Złocisty
W zadymionym barze było tłoczno. Literat kończył jeść golonkę. Wierzchem dłoni otarł usta i rozejrzał się po ciasnym pomieszczeniu. Spotkał spojrzenie stojącego przy barze Coca-Coli. Gestem pokazał mu miejsce przy swoim stoliku. Chłopak odstawił kufel. Na wierzchu dłoni miał wytatuowany duży napis Coca-Cola.
- Pan Leon chciał się z tobą zobaczyć - powiedział Literat, kiedy Coca-Cola usiadł.
- Zawsze chodzę w piątki.
- Może premia - zaśmiał się głupkowato Literat. - Na boku nic nie brałeś?
Coca-Cola nieszczerze zaprzeczył. Zaniepokoiło go to pytanie.
- Wiesz, że Złocisty jest straszny na zdradę - zebrał z talerza jeszcze resztę tłuszczu. - Podobno jednej dziwce, co go kiedyś zdradziła, to włożyć kazał rurę między nogi, wpuścił szczura, a z tyłu podpalił gazetę - roześmiał się.
Coca-Cola patrzył przerażony.
- Co się z nią stało?
- Resztki ryby zjadły w Wiśle.
- Ale ja nie idę do Złocistego? - zaniepokoił się Coca-Cola.
- Ty i do Złocistego? -Literata rozbawiła taka możliwość.
Spojrzał na zegarek.
- Pan Leon mówił, żebyś był o piątej, on nie lubi, jak ktoś jest niepunktualny.
Literat patrzył prosto w oczy Coca-Coli i milczał. Coca-Cola odwrócił wzrok i odszedł od stolika.
***
Kiedy Coca-Cola wszedł do przedpokoju, Portier odłożył komiks o "Supermanie", leniwie się podniósł, aby dokładnie zrewidował mu kieszenie. Pchnął Coca-Colę w sąsiednie drzwi i wszedł za nim. Coca-Cola stanął i obejrzał się.
- Łapy przy sobie - warknął. - Bo następnym razem przypierdolę.
Portier przekręcił klucz w zamku i popatrzył na niego, jakby go w ogóle nie słyszał. Zamknięcie drzwi zaniepokoiło Coca-Colę.
Pokój urządzony był antykami. Na ścianie wisiał ogromny obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę.
- Co jest? - zapytał ostro.
W tym momencie do pokoju wszedł Leon.
Przystojny lekko szpakowaty starszy mężczyzna. Elegancko ubrany, ujmujący w obejściu.
- Przywiozłeś pieniądze? - zapytał uprzejmie.
- Oczywiście, proszę pana - sięgnął do kieszeni i położył na biurku pieniądze i kartkę. - Tu jest, ile wziąłem i forsa.
Leon przeliczył pieniądze, spojrzał na rachunek.
- To wszystko?
Przez moment Coca-Cola jakby się zawahał, obejrzał się na stojącego za nim mężczyznę i powiedział z lekko wyczuwalną nutką niepokoju:
- Przecież zgadza się z rachunkiem.
Leon kiwnął na Portiera. W tym momencie chłopak dostał pierwszy cios w szczękę. Drugi cios wymierzony dokładnie w żołądek zwalił Coca-Colę na podłogę. Teraz Leon dwa razy kopnął go, już nie celując.
Chłopak, zalany krwią, zwinięty w kłębek, jęczał z bólu.
- Wstań - powiedział Leon.
Nie mógł. Muskularny Portier uśmiechnął się głupkowato. Wielki, zwalisty, robił wrażenie lekko niedorozwiniętego. Doskoczył do niego, złapał za ubranie i rzucił o ścianę.
- Ile pieniędzy wziąłeś dla siebie? - zapytał Leon. Coca-Cola otarł zakrwawioną twarz. Poruszył ustami. Obolałe wargi uniemożliwiły mu odpowiedź. Sięgnął wolno ręką i jęknąwszy, wyjął wybity ząb.
- Pytałem, ile wziąłeś dla siebie? - Leon mówił z udawaną uprzejmością.
Coca-Cola, dysząc, popatrzył spode łba.
- Dwadzieścia.
- Ile? - Leon pierwszy raz podniósł głos.
- Dwadzieścia... dwieście sześć.
- Na teraz się zgadza. Oddaj.
- Nie mam...
- Przeszukaj go.
Portier bezceremonialnie obszukał mu kieszenie. Nic nie znalazł.
- Zegarek - mruknął Leon.
Mężczyzna rozpiął mu pasek i schował zegarek do kieszeni.
- Zapłacisz mi za to, eunuchu - syknął Coca-Cola. - Ja o was też trochę wiem.
Wtedy dostał pięścią cios w głowę. Odleciał w róg pokoju, uderzając o stojącą tam pancerną szafę. Opadł na podłogę i znieruchomiał.
- Idiota! - Leon spojrzał z naganą na Portiera. - Co z nim teraz zrobimy? Zajmij się tym - mruknął.
***
Przy biurku siedział Emil i układał banknoty w pliki.
- Zgadza się. Dwa miliony osiemset - powiedział do siebie zadowolony.
- U mnie zawsze się zgadza - stwierdził, wchodząc Leon. - Kudliński nie powiedział nam wtedy, że była u niego milicja.
- I? - zaniepokoił się Emil.
- Chyba wszystko w porządku. Co z pokostem?
- Dwóch konwojentów i facet na bramie ugadani. Na magazyniera mamy haka. Do końca miesiąca wywiozą cztery tony.
- Co z magazynierem?
- Kobitka. Rok temu urodziła dziecko, które po cichu oddała. Bardzo - podkreślił to słowo - jej zależało na mojej dyskrecji.
- Wszędzie ten seks - westchnął z rezygnacją Leon.
- A przy pensji dwanaście miesięcznie - uśmiechnął się z politowaniem Emil - propozycja trzydziestu dodatkowo też zrobiła swoje.
- Technika?
- Do bilansu pełny spokój. A potem to nas już tu nie będzie.
- Co poza tym?
- Ten gówniarz Coca-Cola próbował nas przekręcić na parę złotych.
- I? - Emil uniósł wzrok znad pieniędzy.
- Portier się nim zajął.
- No to czym się martwisz?
Leon podszedł do stołu i odruchowo sięgnął po leżącą obok pieniędzy tabliczkę czekolady w kolorowym opakowaniu.
- Ludzi nie mamy. A zostało tego towaru jeszcze od cholery - rozdarł opakowanie czekolady.
- Ile? - spytał Emil.
- Sześć ton - Leon ugryzł kawałek czekolady i powoli zaczął go przeżuwać. Po chwili wypluł go na rękę i wrzucił do popielniczki.
- Puść w teren Literata i niech zmontuje dwie nowe ekipy - powiedział Emil. - To jest tak obrzydliwe, że może podnieść chłopakom prowizję.
Nie mógł oderwać wzroku od paczek banknotów.
- Tak trzeba będzie zrobić - zdecydował Leon.
- Ależ to jednak jest straszne gówno! - powiedział z niesmakiem i wyszedł z pokoju.
***
Mieszkanie urządzone było antykami. Goście ubrani wizytowo. Na pierwszy rzut oka widać było, że i gospodarze i ci, co tu przyszli, coś w życiu osiągnęli.
Sławek stał przy ogromnej półce z książkami, zajęty rozmową z redaktor Krystyną Romer, znaną z telewizji Mgiełką, i starszym szpakowatym mężczyzną w mundurze generalskim.
- Nie tylko uważam, że macie prawo, ale powinniście krytykować. Jak młodzi nie krytykują starych, to kraj na psy zejdzie. Był kiedyś taki ksiądz u Świętej Anny, który, psubrat, mówił, że jak chłopak za młodu nie jest socjalistą, to na starość będzie łajdakiem. A mówił to 60 lat temu. Ale - tu spojrzał na Romer i potem na Sławka - patrzysz się na nią tak, że ja tu jestem na pewno niepotrzebny - poklepał ich po plecach i odszedł w głąb pokoju.
Krystyna patrzyła na Sławka prowokacyjnie.
- Moją koleżankę zaprosił pan podobno na earl greya. Co mnie pan zaproponuje?
- Wdzięk osobisty - niezwykle serio powiedział Sławek.
- Wielokrotnie parzony - skrzywiła się.
- Po takiej recenzji pozostaje mi tylko odwieźć panią do domu - skłonił się z gracją.
- A po drodze okaże się, że do pana mamy bliżej. Love w kolorze zomoblue.
- Ja i takie tandetne podrywanie? - obruszył się szczerze.
- Panie Sławku, Warszawa jest mała.
- A dziewczyny mało dyskretne, jak słyszałem.
- Ja po prostu nie lubię takich facetów jak pan - ciągnęła. - Coś tam musi być u pana nie tak. Ile było tych panienek? Dwieście, trzysta? Ja trzysta pierwszą nie będę. Niech pan się sam odwiezie - uśmiechnęła się pobłażliwie i odeszła. Sławek patrzył na nią zaskoczony.
- Kurwa, udany wieczór - mruknął.
***
Motorówka z dużymi literami MO przejechała szybko, podnosząc dużą falę na Wiśle. W krzakach, opodal Mostu Czerniakowskiego, siedziało dwóch mężczyzn i kobieta. Brudni, pijani, wyglądali odrażająco. Jeden z nich, kołysząc się patrzył tępo w bok i wolno powiedział:
- Napiłbym się coca-coli.
- Skąd ci wezmę - jęknęła kobieta i opadła na trawę.
- Tu jest - wymamrotał mężczyzna uśmiechając się.
- Pewnie pusta... - machnęła leniwie ręką.
Pijackim gestem pokazał na kępę zarośli. Kobieta uniosła się i utrzymując z trudem równowagę podeszła bliżej krzaków.
Na ziemi widać było ludzką rękę z wytatułowanym napisem Coca-Cola. Kobieta rozgarnęła gałęzie. Twarzą do ziemi leżał tu człowiek. Popatrzyła na niego i nie namyślając się wiele odwróciła go na wznak. Był martwy. Przeżegnała się ze strachem i odwracając się do reszty, zabełkotała:
- Zjeżdżamy!
- A bo co?
- Kostnica - wyjaśniła rzeczowo - zaraz będzie tu niebiesko.
***
Nagle otworzyły się drzwi. Major Wołczyk zajrzał do pokoju. Borewicz przyjął postawę zasadniczą.
- Jutro rano mnie nie będzie. Spokojnego dyżuru! Cześć - rzucił, zamykając drzwi.
- Dobranoc - odpowiedział Borewicz i już miał usiąść, kiedy spojrzał w telewizor. Podszedł i gwałtownie wzmocnił głos.
Oboje siedzieli na dyżurze. Za oknem zapadł już zmrok.
Z cicho nastawionego telewizora słychać było końcowe fragmenty dziennika. Sikora siedziała przy swoim biurku i porządkowała notatki.
Borewicz z uwagą czytał książkę. Na ekranie Mgiełka zapowiadała pogodę.
Sikora spojrzała i uśmiechnęła się drwiąco.
- Nic? - zapytała z niewinną miną.
Sławek zaprzeczył ruchem głowy i wrócił za biurko.
- Dzisiaj piątek i trzynasty. Niech pan zadzwoni - powiedziała zachęcająco.
Sławek uśmiechnął się. Zamyślił się, sięgnął po słuchawkę. Z telewizora rozległ się sygnał kończący dziennik.
- Czy mogę mówić z panią redaktor Romer?
- Chwileczkę. Już idzie.
Sławek, udając złość, pogroził Ani pięścią.
- Romer, słucham - usłyszał w słuchawce.
- Dzień dobry. Sławomir Borewicz.
- Dzień dobry. Nie zrezygnował pan - zdziwiła się.
- Świat, proszę pani, nie należy do odważnych, ale do cierpliwych.
- I to mówi znany szczyt w Warszawie. Powiedziałam, że nie będę trzysta pierwszą.
- To już nieaktualne. Teraz jest - udawał, że sobie coś przypomina - trzysta dwudziesta szósta.
- Wydaje się to panu dowcipne?
- Nie - przyznał szczerze.
- No, to lepiej, ja mam narzeczonego, panie Sławku - powiedziała tonem pełnym cierpliwości.
- To już też przerabiałem.