Dlaczego pan zabił moją mamę?
Wstający świt delikatnym światłem rozświetlał wysokie urwisko nad brzegiem morza w Orłowie. Stojący nieruchomo na skraju skarpy mężczyzna spojrzał w dół i rzucił się do ucieczki.
Blisko brzegu, w płytkiej wodzie między kamieniami leżała martwa kobieta.
Mężczyzna dobiegł do samochodu i ostro, aż wozem rzuciło na bok, ruszył w stronę lasu. Po chwili warkot silnika ucichł.
Słaba fala kołysała przy brzegu zwłoki. Po chwili wstające słońce oświetliło delikatnie pnie sosen. Wokół panowała cisza.
***
Dwa dni później miejscowa prasa zamieściła informację o znalezieniu niezidentyfikowanych zwłok kobiety w wieku około 50 lat. Jak ustalono w ostatnich dniach nie było zgłoszenia o żadnym zaginięciu osoby w tym wieku.
***
Kartka owinięta była przezroczystym celofanem. Niewprawną ręką dziecka wypisano na niej pięć słów: DLACZEGO ZABIŁ PAN MOJĄ MAMĘ.
Borewicz odłożył kartkę na biurko majora.
- No? - spojrzał wyczekująco major.
- Kartkę pisało dziecko - zaczął Borewicz.
- Bystrzy jesteście. Wyrabiacie się tak przy poruczniku Zubku? Jeszcze trochę - major wykrzywił się z politowaniem - a będą o was mówić, jak moja wnuczka: dobry jak wafel, gryźć nie trzeba.
- Wydaje się, że dziecko jest zaniepokojone.
- Tego to ja też się domyślam. Może coś więcej?
- Są dwie możliwości. Albo dziecko naczytało się niedozwolonych książek i ma bardzo bujną wyobraźnię, albo jest to smutne dziecko, które myśli jak dorosły.
- Teraz już lepiej. Zajmiecie się tą sprawą. Podobno lubicie dzieci?
Borewicz spojrzał na majora i westchnął.
- Czy przypuszcza pan, że to może mieć związek ze sprawą tej utopionej kobiety nad Wisłą?
- Między innymi. Kartkę przysłał mi kierownik hotelu. Leżała na korytarzu.
- Taki pedant czy stary kawaler? - zapytał z drwiną Borewicz.
- Wdowiec, syna stracił w Powstaniu - powiedział chłodno major. - Tylko od czasu, jak znaleziono pod łóżkiem dwa tysiące dolarów, do których nikt się nie chciał przyznać, każe sobie przynosić każdą kartkę czy list znalezione w sprzątanych pokojach.
- I do tej pory nie było żadnego zgłoszenia o zaginięciu?
- Od pierwszej kartki jutro będzie akurat trzy miesiące.
- I nadal nie wiadomo, kto to jest?
- Nie. No to... do roboty.
Borewicz spojrzał jeszcze raz na kartkę: DLACZEGO PAN ZABIŁ MOJĄ MAMĘ.
- Aha, jeszcze jedno - major popatrzył surowo. - Poruszono to wczoraj na kierownictwie. Ten ostatni jest wysokim działaczem partyjnym. Skarga dotarła bardzo wysoko.
- Zachował się po chamsku.
- Od tego są patrole mundurowe. Byliście w lokalu prywatnie. A poza tym ten wasz prawy sierpowy zaczyna być zbyt znany. Wiecie, że nam ostatnio patrzą na ręce. Facet przez parę minut nie odzyskiwał przytomności. Zabraniam wdawania się w jakiekolwiek bójki. To was może kosztować najbliższy awans. Jesteście oficerem, a nie awanturnikiem. A wyjaśnienia, że po to Pan Bóg dał mi ręce, żeby nie zawracać dupy patrolom, przestały mnie interesować. Jak i forma wyjaśnień. Zjeżdżaj - zakończył ostro.
Borewicz przyjął nadgorliwie postawę zasadniczą i wyszedł z gabinetu.
***
Hotelowy korytarz przysłaniały pootwierane drzwi. Pośrodku stał wózek pełen rolek papieru toaletowego mydeł i ręczników. Borewicz rozmawiał cierpliwie ze starszą kobietą w kolorowym uniformie sprzątaczki. Zubek w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie. W pomiętym kapeluszu, nieświeżej koszuli, nie dopiętej jesionce raził wyglądem na korytarzu eleganckiego hotelu.
- Jak często sprząta się pokoje?
- Dwa razy dziennie.
- O której godzinie znalazła pani tę kartkę?
- Po południu. Kartka leżała w pobliżu kosza na śmiecie. Tak jakby ktoś chciał ją tam wyrzucić, a nie trafił.
- Ile jest koszy w tym korytarzu?
- Na korytarzu są cztery.
- Praktycznie więc kartkę mógł wyrzucić do kosza każdy z mieszkańców pierwszego piętra... Proszę sobie przypomnieć - pytał dalej Borewicz - czy w ostatnich dwóch dniach mieszkał tu ktoś, kto zwróciłby pani uwagę, ktoś zachowujący się w sposób wskazujący na zdenerwowanie, może ktoś specjalnie podniecony?
- Podnieconych to tu jest, proszę pana, dużo. Tu mieszka dużo cudzoziemców, za nimi stale włóczą się jakieś dziewczyny, latają po korytarzach jak oparzeni. Niektóre to nawet w majtkach. To są eleganccy panowie, mają tyle koszul, że nigdy ich nie piorą, tylko codziennie zmieniają na nowe.
- Rozumiem - z powagą potwierdził Borewicz. - Czy jest możliwe, żeby kartka leżała na korytarzu przez kilka dni? - spytał po chwili.
- Jak pan może o mnie tak źle myśleć? Ja sprzątam bardzo dokładnie, ale nie miałam dyżuru przez trzy dni, to można inne zostawiały. To mała kartka, leżała w kącie, mogły nie zauważyć.
- Dziękuję.
Pożegnali kobietę i ruszyli korytarzem w stronę wind.
- A pan jak często zmienia koszule? - zwrócił się nagle do Zubka.
- A daj pan spokój. Zagraniczne dziwadła.
- Na piętrze jest pięćdziesiąt pokoi. Przyjmując, że kartka mogła leżeć kilka dni - mamy paręset osób do przesłuchania. Wszystko pewnie cudzoziemcy, przyjezdni, bo przecież warszawiak ciągle nie ma prawa wynająć pokoju w hotelu.
- Przyzwoity człowiek nie musi szukać noclegu poza domem.
Borewicz spojrzał się na Zubka z politowaniem.
- Jak ja się mogłem z panem zaprzyjaźnić - mruknął Borewicz.
- Chodźmy obejrzeć książkę meldunkową.
***
Zubek siedział w hallu, obserwując ludzi. Recepcja dużego hotelu to ciekawe miejsce, pełne dziwnych ludzi i zdarzeń. Zubek rozglądał się z niesmakiem. Irytowały go zwłaszcza ładne dziewczyny kręcące się po hotelu.
Po chwili zjawił się Borewicz.
- Spisałem trochę nazwisk - zaczął Zubek.
- Tylko trochę? - zdziwił się Borewicz.
- Czterdziestopięcioosobową wycieczkę emerytowanych nauczycielek z Anglii skreśliłem. Wszystkich kawalerów też - powiedział to jak rzecz oczywistą.
- Słusznie.
Zubek spojrzał podejrzliwie.
- Nieżonaci mają na ogół inne możliwości pozbycia się kobiety bez używania trucizny.
- Wziąłem kilka nazwisk Włochów, ale też bez przekonania.
Borewicz westchnął z dezaprobatą.
- Włosi urządzają się tu bez komplikacji i mają o wiele zabawniejsze sposoby spędzania czasu niż mordowanie dzieciom matek. Zobaczymy - zakończył, oglądając się za mocno wydekoltowaną pod futrem dziewczynę w mini.
- Powykreślałem i kobiety. W sumie mamy 80 mężczyzn, z tego 30 turystów zagranicznych.
- Nieźle jak na wolną sobotę - westchnął Borewicz.
***
Borewicz rozmawiał przez telefon, kiedy major wszedł do pokoju. Porucznik wstał.
- Siedźcie. Co słychać?
- Po eliminacji mam na liście 60 cudzoziemców i 8 Polaków. Wykreśliłem dwóch krajowców: jeden notowany waluciarz. Ci nie mordują, to im się po prostu nie opłaca, i jeden bigamista. Taki najwyżej żeni się jeszcze raz, co w najgorszym wypadku grozi nowym małżeństwem i karą do dwóch lat. Pozostało mi z tego kilkadziesiąt osób. Traktuję sprawę serio, mimo że - przyznam się panu majorowi - bez większego przekonania.
- I co dalej? - z lekką naganą w głosie zapytał major.
- Wysłałem wczoraj polecenie do komend wojewódzkich, żeby ustalili, czy nie znaleziono podobnych listów w innych hotelach, i sprawdzili mi paru panów.
- Wiem. Bo właśnie mam dla was wiadomość z Poznania. Mają identyczną kartkę - major spojrzał na telefonogram. - Znaleziono ją w pokoju Barbary Kałuckiej, aktorki, nigdzie nie pracującej, lat 24. Dziś rano - rzucił kartkę na biurko. - Kazałem już zarezerwować wam miejsce na najbliższy samolot.
- Dziękuję.
***
Borewicz pchnął drzwi i wszedł do rozległego hallu hotelowego. Skierował się do kabin, na których widniał wymalowany aparat telefoniczny.
- Halo - odezwał się nieco egzaltowany głos. - Halo - dziewczyna mocno przeciągnęła słowo.
- Dzień dobry. Nazywam się Sławomir Borewicz. Czy mogę prosić o chwilę rozmowy?
- Sławek, Sławek? - nie okazała zdziwienia, tylko powtórzyła dwukrotnie, próbując sobie widocznie skojarzyć imię z osobą.
- Tak, Sławomir Borewicz z Warszawy.
- Ach, z Warszawy. Już schodzę. A jak pan wygląda, jak ja pana poznam? - zmieniła ton na bardziej kokieteryjny.
- Siedzę w hallu, w brązowej zamszowej marynarce.
- W jakim wieku? Łatwiej pana poznam.
- Po pięćdziesiątce - powiedział sucho.
- Tak. Już schodzę. A czego pan sobie życzy - powiedziała już rzeczowym tonem, bez kokieterii.
- Czekam.
Odłożył słuchawkę.
Zeszła za chwilę. Z zainteresowaniem spojrzała na Borewicza, jakby chciała się uśmiechnąć, ale zaraz poszła dalej, przypatrując się mężczyznom, którzy siedzieli w hallu i przy barze i wyglądali na lat pięćdziesiąt. Była wysoka, czarnowłosa i bardzo zgrabna. Mogłaby być wyjątkowo atrakcyjna, gdyby nie nadmiar wielobarwnych ozdób i wulgarny makijaż.
Wstał. Podszedł bliżej.
- To ja czekam na panią. Borewicz.
- To pan? - zdziwiła się. - Nigdy bym nie przypuszczała, że tak wygląda mężczyzna po pięćdziesiątce.
- Zdarza się.
- Ale nieczęsto - ciągnęła kokieteryjnie. - Znam wielu mężczyzn.
"Oho - pomyślał Borewicz - zaczynają się damskie gierki. Dlaczego ona w ogóle nie pyta, kim jestem i po co przyjechałem. Należy do takich, którym wszystko jedno? Ale wobec tego, czy ona może mieć coś wspólnego z listem? Byłaby przecież zaniepokojona".
- Jestem z Komendy Stołecznej MO, z Warszawy.
Spojrzała uważnie. Roześmiała się.
- No wie pan, już na różne rzeczy mnie podrywano, ale na milicjanta jeszcze nie. Ale z pana kawalarz.
Usiedli w małej kawiarence obok hallu hotelowego.
- Co to był za list, który znaleziono u pani w pokoju?
- Ach, o to chodzi - była wyraźnie rozczarowana albo udawała rozczarowanie. - To jakaś głupia historia. List leżał w recepcji obok listu na moje nazwisko. Wzięłam przez przypadek oba naraz. Zauważyłam później, był niezaklejony... tak dziwnie zaadresowany, przeczytałam i położyłam. Znalazła go widocznie sprzątaczka i zawiadomiła recepcję. Zupełnie nie rozumiem, o co tu wszystko chodzi.
- Gdzie jest ten list?
- Na górze u mnie w pokoju zapraszam.
Sławek popatrzył na dziewczynę z jednoznaczną miną. "Kotek, nie ze mną te numery" - pomyślał i spokojnie powiedział:
- Nie będę pani krępował, proszę go przynieść.
Dziewczyna, nie kryjąc rozczarowania, skierowała się do windy. Po chwili zeszła schodami i podała mu zwykłą, niebieską kopertę. Na kopercie był napis: Największy Hotel w Poznaniu. Nic więcej. Znaczek za jeden złoty. Stempel nieczytelny.
Spojrzał na kartkę. Nie miał wątpliwości. Ten sam charakter pisma i ta sama kartka wyrwana z zeszytu w kratkę.
Zaatakował wprost.
- Gdzie jest pani dziecko?
Spojrzała zaskoczona.