Rozdział 1
Róża upiła łyk lodowato zimnego soku morelowego i spojrzała na przesuwającą się powoli przed jej oczami dżunglę. Znajdowała się na sterówce rufowej, czyli najwyższym pokładzie Panny Wanilii, eleganckiego białego parowca, którego dziób rozcinał ze stłumionym warkotem zielonkawe fale i olbrzymie błyszczące liście. Trwał bowiem specjalny rejs, zorganizowany dla uczczenia nowego smaku majonezu pomysłu pani kapitan.
Róża znalazła się na pokładzie parowca razem z tatą i swoim najlepszym przyjacielem Rupertem, aby napisać recenzję dla magazynu "Perspektywy" na zlecenie Katarzyny Rodrigo - jej jedynej prawdziwej idolki i mistrzyni. Było to bardzo ekscytujące zadanie, a jednak sprawiało Róży wielką trudność. A oto dlaczego tak było:
zawołała radośnie kapitan Musztarda, zjeżdżając w dół po olbrzymim okrętowym kominie. Trzepotała przy tym brokatowymi portkami, zgrabnie manewrując trzymaną w ręku tacą, z której unosiła się para.
Kapitan Musztarda zdawała się przebywać wszędzie naraz, a to wyskakując zza zwoju tłustej od oleju liny, a to znowu kołysząc się między otwartymi balkonami, by opaść z hukiem na siedzenie tuż obok Róży.
-?Lepiej napisz dla mnie dobrą recenzję! - zawołała kapitan, podając jej drgającą krewetkę. - Nie jak te kłamstwa, które wymyślają w "Chochli Codziennej"!
-?Oczywiście - bąknęła cienko Róża, spoglądając na krewetki, które tym razem taplały się w jaskrawopomarańczowym sosie i... kurka siwa... czyżby to była posypka?!
-?Chyba znowu będę wymiotował - powiedział Rupert, gdy tylko kapitan Musztarda oddaliła się w podskokach, rozpryskując po pokładzie krople sosu.
Rupert wymiotował już trzy razy. Przyczyniał się do tego prawdopodobnie fakt, że był bezwzględnym wegetarianinem. Wpatrywał się w czarne kropki oczu martwych krewetek, zadając pytania w rodzaju: "Jak myślisz, czy ona była zakochana?" albo "Ta mogłaby być wspaniałą artystką. Poznaję po tym czułku". Stawało się to coraz bardziej nużące i Róża z trudem zmuszała się, żeby cokolwiek napisać.
Róża pragnęła otworzyć swój Podręcznik dla korespondentów specjalnych i zagłębić się w porządną historię. Chciała opisać koszmarny wieczór rozrywkowy (Jakim cudem śpiewaczki dostały tę robotę? Kto zgodził się uszyć nie jedną, ale trzy beznadziejne kreacje?), okoliczną dżunglę i dobywające się z niej rozmaite dźwięki zależnie od pory dnia, a także drużynę Ptasich Brygadierów, nierozstających się nigdy ze sztywnymi podkładkami i lornetkami, które zabierali ze sobą nawet pod prysznic. (Róża dowiedziała się o tym od Bartka, zaprzyjaźnionego ptasiego brygadiera, który jej o tym powiedział).
Na przeszkodzie stały jedynie te cuchnące krewetki. Ale obiecała Katarzynie Rodrigo, że wykona zadanie, chociaż ją nudziło. Cóż, nie mogła zawieść swojej bohaterki.
Tubalny głos z niższego pokładu przerwał rozmyślania Róży.
Generał Horynycz, dowódca Ptasiej Brygady, przechadzał się przed szeregiem stojących na baczność ptasich brygadierów. Uwielbiał dużo gadać, hucząc przy tym jak megafon.
-?Co charakteryzuje idealnego ptasiego brygadiera? PORZĄDEK. Wymagam wypastowanych butów, chust wyprasowanych w nienaganny trójkąt równoramienny i nazw wszystkich żyjących gatunków ptaków wyhaftowanych na waszych śpiworach wraz z wersją łacińską! - Generał zatrzymał się przed piegowatą dziewczyną z mundurkiem ozdobionym mnóstwem kolorowych odznak Ptasiej Brygady. - Ty! - Wycelował w nią palec. - Co to jest papuga?
-?Jaskrawo upierzony ptak o zakrzywionym dziobie i ochrypłym głosie - wyrecytowała pewnie dziewczyna.
-?Dobrze. A teraz ty. - Generał nachylił się nad Bartkiem. - Wyrecytuj mi, verbatim, zaśpiew terytorialny strusia żółtobrzuchego.
Bartek przełknął nerwowo.
-?ŹLE! - warknął generał Horynycz, przekrzykując chichot reszty brygadierów. - Czy jest choć jedno pytanie, na które znasz odpowiedź, Bartłomieju Bąbel?
-?Tak, panie generale! - Bartek zaczerwienił się, ale mimo to dumnie wypiął pierś. - Wiem, jak śpiewa lirogłos srebrzysty!
Generał Horynycz odwrócił się jak smagnięty biczem.
-?Co?! - Zbliżył się do Bartka. - Co powiedziałeś? - wycedził złowieszczo.
-?Powiedziałem, że wiem...
-?Nie wolno wymawiać tej nazwy pod skrzydłami mojej brygady - syknął generał Horynycz. - Taki ptak nie istnieje! To tylko senne marzenie marzyciela, pierdnięcie na wietrze, mit dla głuptasów. Czy jesteś głuptasem, Bartku?
Bartek spuścił głowę i milczał.
-?Cieszę się, że nie należę do Ptasiej Brygady - mruknęła Róża do swojego przyjaciela Ruperta. - Kto ma w ogóle czas na trójkąty równoramienne?
Rzecz jasna nie ona ani Rupi. Była bowiem punkt trzecia.
-?Obiecaliśmy tacie, że się nie spóźnimy! - Róża chwyciła Ruperta i zbiegła po metalowych schodkach na niższy, szeroki pokład, akurat by usłyszeć, jak chrypiący puzon rozpoczyna burkliwą piosenkę.