Porwanie - Karol Kłos
11.34 zł
9.41 zł
(9,64 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Pewnego dnia ktoś niespodziewanie ostrzelał z broni maszynowej patrol naszych żołnierzy jadących właśnie z prowiantem i pocztą. W pierwszej kolejności dowiedziałem się kto otrzymał pocztę. Miałem wielkie szczęście. Jeden z szeregowych otrzymał list od matki, z dziurą pośrodku kartki pozostawioną tam przez pocisk wystrzelony z nieprzyjacielskiego karabinu maszynowego. Dziura usunęła z listu słowo "Kocham", po którym pozostała wymowna pustka obrazująca ogrom cierpienia, które przynosi ze sobą wojna. Żołnierz ten mógł na własne oczy przekonać się o zagrożeniach jakie czyhają na niego i kolegów w owej nieprzychylnej części świata, do której los zechciał ich zesłać na zaszczytną służbę w obronie cywilizacji i postępu. Żołnierz ten ze łzami w oczach opowiadał mi o swojej rodzinie, o pozostawionej w kraju starej matce, która już dawno pochowała swego męża a jego ojca. Z matką była w domu tylko mała siostra, która ze wszystkich sił usiłowała w domu zastąpić dorosłego brata.
Potem pojechałem na parking wojskowy, gdzie po strzelaninie odstawiono uszkodzony pojazd. Obejrzałem go dokładnie ze wszystkich stron. Miał trzy dziury po pociskach. We wnętrzu znalazłem kolejne uszkodzenia świadczące o tym, że pociski latały po wnętrzu samochodu niczym w jakimś groteskowym filmie sensacyjnym. Nie od dziś wiadomo, że życie przerasta wszelkie wyobrażenia i fikcyjne opisy. Wiedziałem już o pocisku z listu. Odnalazłem dość szybko jego dalszy tor lotu. Trafił w śrubę mocującą tylni fotel pasażerów, zerwał połowę nakrętki, przedziurawił podłogę pojazdu, odbił się jeszcze od resoru tylnego koła i przepadł bezpowrotnie na pustyni. Drugi z pocisków wleciał przez lewe drzwi tuż poniżej szyby, wyłamał korbę służącą do otwierania okna, otarł się o oparcie przedniego fotela pasażera, a następnie wyszedł z pojazdu przez dziurę w lewym słupku pomiędzy oknami, czyli wyszedł trzecią dziurą. Wcześniej nie zwróciłem uwagi na charakterystyczne zagięcia blach na brzegach otworów. Były więc dwa pociski. To bardzo ważne stwierdzenie. W każdej takiej sytuacji trzeba bezwzględnie wyjaśnić wszystkie najdrobniejsze szczegóły zajścia.
Przyjrzałem się kolejny raz dziurom po pociskach. Jedna z nich musiałaby na swojej drodze spotkać pierś żołnierza siedzącego na przednim siedzeniu obok kierowcy. Na tym siedzeniu zawsze siedzi jeden z żołnierzy. Jego zadaniem jest obserwowanie drogi przed pojazdem, ostrzeganie kierowcy przed ewentualnymi niebezpieczeństwami, których on mógłby nie zauważyć. Właśnie oba przednie siedzenia były najbardziej narażone na trafienia w przypadku ostrzału. Ponieważ nikt nie został ranny, a samochodem tym jechało czterech żołnierzy, istniała tylko jedna możliwość wyjaśnienia tej zagadki. Podejrzewałem już jakie będzie rozwiązanie, na razie jednak nie miałem żadnych dowodów. Zrobiłem fotografie wszystkich uszkodzonych miejsc samochodu i wróciłem do bazy. Przez kilka dni nie mogłem się skontaktować z żołnierzami, którzy jechali tamtego dnia ostrzelanym wozem, ponieważ wszyscy oni znajdowali się pod intensywną opieką psychologów. Tymczasem gromadziłem pozostałe informacje.
Miałem dobrego przewodnika. Rozmawiałem z nim po rosyjsku. Był dobrze zorientowany w tutejszej sytuacji. Miał stary, rozklekotany samochód, który był najbezpieczniejszym środkiem transportu w mieście. Inne samochody zbytnio przyciągały uwagę bandziorów. Co rusz się zdarzało, że przed nami nagle z samochodu wyskakiwali mężczyźni i z taksówki wyciągali bogatego miejscowego adwokata, lekarza czy sklepikarza. Nie gardzili też żonami, dziećmi, każdym krewnym, za którego mogli od bogatszego obywatela miasta wymusić jakąkolwiek opłatę. Zadowalali się każdą sumą, byle tylko mogli na targu kupić pełno jedzenia i wódki. To było właśnie to, czego im brakowało w życiu. Takie lumpy są w każdym mieście.
Czasami trafiali się fanatycy religijni. Wtedy sprawa przedstawiała się znacznie gorzej. Zawsze jeździli uzbrojeni w poradzieckie karabiny maszynowe Kałasznikowa. Przyglądali się mijanym samochodom. Jeżeli zauważyli białego, czyli Amerykanina lub Europejczyka, natychmiast opuszczali szyby w swoim samochodzie, wystawiali przez okna lufy karabinów i strzelali bez opamiętania aż ostrzelany samochód zjeżdżał z drogi, trafiał w słup, dom, stragan. Najczęściej wybuchała benzyna, samochód stawał w płomieniach, a wielki słup dymu informował mieszkańców miasta o kolejnym zamachu terrorystycznym, o kolejnym akcie zbrojnym powstańczej armii podziemnej, o kolejnym wyroku na kolaborujących z okupantem zdrajcach. Właśnie dlatego zapuściłem długą brodę, a do tego najczęściej jechałem leżąc na tylnym siedzeniu albo z rozpostartą gazetą zasłaniającą twarz.
Zjeździłem ten kraj wszerz i wzdłuż. Poznałem dokładnie miasta i pustynie. Z tego wszystkiego pustynia była najpiękniejsza, najdziksza, najbardziej gorąca i najbardziej sucha. Czasami mijałem po drodze grupy uchodźców. Twierdzili, że w tym kraju nie ma już czego szukać zwykły, spokojny człowiek. Ostrzegali przed katastrofą. Gdy próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej, odchodzili. Czasami któryś obejrzał się jeszcze za mną i rzucił niewinnie: - Sąd Ostateczny trwa nadal. Nie zapominaj o nim. Było to jak groźne ostrzeżenie, jak spotkanie z prorokiem. Ta pustynia zrodziła już wielu proroków. O niektórych z nich czytamy. O innych świat zapomniał. Zapomniał z własnej winy, bo chciał zapomnieć. Ich proroctwa były jak wyrzut sumienia, kłuły w boku i nie pozwalały dalej iść. Trzeba się było ich pozbyć. Odchodzili, bo nie mieli tu niczego, niczego do stracenia, niczego własnego.
Bardzo często współpracowałem z innymi dziennikarzami, korzystałem z ich pomocy, lub udzielałem takowej w nawiązaniu połączenia czy przekazaniu informacji. Robiłem setki zdjęć, fotografii, portretów, pejzaży. Zapełniałem kolejne bruliony notatkami, uwagami, informacjami, spostrzeżeniami. Mój plecak był coraz bardziej wypchany, coraz cięższy. Nie mogłem ufać służbom hotelowym. W zasadzie w hotelu nie można było niczego zostawić, bo natychmiast ginęło bezpowrotnie. Tutaj przydatny mógł się okazać każdy drobiazg, każda rzecz mogła zostać sprzedana, lub korzystnie wymieniona. Wszystkie swoje rzeczy nosiłem więc przy sobie. Z czasem zacząłem paradować po mieście z dwoma plecakami. Było to uciążliwe, ale w zasadzie wygodne, gdyż zawsze miałem wszystko pod ręką. Ten zwyczaj okazał się zbawienny dla mojej kolekcji fotografii i notatek.
A wszystko zaczęło się pewnego ranka. Jadłem właśnie śniadanie w hotelowej restauracji. Kelnerzy ruszali się jak muchy w smole. Siedziałem w kącie sali. Dwa stoliki dalej siedziała dziennikarka telewizyjna ze swoim operatorem. Ona popijała ze szklanki czarną kawę, dmuchając co chwilę na napój, który widocznie był zbyt gorący, a on wciąż coś do niej mówił, nie zważając na innych ludzi, wymachiwał rękoma nad stołem, jakby chciał jej ową kawę wytrącić. Nagle wszystko się zatrzęsło. Nóż wypadł mi z dłoni i uderzył o talerzyk. Operator zamilkł usiłując złapać w locie kamerę, która zsunęła się ze stołu i z trzaskiem upadła na podłogę. Rozsypały się po podłodze jakieś części uszkodzonej kamery, sztućce, talerzyki, wazon rozbił się na małe kawałki, a kwiaty jakby płynęły na fali rozlanej wody.
Dziennikarka zerwała się z krzesła i wybiegła z restauracji. Operator usiłował zebrać do kupy swoją kamerę. Kelnerzy zaczęli bezładnie biegać po sali. Nie wiadomo czy uciekali z pracy, czy też raczej starali się zaprowadzić na sali porządek. Z sufitu sypał się tynk, kawałki farby, kurz. Powietrze jakby zgęstniało. W tym gęstym powietrzu jak we wodzie rozchodziły się wolno pomruki grzmotów, huków, trzasków i czegoś tam jeszcze, świadczące niezbicie, że hotel został właśnie trafiony pociskiem rakietowym.
Okazało się potem, że to wojska okupacyjne pomyłkowo oddały salwę z armat czołgowych w stronę hotelu. Budynek został uszkodzony. Z pokoju, w którym przez ostatnie kilka dni mieszkałem, pozostała tylko dziura i dymiące zgliszcza. Zadziwiający i niezwykle podejrzany zbieg okoliczności. Zamiast śledztwa i skrupulatnych wyjaśnień doczekałem się jedynie zdawkowych przeprosin. Wszystko to wyglądało bardzo dziwnie. Zauważyłem wymowne spojrzenia. Ktoś kręcił z niedowierzaniem głową. Co rusz ktoś się za mną oglądał. Wszędzie gdzie się pojawiłem słyszałem przyciszone szepty, niewyraźne pomruki, które natychmiast milkły gdy podchodziłem blisko. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Zacząłem nabierać podejrzeń. Nie całkiem najedzony wyruszyłem na spotkanie z dziennikarzem, który telefonicznie poinformował mnie o rewelacyjnym materiale. Przez telefon nie chciał podawać żadnych szczegółów.
Jechałem jeepem po niezbyt równej drodze. Robiło się coraz bardziej gorąco w miarę jak słońce podnosiło się coraz wyżej nad horyzontem. Spod kół podnosiło się coraz więcej kurzu. Przezornie na tylnym siedzeniu miałem cztery skrzynki wody mineralnej i samochodową lodówkę z lodem. Nabrałem już doświadczenia w przygotowywaniu się do drogi. Od czasu do czasu mijałem rosnące przy drodze palmy. Niektóre już prawie usychały. Ciekawe dlaczego nikt ich nie ścinał. Gdzieniegdzie obok drogi leżały wraki samochodów osobowych, ciężarówek, czasami nawet czołgu. Niektóre z nich wciąż dymiły, jak gdyby ciągle jeszcze było tam coś do spalenia, coś co mogło się tlić.
Właśnie mijałem czarny samochód, chyba opel albo ford, w którym było jeszcze widać płomienie. Normalka w tych stronach. Szyby były powybijane, roztrzaskane. Karoseria samochodu była podziurawiona od kul. Te ślady zawsze wyglądają tak samo. Nie sposób ich nie zauważyć, nie sposób ich nie rozpoznać. Mijając wrak jeszcze raz na niego spojrzałem. Wspaniały wytwór cywilizacji technicznej poległ w wyniku zastosowania innego wyrobu cywilizacji technicznej. Na bocznych drzwiach łuszczyła się pod wpływem gorączki płomieni farba po napisie, po znaku firmowym rozpoznawalnym przez każdego z daleka. Wszystkie pojazdy prasy i telewizji musiały być wyraźnie oznakowane. Takie były wymogi bezpieczeństwa. Bez tego żaden patrol nie wypuściłby samochodu na ulicę. Sprawa nie podlegała dyskusji. Gwałtownie wcisnąłem pedał hamulca. Z głośnym piskiem zatrzymałem się na środku drogi. Wyskoczyłem z wozu i pobiegłem.
Samochód wciąż dymił okropnie. Nie można było podejść zbyt blisko. Na jego bocznych drzwiach dopalało się właśnie logo naszej telewizji. To był nasz samochód. To musiała być nasza ekipa. W środku nikogo nie było. Obiegłem wrak kilka razy dokoła. Co robić? Co robić? Kto nim jechał? Wpadłem w panikę. Szukałem jakichkolwiek śladów. Jednak wszystkie ślady zostały rozmazane, zadeptane przez całą masę innych śladów. Musiało tu być pełno samochodów i ludzi. Zawróciłem do hotelu.
Wszyscy już o tym mówili. Trąbiły o tym wszystkie serwisy informacyjne. Śledzili ich od jakiegoś czasu. W dogodnej chwili ostrzelali ich z broni maszynowej. Dwóch naszych zginęło. Jeden zdołał się uratować. Jest w szpitalu, gdzie mu opatrują rany. Stacje telewizyjne przypominały jego pracę, podróże, relacje z najbardziej niebezpiecznych miejsc świata. Pokazywano archiwalne filmy, na których bywał często pod ostrzałem, obok strzelających armat, obok wybuchających pocisków, nieopodal świszczących kul, przejeżdżających czołgów i maszerujących kolumn wojska. Spikerom i spikerkom drżały głosy ze wzruszenia. Wszyscy go znali. Wszyscy go lubili, niektórzy kochali. Wielu mu zazdrościło. Teraz został bohaterem i męczennikiem. Stał się wzorem dla kolegów, którego nie sposób doścignąć, nie sposób przerosnąć.
Jego śmierć była szokiem dla wielu. Zrozumieli, że tu nie giną tylko sami żołnierze, że nie tylko komandosi, nie tylko ochroniarze. Do wielu ludzi dopiero teraz dotarła świadomość, że tu najczęściej giną niewinni ludzie, że tu w większości giną cywile, dzieci, starcy, kobiety, lekarze, technicy, dziennikarze. Jego skórzana kurtka i kamizelka reporterska z kolorach ochronnych stały się symbolami wielkiego, profesjonalnego, dziennikarstwa, poświęcenia, rzetelności. Miałem się z nim spotkać. Dzwonił, że ma dla mnie bardzo ważne wiadomości. Wolał nie ryzykować ujawnienia ich przez telefon. Nie zdążyłem. On nie zdążył. Nie zdążyliśmy się spotkać. Nie zdążył mi powiedzieć. Wiedziałem gdzie był poprzedniego dnia. Wiedziałem z kim się spotkał. Trzeba było to sprawdzić. To stało się najważniejsze.
Wysłałem swoją relację. W tajemnicy przed innymi wyruszyłem w drogę. Nie mogłem nikomu powiedzieć o celu mojego wyjazdu. Dokumenty były pewne i otwierały przede mną wszystkie szlabany. Jechałem okrężną drogą. To przecież oczywiste. Nie było czasu na odpoczynek. Jadłem suchary podczas jazdy. Piłem niewiele. Nie zatrzymywałem się. Czarna noc ukryła przed niepożądanym wzrokiem kurz wydobywający się spod kół. Wiatr szybko go rozwiewał. Zagłuszał też warkot silnika. Tylko od czasu do czasu słyszałem przelatujące nad głową śmigłowce.
Wiele słyszało się o pomyłkowych bombardowaniach, o pomyłkowym ostrzelaniu samochodów. Amerykanie co rusz zmieniali miejsca swoich posterunków. Oni usiłowali przeszkodzić terrorystom. Tym czasem partyzanci omijali patrole. Czasami nie było wiadomo kto zatrzymuje cię pośrodku pustyni, czy to aby nie armia powstańcza szuka kolejnych delikwentów do ucięcia głowy. Tak właśnie zginął włoski oficer służb specjalnych, który swoim ciałem zasłonił dopiero co uwolnioną dziennikarkę. Jechali szczęśliwi do domu. Ona wyczerpana fizycznie i nerwowo. Przez wiele dni więzili ja porywacze. Nagrywali jej prośby o pomoc. Cały świat się tym emocjonował.
Jechali całą kolumna samochodów. Po drodze spotkali nieoznakowany prawidłowo posterunek. Żołnierze otworzyli ogień do zbliżającej się kolumny. Oni też bali się porywaczy. Oficer rzucił się na dziennikarkę i zakrył ją swoim ciałem. Dostał śmiertelny postrzał. Zdarza się na wojnie.
Na miejscu byłem tuż po świcie. Ledwie zdążyło zrobić się jasno. Wciąż jeszcze szron leżał na piasku. Dłonie mi kostniały z zimna, więc założyłem rękawiczki. Zimny wiatr niósł ze sobą zapach spalenizny. Po domu zostały tylko ruiny i zgliszcza. Nikogo wkoło nie było. We wiosce leżącej nieopodal panowała cisza. Nikt się tam nie ruszał. Tu też nie. Nikt tam nie wołał. Tu też nie. Nikt nie krzyczał. Nigdzie. Nikogo nie było widać. Nie zdążyłem. Spóźniłem się. Przyjechałem nie w porę. To był bardzo brzydki afront z mojej strony. Może gdybym bardziej się pośpieszył, szybciej wyruszył, to kilka osób by jeszcze żyło. Może wtedy świat liczyłby kilku mieszkańców więcej. Może wtedy populacja planety byłaby liczniejsza. Usiadłem na stercie gruzów. Nie wiedziałem co robić. Łzy same poczęły płynąć. Płakałem cicho, by nie zbudzić upiorów.
Krysia szła zatłoczoną ulicą. Było bardzo gorąco, pomimo że dochodziła dopiero dziesiąta godzina. Słońce usadowiło się już wysoko na niebie i rejestrowało poczynania ludzi. Pogoda sprzyjała obserwacjom. Widoczności nie ograniczały chmury ani żadne pyły, dymy czy inne zanieczyszczenia. Nocą wszystkie one opadły wraz z mgłami, a bezwietrzna pogoda utworzyła nad miastem wielką soczewkę ciepłego powietrza. Słońce rozgrzewając ją regulowało sobie tym samym ostrość widzenia.
Z góry ludzie wyglądali nieco śmiesznie z tymi nieproporcjonalnie dużymi głowami i krótkimi nóżkami czy rączkami. Wyglądali trochę jak małe niemowlaki wylegujące się w kołysce. Co tu dużo mówić, dla słońca to oni byli bobasami. Ci którzy zajmowali się swoimi sprawami biegając po mieście, przechodząc ulicami, wchodząc i wychodząc z budynków wyglądali jak kurczaki biegające po podwórku w poszukiwaniu zagubionego ziarna pszenicy, lub schowanego pod kamieniem robaka. Czasami robaki okazywały się większe nawet od kurczaków, czego tamte prawdopodobnie wcale nie zauważały, bowiem po długim dreptaniu przy szarym kamieniu, kiedy jakiś wielki robal przypełzał i zatrzymywał się na chwilę nieopodal, to one same wpychały się mu do paszczy, a ile było przy tym popychania się, ściskania, rozpychania łokciami, to znaczy skrzydłami, ile piskliwego gdakania, że aż uszy puchły, a pióra latały wkoło drażniąc nozdrza wrażliwego narratora.
Gdyby z tych piór można było produkować luksusowe towary, dajmy na to wieczne pióra do pisania z nabojem atramentu w postaci ampułki krwi, to mogłyby one posłużyć w tym niebezpiecznym rejonie świata zarówno pisarzom, pisarkom, sekretarkom i sekretarzom do zapisywania swoich myśli, bądź myśli szefa, o ile by zechciał dyktować, jak również do ratowania życia osób poszkodowanych w zamachach bombowych, lub strzelaninach, do których dochodziło co chwilę w różnych punktach miasta. Ten pomysł rozbawił słońce aż dostało niezdrowych wypieków na policzkach. Przydała by się mu jakaś chmurka dla ochłody.
Czarna sukienka i chusta na głowie Krysi wprost przyciągały promienie słoneczne, nagrzewały się, nie pozwalały na ochłodzenie nawet najmniejszym powiewem. Nie wolno było odsłaniać włosów ani pokazywać twarzy. Szatan tylko czekał na taką okazję, by rzucić na nią klątwę pożądania, spojrzeń i słów. Żaden mężczyzna by jej potem nie zechciał.
Takie były tutejsze zwyczaje, ale Krysia wychowywała się w innym kraju, w innej kulturze, więc te ograniczenia były dla niej bardzo uciążliwe. Tata przyjechał tu budować fabryki. Jego kontrakt przedłużał się z roku na rok, aż w końcu mama spakowała walizki i razem z Krysią też tu przyjechały. Kiedy nie było jeszcze wojny to nawet można było całkiem znośnie żyć. Dopiero potem zrobiło się niebezpiecznie. Oboje rodziców zajmowali bardzo dobrze płatne stanowiska, dlatego postanowili nadal pozostać w tym kraju. Trzeba było się dostosować. Ze względów bezpieczeństwa chodziła ubrana tak samo jak wszystkie inne tutejsze dziewczęta. Dopóki nie wyróżniała się z tłumu była bezpieczna.
Dowiedziała się od koleżanki, że będą otwierać nową szkołę w mieście. Szkoła ta ma przygotowywać młodzież do rozpoczęcia nauki na uczelniach zagranicznych. Amerykanie wymyślili sobie taki humanitarny program edukacyjny, którego celem głównym ma być przekonanie młodego pokolenia o słuszności wytyczonej drogi do wolności, zapoznanie z pozytywami zachodniego modelu kultury, wpojenie zasad demokracji i wolnego rynku. Obcy, czyli Amerykanie, chcą przekonać miejscowych, że bardzo fajnie jest być światłym obywatelem mocarstwa o świetlanej przyszłości pod nieustającym przywództwem jaśnie nam panującego pana prezydenta.
- Zaiste - myślała sobie Krysia - tak szczytny to cel, że aż śmiać się chce.
Nieco inne zdanie Krysi w kwestii metod edukacji okupowanego społeczeństwa wcale nie oznaczało, że ona sama nie może skorzystać z uchwalonego budżetu. Zawsze była zdania, że skoro dają to trzeba brać. Dlatego postanowiła zapisać się do tej szkoły. Rodzice bardzo łatwo dali się do tego przekonać. Jej nauka oznaczała dla nich kolejne trzy lata spokojnego mieszkania razem z córką. Potem będą się musieli zdecydować czy puścić ją samą do Ameryki na studia, czy raczej pojechać razem z nią i za oceanem szukać dobrej pracy.
Zresztą, do tego czasu zarobią już tyle kasy, że mogliby nawet pozwolić sobie na odpoczynek. Na bogatych pracują banki. To dla bogatych został wymyślony system finansowy, banki centralne, giełdy, papiery wartościowe, obligacje i cała masa innych rzeczy. To dla bogatych wymyślono globalizację, likwidację cła, wyrównanie podatków, rząd światowy, zjednoczenie, integrację i całą resztę propagandy. Najważniejsze w tym wszystkim by pieniądz robił pieniądz, by koszty spadały a zyski rosły. Trzeba rynkom finansowym podać niebieską tabletkę na popęd, a będą wciąż rosły i nigdy nie opadną. Proste, prawda?
Krysia miała dobry humor od samego ranka. Obudziła się jeszcze przed wschodem słońca. Początkowo zamierzała jeszcze się przespać, ale gdy sen nie nadchodził, a w głowie poczęły się kręcić najróżniejsze myśli, postanowiła wstać. Wychodząc z domu zobaczyła żołnierzy. Poprawiła więc chustę aby dokładniej zasłaniała twarz. Oni wszyscy są tacy sami. Zawsze myślą tylko o jednym, tylko to im wciąż w głowie. Mówią piękne, czułe słówka, uśmiechają się rozbrajająco, pokazują swoje słodkie oczy i zdrowe zęby, głaszczę po rękach i policzku, obiecują dozgonną miłość, wierność, a nawet posłuszeństwo bez granic. Potem kończy im się służba wojskowa, kończy się ich zmiana, wyjeżdżają, a te granice stają się nagle wielkimi, niezmierzonymi pustyniami, głębokimi oceanami, polami nie rozbrojonych min i zasieków.
Wszyscy ci żołnierze tak bardzo nienawidzą swojej służby, że po jej zakończeniu chcą o wszystkim zapomnieć, cały jej przebieg zostawić w przeszłości. W tą przeszłość wtrącają jak do lochu również swoje własne wojskowe miłości, aby im nie przypominały o tym co było. Wie o tym doskonale. Nie jeden raz słyszała rozmowy rodziców na ten temat. Zresztą, nawet gdyby któryś nie chciał zapomnieć, to na dzieci i pieluchy ma jeszcze dużo czasu przed sobą.
Martyna szła zatłoczoną ulicą. Było bardzo gorąco, pomimo że dochodziła dopiero dziesiąta godzina. Musiała kupić papier do komputera i jeszcze przed obiadem zdążyć do koleżanki, która miała skaner. Pani od geografii zadała im do domu napisanie wypracowania na temat bogactw naturalnych Iraku. Wypracowanie powinno zostać zilustrowane stosownymi fotografiami. Fotografie zdobyła bardzo łatwo z kolorowych gazet. Trzeba je było jednak zeskanować i wstawić do wypracowania. Hańbą byłoby przyklejanie zdjęć wyciętych z gazety do kartek z wypracowaniem. Wszystko musi być opracowane w sposób jednolity i estetyczny.
- "Nawet najlepiej napisana praca wykonana nieestetycznie zostanie oceniona znacznie niżej niż praca słaba, ale wykonana z należytą starannością."
Tak powiedziała pani, a Martyna wiedziała doskonale co to oznaczało. Kiedy nie miała jeszcze komputera, to pisała wypracowania ręcznie. Ilustrowała je właśnie fotografiami z gazet i własnymi rysunkami. Nigdy nie otrzymała za takie wypracowanie oceny wyższej niż dostateczny. Teraz natomiast miała duże szanse na ocenę bardzo dobrą. Niedopracowane wypracowanie zepsułoby tylko średnią.
Było sobotnie przedpołudnie. Wujek Andrzej obiecał jej, że zrobi specjalnie dla niej szafkę na książki, ale dopiero jak skończy szafki kuchenne dla pani Asi. Ma w tej chwili dużo pracy z tymi meblami, zwłaszcza że w warsztacie nie ma ogrzewania, a wieczory są wciąż jeszcze dosyć zimne. Gdyby mógł tam pracować przez cały dzień, to jeszcze dałoby się wytrzymać, bo dopiero wieczorem robi się bardzo zimno. Niestety, całe dni musi spędzać w stoczni, bo inaczej rodzina nie miałaby co do garnka włożyć.
Z góry ludzie wyglądali nieco śmiesznie. Wyglądając przez małe okienko z górnego pokoju mogła się przyglądać ludziom wychodzącym z kościoła. Niektórzy mieli jeszcze na sobie zimowe płaszcze i futra, ale większość pozakładała już wiosenne, kolorowe kurtki. Kobiety wciąż jeszcze nosiły czapki i berety, czasami kapelusze, a mężczyźni już pokazywali gołe głowy. Jak się na nich tak z góry patrzało to widać było wyraźnie, który łysieje, który maskuje łysinę bardzo krótkimi włosami, a który wcale nie chodzi do fryzjera. Czasami to aż ma się ochotę niejednemu wylać na głowę miskę pomyj.
Dowiedziała się od koleżanki, że będą otwierać nową szkołę w Trójmieście. Ma tam być klasa tańca artystycznego, baletu i gimnastyki akrobatycznej.
- To by właśnie było coś dla mnie, pomyślała Martyna.
- Ależ Martynko, grzmiała jej nad głową mama. Co ty będziesz robić po takiej szkole? Gdzie znajdziesz pracę? Nigdy na to nie pozwolę!
- Już lepiej utopić się w tłustym rosole! Dopowiadała Martyna ze śmiechem, co rozładowywało na jakiś czas napięcie.
Ona wtedy zupełnie spokojnie usiłowała mamę oswoić z myślą o swoim własnym wyborze edukacyjnej drogi. Miała już w pamięci zapisany dokładny plan działania, rozpisany na dwanaście punktów strategicznych i trzydzieści mniej istotnych. Plan mógł nawet pod pewnymi względami przypominać rysunki takie jak te, które robił wujek Andrzej.
Nieco inne zdanie Martyny w kwestii metod edukacji niż opinia jej mamy nie przeszkadzały im obu traktować te rozmowy raczej w sposób rozrywkowy. Martyna nie miałaby gdzie mieszkać, bo szkoła nie posiadała internatu. Pewnym ratunkiem w tej gardłowej sprawie mógłby być wujek Andrzej, no ale na razie jeszcze ta sprawa wcale nie była taka pilna. Było kilka lat do namysłu, gdyż wcześniej trzeba skończyć liceum w Pucku. Potem się zobaczy.
Martyna miała dobry humor od samego rana. Kiedy wychodziła z domu minęli ja dwaj żołnierze w zielonych mundurach. Jeden z nich zagwizdał z zachwytu na jej widok, a drugi zapytał czy nie mogłaby go odprowadzić do garnizonu. Ach ci wopiści. Roześmiała się z tej propozycji, pomachała im ręką i poszła w swoją stronę. Kiedy się za nimi obejrzała, to oni też się za nią oglądali. Wyglądało to nawet zabawnie. Fajni byli z nich chłopcy, tacy męscy. Gdyby byli trochę młodsi to mogłaby się z nimi umówić na dyskotekę. Poszłaby z koleżanką, tak na wszelki wypadek. Byłaby świetna zabawa. Szkoda, że oni są tyle starsi od niej. Pewnie chcieliby od razu się żenić, a ona przecież musi jeszcze wcześniej pokończyć szkoły, zdobyć zawód, znaleźć dobrą pracę. Na dzieci i pieluchy miała jeszcze dużo czasu przed sobą.
Asia szła zatłoczoną ulicą. Była przepiękna pogoda. Po lazurowym niebie sunęły sobie wolno chmury z wielkimi, nadętymi, białymi żaglami. Na szczęście tych statków nie było zbyt wiele, więc słonko zalewało całą ziemię złotą farbą. Czy to król Midas wrócił z zaświatów, czy tylko anioły rozlały właśnie pachnącą wodę chwały podczas prania szat cherubinów. Najwyraźniej i tam szykowano się do świątecznego weekendu.
- Joanno - zawołano z góry - pośpiesz się, bo praca czeka, a dziś szefostwo twoje nie ma najlepszego humoru.
- Jakoś sobie poradzę - odpowiedziała Asia - spokojna twoja rozczochrana.
- Dlaczego zaraz rozczochrana? - zapytał ktoś z góry i zamilkł.
Było sobotnie przedpołudnie. Większość przechodniów śpieszyła do sklepów po zakupy na śniadanie. Ona miała już to za sobą, bo koleżanki obsługiwały ją poza kolejką. Kobieta pracująca miała u nich pewne względy. Pozostali mogą chwilę poczekać.
- Tylko bez krzyku, bo chyba sama pani widzi, że się śpieszę z podawaniem towaru!
Ekspedientka wyglądała na podekscytowaną. Pewnie ktoś ją już dzisiaj zdążył zdenerwować z samego rana. Jak wstaniesz lewą nogą, to na nic się nie zdadzą żadne czary mary.
- Krzyczeć to ja dopiero mogę zacząć!
Elegancka kobieta w średnim wieku najwyraźniej nie była zadowolona z faktu, że obsługiwano kogoś bez kolejki. Zwłaszcza, iż ona stała tam wcześniej. Biorąc pod uwagę szyk i wyuzdaną elegancję stroju nikt nie miał prawa jej przeoczyć w tym tłumie szarych kokoszek, niezbyt zadbanych gęsi, ociekających tłuszczem kaczek, a zwłaszcza owych buro-brudnych kur domowych.
- Gdzie się pani tak nauczyła pyskować, bo chyba nie w żadnej pracy, co?
Ekspedientka najwyraźniej nie przejmowała się hipotetycznym statusem nerwowej klientki.
- Pracę to ja już nie jedną miałam, jeśli chce pani wiedzieć.
Poczuła się nieco urażona. Te małomiasteczkowe, lub wiejskie baby nie mogły mieć zielonego pojęcia o dobrym smaku, nieskazitelnym guście, nienagannym wychowaniu, lub innych zaletach ludzi z wyższych sfer.
- Nie wygląda pani na osobę, która by sobie zhańbiła rączki jakąkolwiek pracą.
Była coraz bardziej zła na siebie, na nią, a nawet na cały świat. W końcu to ona jest tu u siebie, jest na swoim, więc nikt nie będzie jej dyktował kogo i jak ma traktować, kiedy obsługiwać ani w jakiej kolejności.
- By się pani zdziwiła, gdybym powiedziała.
- Trzeba było pokojówkę wysłać po zakupy.
- Służba ma u mnie co innego do roboty.
- Ci, którzy sami pracują potrafią docenić pracę drugiego człowieka.
Z góry ludzie wyglądali nieco śmiesznie. Biuro Asi mieściło się na czwartym piętrze, więc jak wyjrzała przez okno, zobaczyła poruszające się po chodniku głowy z krótkimi nóżkami i rączkami. Wyglądało to na agresję kosmitów. A ta cisza, brak odgłosów ulicy, które zostały wytłumione przez dźwiękoszczelną szybę, jeszcze potęgowała niesamowitość wrażenia. Wszelkie odgłosy odbijały się od szyby, zderzały ze sobą, wpadały w skoczny taniec, mieszały razem niczym w kosmicznym garnku z rosołem, wypuszczając do góry bąble gorącej pary, w których można się było przeglądać, lecz obraz był zawsze zniekształcony jakimś nieprzyjemnym grymasem.
Samochody turlały się jak piłki po plaży. Ludzie upodobniali się do owadów. To było najstraszniejsze. Wojna wojną, ale ludzie powinni wyglądać czysto i schludnie nawet przed bombardowaniem, nie wspominając już o chwili późniejszej. Lub odwrotnie.
Zielona garsonka odbijała się w oczach interesantów. Byli to przeważnie różni budowlańcy, murarze, pomocnicy palaczy lub bezrobotni zbieracze złomu, którzy przywieźli na plac wózek wyładowany złomem i liczyli na horrendalny zarobek. Gdybyż to wiedzieli coś niecoś o królu Midasie, albo o dzisiejszym praniu w niebie, to z całą pewnością domagaliby się podwójnej zapłaty. Najlepiej by było zapłacić im z góry za przywieziony złom, bez ważenia, lub przed ważeniem, na słowo honoru. Asia jednak bezlitośnie pozbawiała ich złudzeń. Najpierw trzeba zważyć, a potem przynieść dokument tożsamości ze zdjęciem. No i przede wszystkim umyć się chociaż trochę, zmienić te szmaty na ubranie, użyć dezodorantu, skoro mydło już się skończyło, wytrzeźwieć, a dopiero wtedy przychodzić po pieniądze.
Takie były tutejsze zwyczaje. Pijakom wstęp surowo wzbroniony. Był już taki przypadek, że się klient przewrócił, pozwalał parapety ze stojaka, a potem był zdziwiony widokiem lekarza. Myślał, iż go zawieźli na izbę wytrzeźwień, więc na wszelki wypadek głośno zaczął się domagać odwiezienia do domu. Koledzy jednak szybko się z nim uporali. Następnym razem przepraszał i przepraszał, obiecywał, dawał słowo, a nawet prosił, wskazując na trudną sytuację rodzinną. Wskazano mu kierunek ku biurom pomocy społecznej.
Dowiedziała się od koleżanki, że będą otwierać nowa szkołę artystyczną w mieście, w której będzie można oprócz kierunków typowo twórczych studiować również architekturę. Była to dobra wiadomość, ponieważ syn zamierzał w tym zawodzie się uczyć, a do tej pory trzeba było wyjeżdżać aż do sąsiedniego województwa. Podobno, jak głosili wszem i wobec, a zwłaszcza rodzicom dorastającej młodzieży miejscowi dyrektorzy szkół średnich, edukacja w mieście akademickim daje najlepsze rezultaty. Nieco inne zdanie Asi w tej kwestii miało swoje głębokie uzasadnienie we własnym jej doświadczeniu w wychowywaniu syna. Nie ma to jak mieć oko na dziecko, a nie pozwalać na jego nieobecność w domu przez kilka lat studiowania. Potem do domu wraca zupełnie inny człowiek, całkowicie nieznana osoba, która już nawet nie pamięta (albo nie chce pamiętać) dziecięcych zabaw, dziecięcych problemów, czyli wszystkiego tego czym przez ostatnie lata żyli rodzice.
Asia miała dobry humor od samego rana. Zbliżał się dzień jej wyjazdu na urlop do pięknie położonej miejscowości. Będzie tam mogła zwiedzić skansen zabytkowej zabudowy wiejskiej, wejść na Wieżycę, czyli najwyższą górę regionu, jeździć bryczką, kąpać się w jeziorze, a nawet paść owce, jeżeli przyjdzie jej na to ochota. Jedynym mankamentem położenia kwatery była spora odległość od supermarketów.
Dzieci i pieluchy już jej nie interesowały. Jeden syn w zupełności wystarczał. Uwielbiała przyglądać się jego dorastaniu, przysłuchiwać się coraz bardziej poważnym rozmowom, podpowiadać mu przy podejmowaniu coraz trudniejszych decyzji. Nie zawsze starała się pamiętać jak to było we własnej młodości. Bez przesady. Nic na siłę. Zresztą, między chłopcami a dziewczętami są pewne różnice, prawda?
Trakt przez pustynię usiany był uschniętymi łodygami małych roślin, drobnymi korzeniami wyrwanymi z usypującego się piasku przez wiatr, oraz mnóstwem nasion niesionych od wydmy do wydmy jak kurz przez najmniejszy powiew i przy okazji każdego poruszenia. Gorące ziarenka piasku turlały się niczym kule bilardowe, nie dając oparcia żadnym roślinom. Słońce prażyło coraz mocniej. Jego złote promienie nagrzewały piasek czyniąc z niego miękką, sypką i grząską taflę patelni.
Gęsto rozrzucone kamienie różnej wielkości czyniły honory domu wcielając się w rolę rozżarzonych węgli w ognisku przedwiecznych bogów. Suchy i gorący wiatr pełniąc sumienną służbę dmą tam gdzie węgielki przygasały, przesypywał piasek niczym patykiem mieszając w palenisku, a niepotrzebnym już popiołem przysypywał opuszczone, starożytne miasta, zaniedbane wioski, coraz płytsze słone jeziora, niedostatecznie strzeżone oazy i gaje palm daktylowych, których uprawę usiłowano rozprzestrzeniać przy pomocy nawadniania.
Nisko nad ziemią przeleciał pustynnik rzucając na gorący piasek cień biegnący niczym pociąg pośpieszny od jednej wydmy do drugiej. Cień ten przemknął obok leżącego na piasku dinara, który zalśnił przez moment, lecz zaraz potem znowu zniknął wśród równie jasnych refleksów światła odbijającego się od minerałów zawartych w kamieniach. Cała połać pustyni migotała niczym nocne niebo na bezchmurnym niebie. Mogło by się zdawać, że to zagubiona armia asyryjska maszerująca w upale usiłuje dać sygnał bogom o swoim położeniu i uprosić ich o jakikolwiek znak, który by im wskazał właściwy kierunek marszu.
To groźny bóg słońca wprowadził ich w błąd, pomieszał im rozum swoim boskim, parzącym tchnieniem, oślepił ich oczy blaskiem swojego lica, ich uszy zasypał piaskiem, aby nie słyszeli wzajemnie swoich lamentów i narzekań. Lśniące hełmy, tarcze, napierśniki, wszystko to ciążyło coraz bardziej. Żołnierze potykali się coraz częściej, wpadając przy tym na sąsiada, szturchając go włócznią, lub tarczą.
Ci bardziej zapobiegliwi spośród żołnierzy mieli ukryte pod ubraniem figurki z drewna tamaryszkowego przedstawiające boga Sina, który w pobliskiej oazie miał swój ośrodek kultu. Dzięki tym figurkom liczyli na przychylność wielu bóstw, bowiem oczywistym jest, że wstawiennictwo jednego z potężnych bogów większy odniesie skutek niż zwykłe błagania choćby i całej armii ludzi. Uzasadniona nadzieja na ratunek w połączeniu z większą wiara we wszechmoc bogów były znacznie większą motywacją do nadludzkiego wysiłku zmierzającego do przetrwania marszu, do jego sprawnego odbycia i zwycięskiego dotarcia na wyznaczone miejsce. Innym pozostało już tylko kląć, rozpaczać i tracić siły. Oni nie dotrą nigdzie. Rozszarpane przez sępy i hieny, zjadane przez mrówki ciała niedowiarków znaczyły trasę przemarszu wojsk, a bielejące kości przysypywał w końcu piasek.
Zza kamienia wysunęła się głowa jaszczurki. Jej wzrok skanował skrupulatnie okolice w najwyższej rozdzielczości. Można to było łatwo rozpoznać po ruchach jej oczu. Po sprawdzeniu najbliższej okolicy postąpiła kilka kroków do przodu. Wyjątkowo gorący piasek budził w niej mieszane uczucia. Dobrze było wygrzewać się na słoneczku, nabierać energii do dalszego marszu i marzyć o zjedzeniu okazałej muchy, lub pająka. Ten ostatni robal, który wciąż jeszcze trawił się w jej brzuchu, był jakiś mały i suchy. Ostatnio wszystko jest takie suche. Nie ma wątpliwości, że nadchodzą ciężkie czasy. Gdyby bogowie dnia mniej grzali, to może ostałoby się trochę więcej wilgoci na pustyni po nocnym przymrozku. Tym czasem ledwie nogi i grzbiet zdążyły się nieco rozgrzać to nigdzie już nie było ani kropelki rosy. Jaszczurka zrobiła kilka kolejnych kroków, po czym znowu przystąpiła do trójwymiarowego skanowania okolicy.
Zdawało jej się, że coś sunie szybko przez pustynię. Gdyby to byli ludzie to poruszaliby się pomału, a jej się najwyraźniej coś musiało pomylić. Zresztą widok był mocno ograniczony z powodu dużej ilości kamieni, które zasłaniały świat, albo raczej część świata. Potem zobaczyła żaglówkę. Smukła łódź o kolorze piasku pustyni skakała przez fale, a wysoki i mocno wygięty żagiel kołysał się na boki jakby machając przyjaźnie na powitanie. Jaszczurka z pewnym zdziwieniem przyglądała się zjawiskowej istocie, aż w końcu doszła do wniosku, że to tylko fatamorgana. No i rzeczywiście, gdy prześliczna żaglówka podpłynęła bliżej, to jej śnieżnobiały żagiel rozpłynął się w gorącym powietrzu, a łódź okazała się być długim i zwinnym ciałem, żmiją pustynną, która niby w tańcu falowała sunąc niezwykle szybko po piasku.
Jaszczurka znieruchomiała sparaliżowana strachem. Jej nakrapiana skóra jeszcze bardziej upodobniła się do wszędobylskiego żwiru. Serce biło jej jak oszalałe, ale całe ciało jakby zamarłe nawet nie drgnęło. Szary kadłub żaglówki, która stała się żmiją przemknął o kilkanaście metrów od przerażonej, małej istoty. Kilkanaście metrów. Tak mały odcinek można przebyć czteroma, no może pięcioma skokami. Toż to było zaiste cudowne ocalenie od niechybnej śmierci w gryzących sokach trawiennych tego parszywego gada. Nic dziwnego, iż został posłańcem otchłani.
Jaszczurka najpierw zamrugała oczami, popatrzyła na kamień leżący nieopodal, pomyślała, że takim kamieniom to nic nie zagraża ani w dzień, ani w nocy. Potem poruszyła ostrożnie głową rozglądając się dokoła. Można było zrobić kilka następnych kroków. Chwila spokoju była na tyle długa, że można by nawet powrócić do przerwanej lektury trzeciego rozdziału "Gron gniewu", bo światło było akuratne, a cisza sprzyjała refleksji, lub czytaniu.
Jednakowoż nagle wszystko się zatrzęsło. Wielkie dudnienie zbliżało się coraz bardziej. Jaszczurka szybkim śmignięciem wskoczyła pod najbliższy kamień. Na tle nieba zamajaczyły sylwetki biegnących wielbłądów załadowanych pakami i dosiadanych przez ludzi. Najbliższy z nich kopnął niechcący kamień, przewracając jednocześnie jaszczurkę na plecy. Zobaczyła ociekające śliną pyski i całą furę uderzających o ziemię kopyt. Taktyka zamrożenia ruchu nie zdała się tu na nic, wiec w ułamku sekundy czmychnęła pod następny kamień i natychmiast zagrzebała się w piasku. Karawana pobiegła dalej.
Kopyta wielbłądów uderzały w ziemię z wielką siłą, wzbijając w górę tumany kurzu. Ten werbel kopyt był tak podobny do uderzeń w bębny, iż mogło by się wydawać, że to armia Dariusza zajmuje kolejne tereny, zdobywając wydmę po wydmie, zajmując oazę po oazie, paląc wioskę po wiosce, burząc miasto po mieście. Zapewne wtedy dobosze szli ramie w ramię z gwardzistami i walili pałkami w bębny, gdyż od jakości wrażenia wywartego na przeciwniku, a także od ilości odwagi wlanej w serca, a zwłaszcza w umysły rosłych żołnierzy uzbrojonych w tarcze, włócznie i miecze, zależało życie każdego dobosza. W większości byli oni pasterzami kóz, którzy nie potrafili walczyć, nie chcieli zabijać, ale nie mieli odwagi sprzeciwić się woli władcy powołującego ich do armii.
Gdy pisarz Adda przybył do ich wioski z naręczem glinianych tabliczek, na których zapisywał imiona wszystkich synów, ilości dni ich służby dla króla, a także sumy denarów wypłaconych ojcom, to wszystkie kobiety posypały sobie głowy popiołem, a ramiona i nogi poraniły sobie ostrymi skorupami. Mężczyźni jednak usiedli wokół ogniska i z dumą prezentowali swych dorodnych potomków, a uściskiem dłoni zatwierdzali kwoty. Kobiety nie miały prawa do sprzeciwu, wyrażenia swojej woli ani nawet zabrania głosu. Im więcej miał ojciec wielbłądów, owiec, kóz i osłów, tym więcej otrzymywał denarów za każdego syna. Im więcej ojciec miał stad, tym wyższym oficerem miał szansę zostać syn jego.
Minęła długa chwila od czasu gdy wielbłądy przemaszerowały, zanim jaszczurka znowu wygrzebała się z piasku i z niepokojem rozglądała po okolicy. Brudny kurz wciąż jeszcze wisiał w powietrzu, ale było już cicho i spokojnie. Jaszczurka wróciła do skanowania terenu, a w jej umyśle zaczął powstawać przestrzenny obraz pustyni wraz z kilkoma najbliższymi kamieniami i z mnóstwem zagłębień powstałych pod wpływem uderzeń kopyt wielbłądów. Cały obszar, który jaszczurka potrafiła dostrzec wyglądał jak pofalowane morze po kilkudniowym sztormie.
Słońce wciąż paliło niemiłosiernie. Ci niebiescy bogowie urzędują tak wysoko, że nie zwracają zazwyczaj uwagi na tak małe istoty jak jaszczurki. Ludzie, oni to dopiero mają sobie dobrze, żyjąc pod opieką bogów i napawając się wspaniałym blaskiem ich chwały. Nie zawracają sobie ogona byle upałem, a nawet wręcz przeciwnie, cieszą się z niego, śpiewają wesołe pieśni i popijają kolorowe drinki w każdej oazie od wschodu słońca aż do zachodu. Wędrują natomiast zazwyczaj nocami, jeżeli zbytnio im się akurat nie śpieszy. No chyba, że rozpocznie się jakaś wojna, ale to rzadko się zdarza. W całym swoim długim życiu jaszczurka widziała tylko dwie wojny. Podczas ostatniej z nich jej drodzy rodzice zostali upieczeni nad jednym z ognisk obozującego w okolicy wojska. Dlatego jaszczurka rozumiała doskonale, że wojny ograniczają populację każdego gatunku.
Szanowny Panie Redaktorze.
Dziękuje bardzo za list, który od Pana otrzymałem. Ponieważ przebywam obecnie w miejscu bardzo oddalonym od mojego kraju, a także od wszystkich drogich mi osób, do których nieustająco tęsknie, o których wciąż rozmyślam, przeto list Szanownego Pana jest mi bardzo cenną pamiątką oraz niepodważalnym dowodem istniejących wciąż jeszcze silnych powiązań mojej skromnej osoby z cywilizowanym światem mojej ojczyzny, a którym żyją wszyscy moi ukochani.
Tutejszy świat, chociaż mieni się być fundamentem i podwaliną ludzkiej cywilizacji, to jednak jest zupełnie inny niż to wyobrażają sobie ludzie mieszkający na co dzień w wygodnych mieszkaniach, pracujący w klimatyzowanych biurach, a także dojeżdżający do pracy szybką koleją, lub metrem.
Listy Pana, Drogi Redaktorze, przypominają mi, że i ja należę do owej cudownej przestrzeni wszechświata zajmowanej przez gatunek istot rozumnych. To jest niezwykle ważna konstatacja dla każdego kto spędza dnie zagrzebany po szyję wśród worków z piaskiem, betonowych schronów i stalowych pancerzy, usiłując pomiędzy jednym ostrzałem moździerzowym a drugim dostrzec coś w chmurach dymu, kurzu, odłamków świstających nad głową, lub ludzkich szczątków wyrzucanych w powietrze przez wybuchy, co byłoby, lub mogłoby być niezwykle interesujące dla spragnionego informacji widza i czytelnika spędzającego czas w wygodnym fotelu przed telewizorem, siedzącego na kanapie z gazetą w ręku, czy też wreszcie jedzącego pyszny obiad z trzech dań w salonie przy włączonym odbiorniku radiowym.
Rozumiem doskonale, Panie Redaktorze, iż oczekuje Pan częstych i rzetelnych informacji dotyczących niezwykłych przygód żołnierzy wysłanych z misją pokojową do kraju ogarniętego krwawą wojną domową. Rozumiem doskonale, iż rodziny owych żołnierzy, ba, bohaterów narodowych, nieustająco martwią się o ich los i oczekują krzepiących niosących radość i dających ulgę wiadomości, reportaży, a także wywiadów. Czytanie wywiadu prasowego przeprowadzonego z ukochanym człowiekiem jest jak intymna z nim rozmowa. Rozumiem to doskonale.
Dlatego dziękuję serdecznie za wszystkie słowa otuchy i wsparcia ze strony Drogiej Redakcji, zapewniając jednocześnie o swojej żarliwości w wypełnianiu powierzonej mi misji informacyjnej.
Wszędzie można znaleźć opuszczone, niszczejące domy. Taki widok jest dość powszechny dla wielu biednych społeczności. W zacofanych gospodarczo rejonach świata ludzie opuszczają swoje domostwa aby gdzie indziej znaleźć lepsze miejsce do życia. Bardzo często bywa tak, że dzieci odchodzą do miasta w poszukiwaniu pracy i zarobku, a starzy rodzice, lub dziadkowie przeprowadzają się na tamten świat po długim i ciężkim życiu. Wtedy ich dom pozostaje pusty. Czasami niszczeje ze starości, rozpada się, a czasami jest odbudowywany przez wnuki. Bywało też i tak, że pustoszały całe wioski. Z różnych powodów. Jednym z tych powodów jest wojna.
Na obrzeżach pustyni znalazłem opuszczoną osadę. Było tam kilkadziesiąt domostw. Te najbliższe piaszczystej wydmy były już w połowie zasypane przez piasek. Bardzo często zdarzały się tutaj silne wiatry, a wtedy z każdym podmuchem z wydmy spadał kolejny tuman kurzu, na domy sypała się następna porcja piasku. W ten sposób wydma pełzła sobie powoli, niby to niezauważalnie, lecz jednak po kilku dniach poziom piasku przy jednej ścianie domu podniósł się o kilkadziesiąt centymetrów, a ścieżka prowadząca do tegoż domu znikła pod piaskiem cztery metry dalej, niż przed tygodniem.
Żadne ściany się nie przewracały, żadne mury nie upadły ani stropy się nie zawaliły. Nie widać było żadnych śladów zniszczenia. Ludzie wymiatali piasek od czasu do czasu, aż wojna zmuszała ich do odejścia. Potem piasku po prostu zaczęło przybywać. Płoty stawały się coraz niższe. Ścieżki wykrzywiały się w coraz to inne zakola. Nie znikały zupełnie, ponieważ życie wcale nie odeszło stąd razem z ludźmi. Pozostały węże i jaszczurki. Pozostały zdziczałe psy. Zaglądali tu też przemytnicy, złodzieje, handlarze narkotyków i żołnierze podczas patroli. Pustynia niczym wielka meduza pełzła sobie wolno, posuwała się do przodu, zajmowała nowe tereny, ale przecież z innego miejsca się cofała, więc można by powiedzieć, że tylko się nieco przesuwała. Jak już zasypie całą wioskę, to kolejne zmiany nie będą tak wyraźnie widoczne.
W jednym z domów znalazły sobie schronienie żmije. Nie wiedziałem czy są jadowite, więc na wszelki wypadek nie zamierzałem ich niepokoić. Niech sobie tam mieszkają. To w końcu nie był mój dom. Za kilka dni piasek je przegoni. Jeżeli nie wyprowadzą się zanim zasypane zostaną drzwi i okna, to zwyczajnie wygrzebią się spod piasku i popełzną w inne miejsce. Gdyby człowiek tak potrafił, wielu ludzi uniknęłoby strasznej śmierci w zasypanych dołach, rowach, kopalniach, wyrobiskach i innych podobnych miejscach. Dlatego ludzie potrzebują domu, a żmije nie.
Czasami pośród opuszczonych zabudowań znajdowała schronienie karawana. Poganiacze wielbłądów kopali w różnych miejscach poszukując wody, a zwierzęta przeraźliwie ryczały plując śliną. Widocznie nie szkoda im było tej wilgoci. Pewnie pozbywały się w ten sposób kurzu z ust i nozdrzy.
Takie odwiedziny niszczyły bezpowrotnie ów piękny nastrój wieczoru w samotnej, opuszczonej wiosce, ale za to można się było napić wina przy ognisku, zaśpiewać smętną piosenkę i stracić kilka dolców z kieszeni, których nie zdążyło się zawczasu ukryć. Te wścibskie i natrętne dzieci pustyni potrafią je bezbłędnie wyniuchać z daleka. Podejrzewam, że przewodnicy karawan właśnie w tym celu zabierają ze sobą kilkoro dzieciaków.
Pewnego razu zobaczyłem pomiędzy wielbłądami i osłami tak śliczną dziewczynkę, że dobrowolnie oddałem jej nie tylko pieniądze, ale również zegarek i lornetkę. Obiecywała, że będzie odtąd wypatrywać mnie w każdej oazie, za każda wydmą, podczas każdego postoju. Migotliwy blask ogniska igrał jej w oczach, a mnie się wydawało, że to bajka.
Opowiedziałem tym czarnym, głębokim oczom całe swoje życie. Moja opowieść wpadła tam i utonęła bezpowrotnie. Wraz z opowieścią utonęła moja dusza, przepadła cała radość, zniknęła wszelka nadzieja, zgubiły się wszystkie pragnienia. Gdy obudziłem się o świcie dziewczynki już nie było. Odeszła wraz z karawaną. Ból i tęsknota biły się ze sobą w moim sercu, a żałosne spojrzenie odbijało się od pustych domów opuszczonej wioski. Wtedy zrozumiałem, iż też jestem opuszczony, jak ta wioska.
- Teraz, moi drodzy, przeczytam wam opowiadanie, które napisałem przed kilkoma dniami podczas mojego pobytu na pustyni razem z pasterzami wielbłądów. No więc słuchajcie.
Zrobiło się cicho. Ahmed opuścił głowę tak nisko, że nie było widać czy on modli się, czy śmieje. Wszyscy patrzyli w moją stronę, tylko Marek obrucił głowę w bok ukazując mi swój lewy profil z tym pokracznym, krzywym nosem, rozciętym kiedyś przez pejcz poganiacza. Cisza nie była jednak zupełna. Przez chwilę zastanawiałem się co to tak buczy, a potem, chyba raczej odruchowo, razem z wszystkimi rzuciłem się na ziemię i usiłowałem zakryć głowę rękami. Nikt nawet nie krzyknął.
Pierwszy pocisk moździerzowy eksplodował dość daleko, więc nawet huk nie był zbyt wielki, ale już słyszeliśmy kolejne pociski lecące w naszą stronę. Znowu te przeklęte osy wyroiły się ze swojego pieprzonego gniazda! Po każdym wybuchu szybko zrywaliśmy się z ziemi i biegliśmy w stronę wejścia do schronu. Ktoś się potknął o nogi kolegi, wyrżnął twarzą o glebę. Nie było czasu wstawać, bo następny trupojad rozrywał się właśnie na kawałki, a one furgotały w powietrzu. Obok upadł żołnierz z jednym butem w dłoni, którym usiłował osłonić sobie głowę. Kilka kroków dalej w prawo ktoś wrzeszczał na całe gardło, że to jeszcze nie dzisiaj.
Tuż przed wejściem do schronu czyjaś ręka mnie brutalnie pchnęła w bok. Wnoszono rannego, który jęczał z bólu i klął na zmianę. Dopiero po nim udało mi się wedrzeć do środka razem z całą grupą kolegów. Któremuś z nich w tym ścisku rozerwała się bluza. Ziemia pod naszymi nogami trzęsła się, podskakiwała w szalonym tańcu. Przykucnąłem pod ścianą, klinując swoje ciało pomiędzy dwoma żołnierzami. Ten z lewej trzymał się oburącz za brzuch. Spośród palców ciekła mu krew. Nic nie mówił. Nie jęczał nawet. Pochylił tylko głowę i patrzył na swoje zakrwawione dłonie przyciśnięte do brzucha.
- Wytrzymaj - powiedziałem - to zaraz się skończy.
No i rzeczywiście. Po kilku minutach wszystko ucichło. Żołnierze zaczęli podnosić się spod ścian.
- Tu jest ranny! - krzyknąłem i nachyliłem się do żołnierza, aby pomóc mu wstać.
Jego oczy były szeroko otwarte. Nie były zdziwione, tylko jakieś takie smutne. Już nie żył.
Szanowny Panie Redaktorze.
Właśnie przed chwilą dostarczono nam korespondencję, a wraz z nią mój ukochany tygodnik, dla którego mam zaszczyt tak ofiarnie pracować. Gratuluję serdecznie Panu Redaktorowi, że w swojej łaskawości raczył Pan był zmienić tytuł pierwszej części mojego reportażu. Bardzo korzystna była to zmiana. Obiecuję solennie dostarczyć kolejne materiały w najbliższym czasie.
Rozumiem doskonale, Szanowny Panie Redaktorze, że żadną miarą, żadnym sposobem, nawet przy pomocy cudów, lub ze wsparciem aniołów nie zdołam już nadesłać kolejnej porcji materiałów w takim terminie aby mogły one trafić do najbliższego numeru mojego kochanego tygodnika. Tak, tak, wiem, termin już upłynął. Na moje opóźnienie niebagatelny wpływ miały przyczyny obiektywne, zewnętrzne, zupełnie nie uzależnione od mojej woli. Wręcz przeciwnie. Im dłużej tu jestem tym lepiej zaczynam rozumieć, że tutaj absolutnie nic nie zależy ode mnie.
Proszę sobie wyobrazić, Panie Redaktorze, że pewna moja znajoma, którą poznałem niedawno w tym pięknym kraju, nie tylko postanowiła mi pomóc w mojej ciężkiej pracy, ale nawet zaryzykowała udostępnienie mi sprzętu biurowego należącego do bogatej firmy jej małżonka. Już oczami wyobraźni widziałem te dziesiątki, ba, setki stron materiałów prasowych wysyłanych do kraju dzięki uprzejmości tej kochanej kobiety.
Dla niej to był najprawdziwszy akt bohaterstwa, bowiem kobiety w tym kraju nie mają prawa podejmować żadnych decyzji gospodarczych, a zwłaszcza nie mogą samodzielnie decydować w sprawie wykorzystania majątku męża. Ta kobieta, niczym Joanna Dark, postanowiła rzucić wyzwanie panującym tu obyczajom. Byłby Pan z niej dumny, Panie Redaktorze, gdyby udało się tę kobietę pozyskać do współpracy z naszą redakcją.
Niestety, Panie Redaktorze, tu muszę przekazać złą wiadomość. Ta kobieta, owe idealne wcielenie matki, żony i kochanki, owa Marianna triumfująca nad pustynią ze sztandarem zwycięstwa, to znaczy okładką naszego tygodnika w dłoniach, zginęła tragicznie pod gruzami biurowca swojego męża, w wyniku kolejnego szaleńczego ataku terrorystycznego.
Kolejną więc porcję informacji będę zmuszony przesłać w terminie późniejszym.
W hotelu panował zwyczajny rozgardiasz. Nie miałem już zaufania do bezpieczeństwa udostępnionych nam pokoi. Znalazłem sobie wygodne lokum w piwnicy. To było jeszcze lepsze miejsce niż to od strony rzeki, w które nie strzelano, ponieważ za rzeką była strefa opanowana przez wojsko, tak zwana "zielona strefa". Nowe lokum nie miało okien, więc mogło pełnić rolę schronu. Ściany zewnętrzne stanowiły zarazem fundamenty hotelu, więc były solidne, żelbetonowe, kilkumetrowej grubości. To było idealne rozwiązanie. Za tymi murami, za tymi fundamentami mogłem się czuć bezpiecznie. System klimatyzacyjny nie działał wprawdzie, ale wielkie rury doprowadzały tu wystarczającą ilość powietrza. W tej wojnie stosowano tylko konwencjonalne uzbrojenie, tradycyjne bomby, pociski, naboje, rakiety. Przed nimi właśnie miały mnie chronić stalowe i betonowe konstrukcje. Ataku broną chemiczną nie należało się spodziewać, więc i hermetyczność schronu nie była wymagana. Wielkie, szerokie klatki schodowe w kilku miejscach gwarantowały wystarczające możliwości transportowe i komunikacyjne, nawet gdyby część budynku została zburzona w wyniku ostrzału lub bombardowania.
Teraz dopiero doceniłem dyktatora. Jakie to było szczęście, że on jednak obawiał się międzynarodowej siły. Zachowywał się po bestialsku, arogancko, jak mu jego własna kultura dyktowała. Dzięki niemu jednak ta wojna była tylko kolejną wojną, a nie stała się masowym grobem ludzkości. Zrozumiałem, że trzeba było być mu za to wdzięcznym.
Wielka szafę z półkami przerobiłem sobie na taką z wieszakami do ubrań. Uwielbiałem przy byle okazji zakładać trzyczęściowy garnitur. Ostatnio były najmodniejsze z kamizelkami w kratkę. Kolor musi delikatnie podkreślać kolor garnituru, a jednocześnie być o jeden lub dwa stopnie bardziej nasycony. Daje to patrzącemu wyraźnie do zrozumienia o znajomości najmodniejszych kolorów w świecie mody, a równocześnie nieco bardziej stonowany kolor marynarki i spodni świadczy o skłonności do niewychylania się, do unikania krzykliwej propagandy, nie liczenia na pierwszy efekt, a raczej na głębsze, znacznie dokładniejsze poznanie. To było zawsze dla mnie bardzo ważne. Drwiłem z gogusiów, którzy podkasanymi rękawami marynarek okazywali tylko swoje lekceważenie.
Pamiętam takiego kolegę dziennikarza, który zawsze chciał być pierwszy. Pierwszy musiał mieć czerwoną marynarkę, kiedy takie stały się modne. Pierwszy musiał mieś kolorową koszulę. Potem pierwszy musiał podawać najnowszą sensację, pierwszy informować o skandalu obyczajowym, pierwszy rozpoczynać śledztwo dziennikarskie w związku z korupcją na wysokich piętrach Wieży Babel. Miał facet wyjątkowe szczęście do pierwszych miejsc. Podobno już w szkole podstawowej był pierwszym prymusem, co tam zresztą w szkole, on już w przedszkolu był pierwszy. Potem jako pierwszy dostał wypowiedzenie. Czasami lepiej stać w drugim szeregu.
Większość dziennikarzy do swoich telewizyjnych transmisji zakładało kamizelki kuloodporne i hełmy, aby w ten sposób podkreślić swoje zaangażowanie, swój udział w tej wojnie i ponoszone ryzyko. Myśleli, że w ten sposób dowartościowują to co robią, dowartościowują siebie. Ja natomiast pragnąłem przekazać swoim widzom, że jestem tu na swoim miejscu pracy, że wypełniam należycie swoje obowiązki zawodowe, że we właściwy sposób do tych relacji się przygotowuję. Chciałem im pokazać, że liczy się tylko przekaz, a nie jego warunki. Dlatego zawsze zakładałem świeżo wyprasowany garnitur, nieskazitelnie białą koszulę i krawat, który mógł stanowić w całym stroju jedyny akcent bardziej kolorystyczny. Ponadto miałem swój własny znak rozpoznawczy. Zawsze podczas transmisji trzymałem w dłoni białe rękawiczki, jakbym dopiero co odszedł od pulpitu dyrygenta. To miało znaczyć, że ja tu decyduję, a inni zagrają tak jak im każę. To była bardzo subtelna sugestia.
Ubranie musiało być nieskazitelnie czyste. Najpierw sprawdzałem je w wielkiej szafie, kiedy jeszcze wisiał na wieszaku. Oglądałem ze wszystkich stron. Każdy niepotrzebny pyłek zwracał moja uwagę i wprawiał w ruch specjalną szczotkę. Jeżeli znajdowałem jakąkolwiek plamę, natychmiast oddawałem szmatę do czyszczenia. Dlatego miałem ich w szafie dwadzieścia cztery, w tym zawsze kilka zupełnie nowych. Potem jeszcze raz sprawdzałem garnitur na sobie. Stawałem przed wielkim lustrem zawieszonym na ścianie i oglądałem się ze wszystkich stron. Dosłownie, ponieważ lustro było trójskrzydłowe. Oba zewnętrzne były zamocowane na zawiasach i odchylały się.
Dopiero na samym końcu wybierałem krawat. Ten element ubioru mógł być bardziej kolorowym elementem, ale równocześnie powinien wiele mówić o nastroju swojego pana. Zbyt czerwone kolory mogły mówić o miłości, ale również o krwi. Wszystko zależało od miejsca i czasu. Ponieważ znajdowałem się w kraju objętym działaniami wojennymi, to uważałem, że w tej codzienności jest już i tak zbyt wiele czerwieni, dlatego unikałem tej soczystej barwy. Pozwalałem sobie natomiast na odcienie pomarańczowe, różowe i żółte.
Na wszelki wypadek wzdłuż ścian poustawiałem aż pod sufit worki z piaskiem. Wzmacniały mury, a dodatkowo jeszcze, w razie pęknięcia murów strop mógłby oprzeć się na stertach worków. Stanowiły jakby dodatkowe filary.
Gromadziłem tam zapasy. Wody dawali nam tu bez ograniczeń, więc nie było problemu. Plastikowe butelki o pojemności półtora litra ustawiałem w piramidy. Wiecie ile wody mieści się w jednym metrze sześciennym? Aż tysiąc litrów. Nieprawdopodobne, co. Gorzej z konserwami. Musiałem je kraść. W jednym z hotelowych pokoi znalazłem działające radio. Zaniosłem je do schronu. Umieściłem tam również dwa metalowe łóżka z siennikami. Na jednym z nich poukładałem zapasowe ubrania, mundury, prześcieradła i obrusy. Mogą się przydać do wykonania z nich bandaży. W razie czego. Nigdy nic nie wiadomo.
Mój przyjaciel dostał postrzał w brzuch. W takich wypadkach lepiej mieć puste jelita. Nawet wodę na wojnie lepiej jest pić nie gazowaną. Wystarczy mi na całe życie widok rannego przyjaciela. Musiałem mu założyć opatrunek uciskowy. Wydawało mi się, że wszystko zrobiłem tak jak trzeba. Z rany jednak przez cały czas wyciekała krew. Moje wysiłki zatrzymania jej nie przynosiły rezultatów. Wyglądało to bardzo kiepsko. Obawiałem się, że mój kumpel umrze. Na szczęście dość szybko przybyli lekarze. Zabrali go do szpitala.
W czasie drugiej wojny światowej partyzanci robili pistolety maszynowe z ram rowerowych. Od tego czasu technika poszła znacznie do przodu. Robi się już pistolety z długopisów, karabiny maszynowe z wieszaków na ubrania, rusznice przeciwpancerne z rur i części prysznica, moździerze z naczyń kuchennych, a granaty robi się ze słoików, butelek, kubków do kawy i mnóstwa innych przedmiotów. Znacie ten dowcip: Przyszedł pirotechnik do sklepu i pyta: macie może nitroglicerynę, trotyl lub dynamit? Nie mamy, odpowiada sprzedawca, ale mamy przecier pomidorowy. Może być, mówi pirotechnik z zadowoleniem. Miał to być dowcip o pewnym filmie, ale zapomniałem jego tytułu.
Zawsze lubiłem majsterkować. Na któreś urodziny dostałem od rodziców piękny zestaw. Składał się z metalowych elementów, płaskowników z dziurami do łączenia, różnej długości i różnego kształtu, ze śrubek z nakrętkami, kółek, drutów i klucza, którym wszystko to można było poskręcać. Najbardziej lubiłem budować wszelkie pojazdy: samochody osobowe i ciężarowe, a nawet sanki czy wózek dla lalki. Można było jednak z tych elementów budować całe mnóstwo różnych rzeczy.
Potem dostałem większego majsterka. Była to drewniana walizka, w której znajdowały się prawdziwe narzędzia, tyle że małych, dziecinnych rozmiarów. Była tam piła do drewna, dłuto, młotek, śrubokręty, strug, pudełko z gwoździami, żabki do ściskania klejonych powierzchni. To dopiero była zabawa. Budowałem razem z tatą karmnik dla ptaków. Tak mi się wydaje. Rozumiecie chyba, że to było bardzo dawno.
Kiedy podrosłem to zacząłem wykorzystywać do majsterkowania narzędzia taty. Początkowo trzeba się było nauczyć ich obsługi. Razem z bratem zabrałem się do rąbania drewna na opał. Ja trzymałem kawałek do porąbania, a on zamachnął się siekierą. Uderzenie jednak było zbyt słabe by ostrze wbiło się, więc tylko odbiło się jak gumowa piłka i po długim locie w okolicy naszych głów wylądowało na mojej dłoni. Na szczęście na tyle lekko, że obyło się bez ran. Ale płaczu i tak było co niemiara.
Teraz stałem się zawodowym obserwatorem i zbieraczem. W różnych, nieraz dziwnych miejscach potrafiłem wypatrzyć przydatne przedmioty, czasami wręcz drobiazgi, które jakby co to mogą znacznie ułatwić człowiekowi życie. Latarki, szafki ubraniowe, lornetki, baterie, cztery noktowizory, siedemnaście telefonów komórkowych, w tym osiem z bateriami, cztery z ładowarkami, a jedna to nawet z gwarancją na cztery miesiące jeszcze. W sprawie telefonów komórkowych dałem do lokalnej gazety stosowne ogłoszenie. Mnie też kiedyś ukradli telefon i pamiętam jak się wtedy denerwowałem. Potem sobie pomyślałem: nażryj się palancie, od tych paru złotych nie przytyjesz. Fakt, ale co się wcześniej nadenerwowałem, zdrowia sobie napsułem, to już moja strata. Nie chciałem więc, by się nasi żołnierze dodatkowo stresowali.
Z drugiej jednak strony mogły to być telefony komórkowe partyzantów. Jeśli tak, to w ich pamięci być może znajdowały się bardzo ważne i wielce przydatne informacje. Za pomocą specjalnych urządzeń, tak zwanych urządzeń końcowych, kopiowałem te wszystkie informacje, włącznie z numerami telefonów, historią połączeń, otrzymywanymi i wysyłanymi wiadomościami, a następnie przekazywałem je naszym służbom wywiadowczym i kontrwywiadowczym. Służby niech sobie konkurują ze sobą, ale ja byłem kryty. Spełniłem tylko swój patriotyczny obowiązek.
Nasz psycholog miał tu roboty jak nigdzie. Codziennie przed jego gabinetem ustawiała się kolejka żołnierzy do zbadania, do konsultacji, do porady, do rozmowy. Niektórzy płakali jak bobry. Skąd to wiem? To przecież proste i aż nazbyt oczywiste. Jak z przyrządu do mierzenia wzrostu poborowych chciałem sobie zrobić wieszak na kapelusze, to zanim z tym przyrządem wyszedłem z gabinetu musiałem na chwilę schować się za kotarą, bo akurat pan doktor przyszedł z żołnierzem na sesję. To wcale nie było zabawne, to nawet nie było ciekawe. Ledwie wytrzymałem za tą kotarą. Więcej tego nie zrobię. Podziw i szacunek należy się naszemu doktorowi. Że też on jeszcze od tego nie zwariował.
Zaglądałem wszędzie gdzie się tylko dało. Jako renomowany dziennikarz przeprowadzałem liczne wywiady z kucharzami, lekarzami, sanitariuszami, magazynierami, urzędnikami, dowódcami, zaopatrzeniowcami, technikami, mieszkańcami miasta i okolicznych wiosek, dziennikarzami innych krajów i innych redakcji, żołnierzami, robotnikami, przedsiębiorcami, no i całym mnóstwem innych ludzi. Kelnerzy zawsze najwięcej wiedzieli o oficerach, ich przyzwyczajeniach, a nawet lękach. Często wiedzieli więcej niż lekarze. Dopiero po kilku drinkach ludzie nabierali ochoty do zwierzeń. Każdy pracownik bufetu przechodził specjalne przeszkolenie, dzięki któremu powinien lepiej sobie radzić z klientami będącymi pod wpływem wypitego alkoholu, zjedzonych grzybów halucynogennych, lub wypalonych skrętów.
Miałem kiedyś koleżankę, która paliła dużo koksu. Jeden skręt nigdy jej nie wystarczał. Była bardzo fajną dziewczyną. Wszędzie chodziliśmy razem, wszystko razem robiliśmy, razem nas zawsze widziano. Lubiliśmy okazywać sobie nadmierną opiekuńczość, zachowywać się w stosunku do siebie jak kwoka w stosunku do kurcząt. Nigdy przecież nie wiadomo kiedy może nadlecieć wredna wrona z rozcapierzonymi pazurami by porwać jedno z żółciutkich kurczaczków sobie na kolację. Siedziała na gałęzi pobliskiej sosny i tylko czekała na chwilę nieuwagi. Na ulicy wciąż sprawdzaliśmy, czy drugie nie wyszło aby zbyt daleko ku środkowi jezdni, gdzie przejeżdżające samochody mogły zahaczyć nawet niechcący. Każde z nas obawiało się o drugie i wolało samemu ryzykować marsz w pobliżu środka jezdni, byle tylko to drugie szło przy poboczu. Zarazem jednak idąc coraz mniej ostroznie sprawdzało się, wystawiało na próbę uwagę i opiekuńczość drugiego. W ten sposób wciąż szarpaliśmy się ze sobą, zamienialiśmy się miejscami, udowadnialiśmy sobie wzajemnie i od nowa troskę na odpowiednio wysokim poziomie.
Mój schron zajmował siedem pokoi w piwnicach hotelu. Ponadto miałem jeszcze kilka dodatkowych schowków w sąsiednich ruinach na wypadek dekonspiracji. Już będąc harcerzem i biorąc kilkakrotnie udział w letnich obozach nauczyłem się żelaznej zasady, że nie ma jak to profilaktyka. Nie chcąc stracić nielegalnego i zabronionego towaru w wyniku dekonspiracji, należało przewidzieć ów przykry fakt i się do niego odpowiednio przygotować zawczasu. Przede wszystkim należało mieć kilka kryjówek na trefne przedmioty. Konieczna była również dysertyfikacja, no..., to znaczy zabezpieczenie na wypadek bankructwa głównego dostawcy. Najlepiej jak dostarczycieli było kilku, to pomimo nawet częstych kłopotów z kontrolami, rewizjami namiotów i plecaków, węszenia drużynowych i innych przeciwności losu, nigdy nie miało prawa zabraknąć w drużynie fajek pokoju ani wina.
Jedna z druhen bardzo mnie lubiła. Ona też mi wpadła w oko zaraz pierwszego dnia obozu. Jeszcze nikogo nie znałem, więc stanąłem sobie koło którejś z dziewczyn. Potem trzymałem się blisko niej gdy przechodziliśmy z bagażami do autokaru. Pomogłem jej załadować plecak do bagażnika. Szedłem obok niej w stronę naszego obozu. Ona rozmawiała po drodze z koleżanką. Kiedy moja bliska obecność stała się już nadzwyczaj wyraźnie widoczna powiedziała, żebym nie podsłuchiwał. Nie zraziłem się tym i nadal starałem się być tak blisko niej jak tylko to możliwe. Po kilku dniach zostaliśmy przyjaciółmi. Po kilku następnych parą.
Koledzy postanowili napić się wina. Poszedłem więc do sklepu. Trzeba było iść kilka kilometrów przez las i pola. Lato było gorące tamtego roku. W drodze powrotnej napiłem się dla ochłody. Droga była daleka, więc napiłem się kilka razy. W przebojowym nastroju wróciłem do obozu. Koledzy byli zdegustowani. Rozpocząłem marsz pomiędzy namiotami i częstowałem rozgoryczonych. Któryś z wściekłych i zawistnych druchów powiadomił kadrę obozu o wiadomym incydencie. Zarządzono zbiórkę i poszukiwania alkoholu. Na moje szczęście niczego podejrzanego w obozie nie znaleziono. Podczas zbiórki moja przyjaciółka przez cały czas podtrzymywała mnie i pilnowała, żebym nie upadł. W ten sposób prawdziwą okazała się teza, iż dostawy towaru tylko z jednego źródła mogą być niewystarczające. Przyjaciele więcej mnie po wino nie wysyłali samego.
Nocami wyruszałem na łowy. Zapamiętane w ciągu dnia miejsca odwiedzałem wyposażony w łom, piłkę do metalu, nożyce do drutu, dwa przecinaki i dwa młoty. Bardzo szybko nabrałem wprawy. Najbardziej bałem się bombardowań. Terroryści mogli niezauważenie podejść na odległość strzału moździerzowego. Nawet noktowizory strażników nic tu nie pomagały. Po prostu znienacka zaczynały spadać pociski na środek obozu, obok hotelu, pomiędzy namiotami, obok samochodów. Każdy mieszkaniec bazy usiłował się gdzieś schować. Pewnego razu pocisk wpadł prosto do namiotu, w którym żołnierze jedli kolację. Ci, co przeżyli, mieli już dość wojny. Nikt z nich nie wyszedł bez szwanku. Tylko jeden żołnierz nie miał widocznych ran. Koledzy wmawiali mu, że to cud. Siedzącego z nim przy stole szeregowca rozerwało na strzępy, porwało na kawałki jak kartkę papieru. On natomiast nie zdążył niczego zauważyć ani usłyszeć. Stracił przytomność, a gdy doszedł już do siebie niczego nie słyszał. Nie ubyło mu ani jednej kropli krwi, ale został inwalidą. Nie pamiętał niczego. Nie mógł złożyć żadnych zeznań. Te jednak wcale nie były potrzebne. Wyniki eksplozji były aż nazbyt widoczne i oczywiste. Do rodzin poległych i rannych poszły straszliwe listy.
Czasami miałem możliwość przekazywania grypsów do żon i rodzin w kraju poprzez środki transportu i urzędy innych krajów. Ten proceder był zakazany ze względu na czytelność procedur służbowych i zagrożenie terroryzmem w postaci przesyłek niewiadomego pochodzenia. Można jednak było sprytnie ominąć zakazy. Wiadomo, jak wszędzie i jak zawsze. Grypsy docierały wtedy do ukochanych żon wiele szybciej niż normalną drogą służbową. Dlaczego? Nie wiem do dziś. Ale tak było. Inaczej cały ten proceder nie miałby sensu. Większość żołnierzy doskonale to rozumiała. W zasadzie wszyscy, dlatego z ochotą korzystali z moich usług, to znaczy z mojego pośrednictwa. Wypracowałem swój własny system określania kosztów. Musiał być rynkowy, płynny, w zależności od rozwijającej się sytuacji. Inaczej woleliby tradycyjne sposoby. Nie mogę zdradzić szczegółów. Bez jaj. To kwestia honoru i zaufania.