ROZDZIAŁ 5
Ponury
WIEK: SZESNAŚCIE LAT
Jesteśmy już po kolacji. Naczynia są pozmywane, rozpoczyna się wieczorny rytuał. Marci odpala w salonie jointa, a moi nowi bracia kłócą się o gry wideo w pokoju Sandy'ego. Brzucho siedzi u szczytu stołu, a ja po jego prawej stronie.
Nie wiem, co miał w zwyczaju robić po kolacji, zanim się pojawiłem, ale od mojego przybycia codziennie opowiada mi historie o czasach, gdy był członkiem klubu motocyklowego, lub wyjaśnia znaczenie tego czy owego w moim nowym świecie. Co dzień uczę się czegoś nowego.
- Bedlam zajmuje się dystrybucją broni dla Klanu Egan. Przewozimy transporty z Miami aż do Missisipi. To dobry biznes, o ile nie namierzą cię rządowe agencje. Dlatego właśnie Klan korzysta z naszych usług. Oni są obserwowani, my nie. - Sięga po butelkę whiskey. - A w każdym razie jeszcze nie.
Słyszałem już wcześniej o Klanie, ale niewiele o nich wiem.
- Klan Egan? - pytam.
Brzucho rozsiada się wygodniej.
Są z Miami. To odłam mafii irlandzkiej. Większość z nich urodziła się jednak w Stanach. Dowodzi nimi niejaki Callum Egan. Całkiem miły gość, jeśli akurat nie przykłada ci noża do gardła. - Brzucho wpatruje się w sufit i rechocze, zapewne coś wspominając. Kręci głową. - o czym to ja... Aha, wspominam o nim, bo chciałem dziś z tobą porozmawiać o przywództwie. - Nalewa sześć kielonków whiskey, z których trzy podsuwa mi pod nos. Wskazuje na pierwszy i obaj wychylamy do dna.
- Ach... - Odstawia pusty kieliszek. - Czujesz to palenie? Znaczy, że to dobra łycha. A więc: przywództwo.
- Ale po co mi to wiedzieć? Przecież to ty jesteś naszym przywódcą.
- Ale nie na zawsze. - Brzucho pochyla się i opiera łokcie na stole, po czym spogląda przez ramię. - Kocham tych chłopaków, Ponury. Z całego serca. Nie są z mojej krwi, ale to moi synowie. Tak samo jak ty. Nie mam zbyt wiele talentów, ale jestem dobry w rozpoznawaniu urodzonych przywódców. Ty jesteś jednym z nich.
- Ale... - zaczynam, sam do końca nie wiedząc, co chcę powiedzieć. Brzucho jednak nie daje mi dojść do słowa.
- Po prostu zamknij ryj i słuchaj swojego papcia - warczy, mrugając porozumiewawczo. - Może ominęły cię lania i inne kary ze strony twojego starego, gdy byłeś mały, ale ja jestem gotów nadrobić te zaległości, żebyś nie czuł się stratny. - Ponownie mruga.
Brzucho nigdy nie rzuca słów na wiatr, ale też zawsze wiadomo, kiedy mówi coś, bo mu zależy. Lubię nasze cowieczorne pogawędki. I lubię mieć starego. Papcia. I bardzo mi na nim zależy.
- Przywództwo... - zaczyna ponownie. - Najważniejsze, co powinieneś wiedzieć, to że nigdy nie można pokazać słabości tym, którym przewodzisz. To oznaka niewiary we własne decyzje. A jeśli ktoś nie wierzy w siebie, jego ludzie mu nie zaufają.
- Nigdy nie okazywać słabości - powtarzam sobie.
- Druga ważna rzecz to zawsze, ale to zawsze przestrzegać zasad i praw Bedlam. Zwłaszcza tych, które sam tworzysz. Masz je czcić tak, jakby nadał ci je sam Wszechmogący. Masz dawać przykład i rozliczać się najpierw sam ze sobą, zanim będziesz narzucał reguły innym i karał za ich nieprzestrzeganie.
Brzucho wskazuje na drugi kieliszek. Wychylamy kolejkę jednocześnie. Pali znacznie mniej niż poprzednia. Brzucho ma specyficzny gust, jeśli chodzi o whiskey. Jego ulubiony gatunek smakuje jak paliwo samochodowe.
- Jakieś pytania? - Odstawia kieliszek dnem do góry.
- Nie rozumiem... - odpowiadam szczerze. - Bedlam nie przestrzega praw hrabstwa, stanu ani nawet krajowych. Po co więc tworzyć jakiekolwiek zasady? Czy nie chodzi o to, żebyśmy robili, co nam się podoba?
Brzucho spogląda na mnie surowo.
- Nie, nie chodzi. - Dziabie palcem wskazującym w stół. - W Bedlam chodzi o rodzinę. o braterstwo. O życie według naszych zasad, a nie bez zasad.
Przerywa na chwilę, by uzmysłowić mi wagę tego, co zamierza powiedzieć. Nie musi się zastanawiać, jak to ująć - zawsze ma pod ręką właściwe słowa.
- Może i nie uznajemy tradycyjnych praw, ale to nie znaczy, że nie potrzebujemy własnego kodeksu. Nasze prawa mają nas łączyć, a nie dzielić. Sprawiają, że jesteśmy rodziną. Że darzymy się szacunkiem. Tworzą naszą tradycję. Rodzina, grupa ludzi, którzy oddaliby za siebie nawzajem życie, sprawia, że stajemy się kimś więcej. - Wskazuje trzeci kieliszek. Unosi go do ust i przez chwilę przypatruje mi się znad jego krawędzi. - Nawet wolni ludzie potrzebują zasad, synu.
Trzeci szot nadal smakuje jak benzyna, ale ta benzyna zaczyna mi smakować.
- Nie pokazywać słabości. Szanować własne zasady i prawa Bedlam - powtarzam, ale nie dlatego, żeby mu pokazać, że zrozumiałem. Brzucho powiedział mi kiedyś, że najlepszym sposobem na zapamiętanie czegoś jest powtórzenie tego na głos. A ja nie chcę zapomnieć nic z tego, co on mi przekazuje.
Brzucho uśmiecha się z aprobatą.
- Dobrze. Pamiętaj, jeśli sam nie przestrzegasz zasad, pokazujesz innym, że mogą próbować się od nich migać. A nie mogą. Nie kiedy na szali jest życie ich braci.
- Straciłeś wielu ludzi? - pytam zaciekawiony
Brzucho napełnia ponownie nasze kieliszki. Wychylamy numer cztery. Smakuje już całkiem nieźle. Jak denaturat, ale przyjemnie.
- Zbyt wielu. Ale każdy z nich zdawał sobie sprawę z ryzyka. I każdego z nich chroniłem do końca jak mogłem, kierując się instynktem i rozumem. Pamiętaj, gdy już ustanowisz jakieś prawo, ono przestaje być twoje. Staje się prawem Bedlam. A to, że siedzisz u szczytu stołu, nie znaczy, że nie jesz widelcem jak wszyscy inni.
Brzucho spogląda na kieliszek numer pięć, który wychylam bez mrugnięcia okiem. Odstawiam go denkiem do góry, jak Brzucho.
- Czy inne gangi...
- Organizacje - poprawia mnie Brzucho. Po chwili zastanowienia zmienia zdanie. - No dobra, Nieśmiertelni są klubem motocyklowym. A Klan Egan jest bardziej jak mafia. - Zaciska szczęki. - Los Muertos... To jedyni gangsterzy w okolicy.
- W takim razie: czy inni też mają prawa, jak Bedlam?
Brzucho potakuje ruchem głowy.
- Tak. Ich prawa brzmią nieraz inaczej niż nasze, ale łączą je wspólne wartości. Szanuj organizację. Nie donoś. Nie opowiadaj o niczym swoim kobietom, chyba że zostały zaakceptowane przez członków z prawem głosu. Nie stawiaj się przywódcom. I tak dalej, i tak dalej...
Wskazuje kolejny kielich. Numer sześć. Ciekawe, smakuje jak woda. Zupełnie nie jak to, co piliśmy przedtem.
- Chociaż... - Brzucho się śmieje. Nie wygląda, jakby był pod wpływem, tylko oczy nieco mu się świecą. - Klan Egan stanowi wyjątek. Każdy może się postawić szefom, ale jeśli zostanie przegłosowany, płaci życiem.
- Pewnie mało kto się stawia.
- Zdziwiłbyś się. Jak wiem, zdarza się to kilka razy do roku.
- A komuś się kiedyś udało?
Brzucho znów się uśmiecha.
- Callum Egan jest ich szefem od piętnastu lat. Więc raczej nie.
Pociąga whiskey z gwinta i podaje mi butelkę.
- A, Los Muertos też mają ciekawą zasadę. Przypomina mi ona westerny, gdzie sprawy załatwia się pojedynkiem o świcie. - Układa palce na kształt pistoletów. Może jednak whiskey w końcu weszła.
- Strzelają się o świcie? W kontekście tego, co mi o nich mówiłeś, to brzmi... Jakoś dziwnie.
Kręci głową i uderza dłonią w stół. Ramiona trzęsą mu się ze śmiechu.
- Nie, nie strzelają się! Nie używają w ogóle broni. Jak ktoś ma coś do przywódcy, może go wyzwać do walki wręcz. Zwycięzca sprawuje dalszą władzę.
- A przegrany?
Brzucho pociąga kolejny łyk i przekazuje mi flaszkę. Whiskey smakuje już niemal jak ambrozja.
- Walczą na śmierć i życie.
- A jeśli przywódca odmówi? - pytam, po czym bekam rozgłośnie. Brzucho kiwa się na krześle. A może to ja się kiwam? Papcio chwyta krawędź stołu, by odzyskać równowagę. Mam kłopot ze skupieniem na nim wzroku. Obaj mamy już nieźle wzięte. Brzucho celuje we mnie palcem. W oku ma błysk.
- To pierwsza lekcja tego wieczoru. Przestrzegaj własnych zasad albo twoi ludzie uznają cię za słabego. Odpowiadając na twoje pytanie, szef może odmówić...
- ...ale tego nie robi - dokańczam.
Brzucho uśmiecha się z dumą od ucha do ucha. Klepie mnie po ramieniu.
- Zuch chłopak. - Podaje mi butelkę. Unoszę ją do ust. Większość gorzały ścieka mi po brodzie na koszulkę.
- Czekaj, powiedziałeś, że to pierwsza lekcja. Jaka jest druga? - pytam.
Brzucho zabiera mi butelkę rozbawiony.
- Jak pić jak jebany mężczyzna.