ciała napina się w oczekiwaniu na dotyk.

"Zrobiłaś to już wcześniej. Możesz to powtórzyć".

Stać mnie na więcej. Moja magia rwie się, by dołączyć do rytuału, ale jestem silna. Nie. Wypuszczę. Jej.

Gdzieś poza mną spętaną własnym lękiem kowen kieruje ku niebu swoje nadzieje na nadchodzącą porę roku. Nasza energia narasta niczym fala i przetacza się przez bagna. Wszystkie świece gasną jednocześnie.

Zapada absolutna cisza.

Nagle całe ptactwo odpowiada nam jednym głosem, kracząc w noc z każdego zakątka Plum Island Sound. Mokradła ożywają nocnym gwarem - przedwczesnym rechotem żab i wyciem odległej watahy kojotów, zupełnie jakby każde stworzenie czuło moc tętniącą pod ziemią. Mogłabym przysiąc, że drzewa stały się wyższe, trzciny falują szybciej, a ślepia nocnych stworzeń połyskują jaśniej.

Kowen oddycha z ulgą.

Wyswobadzam dłonie z uścisku Ash oraz Imani i wsuwam je do kieszeni. Nie chcę, by ktoś dostrzegł, jak drżą. Udało mi się. Przetrwałam, i to bez żadnej wpadki.

- Widzisz? Mówiłam, że wszystko będzie w porządku.

Jeśli Ash wyczuła mój strach podczas rytuału, nie daje tego po sobie poznać. Posyłam jej niepewny uśmiech i udaję, że nie widzę, jak pobladła. Nagle ogarnia mnie żal, że rytuał, który sama odprawiłabym bez wysiłku, ją kosztuje tak wiele.

- Tak, to prawda.

- A kim jestem?

- Zawsze wszystkowiedząca Ash - odburkuję pod nosem, ale się uśmiecham.

- Zostajesz na imprezę, prawda?

Reszta kowenu jest już w połowie drogi z powrotem do Marsh House, wokół niesie się gwar rozmów. Przez resztę nocy będą świętować odnowienie więzi, opowiadając sobie liczne historie i popijając cynamonową herbatę z prądem.

- Tylko na chwilę - odpowiadam, ponieważ to brzmi lepiej niż "tylko na tak długo, żeby zdążyć ukraść książkę".

Ash niewłaściwie odczytuje moje zawahanie.

- Twoi rodzice się o ciebie martwią. Wszyscy się martwimy. Może tak to nie wygląda, ale sądzę, że kowen chce twojego powrotu i... - Ash zamiera, wpatrując się w jakiś punkt ponad moim ramieniem. Natychmiast się odwracam. Daleko na mokradłach coś połyskuje. Światło niesionego lampionu.

Oblewa mnie dreszcz przerażenia. Byłam przekonana, że zostałyśmy tu same, a jednak nagle ktoś przepycha się tuż obok nas - dziewczynka o twarzy usianej piegami. Znam ją, to Rosemary. Jeśli dobrze kojarzę, ma ledwie dwanaście lat. Rwie się w stronę migającego światła.

- Nie! - Łapię jej nadgarstek i przyciągam dziewczynkę do siebie.

Rosemary mruga, jakbym wybudziła ją z głębokiego snu. Jej matka wypada z domu i z przerażeniem chwyta córkę w ramiona.

- Czy ty w ogóle słuchasz opowieści o...

Kilka osób wychodzi z domu, by sprawdzić, czy światło nadal majaczy w oddali. Inni ściszonym głosem każą pilnować dzieci i natychmiast wracać do środka.

- Znowu próbujesz, Maeve? - Odwracam się i widzę Rory'ego, obecnego członka kowenu i byłego przyjaciela, który posyła mi jeden z tych swoich uśmieszków. - Tym razem bardziej się postaraj.

Ignoruję go. Chcę jak najszybciej przekraść się do środka i znaleźć to, po co tu przyszłam: Heksariusz.

Nie docieram daleko. Imani stoi na werandzie otoczona wianuszkiem młodych wiedźm. Wokół niej unoszą się świetliki, choć już dawno minął ich czas, kreśląc w powietrzu surowy kształt czaszki, z piórem po każdej stronie. Ich migotliwe światło oblewa ciemną skórę kobiety, gdy mówi:

- Co należy zrobić, kiedy zobaczycie ten znak na mokradłach? - pyta małe wiedźmy z niezwykłą cierpliwością.

- Pobiec do matriarchini.

- Właśnie - odpowiada tonem, który nie znosi sprzeciwu, a jednocześnie otula troską. Z pewnością nigdy nie jej dorównam w obyciu z dziećmi. - Pod żadnym pozorem nie podchodźcie bliżej. Jeśli zobaczycie symbol Damy, jak najszybciej schrońcie się w bezpiecznym miejscu.

- Czy to prawda, że nieskrępowana magia wyżarła jej twarz? - wypala Connor, mały chłopiec z jaskrawopomarańczowymi włosami.

Imani niemal niezauważalnie zerka na surową kobietę, która przysłuchuje się wszystkiemu z boku. Pani Miller, członkini rady i matka Connora, obserwuje tę wymianę zdań tak, jakby oceniała, jak Imani radzi sobie z trudnymi pytaniami o podania kowenu.

Connor ciągnie z zapałem:

- Podobno jej twarz ukryta pod woalką nie przypomina ludzkiej. Słyszałem, że jest cała podziurawiona i...

- A ja słyszałam, że Rowena jest pokryta piórami, zupełnie jak ptak.

- Ciii! Wiesz, że nie można wymawiać jej imienia. Podobno to przynosi pecha.

- Czy to prawda, że umarła, a potem ożyła? - pyta roztrzęsiony głosik. Należy do Rosemary.

- Tak, to prawda - odpowiada Imani, bez trudu odzyskując uwagę swoich słuchaczy. - Dama Moczar kiedyś była wiedźmą. Została wygnana z kowenu. Wiecie, co to oznacza. - Dzieci z powagą kiwają głowami. - Wiodła samotne życie, nie miała przyjaciół ani rodziny. Tułała się bez celu. Pewnego dnia trafiła na nasze mokradła. Kto nie pokochałby tego miejsca? - zapytała teatralnie. - Ona straciła dla niego głowę i już nigdy nie chciała go opuścić. W ostatnim tchnieniu zwróciła się do dzikiej magii i poprosiła, by mogła zostać tu na zawsze. Żyć wiecznie.

- Czy to życzenie się spełniło?

- Tak. Ale Dama słono za to zapłaciła. Nieskrępowana magia ją wypaczyła. Darowała jej nieśmiertelne istnienie, nigdy nienasycone.

- Dlatego nie wolno iść za jej światłem. Jeśli to zrobicie, wyssie z was magię, a potem was pożre - wypala jedna z dziewczynek, siorbiąc żartobliwie.

Dzieci parskają cichym, podszytym strachem chichotem.

- Dlatego nie błąkamy się nocą po mokradłach - oznajmia Imani. - Pilnujemy, by nie przekraczać granic zaklęć ochronnych. Poza tym pamiętajcie, że Dama nie jest zła do szpiku kości. Mieszka tutaj, jak my, i dba o swój dom. Czasem nawet pomaga. Przypominacie sobie obcych, którym grunt zapadał się pod stopami? Albo dziewczęta z młyna, których nadzorcę opętała i nagięła do swojej woli? I wszystkie ptaki na Plum Island, śpiewające na jej wezwanie? Minęły długie lata, odkąd skrzywdziła kogoś z kowenu - opowiada dalej Imani. - Od dziesiątek lat nikt jej nie widział. Migające światło jej lampionu to również rzadkość. Wędruje gdzieś daleko po mokradłach i tylko sama Wielka Tkaczka wie, gdzie się podziewa. - Ash posyła mi wymowne spojrzenie. - A jednak to nie znaczy, że nie musimy na nią uważać - ostrzega dzieci Imani. - Jest jak niedźwiedź. Wiecie, że nie wolno drażnić niedźwiedzi, prawda, Maeve?

Na te słowa wszystkie dzieciaki z kowenu wbijają we mnie spojrzenia. Nie potrafię stwierdzić, czy jestem tak upokorzona, że najchętniej zapadłabym się pod ziemię, czy tak wściekła, że mam ochotę zerwać się z miejsca i rzucić Imani wyzwanie. Niech walczy ze mną o władzę, skoro najwyraźniej tak bardzo tego pragnie.

Mam wrażenie, że migające w oddali światło ze mnie szydzi. Niemal słyszę szept wiatru nasyconego magią: "Odszukaj mnie. Tym razem spełnię twoje życzenie, obiecuję".

Robię głęboki wdech. I wydech.

- Zgadza się - odpowiadam w końcu.

Przepycham się przez gromadę dzieciaków i wpadam do domu. Zanim ktokolwiek - czyli Ash - pójdzie za mną, skręcam w korytarz i wbiegam po schodach. Jest tylko jedno wyjście z tej sytuacji.

Ściskam w kieszeni skrawek papieru i szepczę tytuł książki, która wszystko naprawi.

W końcu dzika magia nie może mnie pochłonąć, jeśli wyzbędę się własnej.

Wchodzę na piętro i zatrzymuję się przed gabinetem matriarchini. Ciche kliknięcie zamka odbija się echem w korytarzu, a mnie zalewa nagła euforia. To brzmi jak początek końca.

2

Przekraczam próg i ruszam w stronę zamkniętej szafki, gdzie czeka moja nagroda. Zerkam na niewielki obraz olejny wiszący za biurkiem - to Marsh House w pewien jesienny dzień, tuż przed zmianą pory roku. Znajdująca się na nim dziewczyna wygląda przez okno salonu.

Kiedyś patrzyłam na ten obraz z myślą, że pewnego dnia gabinet będzie należał do mnie. Miałam przecież wziąć udział w Próbie - ubiegać się o miejsce matriarchini i strażniczki mokradeł. To były tylko mrzonki.

Odrywam wzrok od obrazu i klękam przed szafką z zakazanymi księgami zaklęć. Liczne czary ochronne zabezpieczają ją niemal przed wszystkim - poza dziewczyną z wytrychem i wystarczającą ilością czasu, by nauczyć się ustawiać zapadki dokładnie tak, jak trzeba. Otwieram drzwiczki bez trudu. Uderza mnie zapach butwiejącego papieru. Nikt nie korzysta z tych ksiąg, nawet kandydatki na funkcję matriarchini.

Heksariusz jest mały i ciężki. Kartkuję tom, a właściwa strona sama wpada mi w ręce. Trafiam na ilustrację kobiety rozciągniętej na ziemi, z rozciętym mostkiem, krzyczącej z bólu, gdy coś, co wygląda jak dusza, zostaje wyrwane z jej ciała. Uśmiecham się pod nosem. To moja przepustka do wolności.

Zaklęcie, dzięki któremu pozbędę się swojej magii.

Na końcu języka niemal czuję smak życia bez niej. Życia wolnego od obawy, że sięgając po własną moc, dotknę czegoś śliskiego i nieskrępowanego, czegoś, co krzywdzi ludzi wokół mnie.

Rodzina mi nie wierzy. Sądzą, że to wszystko dzieje się tylko w mojej głowie. Według nich "nawet się nie staram". Kiedy uciekłam do Bostonu, by się stąd wyrwać i znaleźć się jak najdalej od nich, jakaś część mnie zawsze wiedziała, że tak naprawdę nie zdołam uciec.

Nigdy nie należałam do szczególnie domyślnych, ale nawet ja zrozumiałam, że polecenie, żebym pojawiła się tu dziś wieczorem, było próbą. I przyszłam.

To tylko kwestia czasu, aż kowen będzie musiał rzucić potężne zaklęcie, by wzmocnić ochronę przed zjawami, lub podtrzymać czar iluzji, który ukrywa nas przed wzrokiem Przygaszonych. Gromadzimy się na rytuały podobne do tego dzisiaj, by zapewnić równowagę między naszą magią i nieskrępowaną mocą mokradeł. Właśnie dlatego społeczności magiczne w każdym zakątku świata łączą się w koweny - razem jesteśmy silniejsi i zapewniamy sobie bezpieczeństwo.

Prędzej czy później babcia porówna koszt zebrania pełnego kręgu wiedźm oraz potężnych heliksów potrzebnych do odprawienia rytuału z kosztem prostszego rozwiązania - nakazania wnuczce, by rzuciła zaklęcie za nią. A to nie skończy się dla mnie dobrze. Ani dla nikogo z nas.

Jasne, posługując się Heksariuszem, będę musiała rzucić zaklęcie. Ale czym jest jeden czar w obliczu uciszenia magii raz na zawsze?

Chowam zdobycz do kieszeni kurtki i się prostuję.

Wracam na dół, gdzie uroczystości trwają w najlepsze. Przemykam przez tłum, zadowolona, że inni widzą mnie wśród reszty wiedźm. Zanim jeden z rodziców ucisza dziecko, dobiega mnie fragment rymowanki o Damie: "Jak głęboko ta słodka, ciemna woda płynie. Nikt nie wie, nikt nie wie, co się w niej kryje".

Muszę tylko trafić nitką w oczko igły - pokazać się na tyle, żeby nie wzbudzić podejrzeń, a potem się wymknąć, zanim rodzice zdążą mnie namierzyć. To delikatna operacja wymagająca niezwykłej precyzji.

Cały misterny plan bierze w łeb, gdy wpadam na panią Griswald. Starsza wiedźma wygląda jak zawsze - z gracją, w stroju niczym aktorka z dawnych czasów. Wpatruje się w mokradła, gdzie światło lampionu rozbłyska i przygasa.

- Była piękna, a zarazem przerażająca, prawda? - pyta, wpatrując się w ciemność. - Ja...

Przełyka ślinę, jakby miała powiedzieć coś więcej, ale milknie.

- Cieszę się, że nigdy jej nie znalazłaś. Zasługiwałaś na coś lepszego.

Gapię się na nią w osłupieniu. Nikt - ani moja matka, ani nawet Ash - nie rozmawia ze mną o tamtej nocy. Nigdy. Zanim mam szansę odpowiedzieć, przyjaciółka wyrasta u mojego boku.

- Tu jesteś! - Przygląda się mojej twarzy, na pewno sprawdzając, czy nie płakałam. Wciska mi w dłonie kubek herbaty i chwyta mnie za nadgarstek, po czym prowadzi do naszej miejscówki w rogu pokoju. Upijam łyk i niemal natychmiast zaczynam się krztusić.

- Na wszystkie Sploty, Ash, to sama whisky...

- Potrzebuję twojej pomocy - oznajmia przyjaciółka.

- Dla ciebie wszystko, tylko nie proś mnie o rzucenie zaklęcia. - Upijam kolejny porażający łyk i próbuję nie myśleć o tym, że pewnie ją zawiodę.

Nie mylę się. Ash ma to wypisane na twarzy.

- Chodzi o mały rytuał. Proszę. Jesteś moją partnerką. Potrzebuję cię, Maeve.

- Przeze mnie mogłaś umrzeć. Mogłam cię wtedy zabić.

- Nie mogę się powstrzymać i zerkam na jej nogę. Pod rajstopami wije się nabrzmiała blizna.

- Ale żyję, prawda? Daj spokój, Maeve, to było rok temu. Popełniłaś błąd, to się zdarza, wiesz? Ludzie popełniają błędy. Wszystko jest ze mną w porządku, a raczej będzie w porządku, jeśli moja niezawodna wspólniczka zjawi się na czas. Potrzebuję cię.

- Ja... - zaczynam, ale milknę. Zatracam się we wspomnieniu zaklęcia, które rozpadło się wokół nas. Nic nigdy nie wydaje się naprawdę groźne, dopóki nie jest już za późno.

- Wygląda, jakby zaraz miała się rozpłakać. To chyba nienajlepszy moment.

Odwracam się gwałtownie, po czym piorunuję wzrokiem Rory'ego, który właśnie obwieszcza innym wiedźmom mój opłakany stan emocjonalny. Przesuwam spojrzeniem po kolejnych twarzach, by w końcu zatrzymać się na Imani, wychodzącej na przód grupy i ruszającej w naszą stronę.

- Maeve Ryan - zaczyna, akcentując moje nazwisko w ten szczególny sposób, jakbym coś przeskrobała. - Nie powinnaś tak wybiegać z ganku. Przestraszyłaś dzieci.

- Ja czy może te historyjki o opętanej przez nieskrępowaną moc purytańskiej wiedźmie, która teraz pragnie pożreć ich magię?

- Powinny znać lęk przed nią - oznajmia Imani. - Zjawy od zawsze stanowią nasze największe zagrożenie. Nieważne, ile legend podaje, że Dama bywa pomocna.

Oczywiście Imani ma rację: zjawy są nieśmiertelne, to znaczy tkwią w półżyciu i muszą je podtrzymywać, pożerając magię innych. Większość nie jest w stanie długo przetrwać. Przygaszeni czasem mają w sobie odrobię magii, ale wiedźmy są o wiele potężniejsze, a co za tym idzie - smaczniejsze.

- Cóż, ma dobry PR, to trzeba jej przyznać - zgadzam się.

Powieka Imani zauważalnie drży. Wydaje mi się, że powstrzymuje uśmiech, lecz nie mam pewności. Dorastałyśmy razem, ale nigdy nie byłyśmy w przyjacielskiej relacji, od zawsze ze sobą rywalizujemy. Stoję oko w oko z wiedźmą, która wprost delektuje się moim upadkiem. Kiedy babcia ustąpi, rola matriarchini przypadnie właśnie jej, i to bez żadnej konkurencji. Ot bułka z masłem. Objęcie funkcji przywódczyni było kiedyś jedyną rzeczą, jakiej pragnęłam. Teraz czuję się dziwnie, wiedząc, że całe moje życie kręciło się wokół tego, by pokonać Imani.

- Czego chcecie? - zwracam się do całej grupki.

- Chcieliśmy się przywitać. - Każda sylaba, która opuszcza usta Rory'ego, ocieka pogardą.

- Wcześniej sprawiałaś wrażenie zdenerwowanej. - Imani go ignoruje, a ja czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła.

Musiała wyczuć mój napad paniki podczas rytuału. Nagle boleśnie zdaję sobie sprawę z tego, że reszta obecnych zwalnia kroku lub nawet przystaje, by nas podsłuchać. Niektórzy trzymają za ręce swoich rytualnych partnerów lub partnerki, a inni ukradkiem odkręcają słoiki z zaklęciami podsłuchującymi, by poznać najświeższe plotki równonocy.

- To raczej nie budzi zaufania - mruczy pod nosem Rory.

Na te słowa cierpnie mi skóra, ale wiem, że chłopak ma rację. Uprawianie magii wymaga pełnego i bezwarunkowego zaufania do rytualnych partnerów - należy otworzyć się na przepływ magii i emocji, na ryzyko i wszystko, co może z niego wyniknąć. Babcia mówi, że gdy dzielimy z kimś przepływ magii, to tak, jakbyśmy trzymali nić jego życia w dłoni. Cóż, wszyscy już wiedzą, że nie jestem najlepszą partnerką.

- Śpiewałeś inaczej, kiedy błagałeś ją, by pomogła ci w twoich małych rytuałach, ty dupku - syczy Ash.

Rówieśnicy z kowenu doskonale wiedzą, co robią. Umacniają wszystkich w przekonaniu, że jestem nieudolna, jakbym sama nie robiła tego wystarczająco dobrze. Rodzice obserwują mnie z tłumu, w milczeniu błagając, żebym coś zrobiła. Niemal słyszę ich nieme szepty: "Obroń się". "Zrób coś".

- Jeśli po raz setny powtórzę, że nie stanę ci na drodze w wyścigu o miano matriarchini, dasz mi w końcu spokój? - pytam Imani.

Jej spojrzenie niemal niepostrzeżenie wędruje w stronę babci.

- Nie chodzi już tylko o to - oznajmia. - Kowen Lake Francis upadł, a zeszłego lata straciliśmy Alton Bay.

Na samą myśl o tym przechodzi mnie zimny dreszcz. Wrogowie i zjawy przekradający się przez szczeliny w barierach ochronnych, całe koweny tracące wiarę i łączące ich więzi, wiedźmy pozostawiające po sobie pustkę tam, gdzie był ich dom.

- Musimy odnowić nasze zaklęcia ochronne - mówi dalej Imani. - Do tego dochodzi sprawa Przygaszonych, którzy zatruwają mokradła. Północne koweny biorą z nas przykład...

- Oszczędź mi tej gadki o małym, a jednak potężnym kowenie dzierżącym jeden z najstarszych grymuarów w Stanach, dobrze? - przerywam jej. Każda wiedźma w tym domu doskonale wie, że Przygaszeni, czyli niemagiczna część społeczeństwa, zagrażają środowisku mokradeł, a na dłuższą metę również nam. - Nie potrzebuję wykładu.

Imani zaciska zęby.

- W takim razie wiesz, że przetrwają tylko najsilniejsze koweny. Kiedy zostanę matriarchinią, będziesz musiała stanąć na wysokości zadania.

Wpatruję się w oczy Imani, próbując ocenić, jak daleko jest gotowa się posunąć dla dobra kowenu.

Odpowiedź jest oczywista: tak daleko, jak będzie musiała.

- Nie możesz jej do niczego zmusić - odzywa się Ash. - Nie masz żadnej władzy.

- Jeszcze nie. - Wzrok Imani jest lodowaty.

Rory skupia się na Ash.

- A co, jeśli następnym razem to będzie twoja czaszka? - pyta ją. - Nie pojmuję, dlaczego w ogóle jej bronisz.

- Wystarczy - oznajmia Imani, po czym również przenosi spojrzenie na moją przyjaciółkę. - Jeśli zechcesz zmienić partnerkę, z chęcią użyczymy twoim zaklęciom prawdziwej mocy.

- Ona nie potrzebuje twojej głupiej mo... - urywam.

Uświadamiam sobie, że podeszłam bliżej, dopiero gdy Ash kładzie dłoń na moim ramieniu. Po drugiej stronie pomieszczenia dostrzegam rodzinę. Matkę, ojca i babcię. Na ich twarzach maluje się coś na kształt nadziei.

Naraz czuję drżenie magii wypełniającej dom i pulsowanie nieskrępowanej mocy mokradeł - tak intensywne w noc rytuału. Powietrze wokół mnie aż drży od statycznych wyładowań. Dopiero po kilku chwilach pojmuję, że sięgnęłam po swoją magię bezwiednie, kierowana czystym instynktem. Jak ktoś, kto wchodzi na mokradła i odruchowo ufa, że pod stopą znajdzie twardy grunt, choć pod cienką warstwą trzcin czeka tylko ciemna woda.

Robię krok do tyłu. Uderza mnie przeszywający ból głowy. Zaciskam powieki, chroniąc się przed napływem nieskrępowanej magii. Woń torfu i soli zagłusza wszystkie zmysły. Z przerażeniem stwierdzam, że boję się otworzyć oczy.

Nie mogę tu zostać.

Przepycham się przez zgromadzonych i wychodzę na zewnątrz. Znowu straciłam panowanie nad sobą, ale nie potrafię udawać, że mnie to obchodzi. Chwytam miotłę Ash opartą o balustradę werandy. Sama wpada mi w dłoń, rozpoznając partnerkę rytuału, która pomogła ją zakląć rok po tym, jak skończyłyśmy liceum - kiedy wszystko było proste, jasne i dobre.

Słyszę czyjeś wołanie, lecz nie oglądam się za siebie. Wybiegam na podwórko, a gdy zerkam w taflę ciemnej kałuży, tylko upewniam się w tym, co podejrzewałam - moje tęczówki wybarwiły się na żółto. To trwa od tamtej nocy. Za każdym razem, gdy sięgam po własną magię, zderzam się z dziką, nieskrępowaną mocą, a moje oczy odbijają światło jak ślepia nocnego stworzenia.

Wspinam się na miotłę, odbijam od ziemi i znikam na tle nocnego nieba.

Ląduję na chwiejnych schodach ewakuacyjnych mieszkania w Bostonie - no dobrze, w Somerville, z mojej marnej pensji w księgarni nigdy nie pokryłabym bostońskiego czynszu - i wślizguję się przez okno. To niewielkie lokum w starej szeregówce, która przypomina miejskiego Frankensteina - jest podzielona na garść dziwacznych kawalerek, niedbale pomalowanych i z krzywymi podłogami. Całość ratują rośliny doniczkowe, które przynosi tu Ash. Jestem niemal pewna, że rzuca na nie jakieś uroki, dzięki którym wie, kiedy ich nie podlewam lub dopuszczam się innej zbrodni, i zjawia się z kolejną doniczką, serwując mi wykład o tym, że za każdym dopieszczonym ogrodem kryje się cmentarzysko uschniętych badyli.

Przeciskam się obok sterty książek i kieruję do łazienki. Przykładam drżące dłonie do twarzy, dokładnie przyglądam się swoim oczom w lustrze. Tęczówki na powrót stały się brązowe. To tylko ja. Gdy uparcie szukam pozostałości upiornej żółci, nie mogę powstrzymać napływających wspomnień tej nocy sprzed roku.

Pamiętam ją w najdrobniejszych szczegółach. Usiadłyśmy z Ash naprzeciwko siebie, stykając się kolanami. Każda z nas trzymała piękne pióro epoletnika krasnoskrzydłego, a trzecie pióro leżało idealnie w środku kręgu. Nie miały żadnej skazy - najlepsze, jakie udało nam się znaleźć. W blasku gwiazd lśniły tak imponująco, że ani przez chwilę nie wątpiłam - były godne legendy. Między nami leżała ręcznie spisana księga z historią Damy, owoc długich godzin naszych badań. Nasz cel był prosty: odnaleźć Damę i jej Dar - odłamek jej mocy, który przybrał materialną postać. Długimi godzinami debatowałyśmy nad tym, czego właściwie powinnyśmy szukać. To mogło być wszystko - opalizująca muszla, złota trzcina czy ptasie gniazdo uformowane z soli. Według podań Dar mógł spełnić najgłębsze pragnienie osoby, która go zdobędzie. Spełnić jej życzenie. Pamiętam dobrze, co usłyszałam od babci - jeśli uda nam się odzyskać Dar Damy i przekazać go kowenowi, udowodnimy, że ja powinnam zastąpić ją w roli matriarchini, gdy nadejdzie czas.

Położyłyśmy ręce na księdze - Ash dotykała oprawy, ja przykrywałam jej dłonie - i rozpoczęłyśmy rzucanie zaklęcia, które miało otworzyć portal do miejsca, w którym znajdowała się Dama.

Jednocześnie nabrałyśmy powietrza. Moja magia trzaskała niczym letnia burza. Moc zaklęcia rosła w siłę o wiele za szybko. Razem z Ash z przerażeniem wpatrywałyśmy się w pióra i księgę, które zapadły się w podmokłej glebie, po czym zniknęły. Zaklęcie pochłonęło każdy przedmiot, który miał je prowadzić, i łaknęło więcej.

Między trzcinami otworzył się portal - ciemna dziura w rzeczywistości. Od początku wiedziałam, że coś jest nie tak. Wyrwa była zbyt głęboka i rozległa, nie mogła zatem prowadzić do żadnego miejsca na naszych mokradłach. Zaklęcie drżało, jakby coś nim szarpało lub stawiało opór. Miałyśmy wrażenie, że ciągniemy Damę ku sobie, a coś po drugiej stronie nie chce jej puścić.

Jej kształt pojawił się w portalu - istota utkana z trzcin, piór, tkanki i kości. Jednak nie wyszła. Nie zbliżyła się do nas płynnym ruchem, jak powinna. Zamiast tego szarpnęła się naprzód w błyskach czerni i pomarańczy, jak epoletnik w locie, walcząc z dziwnym oporem. Kiedy przedzierała się w naszą stronę, przez woalkę podchwyciłam jej spojrzenie. Jakby w odpowiedzi uśmiechnęła się nienaturalnie krzywo, przechylając głowę - bardzo ludzki gest ludzki u czegoś, co było dalekie od człowieka. Przeszył mnie pierwotny strach i stało się najgorsze: straciłam kontrolę.

Gwałtowne uderzenie strachu sprawiło, że nasza magiczna bariera ochronna osłabła. To wystarczyło. Dama rzuciła się ku nam przez portal i chwyciła Ash.

Sięgnęłam po jedyną zakazaną rzecz, która mogła to zatrzymać.

Próbuję uciszyć echa tego, co wydarzyło się później. Ash - załamana. Ash - pogrążona w obsesji na punkcie tego, co odkryłyśmy. Dama wcale nie mieszkała na mokradle. To było jakieś inne miejsce.

Nie powiedziałam o tym nikomu w kowenie, bo wiedziałam, że uznaliby to za zwykłą wymówkę albo zbyli jako przejaw napadu paniki. Ash zgodziła się zachować to w tajemnicy, a ja byłam zbyt wdzięczna za jej milczenie, żeby dopytywać o powód. To była ostatnia rzecz, o której chciałam rozmawiać.

W tamtym czasie moje życie drżało w posadach. Kowen był zawstydzony i przerażony naszą porażką, a ściślej rzecz ujmując - moją porażką. Kogo należało obwiniać? Słabą wiedźmę, która wylądowała w szpitalu, czy jej nazbyt pewną siebie przyjaciółkę, która sądziła, że jest wystarczająco potężna, by przywołać potwora?

Która teraz sama mogła się w niego przemienić?

Moje oczy nie są już żółte, ale za każdym razem, gdy to się dzieje, powrót do normalności trwa coraz dłużej. Znam takie historie. Któregoś dnia tęczówki już nie wrócą do brązu. Jednak teraz, kiedy już mam Heksariusz, nie muszę polegać na samych opowieściach.

Przechodzę z łazienki do salonu i opadam na kanapę - jest ogromna i miękka, kupiłyśmy ją z Ash podczas Allstonmas. Usadawiam się wygodnie i otwieram księgę. Szybko odkrywam, że moje nadzieje okazały się płonne - nie znajduję niczego, o czym wcześniej bym nie słyszała. Sięganie po nieskrępowaną magię jest wymagające. Przeżycie tego - jeszcze trudniejsze. Zwykle gdy wiedźmy stosują dziką magię, która przewyższa ich własną moc, płoną i gasną w jednej chwili, unicestwione przez potężną siłę, i przemieniają się w zjawy. Natrafiam na ilustrację półludzkiej, półdzikiej istoty z obliczem wykrzywionym w cierpieniu.

Są też inne przypadki. Tych wiedźm, które zatruwają się dziką magią, ale nie na tyle, by od razu zginąć. Te, które zamiast stanąć w płomieniach, nieśpiesznie gniją. Tracą świadomość i rozpadają się od środka - dzika magia przeżera wszystkie więzi sprzęgające ich moc, aż w końcu całkowicie się poddają.

Te, które spotkało to, co mnie.

Kiedy doszłam już do siebie po tamtej nocy, próbowałam rzucać zaklęcia, jednak za każdym razem, gdy sięgałam po swoją moc, odkrywałam, jak dużego spustoszenia dokonała we mnie nieskrępowana magia. Cierpiałam na silne bóle głowy i zaburzenia widzenia. Towarzyszyło mi nieustanne uczucie, że coś dzikiego czai się tuż za plecami. Z każdym rzuconym zaklęciem było coraz gorzej, aż pewnego dnia zrozumiałam, że stoję nad przepaścią.

Wtedy zaczęłam szukać czaru, dzięki któremu mogłabym wyzbyć się własnej mocy. Wiedziałam, że bez względu na to, jak silna jest moja magia, czas się kończył. Gdy raz sięgniesz po nieskrępowaną moc, nie ma już odwrotu. Wyżera twój umysł kawałek po kawałku jak ocean kruszący klify. Zawsze wygrywa.

Nie wiem, ile jeszcze moja magia wytrzyma, zanim to się dopełni. Z pewnością niewiele. Dopiero gdy kończę czytać, uświadamiam sobie, jak rozpaczliwie pragnęłam znaleźć w Heksariuszu coś jeszcze. Jakiś sekretny sposób na to, by mnie naprawić i powstrzymać niszczycielską siłę dzikiej magii, która czyha na mnie niczym czapla gotowa opaść na wypatrzoną zdobycz. Jednak nic takiego nie istnieje. Nie ma innej drogi.

Jeśli pozbędę się mocy, nie zdoła zmienić mnie w potwora.

Kiedy będzie już po wszystkim, skłamię i powiem, że Dama mi ją odebrała. Będę wolna. Ash przestanie prosić mnie o pomoc w rytuałach, Imani nie będzie miała powodu do węszenia spisku, który miałby wykluczyć jej kandydaturę na matriarchinię. Nie przemienię się w zjawę błąkającą się po mokradłach.

Całym budynkiem wstrząsa silny podmuch wiatru, na co rozglądam się po pokoju. Inni nazwaliby to zaniedbaniem, a ja widzę dowody na to, że jakoś sobie radzę. Cieknący sufit, zlew, grzejnik - rzeczy, które naprawiłam sama, bo administracja nie zamierzała kiwnąć palcem. Ash uważa, że to moja najlepsza i najgorsza cecha jednocześnie - wiara, że jeśli postaram się dość mocno, poradzę sobie ze wszystkim. Tym razem nie mam innego wyboru, jak tylko wziąć sprawy w swoje ręce.

Zaledwie jedno małe zaklęcie i wreszcie będę wolna.

3

Przeglądałam księgę klątw do późnej nocy, więc rano oczywiście ledwo zwlekam się z łóżka. Docieram do pracy w ostatniej chwili, przytomna tylko dzięki solidnej dawce kofeiny i przekonaniu, że zaklęcie zadziała i niedługo to wszystko się skończy. Staram się nie przysnąć za ladą, gdy dzwoni Ash.

- Przeleciałaś na mojej miotle całą drogę do Bostonu? Odbiło ci? - Oddalam słuchawkę od ucha, gdy przyjaciółka niemal wykrzykuje ostatnie słowa.

Na szczęście nieliczni klienci, którzy o tej porze odwiedzili Norman's Abnormal, są zbyt zaabsorbowani zawartością półek, żeby coś oderwało ich uwagę od książek.

- Oddam ci ją dziś wieczorem, w porządku?

- Właściwie to po południu będę w Bostonie - odpowiada Ash. - Spotkamy się po twojej zmianie?

- Jasne - mówię podejrzliwie, choć dla mnie to całkiem wygodne rozwiązanie. - Co cię sprowadza do miasta?

- Wszystkiego się dowiesz.

Uzgadniamy, gdzie się spotkamy, po czym przyjaciółka się rozłącza. Przez cały poranek martwię się, co ona kombinuje, a tymczasem układam książki na półkach, robię inwentaryzację i tłumaczę kilku wyjątkowo nudnym klientom, że unikatowe i rzadkie książki mają to do siebie, że nie da się ich po prostu zamówić w dziesiątkach egzemplarzy.

W porze lunchu wyciągam z torby skradziony Heksariusz i zabieram się do pracy. Sprawdzam potrzebne składniki, warunki odprawienia rytuału oraz wymagania wobec rzucających. Nie ma tu nic, z czym bym sobie nie poradziła - kluczowy punkt to wyczerpanie mojej mocy w bezpieczny sposób, tak bym pozostała przy życiu. Może ten rytuał nie należy do najbezpieczniejszych, ale jak to często podkreśla Ash - magia bywa ryzykowna.

Podobno jestem najsilniejszą wiedźmą pokolenia. Cóż, czas wreszcie to udowodnić.

Po tym, jak kończę zmianę, wyciągam sękatą miotłę spod lady i wychodzę z księgarni. Pewnie wyglądam jak rekwizytorka z amatorskiego teatru. Czekając na zieloną linię metra, wyobrażam sobie niemagiczną Maeve Ryan - odartą z przyjemności wspólnych rytuałów i utrwalania wspomnień zaklęciami, lecz uwolnioną od groźby postradania zmysłów.

Przez ostatni rok dryfowałam bez celu - pozbawiona koła ratunkowego w postaci własnej mocy oraz perspektywy, jaką było zajęcie miejsca matriarchini. Kradzież księgi była pierwszym od dawna wyborem, który wydał mi się słuszny. Moja przyszłość w końcu zaczęła nabierać kształtu - wciąż byłam w stanie poruszać się wokół magii, ale nie czułam przy tym strachu. Możliwości było wiele: mogłam pomagać Ash przy szukaniu odpowiednich ingrediencji oraz artefaktów do rytuałów i ubiegać się o posadę archiwistki w KKNA - Kolektywie Kowenów Nowej Anglii. Mogłam być częścią tego świata bez praktykowania magii.

Ku własnemu zaskoczeniu odkrywam, że ta Maeve mogłaby być... szczęśliwa. A jeśli nie szczęśliwa, to z pewnością wolna. Nie będzie budziła się w nocy wyrwana ze snu przez koszmar, w którym owładnięta dziką magią krzywdzi wszystkich wokół.

Zraniłabym Ash i mamę. Wiem o tym. Jednak one nigdy nie przestaną prosić mnie o rzucanie czarów, więc chcę je ochronić w jedyny sposób, w jaki potrafię.

Na chodniku ludzie najpierw zauważają miotłę, a potem ich wzrok prześlizguje się po mnie, jakbym była tylko tłem dla tego dziwactwa. W domu byłam albo Maeve, przyszłą matriarchinią, albo Maeve, królewską porażką. Tutaj jestem po prostu jedną z wielu dziewczyn na ulicy. Przez surowe rysy twarzy i skrzywiony nos - pamiątkę po tym jedynym meczu hokeja - pewnie nie wyglądam do końca przyjaźnie. Mam bladą cerę i zaróżowione od mrozu policzki, a do tego kiepsko obcięte włosy. Pierwszy raz skróciłam je bez pomocy magii i w efekcie mam na głowie katastrofę w formie skłębionych blond pasm o poszarpanych końcówkach sięgających linii szczęki.

- Wiesz, że mogę to naprawić prostym zaklęciem, prawda? - pyta Ash i wskazuje moje włosy, gdy docieram na miejsce.

Jeśli ja jestem typem osoby, która wtapia się w otoczenie, to Ash przeciwnie. Jej najnowszą modową obsesją są jaskrawe swetry, w których wygląda jak wyluzowana nauczycielka plastyki. Porusza się z naturalną swobodą, jakby każdy cal jej ciała przynależał do tej ulicy bardziej niż ktokolwiek inny. To pewność siebie, o którą musiała walczyć, i pasuje jej doskonale.

Podaję przyjaciółce miotłę. Ash aktywuje urok, na co miotła kurczy się do rozmiarów emaliowanej przypinki.

- Jak zawsze subtelnie - komentuję, rozglądając się po twarzach Przygaszonych mijających nas na chodniku. - Z pewnością stanowisz znakomity przykład dla kowenu, skoro z takim zaangażowaniem ukrywasz nasze istnienie przed resztą ludzi.

- Po prostu robię to, co do mnie należy. - Przypina miotłę do swojej dżinsowej kurtki, obok całej kolekcji innych przypinek, jednych magicznych, innych wyłącznie ozdobnych. - Po co rzucać jeden z najpotężniejszych czarów iluzji na północnym wschodzie, jeśli żadna wiedźma z kowenu z niego nie korzysta?

- Coś mi mówi, że rada byłaby innego zdania - kwituję.

Odprowadzam wzrokiem parę idącą chodnikiem. Przygaszeni nie są całkiem pozbawieni magii, po prostu mają jej znacznie mniej niż my. Udaję, że nie wiem, o czym rozmawiają, kiedy znajomi z hokeja wspominają o manifestacjach, ale w gruncie rzeczy to całkiem bliskie prawdy. Przygaszeni władają mocą skupienia i intencji, lecz w tak nikłym stopniu, że rzadko zdają sobie sprawę z drobnych sygnałów, jakie posyłają wszechświatowi. Nie są jak wiedźmy - nie urodzili się z magią płynącą przez dłonie i nie potrafią nadać jej kształtu zaklęć. Jednak ona wciąż w nich jest.

- Ciekawe, co zobaczyli pod wpływem iluzji - zastanawia się na głos Ash, przesuwając opuszką po przypince miotły. - Pewnie coś w stylu składanego rekwizytu scenicznego albo może od razu o tym zapomnieli. Nie wierzę, że niosłaś moją miotłę przez pół Bostonu, Maeve. Do aktywowania uroku nie potrzeba nawet magii. Jakiś przypadkowy Przygaszony z odpowiednią intencją mógłby z powrotem zmienić ją w przypinkę. - Swobodny ton Ash jest podszyty ostrzeżeniem.

- Przepraszam za wczoraj - mówię. - Nie powinnam tak wybiegać.

- Zgadza się, nie powinnaś. Niełatwo będzie ci odzyskać zaufanie kowenu, ale jeszcze damy radę to naprawić - oznajmia tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Chodź. Chcę ci coś pokazać.

Jestem wdzięczna za to, że Ash nie ciągnie tematu. Nie mówię jej o skradzionej księdze, na razie mam wrażenie, że nie potrafiłaby tego zrozumieć. Ta myśl mnie dręczy, bo nie znoszę niczego przed nią ukrywać.

Przyjaciółka prowadzi mnie przez Park Back Bay Fens. Liczę pęknięcia w chodniku i próbuję znaleźć temat, który nie miałby nic wspólnego z magią, kiedy Ash nagle się zatrzymuje.

- Jesteśmy na miejscu!

Podnoszę wzrok.

- Muzeum Isabelli Stewart Gardner?

- Już kupiłam bilety.

Wchodzimy do środka. Powietrze wokół nas robi się ciężkie od wilgoci potrzebnej do utrzymania małej dżungli roślin na środkowym dziedzińcu. Na chwilę ciężar książki w mojej kieszeni jakby wyparowuje.

Lubię to miejsce, za to Ash darzy je prawdziwą miłością. Przyjaciółka prowadzi mnie przez kolejne sale i zasypuje muzealnymi ciekawostkami. Opowiada, jak Isabella Stewart Gardner stworzyła to miejsce, by zaprezentować swoją kolekcję sztuki, samodzielnie wybierała każde dzieło i dokładnie określała, gdzie ma się znaleźć. To miało być jej dziedzictwo, własny sposób na nieśmiertelność. W testamencie zastrzegła, że wnętrza muzeum nie wolno poddawać zmianom, a żaden z eksponatów nie może zostać usunięty. Jej wola została wypełniona.

Muzeum Gardner to po części labirynt, a po części zamek, wzniesiony z kamienia i ciemnego drewna. Środkowy dziedziniec rozjaśnia światło wpadające przez świetlik. Wyższe piętra okalają wewnętrzne balkony z balustradami, z których widać dziedziniec poniżej.

Przechodzimy przez pierwszy krużganek biegnący wzdłuż dziedzińca i zatrzymujemy się przy jego krawędzi. W fontannie szemrze woda, a przez świetlik przesącza się światło. Spowija nas muzealna cisza, rozproszona jedynie szeptami odwiedzających.

Ash rusza na pierwsze piętro. Niczym olbrzymi wąż kolejne kondygnacje muzeum oplatają dziedziniec, na który wkrótce spoglądamy z góry.

- Dasz wiarę, że Isabella mieszkała na trzecim piętrze? - Ash przemierza korytarz, krążąc od eksponatu do eksponatu. - Wyobraź sobie życie w muzeum, które sama stworzyłaś. To moje marzenie.

Heksariusz ponownie ciąży mi w kieszeni, dając o sobie znać przy każdym kroku. Rozważam, czy powinnam powiedzieć przyjaciółce o swoich planach, kiedy zatrzymujemy się pośrodku Sali Holenderskiej.

Zastygamy, patrząc przed siebie w milczeniu. Na ścianie naprzeciwko wiszą dwie puste ramy. Są ogromne - jedna ma na oko ponad metr, druga jakieś półtora metra wysokości - a jednak wydają się jeszcze większe. Inni zwiedzający też przystają, jakby ramy miały własną, osobliwą grawitację.

Wszyscy z tych okolic znają tę historię zbyt dobrze.

Późną nocą w Dzień Świętego Patryka w 1990 roku dwóch złodziei przebranych za policjantów podstępem wymusiło na ochronie wpuszczenie ich do muzeum. W środku obezwładnili strażników, związali ich i zamknęli w piwnicy. W ciągu kolejnych osiemdziesięciu jeden minut ukradli z muzeum trzynaście eksponatów. Do dziś jest to największa niewyjaśniona kradzież dzieł sztuki we współczesnej historii. Razem wpatrujemy się w pustkę po obrazach i misterną zieloną tapetę, odsłoniętą przez złodziei, którzy wycięli z bogato zdobionych złotych ram Burzę na Jeziorze Galilejskim Rembrandta oraz Damę i pana w czerni.

Na przeciwległej ścianie wisi autoportret Rembrandta, który namalował, kiedy miał dwadzieścia trzy lata. Tyle, ile ja dziś. Pamiętam, jak w przeszłości liczyłyśmy z Ash, ile czasu zostało nam na opanowanie malarstwa olejnego, zanim będziemy starsze od postaci z portretu. Cóż, jak dotąd nie opanowałam niczego. Olejne spojrzenie malarza spoczywa razem z naszym na pustych ramach, jakby pytało, gdzie podziały się jego obrazy.

Jeśli wpatruję się w nie zbyt długo, te ramy zawsze przyprawiają mnie o dreszcze, a tym razem jest jeszcze gorzej. Czuję, jak włoski pokrywające przedramiona stają dęba. Muszę się odwrócić, bo w przeciwnym razie zostanę tu na wieki.

Obok mnie Ash rozprawia o grabieży kosztowności.

- ...zostawili puste ramy na ścianach z wyjątkiem U Tortoniego. Ramę tego obrazu odnaleziono na biurku w pokoju ochrony...

To cała Ash - kiedy coś ją zainteresuje, nie sposób jej od tego oderwać. I co z tego, że brakuje jej trochę wrodzonej magicznej siły? To nic w porównaniu z tym, jak tworzy rytuały - jak z najmniejszych strzępów wiedzy umie wyprowadzić całe zaklęcia i układać konstelacje z gwiazd, których nikt poza nią nie widzi w ciemności. Sama sięgam po magię na ślepo. Chwytam przewód pod napięciem z nadzieją, że nie porazi mnie prąd. Ash tworzy misterne obwody. Byłyśmy idealnymi partnerkami. Razem potrafiłyśmy osiągnąć o wiele więcej niż kiedykolwiek osobno.

Wiem jednak, że nie daje jej to spokoju. Czasem zastanawiam się, czy właśnie dlatego tak nierozważnie porywa się na kolejne czary - jakby zakładała, że dopóki działamy razem, żadne ryzyko nie jest zbyt wielkie, a niemożliwe staje się możliwym. Choć nie lubię tak o tym myśleć, beze mnie zaklęcia, które Ash potrafi rzucać sama, są... ograniczone. Przyjaciółka milknie, natomiast ja już wiem, dlaczego mnie tu sprowadziła.

- Muszę ci coś powiedzieć - zaczyna.

- W porządku - silę się na swobodny ton. - Wiedziałam, że szybko znajdziesz nową partnerkę.

- Nową co...? Czekaj, nie. - Jej twarz wykrzywia się w grymasie przerażenia.

- Poważnie? Sądziłam, że ty i Marcus...

- Marcus chce czegoś więcej niż to. - Ash przewraca oczami z taką pogardą, że obrazy wokół nas niemal spływają ze ścian w kwaśnych smugach. - Na szczęście po tym, jak przynajmniej dziesięć razy zapewniłam go, że nie chodzi o niego, tylko dosłownie o mnie i o to, że nie chcę tego z nikim nigdy, chyba zaczyna wreszcie rozumieć.

Krzywię się.

- Tak czy inaczej, uważam, że powinnaś poszukać kogoś...

- Maeve, nie skreślam cię - oznajmia. - I nie o tym chciałam rozmawiać.

Na te słowa czuję ukłucie gniewu. Ash wciąż chyba wierzy, że może ściągnąć mnie z powrotem, zostawiając w swoich zaklęciach miejsce, które pasuje tylko do mnie - jak kompozytor piszący partię pod głos konkretnej wokalistki.

- Sprowadziłam cię tu nie bez powodu - mówi, po czym chwyta mnie za nadgarstek i prowadzi prosto do pustego miejsca po Burzy na Jeziorze Galilejskim. - Spójrz na te ramy. - Patrzy, czy pracownicy muzeum przeszli już do następnej sali, i przyciąga mnie tak blisko, aż boję się, że uruchomimy alarm. - Przyjrzyj się uważnie.

Rama jest misterna i pozłacana, pełna licznych zawijasów oraz zdobień, od których kręci mi się w głowie. Znowu ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, a kiedy włoski na karku stają mi dęba, rozpoznaję je.

To magia.

Wtedy mój oddech osiada parą na pociemniałych rantach zdobień.

Gdy to zauważam, odskakuję do tyłu z piskiem, który w żaden sposób nie pomaga nam zachować dyskrecji. Kolejny strażnik muzeum piorunuje nas wzrokiem, a wraz z nim pełna dezaprobaty starsza para i student sztuki zerkający znad szkicownika.

- Wiedziałam, że to rozpoznasz. - W ściszonym głosie Ash pobrzmiewa triumf. - To jej znak.

Wraca do mnie to samo uczucie co podczas rytuału - spocone dłonie i gardło ściśnięte tak mocno, że nie potrafię zrobić nic poza łapaniem płytkich, szybkich oddechów. Mój mózg reaguje jak spłoszone zwierzę, cofając się do jakiegoś poprzedniego wcielenia, w którym jestem rannym ptakiem szamoczącym się w trawie, gdy zbliża się drapieżnik.

W ramie wyryto jakiś symbol, ukryty wśród ozdobnych zawijasów i tak drobny, że nie sposób byłoby go dostrzec, gdyby nie szukało się go świadomie. To niedbale wyżłobiona czaszka z piórem po każdej stronie. Sigil Damy Moczar.