Porucznik Borewicz. Złocisty. TOM 20 - Krzysztof Szmagier

Kup ebooka

3.15 zł
2.61 zł (2,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Strona redakcyjna

KRZYSZTOF SZMAGIER

 

 

Porucznik Borewicz

Złocisty

Opowiadanie na motywach scenariusza serialu "07 zgłoś się"

 

Tom 20

 

Warszawa 2012

 

ISBN 978-83-62964-63-5

 

Copyright ? Krzysztof Szmagier

Copyright ? for this edition by AGOY.PL

AGOY.PL Piotr Cholewiński

www.agoy.pl

 

 

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub części, w jakiejkolwiek formie zastrzeżone.

Złocisty

W zadymionym barze było tłoczno. Literat kończył jeść golonkę. Wierzchem dłoni otarł usta i rozejrzał się po ciasnym pomieszczeniu. Spotkał spojrzenie stojącego przy barze Coca-Coli. Gestem pokazał mu miejsce przy swoim stoliku. Chłopak odstawił kufel. Na wierzchu dłoni miał wytatuowany duży napis Coca-Cola.

- Pan Leon chciał się z tobą zobaczyć - powiedział Literat, kiedy Coca-Cola usiadł.

- Zawsze chodzę w piątki.

- Może premia - zaśmiał się głupkowato Literat. - Na boku nic nie brałeś?

Coca-Cola nieszczerze zaprzeczył. Zaniepokoiło go to pytanie.

- Wiesz, że Złocisty jest straszny na zdradę - zebrał z talerza jeszcze resztę tłuszczu. - Podobno jednej dziwce, co go kiedyś zdradziła, to włożyć kazał rurę między nogi, wpuścił szczura, a z tyłu podpalił gazetę - roześmiał się.

Coca-Cola patrzył przerażony.

- Co się z nią stało?

- Resztki ryby zjadły w Wiśle.

- Ale ja nie idę do Złocistego? - zaniepokoił się Coca-Cola.

- Ty i do Złocistego? -Literata rozbawiła taka możliwość.

Spojrzał na zegarek.

- Pan Leon mówił, żebyś był o piątej, on nie lubi, jak ktoś jest niepunktualny.

Literat patrzył prosto w oczy Coca-Coli i milczał. Coca-Cola odwrócił wzrok i odszedł od stolika.

 

***

 

Kiedy Coca-Cola wszedł do przedpokoju, Portier odłożył komiks o "Supermanie", leniwie się podniósł, aby dokładnie zrewidował mu kieszenie. Pchnął Coca-Colę w sąsiednie drzwi i wszedł za nim. Coca-Cola stanął i obejrzał się.

- Łapy przy sobie - warknął. - Bo następnym razem przypierdolę.

Portier przekręcił klucz w zamku i popatrzył na niego, jakby go w ogóle nie słyszał. Zamknięcie drzwi zaniepokoiło Coca-Colę.

Pokój urządzony był antykami. Na ścianie wisiał ogromny obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę.

- Co jest? - zapytał ostro.

W tym momencie do pokoju wszedł Leon.

Przystojny lekko szpakowaty starszy mężczyzna. Elegancko ubrany, ujmujący w obejściu.

- Przywiozłeś pieniądze? - zapytał uprzejmie.

- Oczywiście, proszę pana - sięgnął do kieszeni i położył na biurku pieniądze i kartkę. - Tu jest, ile wziąłem i forsa.

Leon przeliczył pieniądze, spojrzał na rachunek.

- To wszystko?

Przez moment Coca-Cola jakby się zawahał, obejrzał się na stojącego za nim mężczyznę i powiedział z lekko wyczuwalną nutką niepokoju:

- Przecież zgadza się z rachunkiem.

Leon kiwnął na Portiera. W tym momencie chłopak dostał pierwszy cios w szczękę. Drugi cios wymierzony dokładnie w żołądek zwalił Coca-Colę na podłogę. Teraz Leon dwa razy kopnął go, już nie celując.

Chłopak, zalany krwią, zwinięty w kłębek, jęczał z bólu.

- Wstań - powiedział Leon.

Nie mógł. Muskularny Portier uśmiechnął się głupkowato. Wielki, zwalisty, robił wrażenie lekko niedorozwiniętego. Doskoczył do niego, złapał za ubranie i rzucił o ścianę.

- Ile pieniędzy wziąłeś dla siebie? - zapytał Leon. Coca-Cola otarł zakrwawioną twarz. Poruszył ustami. Obolałe wargi uniemożliwiły mu odpowiedź. Sięgnął wolno ręką i jęknąwszy, wyjął wybity ząb.

- Pytałem, ile wziąłeś dla siebie? - Leon mówił z udawaną uprzejmością.

Coca-Cola, dysząc, popatrzył spode łba.

- Dwadzieścia.

- Ile? - Leon pierwszy raz podniósł głos.

- Dwadzieścia... dwieście sześć.

- Na teraz się zgadza. Oddaj.

- Nie mam...

- Przeszukaj go.

Portier bezceremonialnie obszukał mu kieszenie. Nic nie znalazł.

- Zegarek - mruknął Leon.

Mężczyzna rozpiął mu pasek i schował zegarek do kieszeni.

- Zapłacisz mi za to, eunuchu - syknął Coca-Cola. - Ja o was też trochę wiem.

Wtedy dostał pięścią cios w głowę. Odleciał w róg pokoju, uderzając o stojącą tam pancerną szafę. Opadł na podłogę i znieruchomiał.

- Idiota! - Leon spojrzał z naganą na Portiera. - Co z nim teraz zrobimy? Zajmij się tym - mruknął.

 

***

 

Przy biurku siedział Emil i układał banknoty w pliki.

- Zgadza się. Dwa miliony osiemset - powiedział do siebie zadowolony.

- U mnie zawsze się zgadza - stwierdził, wchodząc Leon. - Kudliński nie powiedział nam wtedy, że była u niego milicja.

- I? - zaniepokoił się Emil.

- Chyba wszystko w porządku. Co z pokostem?

- Dwóch konwojentów i facet na bramie ugadani. Na magazyniera mamy haka. Do końca miesiąca wywiozą cztery tony.

- Co z magazynierem?

- Kobitka. Rok temu urodziła dziecko, które po cichu oddała. Bardzo - podkreślił to słowo - jej zależało na mojej dyskrecji.

- Wszędzie ten seks - westchnął z rezygnacją Leon.

- A przy pensji dwanaście miesięcznie - uśmiechnął się z politowaniem Emil - propozycja trzydziestu dodatkowo też zrobiła swoje.

- Technika?

- Do bilansu pełny spokój. A potem to nas już tu nie będzie.

- Co poza tym?

- Ten gówniarz Coca-Cola próbował nas przekręcić na parę złotych.

- I? - Emil uniósł wzrok znad pieniędzy.

- Portier się nim zajął.

- No to czym się martwisz?

Leon podszedł do stołu i odruchowo sięgnął po leżącą obok pieniędzy tabliczkę czekolady w kolorowym opakowaniu.

- Ludzi nie mamy. A zostało tego towaru jeszcze od cholery - rozdarł opakowanie czekolady.

- Ile? - spytał Emil.

- Sześć ton - Leon ugryzł kawałek czekolady i powoli zaczął go przeżuwać. Po chwili wypluł go na rękę i wrzucił do popielniczki.

- Puść w teren Literata i niech zmontuje dwie nowe ekipy - powiedział Emil. - To jest tak obrzydliwe, że może podnieść chłopakom prowizję.

Nie mógł oderwać wzroku od paczek banknotów.

- Tak trzeba będzie zrobić - zdecydował Leon.

- Ależ to jednak jest straszne gówno! - powiedział z niesmakiem i wyszedł z pokoju.

 

***

 

 Mieszkanie urządzone było antykami. Goście ubrani wizytowo. Na pierwszy rzut oka widać było, że i gospodarze i ci, co tu przyszli, coś w życiu osiągnęli.

Sławek stał przy ogromnej półce z książkami, zajęty rozmową z redaktor Krystyną Romer, znaną z telewizji Mgiełką, i starszym szpakowatym mężczyzną w mundurze generalskim.

- Nie tylko uważam, że macie prawo, ale powinniście krytykować. Jak młodzi nie krytykują starych, to kraj na psy zejdzie. Był kiedyś taki ksiądz u Świętej Anny, który, psubrat, mówił, że jak chłopak za młodu nie jest socjalistą, to na starość będzie łajdakiem. A mówił to 60 lat temu. Ale - tu spojrzał na Romer i potem na Sławka - patrzysz się na nią tak, że ja tu jestem na pewno niepotrzebny - poklepał ich po plecach i odszedł w głąb pokoju.

Krystyna patrzyła na Sławka prowokacyjnie.

- Moją koleżankę zaprosił pan podobno na earl greya. Co mnie pan zaproponuje?

- Wdzięk osobisty - niezwykle serio powiedział Sławek.

- Wielokrotnie parzony - skrzywiła się.

- Po takiej recenzji pozostaje mi tylko odwieźć panią do domu - skłonił się z gracją.

- A po drodze okaże się, że do pana mamy bliżej. Love w kolorze zomoblue.

- Ja i takie tandetne podrywanie? - obruszył się szczerze.

- Panie Sławku, Warszawa jest mała.

- A dziewczyny mało dyskretne, jak słyszałem.

- Ja po prostu nie lubię takich facetów jak pan - ciągnęła. - Coś tam musi być u pana nie tak. Ile było tych panienek? Dwieście, trzysta? Ja trzysta pierwszą nie będę. Niech pan się sam odwiezie - uśmiechnęła się pobłażliwie i odeszła. Sławek patrzył na nią zaskoczony.

- Kurwa, udany wieczór - mruknął.

 

***

 

Motorówka z dużymi literami MO przejechała szybko, podnosząc dużą falę na Wiśle. W krzakach, opodal Mostu Czerniakowskiego, siedziało dwóch mężczyzn i kobieta. Brudni, pijani, wyglądali odrażająco. Jeden z nich, kołysząc się patrzył tępo w bok i wolno powiedział:

- Napiłbym się coca-coli.

- Skąd ci wezmę - jęknęła kobieta i opadła na trawę.

- Tu jest - wymamrotał mężczyzna uśmiechając się.

- Pewnie pusta... - machnęła leniwie ręką.

Pijackim gestem pokazał na kępę zarośli. Kobieta uniosła się i utrzymując z trudem równowagę podeszła bliżej krzaków.

Na ziemi widać było ludzką rękę z wytatułowanym napisem Coca-Cola. Kobieta rozgarnęła gałęzie. Twarzą do ziemi leżał tu człowiek. Popatrzyła na niego i nie namyślając się wiele odwróciła go na wznak. Był martwy. Przeżegnała się ze strachem i odwracając się do reszty, zabełkotała:

- Zjeżdżamy!

- A bo co?

- Kostnica - wyjaśniła rzeczowo - zaraz będzie tu niebiesko.

 

***

 

Nagle otworzyły się drzwi. Major Wołczyk zajrzał do pokoju. Borewicz przyjął postawę zasadniczą.

- Jutro rano mnie nie będzie. Spokojnego dyżuru! Cześć - rzucił, zamykając drzwi.

- Dobranoc - odpowiedział Borewicz i już miał usiąść, kiedy spojrzał w telewizor. Podszedł i gwałtownie wzmocnił głos.

 Oboje siedzieli na dyżurze. Za oknem zapadł już zmrok.

Z cicho nastawionego telewizora słychać było końcowe fragmenty dziennika. Sikora siedziała przy swoim biurku i porządkowała notatki.

Borewicz z uwagą czytał książkę. Na ekranie Mgiełka zapowiadała pogodę.

Sikora spojrzała i uśmiechnęła się drwiąco.

- Nic? - zapytała z niewinną miną.

Sławek zaprzeczył ruchem głowy i wrócił za biurko.

- Dzisiaj piątek i trzynasty. Niech pan zadzwoni - powiedziała zachęcająco.

Sławek uśmiechnął się. Zamyślił się, sięgnął po słuchawkę. Z telewizora rozległ się sygnał kończący dziennik.

- Czy mogę mówić z panią redaktor Romer?

- Chwileczkę. Już idzie.

Sławek, udając złość, pogroził Ani pięścią.

- Romer, słucham - usłyszał w słuchawce.

- Dzień dobry. Sławomir Borewicz.

- Dzień dobry. Nie zrezygnował pan - zdziwiła się.

- Świat, proszę pani, nie należy do odważnych, ale do cierpliwych.

- I to mówi znany szczyt w Warszawie. Powiedziałam, że nie będę trzysta pierwszą.

- To już nieaktualne. Teraz jest - udawał, że sobie coś przypomina - trzysta dwudziesta szósta.

- Wydaje się to panu dowcipne?

- Nie - przyznał szczerze.

- No, to lepiej, ja mam narzeczonego, panie Sławku - powiedziała tonem pełnym cierpliwości.

- To już też przerabiałem.