- Mark Ronson - powiedział starszy mężczyzna,
wyciągając rękę, by się przywitać. Miał tygodniowy zarost na
brodzie, a wąsy zostały świeżo zgolone. Jego garnitur przypominał
świetnie skrojone stroje Jamesa Bonda, a spinki do mankietów
zwracały na siebie uwagę, połyskując spod rękawów. -
Chyba zapomniałem się przedstawić. - Szli oświetlonym
korytarzem, mijając tanie, bezbarwne i banalne obrazy twórców,
którzy nigdy nie będą sławni. Dopiero po chwili zorientowała
się, że nie są sami.
- Najmocniej panią przepraszam - uśmiechnęła się
i podała rękę. - Waleria Ross. - Kobieta wyciągnęła dłoń
i odpowiedziała zmęczonym głosem: - Maria Kowalska.
Usiedli w przyciemnionym hotelowym barze, zdani jedynie
na światło nocnych lampek ustawionych przy stolikach. Luźna
atmosfera sprzyjała co najwyżej zawarciu przelotnej
znajomości na jeden wieczór. Po całym ciężkim dniu uzgadniania cen,
negocjowania kontraktów, dopinania strategii marketingowej
i otwierania nowych biur chcieli odreagować zmęczenie i
podzielić się z kimś swoimi problemami. Łatwiej jest
opowiadać o kłopotach z projektem i permanentnej absencji w domu
komuś, kto najprawdopodobniej przeżywa to samo i będzie
w stanie szczerze przytaknąć ze zrozumieniem, stuknąć się
szklanką whisky i poklepać po plecach. Takiego człowieka
najprawdopodobniej nigdy więcej się nie spotka, wobec tego
można pozwolić sobie na zupełną szczerość.
Do ich stolika dochodziły poważne rozmowy prawników,
którzy, jak by się mogło zdawać, nie chcieli lub też nie musieli
wracać do sali konferencyjnej, gdzie poruszano tematy
dotyczące prawnych aspektów zatrudniania obcokrajowców. W
kuluarach mogli dyskutować o podatkach, nagrodach, pensjach
i wyjazdach służbowych.
W części restauracyjnej mężczyzna koło czterdziestki
nerwowo rozglądał się na boki, jedząc wczesny lunch z młodszą
o dwadzieścia lat kobietą. Śmiali się i rozmawiali, przełykając
kolejne kęsy club sandwich z bekonem, jajkiem i pomidorem.
Kilka osób czytało "Financial Times" przy pustej filiżance po
espresso. Z głośników sączyła się cicha muzyka,
rozleniwiająca każdego, kto odważył się ją dosłyszeć.
Takie hotelowe bary były niebezpieczne. W miejscu, gdzie
rozpaczliwie pragnie się szklanki whisky i gdzie można ją
dostać, skupienie się na obowiązkach wydaje się graniczyć z
cudem.
Waleria posadziła swoich towarzyszy przy stoliku blisko
wyjścia i poszła złożyć zamówienie.
- Jak tam dzisiaj? - odezwała się do kelnerki i dodała: -
Dużo ludzi?
- Jakoś dajemy radę. - Młoda dziewczyna o rudych
włosach uśmiechnęła się, wycierając kieliszek do wina. Zawsze
ciekawiło Walerię, dlaczego w restauracjach kieliszki
wycierane są z zacieków dopiero, gdy ktoś złoży zamówienie na
trunek. Kelnerka spojrzała na nią i dodała: - Ale rzeczywiście,
dużo ludzi jak na przedpołudnie. A poza tym to bardzo dziwny
dzień. Każdy chodzi podenerwowany. Wygląda to tak, jakby
ktoś wszystkim naraz powiedział, że nie dostaną wypłat w tym
miesiącu ze względu na przewagę dni szarych nad
słonecznymi. Bez sensu. Ja już mam z całego serca dość, chociaż
zaczęłam dwie godziny temu.
- Szczęściara - odparła Waleria i popatrzyła na zegarek.
- Ja tu siedzę od siódmej trzydzieści.
- To pewnie zaraz wychodzisz. - Obdarzyła Walerię
uśmiechem beztroskiego dziecka.
- Wolne żarty! Jak znam życie, mój moment kryzysowy
nastąpi około godziny dwudziestej pierwszej. Czasami
następuje wcześniej, chociaż nie dopuszczam do siebie głosu
mojego sumienia, które zawsze chce przemawiać, gdy mija siódma
wieczorem, a ja wciąż upajam się obecnością swojego
służbowego komputera. - Spojrzała na zegar ścienny i posmutniała,
jak dziecko, które zorientowało się, że do podwieczorku
zostało jeszcze dużo czasu. Była godzina pierwsza po południu, co
oznaczało mniej więcej tyle, że jeszcze dłuższa część
służbowego dnia przed nią. Moment kryzysowy zdarzał się o różnych
porach, nigdy jednak przed dziewiętnastą. To ta chwila, kiedy
Waleria była już tak zmęczona, że w złości wyłączała komputer
w trakcie odpowiadania na ważny mail. Przebierała się w
dżinsy i wychodziła do domu. Gdy znajdowała się już na zewnątrz,
za każdym razem doznawała olśnienia, że właśnie opuściła
miejsce, od którego jest uzależniona. Orientowała się również,
że świat wcale nie czeka, żeby wyszła z pracy.
Kiedy inni ludzie wracali wieczorem z zakupów lub ze
spotkań z przyjaciółmi, ona wracała z firmy. A gdy w domu włączała
swój laptop i otwierała służbową skrzynkę, z przerażeniem
w oczach stwierdzała, że liczba wiadomości nieprzeczytanych
zwiększyła się w ciągu czterdziestu minut dwukrotnie.
Czasem pukała się w głowę, pytając siebie, co robi i
dlaczego prawie o północy wciąż siedzi nad stertą nietkniętych
maili, skoro ich liczba nigdy się nie zmniejszy. Wiedziała, że
to samonapędzająca się maszyna. Na im więcej wiadomości
odpowiedziała, tym więcej przychodziło nowych. Niektórzy
hołdowali zasadzie, że problemy zostawione wystarczająco
długo same sobie, mają tendencję do rozwiązywania się.
Waleria jednak, jakkolwiek bardzo się starała, nie potrafiła zostawić
pilnych spraw ich własnemu biegowi.
Wyrwana z zadumy przez kelnerkę, wróciła między żywych
i uśmiechnęła się.
- Przepraszam, zamyśliłam się. - Jej niedopasowany
kostium sprawiał, że czuła się jeszcze gorzej. Poprzysięgła sobie
po raz kolejny, że będzie się ubierać w ubrania, które sama
sobie kupiła, a nie w kostiumy, który uszył dla niej pracodawca.
- Nie szkodzi, tylko twoi goście zaczynają się niepokoić.
- Moi goście, ach tak, oczywiście, na śmierć o nich
zapomniałam. - Waleria odwróciła się i poczuła na sobie
ponaglające spojrzenia. - Czy mogłabym cię prosić o przygotowanie
dwóch dużych latte i jednego cappuccino? Jedna latte z
mlekiem odtłuszczonym.
- Oczywiście. - Dziewczyna rozejrzała się po w połowie
wypełnionej sali, po czym dodała: - Ja tu jestem do
wieczora. Późnego wieczora. Jak będziesz już miała serdecznie dość,
to przyjdź do mnie. Posłuchasz tego faceta. Nie wiem, jak się
nazywa, ale rewelacyjnie gra na flecie poprzecznym. Puszcza
jakąś płytę, gdzie w tle ledwo słychać skrzypce i harfę i gra
przy ich akompaniamencie. Zrelaksujesz się, napijesz się
wina. W końcu - dziewczyna uniosła kąciki ust w uśmiechu
i kiwnęła głową do gościa, który chciał rachunek - w końcu
będziesz już po pracy. Teraz idź i negocjuj. W imię firmy!
Waleria stuknęła butem o but w geście "tak jest!" i wróciła
do stolika. Wcale nie chciała rozmawiać o interesach z tymi
ludźmi. Umówił się z nimi Big Ben, a potem zostawił ją samą,
tłumacząc się tym, że ma ważniejsze spotkanie. On wiedział,
o czym ci ludzie chcą rozmawiać, ona nie. On ich znał, ona
nie. Ale że kontakty utrzymywać należy, to trzeba być miłym
i napić się następnej latte, myśląc o tym, czyby nie wpaść w
jakiś nałóg, który pozwoliłby, choć na chwilę, zapomnieć o tym
korporacyjnym gównie.
- Przepraszam, że mnie tyle czasu nie było. - Waleria
otworzyła kalendarz i wyjęła długopis. - Dyrektor nie
powiedział mi, w jakim celu się spotykamy, ale domyślam się, że
chodzi o współpracę. Gdyby jakaś była, zapewne bym o tym
wiedziała - popatrzyła na towarzyszy, podając im wizytówki.
Ach, te wizytówki. Te małe karteczki na wagę złota. Dzieci
kolekcjonują karty z wizerunkami postaci z kreskówek,
dorośli - z danymi teleadresowymi. W końcu nigdy nie wiadomo,
kiedy mogą się przydać. Szkoda tylko, że tak często się
dezaktualizują. Dla większych pieniędzy, większej władzy,
prestiżu ludzie zmieniają wszystkie dane na wizytówkach za
wyjątkiem imienia i nazwiska. Różne motywy, różne powody, jeden
świat.
- No tak, na razie nie podjęliśmy współpracy - odparła
kobieta w równie źle dopasowanej co Waleria garsonce - ale
mamy nadzieję, że w najbliższej przyszłości to się zmieni. -
Mówiąc to, podała Walerii opasłe katalogi firmowe, na które
zużyto bardzo dużo pięknego kredowego papieru. - Pani szef
rozmawiał z Markiem na temat świątecznej promocji.
Przyozdobiony samochód rozwożący prezenty dla najważniejszych
dyrektorów, z którymi państwo współpracujecie.
- Ach, te ekskluzywne zestawy. Teraz pamiętam.
Wspominał coś. - Waleria zaczynała kojarzyć. - Wspominał też,
że to ja mam rozwozić te prezenty. - Zachichotała, chociaż
bliżej jej było do płaczu.
- Tak? - ożywił się Mark, popijając swoje cappuccino.
Waleria zauważyła jego uwodzicielski uśmiech. Do tej pory
siedział cicho, obserwując dwie kobiety rozmawiające o
samochodach. Miał oczy pełne wigoru i Waleria nie chciała myśleć,
że zachowuje się tak ze względu na nią. - To dziwne -
odparł po dłuższej chwili namysłu, unosząc zalotnie jedną brew.
- Mnie wspominał, że ten ktoś będzie przebrany za Mikołaja.
Pani co najwyżej mogłaby włożyć strój Śnieżynki.
Ewidentnie z nią flirtował, ku ogólnemu przerażeniu
kobiety siedzącej obok. Mark, szef firmy wypożyczającej
samochody, był, jakby ujęła to Waleria, "dobrze zakonserwowanym",
a na dodatek przystojnym i dobrze ubranym
sześćdziesięciolatkiem. Miał na sobie drogi jedwabny garnitur, który został
uszyty na miarę, i drogie włoskie buty, podpisywał się drogim
długopisem, a w kieszeni miał na pewno kluczyki do drogiego
samochodu.
Waleria natomiast była, jak zwykli mawiać jej rodzice,
prawie trzydziestoletnią brunetką o brązowych oczach. Ona
wolała określenie: "dwudziestoośmioletnia kobieta odnosząca sukcesy
zawodowe". Potrafiła wyjść zwycięsko z niezręcznej
sytuacji, ale za każdym razem, gdy ktoś robił jej podobne aluzje,
było jej przykro. Przykro, że "takie jest życie", przykro, że
"takie są standardy korporacyjne", przykro, że "tacy są ludzie".
I wreszcie przykro, bo zastanawiając się, czy warto zmarnować
całe swoje życie w wielkiej międzynarodowej firmie, zawsze
dochodziła do wniosku, że nie. Nie zmieniało to jednak
faktu, że nie miała na siebie innego pomysłu. Bała się odejść, bo
gdzie indziej nie dostałaby takiej pensji, bała się zostać, by nie
postradać zmysłów. Czasami czuła, że jej praca jest
bezprzedmiotowa, że nic nie wnosi do niczyjego życia. Wieczorami, gdy
samotnie sączyła wino, samotnie, ponieważ na mężczyzn nie
miała czasu, rozmyślała, co chciałaby robić. "Zastanów się,
co chcesz naprawdę robić w życiu, a potem zacznij to robić",
przeczytała kiedyś. Ona jednak nie mogła się zdecydować, czy
chce wyjechać do Afryki, by tam walczyć z chorobami i
głodem, udać się na Haiti, by w szpitalach polowych pomagać
ludziom, którzy ucierpieli z powodu jakiegoś kataklizmu, czy
na Malediwach obserwować migracje i okresy godowe żółwi.
A może powinna zostać kelnerką? Albo pracować w kiosku?
Kiedy tylko zaczynała myśleć o innym życiu, świat sprowadzał
ją na ziemię, dostarczając kolejną porcję nieprzeczytanych
wiadomości. I było jej tak wygodnie, w końcu monotonia też
ma swoje plusy.
Robiąc dobrą minę do złej gry, odpowiedziała:
- Jestem pewna, że bardziej liczy się gest i sam prezent,
aniżeli przebranie. - Mark był niezadowolony ze sposobu,
w jaki się odcięła, i chciał coś powiedzieć, ale ona była
pierwsza: - Dobrze, ale wracając do meritum, czy mój dyrektor
mówił, ile samochodów będziemy potrzebować? Jeden chyba
wystarczy, skoro ja mam nim jeździć?
- Ben mówił o dwóch. - Mark przyglądał się wizytówce
Walerii. Do kobiety obok zadzwonił telefon, więc przeprosiła
i wyszła, zostawiając dziewczynę w dość niezręcznej sytuacji.
- Dobrze - zaczęła spokojnie, bojąc się uśmiechnąć, by
wyraz jej twarzy nie został odczytany jako zachęta do dalszej
gry. Z każdą minutą coraz bardziej bała się tego mężczyzny,
którego zamiary mogły być czysto zawodowe, a uśmiech mógł
świadczyć o bogatych doświadczeniach z kobietami. W
przeszłości. Waleria jednak siedziała jak sparaliżowana, myśląc
o tym, co powiedzieć i jak to zrobić, by jak najszybciej pozbyć
się tych ludzi ze swojego świata. - Jeśli będziemy mieć dwa
samochody, całkiem sprawnie nam pójdzie rozwożenie tych
prezentów. Dlatego myślę, że tydzień wystarczy.
- Walerio - zaczął Mark i pochylił się w jej stronę, oblizał
usta i dotknął, niby to przypadkiem, jej ręki. Jednak nie
zdążył nic powiedzieć, bo jego towarzyszka wróciła. Przeprosiła
ponownie, usiadła i nerwowo spoglądała to na brunetkę o
kręconych włosach, którą niedawno poznała, to na swojego szefa.
Waleria była trochę zniesmaczona, a trochę zmieszana, za to
Mark, jak na dyrektora przystało, zachował spokój. - Mario,
zanotuj, proszę, żeby przygotować ofertę wypożyczenia dwóch
samochodów na okres tygodnia. Do tego oczywiście kierowca,
przyozdobienie samochodów, ale wierzę, że wszystko ze sobą
uzgodnicie. - Dziewczyna notowała, a Mark zerknął na
zegarek. - OK, jeśli mamy już wszystko ustalone, to myślę, że
Maria odezwie się dziś wieczorem lub jutro rano z gotową propozycją.
- Spojrzał jeszcze raz w stronę Walerii i uśmiechnął
się do jej wizytówki.
Odprowadziła gości do wyjścia i usiadła na kanapie w holu.
Trwała właśnie przerwa na lunch. Ludzie w niewielkich
grupkach emocjonowali się sprawami poruszonymi na sali
konferencyjnej. Niektórzy stali samotnie i przez telefon przepraszali
swoich bliskich, że muszą zostać dłużej. Z toalety wychodziły
eleganckie kobiety, które zdążyły już poprawić makijaż. Tylu
ludzi, każdy zamknięty i zagubiony w swoim świecie.
Waleria posmutniała jeszcze bardziej, gdy usłyszała
rozmowę dwóch prawników. Na ich twarzach malowało się
zmęczenie, ale i spokój. Był to spokój wynikający z pogodzenia się
z losem, jaki ich spotkał. Jeden opowiadał, że dwa dni temu,
kiedy ostatni raz widział swoją rodzinę, jego syn już chodził.
Żałował, że nie widział jego pierwszych kroków. Drugi
wzruszył ramionami i stwierdził, że on w ogóle rzadko kogokolwiek
widuje, a do pracy przyniósł śpiwór, bo czasami nie ma po co
wracać.
"Dziwne jest to życie" - pomyślała. W którymś momencie
ocknęła się, podniosła wzrok i zobaczyła Big Bena. Przełknęła
ślinę i wydusiła z siebie:
- Dzień dobry, panie dyrektorze.
- Co robisz? - zapytał, stając w lekkim rozkroku,
jakby przygotowywał się do walki. Założył ręce na piersiach
i uśmiechnął się cynicznie, jak zwykł to robić.
- Siedzę - odpowiedziała. Zastanawiała się przez
chwilę, czy nie palnęła głupoty, przecież on widzi, że ona siedzi.
Wstała więc, uśmiechnęła się, wyobrażając sobie w myślach,
jak dodaje: "A teraz wstałam". - Czekam na dwie osoby -
skłamała, żeby nie musiała się za długo tłumaczyć.
- Aha, a jak poszło z Markiem? - uśmiechnął się pod
nosem.
- W porządku - odparła, zastanawiając się, co to
pytanie tak naprawdę miało znaczyć. - Dziś wieczorem lub jutro
rano powinnam mieć ofertę.
- Lubię cię. - Big Ben popatrzył na nią i uniósł brwi,
ciekawy, jak zareaguje na to wyznanie. Jej mina się jednak nie
zmieniła. - Widzę, że się starasz. Ale powinnaś więcej
pracować. Powinnaś pokazać, że zasłużyłaś na awans, który dostałaś
- zmarszczył brwi i spoważniał. - To jest prawdziwa
kariera. Musisz się naprawdę postarać - uśmiechnął się do siebie
i odwrócił na pięcie. - A prawdziwe starania to nie siedzenie
na kanapie - rzucił na odchodne.
Usiadła ponownie, chociaż wiedziała, że powinna
wrócić do siebie. W czasie, kiedy jej nie było, na pewno przyszło
trzydzieści maili, a na poczcie głosowej zapisało się pięć
wiadomości. I tak nigdy jej nie odsłuchiwała, gdyż mechanizm
telefonu był zbyt pogmatwany. Na karteczkach przyklejonych
przez współpracowników na monitorze komputera, pewnie
będzie pięć nazwisk i pięć numerów telefonów ważnych ludzi,
do których trzeba będzie oddzwonić.
Piętnasta trzydzieści. Spojrzała na telefon i zauważyła
sześć nieodebranych połączeń. Jak mogła nie wyczuć wibracji
telefonu w kieszeni? Dwa od koleżanki z biura obok, jedno
od nieznanego numeru, następne od agencji reklamowej, dwa
ostatnie od asystentki dyrektora. Znak, że czas najwyższy pojawić
się ponownie w biurze. Zwlokła się z kanapy, uśmiechnęła
się sposobem numer pięć: "Kocham swoją pracę najbardziej
na świecie" i pomaszerowała do biura Big Bena.
Berta, jego asystentka obrzuciła dziewczynę chłodnym
spojrzeniem i wycedziła przez zęby:
- Poczekaj. - Podniosła słuchawkę telefonu i uprzedziła
Big Bena o wizycie Walerii. - Wejdź - powiedziała, posyłając
dziewczynie ironiczny uśmiech.
Waleria oblizała usta, schowała telefon do kieszeni, wzięła
głęboki oddech i weszła do biura.
Big Ben jak zwykle siedział za biurkiem, odbierał
przychodzące z prędkością światła maile. Niektóre od razu kasował.
Na inne odpowiadał jednym lub dwoma słowami, przy
jeszcze innych kręcił z niedowierzaniem swoją prawie łysą głową,
przeklinając pod nosem tak cicho, by nawet ktoś znajdujący się
w biurze nie był pewien, jakie słowa padają. Czasem nazywano
go "Maszynką do mięsa", gdyż potrafił zmielić człowieka tak,
że ten zapominał, jak się nazywa.
Dziewczyna rozejrzała się po biurze, czekając, aż szef
zwróci na nią uwagę. Zobaczyła jego zdjęcia z rodziną,
ustawione na biurku tak, by przypominały mu, jak wyglądają jej
członkowie. Na śnieżnobiałej ścianie wisiały natomiast zdjęcia
z partnerami biznesowymi, ważnymi postaciami świata
polityki i sportu, dyplomy, nagrody. Obok komputera leżał talerz
z niedojedzonym obiadem, a na fotelu zalegała wysłużona
książka: "Jak dobrze zarządzać ludźmi". Dziwne, że Big Ben
czyta takie książki, na pewno zalecają, by szanować swoich
pracowników. Kto się teraz stosuje do takich zasad?
Waleria, już trochę spokojniejsza, spojrzała na swoje buty,
próbując wymyślić rzeczową odpowiedź na pytanie, które za
chwilę miało na nią spaść jak grom z jasnego nieba.
- Co ty tu jeszcze robisz?! - warknął, odrywając się na
chwilę od monitora. Takiego pytania się nie spodziewała. -
Nie widzisz, że jestem zajęty?! Przyjdź za pół godziny! Albo
za półtorej. - Wrócił do swoich maili, wymownie
wzdychając. Gdy Waleria posłusznie kiwnęła głową, dyrektor spojrzał
na nią, uśmiechnął się z politowaniem i powiedział: - Albo
czekaj. Później też nie będę miał czasu z tobą porozmawiać.
Siadaj. - Usiadła. - Czekaj. - Czekała.
Czuła się jak pies, który został wytresowany do
spełniania żądań swojego pana. A dyrektor zaczął dzwonić, najpierw
do działu technicznego, potem do personalnego, skończył
na przekazaniu swojej żonie, że nie ma ochoty na imprezę
wieczorem, gdyż przecież: "Też kiedyś musi spać". Wreszcie
odłożył słuchawkę i zwrócił się do Walerii:
- Słuchaj, po cholerę wysyłasz mi stertę niepotrzebnych
maili? Czy myślisz, że mam ich za mało? Kątem oka widzisz
mój monitor, więc wiesz, że co dziesięć sekund przychodzi
nowy. Myślisz, że ja nie mam co robić? Że siedzę tu
bezczynnie, drapiąc się w tyłek i pierdząc w stołek całymi dniami?
- Sam pan prosił - odrzekła, przełykając ślinę - o ich
wysyłanie.
- Ale już ich nie chcę! - wydał z siebie błagalne
jęknięcie połączone z niedowierzaniem, że ma pracowników, którzy
nie rozumieją, jak się im coś powie.
- To w takim razie, jak mam poprosić o decyzję?
- Nie proś mnie w ogóle - odburknął i zanurzył się ponownie
w otchłań swojej skrzynki pocztowej. - A poza tym
żadnego załatwiania darmowego hotelu. Wszyscy chcieliby
spać za darmo! Nie ma szans! - uśmiechnął się, spojrzał
Walerii w oczy i zakończył i tak już krótką, aczkolwiek
treściwą, wypowiedź: - Po prostu przyjdź do mnie, powiedz mi
i postanowimy.
- Jest pan zdecydowany? - zapytała.
- Czy ja do cholery biorę udział w jakimś teleturnieju?!
- Po prostu chcę wiedzieć, czy jest to ostateczna decyzja.
Mam jeszcze drugiego szefa i chętnie przekażę mu dobrą
wiadomość, że będzie miał mniej czytania.
- Tak, jestem zdecydowany. A teraz możesz iść.
Brakowało jeszcze tylko komendy: "Odmaszerować", jak
w wojsku. Waleria wyszła z biura, niewyraźnie uśmiechnęła
się do nienawidzącej jej asystentki, ale szybko zorientowawszy
się, że nie może liczyć na odwzajemnienie przyjaznego gestu
i cud się nie wydarzy, odmaszerowała. Skierowała swe obcasy
w stronę biura drugiego dyrektora, aby zapytać, czy ten też by
ją zwolnił z kombinowania darmowych noclegów dla jakichś
bardzo ważnych osób. Tymi VIP-ami byli z reguły artyści
mający sześcioosobowe grono adoratorów. Należeli do niego:
matka, ojciec, brat, siostra, partner i najlepszy kumpel, który bez
względu na to, jak bardzo nie podzielał pasji artysty, wspierał
go, bo nie miał innego wyjścia. Ta ważna osoba z reguły
przybywała do miasta dać koncert lub wystawić obrazy. Jako
rekompensatę za darmowe spanie owy artysta oferował
umieszczenie logo hotelu na zaproszeniu na tę swoją imprezę. Może
i takowe zaproszenia były drukowane w ilości stu egzemplarzy,
ale i tak mało kto fatygował się z nich skorzystać.
Waleria nigdy nie potrafiła do końca pojąć logiki decyzji
swoich szefów i głowiła się, dlaczego niektórzy goście spali
za darmo. Ale tak naprawdę gówno ją to wszystko obchodziło.
Wypełniała przecież swoje obowiązki.
Poszła więc do drugiego dyrektora, myśląc po drodze, jak
nie dać się wrobić ponownie w pisanie tych przeklętych maili.
Traf chciał, że drugi szef był nieprzeciętnie dwulicowy i
wyjątkowo ambitny, a przez swój niedorosły perfekcjonizm dokładał
pracy wszystkim razem i każdemu z osobna.
- Dzień dobry. Posłuchaj, hmm... - zawiesiła na
chwilę głos, myśląc, jak by zacząć, żeby nie wpuścić samej siebie
w maliny. - Otóż byłam u dyrektora i on powiedział, że nie
chce otrzymywać ode mnie wiadomości o darmowych
noclegach. Powiedział, żebym sama decydowała, zawsze na nie -
tu się uśmiechnęła, myśląc, że powiedziała coś śmiesznego
- a dopiero później fatygowała was. - Spojrzała na człowieka
siedzącego naprzeciwko, zachodząc w głowę, jakim cudem
zaszedł tak wysoko, będąc tak wielką pomyłką.
- Nie. Nie, nie, nie - odparł jakby do siebie i zamyślił się
na chwilę. Nawet na nią nie spojrzał. - Nie przestawaj pisać
tych maili, tylko po prostu wysyłaj je tylko do mnie.
- Hmm, z tego, co wiem, to on jest osobą decyzyjną w tej
kwestii. Przyszłam cię tylko zawiadomić. - Walerię oblał
zimny pot. Wiedziała, że nie powinna była tego mówić, ale
nadarzyła się zbyt wyjątkowa okazja, by ją przepuścić.
Oczami wyobraźni zobaczyła, jak rozwścieczony szef zamienia się
w potwora i pożera ją żywcem. Bo jak inaczej wyobrazić sobie
kogoś, kto właśnie usłyszał od osoby postawionej niżej w hierarchii,
że nie jest wystarczająco ważnym szefem, by dostawać
maile od jakiegoś szaraczka.
- Słuchaj. Będziesz wysyłać mi te maile i tyle, koniec
kropka. Zero dyskusji. Konwersację uważam za zakończoną
- po czym jego twarz przyjęła wyraz: "Cieszę się, że
doszliśmy do konsensusu" i odebrał telefon.
Wracając do swojego biura, wymyślała skomplikowane
techniki tortur, których by użyła, gdyby przypadkiem znalazła
go przywiązanego do krzesła w jakiejś zatęchłej piwnicy. Na
usta cisnęło jej się milion słów, jednak żadne nie było
wystarczająco dosadne, by oddać beznadziejność sytuacji.
Przystanęła na chwilę, myśląc, co mogła zrobić inaczej, żeby się
udało. Zapewne nic. Dlaczego miałaby mieć mniej pracy? Z jakiej
okazji ktokolwiek miałby czelność zwolnić ją z wykonywania
jakiegoś obowiązku?
Szła korytarzem, rozglądając się na boki. Duże szyby po
obu stronach obnażały monotonię i szarość kolorowych na
pozór stanowisk pracy. Usiadła w fotelu i łza pociekła jej po
policzku. Być może moment kryzysowy nastąpił wcześniej niż
zwykle, a być może był to po prostu jeden z tych
nieszczególnie przyjemnych momentów pracy w korporacji.
"Nie ma czasu do stracenia" - pomyślała, wytarła łzy
i przełknęła ślinę. Pokazała palcem na telefon, jak gdyby była
magikiem, zamknęła oczy i w tym samym momencie rozległ
się dźwięk nadchodzącego połączenia.
- Witam, nazywam się Anna Kasprzyk i dzwonię z pisma
"Prestige".
- Dzień dobry. - Waleria spojrzała na swoje paznokcie
i pomyślała, ile cennych minut swojego dnia będzie musiała
poświęcić na bezskuteczne próby spławiania tej kobiety.
- Dzwonię do pani, ponieważ właśnie przygotowujemy
kolejne wydanie i mamy dla pani idealne miejsce na reklamę.
- Bardzo dziękuję za zainteresowanie i chęć promocji
naszej firmy - odparła mechanicznie Waleria, starając się nie
wzdychać za bardzo. - Bardzo jednak byłabym wdzięczna za
przesłanie mi tej propozycji mailem.
- Tak, oczywiście - zaśmiała się kobieta po drugiej
stronie słuchawki - ale dla pani mamy specjalną ofertę. Czy mogę
zająć chwilę, by ją pani przedstawić?
"Specjalna oferta na pewno dotyczy ceny, która i tak będzie
o siedemdziesiąt pięć procent za wysoka" - pomyślała i
odpowiedziała:
- Bardzo chętnie się z nią zapoznam, ale poprosiłabym ją
na maila. Teraz nie bardzo mogę z panią rozmawiać, ponieważ
spieszę się na spotkanie.
Po wymienieniu grzecznościowych zwrotów na do
widzenia i odłożeniu słuchawki zaczęła sprzątać biurko. Od rana
już dwie osoby dzwoniły, by przypomnieć o niezapłaconych
fakturach. Wszystko w tej firmie było stworzone tak, by
utrudniać życie pracownikom. Od faktury do płatności mijało
zwykle sporo czasu, gdyż trzeba było zebrać podpisy "Wszystkich
Świętych", a Big Bena na końcu. A w tym celu poprzebierać
nogami po wszystkich piętrach. Firma dbała o kondycję fizyczną swoich pracowników.
Każdy dzień mijał jej tak samo. Wstawała dwie godziny
za wcześnie, by dwie godziny za wcześnie zjawić się w pracy,
gdzie jej szef i tak już siedział przy biurku i oddawał się rozkoszom
czytania służbowych maili, które musiały lepiej
wyglądać na monitorze niż na małym urządzeniu mobilnym. Szła
do swojego biura i z lekką dozą nieśmiałości włączała
komputer. Przebierała się następnie w swoje służbowe ciuchy i
czekała na poranne spotkanie, po którym dzień zaczynał się pełną
parą, nie zostawiając chwili wolnej na przemyślenia bądź jakiś
telefon w sprawach niezwiązanych z pracą.
W ciągu kilku kolejnych godzin nie wydarzyło się nic
specjalnie interesującego. Waleria zmieniała tylko kierunek,
biegając z biura dyrektora na dół, z dołu do biura dyrektora,
a także po kawę, którą nazywała kawą sikaną, gdyż pachniała
i smakowała gorzej niż pomyje, w których ktoś wymoczył
stare, noszone trzy tygodnie skarpetki... I tak w kółko przez cały
dzień.
A gdy już znalazła czas, by zapalić nocną lampkę na
biurku - jedyny przedmiot, który przypominał jej o istnieniu
innego, prawdziwszego świata - nadszedł moment kryzysowy.
Nie zważając na wszechogarniające uczucie obrzydzenia,
najpierw posegregowała pocztę przeczytaną, by następnie
odpowiedzieć na resztę wiadomości. Gdy zauważyła, że odpowiedzi
na dopiero co wysłane maile zaczynają napływać ze zdwojoną
siłą, uśmiechnęła się i szybko wyłączyła komputer.
- Pyk! - powiedziała do siebie, gdy jej narzędzie pracy
zostało przestawione w tryb uśpienia i spojrzała w czarny
monitor. - Do jutra, mój wysłużony monitorku. - Wstając,
dodała: - Za niedługo tu zwariuję.
Wyszła z biura, śmiejąc się z siebie. Był to moment tak
beznadziejny, że aż magiczny. W innych biurach światła były
dawno pogaszone, telefony nie dzwoniły, nikt nie krzyczał,
było tak cicho, że aż przyjemnie. Pracoholizm jest jak
toksyczna miłość. Pracy się nienawidzi, ale się ją kocha i nie można
bez niej żyć.