Poskromić chłód - Agnieszka Zawadka

Kup ebooka

19.99 zł
14.39 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ I

Errel zatrzymała się po nagłym ślizgu, pozostawiając za sobą wyraźny, długi ślad we wciąż schnącym błocie. Nocna ulewa sprawiła, że cała arena pokryła się płytkimi kałużami oraz smugami lepiącej się mazi. Wystarczył jednak jeden rzut oka na czwórkę walczących przeciwników, by zorientować się, że wątpliwa jakoś podłoża ani trochę nie przeszkadzała w treningu.

Dłoń Errel powędrowała za plecy, wracając po chwili z wydobytą bronią. W jej oczach pojawił się błysk satysfakcji. Doskonale wiedziała, że ścigający ją Meren nie miał szans, by powtórzyć ten manewr. Na śliskiej powierzchni prędko stracił równowagę i tylko cudem utrzymał się na nogach. W gruncie rzeczy Errel liczyła na to, że mężczyzna runie na ziemię, ozdabiając swój zielony strój plamami z błota, ale chwilowa dekoncentracja również była jej na rękę.

- To niesprawiedliwe! - wykrzyczał zajadle.

Jego dłoń powędrowała za pas ciemnych spodni, ale Errel nie zamierzała dłużej marnować zdobytej przewagi. Rzuciła przyjacielowi pogardliwe spojrzenie, którego przekaz był jasny i prosty - na arenie obowiązywało bardzo mało zasad i żadna z nich nie zabraniała wykorzystywać otrzymanych przez naturę darów.

Meren długo nie zamierzał pozostawać dłużny, ale nie miał nawet czasu na nabranie głębszego wdechu, gdy z przystawionego do ust Errel fletu wydostały się pierwsze dźwięki piskliwej, rytmicznej melodii. Mieniące się złotem, pomarańczem i czerwienią iskry buchnęły w jego stronę, odrzucając go kilka kroków do tyłu - wprost na drewnianą barierę ochronną, która odgradzała arenę od widowni. Gwałtowna, szybka muzyka nie ustawała, posyłając w przeciwnika wystarczająco silny podmuch wiatru, by przygwoździć go do miejsca, z którego nie było ucieczki.

Refleksy o barwach wstającego słońca bez wysiłku osaczyły młodego mężczyznę, nie pozwalając mu na żaden ruch. Meren był pewien, że przez tornado szalejącej siły potrafi dostrzec błyskające rozbawieniem oczy Errel, która nie przestawała wygrywać na swoim instrumencie inwazyjnej melodii.

Dziewczyna jednak nie mogła utrzymywać tak natarczywego tempa przez dłuższy czas. Powoli przeszła do o wiele spokojniejszej partii, co Meren skwapliwie wykorzystał. Odskoczył na bok, ze stęknięciem przedzierając się przez zasłonę z migoczących iskier, po czym - nie czekając na reakcję Errel - przystawił do ust srebrną harmonijkę i zaczął atakować przeciwniczkę urywanymi dźwiękami. Wysokie tony, przez specyfikę instrumentu, nacierały dwoma oktawami naraz.

Moce Errel i Merena uderzyły w siebie, tworząc całą gamę barw, które wiły się pomiędzy nimi pod postacią migoczących wstęg. Na krótki moment światło przysłoniło sylwetki walczących, odizolowało ich od reszty areny. Wokół przenikały szczątki magii, które wirowały w rytm wygrywanego zaklęcia. Agresywne, świszczące tony harmonijki próbowały przedrzeć się przez usypiający szept fletu. Walka trwała w najlepsze i stanowiła prawdziwy pokaz dla postronnych, nielicznych świadków, którzy zawędrowali aż na arenę, by móc podziwiać niepowtarzalną Drużynę Świtu.

Zwarci w pojedynku przyjaciele nie odczuwali mijających minut. Trwał właśnie wyścig o najsprawniejsze dłonie, o najwytrzymalsze usta i o największy talent, który w połączeniu z magią potrafił dokonywać zarówno brutalnych, jak i wspaniałych rzeczy. Iskrowładni - mimo dość niechlubnej sławy, jaką cieszyli się wśród kasty rantyjskich wojowników - mieli w swoim arsenale kilka niezwykle przydatnych sztuczek.

- Errel, szybciej! - Rozkazujący głos trzeciej osoby przebił się przez burzę szalejących, lśniących iskier i dotarł do uszu dziewczyny, na co ta tylko sapnęła z przejęciem. W kilka sekund zmieniła natężenie, przechodząc do urywanych, rytmicznych dźwięków. Przez chwilę jej magia zastygła w bezruchu, a bezużyteczne już iskry opadły na ziemię. Errel cofnęła się przed siłą uderzającego natarcia, praktycznie tracąc cały dech.

Wtedy jednak do pojedynku dołączyła trzecia osoba. Natarczywe dźwięki skrzypiec stawały się coraz głośniejsze, by w końcu przebić swoją napastliwością tony harmonijki i fletu. Do prawdziwego huraganu złota i czerwieni doleciała pojedyncza wstęga srebrnej mocy, która w mig rozbiła ofensywne nuty Merena. Mężczyzna przez chwilę walczył z ogarniającym jego moc chłodem, ale intensywność kontrataku stała się nie do wytrzymania. Przerwał grę i dysząc głośno, podniósł ręce do góry. Iskry w mig rozpłynęły się w powietrzu, nie pozostawiając po sobie nawet najdrobniejszego śladu.

- Miały być pojedynki w parach! - zdołał w końcu wysapać. Rzucił zirytowane spojrzenie w stronę niechcianego gościa, który odwzajemnił się tym samym.

- No zgadza się. Ja i Errel to para - stwierdziła skrzypaczka, wzruszając ramionami.

Meren skrzywił się, chowając harmonijkę za pas.

- Drogie koleżanki, jestem rozczarowany waszymi manierami - odparł z udawaną kurtuazją i kiwając głową w stronę Errel, ruszył do wbudowanych we wschodnią ścianę areny pomieszczeń. Na skrzypaczkę nawet nie spojrzał, zbyt obrażony wcześniejszym zagraniem.

Obie obserwowały, jak niknie w głębi drewnianego tunelu. Wyglądało na to, że Meren zakończył już trening.

- Co za baran - podsumowała Sienna, zatykając smyczek i skrzypce na specjalnej, lekkiej konstrukcji na plecach. Czarny instrument w niczym nie przypominał już rozszalałej broni, która posyłała na pole walki wstęgi srebrnej mocy.

Errel tylko wzruszyła ramionami, chowając flet. Kątem oka dostrzegła, że zabrakło czwartego członka drużyny.

- Gdzie jest Hiwen?

Uświadomiła sobie, że od dawna nie słyszała jednostajnych, rytmicznych uderzeń w bęben, które wcześniej rozchodziły się po całej arenie.

- Skończyłam z nim o wiele szybciej. - Błysk satysfakcji w oczach Sienny był doskonale widoczny. Najwyraźniej nie zamierzała z pokorą podchodzić do swojego zwycięstwa. - Wszystko w porządku?

Errel nabrała głębszego wdechu i wzruszyła ramionami. Bolały ją palce i usta, a od braku powietrza lekko zakręciło jej się w głowie, ale właśnie dlatego tutaj trenowały. Iskrowładny był przydatnym wojownikiem tylko wtedy, gdy znał granicę swojej wytrzymałości.

Nie musiała tłumaczyć tego Siennie. Cała Drużyna Świtu dzień w dzień spotykała się na arenie, ćwicząc coraz nowsze sztuczki z użyciem instrumentów. Errel nie chciała wspominać również o kilku nocach, podczas których widziała, jak skrzypaczka wymyka się ze swojej komnaty i rusza w stronę lasu, w którym zapewne potajemnie trenowała. Nie, Sienna była z pewnością ostatnią osobą, której wypadało wyjaśniać, że po każdym, nawet najbardziej wymagającym treningu Errel zawsze czuła się w porządku.

- Robicie dzisiaj ognisko? - zapytała skrzypaczka, marszcząc nos.

Młodą, łagodną twarz Errel rozjaśnił uśmiech, w którym kryła się radosna obietnica. Trening to jedno, ale... Dziewczyna uwielbiała się bawić, a nocne ognie stwarzały ku temu świetną okazję. Cała drużyna zazwyczaj spotykała się wtedy na polanie poza miastem, z dala od ciekawskich spojrzeń mieszkańców Anh Sang. Było w tych spotkaniach coś z dzikości, której wychowanej w mieście Errel zawsze brakowało.

- No pewnie. Po tym mancie, które spuściłaś Merenowi i Hiwenowi, zapewne będą musieli się trochę pożalić i jakoś spróbować odzyskać swoją męską dumę.

- Męskie co? - Uśmiech, który zakwitł na ustach Sienny, prędko się zmył. - Mogę się trochę spóźnić. Księżniczka mnie wzywała.

Errel skinęła, dając znak, że rozumie, po czym ruszyła w stronę zabudowanej części areny. Ona również musiała się odświeżyć i wrócić do własnych obowiązków. Czasami żałowała, że oprócz drużyny ma również własne życie, męczące i wyjątkowo nudne. Tylko podczas gry na flecie czuła się inaczej. Lepiej.

Drewniane drzwi zaskrzypiały niemrawo, gdy obie wmaszerowały do wewnętrznej zbrojowni areny, która równie dobrze nadawała się na zwykłą rupieciarnię. Errel podniosła z pobliskiego stołu swoje kolorowe palto, zarzuciła na plecy futerał z instrumentem, po czym pomachała z miłym uśmiechem i ruszyła ku wyjściu.

- Do zobaczenia! - zawołała jeszcze na koniec i zaraz zniknęła za drzwiami.

Sienna przez chwilę wpatrywała się w młodą flecistkę, ciesząc się w duchu, że to właśnie jej zaproponowała dołączenie do drużyny. Dziewczyna nie tylko okazała się zdolną artystką, ale i zaradną iskrowładną, która z treningu na trening powiększała zakres swoich umiejętności. I pomyśleć, że na początku Sienna obawiała się, że smarkula będzie pyskować.

Westchnęła i pokręciła głową. Zacisnęła wargi, wiedząc, że nie ma już żadnej wymówki, by odwlekać czas wykonania rozkazu.

Pora odwiedzić siostrzyczkę, pomyślała z niesmakiem, próbując się przy tym za bardzo nie krzywić.

***

- Dowiedziałaś się czegoś nowego o mojej serdecznej przyjaciółce?

Maire wylała na siebie zawartość flakonika. Intensywny zapach jaśminu prędko rozszedł się po komnacie, która do małych przecież nie należała. Gdzieś musiało zmieścić się to wielkie łoże z baldachimem, dwie komody, garderoba, toaletka i tkany przez lata dywan. Księżniczka nigdy nie przepadała za skromnym wystrojem, toteż w każdym rogu swojej sypialni upchała jakiś mniej lub bardziej wartościowy element sztuki. Całe masy takich wytworów znanych i nieznanych artystów pragnących dostąpić zaszczytu namalowania lub wyrzeźbienia opiewanej w pieśniach Maire Allaren, prawowitej dziedziczki tronu Świtu, trafiały do pałacu, a właściwie do jej komnat.

Pomieszczenie emanowało przepychem. Zbyt wielkim przepychem, zdaniem Sienny. Najwyraźniej jednak nikt tego zdania nie podzielał - towarzyszki Maire zazwyczaj uwielbiały tu przebywać, a dwa oswojone diarany czuły się jak w domu. Istoty miały alabastrową, długą sierść i czarno-fioletowe pasy na długim, puszystym ogonie. Mówiło się, że nocne odmiany zwierząt odbijały blask księżyca, przez co wśród prostych ludzi krążyły mity o ich boskim pochodzeniu. Te jednak wypadały dość blado na tle wszystkich legend. Większość dnia spały bądź zajmowały się wyłudzaniem jedzenia od dworzan. Sienna nie widziała w nich nic niezwykłego.

- Tak. Że jest egoistyczną wywłoką. A nie, moment, to już wcześniej wiedziałam. - Sienna bez kurtuazji sięgnęła po leżące na stoliku winogrona, których księżniczka najwyraźniej nie miała ochoty już skubać. Napchała sobie do ust kilka zielonych kulek, rozkoszując się ich słodkim smakiem.

Maire rzuciła siostrze ostrzegawcze spojrzenie. Na jej atrakcyjnej, okolonej wiankiem ciemnobrązowych włosów twarzy zatańczył wyraz, który Sienna niejednokrotnie widywała już u matki.

Skrzypaczka przewróciła oczami.

- No co? - wybełkotała, próbując przełknąć kolejną garstkę winogron. - Nie mów mi, że jesteś zaskoczona.

- Si, prosiłam cię o konkrety. Poza tym, na bogów Dnia i Nocy, zważaj na język! - W tonie księżniczki zabrzmiała nutka rasowej damy, która przez całe życie chłonęła zasady pałacowej etykiety. - Myślałam, że dzięki tym twoim... umiejętnościom - spróbowała się przy tym nie skrzywić z obrzydzeniem - będziesz potrafiła sprawdzać takie rzeczy.

- Proszę cię, nie dramatyzuj. - Tym razem to Sienna pozwoliła sobie na niezadowolony grymas. Jej siostra w każdym słowie musiała podkreślać granice, które je dzieliły. W każdym zdaniu musiał kryć się dystans, szok, niedowierzanie i niesmak. Sienna nienawidziła i uwielbiała każde z nich, nie mogąc do końca zdecydować, czy fakt rosnącego między nimi muru podoba jej się, czy raczej ją przeraża. - Nie ma mowy, by ten tchórz w farbowanych włosach był szpiegiem próbującym wykraść twe cenne sekrety.

- Skąd ta pew... - Maire urwała, marszcząc brwi. - Czemu w farbowanych?

Sienna rzuciła jej litościwe spojrzenie.

- Odrosty, Maire, odrosty - podsumowała z prostotą. - To coś na jej łbie to nie martwica mózgu, tylko odrosty. Chociaż wiem, że pozory mogą mylić.

Księżniczka westchnęła z dezaprobatą, ale nie skomentowała karygodnych słów siostry.

- Jesteś tego pewna? - zapytała po raz ostatni. Nutka desperacji w głosie Maire była tak wyraźna, że Sienna przez chwilę rozważała dalsze wypytywanie. Zaraz doszła jednak do wniosku, że nie chciała się w to zagłębiać. Już dawno przestały ją interesować troski Maire Allaren.

- Czego? Faktu, że fatalnie dobrała farbę czy jej nie-szpiegostwa?

Maire najwyraźniej nie była w nastroju do żartów. Cóż, Sienna jeszcze nigdy nie widziała, by siostra tryskała nadmiarem humoru. Chyba że radośnie szczebiotała o czymś ze swoimi towarzyszkami.

Sienna westchnęła, wiedząc, że lepiej postawić sprawę jasno i jak najprędzej uciec na ognisko drużyny, które musiało się już zacząć.

- Maire Allaren, moja paranoiczna przyrodnia siostro, ogłaszam ci, że nie ma możliwości, by ruda wywłoka, znana także pod mianem Jeseris, mogła w jakikolwiek sposób spiskować przeciwko tobie. Jest na to stanowczo za głupia. - Widząc nieprzekonany wzrok księżniczki, dodała: - No... muszę też przyznać, że śledziłam ją przez dwa tygodnie. W jej nędznym życiu nie wydarzyło się nic, co miałoby potwierdzić twoją paranoję.

Maire bezgłośnie odetchnęła z ulgą. Zacisnęła jednak swoje smukłe, wypielęgnowane dłonie.

- To nie paranoja, to po prostu... - Zawahała się. - Ja... słyszałam o różnych rzeczach. O różnych przerażających rzeczach. Księżna matka niczego mi nie mówi, ale ja mam swoje sposoby. Od pewnego czasu czuję... - Drgnęła gwałtownie, jakby ktoś ją spoliczkował. - Wiesz, to w zasadzie nieważne. Wracając do naszej sprawy, nadal mogę swobodnie rozmawiać z Jeseris?

Skrzypaczka udała, że się zastanawia.

- Ja bym jej unikała. No wiesz, na wypadek gdyby martwica mózgu okazała się jednak prawdą.

Usta Maire zacisnęły się w wąską linię.

- Wyjdź, dziękuję za wszystko.

Sienna wzruszyła ramionami i wyszła.

***

Anh Sang należało do najpiękniejszych miast Rantii. Tak przynajmniej powtarzali odwiedzający ziemie Pałacu Świtu trubadurzy, którzy dla najwspanialszej na świecie muzyki - brzęku srebrnych i złotych monet - byli w stanie wychwalać w swoich balladach wszystko. Sienna miała pewność, że po nieskromnej zapłacie otrzymałaby nawet kawałek pochwalny na cześć zafajdanego wychodka. Cóż, świat rządził się pewnymi prawami. A tutaj to pieniądze je ustalały.

Wystrojeni w złoto-pomarańczowe zbroje wartownicy, pełniący służbę przy głównej bramie, nawet nie drgnęli, gdy Sienna opuściła pałacowy dziedziniec. Wiedziała, że kratę - teraz wysoko zawieszoną u góry - po powrocie zastanie opuszczoną. Drużyna nie należała do porannych ptaszków, toteż ich spotkania poza miastem zwykle trwały do późnej nocy.

Sienna z przekąsem pomyślała, że nie byłby to pierwszy raz, gdy musiała spać w jakiejś przydrożnej gospodzie, daleko poza pałacem, bo do własnej sypialni nie miała już powrotu. Księżna Świtu nie zawracała sobie głowy córką z nieprawego łoża, która i tak miała tyle szczęścia, że nie została wyrzucona na bruk. Czasami Sienna pozwalała wyobraźni wypływać na wody swojego alternatywnego życia. Gdyby matka się jej wyrzekła, skrzypaczka prawdopodobnie nigdy nie miałaby okazji, by dotknąć jakiegokolwiek instrumentu - w Anh Sang stać było na takowe tylko nielicznych. Sienna nigdy nie odkryłaby magii we własnej muzyce; srebrzystej mocy, która swoją odmiennością na przemian fascynowała i zdumiewała innych iskrowładnych. Nie dowiedziałaby się, że srebrne wstęgi, jakimi władała podczas gry, najlepiej nadają się do walki.

A jednak czasem żałowała tej innej drogi, bo może wtedy miałaby okazję wychować się z dala od fałszywego świata pałacowych przepychanek i sztucznych uśmiechów.

Skrzypaczka minęła kolejny kwietnik z wystawną fontanną, po czym wkroczyła na wąską uliczkę prowadzącą w stronę murów miasta. Mimo przesady trubadurów Sienna była w stanie zgodzić się z jednym stwierdzeniem - Anh Sang posiadało swój niepowtarzalny urok. Uosabiało wszystko, co mieściło się na południu Półwyspu Rantyjskiego. Kolorowe kamienice osadzone blisko siebie, udekorowane barwnymi kwiatami balkony, kawiarnie z ogródkami, w których przesiadywali mieszczanie do późnej pory, muzyka, śmiech i wino - litry wina, które niektórzy powoli sączyli od najwcześniejszych godzin. Mówiono, że Anh Sang zostało pobłogosławione przez bogów Dnia. Że w tym mieście, przesyconym obietnicą zabawy, niegasnącym słońcem i wystawnym życiem, nikt nie może głęboko spać. Że każdy, kto chociaż raz przemaszerował wąskimi uliczkami, zatrzymał się w kawiarni, winem wyleczył chorobę zwaną trzeźwością, a potem wysikał się do miejskiej fontanny i zasnął pod ławką z wyrzeźbionym nań amorkiem, już na zawsze będzie skazany na klątwę tęsknoty za Anh Sang. Bękarcia księżniczka doskonale wiedziała, że w tym stwierdzeniu kryło się wiele prawdy.

Ale miasto miało też inne strony.

Maszerując wśród śniadych, barwnych mieszkańców stolicy, Sienna czuła się jak odszczepieniec. Już dawno przyzwyczaiła się zarówno do zdumionych spojrzeń, jak i do faktu bycia niewidzialną - jej jasna karnacja, oczy i włosy nie wyróżniały się aż tak, by mieszkańcy z rozdziawionymi ustami wytykali ją palcami, ale były tak odmienne od gustów, smaku i mody Anh Sang, że niektórzy nie potrafili opanować jawnej niechęci bądź w najlepszym razie ignorowania.

Jej ciemny strój również pomagał zbudować dystans między tym kolorowym światem. Zarówno skrzypce, czarny kombinezon, jak i specjalna konstrukcja na instrument były kolejnymi prezentami, które Sienna kupowała sobie na własne urodziny. Jako bękarcia księżniczka nie posiadała może towarzyszek, świty, zastępu służby na każde zawołanie czy nawet rodowego nazwiska, ale za to matka nigdy nie szczędziła jej pieniędzy z prywatnego majątku rodowej linii władców Świtu.

Mimo względnej izolacji Sienna nie znała innego domu niż Anh Sang. Tu się urodziła, tu wychowała i tu zamierzała ćwiczyć wraz z Drużyną Świtu, do której księżna pozwoliła jej przystąpić z dobrze znaną obojętnością. Nawet decyzję o treningach ze strażnikami czy nauce bitewnych melodii potraktowała jak kolejne cenne sekundy, które musiała zmarnować na przytaknięcie.

Były dni, gdy Sienna nienawidziła jej za tę oziębłość. I dni, gdy rozkoszowała się wolnością, jakiej Maire - jako prawowita następczyni tronu Świtu - miała nigdy nie spróbować.

Przy bramie, która przecinała mur obronny, również stała warta. Żołnierze omietli Siennę baczniejszymi spojrzeniami, jednak rozpoznając w niej jedną z Drużyny Świtu, przenieśli wzrok na innych, wieczornych migrantów, swobodnie korzystających z faktu, że bramy do miasta Anh Sang były otwarte cały czas.

Jedna z Drużyny Świtu. Sienna lubiła tak o sobie myśleć. I lubiła myśleć, że inni tak myślą. Iskrowładna, wojowniczka bitewnej melodii - wszystko było lepsze. Dopóki nie odkryła przeznaczenia między strunami skrzypiec, czuła się tylko jak bękart i doskonale wiedziała, że inni też tak na nią patrzą. Teraz wiedziała, że jest choć trochę przydatna. Miała cel, mglisty plan - a to coś, czego nigdy nie mogłaby kupić za pieniądze matki.

Na mostku przy kanale okrążającym Anh Sang nie natknęła się już na nikogo. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, nadchodził zmierzch, który nareszcie sprowadził na południowe ziemie odrobinę ulgi. Rzadki, iglasty las, w którym z uwagi na bliskie sąsiedztwo cywilizacji nie spotykało się już dzikich zwierząt, przywitał Siennę kakofonią szykujących się do spania ravaporów. Tutaj, we względnej ciszy, miały naprawdę szerokie pole do popisu. Barwne, niewielkie stworzenia obsiadały pobliskie drzewa, nie przejmując się bliskością miasta. Symbol Krainy Świtu - bo tak były postrzegane - co wieczór wyprawiał swój głośny, pożegnalny koncert. Piskliwym wyciem ravapory zagłuszały wszystko, nawet rozmowę, która dotarła do uszu Sienny, gdy była już naprawdę blisko okolicznego urwiska. Przyśpieszyła, pokonując ostatnią linię drzew, i w końcu wkroczyła na niewielką polankę, z jednej strony otoczoną przepaścią i rozciągającym się na dolinę widokiem.

- Powiedziałem jej, że cycki i broda to może nie jest dobry pomysł. Że chyba nie jesteśmy gotowi na taki szok cywilizacyjny. - Meren przerwał swoją opowieść, dostrzegając czwartą członkinię drużyny. Uśmiechnął się zawadiacko, dając znać, że o małym spięciu na arenie dawno już zapomniał. - O, witaj, siostro. Widzę, że jak zwykle po spotkaniu z księżniczką twoja twarz promienieje szczęściem.

Skrzypaczka wzruszyła ramionami i sięgnęła po podawany jej przez Hiwena pucharek. Na polance paliło się ognisko, wokół ustawiono kłody do siedzenia i ktoś pofatygował się nawet, by przytaszczyć tu ze sobą beczułkę wina. Lepszego zakończenia dnia Sienna nie mogłaby sobie wyobrazić.

Pociągnęła łyk mocnego trunku, skrzywiła się niezauważalnie i przysiadła obok Errel, która dotąd jak zaczarowana wsłuchiwała się w przytaczaną przez Merena anegdotkę. Młoda twarz, na której rysy atrakcyjnej kobiety wciąż się formowały, pozostając w cieniu dziecięcego uśmiechu, rozświetliła się ślicznie w blasku rzucanym przez ognisko, podkreślając tym samym łuki jej ciemnych brwi i rudobrązowe włosy. To dlatego Sienna wstrzymywała się ze zgodą na dołączenie Errel do ich ekipy - obawiała się zarozumialstwa i młodzieżowej pyszałkowatości. W końcu młoda wywodziła się z jednej z najbogatszych familii mieszczańskich w Anh Sang, która przez lata wzbogacała się na handlu płótnami, szkłem i ceramiką. Fakt, że od odziedziczenia fortuny dzielił ją cały tuzin braci, sióstr i siostrzeńców o niczym nie musiał świadczyć - Sienna znała takich jak ona. Zgodziła się ją przyjąć dopiero wtedy, gdy dziewczyna oznajmiła, że nie chce zostać towarem w handlowej grze rodziny. Że pragnie nauczyć się czegoś więcej.

- Zaczynam podejrzewać, że moja słodka siostra wpadła w obłęd - stwierdziła w końcu Sienna, odrywając się od wspominek. - Każe mi śledzić swoje towarzyszki.

- Co? Ale dlaczego? - Errel wyciągnęła dłoń z pucharkiem, bezgłośnie prosząc o dolewkę.

Sienna szturchnęła ją w bok, groźnie marszcząc brwi. Nie chciała, by młoda upijała się na umór. Chociaż zwyczaje w Anh Sang nieoficjalnie nigdy tego nie zakazywały, Sienna i tak wolała upierać się przy swoim.

- Pewnie jest ciekawa, o czym to dyskutują światłe przyjaciółeczki, gdy księżniczki nie ma w polu widzenia - podsumował Meren z krzywym uśmiechem.

- Nie. - Sienna z wahaniem pokręciła głową. - Maire boi się szpiegów.

Meren uniósł swoje krzaczaste brwi, które stanowczo powinny spotkać się z nożyczkami czy inną brzytwą. Powtarzał, że brwi współgrają z jego dziką naturą i - chociaż Sienna nie chciała w to wierzyć - poprawiają jego stosunki z najatrakcyjniejszymi mieszczankami Anh Sang.

- Niby dlaczego ktoś chciałby śledzić Maire? - zaprotestował. - Ona chyba nie robi nic innego, tylko tańczy, podlizuje się bogatym arystokratom, gromadzi beznadziejną sztukę i uczy swoje diarany nowych sztuczek. Jestem przekonany, że co niektórzy chłopcy do sprzątania łajna w pyrozagrodach prowadzą ciekawsze życie.

- Cóż, ona ma najwyraźniej... nie wiem... jakieś przeczucie chyba. - Sienna wydęła wargi. Podnosząc się ze swojego miejsca, ruszyła po dolewkę wina. - Wyglądała na trochę przerażoną.

- Sama powiedziałaś. Obłęd - skomentował Meren z prostotą.

Sienna wzruszyła ramionami i zapatrzyła się w gasnące światła wiosek w dolinie. Ten widok wydawał się taki znajomy, taki bliski i daleki zarazem. Kraina Świtu pokryta mrokiem. Skrzypaczka uwielbiała ten paradoks.

- Albo coś więcej - odezwał się nagle małomówny Hiwen. Jego tubalny głos, który oświadczał coś tak niepokojącego, sprawił, że wszystkie włoski na ciele Sienny stanęły dęba.

- Albo coś więcej... - powtórzyła pod nosem. Odtrąciła od siebie niebezpieczne domysły, z powrotem odwracając się do drużyny. Na twarzy Sienny zatańczył ironiczny uśmieszek. - No dobra, kto może się dzisiaj pochwalić zwycięstwem na arenie?

Pochmurna mina Merena całkowicie poprawiła jej humor.

***

Sienna podrapała się po nosie, odpędzając natarczywego owada. Dzisiejszy poranek okazał się gorący, zbyt gorący jak na jej gust, toteż bez namysłu wcisnęła na siebie krótką, ciemnoniebieską tunikę, której rozcięte boki spływały na uda. Do skórzanego gorsetu opinającego piersi przymocowała lekką konstrukcję, na której bez problemu zatknęła skrzypce. Na całe szczęście w Anh Sang panowały na tyle luźne zwyczaje, by nikt już nie zwracał uwagi na odsłonięte po kolana nogi i gołe ramiona. Jedynie na zamku damy musiały męczyć się w swoich obszernych sukniach, do których ubrania Sienna była zmuszana jedynie podczas ważnych uroczystości. Czasami nawet matka przypominała sobie o istnieniu swojej drugiej córki i żądała od niej udziału w nieskończenie długich i nudnych bankietach.

Skrzypaczka odchyliła zasłaniającą jej widok różę i zmarszczyła brwi. Od ponad godziny tkwiła na balkonie. Skryta za dorodnym kwietnikiem obserwowała przez pokaźne okno sypialni, jak Jeseris szykuje się do wyjścia ze swojej rodzinnej rezydencji w najbogatszej części Anh Sang. Nie mogła znieść oglądania fascynujących poczynań towarzyszki Maire. Dama najpierw wzięła kąpiel, potem kazała wyszczotkować służbie swoje rude kudły, później przez tysiąc lat wybierała odpowiednią na ten dzień suknię, a na koniec zasiadła przed toaletką i pozwoliła nakładać na swoją twarz kremy i pudry, o których istnieniu Sienna nie miała pojęcia. Sama iskrowładna nie wychodziła z własnej komnaty bez odpowiedniego przygotowania - w ciemnej kresce na powiekach i wypełnianiu brwi węglem stała się nawet małą mistrzynią - ale, na litość bogów Dnia i Nocy, ile można siedzieć przed własnym odbiciem?

Sienna po raz kolejny odpędziła natrętnego owada i zaczęła poważnie zastanawiać się, co takiego skłoniło Maire do posądzania Jeseris o szpiegostwo. Przecież jej poczynania - jakkolwiek czasami głupie - wyglądały na całkiem zwyczajne i normalne dla kobiety z takim urodzeniem.

Dlaczego więc księżniczka wyglądała na tak przestraszoną? To jasne, że na zamku przebywali szpiedzy z obcych pałaców, Sienna była pewna, że Świt również poupychał swoich ludzi tu i tam - w końcu na tym polegała polityka. Ale skąd wzięły się jej siostrze podejrzenia w stosunku do Jeseris, najnudniejszej kobiety pod słońcem?

Widząc, jak dama po raz kolejny przywołuje służkę, by ta poprawiła niesforny lok, Sienna parsknęła i pokręciła głową, ubolewając nad własną głupotą. Co ona właściwie tutaj robiła? Powinna odsypiać nocną popijawę, która trwała do późna. Tymczasem prędko opuściła wynajęty pokój w sprawdzonej gospodzie, zahaczyła o swoją komnatę na zamku, po czym bez namysłu udała się do bogatej dzielnicy Anh Sang, by obserwować nudne i monotonne poczynania farbowanej lisicy.

O nie, jeżeli Jeseris miała coś wspólnego ze szpiegowaniem i Pałacem Zmierzchu, Sienna była gotowa ogolić się na łyso i definitywnie pozbyć się swoich białych włosów.

Z tym postanowieniem ruszyła w kierunku areny.

***

- Odsuńcie się na chwilę. - Głos Sienny przeciął żałosne rzępolenie Merena, który za pomocą harmonijki i odpowiednich oktaw próbował uformować niewielkie tornado kolorowych iskier w coś, co zwodniczo przypominało kobietę o wyjątkowo obfitym biuście. Oglądając jego popisy, Sienna zastanawiała się, czy ktoś kiedykolwiek będzie w stanie tak namieszać mu w głowie, by wyplenić stamtąd myśli o burdelach i jednorazowych przygodach. - Chcę coś wypróbować.

Meren ziewnął i cofnął się o krok. Najwyraźniej nie zdążył jeszcze odespać nocy, a swoje niezadowolenie z powodu spotkania na arenie pokazywał w każdym geście i spojrzeniu. Na całe szczęście Sienna już dawno przyzwyczaiła się do jego humorków, inaczej tak jawna dezaprobata skończyłaby się porządną bójką.

Errel bez słów wykonała polecenie, nieznacznie przysuwając się w stronę Merena. Mając przed sobą puste pole i pojedynczego manekina ćwiczebnego, Sienna wzięła głęboki wdech i zatknęła skrzypce pod brodą. Wprawnym ruchem musnęła smyczkiem struny i zaczęła od powolnej, cichej melodii.

Muzyka leniwie popłynęła po arenie, przenikając każdy skrawek powietrza. Monotonne tony wypełniły okolicę, a Sienna skierowała się w stronę manekina.

Krok za krokiem, powtórzyła w głowie.

Z ziemi zaczęły podnosić się rozespane drobiny srebrnych refleksów, powoli otulając wskazanego przeciwnika migoczącym kokonem wirującej magii. Nagle skrzypaczka przerwała, urywając potok usypiających dźwięków. Spod jej strun wydobyły się dwie fałszywe nuty, które zaraz zastąpiła agresywną melodią.

Iskry tuż przy ziemi zadrżały. Z początku nie chciały ulegać napierającej mocy skrzypiec. Niechętnie wpadały na siebie, tworząc słabe rozbłyski. Sienna zacisnęła usta, zmieniła układ palców i spod smyczka wydostał się głośny nakaz, który narzucał bezwzględne posłuszeństwo.

Zadziałało. Rozbłyski stawały się coraz częstsze i jaśniejsze. Pulsująca energia urosła do odpowiednich rozmiarów, pękając na kilka ogniw. Gołym okiem dało się zauważyć przepływ magii i poruszanie cząsteczek, nieświadomie podążających za wolą melodii. W końcu srebrna chmura rozpadła się na dwie części, formując niewyraźne sylwetki.

Na kark Sienny wstąpił pot, który wymieszał się z dreszczem ekscytacji. Nie zważała na ból pleców i mięśni ramion. Była bliska czegoś nowego, czuła to w kościach. Czuła to w podmuchach natarczywej magii, czuła to nawet w coraz bardziej zdumionych spojrzeniach przyjaciół.

Nie straciła jednak koncentracji. Sprowadziła melodię na łagodniejszy tor, ukierunkowała ją nie na furię zniszczenia i walki, ale na akt stworzenia. Jednostajne, wysokie dźwięki mieszały się ze sobą, wplatając w muzykę kolejne zaklęcie.

Wtedy na oczach Sienny z dwóch odłamów wirującej wciąż chmury iskier uformowały się dwa kształty. Biały cień wojownika, na którego składały się tysiące srebrno-białych rozbłysków, podniósł swój niematerialny miecz. Melodia przyspieszyła. Zdawałoby się, że spod strun zabrzmiało warknięcie i rozkaz do ataku.

Lśniący wojownik nie zawahał się nawet na moment. Ostrze pomknęło w stronę manekina z niewiarygodną precyzją. Po chwili drewniana głowa kukły ze stukotem potoczyła się po ziemi.

Sienna w tym momencie przerwała grę, brutalnie odciągając smyczek od strun. Biali wojownicy natychmiast rozpłynęli się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie ledwie dostrzegalne smugi.

- Na bogów Dnia i Nocy, co to było? - Dopiero Meren odważył się przerwać ciszę, jaka zapadła po nietypowym pokazie.

Skrzypaczka pochyliła się lekko, próbując zaczerpnąć powietrza, które w czasie użytkowania magii w zastraszającym tempie opuszczało ciało. Wzruszyła ramionami, chcąc przepędzić podekscytowanie. Nie miała pojęcia, co to było - wiedziała jedynie, co oznaczało. Krok dalej w melodii bitewnej, krok dalej w sile jej mocy i krok dalej w poskromieniu iskier.

Uśmiechnęła się do siebie.

- Coś nowego - odparła poważnym tonem.

- Ty... - Twarz Errel rozjaśniła się z zachwytu. - Ty dałaś radę przywołać świetlistych wojowników!

Meren bez słowa podszedł do odrąbanej głowy manekina i podniósł ją na wysokość swoich oczu.

- Ten tu chyba nie podziela twojego entuzjazmu. - Mężczyzna ze zdumieniem podziwiał równe przecięcie, które wyglądało, jakby zostało zrobione prawdziwym orężem.

Sienna przewróciła oczami i zaczepiła skrzypce o konstrukcję na plecach. Musiała to przemyśleć na spokojnie, rozważyć kilka posunięć i dokładnie przypomnieć sobie kolejne kroki.

- Trochę zimno się zrobiło, no nie? - Errel potarła swoje odsłonięte ramiona i rozejrzała się dookoła. Nic jednak nie wskazywało na gwałtowny spadek temperatury. Słońce nadal oświetlało te części areny, których nie osłaniał cień rzucany przez boczne ściany.

Sienna ponownie wzruszyła ramionami, lekceważąc jej słowa. Nie miała pewności, czy szron, który w czasie gry pojawił się na skrzypcach, był prawdziwy, czy może należał do złudzenia magii. Kolejna rzecz do dokładnej analizy.

- To by się inni iskrowładni zdziwili. - Meren wykrzywił twarz w imitacji triumfującego uśmieszku. Ciężko było stwierdzić, co tak naprawdę o tym wszystkim myślał.

W całym Anh Sang przebywała jedynie dziesiątka wojowników, którzy posiedli umiejętność posługiwania się melodią bitewną. Sienna, Hiwen, Meren i Errel tworzyli Drużynę Świtu i współpracowali ze sobą, ale pozostali iskrowładni nie byli tak skłonni do integracji. Większość z nich pracowała dla arystokratów, bogatych mieszczan lub zatrudniała się przy losowych zleceniach. Sienna kiedyś próbowała ich przekonać do dołączenia, ale dumni wojownicy nawet nie chcieli z nią rozmawiać. Tylko Meren - tandetny dowcipniś bez domu i rodziny - przystał na jej niecodzienną propozycję. Z Hiwenem poszło o wiele prościej - wystarczyło, by dryblas zapytał swoją żonę o zgodę. Po tym, jak Errel doszła do nich rok później, Sienna straciła całą nadzieję na to, że ktoś ze starszych iskrowładnych zmieni zdanie.

Denerwowało ją takie marnowanie talentu, który mógłby przysłużyć się większej sprawie. Sienna pamiętała historie opowiadane przez stare niańki. Przecież przed wiekami w Pałacu Świtu służyły setki iskrowładnych wojowników... Dlaczego pomysł przywrócenia tej tradycji wydawał się wszystkim taki śmieszny?

Sienna doskonale wiedziała dlaczego. Anh Sang popadło w odrętwienie. Lata pokoju, upajania się winem i słodkich zabaw upewniły ludzi, że nic im nie grozi. Że Bardowie nie są im potrzebni. Daleka wojna na północy prawie wcale ich nie obchodziła, a to przecież było tylko złudzenie bezpieczeństwa. Pałac Zmierzchu w każdym momencie mógł ugiąć się przed siłą Martwych Królestw i wpuścić do Rantii całe oddziały wrogich żołnierzy.

Większość tych, którzy sięgali po instrument i odkrywali w sobie moc, rozwijała ją w całkowicie innym kierunku. Na salonach często słyszało się grę na fortepianie, która wszystkich doprowadzała do łez. Dźwięki akordeonu rozweselały tłumy na kolorowych uliczkach, a niskie tony wiolonczeli wprawiały klientów burdeli w odpowiedni nastrój. Nawet Maire swoimi występami na harfie sprawiała, że widzowie uśmiechali się do siebie z serdecznością.

Sienna nigdy nie mogła na to patrzeć. Marnotrawstwo, krzyczała rozsądna część jej duszy. Ta, która nigdy nie dała się omotać zwodniczym dźwiękom.

- No nie wiem. - Skrzypaczka skrzywiła się znacząco. - Musieliby najpierw oderwać się od przeliczania pieniędzy.

Zerknęła w stronę dobudowanego do areny magazynu, zamierzając kazać Merenowi załatwić sprawnego manekina, ale jej oczom ukazał się pędzący w ich stronę Hiwen. Dzięki swojej imponującej sylwetce bębniarz robił tym spore wrażenie.

Sienna wiedziała, że czwarty członek drużyny miał dzisiaj sporo pracy we własnej piekarni, toteż nie naciskała, by do nich dołączył. Dlatego jego widok odrobinę ją zaniepokoił.

- Nigdy nie zgadniecie - zaczął, dysząc ciężko, a cała uwaga skoncentrowała się na nim - kto odwiedził nasze miasto.

Wszyscy popatrzyli po sobie. Jeszcze nigdy nie widzieli Hiwena takiego przestraszonego i tak zaaferowanego czymkolwiek. Bębniarz był oazą spokoju. I to on zazwyczaj przerażał przeciwników swoją rytmiczną grą.

Nagle Sienna przypomniała sobie o strachu siostry. O rozmowie, która zaczęła wczorajszą zabawę.

- Zmierzch - wyszeptała, czując, jak na jej kark ponownie wstępuje nieprzyjemny dreszcz. Przez chwilę myślała, że mężczyzna zaprzeczy. Że wyśmieje jej nierozsądne obawy. Ale Hiwen milczał.

***

- Skąd ty w ogóle o tym wiesz? - Ton Merena był tak potępiający, jakby to Hiwen sprowadził tu obce siły z północy.

Wieże zamkowe znajdowały się coraz bliżej. Cała Drużyna Świtu zmierzała w tamtą stronę, jakby się paliło. Nikt nawet nie chciał wysnuwać teorii, co do wizyty przedstawicieli Pałacu Zmierzchu.

- Wystawiałem właśnie towar w piekarni, kiedy Hortie zauważyła jakieś zamieszanie na ulicy - wyjaśnił dryblas, ledwo nadążając za pozostałymi członkami. - Wiecie, że ją niełatwo wytrącić z równowagi.

Sienna pokiwała głową. Żona bębniarza należała do najspokojniejszych kobiet, jakie dotąd spotkała. Cóż, pod tym względem pasowali do siebie wyśmienicie.

- No i? - Meren skręcił w kolejną uliczkę, która prowadziła prosto pod bramy zamku. - Co dalej?

- Przez drogę przejeżdżał czarny orszak, a srebrno-fioletowe barwy mówiły za siebie - dokończył Hiwen.

W końcu dotarli pod bramę, której pilnowali zdenerwowani strażnicy. Na widocznym stąd dziedzińcu kręciła się cała masa ludzi, ale i tak najbardziej w oczy rzucała się czarna kareta, którą obstawili obcy wojownicy.

- Wstępu nie ma - ogłosił jeden ze strażników poważnym tonem. Sienna rzuciła mu mordercze spojrzenie.

Znała jego opaloną twarz jedynie z widzenia. Miała pewność, że on także musi ją rozpoznawać. Przez te wszystkie lata zdołała poznać dużą część pałacowych strażników, chociaż ten musiał dołączyć do nich stosunkowo niedawno.

- Mieszkam w pałacu, a moja matka jest Księżną Świtu. Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł, by stawać mi na drodze? Chcesz się później tłumaczyć księżnej? - To pytanie najwyraźniej musiało mu dać do myślenia. Zreflektował się, uzmysławiając sobie, że z tej chwilowej brawury mogą wyniknąć spore problemy.

- Pani może - oznajmił z wahaniem. Najwyraźniej nowe rozkazy, które otrzymali na czas wizyty wroga, były wyjątkowo niejednoznaczne. - Ale oni nie.

Meren parsknął z irytacją, wkurzony tak jawną obelgą.

- Co tam się, na litość bogów Dnia i Nocy, dzieje? - warknął. - Sukinsynów z północy wpuszczacie, a porządnych mieszkańców Anh Sang nie?

Sienna już miała zapytać o to samo, ale nagle przypomniała sobie o obecności szesnastoletniej Errel. Zgromiła przyjaciela wzrokiem.

- Język, Meren, nie wszyscy tutaj pochodzą z miejskiej latryny - zauważyła uszczypliwie.

- Ale ja pochodzę. To mi chyba daje jakieś przywileje, prawda?

Skrzypaczka pokręciła głową z niedowierzaniem i znowu wbiła wzrok w zamieszanie panujące na widocznym fragmencie dziedzińca.

- Tak, przywilej siedzenia cicho - odparła nieobecnym tonem. Kwestia odpowiedniego słownictwa wyleciała z jej głowy w kilka sekund. - Słuchajcie, muszę tam iść. Dowiem się, o co właściwie chodzi, i dam wam znać - dodała niepewnie.

Cała trójka zgodnie pokiwała głowami. Sienna widziała mieszankę ekscytacji i strachu na ich twarzach. Nie podobało jej się to połączenie, sama zbyt dobrze je rozumiała.

***

Czarne mundury nieznajomych wyglądały złowróżbnie. Lekkie zbroje z wystającymi zza pleców trzonami potężnych toporów na wszystkich działały odstraszająco. Nawet strażnicy nie zbliżali się do ochroniarzy okutej, masywnej karety. Z początku Sienna myślała, że to więzienny wóz - dopiero niewielkie okno i wijące się na drzwiach zdobienia ze szczerego złota wskazywały na coś innego. Tym powozem musiał podróżować ktoś niezwykle ważny. Może nawet sam Wielki Książę Pałacu Zmierzchu? Ciągnące powóz pyroraksy parskały głośno, wydmuchując kłębki ciemnego dymu. W Rantii wykorzystywano je zarówno jako wierzchowce, jak i zwierzęta hodowlane i pociągowe. Ich sierść była czarna, poprzetykana rzadkimi, białymi pasami. Sienna nigdy nie widziała takiej maści u tych zwierząt.

Wzdrygnęła się, rzuciła wojownikom nieprzychylne spojrzenie i czym prędzej popędziła do środka. Nie zawracała sobie głowy strażnikami, którzy robili nerwowe miny, nie zwracała uwagi na służbę, z przestrachem w oczach szepczącą po kątach, ani na niższych urzędników, którzy nie mieli wstępu do sali tronowej. Ignorowała nawet własne podniecenie naglące do szybszego kroku. Wiedziała, że Anh Sang właśnie odwiedził ktoś, kto nigdy nie powinien tu stanąć. Zmierzch nie miał prawa wejścia na ziemię Świtu, przybysze stamtąd kalali ją każdym swoim oddechem.

Strażnicy pilnujący wielkich, otwartych na oścież drzwi wyprostowali się na jej widok, ale nie robili Siennie żadnych problemów. Już wcześniej zauważyła, że sala tronowa pęka w szwach od arystokratów, wysokich urzędników i najbogatszych mieszczan. Skrzypaczka z groźną miną przepchnęła się przez tłum zaciekawionych gapiów i w końcu dostrzegła powód całego zamieszania.

Sala tronowa Pałacu Świtu od zawsze należała do najjaśniejszych punktów pałacu. Specjalna kopuła została zaprojektowana tak, by wychwytywać słoneczne refleksy w swojej doskonałej formie. Wysokie, duże okna oświetlały każdy kąt pomieszczenia, a dyskretnie porozmieszczane lustra kierowały światło na podwyższenie, na którym zasiadała jej wysokość Księżna Świtu wraz z najważniejszymi doradcami oraz swoją córką, Maire.

Teraz jednak do sali tronowej - mimo popołudniowego słońca - wdarły się elementy mroku, rzucające cienie na delikatną posadzkę komnaty. Sześciu wojowników Zmierzchu stało w równym rzędzie, w niewielkim oddaleniu od swoich panów, zabezpieczając tyły. Sienna widziała połyskujący oręż, po który mogli sięgnąć w każdym momencie. Równo ostrzyżone, ciemne włosy idealnie komponowały się z przerażającymi tatuażami na twarzach nadającymi obcym wstrząsającego wyglądu.

- Oczekujesz od nas, panie, wypełnienia obietnicy sprzed wieków? - Ostry ton Księżnej Świtu zwrócił uwagę Sienny na właściwie wydarzenia. - To nonsens. Nie spodziewałam się ze strony Pałacu Zmierzchu takiego szaleństwa.

Przez tłum przetoczył się przejmujący szept. A Sienna w końcu przepchała się do części, w której miała widok na całe przedstawienie. I to w pierwszym rzędzie.

Przed podwyższeniem, w asyście odzianego w czarną zbroję wojownika, stał starszy mężczyzna o przyprószonej siwizną czuprynie. Jego bogaty - chociaż całkowicie czarny z rzadkimi ozdobami ze złota - strój, emanująca z twarzy mieszanka dumy i ciekawości oraz brak jakiegokolwiek strachu przed samą Księżną Świtu jasno mówiły o randze urzędnika.

Sienna zmarszczyła brwi, przyglądając się drugiemu mężczyźnie. Widziała kilka złotych odznaczeń na jego piersi, chociaż ich symbolika pozostawała dla niej tajemnicą. Ciemna zbroja nie posiadała żadnych niepotrzebnych upiększeń - jedynie burgundowa peleryna na plecach wojownika prezentowała pewien zbytek. Zbytek, który podkreślał również rangę jej właściciela. Sienna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że hełm niedbale trzymany przez nieznajomego pod pachą, a także dwa krótkie ostrza przy pasie miały służyć jako pokaz - niema groźba i prezentacja siły.

- Wasz pradziad, Wielki Książę Pałacu Świtu, obiecał przymierze w niebezpiecznych czasach. Obiecał rękę jednego ze swoich potomków - przypomniał urzędnik basowym tonem. - A tak się składa, że Księżniczka Świtu spełnia wszystkie warunki owej obietnicy.

W sali tronowej mógłby równie dobrze zabrzmieć róg wojenny, a i tak nie przebiłyby zgiełku i niezadowolonych okrzyków, które wybuchły w pomieszczeniu. Przez chwilę Sienna miała wrażenie, że dworzanie rzucą się na obcych i rozszarpią te ich nieskazitelnie czyste mundury.

Właśnie wtedy jej wzrok trafił na spojrzenie matki. Ciemnobrązowe, lekko skośne oczy przygwoździły Siennę do ziemi, odbierając na moment dech w piersiach. Kobieta jeszcze nigdy nie patrzyła na nią w ten sposób.

W końcu jednak westchnęła prawie niezauważalnie i powstała ze złocistego tronu. Wpadające przez okna promienie rozświetliły jej sylwetkę, która stała się centralnym punktem sali.

Głosy wszystkich ucichły.

- Chciałabym rozwiązać problem obietnicy sprzed wieków na osobności i w spokoju. Wkrótce wydam oficjalne oświadczenie, jednak teraz uniżenie proszę o opuszczenie sali tronowej i powrót do codziennych obowiązków.

Nikt nie miał wątpliwości, że uniżona prośba była rozkazem. Arystokracja, mieszczanie, urzędnicy - wszyscy zaczęli opuszczać komnatę, nie kryjąc swego niezadowolenia. Niezbity dowód posłuszeństwa.

- Proszę również, by żołnierze Pałacu Zmierzchu poczekali na stosowne rozkazy na pałacowym dziedzińcu - dodała władczyni głosem równie uprzejmym, co nieznoszącym sprzeciwu.

Urzędnik wahał się przez chwilę, ale w końcu skinął głową. Stojący obok niego wojownik rzucił w stronę swoich ludzi jedno polecenie i cała szóstka odwróciła się z godną podziwu synchronizacją.

- Sienna...

Ostatnie, ostre zawołanie księżnej zatrzymało skrzypaczkę w połowie drogi do wyjścia. Skrzywiła się pod nosem i powoli odwróciła się w stronę tronu. Kilka spojrzeń powędrowało w jej kierunku.

- Ty zostajesz!

Dwa słowa, które wyjątkowo nie przypadły Siennie do gustu. Zdusiła w sobie otwarty bunt, zacisnęła lekko pięści i powoli podeszła do podwyższenia, gdzie pozostała tylko matka, siostra i dwójka obcych.

Z odrobiną satysfakcji zmierzyła ich chłodnym spojrzeniem. Chłód - tylko on wychodził Siennie tak dobrze. Nie miała pojęcia, jakim sposobem jego maska nie schodziła z jej twarzy, podczas gdy wewnątrz szalał potworny żar.

Przez długi czas po zamknięciu drzwi w sali panowała przejmująca cisza. W końcu Sienna westchnęła pod nosem. Gościom należało pokazać, że Pałac Świtu nie traktuje poważnie takich bzdur. A nikt na całym dworze nie mógłby lepiej naigrawać się z przybyszów, nie ryzykując tym samym utraty głowy. Sienna już dawno zorientowała się, że dzięki swojej częściowej niewidzialności może pozwolić sobie na wiele. Bardzo wiele.

- Co to za jedni? - zapytała niewinnym głosem. Urzędnik posłał jej pełne niedowierzania spojrzenie, które już samo w sobie stanowiło dla Sienny nagrodę. Im więcej mogła otwarcie drwić z pałacowej etykiety, tym lepiej.

- Moje imię brzmi Goldis, jestem Ambasadorem Jego Książęcej Wysokości Zmierzchu - oznajmił urzędnik z godnością i powagą znamienitych mężów.

Sienna niemal widziała, jak jego pierś napręża się pod dopasowanym kaftanem.

- Pierwszy raz słyszę - podsumowała zgodnie z prawdą.

Ambasador już nabrał powietrza, by prawdopodobnie wydać na nią wyrok szafotu, spalenia, łamania kołem czy innych nieprzyjemności, ale Księżna Świtu postanowiła w tym momencie interweniować.

- Wystarczy, Sienno. Powstrzymaj swój język.

Skrzypaczka rzuciła jej spojrzenie z niemym pytaniem. To czego właściwie ode mnie oczekujesz?

Księżna nawet nie zerknęła w kierunku bękarta. Skupiła uwagę na intruzach.

- Jeżeli Wielki Książę Zmierzchu oczekuje, że oddam mu moją jedyną córkę i spadkobierczynię, to musi być większym głupcem, niż to opisują plotki - parsknęła władczyni, okazując pierwsze oznaki zdenerwowania.

- Zważaj, pani, na słowa - upomniał ambasador z marsową miną. - Jeżeli nasze pałace nie połączą się w prawomocnym sojuszu, Martwe Królestwa prędzej czy później pokonają obronę Zmierzchu i rozleją się na cały półwysep. Pomijając fakt, że łamanie złożonych obietnic uchodzi za wyjątkowy brak kultury, odmowa byłaby również wyrokiem na Pałac Świtu.

Jego słowa niebezpiecznie zawisły w powietrzu. Wargi księżnej zacisnęły się z niezadowoleniem. Sienna dopiero teraz zwróciła uwagę na stojącą nieopodal Maire, której twarz pokryła się niecodzienną bladością, przebijającą się nawet przez jej piękną, śniadą karnację.

- A jeśli właśnie to zrobię? Jeśli powiem nie? - We władczym tonie Księżnej Świtu odezwały się pierwsze nutki zawahania.

Sienna spojrzała w jej stronę z lekkim zdumieniem. Czyżby dumna matka rozważała inną opcję?

- Wtedy będziesz mogła przeżyć beztrosko kolejne piętnaście, dwadzieścia lat, pani - wtrącił milczący dotąd wojownik.

Miękki baryton i pozorna obojętność nieznajomego sprowadziły na kark Sienny kolejną tego dnia falę dreszczy. Niespokojnie zerknęła w jego stronę, ale widok czarnego tatuażu, który przecinał jego nos i policzki, tylko pogorszył jej samopoczucie.

- Ale potem, gdy martwi ludzie wedrą się do twojej komnaty i na twoich oczach zamordują twoje dzieci i wnuki - podkreślił z mocą - będziesz sobie zadawać jedno pytanie.

Wszyscy wiedzieli, o jakim pytaniu mówił wojownik. Sienna sama próbowała sobie na nie odpowiedzieć, ale wynik za każdym razem ją przerażał.

Co się stanie, jeżeli Martwe Królestwa zaatakują Pałac Świtu? Bezbronny Pałac Świtu, który do swojej dyspozycji miał niewiele ponad tysiąc zwykłych wojowników porozrzucanych po niewielkich granicznych warowniach, stu pałacowych strażników i dziesiątkę iskrowładnych? Pałac Świtu, który z dnia na dzień żył zabawami, winem i cielesnymi uciechami?

Nawet księżna uświadomiła sobie namacalne zagrożenie, jakie pukało do drzwi. W jej podświadomości od dawna musiał zalęgać się skrywany i kamuflowany strach, który w tym momencie zalał cały rozsądek władczyni. Sienna z niepokojem odkryła, że po raz kolejny tego dnia wpatruje się w srogie oczy matki. Tym razem jednak kryło się w nich przerażenie. Ostre rysy twarzy księżnej, tak podobne do tych, które skrzypaczka mogła oglądać co rano we własnym odbiciu, teraz rozciągnęły się w nieznanym dotąd grymasie. Sienna mogłaby przysiąc, że na ciemnobrunatnych włosach matki osiadły pierwsze oznaki siwizny.

- Maire - odezwała się nagle władczyni nieswoim głosem. - Każ, proszę, służbie spakować wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i przyszykować cię do drogi. Pośpiech, jak mniemam, jest tu na wagę złota.

Księżniczka pobladła jeszcze bardziej, chociaż wydawało się to niemożliwe. Drżące usta składały się w krzyk protestu, ale wrodzone posłuszeństwo i wbite zasady kultury całkowicie stłumiły wszelki bunt. Maire dygnęła przed zebranymi, emanując wdziękiem i kobiecością, po czym w milczeniu ruszyła w stronę wyjścia. Sienna zerknęła za nią, czując smród strachu i niedowierzania. Sama nie rozumiała zupełnie niczego.

- Mądra decyzja, pani. - Ambasador zgiął się w pełnym zadowolenia ukłonie. - Wielki Książę Zmierzchu z pewnością...

- To nie wszystko, ambasadorze - syknęła księżna z ledwie hamowaną irytacją. - Chciałabym na osobności negocjować pewne warunki, na które wasz książę będzie musiał przystać - podkreśliła z wyraźną satysfakcją.

Sienna w końcu odzyskała zdolność oddychania. Strach i prozaika matki napawały ją obrzydzeniem, którego nie miała ochoty akceptować. Dlaczego kazała swojej córce zostać? By ta stała się świadkiem przegranej? Ustąpienia Pałacowi Zmierzchu!?

- Zamierzasz ją tam po prostu wysłać, tak? - warknęła skrzypaczka, zapominając o całym zdrowym rozsądku. - Do widmowładnych, którzy dopóki nie dostali zasłużonego prezentu w postaci wojny z Martwymi Królestwami, mordowali, napadali i kradli na naszych ziemiach? Jaką masz pewność, że nic jej nie zrobią?

Oczy matki ciskały błyskawice, ale Sienna miała to w głębokim poważaniu. Palący ją żar tworzył z naturalnym chłodem wybuchową mieszankę.

- Wraz ze zgodą Księżnej Świtu, Wielki Książę Zmierzchu i Księżniczka Maire stają się narzeczeństwem - oznajmił ambasador z nieskrywanym niezadowoleniem. Słowa Sienny najwyraźniej nie przypadły mu do gustu. - A to oznacza pokój między naszymi Pałacami. Z głowy księżniczki nie spadnie ani jeden włos, ręczę za to własnym życiem.

Sienna parsknęła i z niedowierzaniem pokręciła głową. Taka impertynencja w innych okolicznościach nawet jej nie uszłaby na sucho, ale teraz... Teraz miała wszystko w głębokim poważaniu. Nie mogła zrozumieć naiwności matki i jednocześnie nie potrafiła wymyślić rozsądnego wyjścia z tej sytuacji. Przecież sama chciała, by Pałac Świtu w końcu się przebudził... ale na bogów Dnia i Nocy, nie takim kosztem!

- Jeżeli tak bardzo zależy ci na bezpieczeństwie siostry, będziesz eskortować ją na ziemie Pałacu Zmierzchu.

Słowa matki były niczym wyjątkowo bolesne uderzenie w brzuch. Nagle Sienna zrozumiała powód, dla którego księżna kazała jej zostać w sali.

- A teraz odprowadzisz Wojownika Pierwszej Krwi na dziedziniec i również zaczniesz szykować się do drogi.

Sienna miała ochotę wyciągnąć skrzypce zza pleców, wyczarować srebrzystych wojowników i kazać im odciąć głowę kukle, która nazywała siebie Księżną Świtu. Skrzypaczka zacisnęła pięści, walcząc z własnym temperamentem. Spokój!, krzyczała w myślach. Obiecała sobie, że potem znajdzie rozwiązanie z tej sytuacji, a następnie przekona matkę, że to zły pomysł. Gniew jest złym doradcą, przekonywała się po cichu.

- Proszę za mną - rzuciła w stronę wojownika z najbardziej fałszywym uśmiechem, na jaki było ją stać. Miała nieodparte wrażenie, że w ciemnych oczach gościa dostrzega rozbawienie całą sytuacją, ale to też zepchnęła na drugi plan. Spokój!, powtarzała sobie monotonnie.

Na całe szczęście nikt nie zauważył nitek szronu, które osiadły na oknach sali tronowej.

***

- Siostry.

Miękki baryton zaskoczył Siennę na schodach. Miała nadzieję, że aż do dziedzińca wojownik będzie cicho.

- Z tego, co słyszałem, księżna mówiła coś o swojej jedynej córce.

Sienna spróbowała skupić się na kolejnych stopniach. Przez bardzo krótką chwilę miała ochotę po prostu zignorować Wojownika Pierwszej Krwi, ale coś w jego tonie powstrzymało ją przed potępiającą ciszą.

- Księżna Świtu lubi sobie dla żartów o mnie zapominać - odparła kwaśno.

- Rozumiem. - A ty co? Jesteś jakąś drugorzędną księżniczką w spodniach?

Skrzypaczka wątpiła, by cokolwiek rozumiał, ale mimowolnie zerknęła na swoje treningowe spodnie, które wrzuciła na siebie jeszcze przed rozpoczęciem ćwiczeń na arenie.

- Jestem bękarcią księżniczką, dla której zabrakło wyszytych złotem sukni. A ty co? - Sparodiowała jego ton. - Myślałam, że Wojownik Pierwszej Krwi jest na tej waszej północy kimś więcej, niż tylko chłopcem na posyłki.

Pokonali schody i minęli grupkę służących, którzy wpatrywali się w wojownika zdumionymi spojrzeniami. Sienna specjalnie wybrała duży skrót, by oszczędzić sobie męki, ale tymi korytarzami kręciło się więcej ludzi.

Wojownik długo nie odpowiadał. Najprawdopodobniej uraziła go tym stwierdzeniem, ale w tamtym momencie niewiele ją to obchodziło. Po dłuższej chwili przedłużającego się, milczącego marszu Siennę pokonała jednak własna ciekawość. Uważnie zerknęła w stronę widmowładnego, próbując znaleźć więcej powodów do pogardzania Pałacem Zmierzchu.

Końcówki ciemnych włosów wojownika były jasnobrązowe, niemal blond, co stanowiło dość zaskakujący kontrast. Czarne oczy, blada skóra i te przeklęte tatuaże robiły z niego namacalne uosobienie wszystkich bajek, którymi straszono ją w dzieciństwie.

- Cóż, skoro najprawdopodobniej będziemy dzielić przyjemność wspólnego podróżowania, mam nadzieję, że na własnej skórze poznasz nagrodę, jaką otrzymał Pałac Zmierzchu. Martwi ludzie i plemiona zapewne uświetnią naszą drogę wyjątkowo krwawymi przedstawieniami. - Ton wojownika nie zmienił się nawet o jotę, a mimo to Sienna po raz pierwszy odkryła w nim chłodną brutalność. - Może wtedy podziękujesz Pałacowi Zmierzchu, że przysłał swojego chłopca na posyłki - dorzucił złośliwie, po czym spokojnym krokiem ruszył w kierunku widocznego dziedzińca.

***

- Mój pradziad złożył obietnicę, ponieważ kochał księżniczkę, której nie mógł pokochać. - Głos Księżnej Świtu poniósł się echem po jej niewielkiej komnacie, w której jedynymi ozdobami był mały, misternie ozdobiony sekretarzyk i ogromne okno wpuszczające do środka promienie zachodzącego słońca.

Sienna zmarszczyła brwi. W drodze powrotnej została ponownie wezwana przed oblicze Księżnej Świtu, tym razem jednak miały rozmawiać na osobności. A to nie zdarzało się zbyt często.

- Zakochał się w Księżniczce Zmierzchu - pochwyciła Sienna z rezygnacją.

Matka nawet nie zerknęła w jej stronę. Od chwili wejścia córki do komnaty, wpatrywała się w horyzont.

- I że akurat myślał inną częścią ciała, niż powinien, złożył jej przysięgę wieczystej obrony. Nawet po jej śmierci.

Księżna westchnęła i smutno pokręciła głową. Najwyraźniej postanowiła pogrzebać gniew i upokorzenie pod maską melancholii.

- Tak. To oni udali się potajemnie do Cmentarnej Tkaczki i wybłagali od niej jedną przepowiednię. Przepowiednię o sojuszu Pałaców Świtu i Zmierzchu, który miał stać się najpotężniejszym w Rantii.

Sienna przewróciła oczami. Doskonale znała tę legendę i nie rozumiała, dlaczego matka rozwodzi się nad nią akurat teraz.

- A potem Wielkiego Księcia szlag trafił, księżniczka zmarła z tęsknoty, a Świt i Zmierzch nadal prowadziły zażarte wojny. Przynajmniej dopóki tych drugich nie zaatakowały Martwe Królestwa - dodała, przypominając sobie słowa Wojownika Pierwszej Krwi. Wciąż czuła niepokój, który powoli opanowywał całą podświadomość. - Dopiero teraz przypomnieli sobie o obietnicy sprzed lat.

Księżna pokiwała głową, wciąż zapatrzona w zachodzące słońce.

- Niedawno zmarł ich Wielki Książę, który nigdy nie chciał słyszeć o sojuszu ze Świtem - odezwała się nagle matka. - Myślę, że jego syn inaczej podchodzi do sprawy naszego pojednania. Tym bardziej że widzi, co tak naprawdę się dzieje.

Strach w tonie matki uświadomił Siennie, że ona sama też się bała. Podróży, wojny, obcych wojowników i martwych ludzi. Ale najbardziej przerażała ją bezsilność.

- A co się tak naprawdę dzieje? - zapytała niepewnym głosem.

- Oni przegrywają, Sienno. Zmierzch powoli sunie ku upadkowi. A kiedy przeciwnicy dostaną się na północ... - Pokręciła głową. - Cóż, wtedy będzie za późno nawet na modlitwę do bogów Dnia i Nocy. Dlatego właśnie zgodziłam się na ten sojusz. Myślę, że musimy zawierzyć słowom przepowiedni.

Sienna zmarszczyła brwi, przyglądając się matce z zastanowieniem.

- Wiedziałaś o tym - stwierdziła z niedowierzaniem. - Wiedziałaś, że Zmierzch wyśle swoją delegację. Już dawno o tym wiedziałaś! - Mimowolnie podniosła głos.

W oczach Wielkiej Księżnej Świtu pojawiła się dobrze znana dezaprobata.

- Ciszej, na bogów Dnia i Nocy - warknęła. - Myślisz, że nie wiedziałam? Ja? Naprawdę sądzisz, że delegacja obcego Pałacu mogłaby spokojnie przejechać przez połowę moich ziem, a ja bym nic o tym nie wiedziała? - parsknęła. - Pierwsze propozycje sojuszu Zmierzch wysłał już wiele miesięcy temu. Wahałam się przez długi czas, ale to dobre rozwiązanie. Wspomożemy ich zaopatrzeniem, którego zaczyna im brakować.

- Więc ta szopka w sali tronowej...

- Przedstawienie dla ewentualnych szpiegów z Pałacu Dnia. Nie mogą się za szybko dowiedzieć o naszym sojuszu. Niech to dla nich wygląda na polityczne przepychanki - odparła księżna spokojnie. Nagle westchnęła głośno, z niecodziennym dla niej przygnębieniem. - Proszę cię, zrozum... Myślę, że Maire... Maire i jej - zawahała się - małżeństwo zapewnią nam stabilny sojusz, którego Rantia teraz potrzebuje.

Matka nigdy nie prosiła. Księżna Świtu wydawała rozkazy. Dlatego błagalny ton tak oszołomił Siennę, że skrzypaczka przez kilka minut stała w ponurym milczeniu, nie potrafiąc uporządkować własnych myśli.

- Ale w tym wszystkim, przy tej przepowiedni i przy obecnym zagrożeniu, nie możemy zapominać o jednym. - Księżna odwróciła głowę, wbijając twardy wzrok prosto w swoją drugą córkę. - Zmierzch zawsze był i będzie naszym wrogiem. Nie daj się omamić wspólnemu celowi, nie daj się zwieść ich gładkim słowom i zwodniczemu sojuszowi. Oni nigdy nie zapomną o przeszłości. - W jej tonie zatańczyła stal. - My też nie możemy.

Przez chwilę po prostu stały naprzeciwko siebie, próbując ocenić wzajemne nastroje. Matka, władcza Księżna Świtu, wciąż piękna i dumna. Oraz córka - zupełnie inna od wszystkiego, co znał i aprobował Świt. W tym momencie nie tylko dwie wrogie sobie krainy zawarły sojusz. Milcząca umowa obowiązywała również je.

- Chcesz, żebym pomogła eskortować Maire, chcesz, bym zapewniła jej bezpieczeństwo - podsumowała Sienna. - Dobrze, ale...

- Nie - przerwała księżna. - Chcę, żebyś wzięła swoją Drużynę Świtu ze sobą i byście razem pomogli Maire przetrwać podróż oraz to, co czeka na nią na ziemiach Zmierzchu.

Sienna sapnęła, słysząc nakazujący, pozbawiony litości ton. To właśnie była jej matka. Ani śladu po smutku i melancholii.

- Nie będę ich do tego zmuszać - ostrzegła twardo. - Jeżeli ktoś z nich stwierdzi, że nie widzi mu się droga w towarzystwie obcych wojowników, nie będę nalegać.

Znowu bezsłowny pojedynek. Księżna w końcu zacisnęła zęby i pokiwała głową, zostawiając zwycięstwo Siennie.

- Mam jeszcze jeden warunek - oznajmiła skrzypaczka, czując przypływ pewności siebie. - Jak wrócę, opowiesz mi wszystko o moim ojcu. Cała historia, od początku do końca i po kolei. Ze szczegółami - dodała jadowicie i bez czekania na odpowiedź, ruszyła w kierunku wyjścia.

Jeszcze długo potem delektowała się trzaskiem drzwi, który rozszedł się po całym korytarzu.

***

- Meren, na bogów Dnia i Nocy, wstawaj. W trunkach z jakiego rynsztoku smakowałeś, że cuchnie od ciebie jak od zafajdanego opiekuna pyroraksów?

Mężczyzna mruknął coś pod nosem i zamachnął się ramieniem, celując w nieznośnego intruza, który budził go w środku nocy. Sienna nawet nie musiała się specjalnie starać, by wyminąć jego niezdarny atak. Parsknęła z niesmakiem i ostrożnie powąchała zawartość bukłaka leżącego obok iskrowładnego. Odkaszlnęła, odrzucając naczynie, źródło obecnego stanu Merena, i z cichym warknięciem szarpnęła przyjacielem, starając się podnieść go do pionu.

Pierwsza próba spełzła na niczym. Sienna przeceniła siły swojego chudego ciała. Wyglądało na to, że jej jedynym sojusznikiem był wzrost - pod tym względem prawie dościgała odurzonego mężczyznę - oraz własna determinacja. W końcu zdołała podnieść go na tyle, by oprzeć o drewnianą, chwiejną barierkę, która na całe szczęście wytrzymała ich ciężar. Od ziemi dzieliło ich wystarczająco dużo stóp, żeby wyrządzić niechciane szkody.

- Na bogów Dnia i Nocy, Meren! - Iskrowładna westchnęła głośno i otarła pot z czoła. - Od jak dawna nocujesz na naszej arenie?

Nie odpowiedział, zbyt zajęty zwracaniem zawartości swojego żołądka. Sienna z obrzydzeniem pokręciła głową i usiadła na pobliskiej ławce, zajmując jedną z loży, jakie otaczały treningową arenę. Tę samą, na której jeszcze kilka godzin temu uformowała lśniących wojowników.

Wiedziała, że teraz jej przyjaciel będzie umierał, więc każda próba nawiązania rozmowy z góry była spisana na klęskę. Nie zamierzała zatem nawet próbować. Ze świstem wypuściła powietrze i podparła podbródek na zgiętych w łokciach rękach.

Nad areną mienił się ogromny księżyc w swojej tracącej kształt fazie. Zapewne zeżarła go Gruba Ferre, powiedziała kiedyś Sienna do siostry, gdy jeszcze mogły się wspólnie bawić w ogrodzie z innymi dziećmi. Maire nawet się nie uśmiechnęła. Swoim zwyczajem zbeształa Siennę, by ta nigdy więcej nie obrażała członków dworu. Skrzypaczka postanowiła zrobić dokładnie na odwrót.

Maire wdała się w matkę, ale... nie była płynną lawą, która pożerała wszystko na swojej drodze. W jej żyłach płynął ogień południa - śniada skóra i ciemnobrązowe włosy krzyczały o tym na odległość - ale przez większość czasu Księżniczka Świtu promieniała ciepłem domowego paleniska, nigdy nie parząc nikogo wokół. Przeciwieństwo siostry, którą od wybuchu powstrzymywał jedynie chłód nieznanego pochodzenia.

Sienna wpatrywała się w niebo, wiedząc, że to ostatnia noc w Anh Sang. Matka wydała wyrok na swoje córki; podjęła decyzję. Poranek oznaczał skromną ceremonię pożegnalną oraz wyjazd - początek podróży w nieznane.

Skrzypaczka jeszcze nigdy tak mocno nie chciała, żeby świt nigdy nie nastał.

- Wiesz, że zrzygać się po winie z Anh Sang to jak zwymiotować po niedzielnym obiadku u ukochanej babci? - rzuciła niedbale w stronę Merena, który powoli dochodził do siebie. Splunął na ziemię i z jękiem opadł na deski, cały czas trzymając się barierki.

Sienna westchnęła i ruszyła w jego stronę. Kręcąc głową, sięgnęła do małej sakwy zawieszonej u pasa, po czym podała przyjacielowi niewielki flakonik. Sama nosiła ją tam na wszelki wypadek, razem z innymi niezbędnymi rzeczami.

- Pij - nakazała stanowczo. - To specyfik od miejscowej zielarki. Przewróci ci żołądek do góry nogami, ale jak dasz temu radę, będzie tylko lepiej.

Meren wymruczał pod nosem jakieś wyjątkowo paskudne przekleństwo, ale zgodnie z zaleceniem odrzucił na bok niewielki korek i jednym haustem opróżnił zawartość flakonika.

Sienna odsunęła się na wszelki wypadek, ale na całe szczęście jej przyjaciel nie był amatorem. Zakaszlał, zarzęził, skrzywił się trzy razy i w końcu odetchnął z ulgą, zamykając przy tym oczy.

- To był bimber - oznajmił tak cicho, że stojąca w oddaleniu Sienna nie usłyszała ani słowa.

- Co?

- Bimber - powtórzył cierpliwie. - To był bimber, nie żadne wino.

Sienna skrzywiła się dezaprobatą.

- Od kiedy to trujesz się tym świństwem? - Uniosła brwi.

Meren rzucił jej zdenerwowane spojrzenie i zacisnął dłonie w pięści.

- Od kiedy nie mam złota, by pozwolić sobie na picie dworskich win, księżniczko - syknął z irytacją.

Sienna zdumiała się jeszcze bardziej. Nigdy nie widziała, by Meren pracował dla kogokolwiek - on po prostu zawsze skądś miał pieniądze na wino, kobiety i wieczne zabawy. Sam fakt, że w przeszłości mógł sobie pozwolić na zbytek w postaci harmonijki, wskazywał na pokaźny majątek, którym kiedyś musiał dysponować.

Kiedyś. Teraz najwyraźniej nie starczało mu nawet na najtańsze wino, jakie wychodziło z podmiejskich winnic Anh Sang. Nawet ono byłoby sto razy lepsze od pomyj, które najprawdopodobniej skupywał z miejscowego rynsztoku.

- Si, na litość bogów Dnia i Nocy, dlaczego przerywasz mi w środku tak dystyngowanej zabawy? - Na jego wargach ponownie zagościł dobrze znany, ironiczny uśmieszek. Znak, że wracał do siebie. - Widzisz to świecące gówno, o tam, na niebie? Niechybny znak, byś złożyła głowę na wygodnej, książęcej podusi i udała się do słodkiego świata snów. - Nagle w jego oczach błysnęła iskra zrozumienia. - Chyba że... Zmierzch - wyszeptał z grozą, której skrzypaczka jeszcze nigdy u niego nie słyszała.

Była jednak już zbyt zmęczona, by reagować.

- Tak, idioto, Zmierzch. Miałam dać wam znać, co i jak, ale ty postanowiłeś urżnąć się jak ostatnie prosię.

- Przyzwyczajenie - mruknął Meren pod nosem. - Potrzebuję wody, Si. Mnóstwo wody. Gdybyś była tak dobra...

- Nie, Meren, ty bądź tak dobry i wysłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia. Później ruszysz sobie do wodopoju. - Machnęła dłonią w niesprecyzowanym kierunku. - Zmierzch zawarł z nami sojusz.

Meren wybałuszył oczy. Sienna miała wrażenie, że lada chwila wyjdą mu z orbit.

- Że co?

- To, co słyszysz. Bezczelnie przyjechali sobie na nasze ziemie, oznajmili, że w związku z dawną przepowiednią oraz obietnicą sprzed wieków tylko potężny sojusz naszych Pałaców może powstrzymać hordy Martwych Królestw, po czym stwierdzili, że Maire idealnie nadaje się na żonę Wielkiego Księcia Zmierzchu. Księżna Świtu, moja wspaniała matka, warknęła dwa razy, zrobiła przedstawienie dla ewentualnych szpiegów, a później osobiście przyznała mi się, że wiedziała o wszystkim od dłuższego czasu. Skutkiem tych wydarzeń jest dzisiejszy wyjazd o poranku - wyrzuciła z siebie jednym tchem. - Maire pojedzie na ziemie Zmierzchu, a ja wraz z cholernymi żołnierzami zachodzącego słońca będę ubezpieczać jej drogę. - Relacjonując dzisiejsze wydarzenia, Sienna sama ledwo mogła w nie uwierzyć. Chciała, żeby to był jeden z jej koszmarów. Takich, z których zaraz się wybudzi. - Nadążasz?

Meren z niedowierzaniem pokręcił głową. Na jego bladej twarzy zalśniły krople potu.

- Chyba muszę się napić - oznajmił nagle. - Wysłała was dwie do Pałacu Zmierzchu? - upewnił się z oszołomieniem.

- Tak. - Sienna również nie pogardziłaby łykiem czegoś mocniejszego, ale musiała myśleć trzeźwo. Musiała sobie jakoś poukładać ten bałagan, jaki nagle na nią spadł. - Była przestraszona. I przekonana, że to jedyne rozwiązanie, jakie zapewni Pałacowi Świtu bezpieczeństwo.

- Przecież to jest nienormalne! - wrzasnął nagle Meren. - Przepowiednia, obietnica!? Odwaliło im?! Oni naprawdę wierzą, że to ich uratuje przed Martwymi Królestwami?

Sienna wzruszyła ramionami. Nie mogła się tym martwić. Nie teraz.

- Wyzwalasz magię za pomocą instrumentów, a na zamku znajduje się oddział widmowładnych, których umiejętności mają bogowie wiedzą jaki zakres. Naprawdę będziemy tu teraz dyskutować na temat kwestii wiary i niewiary w pewne zjawiska?

Meren parsknął z oburzeniem, ale widocznie zrezygnował z podjęcia teologicznej dysputy.

- Przyszłam tu, ponieważ mam... - Sienna wyraźnie się zawahała - propozycję. Księżna nakazała całej Drużynie Świtu wyruszyć razem z eskortą, ale ja nie chcę posyłać was w objęcia pewnego niebezpieczeństwa.

- Si, cholera, o czym ty mówisz?!

- Mówię, że mam pytanie. - Odetchnęła głośno. - Wyruszysz wraz ze mną na ziemie Pałacu Zmierzchu?

Iskrowładny zamilkł, wpatrując się w nią poważnym wzrokiem. Cisza trwała i trwała, a Sienna obawiała się, że Meren już nigdy się nie odezwie. Po raz pierwszy widziała, żeby jej przyjaciel przez tak długi czas milczał.

- To jest chore - obwieścił w końcu głosem drżącym od emocji. - To jest mocno chore. Ale nie myśl sobie, księżniczko, że zostawię cię z tym samą. - Na jego usta zabłąkał się lekki uśmiech. - Przecież byś dnia beze mnie nie przeżyła. A i kto wie... - Zamyślił się. - Może w końcu uda mi się poderwać jakąś panienkę ze Zmierzchu?

Sienna jęknęła z obrzydzeniem i pokręciła głową z udawaną naganą.

- Jesteś ohydny, Meren - oznajmiła. - Spróbuj nie pić do rana i doprowadź się do jakiegoś porządku. Jeżeli nie zmienisz zdania, staw się o świcie na dziedzińcu zamkowym. I Meren... - Zawiesiła głos, szukając odpowiednich słów. - Dziękuję.

***

W głowie Errel szalała burza myśli i przypuszczeń. Niekoniecznie kolorowych.

Przez dwa niewielkie okna wbudowane w spadzisty dach kamienicy leniwie wlewało się do środka światło księżycowej poświaty, która sprawiała, że nieduży pokój na strychu rozbłysnął w srebrno-czarnych barwach nocy. Errel obawiała się tej ciemności. Przypominała o mroku, jaki czaił się gdzieś na dnie jej podświadomości.

Wieść o przybyciu wojowników z Pałacu Zmierzchu obudziła strach, który nie pozwalał flecistce zasnąć. Miała wrażenie, że coś niepokojąco paskudnego odważyło się w końcu wyjść z cieni i objawić się w całej swojej straszliwej prawdzie.

Czuła dziwną mieszankę przerażenia i podekscytowania na myśl, że beztroskie życie, jakie od roku dzieliła między obiadkami w gronie rodziny zainteresowanej jedynie pieniędzmi oraz treningami z Drużyną Świtu, miałoby wkrótce zmienić swój harmonogram. Podstępnie obrócić się o sto osiemdziesiąt stopni i wrzucić Errel w wir niekoniecznie przyjemnych wydarzeń.

I właśnie to niebezpieczne połączenie sprawiło, że gdy tylko wykryła swój magiczny talent, zgłosiła się do ponurej, niedostępnej bękarciej księżniczki, wśród kręgów zamożnych kupców uchodzącej za "rozkapryszoną panienkę w spodniach, której ktoś powinien w końcu przemówić do rozsądku i wyrzucić z zamkowych luksusów, zabierając wszystkie przywileje wysoko urodzonych". Errel nie zwracała wcześniej uwagi na czcze narzekania rodziny - w końcu tylko Księżna Świtu miała w tej sprawie decydujący głos, a jakoś nigdy nie kwapiła się z wyrzucaniem swojej nieślubnej córki - ale od kiedy poznała Siennę osobiście, zawsze krzywiła się przy tym temacie, próbując słabo protestować.

Jej słowa nigdy do nikogo nie trafiały. Była dwunasta w kolejce do dziedziczenia rodzinnej fortuny. A mogła spaść jeszcze niżej, gdyby tylko papa tak zadecydował. To nie tak, że Errel marzyła jedynie o olbrzymich pieniądzach... Po prostu nie chciała stać w rzędzie niczym towar, który ktoś sprzedawał na miejskim targowisku. Nie chciała zostać kolejnym intratnym interesem ojca. Miała nadzieję, że Drużyna Świtu coś zmieni, że wniesie do jej życia nowe możliwości. Właśnie dlatego pojawienie się obcych napawało ją tak skrajnymi emocjami.

Errel podskoczyła gwałtownie, słysząc rytmiczne postukiwanie w szybę, które przerwało jej wewnętrzne rozmyślania. Prawie spadła z łóżka, dostrzegając w oknie bladą twarz, przypominającą widmo z dziecięcych bajek. Minęła dobra chwila, nim przerażająca zjawa zmieniła się w Siennę, która jakimś cudem wdrapała się na dach rodzinnej kamienicy Errel.

Flecistka pośpiesznie odrzuciła pościel na bok i podbiegła do szyby, nie potrafiąc wyjść ze zdumienia. Wiedziała, że Sienna ma w sobie coś z blitaksów - dzikich stworzeń o białej sierści i długim ogonie - potrafiących wepchać się wszędzie i nieprzejmujących się ewentualnym upadkiem, ale taka akrobacja była dla niej nowością. Z szeroko otwartymi ustami otworzyła okno, wpuszczając swoją mentorkę do środka.

- Macie obluzowaną rynnę od zachodniej strony - oznajmiła od niechcenia Sienna. - Lepiej to naprawcie, bo ktoś sobie zrobi krzywdę.

Errel nie chciała wyjaśniać, że obluzowane rynny były pomysłem jej papy, który próbował w ten sposób zabezpieczyć się przed złodziejami. Cóż, dobrze, że nie miał pojęcia o wyczynie księżniczki, bo najprawdopodobniej dostałby zawału. A wtedy rodzinny majątek w kilka sekund przypadłby najstarszej siostrze flecistki.

- Przepraszam za pobudkę - zaczęła Sienna spokojnym tonem.

- Nie spałam - wtrąciła Errel. Ocknęła się z zamyślenia i sięgnęła po pudełko zapałek, chcąc rozpalić kilka świec i przepędzić z pokoju uciążliwą ciemność. - Jakieś wieści z zamku?

- Raczej niewesołe - odparła skrzypaczka, rozglądając się dookoła.

Errel zastanawiała się, co przyjaciółka myśli o niewielkim pokoju na poddaszu, o którego wystrój dziewczyna zadbała w najmniejszym detalu. Od pokrytego malowidłami sufitu aż po poustawiane na toaletce kryształy - wszystko było jej dziełem.

- Czego chce Zmierzch? - zapytała, stanowczym machnięciem gasząc zapałkę. Mina Sienny przestraszyła ją na nowo.

- Chcą Maire. - Skrzypaczka westchnęła, widząc niedowierzanie w oczach dziewczyny. Ponownie zrelacjonowała przebieg wydarzeń, nie martwiąc się o szczegóły. Miała dość tego dnia, a przypominanie go sobie na nowo irytowało ją i przerażało naprzemiennie. Było tyle rzeczy, które mogłaby wtedy powiedzieć i które teraz wydawały się o wiele bardziej oczywiste. Tyle mogła zrobić, a zamiast tego... zamiast tego po prostu się poddała i przystała na propozycję matki. Na najbardziej szalony i lekkomyślny akt tchórzostwa, o jakim mogła pomyśleć. - Chcą ślubu Wielkiego Księcia Zmierzchu z Księżniczką Świtu. Chcą przymierza z naszym królestwem. I co najważniejsze... Wierzą, że ten sojusz sprawi, że wspólnie obronimy się przed atakami Martwych Królestw.

Errel długo przysłuchiwała się opowieści Sienny, nie wtrącając niczego od siebie, nie zadając pytań i nie wybuchając gniewem ani bezsilnością. Po prostu słuchała, kiwając głową i po cichu wysuwała własne wnioski.

- To nie dlatego tu jesteś, prawda? - Odważyła się w końcu zapytać. Rzucane przez płomienie świec cienie przyciągnęły wzrok.

Sienna długo milczała, zagryzając wargi. Ona również odwróciła głowę, jakby fakt jej pobytu w tym miejscu przysparzał wyjątkowo dużo wyrzutów sumienia. Podświadomie wiedziała, że nie powinna tu być. Że nie powinna zadawać pewnych pytań zwykłej szesnastolatce; dwunastej w kolejce do dziedziczenia pokaźnej fortuny; córce rodu kupieckiego. A jednak w końcu uniosła wzrok i westchnęła.

- Księżna kazała wyruszyć całej drużynie, ale ja odmówiłam. Nie chcę was narażać, nie będę was narażać... - Zawahała się. - Daję wam wybór, o który nikt się nigdy nie upomni. Daję wam wybór, bo niesprawiedliwie byłoby was go pozbawiać.

- Chcę jechać - wyznała Errel, zanim padło właściwe pytanie. Nad tą odpowiedzią nie musiała się zastanawiać, zdawała się wypływać z samej podświadomości.

Sienna pokręciła głową.

- Nie, chcę żebyś powiedziała "nie". Masz szesnaście lat, a to będzie niebezpieczne. - Zamknęła oczy. - Errel, proszę, nie każ mi myśleć, że popełniłam błąd, przychodząc tutaj. Zrozum, że...

Flecistka prychnęła.

- Doskonale rozumiem, że w końcu pojawiła się okazja, bym mogła pokazać wszystkim, że nie jestem tylko dwunastą w kolejce córką, która wyjdzie za bogatego gbura, bo tak kazał jej papa. Doskonale rozumiem również, że chcesz mi tę szansę odebrać, bo martwisz się o mnie, ale... na bogów Dnia i Nocy, nie po to tyle ćwiczyłam, żeby teraz zostać zwyczajnym towarem na sprzedaż! - krzyknęła dziewczyna z podnieceniem.

W jasnych, pozbawionych kolorów oczach Sienny pojawiły się iskry, na które ciotki wielokrotnie narzekały w czasie rodzinnych obiadów. Ale tym razem szybko wygasły.

- Jeśli zmienisz zdanie, a bogowie mi świadkami, że naprawdę mam teraz ochotę cię po prostu do tego zmusić, nie możesz nikomu o tym powiedzieć. Nikomu. Ale...

- Nie zmienię zdania - zapewniła Errel z całą stanowczością, na jaką było ją stać. - A ty nie możesz mi zabronić wykonywania książęcych rozkazów.

Sienna pokręciła głową i wydęła wargi.

- O świcie na dziedzińcu zamkowym, smarkulo - rzuciła niedbale i wbrew sobie uśmiechnęła się pod nosem.

***

Piekarnia Hiwena mieściła się w niewielkim, dwupiętrowym domku na jednej z uliczek, którą mieszkańcy nieustannie ozdabiali kolorowymi klombami kwiatów, krzewami i niewielkimi palmami. Nawet niedaleki targ i dobiegający z niego za dnia gwar i hałas nie potrafiły ująć temu miejscu subtelności charakterystycznej dla ciepłego Anh Sang. Nocą, w świetle podłego księżyca, to przeklęte miasto emanowało jakąś cudowną mocą. I właśnie za to Sienna tak je kochała.

Nie chciała budzić przyjaciela, ale czas coraz szybciej przeciekał jej przez ręce. Wiedziała, że do świtu zostały maksymalnie dwie godziny, a przecież sama musiała się jeszcze przyszykować do drogi.

Mimo że z góry znała odpowiedź na swoje pytanie i tak postanowiła się tu zjawić. Z tego samego powodu, dla którego odwiedziła Errel, choć od początku wiedziała, że dziewczyna nie przepuści takiej okazji.

Przebudzenie bębniarza było cięższe, niż przywrócenie Merena do stanu używalności. Sienna pukała, wołała i waliła w drzwi, w duchu przepraszając rodzinę Hiwena oraz wszystkich sąsiadów. Czas na subtelności już dawno się skończył.

W końcu zaspany dryblas otworzył drzwi, spojrzał na nią jednym okiem i bez słowa wpuścił do środka. Charakterystyczny zapach wypieków od razu uświadomił Siennie, że ten dzień nie tylko pozbawił ją spokoju, ale i przywileju zjedzenia normalnej kolacji.

Piekarnia Hiwena należała do najlepszych w Anh Sang. W czasie dnia kręciła się tutaj cała masa klientów - mieszkańcy miasta nie tylko przychodzili na zakupy, ale i na wymianę plotek. Dlatego Sienna nie za bardzo lubiła tu przychodzić po wschodzie słońca. Z pewnością znalazłaby się na ustach większości klientów, co mogłoby na dłuższą metę okazać się niezwykle męczące.

Teraz jednak, w świetle księżyca i dwóch pojedynczych świeczek, skrzypaczka czuła się o wiele lepiej. Bębniarz zaprowadził ją na zaplecze i posadził przy niewielkim stoliku, a sam założył duży, pobrudzony fartuch. Widząc pytające spojrzenie Sienny, jedynie wzruszył ramionami.

- No co? Zazwyczaj wstaję trochę później, ale skoro już jestem na nogach, mogę równie dobrze zająć się pracą. Chcesz coś do jedzenia?

Sienna nie odmówiła. Pałaszując przyniesione przez Hiwena bułki posmarowane serem z mleka pyroraksów, przyglądała się poczynaniom potężnego piekarza. Przez cały czas zastanawiała się, czy zrobiła dobrze, przychodząc tutaj.

Nie, pomyślała, kończąc kolejną kromkę. On też jest częścią Drużyny Świtu.

- Cóż, pewnie się po części domyślasz, dlaczego dobijam się do ciebie w środku nocy - zaczęła w końcu, nie potrafiąc się wyzbyć wyrzutów sumienia.

Bębniarz westchnął, unosząc wielką blachę piekarską, jakby ważyła tyle co nic.

- To przez delegację Zmierzchu - stwierdził w końcu. - Nie wiem tylko, w czym ja mógłbym ci pomóc, Sienno.

Skrzypaczka westchnęła i pokrótce zrelacjonowała rewelacje dzisiejszego dnia. Przy ostatniej części zawahała się na krótko, Hiwen jednak posłał jej dość znaczące spojrzenie. Minę miał przy tym spokojną, wypełnioną błogą pewnością, której Sienna nie czuła. Właśnie dlatego znalazła w sobie resztki sił.

- Księżna chce, żebym w drogę zabrała ze sobą Drużynę Świtu... - zaczęła powoli.

- Nie - odparł Hiwen, nim zdołał wysłuchać reszty. - Wiem, że to znacząca prośba. I wiem, że jestem częścią Drużyny Świtu. Dlatego mam nadzieję, że zrozumiesz. Nie mogę zostawić rodziny i piekarni, a ty o tym dobrze wiesz, Sienno. Nie mogę tego zrobić Hortie. Przykro mi.

Sienna pokiwała głową.

- Dlatego cię nie proszę, Hiw, tylko pytam. Jesteś częścią drużyny i masz prawo wiedzieć. - Wzruszyła ramionami. - Gdybyś się zgodził, uwierz mi, zrobiłabym wszystko, by przekonać twoją żonę, że to zły pomysł.

Bębniarz uśmiechnął się z wdzięcznością. Przy swoich rozmiarach zawsze zaskakiwał niesamowitą łagodnością.

- To były z pewnością najlepsze bułki, jakie w życiu jadłam, ale teraz... muszę już iść - stwierdziła Sienna niechętnie. - Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, a ta noc niestety nie trwa wiecznie. Świt w końcu będzie musiał nadejść.

- Tak - odparł Hiwen. - Świt w końcu będzie musiał nadejść - powtórzył z melancholią.

Skrzypaczka ruszyła do drzwi.

- Jak nas nie będzie, pilnuj, by ten burdel zwany Anh Sang się nie rozpadł, dobrze? - Mrugnęła porozumiewawczo.

- A ty postaraj się nie wywoływać politycznego skandalu, księżniczko - zagadnął z rozbawieniem.

- Cholera, znasz mnie za dobrze. - Drzwi zaskrzypiały, a Sienna po raz kolejny tego dnia szczerze się uśmiechnęła. - Do zobaczenia, Hiwen.

***

Czarne skrzypce Sienny nie były po prostu zwykłymi, czarnymi skrzypcami. Po pierwsze wykonano je z niezwykle trwałego materiału - drzewa rosnącego jedynie na ziemiach Pałacu Dnia. Zniszczenie lub naruszenie funkcjonalności instrumentu wymagało ogromnej siły lub niefortunnego, niemożliwego przypadku. Po drugie zaopatrzono je w struny ze srebra słonecznego, które dzięki mistrzom swego fachu nigdy nie traciło giętkości. No i po trzecie, najważniejsze, należały do Sienny. A w dłoniach iskrowładnego żaden instrument nie mógł być nazwany zwykłym.

Skrzypaczka powoli zapinała guziki ciasnego, czarnego żakietu, którego wykonanie zleciła kilka miesięcy temu jednemu z najdroższych krawców w Anh Sang. Strój subtelnie opinał dekolt, gwarantując swobodę ruchów, a ciemne spodnie, pasujące do kompletu, odznaczały się nadzwyczajną elastycznością oraz wygodą, jakiej Sienna nigdy nie porzuciłaby na użytek nawet najpiękniejszej sukni.

- Księżniczka w spodniach - prychnęła z rozdrażnieniem i zawiesiła wzrok na własnym odbiciu.

Była blada. Bledsza niż zwykle, co potęgowało już i tak zbyt jasną karnację. Nigdy nie wiedziała, co się działo z promieniami słońca, które dotykały jej skóry - po prostu nie działały tak jak u innych. Tak samo sprawy przedstawiały się z włosami, na których żadna farba nie trzymała się dłużej niż kilka godzin. Już po pierwszych eksperymentach w dzieciństwie zupełnie zrezygnowała z prób upodobniania się do pozostałych.

Została sobą. Bękarcią księżniczką, która ma na tyle czelności, by paradować po zamku w spodniach i krzywo patrzeć na wysoko urodzone damy. Znała swój status, znała swoje miejsce, znała granice. I doskonale bawiła się, przekraczając je kilka razy dziennie. Fakt, że pozbawiając ją kolorów, ktoś także pozbawił ją urody, tak bardzo szanowanej i respektowanej przez Pałac Świtu, już dawno przestał irytować, stanowiąc teraz nikłe zmartwienie.

Zza horyzontu leniwie podniosło się słońce. Sienna spojrzała na nie przez okno swojej niewielkiej komnaty i z niesmakiem skrzywiła usta. Matka prawdopodobnie zaczęła już przemówienie na zamkowym dziedzińcu. Dworzanie słuchają z niedowierzaniem i tęsknie spoglądają na biedną księżniczkę, która tak poświęca się dla swojego ludu. Za chwilę ten cały cyrk się skończy, pomyślała skrzypaczka, podnosząc z łóżka swój instrument. Z namaszczeniem zaczepiła go o konstrukcję na plecach.

Nie miała ochoty tam przebywać. Nie miała ochoty wysłuchiwać kłamstw oraz szlochu, które pożegnają prawowitą Księżniczkę Świtu. Nie miała ochoty znowu patrzeć na matkę.

Dlatego zeszła na dół dopiero wtedy, gdy cyrk dobiegł końca.

***

Sienna w skupieniu obserwowała, jak czarny orszak powoli sunie słonecznymi uliczkami Anh Sang. Liczni mieszkańcy prędko schodzili z drogi maszerującemu oddziałowi wojowników Zmierzchu, za którym dwa pyroraksy ciągnęły okutą karocę.

Skrzypaczka na chwilę skoncentrowała się na bezpiecznym przeskoczeniu z jednego balkonu na drugi, po czym przebiegła po tarasie ozdobionej kwiatami kamienicy i zsunęła się na dół po bezpiecznej rynnie.

Sienna nie nazwałaby siebie wybitną we wspinaczce. Przez lata pobytu w Anh Sang wchłonęła jego strukturę, poznała sekrety oraz najprostsze sposoby na zniknięcie w jednym miejscu i pojawienie się w drugim. Sama zabudowa miasta, którego mieszkańcy z uśmiechem na ustach godzili się na wspólne ganki, tarasy, balkony i parapety, ułatwiała zadanie. Fakt, że nad normalnymi ulicami powstawały drobne ścieżki, nikomu nie przeszkadzał. Ważniejsze wydawało się upiększanie własnego budynku kolejną rzeźbą czy wspaniałą donicą z pachnącymi kwiatami.

Znajdując się na niższej kondygnacji, Sienna ponownie przeniosła wzrok na ponury orszak, który otwierał Wojownik Pierwszej Krwi. Dosiadał dużego, karego fladana, zdecydowanie przykuwającego wzrok, także jej. Wierzchowiec wyglądał szlachetnie, jednak ze względu na swoje umaszczenie do tej elegancji dochodziła też mieszanka nieoswojonej dzikości. Za nim maszerował niewielki oddział wojowników, potem ciągnięta przez pyroraksy karoca, a na samym końcu...

Cóż, Sienna nie była pewna, co czuła, gdy zobaczyła, jak Meren i Errel dołączają do eskorty. Wciąż miała olbrzymie wyrzuty sumienia, ale z drugiej strony cieszyła się, że nie przyjdzie jej samotnie zmierzyć się z tym, co czekało na nią na ziemiach Zmierzchu.

Iskrowładni co chwilę rozglądali się dookoła, zdenerwowani nieobecnością Sienny. Najprawdopodobniej jedynie wiedza, że bękarcia księżniczka nigdy nie przepadała za ceremonialnymi uroczystościami, powstrzymywała ich przed paniką.

Sienna zeskoczyła na ziemię i jęknęła, gdy stopy twardo uderzyły o kamienny bruk.

Przerażenie. Ona sama niczego innego nie czuła. Panika i strach mieszały się w niej zamiennie i może nawet byłaby w stanie stchórzyć - zostawić siostrę oraz matkę na lodzie - gdyby nie wrodzony chłód, który jakimś cudem trzymał w ryzach resztki rozsądku i nie pozwalał się wycofać.

Matka sądziła, że sojusz mógł uratować Pałac Świtu i całą Rantię. Sienna wyszłaby na olbrzymią hipokrytkę, gdyby po prostu została w domu.

Z westchnieniem ruszyła w stronę stajni przy zewnętrznych murach miasta. Wiedziała, że z rozkazu matki eskorta właśnie tam miała zostać wyekwipowana na dalszą drogę - świeże wierzchowce, prowiant i pasza dla zwierząt. Najwyraźniej Księżna Świtu nie życzyła sobie, by żołnierze Zmierzchu pozostawali w jej zamku dłużej niż to konieczne.

Skrzypaczce akurat to odpowiadało. Nie miała ochoty na potępieńczy bieg ulicami tego cholernego miasta, który w innych okolicznościach musiałaby odbyć.

***

Hector parsknął krytycznie, gdy Sienna przyczepiła do siodła juki z dodatkowymi zapasami. Najwyraźniej wizja długiej podróży nie podobała mu się w równym stopniu, co właścicielce.

- Hector, najleniwszy pyroraks na świecie - mruknęła skrzypaczka pod nosem i pogłaskała wierzchowca po pysku.

Gładka, niesamowicie miękka sierść zwierzęcia na chwilę ukoiła jej zszargane nerwy. Hector pochodził ze zwykłej hodowli pyroraksów. Nie było w nim nic niezwykłego - brązowe umaszczenie przetykane białymi pasami, długi, elastyczny ogon, dwie pary uszu oraz proste, stosunkowo krótkie poroże. Pysk zwierzęcia zdobiły dwa kły, które opiekunowie pyroraksów przytępiali im zaraz po urodzeniu. Wszyscy mówili, że pyroraksy należały do najspokojniejszych istot Rantii, chociaż Sienna uważała inaczej. Według niej Hector zwyczajnie miał leniwe przysposobienie.

- Wdał się w swoją panią, co poradzisz.

Wierzchowiec, jakby dla potwierdzenia, parsknął, wydychając kłębek bezwonnego dymu. Pogodny ton Merena sprowadził Siennę na ziemię. Skrzypaczka rzuciła przyjacielowi przelotne spojrzenie, po czym zabrała się za sprawdzanie wszystkich pasów i zapięć przy siodle.

- Jeszcze kilkanaście minut temu, jak jechałeś z Errel za orszakiem, nie wyglądałeś na tak radosnego - zauważyła sarkastycznie. Hector parsknął dla potwierdzenia.

- Wiedziałem, że patrzysz. - Meren z niedowierzaniem pokręcił głową. - Errel obstawiała, że zwiałaś, ale ty jak zwykle skakałaś po dachach.

- Dziękuję, kolego. - Na twarzy Sienny zakwitł zwodniczy uśmiech. - Errel już zdążyła mi powiedzieć, że prawie narobiłeś w majtki, bo tak się bałeś, że jednak nie przyjdę.

Dziewczyna jak na zawołanie zjawiła się tuż obok. Nie wyglądała jak ktoś, kto zaraz miał wyruszyć w głąb terytorium wroga. W kolorowej, złocistej tunice z ozdobnymi klamrami przypominała bardziej pstrokatą mieszczankę, która wybierała się na popołudniowy spacer.

- Zdrajczyni - orzekł Meren, taksując ją groźnym spojrzeniem. - Małoletnia zdrajczyni. Gdybyś nie była kobietą, równo byś za to oberwała.

Sienna parsknęła.

- Od kiedy ten fakt jest dla ciebie jakąkolwiek przeszkodą? - Uniosła brwi, dając znak, że pamięta o wszystkich ćwiczeniach, podczas których Meren wychodził z siebie, by pokazać, że potrafi położyć na ziemię skrzypaczkę.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

- Ty się nie liczysz, Si. Niewyparzony język zapewnił ci miejsce w loży kobiet, do których lepiej nie podchodzić bez odpowiedniej broni.

W tym momencie ich beztroska pogawędka została przerwana przez nadejście Wojownika Pierwszej Krwi. Panujący wokół stajni ruch i gwarne przygotowywania do odjazdu sprawiły, że Sienna zauważyła go dopiero wtedy, gdy stanął tuż obok.

- Ambasador i Księżniczka Świtu są już gotowi - oznajmił spokojnym tonem, mierząc wszystkich krótkim spojrzeniem. - Tak samo jak reszta.

Z ust Sienny natychmiast znikł uśmiech. Skrzypaczka miała ochotę przewrócić oczami. Przecież Drużyna Świtu tylko czekała na sygnał do odjazdu.

- Będziecie ubezpieczać tył orszaku - kontynuował wojownik. - Zapewniam, że nie będzie to luźny spacer, więc radziłbym trzymać się na baczności. W razie ataku priorytetem jest powóz z księżniczką i ambasadorem.

- To wszystko? - zapytał Meren.

Sienna miała wrażenie, że Wojownik Pierwszej krwi zabije Merena wzrokiem za jego lekceważący ton i uniesione brwi.

- Tak, to wszystko - odparł spokojnie.

Meren wzruszył ramionami, kiwnął w stronę Errel i po chwili oboje ruszyli w stronę ustawiającego się orszaku, ciągnąc za sobą gotowe do drogi wierzchowce. Sienna złapała za uzdę Hectora, chcąc ruszyć za przyjaciółmi, gdy poczuła na sobie przenikliwy wzrok, który kazał jej się zatrzymać.

- Co tym razem? - rzuciła jadowicie. - Postraszysz mnie hordą umarlaków? Powagą sytuacji? Zadrwisz ze skrzypiec, które mam na plecach, i powiesz, że nic nie dadzą w starciu z Martwymi Królestwami?

Wojownik milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w twarz Sienny. Skrzypaczka odpowiedziała tym samym, przez bardzo krótki moment podziwiając prosty tatuaż na twarzy centuriona. Mogłaby przysiąc, że gdzieś już ten symbol widziała.

- Przyjemnej podróży, księżniczko - oznajmił w końcu głosem pełnym fałszu i nie czekając na rewanż, ruszył na przód orszaku.

Sienna zazgrzytała zębami, wykrzykując w myślach kilka wyjątkowo paskudnych epitetów.

***

Pola leniwie przesuwały się przed ich oczami, zmieniając swoje barwy. Złoto, zieleń i żółć przetykały trakt naprzemiennie, wprowadzając w monotonną jazdę odrobinę różnorodności. Były odskocznią od nieprzyjemnie czarnego orszaku, który sunął wiejską drogą. Słońce niespokojnie zawisło nad horyzontem, jakby nie miało pewności, czy hojny dar kolejnego dnia był najlepszym pomysłem.

Meren zębami otworzył butelkę i wypluł korek na pobocze, urozmaicając tym samym uroki porannej podróży.

- Dziś w nocy zbierałam cię z desek areny - zauważyła Sienna z niesmakiem - a ty już zaczynasz swój dzienny rekonesans trunków?

Iskrowładny wzruszył ramionami i pociągnął sowity łyk. Sienna pokręciła nosem, ale nie wyczuwała już tej potwornej woni taniego alkoholu destylowanego w jakiejś zgniłej, zapomnianej przez bogów Dnia piwnicy.

Przynajmniej tyle, pomyślała z przekąsem.

- Czeka mnie długa i męcząca droga - zaoponował Meren, ocierając usta rękawem. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że mam zrezygnować z jedynej rzeczy, która przypomina mi moje ukochane Anh Sang. - Mężczyzna teatralnym ruchem starł z policzka nieistniejącą łzę.

- Myślałam, że nienawidzisz tego miasta - wtrąciła Errel niewinnym tonem. - Mówiłeś, że to posępne miejsce pełne łajdaków, dziwek i...

Sienna otworzyła usta z niedowierzaniem. Rzuciła przyjacielowi mordercze spojrzenie.

- Osobiście cię wykastruję - obiecała solennie. - Miałeś zważać na język w obecności Errel!

Nędzny grymas, który pojawił się na twarzy iskrowładnego, nawet w słabym świetle nie uszedłby za skruchę.

- To nie moja wina, że czasem wymsknie mi się to i owo - zaprotestował słabo. - Człowiek z rynsztoka wyjdzie. Ale rynsztok z człowieka już niekoniecznie - dokończył sentencjonalnie.

- Powinieneś to sobie wytatuować na ty... - Sienna ugryzła się w język. - Na czole. Jesteś nieznośny na trzeźwo. Pijaństwo to jedno, ale demoralizacja młodzieży? Karygodne.

- Pochodzę z kupieckiej rodziny - przypomniała łagodnie Errel. - Nie takie rzeczy słyszałam.

Meren pojednawczo mrugnął w jej stronę.

- Widzisz? Młoda radzi sobie z naszym oczywistym brakiem kultury.

- Zaraz zrzucę cię z konia i zobaczymy, jak ty poradzisz sobie z naszym oczywistym brakiem kultury - zagroziła skrzypaczka surowym tonem.

Iskrowładny prychnął, biorąc kolejny łyk czerwonego wina.

- Jeżeli świerzbią cię rączki, księżniczko, i chcesz na kimś wypróbować swoją nową sztuczkę ze skrzypcami, radziłbym obrać na cel Wojownika Pierwszej krwi, czy jak mu tam... Zapewne cały gotuje się pod tym czarnym mundurem, słysząc wygłaszane przez nas głupoty.

Sienna zmrużyła oczy, próbując wypatrzeć niewyraźną i daleką sylwetkę wojownika.

- O czym ty mówisz? Wspomniany tu przez ciebie, szanowny wojownik - zadrwiła - jedzie na samym początku naszego orszaku. Nie ma mowy, by nas usłyszał.

- Jesteś pewna? - W tonie Merena pojawiła się nieznośna nutka tajemniczości. - Nie pamiętasz już historii o widmowładnych, siostro? O tym, jak dobrze słyszą, widzą w ciemności i nie czują strachu? O tym, jak bez jednego mrugnięcia wbijają ostrza w serca swoich ofiar?

Sienna prychnęła, ale w jej oczach zatańczyła niepewność. Przepełniony fascynacją i strachem głos przyjaciela wirował w powietrzu, oplatając mocą nieostrożnych słuchaczy. Wydawałoby się, że Meren krótkim przypomnieniem zasiał więcej strachu niż cała przemowa stanowczej Księżnej Świtu.

- Bajki, Meren, bajki - odparła Sienna, odrzucając złudne i irytujące przeczucie gdzieś w głąb duszy. Do skrawka, do którego ani rozsądek, ani przerażenie nie miały dostępu. - Nasłuchałeś się bajek. A tanie trunki dokończyły dzieła.

- Czyżby? - Skrzypaczka doskonale znała ten poczciwy uśmiech, który zakwitł na jego ustach. Uśmiech tysiąca sekretów. - Mówi się, że niektórzy z nas zostali pocałowani przez wschodzące słońce. To dzięki temu Pałac Świtu rozkoszuje się w nutach melodii prawdziwej magii. A co, jeżeli niektórzy z nich również zostali muśnięci prawdziwym darem? Tylko że składające na ich wargach pocałunek słońce uciekało już za horyzont?

Wiatr zawiał mocniej, wplatając w słowa iskrowładnego szept słodkiej obietnicy. Gdzieś w tym wszystkim kryły się powtarzane na dobranoc bajki o widmowych, pieśniarzach i wizjonerach. O mroku, który niczym podły i zabrudzony but przydeptywał radosny i kwitnący Świt.

- Pocałowani przez zachodzące słońce. - Sienna skrzywiła się z niezadowoleniem. - Już wiem, co będziesz robił na starość, Meren. Straszył wiejskie dzieciaki.

Bard roześmiał się serdecznie i wziął kolejny łyk wina.

- Nie zamierzam dożyć starości, Si - oznajmił swobodnie. - Ale zawsze jest to jakaś perspektywa.

***

Orszak osiadł przy spokojnej zatoce, gdzie leniwy strumyk przecinał polne ostępy, tworząc z rzadkim lasem drzew milczące porozumienie. Lesista kraina, za pozwoleniem szumiącej wody, pewnym krokiem wkraczała na oswojone przez człowieka pola i pastwiska, dumnie rozpościerała swoje królewskie korony i przykrywała ziemię ozłoconym przez słońce listowiem. Złoto i oliwkowa zieleń czasami ustępowały tu miejsca malachitowi, jaki opuścił boską paletę i niczym król osiadł wśród krajobrazu pełnego cudów. W tym wszystkim miejsce znalazły wielobarwne ravapory, które na scenie utworzonej z wysokich traw i gałęzi rozpoczynały monotonny, piskliwy koncert. Istoty zdawały się podążać za orszakiem, przepychając się między sobą i strosząc kolorowe pióra. To przedziwne przedstawienie bawiło na początku, jednak z czasem te stworzenia stawały się kolejnym elementem tła.

Kraina Świtu w swojej najwspanialszej scenerii, pomyślała Sienna z dziwnym ukłuciem smutku. Boleśnie przypominał, że przecież ona sama do końca tutaj nie pasowała. Ze zmarszczonymi brwiami odwróciła się od widoku pochylonych nad ścieżką drzew i skierowała swoje pochmurne spojrzenie na zakotwiczony przy strumieniu orszak. Czerń okutej karety oraz wyzierająca od wojowników Zmierzchu obcość tak bardzo kontrastowały z tym sielankowym obrazem, że Sienna zapragnęła mrugnąć kilka razy i sprawić, by ta niewesoła iluzja rozpłynęła się, ulatując wraz z łagodnymi powiewami wiatru.

- Księżniczka Maire życzy sobie ciebie widzieć - oznajmił Meren, który pojawił się obok niespodziewanie, wyrywając Siennę z jej wewnętrznej bitwy natarczywych emocji. Skrzypaczka spojrzała na przyjaciela, jakby spadł z księżyca. - Chyba że wolisz tu tak po prostu stać i kontemplować bogowie wiedzą co.

Skrzypaczka potrząsnęła głową i uniosła brwi.

- Coś ci w mojej kontemplacji przeszkadza? - zapytała zaczepnie.

- Nie, skądże. Po prostu wyglądasz, jakby zaraz miał się tu zjawić jakiś artysta ze sztalugą i popełnić dzieło swojego życia. "Sienna w buszu" - rzekł z namaszczeniem i z udawaną teatralnością rozpostarł dłonie. - Tylko, no, myślę, że twoja siostra nie będzie zadowolona, jeżeli zostawisz ją na pastwę ambasadora i ogólnego otoczenia Zmierzchu.

Sienna przewróciła oczami i bez słowa ruszyła w stronę strumienia.

- Urządzają sobie wesoły piknik - krzyknął Meren z tyłu. - Nie zapomnij zwinąć dla mnie jakichś pączków!

***

W spojrzeniach obcych wojowników kryło się coś tak niebezpiecznego, że Sienna o mało nie zawróciła, by uciec do Anh Sang, które teraz zdawało się odległe o całe tysiące mil. Wysocy, groźni, skryci za maską czarnych tatuaży, przedstawiających niezrozumiałe dla skrzypaczki symbole, przywodzili na myśl wyszkolone do zabijania bestie. Pozornie zajęci przygotowywaniem prowizorycznego obozu, karmieniem wierzchowców i pałaszowaniem własnego prowiantu, ukradkowo zerkali w stronę Sienny, która z zaciśniętymi zębami maszerowała w stronę zagajnika. Iskrowładna cieszyła się, że nie słyszy rzucanych pod nosem uwag na temat wiszącego na jej plecach instrumentu.

Wśród rzadko rosnących drzew, na dywanie cieszącej się względami strumienia trawy rozłożono koce, poduszki i obrusy. Siennę, której wszystkie pikniki kojarzyły się z wymuszonymi dworskimi zabawami, zdziwiła sielankowość tego obrazu. Nigdy nie wyobrażała sobie widmowładnych na tle rozrywki oraz przyjemnego spędzania czasu. W jej umyśle rozbrzmiewały wojenne okrzyki, a także melodia ocierającej się o siebie stali, które tak bardzo kontrastowały z rytmiką cykad i śpiewnością ptaków, że skrzypaczka na chwilę przystanęła, nie mogąc zrozumieć tego niecodziennego widoku.

- Och, Sienna! - Wesoły szczebiot Maire przedarł się przez tę iluzję i sprowadził skrzypaczkę na ziemię. - Chodź, dołączysz do nas!

Sienna spojrzała na siostrę, która, niczym królowa na tronie, siedziała wśród koców i poduszek, racząc się owocową przekąską przygotowaną przez dwie czekające nieopodal służące.

Skrzypaczka niechętnie zerknęła w stronę ambasadora i Pierwszego Centuriona, którzy posłali w jej kierunku równie niemiłe spojrzenia. Sam piknik w towarzystwie Maire wydawał się potworną męką. Z dodatkowym towarzystwem tej dwójki popołudnie rysowało się w wyjątkowo nieprzyjemnych barwach.

- Jak sobie życzysz - zdołała wykrztusić i bez przekonania zajęła jedną z poduszek w najdalszym kącie rozłożonego koca. Mimo wszystko nie miała odwagi po prostu zostawić tutaj Maire, której pozorna wesołość od razu przypominała o niedoli i nieszczęściu, jakie ją spotkały.

- Właśnie opowiadałam panom o tradycji naszych win - zaczęła księżniczka z entuzjazmem.

Ambasador przytaknął dla potwierdzenia jej słów, po czym uśmiechnął się, sięgając po stojący niedaleko pucharek. Najwyraźniej radosna, skąpana w słońcu twarz Księżniczki Świtu, którą zdobiły grupki niewyraźnych piegów i okalały pukle ciemnobrązowych, bujnych włosów, sprawiała oku dyplomaty wyjątkową przyjemność. Wyglądało na to, że jedynie obecność Sienny psuła mu dobry humor.

- Och, Sienno, oni po prostu muszą spróbować jednego z naszych specjałów! Co powiesz na Ter'lar? Winiarnia pana Stennara leży całkiem niedaleko stąd, idealnie na naszej drodze. Myślę, że moglibyśmy się tam zatrzymać późnym wieczorem. No i sprawa noclegu byłaby załatwiona.

Słodka paplanina księżniczki na chwilę otumaniła Siennę. Niewiele się nad tym zastanawiając, odparła:

- Czy my w ogóle mamy czas na takie głupoty?

Po twarzy Maire przebiegł cień, który natychmiast został zastąpiony przez lekko zdumiony uśmiech. Zdawałoby się, że na chwilę umilkły nawet ravapory, przysłuchując się ordynarnej impertynencji bękarciej księżniczki.

- Nie, nie mamy - odpowiedział niespodziewanie Wojownik Pierwszej Krwi.

Sienna nieustannie ignorowała jego obecność, obawiając się kontaktu wzrokowego, ale teraz mimowolnie zerknęła na niego, dostrzegając ukrytą pod maską spokoju frustrację.

- Ale o szczegółach naszej podróży decydują księżniczka Maire i ambasador Goldis - dodał dobitnie, denerwując tym skrzypaczkę.

Ambasador najwyraźniej zrozumiał treść przesłania. Odchrząknął nieporadnie i jedwabną chusteczką przetarł czerwone od wina usta.

- Kwestia pośpiechu jest mniej ważna od kwestii wygody księżniczki. Zgodnie z wolą naszego Wielkiego Księcia mamy zrobić wszystko, by orszak równym tempem zmierzał do celu swojej podróży, jednocześnie nie nadwyrężając sił narzeczonej Jego Książęcej Wysokości.

Lekkie rumieńce pokryły policzki Maire, dodając jej nieco niefrasobliwego uroku. Najwyraźniej wciąż nie przyzwyczaiła się do faktu, że ta cała farsa miała skończyć się ślubem z kimś zupełnie obcym.

- Powtarzam, Ter'lar to źródło prawdziwej symfonii smaku. Oprócz tego pan Stennar zajmuje się wyrobem sera - kontynuowała Maire z podnieceniem, kokietując ambasadora swoim rozświetlonym obliczem. - I to jakiego sera! Pan Stennar hoduje do tego specjalne pyroraksy. Najwspanialsze wyroby trafiają na książęce stoły właśnie z jego majątków ziemskich. Sam lord jest nieco... - zawahała się - osobliwym człowiekiem, ale jestem przekonana, że będzie zaszczycony naszymi odwiedzinami.

- Tak, z pewnością zachwyci go wizyta wojowników ze Zmierzchu - wtrąciła Sienna z przekąsem. Trzy pary oczu ponownie zwróciły się w jej stronę i po raz kolejny skrzypaczka poczuła się jak intruz, którego można przepędzić jednym gestem dłoni.

- Najwyraźniej bękarcia księżniczka widzi w goszczeniu naszego oddziału jakąś ujmę - stwierdził Wojownik Pierwszej Krwi z błyskiem w oku, którego Sienna nie mogła zignorować. Zacisnęła zęby, z trudem walcząc z ogarniającym ją boleśnie gorącym chłodem.

- Najwyraźniej bękarcia księżniczka ma ku temu jakieś powody - wycedziła, hamując wściekłość. Gniew nigdy nie był jej sprzymierzeńcem, wiedziała o tym aż za dobrze.

- Och, tak. - Wojownik uśmiechnął się kpiąco. - Uprzedzenia i bajki. I to podobno nas nazywają barbarzyńskim ludem. Upiory? Niektórym wino za mocno uderzyło do głowy - podsumował złośliwie.

- Elred! - Ambasador groźnie zmarszczył brwi, jawnie gorsząc się impertynencją Wojownika Pierwszej Krwi. - Wystarczy! Jesteśmy sojusznikami i tak mamy się traktować! Prawdziwe zagrożenie tylko czeka, żebyśmy znowu wszczęli bezsensowne, wewnętrzne wojny!

Sienna nawet nie zwróciła uwagi na słowa ambasadora. Na jej karku znowu zatańczyły iskry niepokoju, a w sercu zagościł znajomy strach. Wszystko słyszał, uświadomiła sobie z lękiem, przywołując w myślach rozmowę z Merenem. Nie, to niemożliwe. Może zwyczajnie skądś znał tę dziecięcą przypowieść, próbowała przekonać samą siebie, ale irracjonalne przeczucie nie chciało już jej opuścić. Pocałowani przez zachodzące słońce. Sienna nie miała odwagi ponownie spojrzeć w stronę wojownika. Uprzedzenia i bajki robiły swoje.

***

Po ścieżce przemknęły dwa brązowe laerialle, lękliwie czmychając przed zbliżającym się orszakiem. Niektórzy w Anh Sang trzymali je jako zwierzątka domowe. Przez swoje długie, puszyste ogony, wielkie oczy i zwinność we wspinaczce były wyjątkowo pożądane przez członków dworu. Niewielkie, skoczne istoty zazwyczaj nie stroniły od obecności innych, teraz najwyraźniej nie były w humorze. Ravapory szykowały się do swojej ostatniej arii, robactwo niespiesznie przygotowywało się na nocną zmianę, Hector parskał, wydmuchując obłoki dymu, a Siennę powoli szlag trafiał.

- Jeżeli będziemy podróżować w takim tempie, odwiedzając każdy ziemski majątek, najprędzej dotrzemy do stolicy Pałacu Zmierzchu za jakieś pół roku. Przy dobrym nastawieniu bogów! - narzekała, pilnując, by to narzekanie nie było zbyt głośne. Nie była jeszcze całkowicie przekonana co do darów i talentów Wojownika Pierwszej Krwi, więc dmuchanie na zimne wydawało jej się najlepszym wyjściem. - Co oni sobie wyobrażają? Co Maire sobie wyobraża? Nagle znalazła sobie nowych przyjaciół? - wyrzuciła z trudnym do ukrycia żalem.

Errel odchrząknęła nieśmiało i nieznacznie poprawiła swoją pozycję w siodle, do którego nadal nie potrafiła przywyknąć. Jazda była dla córki miejskiego kupca nie lada wyzwaniem. Pyroraksy wydawały jej się potwornymi stworzeniami. Ich grzbiety nie należały do najwygodniejszych, a głośne parskanie oraz towarzyszące mu wyziewy dymu sprawiały, że Errel miała ochotę iść pieszo. Do tego dochodziły jeszcze te kły i rogi... Gdyby nie wewnętrzny nakaz do zaciskania zębów, znoszenia trudów podróży bez narzekania oraz kilka niezwykle przydatnych rad Sienny, już dawno uznałaby swój pomysł za wyjątkowo irracjonalny.

- Ja myślę, że rozumiem Maire - wtrąciła cicho, przerywając tym samym monolog skrzypaczki, na co Sienna zareagowała uniesieniem brwi. - No bo... Ja myślę, że Maire się boi. Boi się tego, co ją czeka na ziemiach Pałacu Zmierzchu - dokończyła z niepasującym do swojego wieku przejęciem. - Dlatego tak zwleka z podróżą. Bo dopóki jedziemy, wciąż ma nas. Może i nie możemy towarzyszyć jej w karecie, być cały czas blisko niej, ale... Ale my jesteśmy z domu. A gdy osiągniemy cel, Maire zostanie sama.

Sienna poczuła, jak coś wyjątkowo niedobrego rozlewa się po jej sercu. Przez swoją wrodzoną głupotę miała ochotę walnąć się w czoło, a jednocześnie nawrzeszczeć na Errel, Maire i cały oddział Zmierzchu.

- Młoda ma rację - oznajmił dziwnie milczący Meren. - Jakkolwiek księżniczka nami gardzi, przynajmniej jesteśmy swoi.

Na niebie zakwitł zmierzch w całej swojej okazałości i skrywanym pięknie. Gładkie, czerwone promienie znikającego słońca otuliły ziemię słodką tajemnicą oraz zapowiedzią nadchodzącego jutra, tym samym wlewając w serca Drużyny Świtu dziwny stan osaczenia i lęku. Po raz pierwszy nikt z nich nie zazdrościł księżniczce jej statusu.

- Posiadłość pana Stennara! - krzyknął ktoś z przodu.

Na horyzoncie ukazały się pierwsze zabudowania. Nim orszak dotarł do bramy wjazdowej, na niebo wzbił się srebrzysty księżyc. A wraz z nim gardząca dniem ciemność.

***

Na niebie już dawno zapanowała noc, wystawiając na wartę swojego srebrzystego wojownika, gdy orszak w końcu zdołał ulokować się na dziedzińcu przed pokaźną rezydencją pana Stennara. Sam właściciel pośpiesznie stanął w drzwiach, obrzucając gości zdumionym spojrzeniem. Prowincjonalne włości Pałacu Świtu zawsze żyły swoim własnym życiem, niewiele interesując się wydarzeniami ze stolicy, toteż wieść o pokoju z Pałacem Zmierzchu mogła jeszcze tam nie dotrzeć.

- Stennarze! - zawołała wesoło Maire, wykonując zgrabny, krótki ukłon. - Tuszę, że przyjmiesz nas w swoje gościnne progi, dzieląc się winem oraz posiłkiem. Wraz z dzielnymi wojami Zmierzchu jesteśmy wyczerpani po całodziennej podróży, a twoje domostwo niczym dar od bogów Dnia i Nocy stanęło nam na drodze.

Pan Stennar - tęgi mężczyzna z pokaźnym brzuchem oraz imponującym, posiwiałym wąsem - spojrzał na Maire, jakby widział ją pierwszy raz w życiu, a przecież nierzadko bywał na dworze, pławiąc się w zaszczytach, jakimi nieskromnie obdarowywała go Księżna Świtu. Zaraz też odchrząknął, poprawił skórzany pas, który opinał mu biodra, i również uczynił coś na kształt ukłonu.

- Księżniczka Świtu! Ja... - Nawet w świetle rzucanym przez pochodnie i lampki oliwne zawieszone przy wejściu widać było pokaźny rumieniec, który okrył jego lico - Cóż za niespodziewana wizyta! Jeżeli mogę zapytać... Skąd to u boku księżniczki wzięli się ci wojowie?

- To długa historia - odparła Maire. - Tak długa, jak droga, którą przebyliśmy.

Znaczący ton księżniczki musiał w końcu dotrzeć do wciąż zdumionego Stennara. Po raz kolejny odchrząknął i skłonił się z galanterią, najwyraźniej uświadamiając sobie, że trzymanie gości na progu zakrawało na wyjątkowo paskudny nietakt.

- Wybacz, Księżniczko Świtu, lecz niespodziewana to wizyta. Wiedz jednak, że napawa mnie radością. Natychmiast zwołam służbę, by przyszykowała jak najznamienitszą ucztę. Oddziałowi wojów gotów jestem odstąpić obejście, by tam mogli spocząć po srogiej podróży, a także poczęstować ich beczkami mojego znanego w całej krainie Ter'lar. Tymczasem...

- Wśród tych wojów znajdują się również znamienici ludzie - przerwała Maire, nie bacząc na drobne uchybienie od obyczajowości. - Ambasador Pałacu Zmierzchu Goldis oraz Wojownik Pierwszej Krwi Elred.

Ambasador jak na zawołanie postąpił krok do przodu i ukłonił się z gracją. Wojownik natomiast skłonił jedynie głową, co zostało niejako pominięte i niezauważone w ogólnym ferworze skłonów i przywitań.

Pan Stennar mruknął coś pod nosem, zawołał pomocników, po czym podał Maire swoją pulchną dłoń, niknąc z nią w głębi własnego domostwa. Zaproszeni goście ze Zmierzchu popatrzyli na siebie i bez słowa ruszyli za nimi, miny jednak mieli przy tym dość osobliwe.

Na dziedzińcu zapełniło się od służby, pomocników i opiekunów pyroraksów. Najwyższy rangą wojowników Zmierzchu wykrzyczał krótki rozkaz, ktoś wskazał w stronę niedalekiej stodoły i po chwili całe towarzystwo rozeszło się bez ładu i składu, jakby nieobecność Wojownika Pierwszej Krwi zupełnie pozbawiła pozostałych dyscypliny.

Sienna ze zdziwieniem przypatrywała się potężnym, wytatuowanym wojownikom, jak wzdychają z ulgą, trącają się wesoło i rozmawiając głośno, rezygnują z równego szeregu. Gdzieś na horyzoncie pojawiły się beczki z trunkiem, ktoś krzyknął i po chwili zorganizowana, mała armia zamieniła się w bandę głośnych mężczyzn.

- Tylko mi stodoły nie podpalić! - krzyczał jeden z majordomusów, który najwyraźniej przywykł do obchodzenia się z hałastrą najróżniejszego sortu i fakt, że pochodziła ona z wrogiego Pałacu, nie robił mu już różnicy. - Nie podpalić! Uważać z ogniem, bo nie będziecie mieli gdzie spać!

Jeden z wojowników roześmiał się w głos. W ruch poszły toporki i po kilku chwilach beczki zostały otwarte, a przytaszczone przez służki żelazne pucharki napełnione.

- Maire chyba zapomniała wymienić jednego znamienitego człowieka w swoim orszaku. - Meren uśmiechnął się złośliwie i poklepał Siennę po plecach. - Dobrze, że zdążyłaś się przyzwyczaić do podrzędnego traktowania.

Skrzypaczka wzruszyła ramionami i nawet przez chwilę dąsała się na Maire, że uczyniła jej taki nietakt, ale prędko doszła do wniosku, że decyzję siostry musi zawdzięczać łaskawym bogom Dnia i Nocy. Wieczór w towarzystwie Merena i Errel rysował się w o wiele przyjemniejszych barwach.

Hector parsknął, wyziewając spory obłok dymu, czym przypomniał o swojej obecności. Sienna z westchnięciem pokręciła głową, gładząc wierzchowca po miękkiej sierści, i krótkim machnięciem przywołała pobliskiego parobka, który przejął uzdę szczęśliwego z przerwy pyroraksa.

- Maire najwyraźniej znalazła sobie nowych przyjaciół - burknęła w końcu, ruszając za drużyną w stronę stodoły, w której to robiło się coraz głośniej i coraz weselej. - Ta cała gadka o strachu to mistyfikacja. Widać, że wśród znamienitych ludzi czuje się jak ryba w wodzie - dodała z przekąsem.

- Mimo wszystko chyba jestem jej wdzięczny za ten cały pomysł z postojem - podsumował Meren z niebezpiecznym uśmiechem. - Kto ma ochotę na słynne Ter'lar?

***

Maire skinęła z wdzięcznością, gdy gospodarz - zgodnie ze zwyczajem - jako pierwszy napełnił jej pucharek słodko-gorzkim specjałem. Pan Stennara, jak na stałego bywalca pałacu przystało, doskonale orientował się w porządkach takich spotkań. Wypinał pierś, pęczniał i uśmiechał się, pilnując, by gościom niczego nie brakowało.

- Kazałem służbie wybrać z naszych spichlerzy najprzedniejsze produkty. Proszę, panowie łaskawcy, mięso pochodzi z dzisiejszego polowania. Tengalmal niebagatelnych rozmiarów! Widzieliście kiedyś tego zwierza na żywo? Samce są przeogromne, potrafią być też bardzo niebezpieczne. Moi łowczy niemało się natrudzili. Poroże zwierzęcia będę musiał powiesić w honorowym miejscu. Mówi się, że są spokrewnione z pyroraksami, ale dla mnie to bujda. Co tu jeszcze mamy... No tak! Sery najwspanialszej jakości, z najlepszej półki mojej spiżarni. Ach, i proszę! Oliwki z południowych sadów, którym nie oprze się żaden smakosz. Żaden, powtarzam! No i jest też moje najsłynniejsze dziecko. - Stennar teatralnie rozłożył ręce i wskazał na karafkę z czerwonym płynem, którą służka właśnie stawiała na stole. - Proponuję wznieść toast! Za śmiałych podróżników, którzy zawitali w me skromne progi!

Ambasador oraz Wojownik Pierwszej Krwi wymienili przelotne spojrzenia i z lekkim wahaniem unieśli puchary do ust. Nastąpiła chwila milczenia, podczas której każdy miał okazję skosztować miejscowej legendy, sławnego Ter'lar.

- Wyborne! - oznajmił w końcu ambasador ze szczerym zachwytem. - Doprawdy, wyborne! Muszę ci powiedzieć, szanowny gospodarzu, że przez lata słyszałem opowieści o wytworności i szlachetności trunków Pałacu Świtu i w końcu mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że legendy nie mijały się z prawdą.

Pan Stennar, kontent ze słów obcego ambasadora, uniósł pucharek z uśmiechem i upił kolejny łyk, kłaniając się dyplomacie z wdzięcznością.

Maire przyglądała się tej wymianie uprzejmości z kotłującą się w głowie mieszaniną myśli. Dla niepoznaki przybrała maskę łagodnego półuśmiechu, który niemal nie schodził z jej ust. Nawet wtedy, gdy rozglądała się po przestronnej komnacie jadalnej, wzrokiem znawcy sztuki oceniając wykonane z kryształów lampki, których płomienie rzucały na pomieszczenie radosne światło; na obrazy w starych ramach, zazwyczaj przedstawiające winorośle czy martwą naturę, oraz chłodne rzeźby przyglądające się ucztującym z niezmiennym wyrazem kamiennych twarzy. Między tym wszystkim cały czas uwijała się służba, nie przykuwając w żadnym stopniu uwagi księżniczki. Byli dla niej niczym duchy, cienie, które towarzyszyły jej całe życie. Przez tyle lat w pałacu przyzwyczaiła się do ich nieustannej obecności i opieki. Fakt, że ktoś dolewał jej wina, gdy zaczynało go brakować w pucharku, podsuwał tace, gdy tylko skinęła, oraz wynosił talerze, z których skończyła już jeść, wydawał się księżniczce czymś nieistotnym, naturalnym i codziennym.

- Proszę mi wybaczyć moją impertynencję, księżniczko, ale po prostu muszę zapytać - zaczął Stennar, gdy tylko główna część posiłku dobiegła końca. Na stół zaczęto znosić desery i owoce, które o tak późnej porze wydawały się zbytkiem łaski. - Co sprowadza cię do mojego domu w towarzystwie tak niecodziennych towarzyszy? - Szybko zerknął w stronę gości, by sprawdzić, czy takie określenie nie obraziło ich w jakiś sposób.

Maire nagle straciła ochotę na oblane słodko pachnącą czekoladą owoce. Przypomniała sobie o właściwym celu swojej podróży - Pałacu Zmierzchu i Wielkim Księciu, za którego miała wyjść. Serce w jej klatce piersiowej po raz kolejny zaczęło bić z zawrotną prędkością, a na policzkach zagościł drobny rumieniec. Strach oraz przerażenie były wszystkim, co skrywało się za maską życzliwej uprzejmości i radosnych uśmiechów. Księżniczka powtarzała sobie, że spotkał ją zaszczyt. Że książęcą krew obowiązują również odważne czyny. Ale mimo to za każdym razem, gdy spoglądała na wytatuowaną twarz Wojownika Pierwszej Krwi, który wśród znanych jej obyczajów, tradycji, gościnności i pięknego wystroju wyglądał jak nieokiełznany, dziki upiór z bajek dla dzieci, ogarniał ją niewysłowiony lęk. Lęk o własny los i przeznaczenie, w które została uwikłana przez własnego pradziada.

- Pałace Świtu i Zmierzchu zawarły sojusz - oznajmiła spokojnym głosem, walcząc z drżeniem, które próbowało nią zawładnąć. - Zgodnie z dawną obietnicą, daną jeszcze przez mojego przodka, połączę rody świętym małżeństwem z Wielkim Księciem Pałacu Zmierzchu. Ambasador i Wojownik Pierwszej Krwi zapewniają mi bezpieczną eskortę, a w twoje skromne progi, panie, wkroczyliśmy, będąc na drodze do granicy z ziemiami Pałacu Nocy.

- Rozumiem, księżniczko - odparł Stennar po przedłużającej się ciszy, choć wyglądało na to, że nie rozumiał absolutnie niczego. - Rad i kontent jestem, żeście uczynili mi we własnym domu taki zaszczyt, chociaż i zdumienia odmówić sobie nie mogę. Zmierzch i Świt razem? Wybaczcie mi, łaskawi panowie, ale brzmi to jak niemożliwe marzenie.

- Musimy się zjednoczyć, by pokonać wspólnego wroga - wyjaśnił ambasador z powagą. - Inaczej cała Rantia wpadnie w ręce Martwych Królestw.

- Ach, tak. Martwe Królestwa. - Pan Stennar pokiwał głową i sięgnął po kolejny łyk wybornego wina. - I do nas dochodzą czasami przykre wieści z północy. Jak podejrzewam, sytuacja nie wygląda bezpiecznie?

Elred, do którego pytanie zostało skierowane, uniósł znacząco brwi, pesząc tym samym gospodarza, który o sztuce wojennej pojęcia nie miał żadnego.

- Sytuacja jest stabilna - odparł w końcu widmowładny tonem sugerującym, że wydarzenia z północy nie były sprawą, o której chciałby teraz rozmawiać.

Pan Stennar odchrząknął i pośpiesznie odłożył pucharek.

- Tak... Miejmy nadzieję, że nasze przymierze ocali nas przed hordą tych szaleńców.

Przysłuchująca się tej wymianie zdań Maire nagle zaczęła żałować, że nie zaprosiła do stołu swojej przyrodniej siostry, która - mimo swojej impertynencji - przypominała księżniczce o bezpiecznym zamku i kolorowym Anh Sang. Przez chwilową złość postanowiła nie wspominać o Siennie Stennarowi, ale teraz... Teraz zaczęła czuć się samotna w otoczeniu mężczyzn, polityki, wojen i spraw, które tak nagle zaczęły ją bezpośrednio dotyczyć, w otoczeniu świata dorosłych, wcześniej bardzo rzadko zaglądającego jej przez ramię.

***

- Kłamstwa. Obrzydliwe i wyjątkowo niesmaczne kłamstwa. - Meren z niezadowolonym grymasem upił kolejny łyk kolorowego płynu. - Pan spleśniałego sera najwyraźniej doszedł do wniosku, że prości wojownicy nie zauważą różnicy między tanim sokiem, tylko przez dzieci zwanym winem, a rasowym Ter'lar, z którego słyną tutejsze winnice.

Opierająca się o podtrzymującą strop belkę Sienna uniosła brwi, mierząc przyjaciela litościwym spojrzeniem.

- Skąd pan Stennar mógł wiedzieć, że wśród zwykłych legionistów znajdzie się iskrowładny o tak wysublimowanym i wykwintnym guście? - zakpiła. Sama dawno zrezygnowała z rozcieńczonego, słodkiego trunku. Mało szlachetny napój smakował najwyraźniej jedynie wojownikom Zmierzchu, którzy opróżniali beczkę za beczką, wprawiając się tym samym w coraz weselszy humor. Śmiech, głośne rozmowy i piski służek, które niebezpiecznie zbliżyły się do oddziału, przepełniały podwórze i stodołę, a zabawa trwała w najlepsze.

- Żebyś wiedziała - przyznał Meren, sadowiąc się na kupce siana, tuż obok odpoczywającej w milczeniu Errel. Dziewczyna wyglądała na zmęczoną wielogodzinną jazdą, ale najwyraźniej nie zamierzała się skarżyć i żalić.

- Nie wiem, czego się spodziewałeś, kolego. - Sienna po chwili zastanowienia również zajęła miejsce do siedzenia. - Pan Stennar słynie w pałacu z hojności. O ile ta hojność przynosi mu jakieś korzyści. W innych przypadkach bywa chciwy jak nikt inny.

- Wybacz, że mi pałacowe figury mało znane - burknął iskrowładny z niezadowoleniem. - Zapewne nasza księżniczka, ambasador i Wojownik Pierwszej Krwi raczą się teraz słodkim Ter'lar, a my zostaliśmy skazani na zwykły soczek. Cóż za strata!

Sienna wzruszyła ramionami, wędrując myślami do Maire, która po raz kolejny udowodniła, że nie chciała mieć ze swoją przyrodnią siostrą niczego wspólnego. Skrzypaczka uświadomiła sobie, że mur, jaki pojawił się między nimi, rósł już od bardzo dawna. Jeszcze w dzieciństwie razem biegały po ogrodach, razem bawiły się z innymi dziećmi i razem robiły służbie psikusy. A potem zaczęły się podziały. Lekcje Maire, na które Sienna nie mogła uczęszczać. Dumne, zadzierające nosa towarzystwo. Suknie i stroje, w jakie ubierano jedynie prawowitą dziedziczkę. Sienna nigdy nie narzekała na swoją wolność i nigdy jej nie żałowała. Ale to ona podłożyła fundamenty pod ów mur, który z dnia na dzień malał i rósł, kruszył się i wzmacniał, znikał i powracał. Zaklęte koło, które powoli doprowadzało Siennę do szaleństwa.

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale ja mam pytanie.

Iskrowładna podskoczyła, słysząc głos obcego wojownika, który nagle zmaterializował się tuż obok. Jej dłoń mimowolnie powędrowała w stronę leżących niedaleko skrzypiec, ale mężczyzna nawet nie zwrócił na to uwagi. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na Merenie, po czym szybko przeniósł się na Errel, która niewątpliwie stanowiła o wiele atrakcyjniejszy i przyjemniejszy dla oka widok.

Meren musiał zauważyć zapalającą się w oczach wojownika iskrę. Spochmurniał i wypiął pierś, jakby swoją mało imponującą sylwetką próbował odpędzić intruza.

- Pytania to rzecz normalna i chwalić się z faktu ich posiadania nie trzeba - zauważył iskrowładny tonem równie opryskliwym co wyniosłym.

Wojownik zbaraniał i zastygł w połowę nabierania powietrza. Najwyraźniej ostentacyjne stwierdzenie Merena zupełnie zbiło go z pantałyku.

Sienna miała ochotę się roześmiać, widząc pokrytą tatuażami twarz, na której skamieniało idealnie uchwycone zdumienie. Rosły żołnierz w czarnej zbroi ponurych oddziałów Zmierzchu wpatrywał się w Merena, jakby po raz pierwszy odkrył, że iskrowładny potrafi mówić.

- Kolega grzecznie przeprasza, a ty jak zwykle masz jakieś obiekcje - stwierdziła Sienna z rozbawieniem. Zignorowała złowrogie spojrzenie, które rzucił jej przyjaciel, i ponownie zwróciła się do wojownika: - Słuchamy pytania.

Żołnierz odchrząknął, jeszcze raz tęsknie spojrzał w stronę Errel, po czym zabrał się za wyłuszczanie swojej sprawy.

- Bo myśmy tak bardzo przypadkiem usłyszeli, że...

- No jasne, przypadkiem! - Meren z dezaprobatą pokręcił głową. - To się tak nazywa, przypadkiem. Wyście w tym swoim Zmierzchu dużo rzeczy przypadkiem zrobili...

- Meren! - Errel sprzedała mu kuksańca, po którym mężczyzna spochmurniał jeszcze bardziej. Ale przynajmniej już nic nie powiedział.

- No tośmy naprawdę przypadkiem usłyszeli - kontynuował żołnierz po upewnieniu się, że znowu może bez przeszkód zabrać głos. - O tym całym winie i specjale tutejszych ziem. Że to, co nam w beczkach sprezentowano, to wcale Ter'lar nie jest.

Meren parsknął litościwie, ale pod ciężarem wzroku Sienny nie skomentował rezolutnego odkrycia wojownika. Najwyraźniej jako jedyny z Drużyny Świtu nie podzielał tutaj ochoty do rozmowy z wrogiem.

- Pan Stennar jest znany ze swojego skąpstwa. - Sienna wzruszyła ramionami. - O Ter'lar to możemy sobie najwyżej pomarzyć.

- No niekoniecznie. - Uśmiech, który zakwitł na ustach wojownika w połączeniu z tatuażami i nieznanymi symbolami wyglądał tak upiornie, że Sienna miała ochotę przełknąć ślinę i czym prędzej wrócić do słonecznego Anh Sang, w którym największym niebezpieczeństwem był pijany opryszek. - Razem z kolegami znaleźliśmy okno.

- Okno? - Tym razem Meren nie dał się uciszyć. - Doprawdy fascynujące. Okno w rezydencji pana Stennara? Słuchajcie, to odkrycie stulecia!

- To nie jest takie zwykłe okno - odparł wojownik obruszonym tonem. - Okno do kuchni. Otwarte okno do kuchni - dodał znacząco.

- No i co z tego, na litość bogów Dnia i Nocy? W kuchni też trzeba czasami wietrzyć.

Żołnierz z dezaprobatą pokręcił głową, machnął dłonią i ruszył w kierunku swoich towarzyszy. Wyglądało na to, że komentarze iskrowładnego zupełnie pozbawiły go ochoty do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami.

- Hej, poczekaj! - Sienna zerwała się ze swojego miejsca i w kilka kroków dogoniła legionistę. - Jak masz na imię?

- Ziron - odparł po chwili wahania. Przypatrywał się Siennie z dość niezrozumiałą podejrzliwością, jakby mogła go w każdej chwili zaatakować. Przyzwyczajona do osobliwego traktowania iskrowładna nie zwróciła na to uwagi.

- No Ziron. Niewymownie mi miło. Chcecie zwinąć Ter'lar, tak? - zapytała bez ogródek.

- Ano. - Pokiwał głową. Jego twarz ponownie się rozświetliła. - Tylko troszeczkę, żeby spróbować. Cóż to byłyby za odwiedziny Pałacu Świtu bez spróbowania wina, o którym głośno nawet u nas?

***

Kuchenne okiennice rzeczywiście zastali otwarte na oścież. Przekradnięcie się przez dziedziniec, ominięcie kilku krzątających się gdzieniegdzie pachołków i zajście rezydencji z boku również nie stwarzało jakiś większych problemów, toteż po niedługim czasie od wspólnej narady Drużyna Świtu i dwóch wojowników Zmierzchu znaleźli się pod właściwym oknem.

- Ciemno - stwierdził Meren, pociągając nosem. - I trochę wysoko.

Koncertujące dookoła nocne robactwo nie zwracało uwagi na niezapowiedzianych gości i z rytmiką godną mistrzów urozmaicało milczącą kontemplację otwartych okiennic, zza których wylewało się kuchenne światło.

- Jak mnie ktoś podsadzi, to dam radę - stwierdziła Sienna, zagryzając usta.

- Ciebie? - Meren uniósł brwi, co przez ogólne ciemności nie zostało zauważone. - Jesteś za gruba, nikt cię podsadzać nie będzie. Myślałem, że poślemy Errel. Jest sprytniejsza i zwinniejsza.

- A ty zaraz będziesz martwy - odparła Sienna sucho, nie zawracając sobie głowy uwagami na temat własnej wagi. - Jak przyłapią Errel, to...

- To zrobi się burdel - podsumował iskrowładny. - Ale jak złapią ciebie, to zrobi się jeszcze większy burdel. Errel potrafi trzymać buzię na kłódkę. A ty zaraz zaczniesz kłapać jadaczką na prawo i lewo, plując na wszystkich swoim wrodzonym jadem i nabytą ironią.

- Prosisz się o solidne manto, Meren.

Najwyraźniej obecność milczących wojowników Zmierzchu zwielokrotniła już i tak przerośnięte ego Merena.

- Księżniczko, proszę cię. Nie dałabyś rady, nawet gdybym nagle oślepł i ogłuchł - zapewnił.

- A to się akurat da załatwić - stwierdziła skrzypaczka złośliwie.

- O, widzisz. O tym jadzie mówiłem - podsumował Meren.

Słowna przepychanka trwałaby tak najprawdopodobniej do białego rana, gdyby nie Errel, która w ciągu wspólnie spędzonych miesięcy zdążyła przywyknąć do zachowania przyjaciół oraz nauczyć się kilku pomocnych sztuczek. Odchrząknęła stanowczo i położyła dłoń na ramieniu Merena, który natychmiast umilkł.

- Sienna lepiej się wspina - oznajmiła cicho. - A ja bym się bała, że ktoś mnie zauważy.

Iskrowładny zrobił groźną minę, mruknął pod nosem jeszcze kilka nieprzyjemnych komentarzy, po czym wzruszył ramionami.

- Proszę bardzo, niech idzie księżniczka. - Machnął dłonią w stronę okna. - Ale ja jej nie podnoszę, nie ma mowy.

- Nie martw się - odparła skrzypaczka z fałszywym uśmiechem. - Gdzież śmiałabym cię o to prosić? Po to właśnie wzięliśmy ze sobą naszych silnych i umięśnionych kolegów. - Mówiąc to, mrugnęła w stronę wojowników, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Merena. - Podrzucicie mnie do góry, koledzy?

Ziron odpowiedział na uśmiech, mruknął coś do kolegi i zabrali się do pracy. Jak się okazało chwilę później, z podnoszeniem kłopotu żadnego nie było. Sienna bez problemu dosięgnęła wystającego parapetu i z głośnym jękiem wciągnęła resztę ciała, by po chwili zniknąć we wnętrzu kuchni. Przez moment cała pozostała czwórka wyczekiwała krzyku, wrzasku lub odgłosu tłuczonych naczyń, ale skrzypaczka w końcu pojawiła się w oknie i pokazała uniesiony kciuk.

W gruncie rzeczy Sienna była pod sporym wrażeniem, w duchu dziękując bogom Dnia i Nocy, że przypadkiem nie zrzuciła żadnej z tac oraz dzbanków, które zalegały na szafkach obok parapetu. Jej wyczyny wspinaczkowe nigdy do efektownych nie należały. W Anh Sang, w którym nawet dzieci niejednokrotnie przeskakiwały ponad dachami, korzystając z rozległego, rozbudowanego systemu tarasów i balkonów, skrzypaczka wypracowała technikę, która okazała się niezbyt pomocna przy pionowej, pozbawionej gzymsów ścianie. Gdyby nie wojownicy Zmierzchu, Sienna za nic w świecie nie dałaby rady dostać się tak wysoko.

- Mnie to trochę się dziwne wydaje. - Głos jednej ze służących, która wraz z koleżanką wmaszerowała do kuchni, trzymając w dłoniach opróżniony dzbanek, wyrwał Siennę z przelotnego wspomnienia i zmusił do skrycia się za jedną z drewnianych komód. Wciśnięta w kąt między potężnym meblem i podniszczoną skrzynią, miała nadzieję, że nikt przedwcześnie nie odkryje jej obecności.

- Żeby tak księżniczka bez towarzyszek? Widziało to kiedy takie cuda? Będzie teraz ze roki dwa, jak nas wielka Księżna ze swoją świtą odwiedziła, a ile to było gąb do wyżywienia! - Służąca pokręciła głową i sięgnęła po leżący na stole napełniony dzban.

Sienna wychyliła się zza swojej osłony i z niezadowoleniem stwierdziła, że było to już ostatnie naczynie z winem, dla którego odważyła się odwiedzić rezydencję.

- A teraz? Jakieś ważne moście z Krainy Zmierzchu i ichni wojownicy. Nic, mówię ci, nic dobrego z tego nie wyniknie. Oj, nie. Jakieś podejrzane interesa muszą wielmoża znowu robić. Konszachty z widmowładnymi! Kto by pomyślał! - Mówiąc to, służka wraz z koleżanką ruszyły do wyjścia. Na chwilę zatrzymały się jeszcze w drzwiach i jakby z roztargnieniem spojrzały na kuchnię.

- Nie zamykaj - mruknęła druga, milcząca dotąd dziewczyna. - Zaraz majordomus przyjdzie, to zamknie kuchnię, już panowie i tak kończą ucztować. Pan rozkazał tylko ostatni dzban na stole postawić.

- A w komnatach? - zapytała pierwsza służka.

- A po komnatach całe butelki poroznosić. Tylko że w jednej...

Głos służby ucichł zupełnie, niknąc gdzieś w dalszych korytarzach rezydencji. Sienna w końcu mogła odetchnąć z ulgą i wyjść ze swojej prowizorycznej kryjówki, rozprostowując odrętwiałe w niewygodnej pozycji nogi. Przez chwilę rozważała zasłyszaną rozmowę, układając naprędce plan działania.

- Nie czekajcie tutaj - oznajmiła w końcu, wychylając się przez kuchenne okno, to samo, którym się tu dostała. - Zaraz majordomus wszystko pozamyka i będzie kicha. Z tyłu musi być taras albo jakieś patio, tamtędy się wydostanę - zadecydowała i nie zwlekając, ruszyła w stronę wyjścia z kuchni, w którym jeszcze chwilę temu zniknęły dwie służki.

Pokoje gościnne. Zwyczajem Pałacu Świtu każdy szanujący się gospodarz powinien umieszczać je w najpiękniejszym zakątku swojej rezydencji, a samych gości traktować lepiej od własnych dzieci. Na szczęście Sienna pamiętała co nieco ze swojej ostatniej wizyty w posiadłości pana Stennara, kiedy to cały dwór, wraz z jej matką, objeżdżał prowincjonalne włości. Księżniczka Maire, z którą Sienna była zmuszona wtedy spać, zajmowała jeden z niedużych pokojów na tyłach rezydencji. Jego balkon wychodził na ogrody oraz rozległą winnicę. Skoro Maire spała już tam wcześniej, dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

Kierując się tym tokiem myślenia, Sienna bez zastanowienia wybrała odpowiednią odnogę korytarza, cały czas pilnując, by znowu nie wpaść na służbę, która z pewnością nie byłaby zachwycona widokiem niezapowiedzianego gościa. Jednocześnie mimowolnie rozglądała się dookoła, dostrzegając widoczne na pierwszy rzut oka zaniedbania, które na dobre rozpanoszyły się w domu pana Stennara. W wielu miejscach pomarańczowa, upstrzona ornamentami tapeta schodziła ze ścian, łuszczyła się i odpadała całymi płatami. Gliniane donice z dorodnymi roślinami dawno straciły swoje kolory, matowiejąc i blaknąc, ale w najgorszym stanie były obrazy, które niszczały w kurzu podobnie jak ich pokryte brudem ramy ze zdobnego drewna.

Dwa lata temu jeszcze nie było tego tak widać, pomyślała Sienna z niezadowoleniem i prędko skryła się w niewielkiej wnęce, by przeczekać służącą, która opuszczała jedną z komnat. Dziewczyna bez cienia podejrzenia zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w stronę schodów.

- Dwa, trzy, cztery - mruknęła skrzypaczka pod nosem, z niezdecydowaniem przyglądając się rzędowi zamkniętych dębowych drzwi, prowadzących do pokoi gościnnych. Zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć rozmieszczenie kwater, ale w tym względzie jej pamięć odmówiła posłuszeństwa. Słysząc z daleka skrzypienie podłogi i ciche odgłosy rozmowy, machnęła dłonią i na chybił trafił wybrała drugie drzwi z rzędu.

Pokój nie odbiegał daleko od porządków panujących w całej rezydencji. Dwa stojące w rogu, obleczone skórami dzikich zwierząt fotele wydawały się zapadnięte, jakby zmęczone wieloletnią służbą. Obtłuczony przez kogoś niski, toporny stolik wystawał spomiędzy siedzisk, a wiszący nad tym wszystkim obraz przedstawiający martwą naturę sam z siebie wprowadzał ponury nastrój. Jedynie potężne, ozdobione baldachimem łoże nieco łagodziło tę ciężką atmosferą, swoją okazałością przyćmiewając niewątpliwą niedbałość.

Całość Sienna oceniła i zakodowała w ciągu kilku sekund. Nigdy nie zaprzątała swoich myśli artystyczną kontemplacją, co nieraz robiła Maire, wpatrzona w dzieła sztuki, w których od razu się zakochiwała. Dla niej obmierzły pokój był tylko kolejnym dowodem na chciwość pana Stennara. O wiele większe znaczenie miała za to stojąca na stoliku prześwitująca butelka o ciemnozielonym zabarwieniu, która swoją dostojnością sugerowała pożądaną zawartość.

- Idealnie - stwierdziła Sienna, uśmiechając się radośnie. Z miną znawcy podniosła swoją nagrodę i prześwietliła znajdujący się w niej płyn dzięki zawieszonej na suficie zdobnej lampie. - Ter'lar jak się patrzy - oznajmiła, chociaż pewności nie miała. Ale cóż innego mógł podarować swoim znamienitym gościom pan Stennar?

Skrzypaczka bez przeszkód odnalazła wyjście na przytwierdzony do pokoju balkon, który bezpośrednio łączył się z szerokim, pokaźnym tarasem. Żałowała, że ciemności całkowicie przesłaniały widok na wspaniałe ogrody oraz ciągnące się aż po horyzont połacie winorośli. Doskonale pamiętała ten obrazek ze swojej poprzedniej wizyty, jako jeden z nielicznych ostał się we wspomnieniach z podróży po okolicach stolicy. Słońce i bujna zieleń. Wizytówka Pałacu Świtu, która teraz została przykryta nieprzeniknionym mrokiem.

Tak jak przyszłość Maire, pomyślała Sienna z nagłą falą współczucia, która rozlała się po jej ciele. Zupełnie niespodziewanie przypomniała sobie rozmowę służek. Księżniczka bez swoich towarzyszek. Skrzypaczka doskonale rozumiała, dlaczego jej siostra została pozbawiona przyjaciółek i znacznej ilości służby. Wszystko przez wzgląd na bezpieczeństwo oraz trudy podróży, która przecież nie mogła się rozciągać w nieskończoność. A w towarzystwie towarzyszek Maire dotarłaby do stolicy Zmierzchu o wiele później.

Wyrzuty sumienia i współczucie szybko zastąpiło przypomnienie o Maire, która w towarzystwie ambasadora najwyraźniej czuła się na tyle dobrze, by zapomnieć o przyrodniej siostrze.

- Si, tu jesteśmy! Masz? - Ponaglający głos Merena natychmiast sprowadził skrzypaczkę na ziemię. Pośpiesznie ruszyła ku krawędzi tarasu i od razu zauważyła swoich wspólników w plamie światła, jakie rzucały zawieszone na filarach lampki.

- Mam. - Z triumfem potrząsnęła butelką Ter'lar. - Czyżbyś we mnie wątpił?

- Ja? Skądże. Łapki to ty zawsze miałaś lepkie - stwierdził iskrowładny jadowicie. - Zrzuć mi to i złaź. Co chwila się tu ktoś kręci, jeszcze, na bogów Dnia i Nocy, będziemy mieli problemy.

- Mam ci to zrzucić? - W głosie Sienny zabrzmiała nutka paniki. Znacząco spojrzała na dwóch milczących, stojących obok wojowników Zmierzchu. Irracjonalnie to właśnie oni wydali jej się pod tym względem godni zaufania. - Zwariowałeś? A jak upuścisz?

Meren uniósł jedną brew, co miało świadczyć o wyjątkowej pogardzie, jaką w tej chwili odczuwał dla przyjaciółki.

- Kobieto, nie rozśmieszaj mnie. Są na tym świecie dwie rzeczy, których nigdy nie upuszczę, a Ter'lar jest jedną z nich. No zrzucaj, no! - Iskrowładny ustawił się zaraz pod tarasem, przygotowując dłonie do przyjęcia niezwykle ważnej przesyłki, i już otworzył usta, mając w zamiarze wygłoszenie długiej tyrady na temat własnej możności i niemożności, kiedy nagle zamarł zupełnie niespodziewanie z wlepionym w górę wzrokiem.

Sienna zdziwiła się, po czym stwierdziła, że spojrzenie Merena nie jest przeznaczone dla niej. Jeden rzut oka na przestraszone miny wojowników Zmierzchu wystarczył, by bez obracania się wiedzieć, kto spowodował ogólną konsternację.

- Włamanie do cudzego pokoju, przywłaszczenie cudzego wina i demoralizacja wojowników - wymienił Elred z jakąś nieuchwytną satysfakcją w głosie. - Zaczynam rozumieć, dlaczego Księżna Świtu nie chciała się tobą chwalić.

Z ust Sienny zniknął słodki uśmiech, który przybrała jeszcze kilka sekund temu. Odwróciła się, mając nadzieję, że bije z niej wyłącznie czysta niechęć.

Wojownik Pierwszej Krwi stał kilka metrów od niej, na granicy światła i mroku, który stanowczo zwyciężał z rzadkimi plamami mdławej poświaty, jaką rzucały pozapalane lampki oliwne. Coś niebezpiecznego kryło się w jego wzroku, a czarne symbole o nieznanym znaczeniu jeszcze bardziej potęgowały to wrażenie, doskonale tłumacząc strach mieszkańców Pałacu Świtu, wśród których krążyły legendy o widmowładnych.

Nie słyszałam, jak nadchodzi, przemknęło jeszcze Siennie przez głowę, a potem jej podświadomość opanował gniew.

- A to tylko nieliczne z moich licznych dokonań - odparła, czując doskonale znany, palący chłód, który zaczął wzbierać pod maską wściekłości. - Ale co do ostatniego punktu mam pewne zastrzeżenia. Wojownicy sami się zdemoralizowali i sami wystąpili z propozycją współpracy. Widocznie mają słabego przywódcę - dodała kpiąco.

- Tak, dobrze! Tak trzymaj, siostro! - kibicował z dołu Meren, co w gruncie rzeczy było wyjątkowo mało pomocne.

Elred westchnął, rzucił w stronę swoich żołnierzy przelotne spojrzenie, po którym wojownicy w te pędy oddalili się w stronę stodoły zajmowanej przez oddział, po czym ponownie przeniósł swój niezadowolony wzrok na stojącą naprzeciw Siennę.

- Wyjaśnijmy sobie coś, dobrze? - zaczął niecierpliwym tonem. - Ani mnie, ani wam ten układ nie jest na rękę. Uwierzcie mi, rozejm z kimś, kto biega dookoła ze swoim śmiesznym instrumencikiem i uważa się za pełnoprawnego wojownika, wydaje się wyjątkowo niesmaczny. - Przy tych słowach skrzywił się znacząco. - A jednak jakoś musimy się znosić do końca podróży, więc radziłbym ograniczyć wszelkie kontakty do niezbędnego minimum.

Sienna zazgrzytała zębami, uświadamiając sobie dotkliwy brak skrzypiec, które teraz mogłyby się wyjątkowo przydać. Jeszcze nie miała okazji, by wypróbować swoją nową sztuczkę na żywym przeciwniku, a teraz, gdyby dano jej szansę, nie wahałaby się nawet przez sekundę. Ze złością zacisnęła pięści i właśnie wtedy wzrok iskrowładnej mimowolnie padł na balustradę tarasu, tuż za centurionem.

Balustradę, na której rozrastały się nitki szronu niczym budowana przez pająka sieć. Lód powoli obrastał metalowe pręty, leniwie malując mroźne symbole swojej potęgi.

- I jeszcze jedno. - Wojownik Pierwszej Krwi wziął milczenie skrzypaczki za dobrą monetę i robiąc stanowczy krok do przodu, wskazał na trzymaną przez Siennę butelkę. - Będę potrzebował tego z powrotem.

***

- Nie mogę uwierzyć, że siedziałaś cicho właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzebowaliśmy twojego ciętego języka! - wyrzucił Meren z niezadowoleniem.

Hałasy dobiegające od bawiących się żołnierzy Zmierzchu ucichły już dawno. Najwyraźniej nawet oni doszli do wniosku, że przyda im się trochę snu. Errel również odpłynęła, zbyt wyczerpana po całym dniu jazdy. Sienna nie odpowiadała na zarzuty przyjaciela, cały czas myśląc o nitkach lodu, które pojawiły się na balustradzie. Mroźna moc po raz kolejny dała o sobie znać, przypominając Siennie o ponurej tajemnicy, do której nie chciała i nie mogła się przyznać.

Dzisiaj było inaczej, pomyślała ze strachem. Dzisiaj nawet nie było pełni.

- Doszłam do wniosku, że to mało rozsądne. No wiesz, kłócić się o butelkę wina z Wojownikiem Pierwszej Krwi. Kimś, o kim ty sam rozpowiadałeś niestworzone historie - przypomniała Sienna uszczypliwie.

- No co? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że się bałaś?

Sienna zacisnęła zęby. Bała się, owszem. Jednak nie Wojownika Pierwszej Krwi, a tego, co pojawiło się na balustradzie.

- Ty jesteś głuchy, czy specjalnie ignorujesz to, co mam do powiedzenia? - odparła z większą złością, niż planowała. - Mówiłam przecież, że doszłam do wniosku, że to mało rozsądne.

- Tak. Bo to Wojownik Pierwszej Krwi - parsknął. - Co to w ogóle znaczy? Nie przypominam sobie, żebyśmy w naszej wspaniałej strukturze militarnej posiadali coś takiego.

Bo owa struktura prawie nie istnieje, chciała powiedzieć Sienna, ugryzła się jednak w język.

- Słyszałam o tym kiedyś. - Wzruszyła ramionami, dostrzegając powątpiewające spojrzenie Merena. - No co? Raz czy dwa uczestniczyłam w nudnych lekcjach Maire. Głównie wtedy, gdy nie były zbyt nudne.

- I co? To jakaś znacząca posadka? Ten cały Wojownik Pierwszej Krwi?

Sienna z namysłem pokiwała głową.

- Można tak powiedzieć. Według tradycji to chyba dowódca, który pierwszy rzuca się w wir walki. Stąd ta krew... No wiesz, ma jako pierwszy zabić wroga.

Meren skrzywił się przy tych słowach.

- Nie wiem, czy się martwić, czy cieszyć, że Wielki Książę Zmierzchu wysłał kogoś takiego...

- Ja też nie - odparła Sienna zgodnie z prawdą.

Poskromić chłód

Copyright ? Agnieszka Zawadka

Copyright ? Wydawnictwo Inanna

Copyright ? MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright ? for the cover art by Agnieszka Zawadka

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2021 r.

książka ISBN 978-83-7995-575-6

ebook ISBN 978-83-7995-576-3

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Bożena Walewska

Korekta: Monika Halman

Adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Agnieszka Zawadka

Skład i typografia: www.proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książka najtaniej dostępna w księgarniach

www.MadBooks.pl

www.eBook.MadBooks.pl